Passacaglia
Obudziłomnie niespodziewane szczeknięcie. Bemol nigdy nie szczekał bezpowodu, przełamałem więc opór rozespanej świadomości i obróciłem sięna hamaku, by poprzez listowie starej gruszy wypatrzeć przyczynępobudki. Bemol skwapliwie wystawił niepokojący obiekt, czymoszczędził mi niepotrzebnych poszukiwań.
Zamoją furtką stał mężczyzna. Mógł mieć dwadzieścia kilka lat. Byłwysoki i szczupły, a jego strój przywodził na myśl żołnierzawracającego z niewoli. Miał czarne włosy spięte na karku w grubąkitę. Wyblakłą czerń koszulki przecinały mu na ramionach pasypokaźnego plecaka. Jego twarz była niepokojąco bezczelna, a hardespojrzenie jeszcze podkreślało to wrażenie. Miał ciemne oczy, nadnimi zdecydowane brwi i wysokie czoło. Policzki i brodę pokrywałkilkudniowy zarost, ale nie wyglądało to ani niechlujnie, aninieporządnie. Nie budził zaufania, ale budził ciekawość.
Dłuższąchwilę podglądałem go ze swojego ukrycia. Oglądał furtkę, szukałprzycisku dzwonka, ale nie było go tam, więc po chwili położył dłońna klamce. Bemol szczeknął po raz drugi. Mężczyzna zawahał się icofnął o pół kroku, ale jego twarz nie zdradzała obawy.
Miałemochotę poczekać na ciąg dalszy i był w tym zamiarze nieuczciwy motywzemsty za przerwaną drzemkę, jednak nieco wbrew sobie podniosłem sięi zeskoczyłem na ziemię. Intruz zauważył ruch i kiedy wynurzyłem sięspod koron drzew, powitał mnie spojrzeniem. Nie był zaskoczony moimwidokiem, powiedziałbym wręcz, że to właśnie mnie spodziewał sięujrzeć. Podszedłem ku niemu z Bemolem przy nodze. Mężczyzna patrzyłwyczekująco, jakby licząc moje kroki.
- Czymogę panu w czymś pomóc? - Starałem się nadać swojemu głosowiwyraźny odcień ironii.
- Mogęwejść?
Zatrzymałemsię zdumiony.
- Słucham?
- Czymogę wejść? - Mężczyzna powtórzył swoją kwestię niezrażony.
Potrzebowałemchwili, aby zawrócić mknące w moich myślach niewybredne riposty.Bemol wyczuł moje zdenerwowanie i usiadł w oczekiwaniu na komendę.
- Aniby czemu powinienem pana wpuścić? - Obecność Bemola czyniłamoje słowa dobitniejszymi, niż na to zasługiwały.
Mężczyznaspojrzał na psa, potem na mnie.
Patrzyłmi prosto w oczy, a w jego spojrzeniu nie było niepewności.
- Zależymi na rozmowie z panem - powiedział, jakby to miało wyjaśnićwszystko i jakby wszystko było możliwe. - Czy mogę wejść?
- Pańskitupet zaczyna ocierać się o bezczelność - odpowiedziałem.
Czułem,jak walczą we mnie narastająca ciekawość, irytacja i nie do końcauświadomiona obawa.
- Nieznam pana i nie sądzę, abym chciał poznać.
Odwróciłemsię na pięcie, zza moich pleców dobiegł głos:
- Aleja pana znam...
Wjego głosie nie było już tej pewności, z jaką dopraszał sięwpuszczenia za płot. Była raczej prośba, jakby błaganie o jałmużnę.Cała scena obracała się w kiepską groteskę bez pomysłu na pointę.
- Doprawdy?
- Tak.
- Skąd,jeśli można wiedzieć? Bo ja widzę pana pierwszy raz w życiu.
- Jawidzę pana z tak bliska też pierwszy raz w życiu. - Głosmężczyzny odzyskiwał skłonność do impertynencji. - Ale to nieprzeszkadza mi znać pana dość...
- Jeślinie przestanie pan mówić zagadkami - przerwałem mu z wyraźnąprzyjemnością - to nie ma pan co liczyć na wyrozumiałość.Bemol!
Zawróciłemw stronę domu, ale jego głos znowu mnie zatrzymał.
- Mamwszystkie pana nagrania - powiedział i powtórzył z naiwnymnaciskiem. - Wszystkie.
Popatrzyłemna niego uważnie. Nie wyglądał na łowcę autografów, zresztą ci,którzy tu docierali, kierowali kroki pod zupełnie inne adresy. W tymmodnym i snobistycznie nadętym miasteczku, gdzie niemal połowaautochtonów pozbyła się już domów za wywindowane niemiłosiernie ceny,co krok można się było natknąć na jakieś pop gwiazdki. Przemykałemmiędzy nimi co dnia, wściekły, że kiedy trzy lata temu kupowałem tudom, była to zapomniana i zaciszna mieścinka. Po ciszy nie zostało tujuż nawet wspomnienie, chociaż po prawdzie, do mojego zaułka prawienikt nie zaglądał.
Przybysztu jednak trafił i nie był to przypadek.
- Ito ma być przepustka? - Uśmiechnąłem się mimowolnie, niebroniąc się przed myślą, że słowa chłopaka mile podbechtały mojąpróżność.
- Mamwszystkie pańskie nagrania - powtórzył. - I zależy mi narozmowie z panem.
- Oczym? Sądzi pan, że możemy mieć jakiekolwiek wspólne tematy?
- Niemusimy mieć wspólnych tematów - żachnął się. - Źle sięwyraziłem. Chcę, aby mnie pan wysłuchał.
Roześmiałemmu się w nos.
- Awięc prosi pan o audiencję?
- Takwłaśnie - odparł ze spokojem, który zmroził mnie do cna.
Patrzyłemna niego badawczo.
- Cojest na płycie sprzed trzech lat? - Nie spuszczałem go z okanawet na sekundę.
Dałsię zdezorientować ledwie na mrugnięcie powiek. Wytrzymał mojespojrzenie i niemalże sylabizując, odpowiedział:
- Buxtehude,wczesne fugi, organy katedry w Kolonii.
Wiedział,że wygrał i że należy mu się nagroda. Mogłem mu jej odmówić, alechyba już nie chciałem.
- Proszęwejść. Pies nic panu nie zrobi.
Uchyliłsobie furtkę i kiedy przeciskał się z plecakiem przez bramkę,zobaczyłem, że miał na nogach sfatygowane wojskowe buty i że jegoplecak jest bardziej zniszczony, niż na to początkowo wyglądał.Mężczyzna miał do niego przytroczony niewielki namiot i spranyśpiwór, a całość sprawiała wrażenie o wiele dla niego za ciężkiej.
Ustąpiłemmu drogi i dłonią wskazałem altanę.
Zulgą zrzucił z siebie plecak i czekał na znak do zajęcia miejsca nakrześle. Ta subtelność tak bardzo nie pasowała mi do reszty, żeciekawość zaczęła brać górę nad niechęcią.
- Napijesię pan czegoś?
- Wody,jeśli można prosić.
- Niepan spocznie. Bemol, zostań!
Niebyło to z mojej strony uczciwe. Pozostawienie gościa z takim psembyło jak tymczasowe aresztowanie. Wiedzieliśmy o tym obaj. Tak miałobyć. Układ nie był równy i nie zamierzałem tego zmieniać.
Kiedywróciłem do altany obciążony tacą z dzbankiem i szklankami, mężczyznasiedział przy stole, starając się nie patrzeć na psa. Widać było, żemoja obecność sprawiła mu ulgę. Przyjął szklankę wody i wypił jąłapczywie.
- Ilemojego czasu chce pan zająć? - spytałem, patrząc ponad jegogłową na bezchmurne niebo i bezlitośnie palące słońce.
- Kwadrans.- Nalał sobie drugą szklankę. - Potem albo będzie chciałpan mnie słuchać dalej, albo sobie pójdę.
- Dobrze.Przyjmuję tę propozycję, ale chcę, żeby mi się pan przedstawił. Panwie o mnie co najmniej dużo, ja o panu nic.
Skinąłgłową. Teraz pił powoli, z namaszczeniem, niemal jak kiper.
- Przyjechałemz daleka. Studiuję na politechnice.
- Której?- Mężczyzna zmuszał mnie do odgrywania taniej roli prokuratora.Nie odpowiadało mi to. Nie chciałem jej grać i on to wiedział, boodparł niechętnie:
- Tobez znaczenia.
Zapadłakłopotliwa cisza.
- Dowiemsię, jak ma pan na imię? - Nie chciałem, aby zabrzmiało to jakprośba.
- Proszęmówić mi Paweł.
- Tonie jest pańskie imię, prawda? - Czułem, że kłamie.
- Nie,nie jest. Nie powiedziałem, że tak się nazywam. Poprosiłem, aby takmnie pan nazywał.
Milczałem,zdumiony własną bezradnością.
- PaniePawle...
- Pawle- przerwał mi. - Zrobi mi pan przyjemność, mówiąc mi poimieniu?
Zaśmiałemsię ironicznie.
- Aniby czemu miałbym robić panu przyjemności?
Milczał,jakby nie słysząc. Rozgrywał własną partię, zaplanował ją starannie iwiedział, jak dopiąć swego. Wyczuwał, co jest warte riposty, a copowinien przemilczeć. Przez chwilę czułem się jak pionek, który zachwilę zostanie zbity.
- Słuchampana... Ma pan swój kwadrans...
Wziąłgłęboki, teatralny oddech. Chwilę pobawił się szklanką, podniósł jądo ust, ale po chwili odstawił nietkniętą. Teraz, kiedy dostał cochciał, stracił pewność siebie. Sądziłem, że ma w zanadrzu wyuczoną izapewne nudnawą kwestię, ale jego zachowanie przeczyło temu. Zanosiłosię na improwizację.
- Jestem...Nie, źle, będę akustykiem. Oczywiście, jeśli przebrnę przez studia.Są przeszkody... - przerwał i zamyślił się, jakby oceniał, czydobrze zaczął. Kilka sekund milczał. Może czekał na moją reakcję, alenie zamierzałem mu ani pomagać, ani przeszkadzać. - Wie pan,wydawało mi się, że wiem, co chcę powiedzieć. - Po raz pierwszyzobaczyłem, że się uśmiecha. Jego uśmiech był bezradny inieoczekiwanie zakłopotany. - A teraz tracę to przekonanie.
Westchnął.Miałem wrażenie, że i to miał w scenariuszu. Nie miałem mu tego zazłe. W jego sytuacji też nie potrafiłbym polegać na odruchach iszukałbym ratunku w jakichś bezpiecznych schematach.
- Możeinaczej - zabrzmiało to przepraszająco. - To, costudiuję, nie jest przypadkiem. Wymarzyłem sobie te studia iwymarzyłem sobie tę profesję, chociaż jej związek z moją życiowąpasją jest raczej symboliczny.
Lubiłwielkie słowa. Zacząłem czekać na jeszcze większe.
- Wiem,że to złe określenie, bo nie oddaje wcale tego, co myślę, ale powiemto tak. Fascynują mnie organy. Proszę nie zrozumieć mnie źle. Mojafascynacja nie ma w sobie nic mistycznego. Nie wnikam w kwestieliturgiczne, nie rozumiem ich i nie żałuję. Organy pociągają mnie otyle, o ile są arcydziełem mechaniki i akustyki. Powiedziałbym, żemój stosunek do nich to coś jak więź pomiędzy mechanikiem azabytkowym modelem ferrari. Podziwiam mechanizm, pomysłowośćkonstruktorów, zazdroszczę im inwencji, odgaduję drogi, jakimibłąkały się ich pomysły, widzę kompromisy, jakim ulegali, bozleceniodawcy mieli za mało pieniędzy albo nie mieli chęci ichwydawać. Może to pana zdziwi, ale pracuję jako wolontariusz przyrenowacjach organów i...
Złamałemswoje postanowienie i przerwałem mu. Jeśli miałem do czynienia zblagierem, chciałem to wiedzieć teraz.
- Ukogo? - spytałem.
Niezrozumiał. Wybity z toku przemowy umilkł. Wyglądał jak rozbitek wmorzu własnych słów.
- Ukogo pan pracuje?
Odpowiedziałnatychmiast.
- UWarcików.
Gwizdnąłem,co miało udawać podziw i zaskoczenie. Ja też poczułem ochotę natrochę teatru.
- Jakimcudem wkradł się pan w łaski Warcików? To perfekcjoniści, znam ichobydwu, nie pozwoliliby laikowi dotknąć swoich organów.
- Niejestem laikiem.
Czułem,że mnie prowokuje.
- Toczemu nie zostanie pan organmistrzem? Warcikowie od lat szukająsukcesora.
- Jużproponowali mi pracę. Zresztą dzisiaj jadę na konserwację.
- Toczemu nie zostanie pan organmistrzem?
Musiałemzmusić go do odpowiedzi.
- Towykluczone. - Jego usta zacięły się jak zatrzaśnięte drzwi.
Poczułem,że ocieram się o jakąś tajemnicę. Cały ten człowiek był jakąśzagadką. Zbyt natrętną, aby rozwiązywać ją w spokoju.
- Niechpan mówi dalej. - Uznałem temat za zamknięty. Przyjął to zwidoczną ulgą.
- Mojawiedza o organach jest gruntowna. Może pan spróbować ją sprawdzić,jeśli pan w nią powątpiewa. Poddam się takiemu egzaminowi bez oporów.Wkalkulowałem go w mój plan.
- Nie.Sesję poprawkową będę miał dopiero we wrześniu. Teraz mamy lipiec, aakademia dała mi urlop. Nie zamierzam z niego rezygnować. Proszęmówić dalej.
Chybaspodziewał się innego obrotu sprawy. Chciał zaimponować mi wiedzą i wten prostacki sposób wkraść się w moje łaski. Coś szepnęło, że takieodpytywanie pozbawiłoby mnie panowania nad sytuacją.
- Piszępracę dyplomową o organach i roli pogłosu w praktyce kompozytorskiej.Wie pan, dźwięk odbity jako dodatkowy głos, który twórca świadomieuwzględnia...
Znowumu przerwałem.
- Awięc przyszedł pan do mnie na konsultacje? - Przesadnieporuszony poprawiłem się na krześle.
- Nie- zaprotestował rzekomy Paweł. - W takiej sprawieprzyszedłbym do pana do akademii. Z listem polecającym od promotora.Nie odważyłbym się...
- Zadziwiamnie pan. Przecież pan się odważył przebyć długą i wyczerpującądrogę, odważył się pan przybyć tu bez zapowiedzi, odważył się panprosić o posłuchanie, którego celu nadal nie rozumiem. Odważył siępan na mnóstwo zdumiewających czynów.
Milczał,przeczekując mój wybuch.
wserii piętnastkaukazały się:
HenrykBereza"Względy", "Zgłoski", "Zgrzyty"
KazimierzBrakoniecki"Dziennik berliński"
MaciejCisło"Błędnik"
WojciechCzaplewski"Książeczka rodzaju"
MarekCzuku"Stany zjednoczone"
JanDrzeżdżon"Łąka wiecznego istnienia"
AnnaFrajlich"Czesław Miłosz. Lekcje", "Laboratorium"
PawełGorszewski"Niecierpiące zwłoki"
MałgorzataGwiazda-Elmerych"Czy Bóg tutaj"
TomaszHrynacz"Noc czerwi"
LechM. Jakób"Do góry nogami", "Poradnik grafomana","Poradnik złych manier", "Rzeczy",
PawełJakubowski"Kopuła"
ZbigniewJasina"Drzewo oliwne"
JolantaJonaszko"Bez dziadka. Pamiętnik żałoby"
GabrielLeonard Kamiński"Pan Swen (albo wrocławska abrakadabra)"
PiotrKępiński "Po Rzymie. Szkice włoskie"
BogusławKierc"Cię-mność"
ArturDaniel Liskowacki"Capcarap", "Kronika powrotu", "UliceSzczecina", "Ulice Szczecina (ciąg bliższy)"
KrzysztofLisowski"Czarnenotesy (o niekonieczności)", "Motyl Wisławy. I innepodróże"
KrzysztofMaciejewski"Dziewięćdziesiąt dziewięć", "Osiem"
TomaszMajzel"Opowiadaniaw liczbie pojedynczej", "Treny Echa Tropy"
PiotrMichałowski"Cisza na planie"
MirosławMrozek"Odpowiedź retoryczna"
EwaElżbieta Nowakowska"Merton Linneusz Artaud"
HalszkaOlsińska"Bliskie spotkania", "Małostki", "Złotażyła"
PawełOrzeł"Cudzesłowa"
MirosławaPiaskowska-Majzel"(Po)między"
KarolSamsel"Jonestown", "Prawdziwie noc", "Więdnice"
BartoszSawicki"Krucha wieczność"
EugeniuszSobol"Killer"
EwaSonnenberg"Wiersze dla jednego człowieka"
WojciechStamm"Pieśni i dramaty patriotyczne i osobiste"
GrzegorzStrumyk"Re _ le rutki"
LeszekSzaruga"Kanibale lubią ludzi"
WiesławSzymański"Skrawki"
MichałTabaczyński"Legendy ludu polskiego. Eseje ojczyźniane"
PawełTański"Glinna", "Kreska"
MariaTowiańska-Michalska"Akrazja", "Engram", "Z Ameryką w tle"
AndrzejTurczyński"Źródła. Fragmenty, uwagi i komentarze"
MiłoszWaligórski"Długopis"
HenrykWaniek"Notatnik i modlitewnik drogowy (1984-1994)"
SławomirWernikowski "Passacaglia"
Leszek Żuliński "Suchełany"