Powitanie
Uścisk dłoni. Ten pierwszy, oficjalny, protokolarny, którego fotografie trafiają do archiwów i gazet. W dyplomacji nic nie jest przypadkowe: długość spojrzenia, kąt ustawienia ciała, kolejność wejścia na salę. Ale to właśnie uścisk dłoni bywa symbolem zgody lub niezgody, ukłonu albo siły. Powitaniem, ale i próbą dominacji lub kontroli. Czasem teatr, czasem taktyka, rzadziej - szczera intencja.
To historia świata.
Uścisk dłoni Sadata i Begina, 1978 rok w Camp David, z Carterem i Brzezińskim pośrodku zawiązał pokój egipsko-izraelski. Obserwował to trzynastoletni Mark. "To porozumienie nie doszłoby do skutku, gdyby nie twój ojciec" - powiedzieli, podając mu rękę.
Wałęsa i Jaruzelski, 1989 rok, symbol końca PRL-u i początek transformacji. Choć Wałęsa mówił potem, że "trzeba było ich wtedy trzymać za gardło, a nie za rękę".
Zbigniew Brzeziński gra w szachy z premierem Izraela Menachemem Beginem w 1979 roku podczas negocjacji porozumienia pokojowego pomiędzy Izraelem a Egiptem w Camp David, USA.
Macron w 2017 roku ściskał rękę Trumpa tak mocno, aż mu knykcie zbielały. Zrobił to ponownie w 2024 roku.
Brak uścisku dłoni bywa sygnałem, który zapowiada konflikt, ujawnia wrogość lub pogłębia dyplomatyczny kryzys, jak w przypadku Erdo?ana, który w 2021 roku publicznie unikał tego gestu z przedstawicielami Izraela.
Co naprawdę kryje się w tysiącach uścisków dłoni podczas kilkuletniej misji? Obowiązek? Teatr? A może początek prawdziwego partnerstwa?
* *
Anna Pamuła: Co można wyczytać z uścisku dłoni?
Mark Brzezinski: Czasami potrafię od razu wyczuć, czy ktoś jest naprawdę obecny, pewny siebie, czy tylko gra rolę, próbując coś udowodnić. Uścisk dłoni to nie zwykły gest - to pierwszy przekaz, jaki wysyłasz drugiemu człowiekowi. Gdy witałem na lotnisku członków Kongresu, ściskałem ich dłonie pewnie i uważnie, patrzyłem prosto w oczy i zawsze mówiłem: "Dziękuję, że przybyliście do Polski". I mówiłem to szczerze. Członkowie Kongresu to gracze najwyższej ligi - każde z nich przekonało tysiące współobywateli, by wybrali ich na swojego przedstawiciela w Waszyngtonie. W czasie mojej misji powitałem w Polsce ponad dwustu dwudziestu urzędujących kongresmenów i kongresmenek. To rekord wśród ambasadorów Stanów Zjednoczonych w Warszawie. Przyjeżdżali do Polski, by dać świadectwo temu, jak relacje polsko-amerykańskie służą interesom Stanów Zjednoczonych. Chciałem, by od pierwszej chwili poczuli, że ta wizyta - i to, czego będą świadkami - jest doświadczeniem wartym zapamiętania i być może podzielenia się z innymi.
Olga Leonowicz: Uścisk dłoni to elementarna forma komunikacji! Można z niego wyczytać stres lub nadmierną pewność siebie. Niektórzy się pocą, innym drżą ręce, są tacy, co podają "zdechłą rybę", a inni rzucają się od razu do uścisków. Jeszcze inni prezentują pewność i siłę. To ważny element pierwszego wrażenia.
M.: Równie istotne jest to, czy ktoś w ogóle się przedstawia. Niejednokrotnie w rezydencji witałem polskiego gościa i po uprzejmym "dzień dobry" osoba ta nie podała nawet swojego imienia. Byłem tym zdumiony, bo właśnie w tym momencie należy powiedzieć, kim się jest, czym się zajmuje i co nas sprowadza na wydarzenie.
A.: Możesz mi pokazać, jak to powinno wyglądać?
Mark podaje mi dłoń - uścisk stanowczy, ale przyjazny. - It's nice to meet you. Mark Brzezinski - mówi.
Odpowiadam: Anna Pamuła, nice to meet you.
O.: I zrobiłaś coś, czego nie robi większość Polek - przedstawiłaś się imieniem i nazwiskiem.
A.: Zauważyłam, że w wielu artykułach o was pojawiała się też taka forma: "ambasador Brzezinski i pani Olga".
O.: Mark nawet znajomym przedstawiał mnie pełnym imieniem i nazwiskiem, co nieraz bywało zabawne. Ale faktem jest, że kobiety często przedstawia się tylko z imienia, jak "pani Joanna", co od razu je osłabia. Niestety, same też to robią - podają rękę i podają tylko imię, nie dodając nazwiska ani tego, czym się zajmują. A przecież właśnie w tym momencie można otworzyć sobie drzwi do nowych kontaktów. Dlatego powtarzam kobietom: przedstawiajcie się pewnie i w pełni.
Podczas wydarzenia Vital Voices w rezydencji ambasadora USA w Polsce, 2024 rok. Spotkanie poświęcone było przywództwu kobiet, solidarności i sile kobiecych głosów w przestrzeni publicznej.
M.: To było dla mnie ważne. Olga jest niezależną kobietą i chcę, żeby była w pełni postrzegana w ten sposób. Jej wartość jako jednostki powinna być uznana i potwierdzona zarówno przez osobę, która się jej przedstawia, jak i przeze mnie. Nie żyjemy w kraju, w którym kobiety muszą ukrywać swoją tożsamość. Najtrudniejsze chwile przeżywałem wtedy, gdy witaliśmy w rezydencji młode Polki. Wiedziałem od Olgi, że są u progu kariery. Często ich wzrok był utkwiony w podłogę i mruczały pod nosem nieśmiałe: Hi. Nie mówiły, jak się nazywają, skąd są ani czym się zajmują. Dla mnie to był znak niepewności i onieśmielenia, a także stracona szansa. Staraliśmy się to przełamywać. Każdy się denerwuje, ale nawet w stresie trzeba zrobić ten pierwszy krok - choćby drżały ręce i łamał się głos. Powiedz swoje imię i nazwisko, odezwij się. Z czasem staje się to łatwiejsze.
A.: J. Edgar Hoover, założyciel i wieloletni szef FBI, też się jąkał jako młody człowiek.
M.: Tak, i Joe Biden też, w dzieciństwie. Udało mu się to przezwyciężyć.
O.: Kiedyś gościliśmy na uroczystości w rezydencji ponad setkę studentów i studentek amerykanistyki z Uniwersytetu Warszawskiego i tylko troje się przedstawiło. Później, kiedy zabrałam głos, powiedziałam im: "Przedstawienie się to jak wręczenie wizytówki. Pierwszy krok w stronę budowania relacji, networkingu. To, że są młodzi, nie oznacza, że są mniej ważni. Wręcz przeciwnie". Po spotkaniu wielu z nich podeszło, podziękowało, zaczęło rozmowę. Wystarczyło ich ośmielić.
* *
A.: Mark, a komu byś nie podał ręki?
M.: Jako ambasador starałem się budować partnerstwo z bardzo różnymi ludźmi - także z tymi, z którymi niewiele mnie łączyło ideologicznie, którzy wyznawali zupełnie inne wartości, a nawet w niektórych przypadkach nie życzyli mi dobrze. Dyplomacja jest w pewnym sensie jak aktorstwo - odgrywa się rolę. To bycie rzecznikiem spraw, w które czasem wierzy się mniej lub bardziej, ale obowiązkiem jest mówić o nich z przekonaniem i być bezkompromisowym orędownikiem swojego prezydenta. Jako ambasador byłem osobistym przedstawicielem prezydenta Joe Bidena. Dobry dyplomata potrafi wzbudzić emocje i pokazać pasję nawet wtedy, gdy sam ich w pełni nie odczuwa, i zaangażować się na tyle, by przekonać innych, że to właściwa droga. Nawiązywanie relacji z ludźmi, z którymi się nie zgadzasz, a nawet których nie lubisz, jest kluczem do skutecznej dyplomacji.
Byłem dumny, że udało mi się zbudować bliskie relacje zawodowe z liderami w Polsce - Jarosławem Kaczyńskim, prezydentem Andrzejem Dudą i premierem Mateuszem Morawieckim - mimo że ideologicznie dzieli nas bardzo wiele. Dzięki osobistej, bezpośredniej współpracy osiągnęliśmy rzeczy o strategicznym znaczeniu: transformację energetyczną Polski i budowę pierwszej cywilnej elektrowni jądrowej, duże kontrakty biznesowe oraz wzmocnienie bezpieczeństwa zbiorowego. To były sprawy kluczowe dla bezpieczeństwa naszych narodów - i nie mogłyby się wydarzyć, gdyby nie te bliskie relacje.
A.: Jak chronić swoje wartości, kiedy musisz budować relacje z tymi, których poglądy są ci obce?
M.: W dyplomacji zakasujesz rękawy i decydujesz, o co warto walczyć, a w czym można pójść na kompromis. Tymczasem w Warszawie sztuka kompromisu i współpracy bywa towarem deficytowym. Nietrudno było znaleźć krytyków na lewicy, którzy potępiali wszelkie próby budowania dobrych relacji roboczych z prezydentem Dudą czy premierem Morawieckim, bo to przecież ludzie PiS-u. Ja zawsze uważałem, że jeśli współpracują z nami w sprawach bezpieczeństwa, energii czy innych kluczowych dziedzinach, musimy usiąść z nimi do stołu jak partnerzy, a nawet próbować budować przyjaźnie. Jeśli stoimy ramię w ramię, wspierając Ukrainę, musimy też umieć rozmawiać i się konsultować. Jednocześnie jasno przedstawiamy nasze wartości i bronimy ich. Dla mnie osobiście nie ma na świecie nikogo, z kim nie byłbym gotów się spotkać, jeśli służyłoby to interesom Stanów Zjednoczonych.
Mark z prezydentem Andrzejem Dudą i pierwszą damą Agatą Kornhauser-Dudą podczas przyjęcia noworocznego dla korpusu dyplomatycznego, 2023 rok.
A.: Olgo, a ty znów - z tego, co mi wiadomo - odmówiłaś pojawienia się na balu noworocznym u prezydenta Dudy.
O.: Tak, zrobiłam to trzykrotnie.
M.: Próbowałem ją przekonywać, mówiąc: "To przecież twój prezydent".
O.: Odpowiadałam, że nie jest mój. Nie dlatego, że pochodził ze środowiska dalekiego mi ideologicznie - szanuję przecież demokratyczne wybory - ale dlatego, że brak niezależności i destrukcyjne działania prezydenta Dudy, a także milczenie pierwszej damy budziły moją głęboką niezgodę. Moja rola nie pozwalała na "trudne" rozmowy z parą prezydencką, a do pozowania do zdjęcia nie czułam się zobowiązana. To była sytuacja, w której wybrałam wierność własnym wartościom. Prezydenta Dudę spotykaliśmy później kilkakrotnie przy innych okazjach i zawsze okazywaliśmy sobie szacunek.
M.: Ja bym poszedł na spotkanie noworoczne z prezydentem Trumpem. I dziś zrobiłbym wszystko, by wspierać sukces urzędującego prezydenta USA dla dobra Amerykanów. Niezależnie od tego, kogo ktoś popierał w wyborach w listopadzie 2024 roku, chcę, aby prezydent Stanów Zjednoczonych odniósł sukces. Bo to jest nasz prezydent.
O.: Czy poszłabym jako ambasadorka? Tak. Jednak jako twoja partnerka miałam wybór. Ale podziwiam tę amerykańską gotowość do współpracy. Kiedy Mark przyjechał do Polski, powtarzał, że musi i będzie rozmawiać ze wszystkimi. A ja starałam się go przekonać, że ten czy tamten rozmówca nie jest właściwy ze względu na afery czy przynależność do takiej czy innej partii. On odpowiadał: "To szef największego holdingu energetycznego albo minister spraw wewnętrznych. Muszę z nim rozmawiać o sprawach biznesowych".
W czasie tej misji odkryłam, że można zorganizować udane spotkania z ludźmi z różnych stron sceny politycznej - kongresmeni z USA, przedstawiciele PiS-u, opozycji, biznesu. I po prostu rozmawiają. Bez awantur, bez oskarżeń. To mnie zaskoczyło, bo choć wierzę w dialog ponad podziałami, uświadomiłam sobie, jak mocno tkwiłam w schemacie: ci są dobrzy, tamci źli. A potem poznajesz człowieka z PiS-u, który okazuje się otwarty, kulturalny, nowoczesny, i myślisz: "Jakim cudem jest w tej partii?". To pokazuje, że wszyscy jesteśmy po prostu ludźmi, ale niestety, polaryzujemy się coraz bardziej.
M.: Uważam, że trzeba rozmawiać także - a może właśnie - z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Ustalić zasady współpracy, sprawdzić, gdzie można działać wspólnie, i wypracować porozumienie. A dobre relacje są środkiem do celu. Budując je z kimś o odmiennych poglądach, można nieraz być zaskoczonym, co z tego wyniknie. To istota dyplomacji, polityki i tak naprawdę - życia. Mówię to świadomie, choć wiem, że moja nominacja na ambasadora była zagrożona właśnie przez tych, którzy woleliby widzieć na tym stanowisku kogoś, kto nigdy by im nie zaprzeczył.
Jednocześnie zaskoczyło mnie, jak wielu Polaków z prawej strony podchodziło do mnie, mówiąc po cichu, żebym nie spotykał się z tym czy z tamtym z lewej strony. I jak często ludzie z lewej mówili dokładnie to samo o osobach z prawej. Myślałem wtedy, że tak naprawdę nie rozumieją roli ambasadora USA.
A.: Mark, powiedziałeś, że zrobiłbyś wszystko, by wspierać obecnego prezydenta. Ale przecież w polityce amerykańskiej - tak samo jak w polskiej - społeczeństwo jest mocno podzielone. Czy nie brzmi to zbyt naiwnie, gdy ambasador mówi, że wspiera każdego prezydenta? Przecież prezydenci bywają bardzo różni, wyznają różne wartości i mają różne style przywództwa.
M.: Oczywiście, prezydenci się różnią. Ale dyplomacja musi być ponad podziałami. Jak mówimy w Ameryce: politics should stop at the water's edge. To znaczy, że spory partyjne zostają w kraju, a w polityce zagranicznej - wobec innych państw - powinniśmy mówić jednym głosem. Moim zadaniem nigdy nie było wspieranie konkretnej partii, tylko reprezentowanie Stanów Zjednoczonych jako całości. Prezydent, każdy, niezależnie od barw politycznych, jest głową państwa i symbolem jedności. Jeśli on odnosi sukces, to znaczy, że odnosi go Ameryka. Dlatego ambasador musi działać tak, by ten sukces służył wszystkim Amerykanom, a nie tylko jednej stronie sporu.