1
Bures eatnehat
Na początku
Ścieżka biegnie w górę po wyschniętych bagnach, to znika, to znów się pojawia. Po chwili wpada do rzadkiego lasku karłowatych brzóz. Całą sobą czuję, jaka jest stara. Zbaczam z niej nieco dalej, kieruję się w stronę prześwitu. Idąc przez trzęsawisko, stąpam po powalonych spróchniałych pniach. Wiem, że ziemia odbiera to, co jej, a to, czego szukam, już ledwie daje się dojrzeć.
Wędruję między obozowiskami. Z pierwszego, wysoko na wzniesieniu, roztacza się widok na morze. Obóz jest tak stary, że zostało po nim tylko palenisko. Kępa wysokiej trawy, kilka zarośniętych kamieni. W drugim obozowisku widać kręgi łagodnie odznaczające się w zapadniętym torfie. Byłam tu już kiedyś i wiem, dokąd zmierzam. Przechodzę przez dawną zagrodę dla reniferów i mijam zimne źródło, z którego wciąż bije krystalicznie czysta woda.
Nigdy nie byłam w miejscu równie cichym jak to. Nie słychać tu wiatru, chociaż wiem, że wieje. Minęły lata, od kiedy stały tu goahti[1], a dzieci biegały wkoło. Minęły lata, od kiedy ktoś siedział tu i tkał, rozpalał ogień w árra, palenisku pośrodku goahti, i ścinał ostre trawy do ocieplenia butów.
Starsi opowiadali, jak po przybyciu witali się z ziemią, z górami, obozami, ścieżkami, mnie brak na to odwagi. Gdzie właściwie przynależę? Co jest moim domem? Rozmawiałam z innymi wnukami przesiedleńców. Jaką cząstkę terenów użytkowanych przez nowe saamskie wspólnoty[2], jaką cząstkę tej przestrzeni możemy naprawdę nazwać swoją? U siebie czuję się tylko na peryferiach tych ziem, w miejscach, o których wiem, że nikt inny za nimi nie tęskni - powiedział ktoś. Nie do końca czuję się związany z okolicą, w której teraz mieszkam - mówi ktoś inny. Nie jest mi tu może źle, ale brakuje jakiejś głębszej więzi.
Fińsko-saamski poeta Áillohas? (Nils-Aslak Valkeapää) stwierdził kiedyś, że dom nosimy w sercu. Ale czy da się tak, jeśli zostało się z tego domu wygnanym?
Czy wolno mi opłakiwać miejsce, które nigdy nie było moje?
Minęło ponad sto lat od pierwszych przymusowych przesiedleń Saamów. To wtedy nasi krewni po raz ostatni przeprowadzili renifery przez cieśninę na kontynent. Od tamtej pory ich obóz stoi pusty. Szepcze coś na ucho tym, którzy pamiętają, którzy czasem tu przychodzą. Większości jednak nic nie mówi. Brakuje wiedzy o jego byłych mieszkańcach.
Taka jest właśnie historia Saamów. Mała różnica w szacie roślinnej, delikatne wzniesienie terenu, doszczętnie spalone goahti. Nasza opowieść przypomina nieustawiony drogowskaz, rozdział, który nigdy nie mieści się do podręcznika historii. Zarazem od lat toczą się w sądach procesy między wspólnotami Saamów z północy a państwem norweskim. Ludzie walczą o niegdysiejsze pastwiska, opuszczone pod przymusem. Dawni mieszkańcy Vapsten w szwedzkim regionie Va?sterbotten pozywają potomków tych, których zmuszono, żeby się tam przenieśli. Ciągają się więc po sądach, uwikłani w historię narzuconą im przez Szwecję.
Kładę się na chruście. Ziemia pochłania obozowiska - tak być powinno, opłakuję jednak opowieść, która także znika. Wyślizguje mi się z rąk i właśnie dlatego tu jestem. W tym miejscu mieszkał mój dziadek - váre - z rodzeństwem. I jego rodzice, Risten i Gárena Jovnnowie, to był ich dom. Chciałam o nich napisać, ale nic z tego nie wyszło.
W archiwum w Helsinkach znalazłam tylko jedną czarno-białą fotografię, zdjęcie matki z trójką małych dzieci. Jedno z nich to mój váre, dziesięcioletni. Ma na sobie zniszczone gákti[3]. Wiem, dlaczego nikt go nie połatał. Chociaż jest środek lata i od dawna powinni być nad morzem, wciąż przebywają w Gárasavvon (Karesuando), w okolicach, gdzie zazwyczaj spędzali zimy. Przydzielono im pokój w budynku sądu, żeby mieli gdzie się podziać z ciężko chorym i przykutym do łóżka isá, ojcem. Jeśli data z archiwum się zgadza, zdjęcie wykonano zaraz po jego śmierci. "Paraliż po wylewie" - taką przyczynę zgonu podaje księga parafialna. Risten zostaje wdową z garstką reniferów, z których ledwo da się wyżyć. Potem pakuje dzieci do ráidu, połączonych ze sobą sanek ciągniętych przez renifery. Rodzina zostaje przesiedlona. W 1923 roku dociera w góry, w okolice Ja?hka?ma?hkke (Jokkmokk).
Późniejszy okres przypomina próżnię. Nie chcieli o nim mówić. Dziś wiem, że moja rodzina nie była jedyna. W Sápmi, gdzie dorastałam, mnóstwo ludzi opatrywało swoje rany milczeniem.
Będzie to więc książka o tych, o których mogę napisać, o tych, których świadectwa nagrano i zachowano w archiwach i którzy zechcieli opowiedzieć swoją historię. O tych, którzy mają zdjęcia, listy, wiersze i dokumenty. Jestem wdzięczna za ich każde, najmniejsze nawet wspomnienie i za to, czym się ze mną podzielili. Z ich historii my, pozostali, możemy się domyślić własnej przeszłości. Na tych stronach słowo po słowie przywracam do życia swoją rodzinę.
Przez lata przeprowadziłam wywiady z wieloma osobami, byli wśród nich zarówno ci, którzy doświadczyli przymusowych przesiedleń na własnej skórze, jak i ich dzieci oraz wnuki. Uzyskałam też zgodę na wykorzystanie wywiadów nagranych przez innych - wszystkie przeprowadzono ze starszymi, dziś dawno już nieżyjącymi osobami. Jest to więc tekst oparty na chórze głosów. Anegdot, joiku, urywków wspomnień. Wątków i ścinków, które połączyłam ze sobą i splotłam. Czasem kolory są wyraźne, czasem jednak tkanina jest pełna dziur i ciszy. Przekaz ustny z czasem matowieje. Przyszło mi więc pogodzić się z tym, że forma tekstu mimowolnie upodabnia się do całej historii Saamów, jest jak tkana tasiemka do obwiązywania butów, którą pocięto siekierą. Nitki nawet się nie siepią, po prostu się urywają i trudno podjąć wzór na nowo.
Kiedy pracowałam nad tą książką, również ci, z którymi sama rozmawiałam, zaczęli odchodzić, jedno po drugim. Za każdym razem, kiedy tak się działo, miałam poczucie, że wraz z nimi tracę cząstkę siebie. Kogo możemy teraz spytać? Słyszałam mnóstwo historii przesiedleń czekających, aż ktoś je spisze. Ktoś inny. Opowiadali przede wszystkim ludzie zmuszeni do wyprowadzki, gdy na ich tereny przeniosły się rodziny Saamów z północy. Mam nadzieję, że teraz - póki jeszcze czas - więcej osób zdecyduje się mówić. Wielu z tych, których spotkałam, traktuje opowiadanie o przeszłości jak rodzaj terapii. W języku najbliższym mojemu sercu słowa "pamiętać" i "opowiedzieć" brzmią niemal identycznie. Muitit to pamiętać, a muitalit - opowiedzieć. Pamiętamy tych, o których opowiadamy.
Giitos eatnat. Bardzo wam dziękuję, muore, váre, áhkku, áddjá[4] - moi i innych. Utkałam to wszystko dla was. W ten sposób chcę was ojoikować.