MOJA HISTORIA:Gdzie się wszystko zaczęło
To był początek 2020 roku, tuż przed tym, jak świat stanął w miejscu. Pewnego wieczoru moja córka Desiree pokazała mi na swoim telefonie nową aplikację do tańca. Byłam przekonana, że nazywa się ona "ticky-tock". Po przewinięciu z dziesięciu tanecznych popisów dziewczynki o imieniu Charli i ludzi kręcących filmiki do dźwięków reality show Kardashianek westchnęłam i miałam dosyć. Na dole woda już wrzała, a ja potrzebowałam listków bazylii z ogrodu, aby przygotować ulubione danie mojej rodziny: makaron z pesto alla genovese.
Już miałam wyjść z pokoju Desiree, kiedy usłyszałam kobietę na ekranie, mówiącą, że teraz pokaże, jak przyrządzić lasagne doskonałą. Odwróciłam się i rzuciłam: "Okej - przykułaś moją uwagę. Zobaczmy, jak się robi doskonałą lasagne". Nie miałam żadnych oczekiwań, po prostu mnie to zaintrygowało.
Przepis tej kobiety rozpoczynał się od gotowego sosu z wołowiną, który był szary i pobłyskiwał grubą warstwą tłustej wody. Wlała ten dziwny płyn w formę do pieczenia, a na nim umieściła jaskrawożółte płaty makaronu, który wyglądał, jakby zrobiono go z plastiku. Oglądałam to coraz bardziej podekscytowana, choć sama nie wiedziałam dlaczego. To nie była moja sprawa. Czemu więc obchodziło mnie, co ta kobieta wyprawia na jakimś "ticky-tocku"?
Następnie z plastikowego opakowania wyciągnęła dziwny ser. Był wściekle pomarańczowy, świecił jak słońce. Ułożyła go na arkuszach makaronu. Aż się wzdrygnęłam. Zwykle nie mam nic przeciwko gotującym ludziom, niezależnie od tego, co im smakuje. Jednak ta internautka wmawiała wszystkim, że to lasagne doskonała.
Wyszłam, aby dokończyć robienie pesto. Kiedy wkładałam do robota kuchennego świeżą bazylię i orzeszki pinii, nie mogłam pozbyć się wizji tamtej "lasagne". To była chwila wielkiej osobistej refleksji. Wróciłam myślami do dzieciństwa i doskonale przyrządzonych lasagne, które wówczas jedliśmy, przygotowanych z mięsnego sosu, świeżej mozzarelli i domowej roboty arkuszy makaronu. Z każdym kęsem krew w żyłach krążyła nieco szybciej, za sprawą magii w pokoju robiło się jaśniej, twarze wyglądały na szczęśliwsze, a słońce grzało mocniej.
Trudno opisać, jak czuje się ktoś, kto odnajduje życiowy cel. Przez kilka następnych dni serce biło mi jak oszalałe, a na samą myśl, że mogłabym podzielić się swoją lasagne ze światem, twarz zdobiły mi rumieńce ekscytacji. Mój zamysł się krystalizował. Chciałam wnieść swoją wspaniałą kulturę do domów innych ludzi - a w jaki sposób uczynić to lepiej niż poprzez zostanie emisariuszką Włoch i ich prostego, fantastycznego jedzenia? Przygotowanie domowej roboty sosu ze świeżych składników zajmie ci mniej czasu niż zamówienie dania z dostawą do domu. Właściwie, aby tworzyć znakomite posiłki, potrzebujesz tak naprawdę tylko trzech filarów: miłości do siebie, miłości do innych i miłości do jedzenia. A tego nie brakuje nikomu. Właśnie tak - nikomu.
I tak oto narodziła się Pasta Queen - królowa makaronu.
Makaron to mój język miłości. Porozumiewam się w nim, odkąd sięgam pamięcią. Mój romans z makaronem rozpoczął się tuż po narodzinach, w Rzymie, gdzie, nim jeszcze zaczęłam mówić, poznałam sztukę nawijania spaghetti. Potem nieopodal Neapolu nonna zapoznawała mnie, wówczas kilkuletnią dziewczynkę, z magią wytwarzania makaronu domowej roboty, delikatnie prowadząc moje małe rączki z największą czułością i miłością. Gdy tylko zaczęłam sięgać do kuchenki, nauczyłam się gotować na wolnym ogniu wywar na pastinę dla mojego brata Agostino i zaciskałam jego niewielką dłoń na trzonku łyżki, pokazując mu, jak zjadać wszystko do ostatniej kropli.
Świat makaronu zawsze mnie fascynował i nie pamiętam czasów, kiedy ich nie przyrządzałam. Uczyłam się od najlepszych, od mojej nonny Cateriny, która to nauczyła się gotowania od swojej babci, ta z kolei od swojej i tak dalej. Dziedziczyłam wiedzę pokoleń, spędzając w kuchni niezliczone godziny w towarzystwie kobiet z mojej rodziny, chłonąc ich sekrety tak, jak woda z makaronu wchłania pecorino romano w misce doskonałego cacio e pepe. Podobnie jak one, zawsze chciałam gotować dla osób, które są dla mnie ważne, ponieważ wierzę, że przyrządzanie dań ze świeżych składników to najczystszy wyraz miłości. A teraz chcę się podzielić z tobą tą miłością - bogatą historią kulinarną i przepisami do tej pory znanymi tylko rodzinie Munno.
Może i urodziłam się w Rzymie, moje korzenie sięgają jednak południa Włoch, krainy wspaniałych gladiatorów i bogów makaronu. Ród Munno produkował suszony makaron już na początku XIX wieku. Pierwsze pięć lat życia, a później też niemal każde lato, spędziłam w położonej w Kampanii nieopodal Neapolu wiosce Santa Maria Capua Vetere, mieszczącej kamienny amfiteatr, w którym Spartakus wszczął swój legendarny bunt przeciwko Rzymianom. To starożytne miasteczko słynie wśród Włochów również z niewielkich rodzinnych firm, uprawiających zboża i produkujących z nich suszone makarony.
Moja rodzina z oddaniem wytwarzała makaron i uprawiała ziemię w cieniu amfiteatru. Zbieraliśmy plony z żyznej, niemal czarnej wulkanicznej gleby, typowej dla tego regionu, mełliśmy ziarno na drobny biały pył, po czym mieszaliśmy go z bogatą w minerały wodą z lokalnych źródeł, tworząc najlepszy na świecie suszony makaron. To była nie tylko nasza praca - to było nasze życie. A także pasja, która nas pochłaniała i którą celebrowaliśmy codziennie - w gronie dziadków, cioć, wujków oraz kuzynów stłoczonych wokół stołu, prześcigających się w opowieściach i plotkach nad talerzami pełnymi makaronu ugotowanego doskonale al dente. Przez długi czas całe pokolenia przyrządzały potrawy z plonów własnej ziemi, rodzącej wszystko, co się potem jadło, łącznie z ziarnami do wyrobu mąki na makaron. To cenne złoto jest gobelinem, w który wpleciono historię mojej rodziny, i do dziś stanowi dla mnie codziennie źródło natchnienia w kuchni.
Zakorzenienie mojej rodziny w ziemi jest źródłem moich najcenniejszych wspomnień. Kiedy byłam mała, babcia Caterina i dziadek Agostino zabierali mnie na pola w porze żniw, w pełni lata. Drobne, cenne ziarenka pszenicy zbierano z miłością i rozkładano na wielkich płachtach, aby suszyły się w upale. Razem z Agostino nurkowaliśmy w rozgrzane słońcem stosy pszenicznych jagód i pływaliśmy w morzu pachnącego ziarna, wzbijając tumany swobodnie unoszących się puszystych otrębów, które przyklejały się nam do skóry. W geście żartobliwej nagany nonno Agostino mierzwił nam włosy, z nich też wzbijając tumany wirującego w powietrzu otrębowego pyłu.
Wysuszone ziarna pszenicy były następnie mielone na białą mąkę, którą sprzedawaliśmy miejscowemu kolektywowi makaronowemu, a ten wyrabiał z niej ciasto i formował z niego kształty do dziś należące do moich ulubionych - spaghetti, ziti, penne, candele. Wszystko to działo się na ulicy Santa Maria Capua Vetere, wciąż nazywanej przez miejscowych uliczką Maccheroni, ze względu na dziesiątki małych, rodzinnych firm, które niegdyś tętniły tu życiem i pasją. Do dziś, kiedy idziemy ulicą, sąsiedzi krzyczą za nami "Maccheroni", gdy chcą zwrócić naszą uwagę, bo tak przezywano rodzinę Munno.
Niestety, wytwórnia została zamknięta, choć wciąż żyje w naszych wspomnieniach. Podobnie jak lekcje, których mnie oraz bratu udzielała nonna i wszystkie kobiety z naszego rodu. A najcenniejsza z nich ? Im więcej troski włożysz w uprawę i przygotowywanie jedzenia, tym obficiej ziemia odpłaci ci się plonami i pożywieniem.
Moją życiową misją jest dzielenie się tą lekcją ze światem poprzez niezwykłe przepisy, przechowywane w mojej rodzinie, a także te, które zmodyfikowałam albo stworzyłam od zera. Jeszcze kilka lat temu wydawało mi się to niedoścignionym marzeniem. A potem odkryłam TikTok i założyłam konto The Pasta Queen, przelewając miłość do makaronu na ekran. W ciągu paru miesięcy zdobyłam publiczność, z którą natychmiast nawiązałam elektryzującą więź. Tamte pierwsze miesiące były magiczne. Ludzie gotowali według moich przepisów, a tradycje rodziny Munno przemierzały świat. Odrabiałam lekcje zadane przez nonnę, szerząc ewangelię pięknego, autentycznego jedzenia, przygotowywanego od podstaw. Wiele osób śledzących moje konto mówiło mi, że przywróciłam w ich kuchni radość gotowania, a także zainspirowałam je do omijania fast foodów i dań na wynos - i w zamian przyrządzania talerza pożywnego, nieskomplikowanego makaronu. Niektórzy zauważyli także, że teraz spędzają więcej czasu na delektowaniu się potrawami, przestali jeść w pośpiechu i szybko odchodzić od stołu. Wszystko to napawało mnie czystą radością.
Całym sercem czuję, jakbyśmy wspólnie podtrzymywali przy życiu cenne makaronowe tradycje mojej rodziny i budowali pomost między jej prostą, rolniczą przeszłością a jedzeniem, którym dziś się cieszymy. Gdy oddajesz się gotowaniu, wyruszasz w osobistą podróż - związaną z moją, choć zdecydowanie twoją własną. Więc na co czekasz? Zaczynajmy!