ROZDZIAŁ I
Sto pięćdziesiąt mordów terapeutycznych
Koniec lat 90. Kasia wyprowadza się z rodzinnego domu. Zabiera walizkę na kółkach i dużo dobrych wspomnień, bo choć bywało różnie, to o rodzicach myśli ciepło. Sumienny katolicyzm i tradycyjne wartości zostawia za sobą. Kto wie, może jeszcze po nie wróci, ale na razie musi się przekonać, czego chce od życia. Jest zdolna i ambitna. Odwagi też jej nie brakuje, więc jako kierunek obiera stolicę. Do rodziców dzwoni często. Tęskni i chce wiedzieć, że u nich w porządku, nawet wtedy, gdy u niej nieco gorzej. A przecież życie w stolicy to istny rollercoaster. Zwłaszcza gdy pracuje się w jednym z największych koncernów medialnych w Polsce.
Kasia: Kto pracował w mediach, ten wie, że work-life balance tam nie istnieje. Brak umowy o pracę, brak urlopów i życia prywatnego też w zasadzie brak. Praca po dziesięć-dwanaście godzin dziennie. Tempo, presja, wynik. Znajomi, którzy mają dzieci, jakoś się z tego wyłamują: jeżdżą na wakacje, dostają etat, chodzą na chorobowe. A ja nic... tylko haruję i trzeba przyznać, dobrze mi to wychodzi. Nawet wtedy, gdy jestem już w bardzo złym stanie psychicznym. Wyobraź sobie, że prosto ze szpitala psychiatrycznego, do którego zgłosiłam się z powodu myśli samobójczych, idę do pracy! I wykonuję swoje zadania bez zarzutu.
Ale o tym zaraz. Na razie Kasia tyra ponad siły. Goni za wynikami, a za nią goni wypalenie zawodowe. I w końcu, po dziesięciu latach pracy w korpo, dopada ją. Kasia ma wtedy 38 lat. Dobry czas, żeby się przebranżowić, zacząć zupełnie nowy rozdział w tej pędzącej szaleńczo historii. W wolnym czasie, którego prawie nie ma, czyta o psychologii.
Kasia: Wymyśliłam sobie, że nie umiem stawiać granic ani odmawiać, dlatego nieustannie ląduję w sytuacjach, w których kogoś wyręczam albo biorę na siebie za dużo.
Trochę, żeby pomóc sobie, a trochę, żeby potem pomagać innym, Kasia zapisuje się na studia podyplomowe z zakresu psychologii i coachingu. Uczelnia znana, zajęcia ciekawe, atmosfera przyjazna.
Kasia: Pewnego dnia po zajęciach jakoś tak wychodzi, że zwierzam się jednej z wykładowczyń z moich problemów. Ona mówi mi o nowej metodzie, która dopiero pojawiła się w Polsce. Podobno metoda przebadana, daje szybkie efekty. Prowadząca poleca mi uznaną, doświadczoną psychoterapeutkę z zacnej placówki. Przed jej gabinetem na ścianie oprawione w ramki wiszą liczne dyplomy, potwierdzenia odbytych kursów, i to w kilku językach. Widać, że to nie byle kto.
Kasia chce spróbować. Dopadło ją nie tylko wypalenie zawodowe, właśnie rozstała się z facetem, który notorycznie przekraczał jej granice. Na pierwszą sesję wybiera się pełna optymizmu, myśląc, że lepiej już trafić nie mogła. Ile by dała, żeby cofnąć czas. Żeby tamtą Kaśkę zawrócić, wrzasnąć na nią: "Nie idź, nie wchodź, uciekaj!".
Kasia: Mój mental z tamtego okresu był na poziomie Ani z Zielonego Wzgórza. Niewinna dziewczyna wychowana w małym mieście w tradycyjnych wartościach. Muszę przełamać blokadę, by zwrócić się do kogoś o pomoc. Czuję się źle i nielojalnie, gdy na pierwszej sesji terapeutka pyta o kontakty z rodzicami. Jest mi bardzo trudno mówić o różnych mankamentach naszych relacji. W dodatku komuś zupełnie obcemu.
Dyskomfort Kasi nie umyka uwadze terapeutki. "Pani ma wielki opór, by mówić źle o ojcu i matce. Pani nie ma otwartości na doświadczenie złości na rodziców" - słyszy. Potem kobieta cytuje artykuły naukowe, a jej słowa robią na Kasi takie wrażenie, że dziś i ona potrafi cytować je z pamięci: "Gdy potrzeby małego dziecka nie są spełnione, żyje w gniewie na rodziców. Gniew ten jest tłumiony, gdyż dziecko boi się porzucenia. Celem terapii powinno być wówczas wydobycie gniewu, które przyniesie ulgę pacjentowi".
Na wydobycie gniewu terapeutka ma swój własny pomysł.
Kasia: Słabo mi się robi, jak mam o tym opowiedzieć... Dobra, opowiem. Ale napisz, że mimo upływu lat to we mnie siedzi, że to dla mnie bardzo trudne i bolesne.
Dla Kasi ta historia jest cholernie ciężka. Siedzi w niej pomimo upływu czasu. Ze względu na wrażliwość i subtelność jej przeżyć cytuję tę opowieść bezpośrednio:
Kasia: Zacznę od tego, że na pierwszej wizycie u terapeutki jestem w naprawdę słabej formie. Przeciążona i wypalona, mam złamane serce i chaos w uczuciach. Gdybym była blisko siebie, może jakoś inaczej by się to potoczyło... Ale potoczyło się, jak się potoczyło. Więc jestem na pierwszej wizycie. Ona mówi mi o gniewie. Jak uwolnię pierwotny gniew na rodziców, to i w innych obszarach się odblokuję. Będę asertywna i nie zaakceptuję łamania moich granic. Muszę jej tylko pozwolić pracować. A praca ma mieć następujący schemat: przychodzę na sesję i mówię, kto mnie ostatnio zezłościł. Na przykład pani w banku mnie nie słuchała i na siłę wciskała ofertę pożyczki. To jest sytuacja wyjściowa, po której zamykam oczy. Terapeutka pyta: "Kto inny tak bardzo pani nie słuchał? Kto pani nie widział?". No oczywiście mama. Albo tata. I wtedy następuje moment, który był... Ech... Sekundę, dobra? Muszę się trochę uspokoić. Okej. Mogę mówić. Zatem dalej ona pyta: "Co pani czuje w ciele?". Zwykle coś się czuje w ciele. Czasem mrowienie w rękach na przykład, a więc ona mówi: "Mrowienie w rękach! Oczywiście. Te ręce coś by chciały zrobić, prawda? Chciałyby zrobić krzywdę mamie albo tacie". I dalej następuje zachęta do wizualizacji mordu na mamie, tacie lub obojgu rodzicach. "Co by pani chciała zrobić? Jakim narzędziem? Może potrzebna pani siekiera? Może łopata? Nóż? Pistolet?" Wybieramy narzędzie, a potem przeprowadza mnie przez wizualizację samego zabójstwa. Zwykle to nie jest takie po prostu zabójstwo. To ma trwać. Namawia mnie do tortur. Jakich? Najróżniejszych. Nie będę o tym mówić. Nie chcę sobie przypominać tych wszystkich wariantów, scenariuszy... Następuje śmierć, rodzic przestaje oddychać. Idziemy dalej - zakopywanie szczątków. Każda wizualizacja zawiera w sobie ten moment, bo właśnie on zdaniem terapeutki ma przynieść mi ulgę. "Gdzie jest to miejsce? Gdzie pani zakopie ciało?" - pyta za każdym razem. Wybieram więc miejsce, biorę łopatę, kopię, kopię, kopię. Wrzucam ciało, zakopuję ojca, matkę lub obydwoje. Na koniec mam poczuć wyrzuty sumienia, następnie żal i ostatecznie ulgę. Taka sekwencja - tak nakazuje model. W toku tej pracy zupełnie tracę kontakt ze swoimi uczuciami, jestem od nich oddzielona, zamrożona. Nie do końca to wszystko przeżywam, po prostu robię, co mi każe. Każe torturować - torturuję. Każe kopać - kopię. Każe się żegnać - to się żegnam.
Schemat jest zawsze taki sam, więc Kasia rodziców morduje raz w tygodniu, w poniedziałki od 17.00 do 18.00. Terapeutka każde spotkanie nagrywa na kamerę, bo swojej metody chce nauczyć innych psychoterapeutów. Z sesji na sesję Kasia staje się coraz bardziej pobudzona. Czuje, że coś jest mocno nie tak, ale za to uczucie obwinia siebie. Przecież nie terapeutkę - wykształconą, kompetentną, rzetelną, pewną siebie. Każda kolejna wizualizacja mordu sprawia, że napięcie w ciele Kasi rośnie. W końcu staje się nie do zniesienia. "Czuję, jakbym miała w ciele piorun kulisty, nie wytrzymam" - mówi prowadzącej terapię, a ta pyta, czy Kasia morduje dziś tatę, czy mamę. Według niej napięcie jest rezultatem nagromadzonego gniewu. Zatem zamordować kogoś trzeba i w ten sposób gniew wyrazić.
Kasia: W tamtym czasie czuję, jakbym trafiła do piekła. W pracy cudem jakoś sobie radzę, ale sypią mi się relacje z przyjaciółmi - jestem zbyt napięta, by skupić się na prostej rozmowie, nie mówiąc już o książce czy filmie. Sypią mi się relacje z rodzicami, bo mam wobec nich gigantyczne wyrzuty sumienia. Nie umiem wytrzymać sama ze sobą, więc gdy tylko kończę pracę, zaczynam chodzić. Chodzę bez celu, szybko i długo. Przechodzę Warszawę wzdłuż i wszerz. Codziennie robię po osiem, dziesięć, czasem dwadzieścia kilometrów. Żeby tylko nie zostać sama ze swoim nieznośnym napięciem.
Wkrótce do nieznośnego napięcia dochodzą także myśli samobójcze. Gdy Kasia zgłasza je terapeutce, zostaje wysłana do psychiatry. Diagnoza: nerwica. Terapeutka diagnozy nie podważa, ale nie widzi powiązania między stanem Kasi a wizualizacjami. Twierdzi, że dziewczyna nerwicę miała od zawsze, tylko teraz ma ją też na papierze. O nerwicy ma świadczyć fakt, że Kasia w dzieciństwie kompulsywnie się modliła o zdrowie rodziców.
Gdy mija półtora roku terapii, Kasia sypie się całkowicie. Jeszcze raz ląduje u psychiatry, opowiada, co dzieje się na terapii, i o tym, że nie jest w stanie znieść napięcia rozsadzającego jej ciało. Słyszy, że prócz nerwicy ma też psychozę. Sypie się jeszcze bardziej. Dzwoni po mamę. Mówi, że jest w bardzo złym stanie, ale nic więcej powiedzieć nie może.
Kasia: Przyjeżdża mama, mówię jej o myślach samobójczych, że boję się, że wejdę pod tramwaj, tak mnie te tory przyciągają. Jedziemy do szpitala psychiatrycznego. Zostaję przyjęta przez psychiatrę. Pamiętam to jak dziś - wchodzę do gabinetu i instynktownie liczę wszystkie żabki przytrzymujące firankę do karnisza. Mam w sobie tyle napięcia, że ciągle muszę coś liczyć. Psychiatra to zauważa. Zaczyna ze mną rozmawiać. Jest ciepły, ludzki. Mówi, że nie zgadza się z diagnozą psychozy. Kojarzy lekarkę, która ją postawiła, komentuje zdenerwowany: "To był najgorszy tuman na roku". A potem wypowiada bardzo ważne zdanie, którego nigdy nie zapomnę: "Myśli są tylko myślami, a decyzje podejmujesz ty". Daje mi swój prywatny numer telefonu i każe dzwonić, gdyby mi się pogorszyło, a potem wypisuje mnie do domu. W tamtym momencie... Przepraszam. Chyba muszę chwilę popłakać. W tamtym momencie zdaję sobie sprawę, jak bardzo brakowało mi ludzkiego potraktowania. Zdaję sobie sprawę, że moja terapeutka jest zimna i oschła. Jak maszyna, która na każdej sesji powtarza dany schemat. Jak robot. Jak... w każdym razie nie jak człowiek.
Prosto ze szpitala Kasia idzie do pracy. Praca to ostatnie pole, na którym wszystko jest tak, jak być powinno. Trzy dni później ma sesję z terapeutką. Mówi o pobycie w szpitalu, a terapeutka każe jej dalej mordować.
Kasia: Pamiętam jak dziś moment, w którym buntuję się przeciw niej po raz pierwszy. "Nie mam ochoty dokonywać wizualizacji. I rzeczywiście pojawia się we mnie złość, ale nie na rodziców, tylko na panią, że każe mi pani to robić" - mówię. A ona na to: "Nie słucham pani, każę pani robić coś, na co nie ma pani ochoty... Kogo pani przypominam? Czyżby pani mamę? Bardzo dobrze, zaczynamy wizualizację". A ja się zgadzam, bo jestem w pułapce. Boję się panicznie, że jeśli przerwę te sesje, nie poradzę sobie. Wierzę z całego serca, że ta koszmarna kobieta jest moją jedyną nadzieją, jedyną deską ratunku. Że tylko ona rozumie, co się ze mną dzieje, i bez niej się rozpadnę. Zamykam więc oczy, a następnie rozpoczynam wizualizację. I chodzę do niej przez następne półtora roku.
Kasia uczestniczy w sesjach przez trzy lata. Trzy lata, raz w tygodniu. W sumie odbywa ich około stu pięćdziesięciu. Tyle razy terapeutka każe jej dokonywać wizualizacji mordu.
Kasia: Gdy wracam myślami do tamtego okresu, to po prostu nie wiem, jak to wytrzymałam. Wyobraź to sobie: nie masz żadnych relacji osobistych, tylko pracujesz i chodzisz, nabijasz kilometry w napięciu. Twoje ciało wydaje ci się zupełnie obce. Czasem budzisz się rano i nie czujesz rąk albo nóg. Oczywiście zgłaszasz wszystko terapeutce, ale ona to ignoruje. A potem zaczyna się złościć. "Jak to gorzej się pani czuje? Przecież rozładowujemy gniew tutaj, w gabinecie. Wizualizacje muszą działać".
I działają, ale na pewno nie tak, jak powinny. A Kasia tonie. Resztki sił inwestuje w poszukiwanie dla siebie miejsca, w którym mogłaby poczuć się lepiej. Znajduje grupę medytacyjną pełną dobrych ludzi, w których ma oparcie. Jednocześnie terapeutka, zniechęcona brakiem wyraźnej poprawy, proponuje zakończenie wspólnych sesji. Kasia się zgadza, choć jest w fatalnym stanie. Nie czuje rąk, jakby straciła czucie od ramion do koniuszków dłoni. Terapeutka uważa, że to mały koszt za taki kawał wykonanej pracy. Kasia kończy terapię odcięta od siebie, od emocji, od ciała, od własnej biografii i od rodziny, powolutku zabijana przez poczucie winy.
Kasia: Dziś wiem, że mój stan związany z brakiem czucia był objawem dysocjacji2, do której dołączyła się derealizacja3 i depersonalizacja4. Byłam dla tej kobiety wyłącznie królikiem doświadczalnym. Eksperyment okazał się zabójczy. To była naprawdę zimna osoba, która odebrała mi wszystkie najważniejsze zasoby, jakie w życiu miałam. Przyjaciół, bo nie miałam przestrzeni na relacje, romantyczną duszę i przede wszystkim bliskość z moją rodziną. Odebrała mi wszystko.
"Z kimś tak umocowanym, o tak dużym autorytecie w środowisku, nie wygrałabym w żadnym sądzie" - mówi Kasia, gdy pytam, czy myślała o złożeniu skargi lub wniesieniu pozwu przeciw terapeutce. Dziś, po dziesięciu latach od tamtych wydarzeń, raz w tygodniu uczęszcza na psychoterapię mającą na celu odwrócenie niszczących efektów tamtej metody.
Historia Kasi wstrząsnęła mną do głębi. Próbując znaleźć jakieś wytłumaczenie porażającego zachowania psychoterapeutki, pytam o zdanie jednego psychiatrę i dwóch terapeutów. "Nie wierzę w takie rewelacje, pacjenci potrafią zmyślać" - mówi ten pierwszy. A ja wierzę. Nie tylko dlatego, że Kasia wydała mi się niezwykle szczerą i ciepłą osobą, ale również z tego powodu, że fakt zachęcania jej do wizualizacji mordów swoich rodziców potwierdzam w rozmowie z inną terapeutką, która przepracowywała z Kasią tamtą traumatyczną psychoterapię.
Zdania psychiatry nie podziela także dwóch terapeutów. Mówią, że słyszeli już o przypadkach, gdy w celu wzbudzenia w pacjencie zablokowanej złości zachęcało się go do morderczych wizualizacji. Kontaktują mnie z inną terapeutką, która niedawno uczestniczyła w międzynarodowej konferencji psychoterapeutycznej, gdzie omawiano jeden z aspektów pracy terapeutycznej, polegający na wzbudzaniu murderous rage, co z angielskiego przetłumaczyć można jako "morderczy szał".
- Nie znam tej historii z perspektywy psychoterapeutki, więc mogę poruszać się wyłącznie w obszarze tego, co przeczytałam na temat pani Kasi - zaczyna, gdy proszę ją o próbę wyjaśnienia tej historii. - Nie pracuję także tymi technikami, ale mogę powiedzieć, jak to rozumiem. Z tego, co wiem, praca z murderous rage zakłada, że młody człowiek odczuwa pierwotną nienawiść wobec rodziców. Fakt tej okropnej złości zostawia w człowieku głębokie poczucie winy, do którego terapeuta chce dotrzeć i je uwolnić. Zwykle praca zaczyna się od tego, że terapeuta próbuje przekonać klienta, że ten odczuwa na niego złość. Mówi: "Pan mnie nie lubi", "Zdenerwowałem pana", a gdy klient rzeczywiście się zezłości, terapeuta tłumaczy mu, że to złość pierwotna. Nie na niego, a na rodziców. Myślę, że w tej metodzie dużo czasu poświęca się szczegółowym opisom aktów agresji. Celem jest pobudzenie emocjonalne klienta i ożywienie tego, co pierwotne, by mógł zrobić coś, czego potrzebuje. I nie chodzi tu o rzeczywiste morderstwo ojca czy matki, lecz o pozwolenie sobie na fantazję, w której lejce przejmują jego najniższe instynkty. Opowiedzenie o tej fantazji ma skutkować oczyszczeniem z poczucia winy.
Tu terapeutka podaje przykład dziecka, które myśli o uderzeniu swojej mamy i bardzo się tego wstydzi. Wie, że bicie rodziców jest okropne i że tak nie wolno. Rolą terapeuty w tym przykładzie byłoby uspokojenie dziecka. Powiedzenie mu: "Hej! To tylko myśl! Możesz o niej głośno powiedzieć, możesz ją wyrazić i zobaczysz, że nic się nie stanie. Twoja mama nadal ma się dobrze".
- Ten przykład brzmi po ludzku - mówię. - Zupełnie inaczej niż historia Kasi.
- Podczas międzynarodowej konferencji, w której niedawno uczestniczyłam, uznany autorytet prezentował swoją pracę z klientem, który w dzieciństwie doznał przemocy. Tu akurat przedmiotem murderous rage miał być sprawca tej przemocy, a nie rodzic. Terapeuta zaczął od tego, że pytał klienta: "Czy jesteś na mnie wściekły?", "Czy odczuwasz na mnie złość?". Gdy klient w końcu odparł, że tak, terapeuta zapytał: "Co chciałbyś mi zrobić?", "Może kopnąć?", "W co byś mnie kopnął?", "Lewą czy prawą nogą?". Klient dość szybko się zreflektował, powiedział: "Tak naprawdę nie złoszczę się na pana" i dodał, że przedmiotem jego gniewu jest sprawca przemocy z dzieciństwa. I tu rozpoczęła się niezwykle dokładna wizualizacja tego, co klient zrobiłby tamtemu człowiekowi z przeszłości. Terapeuta swoimi komentarzami i pytaniami eskalował tę przemoc. Gdy doszło do tego, że klient w bardzo szczegółowy sposób opisywał, jak kopie swojego krzywdziciela w brzuch i jak tamten zwija się na ziemi z bólu, wyszłam. Po prostu opuściłam salę konferencyjną i cieszę się, że to zrobiłam. Od znajomych, którzy zostali, wiem, że potem doszło do dokładnego opisu między innymi odcinania genitaliów. Być może w przypadku tego klienta była to skuteczna technika, ale nie mieści się ona w granicach mojej wrażliwości. I to, co opowiedziała pani Kasia, także się w nich nie mieści. Nigdy nie słyszałam, by jakikolwiek terapeuta wykorzystywał wizualizację aktów agresji w każdej sesji, tydzień po tygodniu. To nie do przyjęcia.
- A zatem - pytam - jak rozumie pani historię Kasi?
- Zdarza się, że terapeuci, zafascynowani jakąś metodą, starają się tworzyć własne wariacje i eksperymentują według własnego uznania, co często jest ogólnie krzywdzące i szkodliwe. Nie tylko dla klienta, ale dla samego podejścia psychoterapeutycznego również. Jeśli terapeutka pani Kasi rzeczywiście dopuściła się takiego prowadzenia psychoterapii, powinna ponieść konsekwencje.
zapraszamy do zakupu pełnej wersji.