Patrol na Zachodzie
Pod koniec lata chcieliśmy pojechać do Gödu1. Potem jednak
nadeszło zaproszenie z Londynu i wszystko potoczyło się inaczej.
Zaproszenie było zgrabne i zdecydowane, ze wszech miar należało je wziąć
na poważnie. Bezzwłocznie odpowiedziałem, że mam tremę, jeszcze nigdy
nie byłem gościem. Droga, ta zwyczajna, wydłużona podróż z Budapesztu do
Londynu, teraz nagle zdawała się przedsięwzięciem tak znaczącym, jak
dawniej operacja jamy brzusznej. Od dwóch lat nie byłem za granicą.
Ludzie, którzy w tym czasie wrócili do domu z Semmeringu, zachowywali
się dumnie, niczym niegdyś Peary2. Jesteśmy biedni, nie mamy
pieniędzy, nie mamy ochoty, stęchliśmy w jakimś wygodnym a przenikniętym
złym nastawieniem wyczekiwaniu. Ale banki były uprzejme; obcą walutę
nawet by dały; co do pengő - to już trudniej i mniej chętnie. Dziesięć
dni przed wyjazdem naturalnie "uciekłem w chorobę" - złapałem ropne
zapalenie migdałków; szanse Gödu wzrosły. A potem ktoś mi znów nie
zapłacił, nikt nie chciał zająć się psem podczas naszej nieobecności,
gazety zapowiadały wojnę. No i co należałoby mimo wszystko uczynić z Gödem? Mógłbyś się wstydzić, mówili ci, którzy mieli do tego prawo; lecz
ja nie potrafiłem się wstydzić. Podróż, z każdym dniem, który ją
przybliżał, zdawała się przedsięwzięciem coraz bardziej awanturniczym.
To nie moja rzecz podróżować... Człowiek wskakuje do pociągu, półtora dnia
i jest już na miejscu - mówili. Ja jednak nie lubię już takich
podróżujących, którzy "wskakują do pociągu". Dla mnie podróż to nie
tylko "trochę umrzeć", lecz i "trochę żyć"; wszelka zmiana przepełnia
mnie nieufnością. Niczego już nie potrafię przyjąć do wiadomości,
zaakceptować gestem "wskakiwania", ja i do Egeru podróżuję niespokojnie,
i nawet do tramwaju numer 75 wsiadam z przeczuciem przygody; od pewnego
czasu wszystko ma dla mnie swoją wagę, od wszystkiego czegoś oczekuję.
Od kilku lat wszystko ukazuje mi się od razu na pierwszym planie - i to,
że kogoś ugryzł pies czy ktoś został przejechany, i to, co wyrwane z wiadomości dnia, mowa męża stanu naszpikowana frazesami, któraś linijka
wiersza, ale i ból brzucha mojej służącej. Ja już nie jestem eleganckim
podróżnym, który z kraciastym szalem okręconym wokół szyi, z czapką
podróżną na głowie wskakuje do pociągu, a potem obojętnie i z wprawą
wygląda przez okno. A zresztą wcale już nie chcę taki być. Chcę żyć
powoli i podróżować też chcę powoli. Poza tym jestem zbyt biedny nawet
na to, żeby pojechać do Gödu; biedny i pełen zwątpienia, co mam teraz
nagle począć z tą podróżą, która lotem błyskawicy przeniesie mnie ponad
krainami młodości, co mam zrobić z Paryżem i Londynem, gdy tak zwalą mi
się na kark, gdzie mam schować wrażenia, skoro każdą kieszeń, każdy
notes, każdą chęć i zdolność mam już wypełnione domem, tym drugim domem,
profesją? Życie jest coraz bardziej skomplikowane i awanturnicze, nie
jestem już zdrowy, a jeśli spojrzę na to wnikliwie, to wcale już nie
chcę być tak sprężyście, natarczywie i rutynowo zdrowy... Tak się ze sobą
spierałem. I: to śmieszne, co oni sobie wyobrażają? Wyjechać do Paryża,
tak po prostu, jak "na początku sezonu" wyjeżdża właściciel jakiegoś
salonu z damskimi kapeluszami? Albo do Londynu, jak jakiś agent papierów
wartościowych, któremu przypomniał się tłusty interes? To już nie chodzi
tylko o trzydzieści dwie godziny w pociągu pośpiesznym czy o parę
zdobytych z wielkim trudem pengő - na tyle czasu w pociągu pośpiesznym
czy na bilet kolejowy wystarczy chyba jeszcze nawet i z ubywających
zapasów. To, od czego wszystko zależy, to szybkość duszy, jej chęć,
gotowość. Ja nie chcę już nowego obciążenia, chciałbym uporać się z materiałem, który się nagromadził; a nie wiem, do kiedy jeszcze będę
mógł porządkować tę moją kolekcję. Z każdym rokiem życie się zagęszcza,
coraz więcej w nim wydarzeń i ekscytacji. No a też, nim dotrę do
Londynu, w Peszcie będzie jesień.
Tak, pierwszy poważny kontrargument to że nie będę mógł zobaczyć w Budapeszcie, a dokładniej w Budzie, tego września. Wszystko inne to tani
wykręt, porządne lenistwo. Ale jesień w Krisztinaváros3
to podarunek, który niechętnie przegapię. Drzewa w basztowej alei
spacerowej. Ekspozycja parku Horvátha4 pod koniec września.
Szykują się tu najrozmaitsze znaczące zmiany: na jesieni być może
zostanie zamknięta stara kawiarnia w Budzie, a otworzy się nowa
piwiarnia. Wiem, wszystko to żadna wymówka. Z ciekawością przyglądam się
niciom łączącym mnie z tym miejscem i nostalgii; nie rozumiem ich,
rozkładam je na części, badam ze zdumieniem i niepokojem. Jest u ich
spodu coś, na co nie liczyłem: przywiązanie, pociąg. Odczuwam więź z tymi paroma ulicami, z tymi drzewami. Nawet jeśli nigdy nie potrafiłem
przywiązać się do człowieka, to proszę, jestem przywiązany przynajmniej
do pewnego detalu krajobrazu! Być może dlatego nie chcę wyjeżdżać. Cóż
mam teraz począć z nowymi ludźmi, nowymi pejzażami, gdzie mam to
wszystko umieścić? Gdzieś wreszcie jestem w domu, u siebie, pierwszy raz
w życiu. Na tych ulicach znam szewca, kupca korzennego, krawca, kilku
kolegów po piórze. Z mojego okna obserwuję horyzont mieszczańskich
tragedii i fars. Ważne jest dla mnie to, że piekarz w sąsiedztwie
wybudował nowy piec, a pewien zły człowiek, który przybył tu przez most
Elżbiety, nocą, we mgle, obiecał małżeństwo manikiurzystce z jednego z zakładów fryzjerskich w tej dzielnicy. Sama mi o tym opowiedziała ta
miła młoda dziewczyna, w trakcie pielęgnacji paznokci. Ludzie, pośród
których żyję, są cierpliwi bądź szaleni, wyrozumiali bądź podli, mądrzy
bądź przestraszeni. Jednak coś mnie z nimi już łączy. Wiem, nie tak
dużo... Ale co poradzę, skoro kilka tych ulic, parę drzew, kilku kelnerów,
parę sekretów, skoro to jest wszystkim, co tak naprawdę obchodzi mnie na
tym świecie? Coś takiego nie wydarza się z dnia na dzień. Kiedy to się
dokonało? Nie wiem. Czuję jednak przywiązanie, tę głęboką i dziwną
solidarność. Znalazłem się w pułapce i, aż nie do uwierzenia, nie chcę
się uwolnić. To, w co nigdy nie wierzyłem, przed czym uciekałem przez
kontynenty, od jednego człowieka do drugiego, od jednej pracy do
drugiej, to mi się niezauważenie przydarzyło: gdzieś jestem u siebie.
Ten dom nie jest jakąś bukoliczną idyllą, z pasieką i zaludnianą przez
przyjaciół werandą; także wewnątrz tego domu jestem sam, ale już nie
chcę uciekać przed samotnością. Wiem, nie ma ratunku. Trzeba to znieść.
A skoro już nie mam sposobu, aby z kimś, z jedną czy z wieloma osobami,
żyć w (s)pokoju i w intymnej relacji, to przynajmniej przydarzyło mi się
owo "gdzieś". Prawda, (s)pokój... Gdzie jest ten (s)pokój? Na świecie też
go nie ma, dlaczegóż więc miałby być w tym pachnącym stęchlizną zakątku
świata, w Krisztinaváros? Tutaj ten znajomy, lokalny brak (s)pokoju
przynajmniej znoszę chętniej, pomrukując przyjaźnie. Tutaj już mnie
znają, na tych kilku ulicach, tutaj już mam reputację; o, moja reputacja
nie jest jakaś znakomita... Rzeźnik wciąż jeszcze nie wie, że piszę do
gazet; uważam zresztą na to, żeby nie dowiedział się przedwcześnie! I miałbym stąd odejść teraz, kiedy wreszcie jestem gdzieś u siebie, na mój
własny sposób, co oczywiście, po rozłożeniu na elementy i przebadaniu od
wewnątrz, nie nadaje się akurat do szkolnego podręcznika! No, a tamta
obcość... co jeszcze może mi dać tamta obcość? Energicznie sam siebie
zapewniam, że dużo. Tak, jest też inna zagranica, taka niewidzialna,
pomiędzy której południkami stale żyję, a która potrafi być tak
egzotyczna, nieomal naszpikowana palmami i wielbłądami, i niedźwiedziami
polarnymi, jak podróż dookoła świata... Ale nie lekceważmy rzeczywistości,
myślę.
Tak sam siebie wabię, tak się targuję, a tymczasem wiem, że wszystko to
tylko odmiana, echo skłonności do ucieczki, skłonności, którą
przepełniona była moja młodość. Po prostu chodzi o to, że boję się
zobaczyć ponownie tę drugą ojczyznę, tę zachodnią ojczyznę, te krainy
pierwszej młodości. "Po prostu"? Nie lubię tego sformułowania. Żyć u siebie, w swoim kraju, samemu, w jakimś pokoju, oko w oko z pracą, to
może "proste" przedsięwzięcie? Może ropne zapalenie migdałków, z przyjemną gorączką, chininą i okrutnymi, a zarazem kuszącymi
perspektywami "sepsy jako powikłania po anginie", jest proste? Nie, dla
mnie nie ma już "prostego" i "złożonego" życia; nawet najnudniejsza,
pozbawiona najmniejszego ruchu chwila codzienności jest cholernie
złożona, trzeba się zmierzyć z tą przygodą; a życie pozostaje przygodą
do momentu śmierci. Trzeba się zmierzyć z tą podejrzaną, nieco
przypominającą kino przygodą życia, a potem trzeba o tym napisać: to
jest zadanie, w surowym i naiwnym sformułowaniu. Nie mam żadnego innego
zadania. Muszę się z nią zmierzyć, oczywiście nie w sposób zawadiacki,
lecz ostrożnie, niekiedy z lupą, mrużąc oczy jak krótkowidz. Możliwe, że
młodo się tutaj zakurzyłem, w tej niepokaźnej pracy, w tej swojskiej i skromnej przygodzie; i czy rzeczywiście coś da, czy niczego nie da ta
inna przygoda, ta głęboka woda, rojąca się od potworów i współdzielonych
pustkowi? Ten pogląd, te namysły są oczywiście przesadzone. Chodzi
jedynie o to, że w niedzielę rano wsiądziemy do pociągu, obładowani
lekturami na podróż i termosem, i z chętnym sercem wyjedziemy do
znajomej obczyzny, ku osławionemu Zachodowi!... Nic nie jest "prostsze"!
Na razie jeszcze każdego dnia wyruszają pociągi na Zachód i codziennie
ktoś stamtąd powraca, bez żadnego zadraśnięcia, wzbogacony duchowo i materialnie, no i ma co potem opowiadać! Nie zapominaj, zagrzewam samego
siebie, że w linii męskiej, gdzieś w oddali, wywodzisz się od wikingów!
Ale co począć, skoro ja tę pochodzącą od wikingów skłonność i takież
dziedzictwo w dość dużym stopniu już zmarnotrawiłem? Przesada, tak,
wszystko to epileptyczna przesada. Jednak i to jest moim zadaniem, ta
przesada. Podejmuję się jej, a więc muszę przestrzegać reguł gry. Bez
tej przesady wiele różnych rzeczy wydarzyłoby się w moim życiu inaczej;
i mógłbym już nawet siedzieć w pociągu, bo nic nie jest prostsze, i podróżować na Zachód.
Ostatnia nadzieja jeszcze we władzy - w banku, który z ostrożnym
namysłem rozdziela w tych latach waluty obce, a ponadto bardzo słusznie
uważa, że - mówiąc słowami Theodora Fontane'a - porządny człowiek niech
siedzi w domu i wegetuje na krajowym chlebie5. Mądra
ostrożność! - myślę, i zaczynam mieć nadzieję, że w końcu jednak będzie
coś z Gödu. Ale nie, bank wykazuje zrozumienie dla chęci wędrówki, która
pojawiła się u węgierskiego pisarza, wykazuje je w sposób godny i z umiarem, jak to zresztą wypada w tych okolicznościach. Cóż za
lekkomyślność! - myślę, gdy przy okienku kasowym banku ze wzruszeniem
odbieram i umieszczam w portfelu obce banknoty. Te zagraniczne banknoty
zdobi nieco uroczysty wizerunek króla angielskiego Jerzego V oraz widok
parlamentu, twierdzy konstytucyjności, a także obywatelskich praw i wolności. Może jednak mądrzej byłoby zapłacić najpierw mechanikowi,
któremu zalegam jeszcze od wiosny. No i w tych dniach zostałem skazany z powodu "przestępstwa prasowego" na wysoką karę pieniężną6. I tylu rozmaitych rzeczy brakuje, i tak wiele ich się sfatygowało,
zniszczyło, i jeszcze przed kilkoma dniami nawet Göd był sprawą do
załatwienia, którą należało rozwiązać uwijaniem się i zaliczką! A teraz
nagle wyjeżdżam do Paryża i Londynu! Cóż za lekkomyślność! - myślę i bez
humoru oglądam portret króla Jerzego V. Bank jest bardzo uprzejmy, no
ale przecież ja nie jestem artykułem eksportowym, a towar, który
zaimportuję z zagranicy, z pewnością nie jest wyborowym towarem
pierwszej potrzeby. Cóż takiego ja mogę stamtąd przywieźć, z tej
zagranicy? Będę mógł opowiedzieć o angielskim parlamencie, a także o obywatelskich prawach i wolnościach... ale, jak patrzę na świat, obecnie
wszystko to nie jest akurat artykułem pierwszej potrzeby i powszechnego
użytku. Teraz już nic mi nie pomoże. Nie mam żadnego pretekstu. Wreszcie
nawet opieki nad psem podczas naszej nieobecności ktoś się podejmuje.
Nie ma już ratunku, nie ma wymówki, to małe zadanie dojrzało do
wykonania, trzeba przez nie przejść. W niedzielę, jeśli będzie dobra
pogoda, jeśli do tego czasu nie wybuchnie wojna światowa, jeśli nie
zaskoczy mnie zaraza, a pojawi się halo księżycowe, w końcu jednak będę
musiał wyjechać na Zachód.
No więc, w imię Boga, podróżujmy. W każdym razie podróżować będziemy
powoli, całkiem powoli i nienowocześnie, niejako włócząc się i gapiąc, z przerwami, bo w ogóle nie jest naglące, byśmy dotarli na miejsce.
Czytelnika, który ma pilne sprawy do załatwienia, poprosimy, żeby nam
nie towarzyszył, a zwrócił się do dysponujących większą wprawą i bardziej eleganckich podróżników, takich, których transportuje na Zachód
Ekspres Wschodni7 bądź samolot. Nam się tak nie śpieszy.
Będziemy podróżować całkiem powoli, wszystko gruntownie obejrzymy sobie
po drodze, wysiądziemy i tam, gdzie nie ma żadnych oficjalnych
osobliwości, będziemy się włóczyć po rogach ulic w Paryżu i Londynie,
tak więc komu się śpieszy, ten niech, proszę, jedzie w innym
towarzystwie, bardzo proszę, myślę obrażony. Bo jeśli ta podróż ma
jeszcze jakieś usprawiedliwienie, to nie może być nim nic zresztą
innego, jak tylko ta powolność, to rozglądanie się wokoło, ten brak
celu. Wiem, można i w osiem godzin dotrzeć z Pesztu do Londynu. Jednak
my będziemy wędrować tak powoli - nie jestem w stanie dostatecznie
ostrzec i zwrócić uwagi mojemu towarzyszowi podróży, czytelnikowi -
jakbyśmy ruszali w podróż w ogóle nie w tej epoce. Dyliżans oczywiście
już nie kursuje pomiędzy Budapesztem a Calais, na szczęście dla
czytelnika. Nie wybierzemy najszybszego pociągu i wcale nie będziemy
podróżować najwygodniej; pojedziemy trzecią klasą, nie akurat z zasady,
lecz dlatego, że ta klasa jest tańsza; a komu to się nie podoba, kto
kręci nosem na ten ludowy przedział w pociągu, niech sobie wykupi bilet
na wagon sypialny albo niech zostanie w domu. Taki jestem surowy. Bo
teraz, skoro się już zdecydowałem na tę podróż, należy za pomocą
surowości i silnej postawy zbudować i możliwie utrzymać w karbach to
awanturnicze przedsięwzięcie; ja też słyszałem o bardziej
niebezpiecznych i awanturniczych wyprawach, ale ta zwyczajna, ta
śmiesznie prosta, ta trywialna, w podwójnym znaczeniu tego słowa
trywialna wycieczka, właśnie ona jest moją podróżą; a ja chcę
podróżować właśnie z taką przezornością jak Alain Gerbault8,
który w kajaku przeprawił się przez ocean. Jedziemy na Zachód, do krajów
starej kultury; na wszelki wypadek zabieram ze sobą mydło, termometr,
scyzoryk i najrozmaitsze drobne przedmioty użytkowe, bo w ostatnim
czasie dużo czytałem o upadku zachodniego imperium i jestem przepełniony
nieufnością. Stąd, z tak daleka, nie potrafię oczywiście nawet przeczuć
stopnia upadku; niemniej mam pewne podejrzenia i zabieram także zapasową
szczoteczkę do zębów, tak na wszelki wypadek, zwłaszcza taki, gdyby już
nie można było tego rodzaju rzeczy dostać w Londynie. Tak, wszystko to
przesada, przesada i autoironia, lecz u jej spodu tkwi nieufność,
rozczarowanie, przeniknięte zazdrością oczekiwanie. Raz jeszcze obejrzę
Zachód - to stanowi sens tej banalnej i awanturniczej podróży; obejrzę
go raz jeszcze, na ile się da i z gruntownością, na jaką tylko mnie
stać; obejrzę tę znaną, swojską i wspaniałą krainę, jakby na użytek
domowy, postaram się sporządzić protokół z oględzin chorego. Bo słyszę,
że Zachód jest chory. Wielu z niepokojącym wrzaskiem opowiada o "zmierzchu Europy". Jakie to szczęście, myślę, że niedawno ponownie
przeczytałem Spenglera, przypomniałem sobie charakterystyczne symptomy
choroby Europy; ta książka jest dzisiaj o wiele bardziej aktualna, niż
była przed dziesięciu laty, kiedy się z nią zetknąłem po raz pierwszy,
ta książka jest cholernie aktualna, zawartych w niej informacji nie mogę
już negować, jej wnioski są straszne i prawdopodobne. Jadę więc obejrzeć
ostatnie dni zachodnioeuropejskiej cywilizacji, myślę; prawdziwe
"ostatnie dni", w spenglerowskim sensie, mogą oznaczać jeszcze nawet
wiek czy dwa - morfologowie kultury nie są małostkowi w liczeniu czasu.
Obejrzymy raz jeszcze zachodnie imperium, które ponoć zdycha - będziemy
je oglądać gruntownie i wędrować powoli. Czy to nie Spengler pisze, że
jedną z charakterystycznych oznak kultury skostniałej w cywilizację jest
"panika obejmująca również czas"? I jak trafnie i zręcznie grupuje
wszystko, co mówi o tej "panice"! Przywołuje Greków, którzy nie
przywiązywali wagi do kalendarza, których zmysł czasu był nierozwinięty
i dyletancki i którzy najchętniej odnajdywali się tylko w luźnych
perspektywach czasowych powiązanych z olimpiadami. Sam Tukidydes tak
mało wiedział o czasie i historii, że zakładał, iż przed jego własną
epoką nie wydarzyło się na świecie nic istotnego i godnego wzmianki! Tak
lekceważące zapatrywania mieli Grecy na temat czasu. Tak pogardliwie
myślała o czasie każda żywa kultura. Żywe kultury unoszą się swobodnie,
w nieprzytomności, nic nie jest dla nich "pilne". Grecy po epoce
mykeńskiej w kraju, w którym pełno było kamienia i marmuru, powrócili do
budownictwa drewnianego, kolumny doryckie ciosali z drewna, a duch
"antyczny" w ogóle wrogo patrzył na wszystko, co liczyło się z czasem i powstawało dla czasu. Żywa kultura unosi się w czasie, tak sądzi
Spengler; kultura skostniała w cywilizację myśli w coraz mniejszych
jednostkach czasu, a moment osiągnięcia punktu szczytowego to właśnie ta
panika! Tak mówi Spengler. Dlatego będziemy podróżować powoli, unikać
wszelkiej paniki, bez żadnego zamysłu, włócząc się i gapiąc,
przemierzymy krainy zachodniego imperium. To, co można zobaczyć, a dokładniej - to, co w sposób uderzający wystawi się na widok publiczny,
temu dobrze się przyjrzymy; ale chętnie przegapimy zachodnie zjawiska,
jeśli wygodniej i gruntowniej będziemy mogli zbadać produkty uboczne
pierwszorzędnych osobliwości. Minęły już te czasy, w których mogłem
podróżować z wiatrem, niczym żak czarodziej9! - myślę. I na
wszelki wypadek kupuję na drogę parę sztuk ciepłego ubrania.
Mieszkanie trzeba zamknąć na klucz, a na pożegnanie, ostatniej nocy, nie
zaszkodzi raz jeszcze rozejrzeć się wśród jego ścian, bo podczas naszej
nieobecności może dojść do pęknięcia rury, trzęsienia ziemi, wojny
światowej - i w ogóle nie jest pewne, nawet w perspektywie takiej
zwyczajnej, trywialnej podróży nie jest pewne, że w momencie powrotu
wszystko znajdziemy tu w domu w takim stanie, w jakim to pozostawiliśmy.
Dzisiaj nawet najskromniejsze przedsięwzięcie człowieka obarczone jest
tego rodzaju awanturniczymi uwarunkowaniami... Tak, być może i to nie jest
całkiem pewne, że powrócimy wtedy i w taki sposób, jak planujemy; a więc
za sześć tygodni, akuratnie. Bo to tylko tyle, śmiesznie krótki czas,
sześć tygodni włóczęgi pod koniec lata, to wszystko, co wyznacza temu
przedsięwzięciu ramy w czasie i przestrzeni; śmieszne jest choćby
wspominać o tym... Mimo wszystko - czuję - będę o tym mówić, bo w sposób
beznadziejny taką mam naturę. Nie wierzę w "małe" i "wielkie" przeżycia,
nie wierzę w to, że podróżować rakietą na Księżyc jest o wiele ciekawsze
niż trzecią klasą, na sześć tygodni, na Zachód. Chwila to wieczna,
jedyna osobliwość; chwila, która rozpościera przed nami ten świat! Tę
chwilę będę się starał, słowami i zaklęciami, nakłonić do trwania. I w niedzielę rano - z naciskiem i po raz ostatni zwracam uwagę czytelnikowi
i ostrzegam go po przyjacielsku, bo to jest jeszcze ten moment, w którym
może się pożegnać - faktycznie stoimy na dworcu Keleti, przed
pośpiesznym do Paryża, z przerażająco wieloma bagażami, drżąc i marznąc,
w nastroju jak przed egzekucją, tworzącym atmosferę podróży, wśród
bezradnych tragarzy, którzy nie są w stanie wepchnąć do siatki na bagaże
akcesoriów tego przedsięwzięcia podróżniczego, z zatruciem nikotyną i niewyspani. Nadchodzą znajomi, panuje duży zgiełk. Dokąd jedziemy? Tylko
tu po sąsiedzku, na Zachód, odpowiadamy nerwowo, lecz nie tak, żeby się
nie przechwalać. Bo ja już od dwóch lat nie podróżowałem. Zardzewiałem,
każde moje słowo skrzypi. Chcę sporządzić protokół z oględzin Zachodu,
mówię, bo ponoć "Europa upada"; i w tym zamieszaniu nie jestem w stanie
wytłumaczyć tragarzowi, że nie mam ochoty siedzieć aż do Londynu na
maszynie do pisania. Jaki hałas! Jaka surowa przygoda! Już jedziemy, to
już Góra Gellerta, Dunaj, a to już stacja Kelenföld. Zawrócić już nie
wypada. Wszystko, co mamy, wieziemy ze sobą, jak dawni mędrcy, i zapominamy w domu wszystkiego, co będzie nas zakotwiczało i ciągnęło z powrotem: marzenia, języka, sekretu, którym jest dom. No, podróżuj
sobie, raz jeszcze! - myślę.
Bo to już nie jest tamto lekkie wskoczenie w podróż, jak czyniła
młodość. To nie jest pozbawiony celu i wykonywany z łatwością gest
ruszania w drogę, jak w "latach wędrówki". Ja już nie jestem wolny -
nie wiąże mnie człowiek, majątek, obietnica, a jednak jestem związany, w sposób bardziej zagadkowy i nie do oswobodzenia niż ten, kogo przykuwają
do domu, do kraju, rodzina, potrzeba i rozmaite dobra. Chleb wciąż
jeszcze chyba by się trafił, może i dzisiaj, i w innych miejscach; ale
niepotrzebny mi już ten zagraniczny chleb. Niepotrzebne mi nic, co obce,
co zabiera mnie z tego tajemniczego, mikroskopijnego obszaru, na który
nastawiłem sobie każdy nerw, każde uczucie i każdą myśl. Prawdopodobnie
nie mam zadania, całkiem na pewno nie mam powołania; ale to, co
mnie interesuje, interesuje mnie już tylko w kraju; u nas muszę
przefiltrować, powiększyć, wyretuszować obrazy życia. Wychwytuję tu coś,
co obchodzi mnie osobiście. A na dodatek pozostaję w domu cudownie obcy.
Żyję pomiędzy dwoma światami, żaden nie akceptuje mnie w pełni, do
żadnego nie znam bezwarunkowej drogi. Co mogę uczynić? Trzeba się z tym
pogodzić. Jednakże ta ziemia, te wzgórza w krainie rozciągającej się
daleko za Dunajem, a tu bliżej - wierzby nad samym jego brzegiem, ta
łagodność krajobrazu, smutek pagórków, idylla wysp na tej rzece są dla
mnie niewypowiedzianie cenne. Niczego nie nienawidzę tak, jak ckliwej
tęsknoty za ojczyzną, niczym nie pogardzam tak, jak wywrzaskiwanym
patriotyzmem, zawłaszczającym uczucia wobec tej krainy i opatentowującym
swoje własne, wyznawane tak głośno, że to aż budzi podejrzenia; tego
rodzaju przywiązanie jest wszak wstydliwe, tak, to najbardziej wstydliwe
uczucie ze wszystkich. Lepiej zresztą będzie, jeśli zamilkniemy. Co mam
jednak zrobić, skoro obchodzi mnie ta kraina, skoro mnie z nią coś
łączy? Jeśli dla mnie tylko ta rzeka, tylko ten las, tylko to cielę jest
prawdziwe i tylko ta wierzbina rzeczywista? Co mam począć, skoro
znajduję się w takim punkcie, na swój skomplikowany sposób, po wielkich
i dalekich podróżach, że nieopodal Komáromu10 robię się
niespokojny, muszę podejść do okna, nie potrafię się z tym pogodzić -
patrzę na to przepołowione miasto i nie jestem skłonny pogodzić się z takim obrotem spraw. To, co jeszcze wczoraj było dla mnie historią,
dzisiaj jest sprawą osobistą. Znam argumenty i kontrargumenty, potrafię
z pamięci wyrecytować lekcję, wiem, że jestem i pozostanę tu "obcy", nie
proszę o wybaczenie, o nic nie proszę, nikogo. Jednakże nieopodal
Komáromu za każdym razem robię się nerwowy, od kilku lat. To wszystko.
No i tak, teraz już i to mamy za sobą; i teraz już możemy podróżować,
tak się wlokąc, bez dawnego, lekkiego humoru, a ostrożnie i podejrzliwie, kolejny raz na Zachód.
Podróżujemy z przyjaciółmi, którzy towarzyszą nam do Gasteinu i przejawiają uprzejmość i rycerskość, siedząc z nami w trzeciej klasie;
to prawda, na węgierskim odcinku ja też mógłbym się jeszcze wcisnąć do
pierwszej klasy, tutaj jestem jeszcze "panem redaktorem" i mam w kieszeni bezpłatny bilet na pierwszą klasę, bo biedna ojczyzna chętnie
wspomaga swych wędrownych czeladników intelektu kilkoma dodatkowymi
biletami; ale nieopodal Hegyeshalomu posiadacz takiego bezpłatnego
biletu musi powlec się ze wspaniałości pierwszej klasy do przynależnych
mu realiów trzeciej klasy, a takie wleczenie się z powrotem jest jednak
czymś niestosownym i poniżającym. Pozostańmy więc, na stałe, w ramach
rzeczywistości; nie ma nic bardziej interesującego niż rzeczywistość. W sąsiednim przedziale podróżują Japończycy. Dawno nie widziałem
Japończyków. W ogóle dawno nie widziałem - jak ktoś, kto z długiego
ślepienia w półmroku wreszcie, z nagłym zdecydowaniem, wkracza w blask
słońca, przecieram oczy i z bolesną wrażliwością, oczami zaognionymi od
światła spoglądam wokoło. Japończycy spędzili trzy dni, te określone
trzy turystyczne dni w Budapeszcie, a teraz są nad wyraz, tak, niemal
nieprzyzwoicie weseli, oglądają mapę, jedzą czekoladę i zaśmiewają się
bezustannie. W takim dobrym humorze, tak europejsko pogodnych i nieprzerwanie rżących Japończyków jeszcze w ogóle nie widziałem. W jakimś dziwnym upojeniu na sucho cieszą się z podróży i obcości, a ja
staram się sobie wyobrazić, co bym czuł pomiędzy Osaką a Nagasaki, na
korytarzu japońskiego wagonu kolejowego trzeciej klasy, po trzech dniach
spędzonych turystycznie w Tokio. Najprawdopodobniej coś podobnego, jak
oni pomiędzy Komáromem a Győrem. W Japonii z pewnością wstydziliby się
tego niegodnego rżenia, ale teraz wszyscy ruszamy po przygodę, a ta
europejska przygoda może wcale nie jest dla nich aż tak egzotyczna jak
dla mnie, który wedle krwi, koloru skóry oraz wspomnień jestem
krewniakiem w tych okolicach. Dawno nie widziałem nie tylko Japończyka,
dawno nie widziałem krajobrazu, twarzy człowieka. Wszystko jest całkiem
nowe. Od dwóch lat siedzę w Budzie, w swoim pokoju, rozgoryczony, nie w jakiejś "zdrowej" postawie, w kręgu światła zdezelowanej lampy stołowej,
niekiedy już czując mdłości od liter, pracy, własnych uwarunkowań
życiowych; to zdecydowanie, z jakim wegetuję tam, w domu, w kraju, w moim pokoju, jest takie typowe dla celi skazańców; przenika mnie
determinacja, jakbym przed egzekucją szybko chciał jeszcze nauczyć się
angielskiego. A teraz nagle ten "surowiec", znów ten osobliwy materiał,
który, gdy jestem w kraju, spostrzegam jedynie w stanie wypreparowanym -
tylko z gazet i książek wiem, co się dzieje tam na zewnątrz, za granicą,
żywy głos jakoś nie dociera już do mojej osobnej, znajdującej się w kraju jaskini, wszędzie wokoło słyszę tylko nieklarowne szmery, a treść
płynących z zagranicy dźwięków jakby się zagubiła gdzieś w fadingu11; to wyrażenie radiowe przypomina mi się teraz być może
dlatego, że pociąg przemyka obok metalowych masztów jednej ze stacji
nadawczych na prowincji. Ale oto mamy tu teraz świat, znów, jeszcze raz,
i ten świat krzyczy. Ogarnia mnie błogie podekscytowanie. Już nawet i z powodu Japończyków warto było wyruszyć w drogę, myślę; latami nie widuję
w Budzie Japończyków... Młoda kobieta z małym brzdącem na rękach
niespokojnie chodzi tam i z powrotem po korytarzu - chciałaby przynieść
z wagonu restauracyjnego ciepłą wodę, bo od zimnej wody jej baby
dostaje bólu brzucha. Dziecko jest wesołe i się uśmiecha. Mama i syn są
ubrudzeni, mili, dość obszarpani i mają cielęce oczy. Jadą do Paryża,
powiada mama; tak z początkiem sezonu zawsze podróżują do Paryża... Z początkiem sezonu? Tak, z początkiem sezonu futrzarskiego. Bo są
rozmaite sezony, a tata tego półtorarocznego, ubrudzonego dziecka jest
kuśnierzem w Paryżu; przedtem pracował w fabryce Peugeota, ale obecnie
nie ma dla cudzoziemców pracy w fabrykach; tata jest zawodowym
kuśnierzem, więc na początku jesieni ma dużo zajęć, może wtedy
sprowadzić za granicę żonę, a teraz oczywiście także synka. "W tym roku
w ogóle jeszcze go nie widział" - mówi gapowata i wylewna mama, która
pomiędzy sezonami jest służącą do wszystkiego w Pesterzsébecie12. W jej zmysłowych i rześkich ustach to
słowo "sezon" brzmi osobliwie głucho - dla niej nie oznacza ono otwarcia
teatrów, ona nie rusza do Paryża nakupić sobie modnych jesiennych i zimowych ubrań. A wraz z końcem sezonu, tak w połowie lutego, powróci do
swoich państwa w Pesterzsébecie - o, już od dawna tak żyją, na przemian
to w Paryżu, to w Pesterzsébecie, jak wymaga tego sezon, w takiej
dziwnej, wypaczonej i cierpkiej światowości. Chłopczyk urodził się w Paryżu. O, ty bohaterze powieści! - myślę. "Jest Francuzem?" - pytam.
"Jeszcze nie - odpowiada mama - ale może nim zostać, w wieku dwudziestu
jeden lat może zdecydować, czy chce być Francuzem". Jego ojciec to
Węgier znad Cisy, a mama pochodzi z Torontálu13. Narodowość
dziecka jest na razie niepewna; powiedzmy, że europejska... On jest
pierwszym "Europejczykiem", którego widzę twarzą w twarz. Pierwszy
Europejczyk ma bóle brzucha i kwili. Mama przyciska go do piersi, ona
sama też mówi dziecięcym, melodyjnym głosem, patrzę na jej mięsiste,
drżące w zapomnieniu usta, świeci słońce, leniwie zmysłowe ciało młodej
kobiety przeciąga się w promieniach słonecznych. Tak podróżujemy ku
paryskiemu sezonowi... Bardzo mi się podoba. Są takie niematerialne,
sekundowe przygody, kiedy z gęstwy życia wynurza się jakaś twarz, z mroku rozbłyska spojrzenie i nieświadomie przekazuje jakąś wiadomość...
nie jest najgorsza tego rodzaju przygoda, myślę. Istnieje też jakaś
niezręczna i zarazem niewinna kolejowa zmysłowość, czy państwo to już
zauważyli? Kobiety, na które nie spojrzałbyś na stałym lądzie - bo ten
krajobraz za oknem, ze swoimi domami i prawami, to terra ferma, a my
tutaj, na tym chwiejnym korytarzu pociągu, zostaliśmy wyjęci na moment
czy dwa spod obowiązków i etykiety! - kobiety, mówię, które na
wielkomiejskiej ulicy mijamy, nie rzuciwszy na nie okiem, w przedziale
kolejowym zmieniają się naraz w osobowości płciowe; proszę, niech
państwo nie myślą o niczym złym! Podróżujący nie jest już w domu, a jeszcze nie przybył na miejsce nowych obowiązków, przemieszcza się z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę pomiędzy dwoma punktami
życia, przez chwilę i parę kilometrów wszystko jest w nim swobodne,
spojrzenia są bardziej wyostrzone, wspomnienia domu oraz tamtejsze umowy
- mniej klarowne i zobowiązujące: to wszystko. Przy
Bánhidzie14 już nie pozdrawiaj! - myślę z roztargnieniem, bo
przypomina mi się Heine. Wszystko to zewnętrznie jest naturalnie
całkowicie stosowne i niewinne; wywołać to mogła prędkość pociągu
elektrycznego, to lekkie odurzenie podróżą. Już i minęło, już wróciły mi
maniery, jestem wielkoduszny i towarzyski. Ale proszę, proszę, podróżuje
z nami, również w tym pociągu, diabeł. Człapię z powrotem do przedziału.
Będziemy przekraczać wiele granic, a pierwszą już właśnie minęliśmy, po
odpowiednich i koniecznych badaniach i kontrolach, które są naprawdę
uprzejme; egzaminują mnie znakomicie wyszkoleni funkcjonariusze, w dosłownym znaczeniu tych słów: dłońmi w rękawiczkach, konwersacyjnym
tonem; ale po egzaminie czuję się mimo wszystko tak, jakby kiedyś
gdzieś, w Europie, ktoś ukradł srebrną łyżkę, a teraz poszukują tej
łyżki również u mnie. Przekroczymy granice pięciu państw, nim dotrzemy
do końcowego celu naszej podróży, pięć europejskich krajów dłońmi w rękawiczkach będzie grzebać w naszych najbardziej intymnych
przedmiotach, mają prawo wiedzieć, czy nocą nosimy koszulę czy piżamę,
mogą zajrzeć do mojego portfela, i szczerząc zęby, mogą sobie pooglądać
pośród banknotów moje pomięte, niezrozumiałe fetysze, urywek listu,
fioletową jedwabną wstążkę15, fenicką monetę - przedmioty będące
trochę kabałą, a trochę odpadkami, których nawet ja sam nie mam odwagi
gruntownie przebadać... i powoli przygotowuję się do życia w podróży. Nie
możemy się skarżyć, wszędzie są bardzo uprzejmi. Ale to, co moje,
przestaje być całkiem moje - nie tylko przedmioty, także moje myśli i przekonania nie są już w pełni moje. Gdzie będziemy przejeżdżać, tam
przyjmie nas nieufność - co przywozimy w sekretnych przegródkach duszy,
jakiego rodzaju przekonanie, w jakiego Boga wierzymy, do jakiej rasy
ludzkiej przystaliśmy, co myślimy, gdy jesteśmy sami: o prawie, o prawdzie, o polityce i o władzy? Wszystko chcą wiedzieć; także to, czego
nawet ja sam nie wiem o sobie w sposób całkowicie pewny... Przypomina mi
się spojrzenie ludzi z Home Office i Scotland Yardu w portach na wyspie,
ta potakująca głową, uśmiechnięta, uprzejma inkwizycja, która badawczo
zagląda pod skórę każdej rasy białego i kolorowego świata... Co
przywozisz? Czy jesteś pożądany czy nie? Będziemy przejeżdżać przez pięć
państw i na granicy pięciu państw będziemy musieli przekonać się o tym,
czy Europa jeszcze istnieje, czy rzeczywiście rozpadła się już na części
składowe. Na próżno krzyczymy aż do zdarcia gardeł, kilku pisarzy, kilku
polityków, paru romantycznych wróżbitów, że Europa istnieje i upadnie
jako całość! - inny jest interes historyczny, a inny interes chwili.
Tak, to już Wiedeń. Na wszelki wypadek kupujemy austriackie papierosy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki