Paryska córka - Kristin Harmel

Kup ebooka

37.90 zł
29.79 zł (31,46 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Wrze­sień 1939

Lato trwało na­dal, ale tego ranka powie­trze było już rześ­kie, jesień nie­ubła­ga­nie pukała do drzwi, gdy Elise LeC­lair szyb­kim kro­kiem zmie­rzała ku zachod­niej czę­ści Paryża. Kochała lato, chciała, by trwało wiecz­nie, ale ten rok był inny, ponie­waż za cztery mie­siące uro­dzi się dziecko i wszystko się zmieni. Musi, prawda? Deli­kat­nie obej­mu­jąc swój brzuch, wśli­zgnęła się w cie­ni­ste obję­cia Lasku Buloń­skiego.

Kasz­ta­nowce, dęby i cedry two­rzyły nad jej głową bal­da­chim, stop­niowo przy­sła­nia­jąc słońce, gdy szła naj­pierw jedną krętą ścieżką, a potem następną, zagłę­bia­jąc się w park. Nad Pary­żem wszę­dzie roz­cią­gało się takie samo niebo, ale tutaj Elise mogła być po pro­stu sobą, a nie kobietą zde­fi­nio­waną przez swoje sąsiedz­two, pozy­cję spo­łeczną i męża.

Kiedy przed czte­rema laty poślu­biła Oli­viera, nie zda­wała sobie sprawy, że im dłu­żej będzie trwała u jego boku, tym bar­dziej będzie nie­wi­dzialna. Poznali się w Nowym Jorku na początku 1935 roku. Była pod wra­że­niem jego talentu - ope­ro­wał pędz­lem z taką instynk­towną swo­bodą, o jakiej inni arty­ści mogli tylko marzyć. Miał dwa­dzie­ścia dzie­więć lat, ona dwa­dzie­ścia trzy, i wła­śnie po raz pierw­szy tra­fił na łamy gazet. "Art Digest" nazwał go "kolej­nym wiel­kim arty­stą z Europy", "Col­lier's" napi­sał, że "łączy w sobie talent Picassa z urodą Clarka Gable'a", a "New York Times" okre­ślił go mia­nem "Moneta nowych cza­sów", co nie do końca odpo­wia­dało praw­dzie, ponie­waż jego styl ani tro­chę nie przy­po­mi­nał fran­cu­skiego mistrza, ale i tak prze­kaz był jasny. Oli­vier sta­no­wił odkry­cie w świe­cie sztuki. Gdy więc skie­ro­wał na Elise spoj­rze­nie, nie mogła odwró­cić wzroku.

Ona też była artystką, a raczej pra­gnęła nią zostać. Lubiła ryso­wać i malo­wać, ale naj­bar­dziej kochała rzeźbę. Miała dzie­więt­na­ście lat, gdy zmarli jej rodzice, pozo­sta­wia­jąc ją roz­bitą i zagu­bioną, a Oli­vier był jak tra­twa ratun­kowa. To on zasu­ge­ro­wał, by się­gnęła po drewno zamiast gliny. Za pomocą młotka i dłuta może prze­pra­co­wać swój żal. Miał rację. Na jego oświad­czyny dwa mie­siące póź­niej zare­ago­wała wdzięcz­no­ścią i nie­do­wie­rza­niem. Oli­vier LeC­lair naprawdę chce ją poślu­bić?

Dopiero po latach zro­zu­miała, że mał­żeń­stwo powinno się opie­rać na part­ner­stwie, a nie na bez­kry­tycz­nym podzi­wie. Gdy stop­niowo pozna­wała Oli­viera - takiego, jakiego nie znał świat - męż­czy­znę, który chra­pał, nad­uży­wał whi­sky, a w napa­dzie szału potra­fił pociąć płótno, jeśli obraz, który nama­lo­wał, nie odzwier­cie­dlał tego, który powstał w jego wyobraźni - powoli zaczął się zsu­wać z pie­de­stału. O dziwo, poko­chała w nim mrok rów­nie mocno jak świa­tło, które cza­sem od niego biło, przy­ćmie­wa­jąc wszystko wokół.

Pro­blem pole­gał na tym, że Oli­vier nie szu­kał w niej part­nera. Łudziła się, że dostrzegł jej talent, arty­styczne oko. Z per­spek­tywy czasu oka­zało się jed­nak, że wystar­czał mu wykwa­li­fi­ko­wany ako­lita. Atmos­fera w ich mał­żeń­stwie sta­wała się coraz bar­dziej napięta; Oli­vier zaczął kry­ty­ko­wać jej rzeźby, na jego twa­rzy co rusz poja­wiały się nie­smak i jawna dez­apro­bata dla jej prac. A teraz, gdy nosiła jego dziecko, które zmie­niało jej figurę, Elise czuła się skrę­po­wana w swoim mał­żeń­stwie, stłam­szona, jakby w ich dużym miesz­ka­niu na pią­tym pię­trze w pary­skim seizieme arron­dis­se­ment bra­ko­wało tlenu.

Dla­tego czę­sto przy­cho­dziła do roz­le­głego parku na zachod­nich przed­mie­ściach Paryża. Tu, gdzie nikt nie wie­dział, że jest żoną Oli­viera LeC­la­ira, miała wra­że­nie, że sznu­rówki gor­setu stop­niowo się roz­luź­niają. Czuła mro­wie­nie w opusz­kach pal­ców znów goto­wych do rzeź­bie­nia. Nie­stety, gdy wra­cała do miesz­ka­nia, mro­wie­nie ustę­po­wało, wena twór­cza gasła.

A może dziecko...? Dziecko mogło wszystko zmie­nić. Ciąża nie była pla­no­wana, lecz Oli­vier przy­jął nowinę z nad­spo­dzie­wa­nym entu­zja­zmem. "Och, Elise, on będzie dosko­nały - stwier­dził, gdy mu ją prze­ka­zała, a w jego oczach zalśniły łzy. - Weź­mie po tobie i po mnie wszystko, co naj­lep­sze. Będzie kon­ty­nu­ował nasze dzie­dzic­two!".

Ciężko usia­dła na ławce przy jed­nej ze ście­żek. Dzi­siaj stawy doku­czały jej moc­niej niż zwy­kle; dziecko się poru­szyło, znaj­do­wało się już nisko, uci­ska­jąc kości mied­nicy. Pochy­liła się, by wyjąć z torebki szki­cow­nik i ołó­wek Conté, a gdy się pro­sto­wała, poczuła w pra­wym boku poni­żej żeber ostre ukłu­cie, które jed­nak znik­nęło rów­nie szybko, jak się poja­wiło. Zaczerp­nęła oddech i zaczęła ryso­wać rudzika sie­dzą­cego na gałęzi i tak zaję­tego budo­wa­niem gniazda, że nie zwra­cał na nią uwagi.

Jej szkice - sama to widziała - były tro­chę sza­lone, ponie­waż nie sta­rała się dokład­nie odwzo­ro­wać obiektu, ale tylko uchwy­cić układ kątów, krzy­wizn, ruchu, tak by póź­niej móc w drew­nie odtwo­rzyć te kształty. Szybko szki­cu­jąc prawe skrzy­dło rudzika, już wyobra­żała sobie, jak cien­kie stru­żyny odry­wają się od drewna pod jej pal­cami. Ptak odwró­cił się, żeby uło­żyć jakąś gałązkę pod innym kątem, a dłoń Elise natych­miast odwzo­ro­wy­wała gwał­towne, ner­wowe ruchy jego głowy.

W miarę jak dzień się roz­ja­śniał, tra­ciła poczu­cie czasu. Zapa­mię­tale szki­co­wała dziób ptaka, jego bystre oczka, a gdy odfru­nął, co w końcu musiało nastą­pić, zna­la­zła kolejny model; prze­rzu­ciła kartkę szki­cow­nika i znów zma­gała się z deli­kat­nymi liniami skrzy­deł w cha­rak­te­ry­styczny spo­sób przy­wie­ra­ją­cych do żwa­wego ciała. Potem i ten rudzik wzbił się w powie­trze, ale zanim odfru­nął, zer­k­nął ku niej na poże­gna­nie. Ner­wowo spoj­rzała na kartkę, czy wystar­czy jej szki­ców do pracy.

Ale zamiast rysun­ków, które spo­dzie­wała się zoba­czyć, kartkę wypeł­niała bez­ładna gma­twa­nina fan­ta­zyj­nych linii i krzy­wizn. Przez sekundę patrzyła na nią z nie­do­wie­rza­niem, po czym z cichym okrzy­kiem fru­stra­cji wyrwała ją i zgnio­tła. Pochy­liła się do przodu i przy­ci­snęła czoło do zaci­śnię­tych w pięść dłoni. Jak to moż­liwe, że ostat­nio nic się jej nie udaje?

Wstała rap­tow­nie, puls walił jej w skro­niach. Nie, nie może cią­gle tego robić; cho­dzić na dłu­gie, bez­ce­lowe spa­cery i wra­cać do domu z plą­ta­niną myśli i pustymi rękami. Zro­biła krok i nagle ból w brzu­chu powró­cił, tym razem bar­dziej dotkliwy i na tyle ostry, że na chwilę stra­ciła oddech i potknęła się, zgięta wpół. Wycią­gnęła rękę, aby się przy­trzy­mać ławki, ale nie dosię­gnęła opar­cia, ręka zawi­sła w powie­trzu.

Elise osu­nęła się na kolana.

- Pro­szę pani? - Kobiecy głos docho­dził gdzieś z bli­ska, ale Elise led­wie go sły­szała z powodu dzwo­nie­nia w uszach.

- Dziecko... - wykrztu­siła, a kiedy kobieta sto­jąca obok niej ujęła ją pod łokieć i pomo­gła wstać, świat znów nabrał ostro­ści.

- Pro­szę pani...? Jak się pani czuje?

Elise zamru­gała kilka razy i zaże­no­wana sta­rała się uprzej­mie uśmiech­nąć.

- Och, dobrze, wszystko w porządku - odparła. - Tro­chę zakrę­ciło mi się w gło­wie.

Dopiero teraz sku­piła wzrok na nie­zna­jo­mej, która na­dal pod­trzy­my­wała jej ramię. Były w podob­nym wieku, twarz kobiety o drob­nych, ostrych rysach, jakie Oli­vier chęt­nie malo­wał, cho­ciaż ścią­gnięta nie­po­ko­jem, była piękna; małe usta wygięte w łuk, oczy nie­bie­sko­szare jak Sekwana przed burzą.

- Mamo? - Głos docho­dził zza nich, a gdy Elise się odwró­ciła, dostrze­gła małego, mniej wię­cej czte­ro­let­niego chłopca o kasz­ta­no­wych lokach, ubra­nego w nie­bie­skie szorty i wykroch­ma­loną baweł­nianą koszulę; zaci­skał dłoń na rączce wózka, w któ­rym sie­dział iden­tycz­nie ubrany mniej­szy chłop­czyk o takich samych kędzio­rach.

- O Boże! - wes­tchnęła Elise i cho­ciaż na­dal czuła się nie­pew­nie, odsu­nęła się o krok. - Wystra­szy­łam pani dzieci. Bar­dzo prze­pra­szam.

- Nie ma za co, naprawdę. - Nie­zna­joma uśmiech­nęła się prze­lot­nie, po czym zwró­ciła się do synów: - Wszystko w porządku, kochani.

- Kim jest ta pani? - spy­tał star­szy chło­piec, z obawą patrząc na Elise.

- Nazy­wam się LeC­lair - odpo­wie­działa Elise z uśmie­chem, który, miała nadzieję, uspo­koi chłopca. Potem spoj­rzała na jego matkę i dodała: - Elise LeC­lair. Naprawdę już dobrze się czuję.

- Juliette Foulon - przed­sta­wiła się kobieta, ale nie wyglą­dała na uspo­ko­joną. - Możemy pójść z panią, pani LeC­lair?

- Dokąd...?

- Do leka­rza, oczy­wi­ście.

- Och! - Oli­vier będzie się mar­twił, jeśli wkrótce nie wróci. Już zaba­wiła tu zbyt długo. - Bar­dzo miło z pani strony, ale nie, dzię­kuję. Muszę wra­cać do domu.

Pani Foulon cof­nęła się i dopiero wtedy Elise zauwa­żyła jej wypu­kły brzuch, tro­chę więk­szy niż jej wła­sny. Ona też spo­dzie­wała się dziecka.

- Po wizy­cie u leka­rza możemy wezwać tak­sówkę. Ale... - Jakiś prze­lotny błysk zalśnił w oczach kobiety. - Nie daro­wa­ła­bym sobie, gdyby coś się pani przy­tra­fiło. Kiedy dziecko się uro­dzi?

Elise się zawa­hała.

- Lekarz mówi, że w stycz­niu. A pani?

Oczy Juliette Foulon poja­śniały.

- Też w stycz­niu! Myślę, że tym razem to będzie dziew­czynka; czuję to. Kto wie, może nasze dzieci się zaprzy­jaź­nią? Chodźmy, mój sklep jest bli­sko parku. Może się pani oprzeć o wózek, jeśli potrze­buje pani pod­pory. - Odcią­gnęła ją od ławki, a Elise, ku swemu zasko­cze­niu, z ulgą przy­jęła, że ktoś ją pro­wa­dzi.

- Nie chcia­ła­bym spra­wiać kło­potu...

- Żaden kło­pot. Nale­gam. Chodź­cie, chłopcy! - Star­szy drep­tał za matką; młod­szy wykrę­cał szyję, by spoj­rzeć na Elise z wózka. - Zabie­ramy panią LeC­lair z nami do domu.

Rozdział drugi

Juliette zorien­to­wała się, jesz­cze zanim kobieta upa­dła, że dzieje się coś złego. Jej wła­sne ciąże nastę­po­wały jedna po dru­giej, w pew­nym sen­sie mogła więc ucho­dzić za eks­perta w tej dzie­dzi­nie. Claude, który miał teraz cztery lata, był jej pier­wo­rod­nym, nie­długo po nim uro­dziła się Anto­inette, która umarła zale­d­wie trzy­na­ście dni póź­niej i leżała pod war­stwą zim­nej ziemi na cmen­ta­rzu znaj­du­ją­cym się na połu­dnie od parku. Alphonse, dziś dwu­letni, był nie­spo­dzie­wa­nym pocie­sze­niem, a Juliette znów była w ciąży; wie­działa, że to będzie dziew­czynka, i napeł­niała ją prze­ra­że­niem myśl, że może ją stra­cić, tak jak stra­ciła Anto­inette. Nie znio­słaby znów takiego bólu, więc co wie­czór modliła się, by zie­jąca pustka w jej sercu pew­nego dnia się wypeł­niła.

Ta kobieta - Elise LeC­lair - przy­po­mi­nała jej pod­nie­co­nego źre­baka, ruchy miała ner­wowe, mię­śnie naprę­żone do biegu. Ale ponie­waż Juliette nabrała prak­tyki w nakła­nia­niu Claude'a i Alphonse'a do robie­nia tego, co chciała, nie­trudno jej było rado­śnie popy­chać kobietę w stronę ścieżki pro­wa­dzą­cej na połu­dniowy skraj parku, jed­no­cze­śnie nie prze­ry­wa­jąc papla­niny.

Zapew­nie­nie Juliette, że gdyby coś stało się pani LeC­lair, ona nie mogłaby z tym żyć, Elise praw­do­po­dob­nie potrak­to­wała jak puste słowa. Ale to była prawda. Jesz­cze zanim uro­dziła wła­sne, Juliette zawsze była wraż­liwa na los dzieci, oka­le­czo­nych pta­ków, bez­dom­nych kotów - wszyst­kich, któ­rym potrzebna była pomoc. Paul, jej mąż, mówił, że to jedna z tych cech, które w niej kocha. Poznali się pięć lat wcze­śniej wła­śnie tu, w Lasku Buloń­skim, gdy Juliette spę­dzała lato u swej grande-tante Marie, ciotki jej matki, która miesz­kała w szes­na­stce, na wschod­nim skraju parku. Spa­ce­ro­wała zacie­nioną alejką, gdy natra­fiła na ran­nego wró­belka. Pod­nio­sła go ze łzami w oczach, a gdy rozej­rzała się w poszu­ki­wa­niu pomocy, jej wzrok padł na wyso­kiego, bar­czy­stego męż­czy­znę idą­cego jej naprze­ciw. Miał pia­skowe włosy prze­ty­kane cęt­kami siwi­zny.

- Prze­pra­szam - powie­działa, sta­ra­jąc się, żeby jej fran­cu­ski zabrzmiał nie­na­gan­nie. Cho­ciaż jej rodzina miesz­kała od dwóch poko­leń w Sta­nach, jej zmarła kilka lat wcze­śniej matka nale­gała, żeby Juliette nauczyła się języka przod­ków. - Czy wie pan, gdzie mogę zna­leźć kogoś, kto pomoże mi ura­to­wać tego ptaszka?

Męż­czy­zna przy­sta­nął i przy­glą­dał się jej, a potem uśmiech­nął się uprzej­mie.

- Américaine?

Jej fran­cu­ski nie był jed­nak dosko­nały.

- Oui, mon­sieur. Jestem tu tylko z wizytą, ale ten biedny pta­szek...

- Pro­szę pójść ze mną - odpo­wie­dział po angiel­sku wolno, z namy­słem. - Zanie­siemy ptaszka do dok­tora Babina.

Dok­tor Babin, jak się oka­zało, nie był wete­ry­na­rzem, tylko leka­rzem inter­ni­stą i sta­łym klien­tem małej księ­garni, którą ten przy­stojny męż­czy­zna - przed­sta­wił się jako Paul Foulon - prze­jął rok temu po śmierci swo­ich rodzi­ców. Powie­działa mu, że jej rodzice rów­nież nie żyją, a on uśmiech­nął się do niej deli­kat­nie, zanim znów ode­zwał się po angiel­sku:

- Przy­kro mi. - I gestem wska­zu­jąc ich oboje, dodał: - Deux orphe­lins. - Dwie sie­roty. Po fran­cu­sku nie zabrzmiało to tak żało­śnie.

Gdy dwa mie­siące póź­niej grand-tante Marie zmarła na zapa­le­nie płuc, Paul, star­szy od Juliette o pięt­na­ście lat, zdą­żył już się jej oświad­czyć. Pod koniec 1934 roku wzięli ślub. Juliette zre­or­ga­ni­zo­wała księ­gar­nię tak, że znaj­do­wały się w niej zarówno fran­cu­skie książki, jak i kla­syka angiel­ska, co odpo­wia­dało miesz­kań­com Boulo­gne-Bil­lan­co­urt oraz rosną­cej spo­łecz­no­ści cudzo­ziem­ców w zachod­niej dziel­nicy Paryża.

Póź­niej dok­tor Babin przy­jął na świat jej dwóch chłop­ców: Claude'a w 1935 i Alphonse'a w 1937 roku, ale pomię­dzy ich naro­dzi­nami doszło do tra­ge­dii z Anto­inette, która nie­ba­wem po uro­dze­niu nagle we śnie prze­stała oddy­chać. Juliette ni­gdy sobie tego nie wyba­czyła, cho­ciaż dok­tor Babin zapew­niał, że to nie jej wina. "Cza­sem, madame Foulon, takie rze­czy się zda­rzają" - powie­dział, ale Juliette w to nie uwie­rzyła. Ona była matką Anto­inette i cał­ko­wi­cie zawio­dła.

Nie dopusz­czała więc myśli, że pozo­stawi cię­żarną kobietę samej sobie, gdy roz­wi­ja­ją­cemu się w niej dziecku zagraża nie­bez­pie­czeń­stwo. A jeśli coś się sta­nie? Być może Bóg wysta­wiał ją na próbę? Nie, tym razem nie zawie­dzie.

- Chodźmy - powie­działa, nieco zwal­nia­jąc, żeby pani LeC­lair, która na chwilę się zatrzy­mała i z głę­bo­kim wes­tchnie­niem zła­pała się znów za brzuch, mogła nadą­żyć. - Jeste­śmy pra­wie na miej­scu i zaraz wyślę mojego męża po dok­tora Babina. Pospiesz się, Claude!

Synek z nie­po­ko­jem pod­niósł na nią oczy - duże, szare oczy, dokład­nie takie same jak matki.

- Czy tej pani nic się nie sta­nie? - spy­tał gło­śnym szep­tem.

- Wszystko będzie dobrze, kocha­nie - zapew­niła Juliette rado­snym tonem, po czym zer­k­nęła nad jego głową na Elise. - Już docho­dzimy do sklepu.

- Do jakiego sklepu? - spy­tała pani LeC­lair, przy­trzy­mu­jąc się wózka, by łatwiej jej było iść.

- Do księ­garni.

Juliette celowo mówiła weso­łym gło­sem, ponie­waż uwa­żała, że oży­wiona papla­nina ma moc roz­pra­sza­nia obaw. Sto­so­wała tę metodę za każ­dym razem, gdy któ­ryś z chłop­ców przy­bie­gał do niej z otar­tym kola­nem albo sinia­kiem. Po pro­stu uda­wała, dopóki wszystko nie wró­ciło do normy.

- Nale­żała do rodzi­ców męża - cią­gnęła - a ja ciężko pra­co­wa­łam, by ją roz­krę­cić. Otwo­rzy­li­śmy nawet dział dzie­cięcy, ponie­waż dzieci muszą poko­chać słowo pisane, prawda? Jeśli daje się komuś książkę, daje mu się cały świat. Dzieci na to zasłu­gują, nie sądzi pani?

Elise wpa­try­wała się w swoją roz­mów­czy­nię, a Juliette prze­mknęło przez myśl, czy nie robi z sie­bie wariatki tym weso­łym sło­wo­to­kiem.

- Prze­pra­szam - zre­flek­to­wała się. - Cza­sem plotę trzy po trzy.

- Nie, nie o to cho­dzi. Nie wiem... może się mylę? Ma pani ame­ry­kań­ski akcent.

Juliette jęk­nęła.

- To takie oczy­wi­ste?

- Nie. - Elise uśmiech­nęła się i prze­szła na angiel­ski. - Bo widzi pani, ja też jestem Ame­ry­kanką.

- Ojej, coś podob­nego! Wła­ści­wie, jeśli o tym pomy­śleć, to cał­kiem praw­do­po­dobne. - Juliette prze­czy­tała w gaze­cie, że obec­nie w Paryżu i oko­li­cach mieszka ponad trzy­dzie­ści tysięcy Ame­ry­ka­nów. Dla­tego tak ważne wyda­wało się spro­wa­dza­nie angiel­skich ksią­żek; Ame­ry­ka­nom i Bry­tyj­czy­kom miesz­ka­ją­cym w zachod­nich dziel­ni­cach Paryża wygod­niej było odwie­dzić jej księ­gar­nię niż wędro­wać do słyn­nej Sha­ke­spe­are and Com­pany przy rue de l'Odeon w pobliżu Ogrodu Luk­sem­bur­skiego, do któ­rej było ponad godzinę drogi.

Wyszły z parku w pobliżu sta­dionu Rolanda Gar­rosa i pospie­szyły dalej ave­nue Jean-Bab­ti­ste-Clément.

- Już pra­wie jeste­śmy na miej­scu! - oświad­czyła pogod­nie Juliette, pospie­sza­jąc Claude'a. - La Libra­irie des Ręves, tuż za rogiem!

- La Libra­irie des Ręves? - powtó­rzyła Elise LeC­lair, ciężko dysząc.

- No, tak. Księ­gar­nia marzeń. To był mój pomysł; zmie­ni­li­śmy jej nazwę rok po ślu­bie, bo pro­wa­dzi­li­śmy takie życie, o jakim zawsze marzy­li­śmy. Wie­rzy­łam, że książki są marze­niami zapi­sa­nymi na papie­rze, zabie­rają nas tam, gdzie chcie­li­by­śmy być.

Skrę­cili w małą rue Goblet, a tam po lewej stro­nie uka­zała się księ­gar­nia.

- Oto jeste­śmy! - Juliette wepchnęła wózek przez drzwi, przy­trzy­mała je dla Claude'a, a potem dla pani LeC­lair, która nie­pew­nie weszła do środka i zaczęła roz­glą­dać się uważ­nie po wnę­trzu.

Juliette była cie­kawa, jak jej się tu podoba. Księ­gar­nię wypeł­niał labi­rynt rega­łów, ale ona kochała ten wystrój; na pół­kach znaj­do­wały się zarówno nowe, jak i uży­wane książki, ponie­waż ich wiek nie miał zna­cze­nia, ważne, że opo­wie­dziane w nich histo­rie prze­ma­wiały do każ­dego w indy­wi­du­alny spo­sób. Cóż, nie­któ­rzy być może uwa­żali, że księ­gar­nia jest zbyt zatło­czona lub cha­otyczna. Juliette miała nadzieję, że pani LeC­lair nie należy do takich osób.

- Jestem zachwy­cona - powie­działa szep­tem Elise, roz­glą­da­jąc się z nie­skry­wa­nym podzi­wem.

- Dzię­kuję. - Juliette poczuła, że cię­żar spada jej z ramion. - Pro­szę usiąść. Zaraz wyślę męża po dok­tora Babina, a tym­cza­sem Claude przy­nie­sie pani szklankę wody.

Jej star­szy syn natych­miast popę­dził na zaple­cze, skąd drzwi pro­wa­dziły do pry­wat­nego miesz­ka­nia. Sekundę póź­niej tymi samymi drzwiami wszedł Paul Foulon. Zer­k­nął na gościa, a potem na Juliette.

- Co się stało, moja droga? - Pod­szedł do żony i obda­rzył ją na powi­ta­nie cału­sem, dłuż­szym, niżby wyma­gały oko­licz­no­ści. Cie­szyło ją, że kiedy wra­cała, nawet po godzi­nie lub dwóch, zawsze witał ją uszczę­śli­wiony. Z każ­dym dniem coraz bar­dziej kochała jego, a on ją; czuła to w jego pło­ną­cym spoj­rze­niu, w spo­so­bie, w jaki jej doty­kał i ją cało­wał.

- To moja nowa zna­joma, pani LeC­lair - powie­działa Juliette, wska­zu­jąc Elise, która wyglą­dała na zaże­no­waną. - Pomy­śla­łam, że pój­dziesz po dok­tora Babina, mój drogi. Wła­ści­wie pani LeC­lair nic nie dolega, tak sądzę, ale poczuła się tro­chę słabo i lepiej mieć się na bacz­no­ści.

- Tak, oczy­wi­ście. Miło panią poznać, madame. Zaraz wra­cam. - Rzu­cił zanie­po­ko­jone spoj­rze­nie Juliette, która na znak zachęty ski­nęła głową.

Pospiesz­nie wyszedł, aku­rat w momen­cie, gdy poja­wił się Claude ze szklanką wody wypeł­nioną po brzegi. Ostroż­nie podał ją Elise, wyle­wa­jąc kilka kro­pli na jej suk­nię, na co ona nie zwró­ciła uwagi.

- Merci beau­coup - podzię­ko­wała z uprzej­mym uśmie­chem, ale kilka sekund póź­niej kolejna fala bólu prze­szyła jej ciało; odsta­wiła szklankę i zaci­snęła zęby, odwra­ca­jąc wzrok.

Z nara­sta­ją­cym nie­po­ko­jem Juliette wyjęła Alphonse'a z wózka, piesz­czo­tli­wie zmierz­wiła mu loki i popro­siła Claude'a, żeby zabrał bra­ciszka do kącika zabaw. Claude wyszedł, cią­gnąc Alphonse'a za rękę.

- To będzie pani pierw­sze dziecko? - spy­tała Juliette.

Elise uśmiech­nęła się nie­pew­nie.

- Tak. Na pewno nic mu nie jest. Chyba mam po pro­stu wzdę­cia.

Juliette poki­wała głową na to wyja­śnie­nie, cho­ciaż oby­dwie wie­działy, że nie dostaje się wzdęć od sie­dze­nia na ławce w parku.

- Myśli pani, że to chło­piec?

- Mój mąż jest tego pewien.

- A pani?

- Jesz­cze nie wiem... - zawa­hała się. - Oba­wiam się, że córka go roz­cza­ruje.

- Non­sens! - Juliette wycią­gnęła rękę i ści­snęła zimną i drżącą dłoń pani LeC­lair. - Ojco­wie natych­miast zako­chują się w swo­ich małych dziew­czyn­kach.

Na wspo­mnie­nie twa­rzy Paula, gdy po raz pierw­szy zoba­czył maleńką, spo­kojną buzię Anto­inette, musiała powstrzy­mać łzy. Claude, ich pier­wo­rodny, zaraz po uro­dze­niu zaczął krzy­czeć, nato­miat Anto­inette przy­po­mi­nała wystra­szo­nego motylka, który nie był jesz­cze gotowy porzu­cić swój kokon.

Elise LeC­lair powio­dła wzro­kiem po wnę­trzu, a potem znów z posza­rzałą twa­rzą pochy­liła się i objęła brzuch.

- Nasi­lają się, prawda? - Juliette sta­rała się, by jej głos brzmiał spo­koj­nie; zer­k­nęła w stronę okna, modląc się, by Paul szybko wró­cił z leka­rzem.

- Dam radę - wychry­piała Elise, sta­ra­jąc się wypro­sto­wać.

- Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście. Ale ma pani zostać matką i wkrótce się prze­kona, że matki potrze­bują dużo wspar­cia. - Juliette ujęła Elise za rękę. - Oczy­wi­ście macie­rzyń­stwo jest tego warte, ale może być trudne - dodała, spo­glą­da­jąc w kie­runku kącika dzie­cię­cego, gdzie chłopcy bawili się cicho z kon­spi­ra­cyj­nie pochy­lo­nymi gło­wami. Wypo­wie­działa te słowa nie bez poczu­cia winy, ponie­waż dzieci były wiel­kim bło­go­sła­wień­stwem i miała świa­do­mość, że zna­la­zła swoje miej­sce na świe­cie, ale będąc matką, musiała z wielu rze­czy zre­zy­gno­wać.

- To trud­niej­sze niż być żoną? - Elise LeC­lair uśmiech­nęła się blado, a Juliette prze­łknęła gulę nie­po­koju.

Nie potra­fiła sobie wyobra­zić, że mał­żeń­stwo może być trudne, ale prze­cież rozu­miała, że nie wszy­scy mają tyle szczę­ścia co ona i Paul. Taka miłość zda­rza się raz w życiu.

- Myślę, że miłość bywa trudna, ponie­waż wymaga wyrze­cze­nia się czę­ści sie­bie, żeby uzy­skać o wiele wię­cej - powie­działa z namy­słem. - Ale uwa­żam, że nawet kiedy coś odda­jemy, rezul­tat jest tego wart, jeśli dajemy to komuś, kto rów­nie gorąco odwza­jem­nia naszą miłość.

Te słowa miały być pocie­sze­niem, ale w Elise LeC­lair chyba wzbu­dziły nie­po­kój, ponie­waż szybko odwró­ciła wzrok.

Rozdział trzeci

Gdzie ona się zna­la­zła? Ta księ­gar­nia, La Libra­irie des Ręves, wyda­wała się miej­scem z sen­nych marzeń, nazwa dosko­nale do niej paso­wała. Wszę­dzie wzno­siły się półki, cha­otyczne i piękne, i już od progu Elise zauwa­żyła kilka swo­ich ulu­bio­nych tytu­łów, w tym Dolę czło­wie­czą André Mal­raux, któ­rego Oli­vier znał oso­bi­ście z dzia­łal­no­ści w nie­ist­nie­ją­cym już lewi­co­wym Fron­cie Ludo­wym; nawet przed­sta­wił ją pisa­rzowi. Była to jedna z kilku ksią­żek, któ­rej ocenę podzie­lała z Oli­vierem.

Elise kochała książki i dużo czy­tała, ponie­waż lek­tura zawsze prze­no­siła ją do innego świata. Kiedy prze­stała? Chyba jakiś czas po ślu­bie, bo mąż chciał, by czy­tała te same książki co on, żeby mogli o nich dys­ku­to­wać pod­czas dłu­gich zakra­pia­nych winem kola­cji z jego przy­ja­ciółmi i ich żonami. Nie żeby tego nie chciała; pra­gnęła być czę­ścią jego świata, pra­gnęła, by patrzył na nią tak, jak pan Foulon patrzy na swoją żonę. Rzecz w tym, że nie inte­re­so­wały jej książki, które jej pod­su­wał, dzieła socja­li­stów takich jak Marks czy Cabet. Miała wra­że­nie, że to zada­nie ją prze­ra­sta; nie tylko dla­tego, że nie zga­dzała się z poglą­dami auto­rów.

Na przy­ję­ciach Oli­vier lubił prze­ko­ny­wać ludzi, że praw­dziwa sztuka odzwier­cie­dla trudy życia. Ale gdy patrzyła teraz na tę per­fek­cyj­nie nie­do­sko­nałą księ­gar­nię tchnącą tysią­cem opo­wie­ści, na dwóch braci, któ­rzy bawili się grzecz­nie pomię­dzy rega­łami, i na Juliette, kobietę, która jej nie znała, ale zre­zy­gno­wała ze swo­jego spa­ceru, by o nią zadbać, zasta­na­wiała się, zresztą nie po raz pierw­szy, że może życie wcale nie musi być trudne, żeby było piękne.

Myśl ta rychło roz­pły­nęła się w kolej­nej fali bólu. Elise chwy­ciła się za brzuch i księ­gar­nia zawi­ro­wała jej przed oczami. Jedyne, co miało zna­cze­nie, to dziecko, które może przyjść na świat o wiele za wcze­śnie.

Zanim wró­ciła jej ostrość widze­nia, w drzwiach sta­nął pan Foulon, a za nim łysie­jący męż­czy­zna w śred­nim wieku, w oku­la­rach. Wyglą­dało na to, że został ode­rwany od stołu; w lewym kąciku jego ust tkwił okruch bagietki, a z koł­nie­rzyka cią­gle zwi­sała ser­wetka.

- Pani LeC­lair, to jest dok­tor Babin. - Doko­nu­jąc tej pre­zen­ta­cji, pan Foulon ciężko dyszał.

- Bon­jour docteur. - A jeśli to nic takiego, jeśli bez powodu zakłó­ciła tej kobie­cie spa­cer z dziećmi, a temu leka­rzowi lunch? - Dzię­kuję, że pan przy­szedł, ale to na pewno nic poważ­nego.

- Cie­szę się, że pani jest tego pewna, madame LeC­lair. - Lekarz pochy­lił się nad nią z uprzej­mym wyra­zem twa­rzy. - Ale pro­szę pozwo­lić mnie to oce­nić. W prze­ciw­nym wypadku lata spę­dzone na stu­diach medycz­nych byłyby cał­ko­witą stratą czasu. Teraz panią zba­dam, dobrze?

Pan Foulon pomógł Elise wstać i, pod­trzy­mu­jąc ją, popro­wa­dził przez tylne drzwi do miesz­ka­nia, w któ­rym na par­te­rze znaj­do­wała się kuch­nia i mały salon oraz schody wio­dące na górę.

- Reszta pokoi jest na pię­trze - powie­dział swo­bod­nym tonem, poma­ga­jąc jej przejść obok stosu kloc­ków i kró­lika z ode­rwa­nym uchem. - Ale, jak pani widzi, chłopcy przy­no­szą tutaj swoje zabawki. Pro­szę wyba­czyć bała­gan.

- Tu nie ma bała­ganu - powie­działa Elise. - To piękny salon.

Pan Foulon usa­do­wił Elise na małej kana­pie.

- Nie jestem pewien, czy nazwał­bym go pięk­nym, ale bar­dzo miło z pani strony. - Potem wyco­fał się, ustę­pu­jąc miej­sca leka­rzowi, który szedł za nimi. - Pro­szę dać mi znać, jeśli będzie pan cze­goś potrze­bo­wał, dok­to­rze.

- Oczy­wi­ście.

Lekarz przy­klęk­nął przy niej, a pan Foulon wró­cił do księ­garni. Nawet przez baweł­nianą sukienkę czuła cie­pło jego rąk, gdy badał jej brzuch, naci­ska­jąc naj­pierw nisko po pra­wej stro­nie, a potem po lewej.

- Kiedy miała pani ostatni skurcz?

Elise z tru­dem usia­dła, opie­ra­jąc się na łok­ciach, serce jej waliło.

- Skur­cze? Czy to już to...? Nie mogę teraz uro­dzić. Jest o wiele za wcze­śnie.

Lekarz wyglą­dał na spo­koj­nego, co tro­chę ostu­dziło jej emo­cje.

- Podej­rze­wam, że to fał­szywe skur­cze, ale zaraz spraw­dzimy. Kiedy się zaczęły?

- Jakąś godzinę temu. W parku.

- Ile ich było?

Zasta­no­wiła się chwilę.

- Pięć, chyba tak. Mniej wię­cej co dzie­sięć minut.

- Nie czę­ściej?

- Nie. Nie sądzę.

- Piła pani wystar­cza­jąco dużo wody? Cza­sem fał­szywe skur­cze są spo­wo­do­wane odwod­nie­niem.

Wła­ści­wie nie mogła sobie przy­po­mnieć, kiedy po raz ostatni się cze­goś napiła, zanim kilka minut temu star­szy syn pani Foulon przy­niósł jej wodę. Już miała zamiar odpo­wie­dzieć, kiedy nade­szła kolejna fala bólu. Lekarz musiał to poznać po wyra­zie jej twa­rzy i nagle spię­tym ciele, ponie­waż natych­miast przy­ło­żył ręce do jej brzu­cha. Gdy Elise wal­czyła z bole­snymi skur­czami, dok­tor Bobin, zamknąw­szy oczy, naci­skał jej brzuch tu i tam. Kiedy ból ustą­pił, uśmiech­nął się lekko i ski­nął głową.

- Tak jak myśla­łem - powie­dział, odsu­wa­jąc się od niej. - Skur­cze prze­po­wia­da­jące.

- Par­don?

- Dzi­siaj nie doj­dzie do porodu. - Ton jego głosu był sta­now­czy i krze­piący.

- Jest pan pewien? - Elise znów z tru­dem usia­dła. Czy może ode­tchnąć z ulgą? Czy dok­tor Bobin nie zba­ga­te­li­zo­wał jej przy­pa­dło­ści?

- Tak, madame LeC­lair, to ozna­cza tylko, że pani ciało przy­go­to­wuje się do porodu. To jak tre­ning kali­ste­niki przed wiel­kim wyda­rze­niem. - Zatarł ręce. - Pro­szę wypić kilka szkla­nek wody i tro­chę odpo­cząć, a potem może pani bez­piecz­nie wró­cić do domu.

Cho­ciaż Elise z tru­dem uwie­rzyła w takie pro­ste wyja­śnie­nie, rze­czy­wi­ście poczuła się lepiej, gdy sie­dząc przy małym sto­liku, wypiła szklankę wody, i znacz­nie lepiej, gdy wypiła drugą, pod­czas gdy pani Foulon krzą­tała się wokół niej.

- Bar­dzo prze­pra­szam - powie­działa Juliette, znów napeł­nia­jąc szklankę Elise. - Sama dałaby sobie pani radę i może nie powin­nam była inter­we­nio­wać.

- Cie­szę się, że pani to zro­biła. - Elise mówiła szcze­rze. - Byłam prze­stra­szona. Prawdę mówiąc, na­dal jestem. Myśli pani, że dok­tor miał rację? Nie mam się czym mar­twić?

- Och, oczy­wi­ście. Powin­nam zda­wać sobie z tego sprawę... - Jakiś cień prze­mknął przez jej rysy, gdy się zawa­hała. - Wie pani, stra­ci­łam dziecko. Ja... ja cza­sami mam skłon­ność do prze­sad­nej reak­cji. Nie może sobie pani wyobra­zić, co się czuje... Nikomu tego nie życzę.

- Co się czuje? - spy­tała cicho Elise, ale gdy nie otrzy­mała odpo­wie­dzi od razu, zdała sobie sprawę, że jej pyta­nie było nie­sto­sowne. Jako artystka nie­kiedy dawała się ponieść emo­cjom, wręcz obse­syj­nie sku­pia­jąc się na uczu­ciach i tym, jak je odtwo­rzyć w sztuce, i zapo­mi­nała o dobrych manie­rach. - Och, prze­pra­szam - dodała pospiesz­nie. - Jakże byłam nie­tak­towna!

- Nie, nie, w porządku. Nikt ni­gdy mnie o to nie spy­tał. - Pani Foulon pod­nio­sła wzrok i spoj­rzała na Elise wil­got­nymi oczami. - W życiu nie czu­łam się tak bez­radna. - Zawa­hała się i zer­k­nęła na pod­łogę. - I ten ból... Czu­łam się jak stado pta­ków, wielka chmara, które lecą, nie mając dokąd. - Znów pod­nio­sła wzrok. - Wiel­kie nieba, mówię jak wariatka, prawda?

Elise pomy­ślała o pta­kach w parku, któ­rych ruchy usi­ło­wała uchwy­cić na papie­rze. Z jakie­goś powodu słowa Juliette pobu­dziły jej szkice do życia, czego nie był w sta­nie zro­bić jej ołó­wek.

- Wcale nie. Mówi pani jak ktoś, kto doznał ogrom­nej straty. - Poczuła, że coś się w niej poru­szyło, zapra­gnęła wziąć do ręki dłuto, nadać formę sym­bo­lowi udręki. - Bar­dzo mi przy­kro, pani Foulon.

- Pro­szę mi mówić Juliette. - Kobieta otarła spły­wa­jącą łzę.

- Jeśli ty będziesz do mnie mówić Elise.

Juliette się uśmiech­nęła.

- Być może mogła­byś cza­sem mnie odwie­dzić, Elise?

- Chęt­nie. Bar­dzo chęt­nie.

Juliette wezwała tak­sówkę. Poże­gnaw­szy się z magiczną księ­gar­nią będącą zara­zem domem, Elise usia­dła na tyl­nej kana­pie czar­nego citroëna, który powiózł ją trzy­pa­smową ave­nue Mozart do jej miesz­ka­nia. Tę krótką trasę prze­była w mil­cze­niu, obser­wu­jąc przez okno dzi­kie i wolne ptaki szy­bu­jące po nie­bie. W gło­wie sły­szała głos Juliette: "Czu­łam się jak stado pta­ków, wielka chmara, które lecą, nie mając dokąd".

Po chwili samo­chód zatrzy­mał się pod jej kamie­nicą. Elise wje­chała kle­ko­czącą windą na piąte pię­tro. Miesz­ka­nie było puste, Oli­vier praw­do­po­dob­nie poszedł na jakieś spo­tka­nie. Elise weszła do swo­jej pra­cowni - małego pomiesz­cze­nia bez okien, które kie­dyś musiało peł­nić funk­cję skła­dziku. Oli­vier na swoją pra­cownię wybrał sypial­nię z oknami wycho­dzą­cymi na wschód, z któ­rych roz­cią­gał się widok na pra­żone słoń­cem cyn­kowe dachy aż do place Rodin. Przed­sta­wił roz­sądne argu­menty, wysy­ła­jąc ją do poko­iku, któ­rego wymiary paso­wały raczej do gar­de­roby. "Nie musisz mieć okien tak jak ja - powie­dział. - Drewno jest drew­nem w każ­dym świe­tle. A ja potrze­buję słońca, Elise, żeby dokład­nie dobrać kolory".

Oczy­wi­ście miał rację, ale cza­sem w tej prze­strzeni, do któ­rej on ni­gdy nie zaglą­dał, czuła się bar­dzo osa­mot­niona. A gdyby stąd nie wyszła, czyby jej szu­kał, czy po pro­stu uznał, że się zde­ma­te­ria­li­zo­wała - że wchło­nęły ją ściany?

Po raz pierw­szy od jakie­goś czasu coś czuła, naprawdę czuła. Spo­tka­nie z Juliette otwo­rzyło w niej jakąś śluzę i teraz, gdy wyjęła kawał drewna lipo­wego wysoki jak stos ksią­żek w księ­garni Juliette, poczuła oso­bliwy prąd w pal­cach. Głę­boko ode­tchnęła i oparła się o kloc, chło­nąc jego orze­chowy, liścia­sty zapach, a potem bez zasta­no­wie­nia wycią­gnęła rękę po narzę­dzia sta­ran­nie uło­żone na bla­cie robo­czym. Dłuta, żło­baki, noże i pil­niki róż­nych roz­mia­rów i kształ­tów leżały w rzę­dach, trzon­kami do ściany, jak w warsz­ta­tach daw­nych sto­la­rzy, żeby można od razu roz­po­znać ostrza po ich kształ­tach.

Lewą dło­nią objęła gładki trzo­nek dużego żło­baka, a prawą się­gnęła po drew­niany mło­tek. Sto­jąc na lekko ugię­tych nogach, żeby usta­bi­li­zo­wać ciało, przy­ło­żyła dłuto do drewna i ude­rzyła je młot­kiem, naj­pierw raz, a potem drugi i trzeci, usu­wa­jąc duże kawałki mate­riału i oczami duszy widząc kształt, jaki przy­bie­rze bryła.

Zanim zaczęła rzeź­bić w drew­nie, wyobra­żała sobie, że podob­nie jak praca w gli­nie, to przede wszyst­kim zaję­cie dla rąk, dopóki nie nada się two­rzywu wła­ści­wego kształtu. Tym­cza­sem to zada­nie wyma­gało pracy całego ciała i gdy wykra­wała formę z bez­kształt­nej bryły, ramiona ją bolały, mię­śnie ple­ców paliły z wysiłku. To prze­ży­cie było jak kathar­sis, sta­wała się jed­no­ścią ze swoim dzie­łem, czuła nie­zwy­kłe oży­wie­nie, jakiego nie dozna­wała w codzien­nym życiu. Tu nie było żad­nych zbęd­nych ruchów.

Gdy zorien­to­wała się, że jest w ciąży, mar­twiła się, że powięk­sza­jący się brzuch będzie prze­szka­dzał pod­czas rzeź­bie­nia, ale nauczyła się tak pra­co­wać, by unik­nąć pro­ble­mów; zresztą jej brzuch nie miał nic wspól­nego z siłą ramion i ple­ców. Myśl, że jest w sta­nie oży­wić drewno, a zara­zem wła­sne ciało, była wielce krze­piąca. Co dziwne, im bar­dziej czuła się wyczer­pana ciążą, tym bar­dziej miała wra­że­nie, że wysi­łek zwią­zany z rzeź­bie­niem ją wzmac­nia.

Od czasu do czasu prze­ry­wała, by popra­wić pozy­cję albo chwy­cić dłuto innego kształtu. Powoli z drewna zaczęły się wyła­niać figurki maleń­kich ptasz­ków. W końcu Elise odło­żyła pod­bi­jak i pra­co­wała tylko ostrymi narzę­dziami, prze­cho­dząc od jed­nego cię­cia do dru­giego. Ostrza bez wysiłku prze­su­wały się po jasnym drew­nie, a cien­kie jak papier poskrę­cane stru­żyny opa­dały na pod­łogę.

Stra­ciła poczu­cie czasu. Gdzieś na zewnątrz słońce sunęło w kie­runku hory­zontu, ale ona w tym ciem­nym pomiesz­cze­niu bez widoku na świat nie zda­wała sobie z tego sprawy. Naj­waż­niej­sze, że po raz pierw­szy od dłuż­szego czasu znów two­rzyła. Czuła, że wzbu­rzone emo­cje zaczy­nają w niej kipieć, wni­ka­jąc w narzę­dzia, wci­na­jąc się w słoje, a gdy wresz­cie skoń­czyła i odsu­nęła się, by popa­trzeć na swoje dzieło, poczuła, że z jej ramion spadł wielki cię­żar.

Ptaki, dzie­siątki pta­ków z sze­roko roz­po­star­tymi skrzy­dłami i gło­wami unie­sio­nymi ku niebu, wycio­sa­nych z mięk­kiego lipo­wego drewna, zry­wało się do lotu z bagni­stego koryta rzeki. Ale jakieś nie­wi­dzialne siły łączyły je z pod­ło­żem i przy­trzy­my­wały w miej­scu, a gdy ptaki zro­zu­miały, że na zawsze są przy­kute do ziemi, widać było smu­tek i szok w ich oczach. To smu­tek Juliette prze­pły­wał przez ręce rzeź­biarki - "stado pta­ków, cała chmara..." - i Elise wie­działa, że po okre­sie dłu­giej posu­chy stwo­rzyła coś wyjąt­ko­wego. Po raz pierw­szy od dłuż­szego czasu nabrała nadziei, że wszystko może się jesz­cze uło­żyć.

Gdy weszła do salonu, wyczer­pana, z obo­la­łymi ple­cami i ramio­nami, ale jed­no­cze­śnie speł­niona, z ulicy dobie­gły ją pod­nie­cone okrzyki - dźwięki, któ­rych nie sły­szała w zamknię­tym pomiesz­cze­niu. Cho­ciaż przez otwarte

podwójne okno na­dal napły­wało bal­sa­miczne powie­trze, dębowy par­kiet był zimny pod jej bosymi sto­pami. Zapa­dała już noc, a gdy dziecko poru­szyło się w jej brzu­chu, w Elise wstą­pił nie­po­kój. Spoj­rzała na ozdobny zegar sto­jący na mar­mu­ro­wym kominku. Minęła ósma, a Oli­vier jesz­cze nie wró­cił. Coś musiało się stać.

Elise pode­szła do okna, otwo­rzyła je sze­rzej i wyj­rzała przez kutą żela­zną barierkę bal­konu. Na cichej zazwy­czaj ave­nue Mozart tło­czyli się ludzie, nie­któ­rzy wyma­chi­wali fran­cu­skimi fla­gami, inni gło­śno dys­ku­to­wali, a jeden męż­czy­zna, obej­mu­jąc latar­nię, pijac­kim gło­sem śpie­wał Mar­sy­liankę. Elise przy­glą­dała się temu zamie­sza­niu ze ści­śnię­tym żołąd­kiem. Nie było powodu przy­pusz­czać, że sceny roz­gry­wa­jące się na ulicy miały coś wspól­nego z Oli­vie­rem i małym krę­giem arty­stów, któ­rzy spo­ty­kali się w kawiar­niach i dys­ku­to­wali o znie­na­wi­dzo­nym rzą­dzie Dala­diera. Plot­ko­wano o sro­gich karach dla agi­ta­to­rów, a Oli­vier rzadko bywał powścią­gliwy w wyra­ża­niu swo­ich lewi­co­wych sym­pa­tii. Czyżby dziś wie­czo­rem poli­cja prze­pro­wa­dziła jakąś akcję zapla­no­waną przez rząd?

Wresz­cie usły­szała szczęk klu­cza w zamku i całe jej ciało roz­luź­niło się na widok wcho­dzą­cego Oli­viera. Jego oczy jaśniały dziw­nym bla­skiem, ciemne włosy, zazwy­czaj zacze­sane do tyłu pomadą, miał roz­czo­chrane, koszulę czę­ściowo wycią­gniętą ze spodni i roz­dartą na ręka­wie; wyraz jego twa­rzy był dziki, malo­wała się na niej mie­sza­nina stra­chu i roz­ra­do­wa­nia.

- Kocha­nie? - Elise pode­szła do niego i prze­ra­ziła się na widok strużki krwi nad prawą brwią męża.

- Stało się, Elise. - Prze­stę­pu­jąc próg, Oli­vier potknął się, a potem mocno trza­snął drzwiami.

Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że jest pijany.

- Oli­vier...? - Wycią­gnęła rękę, chcąc go pocie­szyć, ale on ze znie­cier­pli­wie­niem odsu­nął jej dłoń. Nie chciał pocie­sze­nia; nie chciał jej.

- Wojna, Elise - powie­dział, a w jego oczach wid­niał błysk cze­goś nie­bez­piecz­nego. - Gdzie, na Boga, byłaś przez całe popo­łu­dnie? Cho­wa­łaś się pod kamie­niem? Hitler naje­chał na Pol­skę. Zaczęła się wojna!

Rozdział czwarty

Dwa dni po inwa­zji Nie­miec na Pol­skę Fran­cja i Anglia wypo­wie­działy Niem­com wojnę. Cho­ciaż na razie w sto­licy Fran­cji nie­wiele się zmie­niło, Juliette czuła nama­calne napię­cie, jakąś zmianę w powie­trzu, w reak­cjach ludzi na ulicy, któ­rzy mijali się ze spusz­czo­nymi gło­wami. Tydzień póź­niej ona i Paul na­dal cho­dzili jak we mgle, cze­ka­jąc, aż zda­rzy się coś strasz­nego.

Do Europy znów przy­szła wojna. Myśl o tym, co ich czeka, para­li­żo­wała ją, ponie­waż pod­czas wojny nikt nie jest bez­pieczny. Wie­działa to z wła­snego doświad­cze­nia; w 1918 roku miała zale­d­wie pięć lat, gdy jej matka otrzy­mała tele­gram z zawia­do­mie­niem, że jej mąż zgi­nął nad Marną i nie wróci do ich małego nie­bie­skiego domku w Con­nec­ti­cut. Juliette obser­wo­wała, jak matka mocuje się z życiem, a w końcu wycho­dzi drugi raz za mąż tylko dla­tego, że potrze­bo­wała kogoś, kto się nią zaopie­kuje i zapewni jej córce dach nad głową.

Paul też znał wojnę; miał sie­dem­na­ście lat, kiedy wybu­chła, a zaraz potem go zmo­bi­li­zo­wano. Był na fron­cie przez kilka lat, dopóki w 1918 roku nie został ranny w nogę pod­czas eks­plo­zji w oko­pie. Ode­słano go do domu, ale nawet teraz nie chciał roz­ma­wiać z Juliette o tym, co tam prze­żył. "To zbyt bole­sne - mawiał. - Nie chcę, żeby moje kosz­mary opa­no­wały twoje sny. Mam szczę­ście, że wró­ci­łem do domu".

Przy Paulu Juliette zna­la­zła rodzinę. Poczu­cie przy­na­leż­no­ści. Drugą połówkę swo­jej duszy. Nie wie­rzyła w takie rze­czy, dopóki go nie poznała; wielka miłość wystę­po­wała w powie­ściach i teatrze, a nie w praw­dzi­wym życiu. Na pewno jej matka i ojczym jej nie zaznali. Ale Paul był jak naj­bar­dziej praw­dziwy i czuła, że z dnia na dzień kocha go coraz moc­niej. Cią­gle spo­dzie­wała się tej chwili, że jej szybko bijące serce się uspo­koi, usta­bi­li­zuje w zna­jo­mym ryt­mie, ale gdy patrzyła na Paula szep­czą­cego coś do Claude'a albo koły­szą­cego Alphonse'a do snu, albo gdy przy­ła­py­wała go, jak patrzy na nią z podzi­wem, albo gdy gła­dził jej cię­żarny brzuch, myśląc, że ona śpi, puls zawsze jej przy­spie­szał, tak jak wtedy, gdy spo­tkali się po raz pierw­szy.

Cie­kawe, czy Elise LeC­lair czuła to samo. Juliette nie rozu­miała, dla­czego stale myśli o tej kobie­cie, gdy widmo nad­cią­ga­ją­cej wojny powinno zepchnąć wszystko na drugi plan.

- Czy we Fran­cji będzie wojna? - spy­tał tego ranka Claude z oczami okrą­głymi jak spodki. Paul i Juliette wymie­nili zanie­po­ko­jone spoj­rze­nia, a potem Juliette ode­zwała się pogod­nym gło­sem:

- Nie masz się czym mar­twić, kocha­nie! Jeste­śmy cał­ko­wi­cie bez­pieczni.

Claude się uspo­koił, ale chwilę póź­niej, gdy przy­ła­pała spoj­rze­nie Paula, wyraz powąt­pie­wa­nia na jego twa­rzy ode­brał jej oddech. Nic im nie grozi, prawda? W końcu walki toczyły się daleko na wscho­dzie. A gra­nice Fran­cji były ufor­ty­fi­ko­wane, nie do przej­ścia.

Jedna z ich naj­lep­szych klien­tek, Ruth Levy, wdowa miesz­ka­jąca kilka prze­cznic dalej, przy­szła tego ranka wraz z dziećmi, Geo­r­ges'em i Suzanne, i teraz ner­wowo krę­ciła się mię­dzy rega­łami, pod­czas gdy dzieci bawiły się z Claude'em i Alphonse'em. Ruth pocho­dziła z Nie­miec, przy­była tu po Wiel­kiej Woj­nie, by poślu­bić Fran­cuza. Jej mąż zmarł kilka lat temu. Mówiła o zbli­ża­ją­cej się woj­nie od pew­nej listo­pa­do­wej nocy zeszłego roku, gdy w całych Niem­czech tłumy zachę­cone przez par­tię nazi­stow­ską zaata­ko­wały żydow­skie domy, sklepy i syna­gogi. Nazy­wała to Kri­stal­l­nacht. Noc krysz­ta­łowa. "Hitler na coraz wię­cej sobie pozwala - mówiła drżą­cym gło­sem. - On się nie zatrzyma".

Juliette wie­działa, że Ruth i jej dzieci byli Żydami. Tego ranka Ruth jej wyznała, że od wybu­chu wojny nie może spać.

- Jeśli Niemcy zaata­kują - powie­działa przy­ci­szo­nym gło­sem, gdy weszła do księ­garni - boję się, że dzieci i ja nie będziemy ni­gdzie bez­pieczni.

Juliette pró­bo­wała dodać jej otu­chy, ale Ruth pokrę­ciła głową, zaci­snęła usta i zajęła się prze­glą­da­niem ksią­żek.

Żeby ode­rwać się od tych myśli, Juliette zaczęła porząd­ko­wać półki w dziale dzie­cię­cym, umiesz­cza­jąc książki w porządku alfa­be­tycz­nym według auto­rów, gdy usły­szała cichy dzwo­nek przy fron­to­wych drzwiach. Wstała i otrze­pała kolana, czu­jąc ulgę, że może sku­pić uwagę na kolej­nym klien­cie.

- Już idę! - zawo­łała, wycho­dząc z kącika, gdzie znaj­do­wał się dział dzie­cięcy, do głów­nego pomiesz­cze­nia księ­garni. Na widok gościa uśmiech­nęła się sze­roko. - Elise! Nie byłam pewna, czy tu wró­cisz!

- Bar­dzo chcia­łam przyjść - wyznała tamta, ale jej uśmiech nie pokrył wyrazu nie­po­koju na twa­rzy. - Szcze­rze mówiąc, to tutaj po raz ostatni czu­łam się sobą.

Juliette uśmiech­nęła się, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, jak to jest, gdy czło­wiek nie czuje się sobą. Kobiety poca­ło­wały się w oba policzki.

- Mar­twi­łam się o cie­bie - powie­działa Juliette, cofa­jąc się o krok. - Jak się masz? Czy od tam­tego dnia w parku przy­tra­fiły ci się jakieś incy­denty?

Elise poło­żyła rękę na wydat­nym brzu­chu.

- Myślę, że dziecko ma się dobrze. Muszę ci podzię­ko­wać za to, co dla mnie zro­bi­łaś. To naprawdę bar­dzo miłe z two­jej strony, że...

- Non­sens - Juliette jej prze­rwała wesoło. - To mini­mum, co matka może zro­bić dla dru­giej. A dla mnie to szczę­ście, że mogłam poznać Ame­ry­kankę. - Cof­nęła się w głąb księ­garni i ski­nęła na Elise, by poszła za nią. - Chodź. Jedna z moich sta­łych klien­tek jest tutaj z dziećmi. Przed­sta­wię cię.

Zastały Ruth patrzącą nie­obec­nym wzro­kiem na prze­wod­niki tury­styczne.

- Ruth - ode­zwała się Juliette. Tamta odwró­ciła się, a wyraz jej twa­rzy świad­czył, że myślami jest gdzieś daleko. - Poznaj moją nową ame­ry­kań­ską przy­ja­ciółkę, panią LeC­lair. Elise, to jest pani Levy.

- Bon­jour, madame Levy - powie­działa uprzej­mie Elise.

- Bon­jour. - Ruth ski­nęła głową do Elise, ale na­dal wyglą­dała na zato­pioną w swoim świe­cie.

Juliette deli­kat­nie poło­żyła rękę na jej ramie­niu.

- Chodźmy zoba­czyć, co czy­tają dzieci. Elise, poznasz Geo­r­ges'a i Suzanne.

Obie kobiety poszły za Juliette do działu dzie­cię­cego, gdzie Geo­r­ges z emfazą czy­tał pozo­sta­łym dzie­ciom L'Oeuf magi­que, jedną z ulu­bio­nych ksią­żek z obraz­kami Claude'a.

- On potrafi czy­tać? - zdu­miała się Elise, a kiedy Ruth szcze­rze się uśmiech­nęła, Juliette zro­biło się tro­chę lżej na sercu.

- Jest z sie­bie bar­dzo dumny. - Ruth nie odry­wała oczu od syna. - Ja też jestem z niego dumna.

Kiedy Geo­r­ges skoń­czył czy­tać, trium­fal­nie zatrza­snął książkę. Trzy kobiety wybu­chły spon­ta­nicz­nym aplau­zem, a Geo­r­ges roze­śmiał się i ramio­nami objął matkę w talii. Sio­stra poszła jego śla­dem, tak samo jak dwaj mali chłopcy Juliette.

Ta poło­żyła dło­nie na gło­wach synów.

- Alphonse, Claude, moi kochani, pamię­ta­cie panią LeC­lair?

Alphonse przy­tak­nął, a Claude tylko wpa­try­wał się w Elise.

- Dobrze się pani czuje, madame? - W oczach Claude'a wid­niał cień nie­po­koju.

- Tak - zapew­niła. - Dzię­kuję, Claude, że byłeś taki miły. Woda, którą przy­nio­słeś, bar­dzo mi pomo­gła.

Zaru­mie­nił się.

- To dobrze - wymam­ro­tał.

- Geo­r­ges, Suzanne, to jest przy­ja­ciółka pani Foulon, madame LeC­lair - powie­działa Ruth do dzieci, które z zacie­ka­wie­niem przy­glą­dały się Elise. Suzanne nie­śmiało poma­chała ręką, a Geo­r­ges patrzył na nią tak, jakby ją oce­niał.

- Wygląda pani bar­dzo ele­gancko - stwier­dził, co spra­wiło, że Elise się roze­śmiała.

- Zapew­niam cię, że wcale o to nie dbam. A przy oka­zji, bar­dzo dobrze czy­tasz bajki.

Puścił jej słowa mimo uszu.

- Pew­nie mieszka pani we wspa­nia­łym apar­ta­men­cie? - spy­tał. - Wygląda pani tak, jakby miesz­kała w wiel­kim miesz­ka­niu, z mnó­stwem dro­gich naczyń i może nawet poko­jówką...

- Geo­r­ges! - zbesz­tała go Ruth. - To bar­dzo nie­grzeczne pyta­nie!

- W porządku - odparła Elise, wciąż się śmie­jąc. - Mam rze­czy­wi­ście duże miesz­ka­nie, ale nie­szcze­gól­nie wspa­niałe i szcze­rze mówiąc, czę­sto tłukę te dro­gie naczy­nia, gdy je myję. To moje prze­kleń­stwo.

Geo­r­ges popa­trzył na nią podejrz­li­wie.

- Nie ma pani słu­żą­cej, żeby dla pani zmy­wała?

- Geo­r­ges! - zgro­miła go znowu matka, a na jej policzki wystą­pił rumie­niec.

Elise zlek­ce­wa­żyła jej pro­test.

- Nie, nie mamy służby - potwier­dziła. - A tak duże miesz­ka­nie zaj­mu­jemy tylko dla­tego, że oby­dwoje z mężem jeste­śmy arty­stami. Mamy tam pra­cow­nie.

- Jest pani artystką? - wyszep­tał Geo­r­ges z sze­roko otwar­tymi oczami. Juliette też patrzyła na Elise z zasko­cze­niem. - Maluje pani?

- Mój mąż jest mala­rzem, a ja rzeź­bię w drew­nie.

- Powie­działa pani, że ma na nazwi­sko LeC­lair? - Wyraz twa­rzy Ruth się zmie­nił. - Czyżby była pani żoną Oli­viera LeC­laira?

Elise się zaru­mie­niła, a jej uśmiech nieco zbladł.

- Tak. Sły­szała pani o nim?

- Och, oczy­wi­ście. - Ruth wyraź­nie była pod wra­że­niem. - Mój mąż, który zmarł, gdy dzieci były małe, kolek­cjo­no­wał sztukę. Oli­vier LeC­lair był jed­nym z jego ulu­bień­ców. Byłby zachwy­cony, mogąc panią poznać.

- Bar­dzo mi przy­kro z powodu pani męża, madame Levy - powie­działa Elise.

- Dzię­kuję. Ale szcze­rze mówiąc, cza­sami myślę, że jeśli mie­li­śmy go stra­cić, dobrze, że to się stało, zanim świat pogrą­żył się w następ­nej woj­nie. Wal­czył za Fran­cję pod­czas Wiel­kiej Wojny i nie­długo po ślu­bie dzie­lił się ze mną swo­imi oba­wami. Uwa­żał, że mię­dzy naszymi kra­jami znów wybuch­nie kon­flikt. Boję się, co teraz będzie, gdy do tego doszło.

Elise nie wie­działa, co odpo­wie­dzieć.

- Pro­szę, Ruth, nie martw się na zapas - ode­zwała się w końcu Juliette. - Fran­cja nie pój­dzie drogą Nie­miec. Tutaj jesteś bez­pieczna.

- Na razie, Juliette. - Ruth nie spusz­czała z niej wzroku. - Na razie. Niemcy przyjdą po nas wszyst­kich, nie­za­leż­nie od tego, co się pisze w gaze­tach.

Tego wie­czoru po zamknię­ciu księ­garni Juliette stała przy kuchence, machi­nal­nie mie­sza­jąc zupę z porów. Nie mogła prze­stać myśleć o sło­wach pani Levy.

- Wyglą­dasz, jak­byś nio­sła na swo­ich bar­kach cię­żar całego świata - powie­dział Paul, wcho­dząc do kuchni z Alphonse'em na rękach i Claude'em idą­cym za nimi. Posa­dził młod­szego synka na wyso­kim krze­sełku, sta­nął za Juliette i kła­dąc ręce na ramio­nach żony, poma­so­wał jej spięte mię­śnie. Gdy musnął nosem jej ucho, prze­szył ją roz­koszny dreszcz. - O co cho­dzi, kochana? Wszystko w porządku?

Juliette zer­k­nęła na dzieci; Claude bazgrał paty­ko­wate figurki na kartce papieru i poka­zy­wał swoje dzieła Alphonse'owi.

- Była tu dzi­siaj Ruth Levy. Bar­dzo się mar­twi wojną.

Ręce Paula na jej karku znie­ru­cho­miały, przez kilka sekund mil­czał.

- Ja też.

Juliette się odwró­ciła i skrzy­żo­wała spoj­rze­nie z mężem. Jak zawsze, gdy był zde­ner­wo­wany, jego źre­nice się roz­sze­rzyły, brą­zowe oczy pociem­niały i teraz były czarne jak noc.

- Nasza armia na pewno zatrzyma Niem­ców.

- A jeśli im się nie uda? My może oca­le­jemy. Ale pani Levy... - urwał ze smut­kiem. - Nie wiem, Juliette. Nie wiem. Oba­wiam się, że jest w złym poło­że­niu.

Póź­niej, gdy Paul i dzieci leżeli już w łóż­kach, Juliette usia­dła w kuchni z otwartą książką, wysłu­żo­nym egzem­pla­rzem Po tej stro­nie raju Fit­zge­ralda. Zazwy­czaj czy­ta­nie ją uspo­ka­jało, ale dziś wie­czo­rem nie mogła się sku­pić. Słowa Ruth dźwię­czały jej w gło­wie. "Niemcy przyjdą po nas wszyst­kich, nie­za­leż­nie od tego, co się pisze w gaze­tach". A jeśli miała rację? A jeśli ten spo­kój, ta nor­mal­ność, sta­bil­ność, które uwa­żali za pew­nik, były jedy­nie ciszą przed burzą?

- Maman? - roz­legł się cichy gło­sik Claude'a, a gdy Juliette się odwró­ciła, zoba­czyła swo­jego star­szego syna sto­ją­cego w drzwiach i opie­kuń­czym gestem ści­ska­ją­cego pod pachą znisz­czo­nego, brą­zo­wego mohe­ro­wego misia. - Dobrze się czu­jesz?

Odło­żyła książkę, wstała, pode­szła do Claude'a i uklę­kła, tak że patrzyli sobie w oczy.

- Mój kochany, dla­czego nie śpisz?

- Sły­sza­łem, co mówi­łaś. - Pocią­gnął nosem i wytarł go wierz­chem ręki. - Maman, co się stało?

- Nic takiego, skar­bie. - Wzięła go w ramiona, czu­jąc bicie jego serca przy swoim. - Nie masz się o co mar­twić. Wra­caj do łóżka.

Przez kilka sekund pozwo­lił się przy­tu­lać, ale potem się odsu­nął.

- Maman, jestem już duży. Nie musisz mnie oszczę­dzać. Cho­dzi o panią Levy? Czy ona jest w nie­bez­pie­czeń­stwie?

Wyda­wało się, że Claude wszystko zauważa.

- Nie, nie. Nie teraz...

- Ale sły­sza­łem twoją roz­mowę z papą...

Juliette poczuła ukłu­cie winy. Dobrze wie­działa, że nie należy roz­ma­wiać o nie­po­ko­ją­cych spra­wach w obec­no­ści dzieci; Claude zawsze słu­chał, nawet wtedy, gdy spra­wiał wra­że­nie, że jest pochło­nięty czymś innym. Wyro­śnie na życz­li­wego, tro­skli­wego męż­czy­znę, takiego jak Paul.

- Skar­bie, teraz wszystko jest w porządku. Jeste­śmy bez­pieczni, wszy­scy.

Czuła jego napię­cie, a potem odprę­że­nie, gdy wtu­lił się w jej ramię.

- Obie­cu­jesz, mamo?

- Obie­cuję. Wra­cajmy do łóżka, zgoda? - Gdy wzięła go na ręce i poczuła cię­żar jego ciała, prze­szył ją zimny dreszcz.

Usia­dła obok syna na skraju łóżka i gła­skała go po ple­cach, aż zasnął, ale w ciszy zakłó­ca­nej tylko jego gło­śnym odde­chem oraz sen­nymi pomru­kami Alphonse'a doznała oso­bli­wego prze­czu­cia, że sta­nie się coś strasz­nego. Ciarki prze­bie­gły po jej skó­rze. Poło­żyła rękę na brzu­chu, pró­bu­jąc uspo­koić dziecko, które teraz kopało, jakby chciało wydo­stać się na świat.

- Wszystko w porządku, kochana - wyszep­tała w ciem­ność. - Będę cię chro­niła.

Ale gdy jej słowa ule­ciały w prze­strzeń, bez­silne w noc­nej ciszy, zasta­no­wiła się, czy naprawdę może cokol­wiek obie­cać, gdy napły­wały burzowe chmury, a przy­szłość jawiła się jako wielka nie­wia­doma.

Rozdział piąty

Od wybu­chu wojny Oli­vier stał się nowym czło­wie­kiem - oczy mu świe­ciły gorącz­ko­wym bla­skiem, pra­wie nie sypiał, coraz rza­dziej dzie­lił z Elise mał­żeń­skie łóżko.

- Musisz być ostrożny - powie­działa pew­nego wie­czoru na początku paź­dzier­nika pod­czas kola­cji, na któ­rej po raz pierw­szy od tygo­dni raczył się poka­zać.

Codzien­nie przy­go­to­wy­wała posi­łek, mając nadzieję, że mąż z nią poroz­ma­wia, a on każ­dego wie­czoru przy­cho­dził póź­niej, po pół­nocy, czę­sto mam­ro­cząc coś o spo­tka­niach par­tii komu­ni­stycz­nej, w któ­rych w tajem­nicy uczest­ni­czył. Sie­dząc naprze­ciwko niego nad pie­czo­nym kur­cza­kiem z zie­lo­nymi warzy­wami, czuła, jak Oli­vier wibruje, gotuje się ze zło­ści.

- Ostrożny? - Pod­niósł na nią wzrok, oczy mu lśniły. Wyma­chi­wał nożem, a potem nie odry­wa­jąc od niej wzroku, odkroił soczy­stą nogę ptaka. - Ostrożny, Elise? Czy ty sie­bie sły­szysz? - Spoj­rzał na paru­jące mięso, poło­żył udko na swoim tale­rzu, a potem po chwili ukroił dla niej kawa­łek piersi. - Rząd Dala­diera, tego sta­rego dra­nia, zaraz pad­nie. Nie widzisz tego? Zosta­li­śmy tylko my. Tylko tacy ludzie jak ja prze­ciw­sta­wiają się temu, co nad­cho­dzi! Chcesz, żebym był ostrożny i nie speł­nił swo­jego obo­wiązku wobec Fran­cji? Wobec ludz­ko­ści?

- Nie - powie­działa cicho, gdy pchnął talerz w jej kie­runku, a sam ener­gicz­nie przy­stą­pił do jedze­nia, nie tru­dząc się korzy­sta­niem ze sztuć­ców i obgry­za­jąc mięso z kości niczym jaski­nio­wiec. Wyglą­dał jak dzi­kus, włosy miał potar­gane, cały drżał, jakby usi­ło­wał wysko­czyć z wła­snej skóry. - Chcia­ła­bym, żebyś pamię­tał, że będziesz ojcem. Że masz obo­wią­zek nie tylko wobec Fran­cji. Rów­nież wobec dziecka. I mnie.

Prze­rwał, udko kur­czaka zawi­sło w powie­trzu, gdy Oli­vier zer­k­nął naj­pierw na brzuch Elise, a potem na jej twarz. Nie potra­fiła odgad­nąć jego myśli. Kiedy znów pod­niósł wzrok, wyraz jego oczu zła­god­niał.

- Wiem, Elise, wiem.

Cze­kała, aż powie coś wię­cej, ale wyglą­dało na to, że to już wszystko. W mil­cze­niu spa­ła­szo­wał resztę udka, a potem się­gnął po dru­gie i też dokład­nie je obgryzł. Elise bez ape­tytu zja­dła kilka kęsów piersi, bo wie­działa, że musi nakar­mić roz­wi­ja­jące się w niej dziecko. Pogła­dziła się po brzu­chu, czu­jąc jed­no­cze­śnie dziwną mie­sza­ninę pustki i peł­no­ści.

Tego wie­czoru Oli­vier skoń­czył pracę wcze­śniej; gdy znik­nął w pra­cowni, przy­pusz­czała, że już go nie zoba­czy, ale kiedy ner­wowo wysprzą­tała kuch­nię, a zegar wybił dzie­siątą, poja­wił się w drzwiach, roz­sie­wa­jąc wokół ostry zapach ter­pen­tyny, który przy­lgnął do niego jak zbroja.

- Skoń­czy­łem, Elise - powie­dział z poja­śniałą twa­rzą, z jego oczu biła nadzieja. - Chodź, zobacz.

Odło­żyła ścierkę i pospie­szyła za nim jak cień. Tak, poszłaby za nim wszę­dzie. Czy była to oznaka jego siły, czy raczej jej sła­bo­ści? Namiętna miłość do kogoś, kto jej do sie­bie nie dopusz­czał? Wziął ją za rękę, uśmie­cha­jąc się praw­dzi­wym uśmie­chem, bez gry­masu cier­pie­nia i fana­tycz­nej pasji twór­czej na twa­rzy. Otwo­rzył drzwi do swo­jego stu­dia.

W noz­drza ude­rzył ją gry­zący zapach świe­żej farby. Poczuła ostry skurcz żołądka - uboczny sku­tek ciąży, który tak ją wystra­szył, gdy poja­wił się po raz pierw­szy. Z podzi­wem roz­glą­da­jąc się wokół, szybko zapo­mniała o bólu.

W rogach pokoju stały na szta­lu­gach wiel­kie olejne obrazy. To, co Oli­vier nama­lo­wał pod­czas ostat­nich kilku dni, zapie­rało dech. Na płót­nie w pół­noc­nym kącie pra­cowni plą­ta­nina zerwa­nych łań­cu­chów wiła się na pło­ną­cym polu bitwy; w rogu wid­niała porzu­cona fry­gij­ska czapka koloru krwi; z fan­ta­zyj­nie wygię­tego czubka uno­sił się dym.

- Liberté - wymam­ro­tała Elise, zwra­ca­jąc się ku następ­nemu obra­zowi, który przed­sta­wiał chyba to samo pole bitwy, a na nim sym­bo­li­zu­jącą rewo­lu­cję fran­cu­ską uskrzy­dloną kobietę, powsta­jącą z popio­łów; z jej pra­wego oka spływa krwawa łza, gdy na próżno się­gała ręką po kamienną tabliczkę.

- Égalité - powie­działa Elise, prze­no­sząc wzrok na obraz w połu­dnio­wym rogu pomiesz­cze­nia. Pośrodku pło­ną­cego pola wid­niała wiązka drzewc owi­nię­tych w podarte nie­bie­sko-biało-czer­wone flagi, będące sym­bo­lem jed­no­ści narodu od czasu rewo­lu­cji fran­cu­skiej. Ale na obra­zie Oli­viera drzewca pło­nęły, a sto­jący wokół żoł­nie­rze dorzu­cali następne do tego stosu pogrze­bo­wego, żeby pod­sy­cić pło­mie­nie.

- Fraternité - wyszep­tała.

Ale to widok czwar­tego obrazu, w zachod­nim kącie pokoju, pra­wie ode­brał jej oddech. Przed­sta­wiał kobietę w zaawan­so­wa­nej ciąży, która stoi na środku pola bitwy i patrzy na wschód słońca; jedną rękę trzyma na zaokrą­glo­nym brzu­chu, a drugą przy­ci­ska do boku sierp. W oddali za polem bitwy cią­gną się aż po kres pola uprawne. Z oczu kobiety spły­wają maleń­kie czer­wone łzy w kształ­cie gwiazd, które two­rzą kałużę krwi pod jej sto­pami. Kobieta z udręką na twa­rzy patrzy w niebo na czarne chmury gro­ma­dzące się na wschod­nim hory­zon­cie. Oli­vier ni­gdy nie nama­lo­wał obrazu tak jaw­nie afir­mu­ją­cego komu­nizm - gwiazdy i sierp nie pozo­sta­wiały wąt­pli­wo­ści. Kom­po­zy­cja była piękna, ale jeśli kie­dy­kol­wiek zosta­łaby wysta­wiona, ozna­cza­łaby koniec kariery Oli­viera, a być może rów­nież koniec jego życia.

- Nie możesz... - Tylko tyle Elise zdo­łała wykrztu­sić, odwra­ca­jąc się ku niemu z wil­got­nymi oczami i ser­cem walą­cym ze wzru­sze­nia, któ­rego nie umiała ubrać w słowa.

- Dla­czego nie mogę? - spy­tał niskim gło­sem peł­nym gniewu.

- Nara­zisz się na nie­bez­pie­czeń­stwo. - Znów patrzyła na nama­lo­waną kobietę. - Nas nara­zisz na nie­bez­pie­czeń­stwo.

Oli­vier pod­szedł do niej i objął jej dło­nie. Podą­żył za jej wzro­kiem.

- To ty, wiesz. To ty byłaś inspi­ra­cją. Ty jesteś moją muzą.

Kobieta, oprócz wypu­kłego brzu­cha, wcale nie przy­po­mi­nała Elise. Może Oli­vier kła­mał, żeby ją udo­bru­chać? Elise chciała stać u boku męża, wal­czyć za Fran­cję, wal­czyć o przy­szłość, ale nie w ten spo­sób. To była droga, która ich znisz­czy i skrzyw­dzi ich nie­na­ro­dzone dziecko. Co je czeka w świe­cie, w któ­rym jego rodzice zostaną uznani za zdraj­ców? Roz­pacz, upo­ko­rze­nie, a może i repre­sje... Już huczało od plo­tek, że rząd Dala­diera zakaże komu­ni­stycz­nej pro­pa­gandy, a nie­wy­klu­czone, że wpro­wa­dzi karę śmierci dla win­nych jej sze­rze­nia. Trzy pierw­sze obrazy można inter­pre­to­wać jako patrio­tyczne, ale czwarty był zde­cy­do­wa­nie ukło­nem w stronę Moskwy.

- Nie - powie­działa. - Nie, mój kochany, to nie mnie nama­lo­wa­łeś. Ja za wszelką cenę będę chro­niła nasze dziecko.

- Nie rozu­miesz, Elise? Wła­śnie to pró­buję robić! - Odsu­nął się od niej, prze­cze­su­jąc dłońmi gęste włosy. Na jego twa­rzy malo­wało się roz­cza­ro­wa­nie. - Według cie­bie moje malar­stwo powinno być sztuką dla sztuki, ale to, co maluję, sie­dzi we mnie, Elise. Wszystko. Do tego jestem powo­łany. To mój obo­wią­zek.

- Ale ten obo­wią­zek już odda­lił cię od two­ich kom­pa­nów - zauwa­żyła. - Twoje odda­nie par­tii i jej ide­ałom wyklu­czyło nas z krę­gów, do któ­rych nale­że­li­śmy. Przy­po­mnij sobie, co powie­dział Picasso, gdy byli­śmy tam ostatni raz!

Kiedy Elise przy­je­chała do Paryża, została przy­jęta z otwar­tymi ramio­nami przez sław­nego hisz­pań­skiego mala­rza w pra­cowni przy rue des Grands-Augu­stins. Oli­vier, co prawda, nie nale­żał do ści­słego grona przy­ja­ciół Picassa, ale był popu­lar­nym człon­kiem pary­skiej bohemy. Elise marzyła, że pew­nego dnia arty­ści, któ­rzy zbie­rali się w salo­nie Picassa, dopusz­czą rów­nież ją do swego kręgu, ale w tym śro­do­wi­sku kobiety poza kil­koma wyjąt­kami trak­to­wano raczej przed­mio­towo, nie doce­nia­jąc ich twór­czo­ści. Raz wspo­mniała o tym Oli­vierowi, ale on tylko się naje­żył, bro­niąc Picassa i sta­wia­jąc za przy­kład sza­cu­nek, jakim wielki arty­sta darzy swoją part­nerkę, foto­grafkę Dorę Maar. Jed­nak gdy rela­cja Oli­viera z mala­rzem popsuła się z powodu roz­bież­nych poglą­dów na kwe­stię spo­łecz­nego prze­kazu sztuki, w końcu przy­znał, że zro­zu­miał jej punkt widze­nia.

Przez jego twarz prze­mknęła teraz złość.

- Oni wszy­scy są komu­ni­stami, Elise, nawet jeśli nie potra­fią się do tego przy­znać.

- Czy ty w ogóle wiesz, o co wal­czysz, Oli­vie­rze? Czy ty rozu­miesz ten ruch, za który, jak widzę, chcesz oddać życie?

Oli­vier jej nie słu­chał.

- To André Gide cią­gle szep­cze Pablowi do ucha o cen­zu­rze i braku wol­no­ści.

Gdy jesz­cze raz omio­tła wzro­kiem obrazy, poczuła ruchy dziecka. Aż do tej pory Oli­vier nie afi­szo­wał się ze swo­imi komu­ni­stycz­nymi poglą­dami, na par­tyjne zebra­nia uczęsz­czał w tajem­nicy, a w swo­ich dzie­łach nie odwo­ły­wał się do komu­ni­stycz­nej sym­bo­liki. Teraz, gdy świat pogrą­żał się w woj­nie, poka­za­nie takich obra­zów nara­zi­łoby ich na wiel­kie nie­bez­pie­czeń­stwo. Wyobra­ziła sobie Oli­viera sto­ją­cego na szczy­cie góry z małą śnieżką w zaci­śnię­tej dłoni. Jeśli pozwoli mu ją wypu­ścić, śnie­gowa kulka poto­czy się w dół, powięk­sza­jąc się i nabie­ra­jąc roz­pędu, aż zmiaż­dży i znisz­czy wszystko na swo­jej dro­dze.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki