Rozdział 3
Edward Wicks mieszkał w ponurym domu u skraju drogi idącej przez Pastwiska Niebieskie. Za domem miał sad brzoskwiniowy i duży ogród warzywny. Edward Wicks zajmował się sadem, jego żona i piękna córka - ogrodem warzywnym, w którym hodowały groch, fasolę strączkową i wczesne truskawki. Wszystko to przeznaczone było na sprzedaż w Monterey.
Edward Wicks miał tępą, ciemną twarz i małe zimne oczka, prawie bez rzęs. Był znany jako najprzebieglejszy człowiek w dolinie. Targował się zajadle i największą radość odczuwał, gdy udało mu się wydusić za swoje brzoskwinie kilka centów więcej niż sąsiad. Czasem, gdy mógł, to i trochę oszukiwał, ale w granicach przyzwoitości. Jego handlowy spryt zyskał mu uznanie wśród miejscowych ludzi, ale nie wiadomo dlaczego, jakoś się nie bogacił. Niemniej jednak udawał, że lokuje poważne sumy w papierach wartościowych. Na zebraniach Rady Szkolnej często pytał innych członków, jakie akcje stoją najlepiej. Wywoływał w ten sposób wrażenie, że rozporządza znacznymi oszczędnościami. Ludzie w dolinie nazywali go Rekinem.
- Rekin? - mówili. - Ho-ho, na pewno ma ze dwadzieścia tysięcy, jeśli nie więcej. Jest kuty na cztery nogi!
A w rzeczywistości Rekin nigdy nie miał więcej jak pięćset dolarów.
Sprawiało mu wielką przyjemność, że uważano go za bogacza. Tak wielką, że sam w to uwierzył. Ustalił wysokość swego wyimaginowanego kapitału na pięćdziesiąt tysięcy dolarów i założył księgę buchalteryjną, w której notował wymyślone transakcje i dochody. Te manipulacje stanowiły największą radość jego życia.
W Salinas powstała spółka naftowa w celu dowiercenia się ropy w południowej części okręgu Monterey. Rekin dowiedział się o tym i pewnego dnia poszedł do Johna Whiteside'a, żeby pogadać z nim na ten temat.
- Zastanawiam się właśnie nad tą nową Południową Spółką Naftową - powiedział.
- Raporty geologów są dobre - rzekł John Whiteside. - Od dawna już słyszałem, że tam jest ropa. - Często radzono się Johna w podobnych kwestiach. - Naturalnie za dużo bym w to nie pakował - dodał.
Rekin ścisnął palcami dolną wargę i chwilę rozmyślał.
- Właśnie zastanawiam się - powiedział. - Wygląda to na dobry interes. Mam akurat wolne dziesięć tysięcy, które nie przynoszą mi tyle, co powinny. Będę musiał zbadać bliżej, jak to wygląda, i ostrożnie wszystko rozpatrzyć. Chciałem tylko wiedzieć, co o tym sądzisz.
Ale już był zdecydowany. Wrócił do domu, wyciągnął swoją księgę buchalteryjną i wycofał dziesięć tysięcy dolarów z wyimaginowanego rachunku bankowego. Potem dopisał do listy swoich papierów wartościowych tysiąc akcji Południowej Spółki Naftowej. Od tego czasu z gorączkową ciekawością sprawdzał codzienne notowania giełdowe. Gdy akcje szły nieco w górę, pogwizdywał z zadowoleniem monotonne melodyjki; kiedy spadały - gardło mu się ściskało. A gdy raz gwałtownie skoczyły, tak się ucieszył, że poszedł do sklepu i kupił czarny marmurowy zegar na kominek, z onyksowymi kolumienkami po obu stronach cyferblatu, i konia z brązu, żeby ustawić na zegarze. Mężczyźni w sklepie dobrze wiedzieli, co to znaczy; szeptali między sobą, że Rekin lada dzień zrobi prawdziwą fortunę.
W tydzień później akcje spadły gwałtownie i Południowa Spółka Naftowa w ogóle przestała istnieć. Jak tylko się Rekin o tym dowiedział, otworzył swoją księgę i odnotował w niej sprzedaż akcji na dzień przed ich spadkiem z zyskiem w wysokości dwóch tysięcy dolarów.
Pat Humbert, który wracał właśnie z Monterey, zatrzymał samochód przed domem Rekina.
- Słyszałem - zagaił - żeś wpadł na tych naftowych akcjach.
Rekin uśmiechnął się tylko, zadowolony z siebie.
- Za kogo mnie masz? Sprzedałem je dwa dni temu. Powinieneś wiedzieć, jak i każdy, że nie jestem małym dzieckiem. Od razu zwąchałem, że te akcje są do chrzanu i tylko na razie pójdą w górę, bo założyciele spółki muszą na nich zarobić. Pozbyłem się ich, kiedy i oni.
- A niech cię wszyscy diabli! - rzekł Pat z podziwem. I jak tylko poszedł do sklepu, przekazał dalej, co usłyszał. Mężczyźni pokiwali z uznaniem głowami i zaczęli zgadywać, ile Rekin na tym zarobił. Mówili, że za nic by nie chcieli naciąć się na niego w interesach.
On zaś pożyczył z banku w Monterey czterysta dolarów i kupił używany traktor Fordsona.
Stopniowo pozyskał reputację tak mądrego i przewidującego człowieka interesów, że nikt w całych Pastwiskach nie odważyłby się ulokować pieniędzy, kupić kawałka gruntu czy choćby konia bez uprzedniego zasięgnięcia jego opinii. Rekin z każdym ze swych wielbicieli szczegółowo rozpatrywał całą sprawę i zawsze zadziwiająco dobrze radził.
W ciągu kilku lat, jak wykazała jego księga buchalteryjna, zgromadził sto dwadzieścia pięć tysięcy dolarów dzięki swym przemyślnym transakcjom.
Sąsiedzi widzieli, że żyje skromnie, jak człowiek ubogi, i jeszcze bardziej go szanowali, bo bogactwo nie przewróciło mu w głowie. Tak, jest kuty na cztery nogi! Jego żona i piękna córka dalej hodowały warzywa i posyłały je na sprzedaż do Monterey, a on dalej pracował ciężko w swoim sadzie.
Rekin nigdy nie przeżył tego, co się nazywa romansem. Kiedy miał dziewiętnaście lat, trzy razy zaprosił Katarzynę Mullock na tańce, dlatego że była wolna. To poruszyło cały mechanizm precedensów i w końcu ożenił się z nią, bo jej rodzina i wszyscy sąsiedzi tego oczekiwali. Katarzyna nie była ładna, ale miała świeżość młodej rośliny i trzymany w cuglach wigor młodej klaczy. Po małżeństwie straciła i wigor, i świeżość, niby kwiat, biodra poszerzyły się i zaczął się drugi okres jej życiowego przeznaczenia - okres pracy.
Rekin nie był dla niej ani zbyt czuły, ani zbyt surowy. Rządził nią z tą samą łagodną nieugiętością, z jaką kiełznał konie. Okrucieństwo uważałby za coś równie głupiego jak pobłażanie. Nigdy nie rozmawiał z żoną jak człowiek z człowiekiem, nie dzielił się z nią nadziejami czy niepowodzeniami, nie mówił jej o swym papierowym bogactwie czy o zbiorach brzoskwiń. Katarzyna zdziwiłaby się i zaniepokoiła, gdyby to kiedy zrobił. Jej własne życie było i tak trudne, bez dodatkowego balastu cudzych myśli i trosk.
Ich brunatny dom był jedynym brzydkim miejscem na farmie. Odpadki i śmieci, które pozostawiła po sobie natura, już po roku stają się glebą, ale odpadki i śmieci pozostawione przez człowieka są znacznie trwalsze. Obejście było zawalone starymi workami, papierzyskami, stłuczonym szkłem i splątanymi zwojami drutu. Jedynym miejscem na farmie, gdzie nawet trawa nie chciała rosnąć, było właśnie to zaniedbane podwórze, zaśmiecone i jałowe, na które wciąż wylewano balie brudnych mydlin. Rekin nawadniał swój sad jak należy, ale nie widział powodu, dla którego miałby marnować świeżą wodę na oczyszczenie podwórza.
Kiedy urodziła się Alicja, do domu Rekina zbiegło się całe stado kobiet, już składających usta do głośnego okrzyku: "Jakie piękne dziecko!". Ale gdy ujrzały, że dziecko jest naprawdę piękne, nie wiedziały, co powiedzieć. Te kobiece okrzyki zachwytu mają na celu przekonanie młodych matek, że ohydne płazy, które tulą w swych ramionach, są, mimo wszystko, istotami ludzkimi i nie wyrosną na potwory; w tym jednym wypadku te okrzyki straciły swą rację. Na domiar Katarzyna spoglądała na swoje dziecko bez tego sztucznego zachwytu, jakim większość młodych matek łagodzi rozczarowanie. Gdy zobaczyła, że dziecko jest piękne, przelękła się i zaniepokoiła. Bała się, że za piękność Alicji trzeba będzie w przyszłości zapłacić. Ładne niemowlęta, twierdziła Katarzyna, zwykle wyrastają na brzydkich ludzi. Mówiła tak, by zażegnać swój własny niepokój, jakby przejrzała złośliwości Przeznaczenia i tym samym mogła im zapobiec.
Tego pierwszego dnia Rekin słyszał, jak jedna z kobiet mówiła ze zdumieniem do drugiej: "Ależ to naprawdę piękne dziecko! I co pani na to? Jak to się mogło stać, że jest takie śliczne?".
Rekin wszedł do sypialni i przyglądał się swojej córeczce. Później, w brzoskwiniowym sadzie, długo nad tym rozmyślał. Dziecko było rzeczywiście piękne. Szaleństwem byłoby sądzić, że to po nim albo po Katarzynie, albo po którymś z przodków odziedziczyło urodę, bo w jego rodzinie i w rodzinie Katarzyny wszyscy byli raczej brzydcy. Widocznie został obdarzony czymś niezwykle cennym, a ponieważ rzeczy cenne wzbudzają pożądanie, Alicji należy strzec. Rekin wierzył w Boga - oczywiście tylko wtedy, gdy o tym myślał - a wyobrażał Go sobie jako mglistą, nieokreśloną istotę, za której sprawą dzieje się to wszystko, czego nie można pojąć.
Alicja rosła i piękniała. Skórę miała przejrzystą i lśniącą jak płatki białych maków, czarne włosy miękkie i puszyste jak młoda paproć, a oczy jej były mglistym niebem obietnic. Patrząc w poważne oczy tego dziecka, niejeden człowiek myślał: "Jest w nich coś, co znam dobrze, a czego nie mogę sobie przypomnieć. Może właśnie tego szukałem całe życie?". A gdy Alicja nagle odwracała głowę: "Boże! Toż to przecież tylko śliczna mała dziewczynka!".
Rekin u wielu dostrzegał to olśnienie. Widział mężczyzn, którzy czerwienili się, patrząc na Alicję, i małych chłopców walczących ze sobą jak lwy, gdy tylko się pojawiała.
Zdawało mu się, że w każdej męskiej twarzy czyta pożądanie. Często, kiedy pracował w sadzie, zadręczał się, wyobrażając sobie, że Cyganie porywają jego małą córeczkę. Każdego dnia dziesiątki razy przestrzegał ją przed najrozmaitszymi niebezpieczeństwami. Mówił jej o koniach, które kopią, o wysokich płotach i głębokich rowach, i o istnym samobójstwie, jakim jest przechodzenie przez drogę, nie upewniwszy się, czy nie nadjeżdża samochód. Każdy sąsiad, każdy domokrążca, a zwłaszcza każdy obcy był w jego oczach potencjalnym porywaczem dzieci. Kiedy dowiedział się, że w okolicy Pastwisk pojawili się włóczędzy, nie pozwolił Alicji oddalać się na krok od siebie. Wycieczkowiczów piknikujących na jego polu zaskakiwała wściekłość, z jaką ich przepędzał.
Katarzynę zaś coraz bardziej przerażał fakt, że córka jej z dnia na dzień pięknieje. Zdawało jej się, że Przeznaczenie na razie zwleka, jakby zbierając siły do zadania tym mocniejszego ciosu. Katarzyna stała się niewolnicą swej córki, nieustannie krążyła blisko niej, obsługując ją, jak się obsługuje obłożnie chorego, który ma niebawem umrzeć.
Mimo całego uwielbienia dla Alicji, mimo ciągłego o nią lęku i mimo owego zazdrosnego zachwytu dla jej urody, Rekin i jego żona w pełni zdawali sobie sprawę, że ich śliczna córka jest niewiarogodnie głupia i cofnięta w rozwoju. Świadomość ta zwiększała obawy Rekina, bo rozumiał, że Alicja jest bezbronna w swojej naiwności i może stać się dla każdego łatwą zdobyczą. Katarzynę raczej cieszyła głupota Alicji, bo dawało to jej sposobność otaczania stale córki matczyną opieką. Pomagając jej, Katarzyna uświadamiała sobie własną wyższość, co w pewnej mierze niwelowało różnicę między nią a córką. Dlatego też Katarzyna była zadowolona z każdej słabości Alicji, gdyż to zbliżało ją do córki, dając jednocześnie poczucie własnej wartości.
Gdy Alicja skończyła czternaście lat, jeszcze jedna obawa zaczęła dręczyć jej ojca. Dotychczas bał się, że może ją samą stracić lub że Alicja straci urodę. Teraz prześladowała go myśl, że jego córka może przestać być dziewicą. Wiele nad tym rozmyślał, i stopniowo ta nowa obawa przesłoniła dawne. Doszło do tego, że uważałby utratę cnoty przez Alicję za rzecz równoznaczną z utratą jej samej i z jej oszpeceniem. Odtąd, ilekroć jakiś młody mężczyzna czy chłopak znalazł się w pobliżu farmy, był niespokojny i podejrzliwy. To stało się jego zmorą. Wciąż i wciąż ostrzegał żonę, żeby nie spuszczała Alicji z oka.
- Nie można przewidzieć, co się zdarzy - powtarzał, a jego wyblakłe oczy rozpalała podejrzliwość. - Nie można przewidzieć, co się zdarzy.
Upośledzenie umysłowe córki jeszcze bardziej zwiększało jego lęk.
Każdy - myślał - może ją zniszczyć. Każdy, kto znajdzie się z nią sam na sam, może ją skrzywdzić. Nie będzie się umiała bronić, jest za głupia.
Nikt nigdy nie strzegł tak swej pokazowej klaczy w okresie rui, jak Rekin swej córki.
Z czasem doszło do tego, że wymagał ciągłych zapewnień i dowodów jej niewinności.
Co miesiąc zamęczał żonę pytaniami. Pamiętał daty lepiej niż ona.
- Czy wszystko w porządku? - pytał podejrzliwie.
Katarzyna odpowiadała lekceważąco:
- Jeszcze nie wiem.
W parę godzin znowu:
- Czy wszystko w porządku?
I tak w kółko, póki nie usłyszał:
- Naturalnie, że wszystko w porządku. A coś ty sobie myślał?
Taka odpowiedź starczała mu na miesiąc, ale to wcale nie zmniejszało jego ustawicznej czujności. Cnota Alicji była nienaruszona, zatem wciąż należało jej strzec.
Rekin wiedział, że nadejdzie czas, gdy Alicja zechce wyjść za mąż. Ale odsuwał od siebie tę myśl i odnosił się do sprawy jej małżeństwa z taką samą wrogością, z jaką traktował możliwość jej uwiedzenia. Była czymś niezwykle drogocennym, czego trzeba strzec, co należy zachować nietkniętym. Był to dla niego problem nie tyle moralny, co estetyczny. Gdy Alicja raz utraci cnotę, przestanie być tym drogocennym przedmiotem który on tak pieczołowicie chroni i przechowuje. Nie kochał jej miłością ojca do dziecka. Raczej strzegł, jak strzeże się czegoś, co się posiada, a co jest niezwykle rzadkie i cenne. I stopniowo, gdy miesiąc po miesiącu zadawał pytania: "Czy wszystko w porządku?" - cnota Alicji stawała się symbolem jej urody, jej zdrowia i nietykalności.
Pewnego dnia, gdy Alicja miała już szesnaście lat, Rekin wszedł do pokoju żony, zdradzając żywe zaniepokojenie.
- Nie możemy wiedzieć, czy wszystko jest w porządku, znaczy, nie możemy być pewni, póki nie zaprowadzimy jej do lekarza - oświadczył.
Przez chwilę Katarzyna spoglądała na niego, starając się zrozumieć znaczenie tych słów. I po raz pierwszy w życiu nie wytrzymała.
- Jesteś plugawy i podły! - krzyknęła. - Wynoś się stąd! I jeśli jeszcze raz o tym choć wspomnisz, to... to ja się stąd wynoszę!
Jej wybuch zdziwił Rekina, ale go nie przestraszył. Tyle że zaniechał swego pomysłu i zadowalał się jedynie comiesięcznymi indagacjami.
Tymczasem fortuna Rekina rosła w jego księdze buchalteryjnej. Co noc, gdy Katarzyna i Alicja szły spać, wyjmował swój gruby foliał i przerzucał strony w świetle wiszącej lampy. Jego wyblakłe oczy zwężały się, tępa twarz nabierała wyrazu chytrości, gdy obmyślał nowe transakcje i obliczał dochody. Nieznacznie poruszał ustami: oto rozmawia przez telefon, wydając swemu maklerowi polecenie zakupu pakietu akcji. Twarz mu poważniała i smutniał nieco, gdy musiał zabrać czyjąś dobrą farmę w zamian za niespłaconą hipotekę.
"Zdaje pan sobie sprawę - mówił - jak trudno mi się na to zdecydować, ale interes jest interesem".
Maczał pióro w kałamarzu i wprowadzał do księgi tę transakcję.
Sałata - dumał. - Wszyscy inwestują w sałatę. Rynek będzie zarzucony sałatą. Zdaje się, że najlepiej zrobię, jeśli postawię na ziemniaki. To dobry grunt pod ziemniaki.
I odnotowywał obsadzenie trzystu akrów ziemniakami. Jego oczy błądziły po zapisanych linijkach. Trzydzieści tysięcy dolarów leżało w banku, przynosząc tylko zwykły bankowy procent. Po prostu skandal. I żaden dochód. Zmarszczka zarysowała się na jego czole. Zastanawiał się, jak stoją na giełdzie akcje Towarzystwa Budowlano-Pożyczkowego w San Jose. Płacili sześć procent.
Tylko nie trzeba na ślepo, bez bliższego wglądu. Zamykając grubą księgę, postanowił, że musi pogadać z Johnem Whiteside'em na ten temat. Zdarzało się, że takie towarzystwa nagle bankrutują, a ich założyciele rozpływają się we mgle.
Rekin na długo już przed przybyciem rodziny Munroe podejrzewał wszystkich tutejszych mężczyzn i młodzieńców o złe względem Alicji zamiary, ale gdy ujrzał Jima Munroe, wszystkie jego obawy i podejrzenia skupiły się na tym trochę zmanierowanym chłopcu. Jim był smukły i przystojny, miał zmysłowe usta, a w oczach drażniącą zadziorność, właściwą sztubakom. Mówiono o nim, że pije dżin; ubierał się z miejska, nigdy nie nosił roboczej bluzy i spodni. Miał lśniące pomadą włosy, a jego wyzywająca wesołość pobudzała dziewczyny z Pastwisk do chichotów, pisków zachwytu i zakłopotania. Jim przyglądał się tutejszym dziewczętom spokojnym, cynicznym wzrokiem i starał się udawać, że jest bardzo zepsuty. Wiedział, że dziewczynom szalenie imponują młodzieńcy "z przeszłością". A Jim miał przeszłość. Kilka razy upił się na potańcówce w Monterey, całował się przynajmniej ze stu dziewczynami i miał trzy grzeszne przygody w trzcinach nad rzeką Salinas. Robił co mógł, aby jego twarz zdradzała zepsucie, ale bojąc się, że to nie wystarczy, puścił kilka skandalicznych historyjek na swój temat, które obiegły Pastwiska ze schlebiającą mu szybkością.
Plotki te doszły do Rekina. Jeszcze bardziej wzmogły rosnącą w nim nienawiść do Jima Munroe, nienawiść zrodzoną z niepokoju, jaki budziło jego zachowanie wobec dziewcząt. "Jaką szansę - myślał - może mieć piękna i głupia Alicja wydana na łup tego doświadczonego życiowo chłopca?".
Zanim jeszcze Alicja zdążyła ujrzeć Jima, już Rekin zabronił jej chociażby popatrzeć w jego stronę. Był tak wzburzony, gdy jej o tym mówił, że mimo woli wzbudził zainteresowanie w jałowym umyśle dziewczyny.
- Żebym cię tylko nie przychwycił na rozmowie z Jimem Munroe - powiedział. - Zakazuję ci odzywać się do niego.
- A kto to jest Jim Munroe, papo?
- Wszystko jedno kto. Zakazuję ci odzywać się do niego. Słyszysz? Skórę ci złoję, gdybyś kiedy na niego spojrzała!
Rekin nigdy by nie uderzył Alicji, jak nigdy nie ośmieliłby się dotknąć pięknej porcelanowej wazy. Bał się nawet ją pogłaskać, żeby jej nie uszkodzić. Ale też i nie było potrzeby jej karać. Krnąbrność i upór rodzą się z jakiejś myśli, z jakiejś ambicji. Oba te doznania były Alicji całkiem obce.
Po pewnym czasie znowu ją spytał:
- Nie rozmawiałaś przypadkiem z Jimem Munroe?
- Nie, papo.
- Pamiętaj! Żebym cię tylko z nim nie przyłapał!
Po tych ciągłych przestrogach do zasklepionych komórek mózgowych Alicji zaczęła przenikać myśl, że bardzo by chciała zobaczyć Jima Munroe. Nawet śnił jej się kiedyś, co dowodzi, jak głęboko to w niej utkwiło. Alicja rzadko miewała sny. Tym razem ukazał jej się mężczyzna, który wyglądał jak Indianin ze ściennego kalendarza i który miał na imię Jim. Zajechał przed dom lśniącym samochodem i ofiarował jej soczystą brzoskwinię, którą ugryzła i sok spłynął jej po brodzie. W tym momencie matka obudziła ją, bo córka zaczęła chrapać. Katarzynę cieszyło, że córka chrapie. Była to jeszcze jedna wyrównująca skaza. Ale z drugiej strony nie było to zbyt wytworne.
Pewnego dnia Rekin dostał telegram: "Ciotka Nellie wczoraj umarła. Pogrzeb w sobotę". Wsiadł więc do swojego forda i podjechał do Johna Whiteside'a, powiedzieć mu, że nie przyjdzie na zebranie Rady Szkolnej. Nim od niego wyszedł, zatrzymał się chwilę w drzwiach, jakby czymś zafrasowany, wreszcie powiedział:
- Chciałbym cię zapytać, co myślisz o tym Towarzystwie Budowlano-Pożyczkowym w San Jose?
John Whiteside uśmiechnął się.
- Niewiele o nim wiem - powiedział.
- Mam trzydzieści tysięcy leżących odłogiem w banku, co mi daje tylko trzy procent. Myślę, że mógłbym wyciągnąć więcej, gdybym się dobrze rozejrzał.
John Whiteside wydął wargi i uderzając lekko palcem po ustach, wypuścił powietrze.
- Zdaje się, że nie byłoby to zbyt wielkie ryzyko...
- O, ja nie robię ryzykownych interesów. Idę na pewniaka - przerwał mu Rekin. - Nie zaczynam, jak nie widzę pewnego dochodu. Ludzie za dużo ryzykują.
- Prawdę mówiąc, to nie ma tu żadnego ryzyka. Mało które towarzystwo budowlane plajtuje. A płacą dobry procent.
- W każdym razie zastanowię się nad tym - zdecydował Rekin. - Jadę właśnie do Oakland na pogrzeb ciotki Nellie. Będę parę godzin w San Jose i dowiem się, jak oni stoją.
W sklepie u T. B. Allena wiele na ten temat mówiono tego wieczoru i znów spierano się, zgadując, ile też może wynosić majątek Rekina.
- Jedno jest pewne - stwierdził Allen. - Rekin jest kuty na cztery nogi. Owszem, lubi się radzić, ale nic nie zrobi, póki sam wszystkiego dokładnie nie zbada.
- Tak, jest kuty na cztery nogi - zgodzili się wszyscy.
W sobotę rano Rekin pojechał do Oakland, zostawiając po raz pierwszy w życiu żonę i córkę same. Wieczorem tego dnia zaszedł na farmę Tom Breman, proponując, że zabierze Katarzynę i Alicję na tańce w szkole.
- Och, nie wiem, co by na to mój mąż powiedział - wzbraniała się trochę wystraszona Katarzyna.
- A mówił wam, że nie możecie iść?
- Nie. Ale nigdy jeszcze nie zostawałyśmy same. Chyba nie byłby z tego zadowolony.
- Chodźmy, mamo - wtrąciła Alicja.
Tak, jej córce łatwo się zdecydować. Jest za głupia na to, żeby się bać. Nie zdaje sobie sprawy z następstw. A Katarzyna nie mogła nawet myśleć o tych dręczących rozmowach, do których Rekin będzie powracał całymi tygodniami. Już niemal słyszała, jak mówi: "Nie rozumiem, dlaczego poszłyście tam, właśnie jak mnie nie było. Myślałem, wyjeżdżając, że zajmiecie się farmą, a wy, pierwsza rzecz, poleciałyście na tańce!". A potem te ciągłe pytania: "Kto z nią tańczył? Co do niej mówił? Dlaczego nie słyszałaś? Powinnaś słyszeć!". Nie wpadnie w złość, nie zrobi awantury. Tylko całymi tygodniami będzie o tym mówił i mówił - aż Katarzyna znienawidzi samą myśl o tych tańcach. I kiedy przyjdzie na Alicję czas jej miesięcznej słabości, pytania będą brzęczeć w powietrzu jak komary, póki się nie upewni, że wszystko w porządku, że Alicja nie spodziewa się dziecka.
Katarzyna uważała, że nie ma co chodzić na tańce, jeśli potem trzeba przejść przez to wszystko.
- Pójdźmy, mamo - błagała Alicja. - Jeszcze nigdy nie wychodziłyśmy same.
Współczucie zalało serce Katarzyny. Biedna dziewczyna nie miała własnego życia. Nigdy nie rozmawiała swobodnie, żartując z chłopcami, bo zawsze gdzieś w pobliżu był ojciec, który wszystko mógł usłyszeć.
- Dobrze - zgodziła się. - Jeśli pan Breman zechce poczekać, aż się przebierzemy, to możemy pójść. - Uważała się za bardzo odważną, podejmując tę decyzję.
Zbyt wielka uroda jest dla wiejskiej dziewczyny równym utrapieniem jak brzydota. Gdy chłopcy z Pastwisk patrzyli na Alicję, w gardłach im wysychało, nogi i ręce zaczynały drżeć i stawały się nagle zbyt duże i niezdarne, karki im czerwieniały. Za nic w świecie żaden z nich nie odezwałby się do Alicji, a co dopiero poprosił do tańca. Za to hasali zapamiętale z brzydszymi dziewczętami, stawali się głośni i popisywali się jak dzieci, pokrywając tym swą nieśmiałość. Gdy Alicja odwracała głowę, rzucali na nią ukradkowe spojrzenia, a gdy patrzyła w ich stronę, udawali, że w ogóle jej nie widzą. Alicja, traktowana w ten sposób od najmłodszych lat, nie była w pełni świadoma swej urody. Uważała za rzecz naturalną, że podpiera ścianę.
Gdy Katarzyna z Alicją wchodziły na salę, Jim Munroe stał oparty z nonszalancką elegancją o drzwi. Cała jego postać wyrażała wspaniałą nudę. Spodnie miał niebywale szerokie, lakierki kwadratowe jak cegły. Czarna "jazzowa" muszka trzepotała u kołnierzyka śnieżnobiałej jedwabnej koszuli, błyszczały wypomadowane włosy. Jim był "miastowym" chłopakiem. Spadł na swą zdobycz niby leniwy jastrząb; Alicja nie zdążyła nawet zdjąć płaszcza, gdy już był przy niej. Znużonym, wystudiowanym głosem zapytał:
- Zatańczysz, mała?
- Eee? - odrzekła Alicja.
- Chciałabyś ze mną zatańczyć?
- Zatańczyć? - zapytała i zwróciła na niego swoje przydymione, pełne obietnic oczy; i jej głupie pytanie stało się od razu interesujące i urocze, a jednocześnie lekko zahaczało o jeszcze coś innego, co poruszyło nawet cynicznego Jima.
Powiedziała: zatańczyć? - myślał. - Czy znaczyło to: tylko zatańczyć? - I mimo całego treningu, jaki przeszedł w mieście, poczuł suchość w gardle, ręce i nogi zaczęły mu nerwowo drżeć, krew uderzyła do twarzy.
Alicja zwróciła się do matki, która rozmawiała z panią Breman na tematy kulinarne.
- Mamo - spytała - mogę zatańczyć?
- Możesz - powiedziała Katarzyna. - Zabaw się choć raz.
Jim stwierdził, że Alicja źle tańczy. Gdy muzyka przestała grać, powiedział:
- Gorąco tu, prawda? Chodźmy się trochę przejść. - I zaprowadził ją pod rosnące na szkolnym dziedzińcu wierzby.
Kobieta, która stała na ganku, weszła na salę i szepnęła coś Katarzynie. Katarzyna szybko wybiegła.
- Alicjo! - wołała rozpaczliwie. - Alicjo! Wracaj natychmiast! - Gdy para zbiegów wyłoniła się z cienia, Katarzyna zaczęła krzyczeć na Jima: - Wara od niej, rozumiesz?! Z daleka od niej, bo zobaczysz!
Cała męskość Jima stopniała. Czuł się jak ukarane dziecko. Straszne uczucie, ale nie mógł go przemóc.
Katarzyna zaprowadziła córkę na salę.
- Czy nie mówił ojciec, że nie wolno ci zbliżać się do Jima Munroe? Co, może ci nie mówił? - powtarzała przerażona.
- To był on? - szepnęła Alicja.
- Pewnie, że on. Coście tam robili we dwoje?
- Całowaliśmy się.
Katarzynie opadły ręce.
- O Boże! - wykrzyknęła. - O Boże! I co teraz będzie?
- To coś złego, mamo?
Katarzyna zmarszczyła czoło.
- Nie... nie. To nic złego, naturalnie - powiedziała. - To... to jest dobre. Tylko nie mów ojcu. On... on by chyba zwariował. Siedź tu teraz koło mnie już do końca... i nie spotykaj się więcej z Jimem Munroe. Rozumiesz? O Boże, żeby ojciec się tylko nie dowiedział!
W poniedziałek Rekin wysiadł z wieczornego pociągu w Salinas, złapał autobus do skrzyżowania i stamtąd, niosąc w ręku torbę, ruszył w czteromilową drogę do Pastwisk.
Noc była jasna i łagodna i aż ciężka od gwiazd. Cichy, tajemniczy poszum wzgórz witał wracającego do domu Rekina, wprawiając go w stan rozmarzenia.
Pogrzeb ciotki Nellie bardzo się udał. Było dużo ładnych kwiatów. Płacz kobiet, uroczyste, przyciszone stąpanie mężczyzn - wszystko to nasyciło go łagodnym, przyjemnym smutkiem. Poważne, kościelne obrzędy, których nikt nie rozumie ani którym się nikt nie przysłuchuje, działały jak narkotyk sączący swe tajemnicze, słodkie soki w mózg i ciało. Atmosfera kościoła zasklepiła się wokół niego, wyniósł stamtąd kojące odurzenie wonią kwiatów i kadzidła, niejasne uczucie, że obcował z wiecznością. Okazała prostota obrzędu pogrzebowego umocniła w nim to wrażenie.
Nie znał bliżej swojej ciotki Nellie, ale jej pogrzeb sprawił mu wiele przyjemności. Krewni dowiedzieli się skądś o jego bogactwie i odnosili się do niego z należnym szacunkiem. Teraz, gdy wracał do domu, rozmyślał o tym wszystkim. Uczucie zadowolenia skracało mu drogę, przyspieszało czas, toteż szybko znalazł się w sklepie w Pastwiskach.
Wstąpił tam, by zasięgnąć języka, pewny, że spotka kogoś, kto mu opowie, co się zdarzyło w dolinie w czasie jego nieobecności.
Stary T. B. Allen zawsze wiedział o wszystkim i umiał wzbudzić zainteresowanie najbłahszą nawet nowiną, udając, że wzbrania się o niej mówić. Najgłupsza plotka stawała się w jego ustach czymś niezmiernie ciekawym i ekscytującym.
Gdy wszedł Rekin, w sklepie nie było nikogo prócz właściciela, który przysunął się z krzesłem bliżej lady. Oczy zabłysły mu ciekawością.
- Podobno wyjeżdżałeś? - zagadnął tonem nakłaniającym do zwierzeń.
- Byłem w Oakland - rzekł Rekin. - Pogrzeb ciotki. Przy okazji trochę interesów.
Allen milczał wyczekująco, że niby chce usłyszeć coś więcej.
- Coś ciekawego? - zapytał w końcu.
- Jeszcze nie wiem. Zaszedłem do pewnej spółki, chciałem dowiedzieć się, jak stoją.
- Ulokowałeś coś?
- Trochę
Obaj mężczyźni utkwili wzrok w podłodze.
- Co nowego? - zapytał Rekin.
Natychmiast wyraz oporu pojawił się na twarzy. Allena. Można było z niej wyczytać niechęć, naturalną awersję do plotek.
- W szkole była zabawa - wyznał w końcu.
- Wiem o tym.
Allen sprężył się w sobie. Walczył z myślami. Czy powiedzieć Rekinowi, dla jego własnego dobra, wszystko, co wie, czy zachować dla siebie? Rekin z zaciekawieniem przyglądał, się wewnętrznym zmaganiom Allena. Nieraz już widywał go w podobnej sytuacji.
- No, mów - zachęcał.
- Powiadają, że może niedługo będziemy mieć wesele.
- U kogo?
- Podobno blisko.
- U kogo? - powtórzył Rekin.
Allen walczył jeszcze ze sobą, lecz przegrał.
- U ciebie.
- U mnie? - warknął Rekin.
- Alicja.
Rekin zesztywniał i wlepił wzrok w Allena. Po chwili podszedł i groźnie się nad nim pochylił.
- Co to znaczy? Mów, ty...
Allen poczuł, że przeholował. Skurczył się w krześle.
- Rekin! Opamiętaj się!
- Mów, co to znaczy! Powiedz mi wszystko! - Rekin chwycił go za ramię i potrząsnął, gwałtownie.
- To było tylko na tańcach... na zabawie.
- Alicja była na tańcach?
- Mhm.
- Co tam robiła?
- Nie wiem. Znaczy nic takiego.
Rekin podniósł go szarpnięciem z krzesła i postawił na uginających się nogach.
- Mów! - powtórzył.
Stary T. B. Allen załamał się.
- Tyle, że poszła z Jimem Munroe na dziedziniec.
Rekin chwycił go za oba ramiona. Trząsł przerażonym sklepikarzem jak workiem.
- Mów! Co tam robili?
- Nie wiem.
- Mów!
- Pani Burke... pani Burke powiada, że się całowali.
Rekin puścił worek i siadł. Ogarnęło go poczucie nagłej straty. Spoglądał groźnie na Allena, a w mózgu zakłębiła się myśl, że jego córka straciła cnotę. Nawet przez sekundę nie pomyślał, że mogło się skończyć na całowaniu. Bezradnym wzrokiem wodził po sklepie. Allen spostrzegł, że spojrzenie Rekina przesunęło się po szklanej szafce ze strzelbami.
- Opamiętaj się! - krzyknął. - To nie twoja broń!
Rekin nie widział stojących w szafce strzelb. Zauważył je dopiero teraz. Skoczył, szarpnął drzwi szafki i wyciągnął z niej ciężki sztucer. Zerwał kartkę z ceną, wrzucił w kieszeń paczkę naboi i nie spojrzawszy nawet na Allena, wyszedł w ciemność. Zanim ucichły jego kroki, Allen był już przy telefonie.
Rekin szedł szybko w stronę farmy Munroe. Przez głowę przebiegały mu bezładne myśli. Kiedy trochę ochłonął, jednego był pewny: nie chce zabić Jima Munroe. Nie przyszłoby mu to do głowy, gdyby nie Allen. Potem już działał bez namysłu. Co ma teraz począć? Co ma zrobić, gdy znajdzie się już przed domem Munroe? Pewnie będzie musiał strzelić do Jima. Być może, wypadki tak się potoczą, że przyjdzie mu popełnić morderstwo, by nie stracić poważania, jakim cieszy się w Pastwiskach.
Usłyszał nadjeżdżający pełnym gazem samochód, więc wszedł w zarośla. Niedługo już dojdzie do farmy Munroe. Nie czuje nienawiści do Jima Munroe. W ogóle nie czuje nienawiści do nikogo, tylko trwa w nim ten drążący ból, odkąd wie, że Alicja straciła cnotę. Myślał o niej jak o umarłej.
Miał przed sobą światła domu Munroe. I wiedział już, że nie zabije Jima. Nawet żeby się mieli z niego śmiać - nie zabije tego chłopca. Nie nosi w sobie zbrodni.
Popatrzę na bramę i pójdę do domu - pomyślał. Być może, stanie się pośmiewiskiem, ale nie, nie potrafi strzelić do człowieka.
Nagle jakaś postać wyłoniła się z cienia, ktoś krzyknął do niego:
- Rzuć broń i ręce do góry!
Rekin położył strzelbę na ziemi, znużony i posłuszny. Poznał głos zastępcy szeryfa.
- Hej, Jack - powiedział.
Otoczyli go ludzie. Gdzieś w tyle zobaczył wystraszoną twarz Jima. Bert Munroe też wyglądał na przerażonego.
- Czemuś chciał zastrzelić Jima? - spytał. - On nic nie zrobił. Stary Allen dał mi znać. Trzeba cię będzie przymknąć, żebyś nie narobił biedy.
- Nie można go wsadzić do więzienia - rzekł zastępca szeryfa. - Nie popełnił żadnego przestępstwa. Najwyżej możesz domagać się kaucji, żeby zapewnić sobie spokój.
- Cóż, będę musiał to zrobić - rzekł Bert. Głos mu drżał jeszcze.
- Żądaj w sądzie dużej kaucji - mówił dalej zastępca szeryfa. - On jest bogaty. Jazda! Zabierzmy go od razu do Salinas. Będziesz go mógł skarżyć.
Następnego ranka Rekin przywlókł się do domu i wyciągnął na łóżku. Oczy miał mętne i zmęczone, ale ich nie zamykał. Ramiona jego leżały bezwolnie wzdłuż ciała jak u umarłego. Mijały godziny, a on się nie poruszał.
Gdy wchodził do domu, Katarzyna zerknęła tylko z warzywnego ogrodu. Widząc jego przygarbione plecy i zwieszoną głowę, odczuła gorzką satysfakcję. Ale gdy poszła do kuchni przygotować obiad, stąpała na palcach i powiedziała Alicji, żeby zachowywała się cicho.
O trzeciej zajrzała do sypialni przez uchylone drzwi.
- Alicja jest w porządku - powiedziała. - Powinieneś był mnie zapytać, zanim co.
Nie odpowiedział i nie poruszył się.
- Nie wierzysz mi? - przestraszyło ją, że mąż stracił swoją zwykłą energię. - Jak nie wierzysz, możemy wezwać lekarza. Zaraz po niego poślę, jeśli mi nie wierzysz.
Dalej leżał bez ruchu.
- Wierzę ci - powiedział.
Katarzyna stała w drzwiach i nagle naszło ją uczucie, jakiego nigdy jeszcze nie doznała.
Uczyniła coś niezwykłego, nigdy w życiu by nie pomyślała, że może się na to zdobyć. Nagła, gorąca fala natchnienia poruszyła nią. Siadła na łóżku i ułożyła głowę Rekina na swych kolanach. To był instynkt. Ten sam instynkt poprowadził rękę, która zaczęła gładzić jego czoło. Ciało Rekina było jak pozbawione kości, obezwładnione klęską. Nie odrywał oczu od sufitu. Katarzyna wciąż przesuwała rękę po jego czole i ten ruch wyzwolił z niego urywane zdania:
- Nie mam żadnych pieniędzy - mówił matowym głosem. - Zabrali mnie i chcieli dziesięć tysięcy kaucji. Musiałem powiedzieć sędziemu, że nie mam. Wszyscy słyszeli. Teraz wiedzą. Nigdy nie miałem pieniędzy. Rozumiesz? Moja księga buchalteryjna to kłamstwo. Wszystko nieprawda. Sam wymyśliłem. Musiałem powiedzieć sędziemu. Przy wszystkich.
Katarzyna dalej miękko gładziła jego czoło. Nie opuszczało jej natchnienie, które ją tak nagle nawiedziło. Czuła, że rośnie, czuła, że ogarnąć może cały świat. To litość uczyniła ją tak wielką. Pierś jej nabrzmiała współczuciem dla ludzkiej niedoli.
- Nie chciałem nic nikomu zrobić - mówił Rekin. - Nie zastrzeliłbym Jima. Złapali mnie, nim zdążyłem odejść. Myśleli, żem go chciał zabić. I teraz każdy wie. Nie mam pieniędzy.
Leżał bezwładnie i patrzył w sufit.
Nagle drzemiące w Katarzynie siły wyzwoliły się i ogarnęły ją całą. W jednym mgnieniu pojęła, czym jest i czego może dokonać. W tej jednej chwili stała się radosna, nieskończenie szczęśliwa i bardzo piękna.
- Nigdy nie miałeś żadnej szansy w życiu - mówiła cicho. - Zawsześ tylko harował na tej farmie. Nie, nie miałeś szansy. Skąd wiesz, co możesz osiągnąć, skąd wiesz, czy nie potrafiłbyś naprawdę dojść do wielkiego majątku? Mnie się zdaje, że potrafisz. Jestem tego pewna.
Czuła, że ma prawo tak mówić. Narodziła się w niej świadomość posiadanej siły, wiedziała teraz, że całe jej życie było oczekiwaniem tej właśnie chwili. I w tym momencie stała się boginią, głosem Przeznaczenia. Nie dziwiła się, że ciało jej nabrzmiewało, stawało się coraz jędrniejsze. Dalej gładziła jego czoło.
- Wyjedziemy stąd - mówiła. - Sprzedamy to ranczo i wyjedziemy stąd. I będziesz miał szansę, jakiej nigdy nie miałeś. Zobaczysz. Wiem, na co cię stać. Wierzę w ciebie.
Oczy Rekina straciły martwy wyraz. Ciało znalazło dość siły, by się poruszyć. Popatrzył na Katarzynę i ujrzał, jak piękna jest w tej chwili. Udzieliło mu się jej natchnienie. Mocniej przycisnął głowę do jej kolan.
Pochyliła twarz i spojrzała na niego. Poczucie siły ustępowało i ogarnął ją lęk. Rekin siadł na łóżku. Zapomniał o Katarzynie, ale oczy błyszczały mu energią, którą ona mu przekazała.
- Wyjedziemy stąd! - krzyknął. - Wyjedziemy, jak tylko sprzedam ranczo. To będzie moja szansa. Pokażę wszystkim, na co mnie stać.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI