Rozdział 1
ŚMIERTELNA RANA
W łonie mym rozpacz się zalęgła. Jakże mi to zmilczeć? Jak spokój
znaleźć? Trwogę przed śmiercią poczułem...
Gilgamesz, Epos babiloński i asyryjski ze szczątków odczytany i uzupełniony także pieśniami szumerskimi przez Roberta Stillera, tłum.
R. Stiller
Samoświadomość jest najwspanialszym darem, skarbem równie bezcennym jak
życie. To ona sprawia, że jesteśmy ludźmi. Dar ten jest jednak okupiony
wielkimi kosztami: płacimy za niego raną śmiertelności. Istniejemy w ustawicznym cieniu wiedzy, że czeka nas wzrost i rozkwit, ale potem
nieuchronnie nadejdą słabość i umieranie.
Śmiertelność nęka nas od zarania historii. Cztery tysiące lat temu
babiloński bohater Gilgamesz rozmyślał nad śmiercią słowami z umieszczonego wyżej motta. Dodaje i powtarza: "Czyż i ja nie umrę, czy
nie będę jak Enkidu? W łonie mym rozpacz się zalęgła. Jakże mi to
zmilczeć? Jak spokój znaleźć? Trwogę przed śmiercią poczułem...".
Gilgamesz mówi za nas wszystkich. Bał się śmierci jak my: jak każdy
mężczyzna, każda kobieta czy każde dziecko. Są wśród nas ludzie, którym
ten lęk objawia się jedynie pośrednio -?przybiera postać ogólnego
niepokoju albo nakłada maskę innych zaburzeń psychicznych. Bywa jednak,
że doświadczamy wyraźnie uświadomionych lęków przed śmiercią. Niektórych
napawają one grozą uniemożliwiającą jakiekolwiek szczęście lub
spełnienie.
Filozofowie od wieków obmyślają sposób, aby opatrzyć ranę śmiertelności,
a dzięki temu sprawić, że nasze życie nabierze harmonii i spokoju. Jako
psychoterapeuta, który pomaga wielu osobom zmagającym się z lękiem przed
śmiercią, stwierdziłem, że mądrość starożytnych filozofów, zwłaszcza
greckich, w pełni sprawdza się w dzisiejszych czasach.
Co więcej, za swoich intelektualnych przodków w pracy terapeutycznej
uważam nie tyle wielkich psychiatrów i psychologów XIX i XX wieku,
takich jak Pinel, Freud, Jung, Pawłow, Rorschach czy Skinner -?ile
klasycznych filozofów greckich, a zwłaszcza Epikura. Im więcej dowiaduję
się na temat tego nadzwyczajnego myśliciela z Aten, tym wyraźniej widzę
w nim psychoterapeutę protoegzystencjalnego. Do jego poglądów będę się
odwoływał w całej książce.
Epikur urodził się w roku 341 p.n.e., wkrótce przed śmiercią Platona, a zmarł w roku 270 p.n.e. Dzisiaj większość osób zna jego imię tylko
dzięki słowom "epikurejczyk" lub "epikurejski", które używane są w odniesieniu do osób oddających się wymyślnym przyjemnościom zmysłowym
(gustujących zwłaszcza w dobrym jedzeniu i w wykwintnych trunkach).
Prawda historyczna jest jednak taka, że Epikur wcale nie zalecał
pławienia się w rozkoszach. Znacznie bardziej zajmowało go osiągnięcie
wewnętrznego spokoju (określanego mianem ataraksji).
Epikur praktykował "filozofię medyczną". Utrzymywał, że filozof powinien
leczyć duszę, tak jak lekarz -?ciało. Jego zdaniem filozofia ma tylko
jeden prawdziwy cel: łagodzić ludzkie cierpienie. A co jest źródłem
naszej męki? Według Epikura wszechobecny lęk przed śmiercią.
Twierdził, jakoby radość życia była zaburzana przerażającą wizją
nieuchronnej śmierci. Żadna przyjemność nie jest od niej wolna. Aby
uśmierzyć ten ból, opracował kilka eksperymentów myślowych, które mnie
osobiście pomogły stawić czoło strachowi przed umieraniem i dały
narzędzia, które wykorzystuję w pracy z pacjentami. W rozważaniach
przedstawionych w książce często odwołuję się do tych cennych pomysłów.
Doświadczenie życiowe i praca kliniczna nauczyły mnie, że w zależności
od wieku lęk przed śmiercią to rośnie, to maleje. Nie da się uchronić
małych dzieci przed dostrzeżeniem oznak śmierci w otoczeniu. Są
wszechobecne: liście usychają, owady i zwierzątka domowe umierają,
dziadkowie znikają, rodzice pogrążają się w żałobie, a cmentarze są
bezkresnymi połaciami grobów. Dzieci mogą to zwyczajnie obserwować,
dziwić się temu i za przykładem rodziców -?milczeć. Jeśli otwarcie
wyrażają niepokój, rodzice oczywiście śpieszą je uspokoić. Czasami
dorośli próbują znaleźć słowa ukojenia, odsyłają zmartwienie w odległą
przyszłość bądź też uspokajają dzieci opowieściami, które przeczą
śmierci: o zmartwychwstaniu, życiu wiecznym, niebie i ponownym
spotkaniu.
Lęk przed śmiercią zwykle schodzi w podziemie mniej więcej od lat
sześciu do wieku dojrzewania -?ten sam okres Freud uznał za czas
utajenia seksualności. Potem, podczas pokwitania, strach przed
umieraniem wybucha ze wzmożoną siłą: nastolatkowie często bywają
pochłonięci śmiercią; niektórzy rozważają samobójstwo. W dzisiejszych
czasach wielu z nich przejmuje rolę władców życia i szafarzy śmierci w drugim życiu, czyli pełnych przemocy grach wideo. Inni rzucają wyzwanie
kostusze wisielczym humorem i piosenkami, w których z niej drwią, albo
rozładowują napięcie oglądaniem horrorów z przyjaciółmi. Kiedy
wkraczałem w wiek nastoletni, dwa razy w tygodniu chodziłem z kolegami
do małego kina za rogiem, nieopodal sklepu mojego ojca. Razem
wrzeszczeliśmy podczas filmów grozy i chłonęliśmy niekończące się obrazy
o barbarzyństwie drugiej wojny światowej. Pamiętam, że w skrytości ducha
drżałem na myśl o kaprysie losu, który sprawił, że urodziłem się w roku
1931, a nie pięć lat wcześniej, jak mój kuzyn Harry, który zginął w rzezi podczas lądowania w Normandii.
Niektóre osoby w tym wieku igrają ze śmiercią i podejmują brawurowe
wyzwania. Jeden z moich pacjentów -?cierpiący na rozliczne fobie i przenikliwy, wszechogarniający lęk, że w każdej chwili może go spotkać
katastrofa -?opowiedział mi, że w wieku szesnastu lat fascynował się
akrobatycznymi skokami spadochronowymi. Wykonał ich kilkadziesiąt. Z perspektywy czasu uważa, że w ten sposób radził sobie ze stale mu
towarzyszącym przerażeniem śmiercią.
W miarę upływu czasu zaniepokojenie skończonością naszej egzystencji,
charakteryzujące nastolatków, ustępuje miejsca dwóm zadaniom stającym
przed młodymi osobami, które osiągnęły dorosłość. Są to: podjęcie pracy
zawodowej i założenie rodziny. Trzy dekady później, kiedy dzieci
odchodzą z domu, a nasza kariera zbliża się do końca, ogarnia nas kryzys
wieku średniego i lęk przed śmiercią znów wybucha z ogromną siłą. Po
osiągnięciu szczytu powodzenia spoglądamy w przyszłość i dociera do nas,
że ścieżka już się przed nami nie wspina, lecz schodzi w dół. Zmierzamy
ku upadkowi i słabości. Od tej chwili zatroskanie śmiercią towarzyszy
nam stale.
Niełatwo jest żyć, gdy w każdej chwili ma się pełną świadomość kresu.
Przypomina to patrzenie prosto w słońce: długo nie da się tego
wytrzymać. Nie możemy stale odczuwać lęku, więc wymyślamy sposoby, aby
go stłumić. Przedłużamy swoje istnienie, płodząc dzieci, bogacąc się,
zyskując sławę, nieustannie w coś rosnąc. Tworzymy kompulsywne rytuały
ochronne albo niezłomnie wierzymy w ostatecznego wybawiciela.
Niektórzy ludzie, nadzwyczaj wierzący w swoją niezniszczalność,
zachowują się jak bohaterowie, często bez względu na bliźnich czy własne
bezpieczeństwo. Inni usiłują złagodzić bolesną samotność śmierci przez
zjednoczenie się z ukochaną osobą, szczytnym celem, społecznością czy
boską istotą. Lęk przed śmiercią jest matką wszystkich religii, które na
różne sposoby próbują złagodzić męki skończoności. Bóg -?w ujęciu
transkulturowym -?nie tylko zmniejsza ból śmiertelności poprzez obrazy
wiekuistego życia, lecz także uśmierza lęki izolacji, oferując wieczną
obecność i wzorzec sensownej egzystencji.
Jednak nawet najmocniejsze, najbardziej czcigodne zapory ochronne nigdy
do końca nie powstrzymają lęku przed śmiercią: jest on w nas zawsze,
ukryty w najdalszych zakamarkach umysłu. Być może Platon miał rację,
kiedy twierdził, że w głębi serca nie umiemy okłamywać samych siebie.
Gdybym był obywatelem starożytnych Aten około 300 roku p.n.e. (w czasie
często nazywanym złotym wiekiem filozofii) i panicznie przestraszyłbym
się śmierci albo dręczyłby mnie senny koszmar, do kogo zwróciłbym się,
aby oczyścić swój umysł z pajęczyny trwogi? Prawdopodobnie powlókłbym
się na agorę, do części starożytnych Aten, gdzie mieściło się wiele
ważnych szkół filozoficznych. Ominąłbym Akademię ufundowaną przez
Platona, a zarządzaną teraz przez jego siostrzeńca Speuzypa, a także
Liceum, szkołę Arystotelesa, niegdyś ucznia Platona, który jednak w swej
filozofii za daleko odszedł od mistrza, aby móc zostać jego następcą.
Ominąłbym szkoły stoików i cyników; zignorowałbym wędrownych filozofów
poszukujących uczniów. Na koniec doszedłbym do ogrodu Epikura i tam
przypuszczalnie znalazłbym pomoc.
A gdzie dziś udają się ludzie cierpiący z powodu nieopanowanego lęku
przed śmiercią? Niektórzy szukają pomocy u rodziny i przyjaciół, inni
idą do kościoła lub na terapię, jeszcze inni zaglądają do takich książek
jak ta. Zajmowałem się wieloma osobami, które przerażała śmierć. Ufam,
że obserwacje, przemyślenia i doświadczenia interwencji gromadzone przez
całe moje życie terapeuty mogą znacząco pomóc tym, którzy nie są w stanie sami uporać się z tego typu lękiem, i wiele im wyjaśnić.
W niniejszym, pierwszym rozdziale chcę podkreślić, że lęk przed śmiercią
może być przyczyną trudności, które początkowo nie wydają się związane z umieraniem. Śmierć ma długie macki, a jej oddziaływanie bywa ukryte.
Chociaż są osoby, które strach przed ostatecznym końcem całkowicie
paraliżuje, często jest on zamaskowany i wyraża się w objawach, które
pozornie nie mają z nim nic wspólnego.
Freud uważał, że wiele zjawisk psychopatologicznych bierze się z wyparcia seksualności człowieka. Moim zdaniem taki pogląd jest stanowczo
zbyt wąski. W toku pracy klinicznej zrozumiałem, że można wyprzeć nie
tylko seksualność, lecz także wszystkie cechy związane z tym, że
jesteśmy żywymi stworzeniami, a zwłaszcza właściwość skończoności życia.
Rozpoznawanie ukrytego lęku przed śmiercią omawiam w drugim rozdziale.
Wiele osób cierpi z powodu depresji i innych zaburzeń, których paliwem
jest strach przed umieraniem. W tej części, a także w następnych
zilustruję mój pogląd historiami przypadków z praktyki klinicznej i technikami, które w niej wykorzystałem, jak również przykładami
zaczerpniętymi z filmów i z literatury.
W trzecim rozdziale pokażę, że konfrontacja ze śmiercią nie musi
skutkować rozpaczą, która odziera codzienność z jakiegokolwiek sensu.
Wręcz przeciwnie, potrafi przebudzić nas do pełniejszego życia.
Centralna teza tej części brzmi: fizyczność śmierci nas niszczy, ale
samo pojęcie śmierci nas ocala.
Czwarty rozdział poświęcony jest opisaniu i przedyskutowaniu wpływowych
koncepcji opanowywania lęku przed śmiercią, które wyrażali filozofowie,
terapeuci, pisarze i artyści. W piątym rozdziale sugeruję jednak, że
same idee mogą się okazać zbyt słabym orężem wobec grozy umierania.
Dopiero synergia myśli i więzi z innymi ludźmi daje nam potężne wsparcie
pozwalające patrzeć śmierci w oczy. Proponuję wiele praktycznych
sposobów stosowania tej synergii na co dzień.
Książka przedstawia punkt widzenia oparty na obserwacjach osób, które
zwróciły się do mnie o pomoc. Jednak obserwator zawsze wpływa na to,
czemu się przygląda, więc w rozdziale szóstym biorę pod lupę
obserwatora. Opisuję własne doświadczenia związane z umieraniem i swoje
podejście do nieuchronności ostatecznego odejścia. Ja także stoję przed
wyzwaniem rzucanym przez śmiertelność: jako człowiek, który nie tylko od
początku praktyki zawodowej pracuje z ludźmi zmagającymi się z lękiem
przed śmiercią, lecz także stopniowo coraz bardziej zbliża się do kresu
życia, chciałbym szczerze i otwarcie podzielić się z czytelnikami
osobistymi doświadczeniami związanymi ze strachem przed odchodzeniem.
Rozdział siódmy zawiera instrukcje dla terapeutów. Większość osób
wykonujących ten zawód unika bezpośredniej pracy z lękiem przed
śmiercią. Być może dzieje się tak dlatego, że trudno im stawić czoła
własnej skończoności. Przede wszystkim jednak w kształceniu zawodowym
oferuje się niewiele szkoleń w egzystencjalnym podejściu do terapii albo
nie proponuje się ich wcale. Młodzi terapeuci opowiadali mi, że nie
zagłębiają się w te zagadnienia, ponieważ nie wiedzą, jak sobie radzić z odpowiedziami pacjentów. Aby pomóc klientom nękanym tym rodzajem
cierpienia, terapeuci potrzebują nowych koncepcji i zmiany relacji z pacjentami. Chociaż ten rozdział skierowany jest do terapeutów, staram
się unikać zawodowego żargonu. Mam nadzieję, że piszę dość jasno, aby
zechciał do niego zajrzeć każdy czytelnik.
Po co -?możecie zapytać -?podejmować tak nieprzyjemny, przerażający
temat? Po co patrzeć w słońce? Dlaczego nie posłuchać rad, których
udzielał Adolf Meyer, szacowny nestor amerykańskiej psychiatrii, kiedy
wiek temu ostrzegał kolegów po fachu: "Nie drapcie, gdzie nie
swędzi"1? Po co mocować się z najstraszniejszym,
najmroczniejszym i najbardziej niezmiennym aspektem życia? Prawda jest
taka, że nowe zjawiska, takie jak systemowa opieka nad chorymi, terapie
krótkoterminowe, tłumienie objawów i podejmowanie usilnych starań, aby
zmienić wzorce ludzkiego myślenia, jedynie wzmocniły ten krótkowzroczny
pogląd.
Śmierć jednak swędzi. Swędzi bezustannie i zawsze nam towarzyszy:
skrobie w wewnętrzne drzwi i cichutko, prawie niesłyszalnie furczy w środku tuż pod membraną świadomości. Choć ukryta, schowana, wycieka pod
postacią najróżniejszych objawów chorobowych, stanowi niewyczerpane
źródło zmartwień, napięć i konfliktów2.
Jestem głęboko przekonany -?jako człowiek, który w niedalekiej
przyszłości umrze, jak również psychiatra od dziesięcioleci zajmujący
się lękiem przed śmiercią, że konfrontacja z umieraniem nie tylko nie
otwiera żadnej szkodliwej puszki Pandory, lecz także umożliwia nam
odnowę -?sprawia, że życie staje się bogatsze i pełne współczucia.
Tak więc daję wam tę książkę z optymizmem. Wierzę, że pomoże wam
popatrzeć śmierci prosto w oczy, a dzięki temu nie tylko złagodzi wasze
przerażenie, lecz także wzbogaci wasze życie.
Rozdział 2
ROZPOZNAWANIE LĘKU PRZED ŚMIERCIĄ
Śmierć jest wszystkim
I niczym.
Robaki wpełzają, robaki wypełzają.
Każdy odczuwa lęk przed śmiercią na swój własny sposób. Dla niektórych
jest on jak muzyczny akompaniament do życia -?przy każdej czynności
męczy ich świadomość, że obecna chwila nigdy się nie powtórzy. Nawet
stary film głęboko wzrusza tych, którzy nie mogą się powstrzymać od
myśli, że grający w nim aktorzy są już tylko prochem.
Inni ludzie przeżywają ten lęk silniej. Wymyka im się spod kontroli.
Zdarza się, że wybucha o trzeciej nad ranem, a widmo śmierci zatyka im
dech w piersiach. Dręczy ich myśl, że i oni wkrótce umrą, podobnie jak
wszyscy z ich otoczenia.
Są też tacy, których prześladuje konkretna wizja śmierci: pistolet
wymierzony w ich głowę, nazistowski pluton egzekucyjny, lokomotywa,
która pędzi z łoskotem prosto na nich, upadek z mostu albo z wieżowca.
Scenariusze śmierci przybierają bogate, wyraziste formy. Ktoś widzi
siebie zamkniętego w trumnie. Ziemia zatyka mu nos, a on ma świadomość,
że będzie tak leżał w ciemności po wieczność. Ktoś inny boi się, że już
nigdy nie zobaczy, nie usłyszy i nie dotknie ukochanej osoby. Są też
tacy, których aż boli wizja bycia pod ziemią, kiedy wszyscy znajomi są
na niej. Życie będzie się toczyło jak przedtem, ale oni nigdy się nie
dowiedzą, co się stało z ich rodziną, przyjaciółmi, z całym światem.
Każdy z nas ma przedsmak śmierci, kiedy co noc zapada w sen albo kiedy
traci przytomność pod narkozą. W mitologii greckiej Tanatos i Hypnos -
śmierć i sen -?byli bliźniętami. Czeski powieściopisarz egzystencjalny
Milan Kundera sugeruje, że także zapominanie daje nam przedsmak
odchodzenia. "W śmierci najbardziej przeraża nas nie utrata przyszłości,
lecz utrata przeszłości. I rzeczywiście, akt zapominania jest formą
śmierci, zawsze obecną w życiu"3.
U wielu ludzi lęk przed śmiercią jest jawny i choć bardzo ich gnębi,
łatwo go rozpoznać. U innych przybiera subtelną postać i ukrywa się za
innymi objawami. Można go zidentyfikować tylko dzięki usilnym
poszukiwaniom na miarę wykopalisk.
JAWNY LĘK PRZED ŚMIERCIĄ
Wielu z nas miesza lęk przed śmiercią z obawą przed złem, porzuceniem
czy unicestwieniem. Innych oszałamia ogrom wieczności -?bycie na wieki
wieków martwym. Są też tacy, którzy nie potrafią pojąć stanu
nieistnienia i zastanawiają się, gdzie będą, kiedy umrą; jeszcze inni
skupiają się na horrorze, jakim będzie zniknięcie całego znanego im
świata. Niektórzy rozważają nieuchronność śmierci, jak autorka
poniższego maila, trzydziestodwuletnia kobieta cierpiąca na napady lęku
przed umieraniem.
Przypuszczalnie najbardziej dojmujące uczucia powoduje we mnie
świadomość, że to JA na zawsze odejdę, nie jakaś ja-staruszka ani
ja-śmiertelnie-chora-i-gotowa-umrzeć. Chyba zawsze myślałam o śmierci wymijająco, jako o czymś, co może się wydarzyć, a nie co
wydarzy się na pewno. Po silnym ataku paniki rozmyślałam o śmierci
intensywniej niż kiedykolwiek przedtem i już wiem, że nie jest ona
jedynie czymś, co może się stać. Przebudziłam się, zrozumiałam tę
straszną prawdę i nie ma już dla mnie powrotu.
Lęk prowadzi niektórych ludzi do nieznośnego wniosku: ich świat i wspomnienia po nim przestaną istnieć. Ulica, przy której mieszkali,
atmosfera rodzinnych spotkań, rodzice, dzieci, domek na plaży, szkoła
średnia, ulubione kempingi -?wszystko to zniknie wraz z ich śmiercią.
Nie ma nic stabilnego, nic trwałego. Jaki sens może mieć życie, w którym
wszystko przemija? A oto dalszy ciąg wiadomości:
Z pełną ostrością uświadomiłam sobie daremność wszystkiego: nasze czyny
skazane są na zapomnienie; w końcu zniknie też nasza planeta.
Wyobraziłam sobie śmierć moich rodziców i sióstr, chłopaka i przyjaciół.
Często rozmyślam o tym, jak MOJA trupia czaszka, nie jakaś tam,
hipotetyczna, znajdzie się na zewnątrz zamiast wewnątrz mojego ciała. Na
tę myśl w głowie robi mi się straszny mętlik. Nie bardzo mnie przekonuje
pomysł, że będę istotą oddzielną od ciała, więc nie potrafię się
pocieszyć tym, że mam niezniszczalną duszę.
W wypowiedzi młodej kobiety przewija się kilka wątków: śmierć nabrała
dla niej konkretnego odniesienia; przestała być czymś, co może jej
się przydarzyć albo co przydarza się tylko innym. W jej oczach
nieuchronność śmierci odbiera życiu sens. Istnienie nieśmiertelnej duszy
oddzielonej od ciała wydaje jej się wysoce wątpliwe i nie potrafi
znaleźć ukojenia w koncepcji życia po śmierci. Pyta także, czy brak
świadomości po śmierci jest tym samym co podobny stan przed narodzinami
(to ważne zagadnienie, które pojawi się ponownie w naszej dyskusji o Epikurze).
Inna pacjentka cierpiąca na paniczny lęk przed śmiercią na pierwszej
sesji dała mi taki wierszyk:
Wszechobecność śmierci
Przenika mnie na wskroś i dręczy.
Krzyczę w męce,
Lecz brnę przed siebie.
Dzień po dniu widzę
Przed sobą widmo końca.
Chcę jednak po sobie zostawić
Ślad, który może coś znaczyć.
Najlepsze, co mogę zrobić,
To zanurzyć się w teraz.
A jednak śmierć się czai:
Jest tuż, tuż -?koło mnie,
Pod ochronną fasadą,
Której kurczowo się trzymam,
Jak dziecko miękkiego kocyka.
Kocyk przepuszcza lęki
W niemym bezruchu nocy,
Gdy wraca przerażenie.
Mnie i ciebie nie będzie.
Nie odetchniemy przyrodą,
Nie naprawimy krzywd świata,
Nie zasmucimy się słodko.
Nieznośna strata, ale
Ponoszona bezwiednie.
Śmierć jest wszystkim
I niczym.
Najbardziej prześladowała ją myśl wyrażona w dwóch ostatnich wersach:
Śmierć jest wszystkim/I niczym. Tłumaczyła mi, że bez reszty
pochłonęło ją odczucie, że będzie niczym, więc stało się dla niej
wszystkim. Jednak wiersz zawiera dwie pocieszające refleksje: jeżeli
zostawi po sobie ślady, jej życie nabierze sensu, a najlepsze, co może
zrobić, to angażować się w chwilę obecną.
LĘK PRZED ŚMIERCIĄ NIE JEST TEMATEM ZASTĘPCZYM
Psychoterapeuci często błędnie zakładają, że jawny lęk przed śmiercią
stanowi przykrywkę dla innego problemu. Tak się zdarzyło w przypadku
Jennifer, dwudziestodziewięcioletniej pośredniczki w handlu
nieruchomościami. Poprzedni terapeuci nie traktowali dosłownie
nękających ją od dziecka conocnych ataków lęku przed śmiercią. Jennifer
często budziła się w nocy drżąca, zlana potem, z oczami rozszerzonymi ze
strachu przed unicestwieniem. Wyobrażała sobie, że znika, błąka się w bezkresnej ciemności, całkowicie zapomniana przez świat żywych. Wmówiła
sobie, że nic nie ma znaczenia, jeżeli w końcu wszystko ulegnie
całkowitej zagładzie.
Takie myśli dręczyły ją od wczesnego dzieciństwa. Żywo pamiętała swój
pierwszy atak -?w wieku lat pięciu. Wbiegła do sypialni rodziców, drżąc
ze strachu, że umiera. Mama uspokoiła ją słowami, których nigdy nie
zapomniała. Powiedziała jej dwie rzeczy: "Masz przed sobą długie życie,
więc teraz nie ma sensu o tym rozmyślać" i "Kiedy będziesz bardzo stara
i bliska śmierci, to albo odnajdziesz w sobie spokój, albo będziesz
chora. Tak czy inaczej, śmierć nie będzie nieproszonym gościem".
Od tamtej pory Jennifer czerpała otuchę z pocieszających słów matki.
Opracowała sposoby radzenia sobie z atakami. Stale przypominała sobie,
że ma wybór -?może albo myśleć o śmierci, albo o niej nie myśleć i wspominać to, co dobre: śmiech z przyjaciółmi z dzieciństwa, podziwianie
odbicia wysoko skłębionych chmur w przejrzystych taflach jezior, kiedy
wędrowała z mężem po Górach Skalistych, całowanie promiennych twarzyczek
swoich dzieci.
Niemniej przerażenie śmiercią nadal ją dręczyło i w znacznym stopniu
tłumiło w niej radość życia. Konsultowała się z różnymi terapeutami, ale
niewiele z tego wynikło. Leki zmniejszyły intensywność ataków, ale nie
ich częstotliwość. Terapeuci nie skupili się na jej lęku przed śmiercią,
ponieważ uważali, że jest tylko przykrywką dla innego lęku. Postanowiłem
nie powtarzać ich błędów. Moim zdaniem zmylił ich wyrazisty,
powtarzający się sen, który Jennifer po raz pierwszy miała w wieku
pięciu lat:
Cała moja rodzina jest w kuchni. Na stole stoi miska pełna dżdżownic.
Ojciec zmusza mnie, żebym wzięła z niej garść robaków, mocno je ścisnęła
i wypiła mleko, które z nich wypływa.
Każdy terapeuta, z którym się skonsultowała, oczywiście uznał, że
ściskanie robaków, aby otrzymać mleko, symbolizuje prącie i nasienie. W związku z tym pytali, czy ojciec nie molestował jej seksualnie. Moje
pierwsze skojarzenie było podobne. Odrzuciłem jednak ten trop, kiedy
Jennifer opowiedziała mi, że już wielokrotnie prowadził w terapii
donikąd. Co prawda bardzo bała się ojca, bo był porywczy i często na nią
krzyczał, ale ani ona, ani żadne z jej rodzeństwa nie przypominało sobie
nadużyć seksualnych.
Nikt z jej poprzednich terapeutów nie badał, jakie znaczenie mają tak
ostre i częste ataki lęku przed śmiercią. Ten powszechny błąd ma
szacowną tradycję. Sięga korzeniami pierwszej publikacji z dziedziny
psychoterapii. Były to Studia nad histerią, dzieło napisane w roku
1895 przez Freuda i Breuera. Dokładna lektura tej książki pokazuje, że
pacjenci Freuda cierpieli z powodu lęku przed śmiercią4. To,
że Freud nie dociekał jego przyczyn, mogłoby dziwić, gdyby nie
późniejsze prace, w których wyjaśnia, że stworzona przez niego teoria
źródeł nerwicy opiera się na założeniu istnienia konfliktu między
nieuświadomionymi, prymitywnymi instynktami. Śmierć nie powinna odgrywać
roli w genezie nerwicy, pisał Freud, ponieważ nie jest reprezentowana w nieświadomości. Zaproponował dwie przyczyny takiego stanu: po pierwsze,
osobiście nie doświadczyliśmy śmierci, a po drugie, nie jesteśmy w stanie kontemplować własnego nieistnienia5.
Chociaż Freud pisał o śmierci mądrze i wzruszająco w krótkich,
niesystemowych esejach, takich jak Aktualne uwagi o wojnie i śmierci6, napisanych po pierwszej wojnie światowej, to w teorii formalnej psychoanalizy jego "odśmiertelnienie śmierci"
(de-deathification of death), jak to nazwał Robert Jay
Lifton7, miało ogromny wpływ na pokolenia terapeutów, którzy
zamiast na śmierci skupili się na tym, co ich zdaniem reprezentowała ona
w nieświadomości -?zwłaszcza na porzuceniu i kastracji. Można by nawet
bronić tezy, że nacisk psychoanalizy na przeszłość jest ucieczką od
przyszłości i konfrontacji ze śmiercią8.
Od samego początku pracy z Jennifer badałem jej lęk przed śmiercią w rozumieniu dosłownym. Nie stawiała oporu -?chętnie podjęła wyzwanie.
Wybrała mnie na terapeutę, ponieważ przeczytała moją Psychoterapię
egzystencjalną i chciała się skonfrontować z egzystencjalnymi faktami
życia. Nasze sesje terapeutyczne skupiły się na jej myślach o śmierci,
wspomnieniach i fantazjach. Poprosiłem ją, aby dokładnie zapisywała
swoje koszmarne sny i myśli podczas ataków paniki.
Na materiał do notatek nie musiała długo czekać. Zaledwie kilka tygodni
później doświadczyła przejmującego lęku przed śmiercią po obejrzeniu
filmu o czasach nazizmu. Realia pokazane w filmie głęboko nią
wstrząsnęły -?zwłaszcza to, że ludzkie życie zależało wtedy od czyjegoś
kaprysu. Niewinnych zakładników wybierano na śmierć na zasadzie
widzimisię. Uderzyło ją podobieństwo takich sytuacji do warunków
panujących w jej domu rodzinnym: przypomniało jej się zagrożenie
nieprzewidywalnymi wybuchami wściekłości ojca, uczucie, że nie ma gdzie
się schować, i szukanie schronienia w byciu niewidzialną, co oznaczało,
że usiłowała jak najmniej się odzywać i nie zadawać pytań.
Wkrótce potem ponownie odwiedziła dom, w którym się wychowała. Tak jak
jej zaproponowałem, medytowała przy grobie rodziców. Prośba, aby pacjent
medytował przy grobie, może się wydać posunięciem radykalnym, ale w roku
1895 Freud opisał, że dał podopiecznemu właśnie takie
instrukcje9. Kiedy Jennifer stała przy grobie ojca, nagle
przyszła jej do głowy dziwna myśl: "W grobie musi mu być bardzo zimno".
Przedyskutowaliśmy ją. Zupełnie jakby dziecięce przekonania na temat
śmierci z ich brakiem racjonalności (na przykład przekonaniem, że martwi
ludzie odczuwają zimno) nadal żyły w jej wyobraźni tuż obok zdrowego
rozumu osoby dorosłej.
Po tej sesji, kiedy jechała do domu samochodem, przypomniała sobie
piosenkę, która była popularna w jej dzieciństwie. Zaczęła śpiewać,
zdziwiona, że dokładnie pamięta słowa.
Kiedy przejeżdża kondukt, czy potrafisz uwierzyć,
Że właśnie ty następny możesz już wkrótce nie żyć?
Zawiną cię w biały całun z czegoś na kształt tetry
I zakopią pod ziemię głęboko na dwa metry.
Włożą cię jeszcze tylko do wielkiej czarnej skrzyni
I przysypią ziemią pełną dużych kamieni.
I gdzieś może przez tydzień dobrze będzie się działo,
Aż tu nagle przez trumnę wycieka twoje ciało!
Robaki wpełzają, robaki wypełzają
I na twoim policzku w bezika sobie grają.
Zjadają twoje oczy, zjadają też nosek.
Cieszą się, gdy się trafi jakiś mięciutki kąsek.
Jeden wielgaśny robal z okrągłymi gałami
Włazi ci wprost do brzucha i wyłazi oczami.
Z żołądka robi ci się zielona śliska rana,
A ropa wypływa niczym bita śmietana.
Posmarujesz nią sobie duży kawałek chleba,
Bo takiego po śmierci żarełka ci potrzeba10.
Kiedy śpiewała, przypominało jej się, jak jej siostry (Jennifer była
najmłodsza) niemiłosiernie się z nią drażniły -?specjalnie w kółko
śpiewały tę piosenkę, nie zważając na to, jak bardzo ją ona wytrąca z równowagi.
To wspomnienie było dla Jennifer objawieniem. Dzięki niemu zrozumiała,
że jej powtarzający się sen o piciu mleka z dżdżownic nie dotyczył
seksu, ale śmierci -?robaków w grobie, a także emocji doświadczonych w dzieciństwie -?poczucia zagrożenia i braku bezpieczeństwa. Zrozumienie,
że cały czas nosi w sobie dziecięcą wizję śmierci, otworzyło nowe
możliwości w terapii.
UKRYTY LĘK PRZED ŚMIERCIĄ
Ujawnienie ukrytego lęku przed śmiercią może wymagać detektywistycznej
pracy, ale często się zdarza, że człowiek uświadamia go sobie dzięki
autorefleksji -?podczas terapii lub bez niej. Choćby myśli o odchodzeniu
nie wiem jak dokładnie schowały się przed świadomością, przenikają one
do snów. Każdy senny koszmar to udręka, w której strach przed umieraniem
wydostaje się ze swojej zagrody.
Złe sny budzą śpiącego. Ukazują mu jego życie jako zagrożone: ucieka
przed zasadzającego się na niego mordercę, spada z dużej wysokości,
chowa się przed czymś skrajnie niebezpiecznym albo wręcz umiera lub jest
martwy.
Śmierć często pojawia się w snach w postaci symbolicznej. Na przykład
mężczyźnie w średnim wieku z kłopotami gastrycznymi i skłonnościami do
hipochondrii, który bał się raka żołądka, śniło się, że wraz z rodziną
siedzi w samolocie w drodze do egzotycznego kurortu na Karaibach. W następnym ujęciu widział siebie, jak leży na ziemi i zwija się z powodu
bólu brzucha. Obudził się panicznie przerażony i natychmiast zrozumiał
znaczenie snu: umarł na raka żołądka, a życie toczyło się dalej -?bez
niego.
Wreszcie, pewne sytuacje prawie zawsze wywołują strach przed odejściem:
ciężkie choroby, śmierć bliskiej osoby albo poważne, nieodwracalne
zagrożenie fundamentalnego bezpieczeństwa: gwałt, rozwód, strata pracy,
bandycki napad. Kiedy zastanawiamy się nad takim wydarzeniem, wtedy
zazwyczaj ujawnia się lęk przed śmiercią.
LĘK PRZED CZYMŚ NIEUCHWYTNYM W ISTOCIE JEST LĘKIEM PRZED ŚMIERCIĄ
Wiele lat temu psycholog Rollo May zażartował, że lęk przed niczym ma
tendencję zmieniać się w lęk przed czymś. Innymi słowy, lęk przed pustką
szybko przyczepia się do czegoś konkretnego. Historia Susan ilustruje
przydatność tej koncepcji w sytuacji, kiedy jakieś wydarzenie budzi w nas nieproporcjonalnie silny lęk.
Susan, elegancka, kompetentna licencjonowana biegła księgowa,
skonsultowała się ze mną z powodu konfliktu z pracodawcą. Spotykaliśmy
się przez kilka miesięcy. Po terapii zrezygnowała z pracy i założyła
własną, konkurencyjną firmę, która odnosiła duże sukcesy.
Kilka lat później, kiedy zadzwoniła, aby prosić o pilne spotkanie,
prawie nie rozpoznałem jej głosu. Zazwyczaj radosna i opanowana, Susan
mówiła drżącym, spanikowanym tonem. Spotkałem się z nią jeszcze tego
samego dnia. Jej wygląd mnie przeraził. Ta przedtem spokojna, stylowo
ubrana kobieta była niechlujna i podenerwowana. Miała czerwoną twarz,
zapuchnięte od płaczu oczy, a szyję owiniętą przybrudzonym bandażem.
Z oporami opowiedziała mi, co się wydarzyło. Jej dorosły syn George,
mający dobrą pracę odpowiedzialny młody człowiek, wylądował w więzieniu.
Kiedy policja zatrzymała go z powodu drobnego wykroczenia drogowego,
znalazła u niego w samochodzie kokainę. Test na obecność substancji
odurzających wypadł pozytywnie, a ponieważ George uczestniczył w programie sponsorowanym przez stan i było to jego trzecie wykroczenie
tego typu, skazano go na miesiąc więzienia i dwanaście miesięcy w ośrodku odwykowym.
Susan przez cztery bite dni płakała. Nie mogła spać ani jeść i nie była
w stanie iść do pracy (po raz pierwszy od dwudziestu lat). W nocy
dręczyły ją potworne wizje z synem w roli głównej. Żłopał wódę z butelki
w brązowej, papierowej torbie, był brudny, miał zepsute zęby i dogorywał
w rynsztoku.
-?On umrze w więzieniu -?powiedziała. Dalej mówiła o tym, jaka jest
wyczerpana pociąganiem za wszelkie sznurki i próbowaniem każdego
możliwego sposobu, aby go uwolnić. Przybita, oglądała jego zdjęcia z dzieciństwa, na których wyglądał jak aniołek z jasnymi, kręconymi
włoskami i ujmującym spojrzeniem. Wtedy miał przed sobą wspaniałą,
nieskończenie obiecującą przyszłość.
Susan uważała się za osobę niezmiernie przedsiębiorczą. Do wszystkiego
doszła własną pracą. Osiągnęła sukces wbrew nieudolnym i postępującym
niemoralnie rodzicom. Jednak w tej sytuacji czuła się całkowicie
bezradna.
-?Dlaczego mi to zrobił? -?zapytała. -?To bunt, umyślny sabotaż moich
planów na jego życie. Jak inaczej to wytłumaczyć? Czyż nie dałam mu
wszystkiego? Każdego możliwego narzędzia do osiągnięcia sukcesu?
Najlepszego wykształcenia, lekcji tenisa, fortepianu i jazdy konnej? I tak mi się odpłaca? Co za wstyd, niech no tylko dowiedzą się o tym moi
znajomi! -?Susan skręcała się z zazdrości na myśl o sukcesie dzieci
swoich przyjaciół.
Po pierwsze, przypomniałem jej o rzeczach, o których wiedziała. Wizja
syna w rynsztoku była nieracjonalna, przedstawiała katastrofę, która się
nie wydarzyła. Podkreśliłem, że jej syn w sumie dobrze sobie radzi:
bierze udział w programie rehabilitacyjnym i uczestniczy w prywatnej
terapii u znakomitego specjalisty. Wychodzenie z nałogu rzadko odbywa
się bez komplikacji. Nawroty, często wielokrotne, są nieuniknione. To
wszystko oczywiście już wiedziała. Niedawno była na całotygodniowej
terapii rodzinnej w ośrodku rehabilitacyjnym syna. Co więcej, mąż nie
podzielał jej lęków o dziecko.
Wiedziała też, że pytanie: "Dlaczego mi to zrobił?", jest nieracjonalne.
Kiwała głową, kiedy mówiłem, że ta sytuacja jej nie dotyczy. Jego nawrót
nie ma z nią nic wspólnego.
Każda matka zdenerwowałaby się, gdyby jej syn wrócił do narkotyków i znalazł się w więzieniu, ale reakcja Susan wydawała mi się zbyt
gwałtowna. Zacząłem podejrzewać, że w dużej mierze wynika ona z wyparcia.
Szczególnie zainteresowało mnie jej poczucie całkowitej bezradności.
Zawsze uważała się za niezwykle zaradną, ale teraz ten obraz legł w gruzach -?nie była w stanie nic zrobić dla syna (chyba że usunąć się z jego życia).
Dlaczego George zajmował w jej świecie aż tak poczesne miejsce? Owszem,
był jej synem. Ale chodziło o coś więcej. Był zbyt ważny. Zupełnie
jakby jej życie zależało od jego sukcesu. Powiedziałem jej, że dla wielu
rodziców dzieci stanowią sposób na nieśmiertelność. Ta myśl rozbudziła
jej ciekawość. Zrozumiała, że za pośrednictwem George'a chciała
przedłużyć własne istnienie, ale musi z tego zrezygnować:
-?On nie ma na to dość siły -?powiedziała.
-?Czy jakiekolwiek dziecko ma na to dość siły? -?zapytałem. -?W dodatku
George nigdy się do takiego przedsięwzięcia nie zgłaszał. Dlatego jego
zachowanie i nawrót uzależnienia nie mają z tobą nic wspólnego!
Kiedy pod koniec sesji zapytałem ją o bandaż na szyi, powiedziała, że
niedawno przeszła operację plastyczną. Drążyłem temat, ale
zniecierpliwiła się i chciała wrócić do rozmowy o synu, ponieważ -?jak
podkreśliła -?to z jego powodu się do mnie zgłosiła.
Jednak nie ustępowałem.
-?Powiedz mi, dlaczego zdecydowałaś się na operację.
-?No więc nie znoszę tego, co starzenie robi z moim ciałem: z piersiami,
z twarzą, a zwłaszcza z obwisłą skórą na szyi. Operację sprezentowałam
sobie na urodziny.
-?Na które urodziny?
-?Okrągłe. Numer sześć zero. Były w zeszłym tygodniu.
Opowiadała mi, jak to jest skończyć sześćdziesiąt lat (a ja podzieliłem
się refleksjami na temat siedemdziesiątki), aż zorientowała się, że
kończy nam się czas. Podsumowałem:
-?Jestem pewny, że nadmiernie obawiasz się o syna. Przecież wiesz, że
podczas terapii uzależnień nawroty zdarzają się prawie zawsze. Uważam,
że część tego lęku ma inne źródło i znajduje upust w obawach o George'a.
Wsparła mnie energicznym potakiwaniem. Mówiłem dalej:
-?Moim zdaniem w znacznej mierze lękasz się o siebie, nie o George'a.
Wiąże się to z twoimi sześćdziesiątymi urodzinami, ze świadomością, że
się starzejesz, i ze śmiercią. Wydaje mi się, że w głębi serca rozważasz
kilka ważnych spraw. Co zrobię z resztą życia? Co nada mu znaczenie,
zwłaszcza że -?jak zdałaś sobie sprawę -?George temu zadaniu nie podoła.
Zachowanie Susan stopniowo się zmieniało. Od niecierpliwości przeszła do
intensywnego zaciekawienia.
-?Niewiele rozmyślałam o tym, że się starzeję i zostało mi mało czasu.
Jak dotąd ten temat nie pojawił się też w terapii. Ale rozumiem, o co ci
chodzi.
Pod koniec sesji podniosła na mnie wzrok.
-?Nie mam pojęcia, jak twoje pomysły mogą mi pomóc, ale muszę przyznać,
że przez ostatnie piętnaście minut bardzo mnie zaintrygowałeś. Od
czterech dni nie zdarzyło mi się tak długo myśleć o czymś innym niż o George'u.
Umówiliśmy się na następny tydzień o poranku. Wiedziała z naszej
wcześniejszej pracy, że ranki rezerwuję na pisanie, więc napomknęła, że
naruszam swoje plany. Powiedziałem jej, że nie pracuję według zwykłego
harmonogramu, ponieważ w tym tygodniu wybieram się w podróż. Jadę na
ślub syna.
Chciałem dodać coś, co mogłoby jej pomóc, więc zanim wyszła, dorzuciłem:
-?To drugie małżeństwo mojego syna. Pamiętam, jak mi było trudno, kiedy
się rozwodził. Dla rodziców bezradność jest straszna. Wiem z własnego
doświadczenia, jak okropnie się czujesz. Chęć pomocy dzieciom jest dla
nas czymś przyrodzonym.
W ciągu następnych dwóch tygodni skupialiśmy się o wiele mniej na
George'u, a bardziej na jej własnym życiu. Jej niepokój o George'a znacznie zmalał. Jego terapeuta zaproponował (a ja go poparłem), aby
zarówno ze względu na Susan, jak i na George'a przez kilka tygodni się
nie kontaktowali. Chciała więcej dowiedzieć się o lęku przed śmiercią i jak ludzie sobie z nim radzą, a ja podzieliłem się z nią wieloma myślami
zawartymi w tej książce. W czwartym tygodniu oznajmiła, że czuje się już
normalnie, więc zaplanowaliśmy podsumowujące spotkanie za kilka tygodni.
Na tej ostatniej sesji, kiedy zapytałem, co w naszej wspólnej pracy
pomogło jej najbardziej, wyraźnie oddzieliła idee, które jej podsunąłem,
od nawiązania znaczącej relacji ze mną.
-?Najcenniejsze było dla mnie to, co powiedziałeś mi o swoim synu.
Bardzo mnie wzruszyło, że wyciągnąłeś do mnie dłoń w taki sposób.
Zdecydowanie zaciekawiła mnie też myśl, że lęki o własne życie i uczucie
zagrożenia śmiercią przeniosłam na George'a. Wydaje mi się, że trafiłeś
w dziesiątkę. Ale niektóre pojęcia, o których mówiliśmy -?na przykład te
wzięte z Epikura -?były niezwykle, hm... przeintelektualizowane i nie
wiem, czy mi pomogły. Nie mam jednak wątpliwości, że podczas naszych
spotkań wydarzyło się coś, co było skuteczne.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki