Artur: Nasz dom rodzinny był pełen ciepła dzięki mamie, kreatywności - dzięki obojgu rodzicom, humoru - dzięki tacie. I pełen aktywnej konwersacji. Ojciec bez mamy i mama bez taty nie daliby nam tyle, ile otrzymaliśmy wspólnie od nich obojga. Dawniej kobiety i mężczyźni mieli bardziej niż dziś sprecyzowane role do odegrania w rodzinie: mamy zajmowały się domem i dziećmi, mężczyźni - zarabiali.
Monique: Tak było i u nas. Tata mówił: "Mężczyzna musi wiedzieć, po co żyje, i dlatego zakłada rodzinę". A mama mi podpowiadała, żeby wyrażać dla niego podziw, to "wtedy w domu będzie harmonia". Dodawała, że mężczyźni są niepewni siebie i trzeba ich utwierdzać w przekonaniu, że są wspaniali i atrakcyjni.
Artur: Nasza mama była przede wszystkim samą miłością, a do tego kobietą superinteligentną i superpomysłową. Ponadto zwracała uwagę na otoczenie i na to, jak inni cię widzą. Uczyła nas subtelnymi metodami, jak postępować z ludźmi, jak czytać ich psychikę. Tłumaczyła, że nie trzeba się afiszować ze swoimi opiniami. Była wrażliwa na reakcje innych.
Dziś wiem, jak jest to niesamowicie ważne na co dzień i we wszelkich międzyludzkich kontaktach. Pracuję w centrum NASA w Pasadenie w Kalifornii. W agencji działamy w zespołach i gdy pojawiają się kłopoty z budową statku kosmicznego, to nie dlatego, że nawala nowa technologia, ale zwykle dlatego, że ludzie nie porozumiewają się dobrze ze sobą. To może zdewastować cały duży projekt. Zrozumiałem to, gdy jakieś trzydzieści lat temu dostałem w NASA awans na tak zwanego supervisora grupy. Supervisor to u nas taki pierwszy poziom menedżerski, na którym zarządza się grupą piętnastu inżynierów. Myślałem, jak to wspaniale, bo akurat pracowałem nad patentem mikroskopijnego generatora nuklearnego i liczyłem na wsparcie techniczne ze strony członków grupy. Okazało się jednak, że większość czasu spędzałem na rozwiązywaniu konfliktów między inżynierami. Narzekali na siebie wzajemnie, że na przykład jeden ma dla drugiego zbyt mało szacunku albo że pewna pani inżynier ma silny chiński akcent i trudno ją zrozumieć. Trening mojej mamy bardzo mi się wtedy przydał, choć zajęło mi sześć miesięcy, żeby moja grupa zaczęła stanowić zgrany zespół.
Tata natomiast był bardzo prostolinijny i aż za szczery. Był inny niż mama. Mówił otwarcie, co myśli. Zachęcał nas do odważnego wygłaszania swojego zdania. Śmiał się z zabobonów i mitów, z ludzi, którzy mieli filtry na oczach, przeróżne, polityczne czy religijne. Mówił, że nie umieją niczego zaproponować od siebie. Mało tego! Nie widzą prawdy ani faktów. Jego zdaniem zgubili zdrowy rozsądek.
Tata nie był religijny. Racjonalnie podchodził do codziennych problemów i istoty bytu. To powodowało często spięcia między rodzicami. Na przykład mama chciała mieć piękną rodzinną tradycyjną Gwiazdkę, a tata nie widział powodu, by coś kłaść pod choinkę. Czy dlatego, mówił, że "jacyś królowie dwa tysiące lat temu dali pewnemu noworodkowi złoto, mirrę i kadzidło, ja mam teraz kupować w prezencie deskorolkę?".
Na pewno przejąłem filozofię życia taty. Nie należę do żadnej partii, ale głosuję w każdych wyborach. Oddaję swój głos na mądrych ludzi, którzy pracują dla społeczeństwa, a nie starają się ideologicznie przypodobać innym. Przed każdymi wyborami prezydenckimi urządzam w domu imprezę, na którą zapraszam sąsiadów należących do różnych partii. Przychodzą także ich dzieci, młodsze i starsze. Proszę wszystkich o przygotowanie krótkiego omówienia jednego ciekawego i ważnego tematu, który może mieć wpływ na wyniki wyborów, na przykład: "Czy potrzeba prawnego zakazu trzymania cielaków w klatkach przez rolników, gdzie zwierzęta te nie mogą się nawet ruszyć? Czy to jest humanitarne, czy to jest tortura? Co się stanie, jeśli cena mięsa pójdzie w górę dwa razy, bo cielakom trzeba będzie zagwarantować duże wybiegi? Czy ludzie będą skłonni za nie płacić?". Chcę uczyć dzieci myślenia, żeby same decydowały, na kogo oddadzą głos, a nie ślepo wierzyły przedstawicielom jakiejś partii.
Żeby nauczyć Lucasa, mojego starszego syna, obiektywnego myślenia, posłałem go najpierw na czteroletnie studia do bardzo liberalnego Occidental College, gdzie studiował prezydent Obama, a potem na studia magisterskie do Pepperdine University - szkoły katolickiej. Czy udało mi się wychować obiektywnie myślącego człowieka, tak jak chciał dziadek?
Monique: Brat przypomina tatę w precyzyjnym przygotowywaniu wydarzeń, także rodzinnych. Niedawno zorganizował spotkanie dla krewnych, przyjaciół i znajomych z okazji turnieju piłkarskiego, w którym brał udział jego syn Marcus. Artur zadbał o każdy szczegół, nawet o rekwizyty - drobne, ale bardzo istotne we wspólnej zabawie. Każdy kibic dostał trąbkę, bębenek lub piszczałkę. Rozbujaliśmy cały stadion. Marcus, słysząc doping, strzelił zwycięskiego gola nożycami! Tak jak w NASA cały nasz zespół zgodnie pracował nad kosmicznym wyzwaniem.
Artur: Obowiązkowe w naszym dzieciństwie wyprawy z tatą do muzeów i bibliotek sprawiły, że do dziś lubię takie miejsca i wszędzie, gdzie jestem, kieruję się do nich. W Stanach Zjednoczonych jest mnóstwo muzeów. O większości ludzie nie wiedzą. Często są to po prostu domy osób, które żyły ciekawie i uzbierały sporo eksponatów. Żeby znaleźć takie miejsce, trzeba wpisać do GPS: "The closest museum" [najbliższe muzeum] - i zwykle okazuje się, że jakieś jest w promieniu kilometra.
Odwiedzanie muzeów zaszczepiłem synom. Kiedy Lucas był młodszy, w każdy weekend grał w turniejach tenisowych. Miałem z nim wówczas umowę, że jeśli wygra i przejdzie do następnej rundy, to pójdziemy do hotelu i będzie odpoczywał przed następnym meczem. Jeśli natomiast przegra, wybierzemy się do lokalnego - jakiegokolwiek - muzeum, żeby popracował nad swoim mózgiem. Ponieważ Lucas tego nie lubił, nasza umowa dopingowała go do wygrywania. Oczywiście gdybyście zapytali się o to Lucasa, to miałby inne zdanie.
Wszystkie wartości związane z życiem rodzinnym starałem się przenieść do własnego domu, ale dodałem coś jeszcze - częste wzajemne podziękowania. Uznałem, że dziękowanie jest ważne, żeby bliscy nie zakładali, że mama MUSI gotować, a tata MUSI pomóc w algebrze. Myślałem o tym, kiedy umierała moja mama, która poświęciła mi całe swoje życie, żebym był zdrowy, coraz silniejszy i mądrzejszy. Siedziała przy mnie całymi nocami, gdy byłem chory, a to w dzieciństwie zdarzało mi się często. Zreflektowałem się, że za mało jej za wszystko dziękowałem. Nie można przecież komuś powiedzieć na łożu śmierci: "Dziękuję ci za te ostatnie czterdzieści lat!". To powinno się robić cały czas.
Siadamy więc z rodziną razem do stołu: moja żona, synowie, ja - tak jak my z siostrą siadywaliśmy z rodzicami. Wtedy odkładamy elektronikę. Jesteśmy tylko dla siebie. I dziękujemy sobie za to, co kto dla kogo uczynił ostatnio dobrego - choć tego zwyczaju w domu mojego dzieciństwa nie było, a szkoda. Ważne, aby podziękowania dotyczyły czegoś konkretnego. Marcus nie może powiedzieć do brata: "Dziękuję ci, że jesteś miły", ale raczej: "Dziękuję ci, Lucas, że gdy w środę potrzebowałem pomocy z ekonomii, to przerwałeś rozmowę z kumplem i wytłumaczyłeś mi, jak rysuje się krzywą popytu". Ja dziękuję żonie Kasi, która jest terapeutką, że chociaż miała wielu pacjentów w zeszłym tygodniu, to znalazła czas, żeby przygotować dla mnie moją ulubioną galaretkę. Nasz zwyczaj spodobał się wielu moim znajomym i teraz oni wprowadzili go do swoich niedzielnych spotkań przy posiłku.
Żałowałem więc bardzo, że nie dziękowałem mamie. Ale czy dziękowałem ojcu? Też rzadko. Czy dlatego, że kilkadziesiąt lat temu nie było zwyczaju, żeby mężczyźni dziękowali sobie, nawet synowie ojcom? Myślę, że działał we mnie właśnie ten hamulec. Może też zbyt słabo starałem się zrozumieć postępowanie ojca? Nie wnikałem w jego uczucia. Pytanie, czy jako nastolatek w ogóle mógłbym odpowiednio zdiagnozować słowa i decyzje mojego taty...
Tata zostawił nam oraz wszystkim czytelnikom Tytusa wrażliwość na potrzeby innych, słabszych, biedniejszych, potrzebujących czegoś w danym momencie albo stałej opieki. Wciągnął mnie w dyskretne pomaganie dzieciom z sąsiedztwa, którym wielu rzeczy brakowało. Zanosiłem im kanapki, których niby nie dawałem rady zjeść w szkole, albo żołnierzyki i inne zabawki. Rękawice bokserskie, które nosiłem w plecaku, też miały służyć obronie słabszych.
Monique: Jedna z moich koleżanek ze szkoły podstawowej po przejściu we wczesnym dzieciństwie choroby Heinego-Medina miała kłopoty z poruszaniem się. Z nikim bliżej się nie przyjaźniła. Mieszkała w suterenie. Jej mama łapała oczka w pończochach. Ojciec też był po jakiejś ciężkiej chorobie. Brakowało im na życie. Tata powiedział, żebym zaprosiła tę dziewczynkę na moje urodziny, bo będzie jej miło. Zapewnił jednocześnie, że nikt nie zarazi się chorobą, którą kiedyś przebyła, a poza tym wszyscy jesteśmy szczepieni na powodującego ją wirusa polio. Poprosił też, żebym podczas urodzin zorganizowała jedną zabawę, która pozwoli tej koleżance zwyciężyć, na przykład skakanie na jednej nodze, bo ona miała jedną nogę zdecydowanie silniejszą od drugiej, co gwarantowało wygraną. Tak się stało. Wcześniej przygotowaliśmy nagrodę. Dziewczynka, odbierając ją, się popłakała. Okazało się, że była to pierwsza nagroda w jej życiu.
Tata otwierał nas na to bogactwo świata. O! To było dla niego najciekawsze. Szukał nadzwyczajności. Interesowały go wszystkie przejawy życia. Obserwowanie małpy było dla niego równie ważne jak człowieka, dlatego małpa stała się bohaterem komiksu. Wybrał szympansa, ale chyba zastanawiał się też nad orangutanem. Badał obyczaje małp. W ogrodach zoologicznych starał się blisko podchodzić do nich, łapać je za ręce. Przyglądał się ludziom różnych ras, mających własne historie, języki, obyczaje. Bardziej od mężczyzn ciekawiły go kobiety, zwłaszcza z Afryki i Indii.
Podczas pobytów w Ameryce obserwował zachowania członków różnych subkultur, w tym najbardziej wówczas widocznej hippisowskiej. Śmiałam się, że wystarczy tacie włożyć wieniec z kwiatów na szyję, żeby przy swoim kolorowym wizerunku wyglądał jak prawdziwy hippis.
Młodość taty przypadła na przymusowe hołubienie w Polsce realizmu socjalistycznego. Tata uczył nas patrzenia na ten rodzaj dzieł i powtarzał, że ideologia zabija sztukę, która powinna być wolna, wyrażać piękno i osobowość artysty. Spacerowaliśmy wokół Pałacu Kultury i Nauki i tata pokazywał nam muskularne kobiety na cokołach. Tłumaczył - w kontraście do tego, na co patrzyliśmy - co to jest prawdziwa wolna sztuka. Dodawał, że nie trzeba być wyedukowanym, by ją tworzyć. Że może powstawać z wewnętrznej potrzeby, co specjaliści nazwali sztuką prymitywną albo naiwną.
Papcio uwielbiał festyny góralskie, dożynki kujawskie i różne jarmarki. Kupował tam drewniane rzeźby malowane w wyraziste kolory. To były jakby trójwymiarowe komiksy. Gdy popłynął statkiem frachtowym wzdłuż zachodniego wybrzeża Afryki, to przywiózł stamtąd mnóstwo rzeźbionych z jednego kawałka drewna posążków afrykańskich kobiet. Patrzyliśmy na nie codziennie w naszym domu. Nagość czarnych kobiet - na naszych białych szwedzkich meblach - była wyzwaniem dla odwiedzających nas przyjaciółek mamy. Chyba tata specjalnie wystawiał te rzeźby w taki sposób, bo nie znosił pruderii.