Patrząc w słońce. Jak sobie radzić z przerażeniem śmiercią - Irvin D. Yalom

Kup ebooka

34.99 zł
26.94 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

ŚMIERTELNA RANA

W łonie mym roz­pacz się zalę­gła. Jakże mi to zmil­czeć? Jak spo­kój zna­leźć? Trwogę przed śmier­cią poczu­łem...

Gilgamesz, Epos babiloński i asyryjski ze szczątków odczytany i uzupełniony także pieśniami szumerskimi przez Roberta Stillera, tłum. R. Stiller

Samo­świa­do­mość jest naj­wspa­nial­szym darem, skar­bem rów­nie bez­cen­nym jak życie. To ona spra­wia, że jeste­śmy ludźmi. Dar ten jest jed­nak oku­piony wiel­kimi kosz­tami: pła­cimy za niego raną śmier­tel­no­ści. Ist­nie­jemy w usta­wicz­nym cie­niu wie­dzy, że czeka nas wzrost i roz­kwit, ale potem nie­uchron­nie nadejdą sła­bość i umie­ra­nie.

Śmier­tel­ność nęka nas od zara­nia histo­rii. Cztery tysiące lat temu babi­loń­ski boha­ter Gil­ga­mesz roz­my­ślał nad śmier­cią sło­wami z umiesz­czo­nego wyżej motta. Dodaje i powta­rza: "Czyż i ja nie umrę, czy nie będę jak Enkidu? W łonie mym roz­pacz się zalę­gła. Jakże mi to zmil­czeć? Jak spo­kój zna­leźć? Trwogę przed śmier­cią poczu­łem...".

Gil­ga­mesz mówi za nas wszyst­kich. Bał się śmierci jak my: jak każdy męż­czy­zna, każda kobieta czy każde dziecko. Są wśród nas ludzie, któ­rym ten lęk obja­wia się jedy­nie pośred­nio -?przy­biera postać ogól­nego nie­po­koju albo nakłada maskę innych zabu­rzeń psy­chicz­nych. Bywa jed­nak, że doświad­czamy wyraź­nie uświa­do­mio­nych lęków przed śmier­cią. Nie­któ­rych napa­wają one grozą unie­moż­li­wia­jącą jakie­kol­wiek szczę­ście lub speł­nie­nie.

Filo­zo­fo­wie od wie­ków obmy­ślają spo­sób, aby opa­trzyć ranę śmier­tel­no­ści, a dzięki temu spra­wić, że nasze życie nabie­rze har­mo­nii i spo­koju. Jako psy­cho­te­ra­peuta, który pomaga wielu oso­bom zma­ga­ją­cym się z lękiem przed śmier­cią, stwier­dzi­łem, że mądrość sta­ro­żyt­nych filo­zo­fów, zwłasz­cza grec­kich, w pełni spraw­dza się w dzi­siej­szych cza­sach.

Co wię­cej, za swo­ich inte­lek­tu­al­nych przod­ków w pracy tera­peu­tycz­nej uwa­żam nie tyle wiel­kich psy­chia­trów i psy­cho­lo­gów XIX i XX wieku, takich jak Pinel, Freud, Jung, Paw­łow, Ror­schach czy Skin­ner -?ile kla­sycz­nych filo­zo­fów grec­kich, a zwłasz­cza Epi­kura. Im wię­cej dowia­duję się na temat tego nad­zwy­czaj­nego myśli­ciela z Aten, tym wyraź­niej widzę w nim psy­cho­te­ra­peutę pro­to­eg­zy­sten­cjal­nego. Do jego poglą­dów będę się odwo­ły­wał w całej książce.

Epi­kur uro­dził się w roku 341 p.n.e., wkrótce przed śmier­cią Pla­tona, a zmarł w roku 270 p.n.e. Dzi­siaj więk­szość osób zna jego imię tylko dzięki sło­wom "epi­ku­rej­czyk" lub "epi­ku­rej­ski", które uży­wane są w odnie­sie­niu do osób odda­ją­cych się wymyśl­nym przy­jem­no­ściom zmy­sło­wym (gustu­ją­cych zwłasz­cza w dobrym jedze­niu i w wykwint­nych trun­kach). Prawda histo­ryczna jest jed­nak taka, że Epi­kur wcale nie zale­cał pła­wie­nia się w roz­ko­szach. Znacz­nie bar­dziej zaj­mo­wało go osią­gnię­cie wewnętrz­nego spo­koju (okre­śla­nego mia­nem ata­rak­sji).

Epi­kur prak­ty­ko­wał "filo­zo­fię medyczną". Utrzy­my­wał, że filo­zof powi­nien leczyć duszę, tak jak lekarz -?ciało. Jego zda­niem filo­zofia ma tylko jeden praw­dziwy cel: łago­dzić ludz­kie cier­pie­nie. A co jest źró­dłem naszej męki? Według Epi­kura wszech­obecny lęk przed śmier­cią. Twier­dził, jakoby radość życia była zabu­rzana prze­ra­ża­jącą wizją nie­uchron­nej śmierci. Żadna przy­jem­ność nie jest od niej wolna. Aby uśmie­rzyć ten ból, opra­co­wał kilka eks­pe­ry­men­tów myślo­wych, które mnie oso­bi­ście pomo­gły sta­wić czoło stra­chowi przed umie­ra­niem i dały narzę­dzia, które wyko­rzy­stuję w pracy z pacjen­tami. W roz­wa­ża­niach przed­sta­wio­nych w książce czę­sto odwo­łuję się do tych cen­nych pomy­słów.

Doświad­cze­nie życiowe i praca kli­niczna nauczyły mnie, że w zależ­no­ści od wieku lęk przed śmier­cią to rośnie, to maleje. Nie da się uchro­nić małych dzieci przed dostrze­że­niem oznak śmierci w oto­cze­niu. Są wszech­obecne: liście usy­chają, owady i zwie­rzątka domowe umie­rają, dziad­ko­wie zni­kają, rodzice pogrą­żają się w żało­bie, a cmen­ta­rze są bez­kre­snymi poła­ciami gro­bów. Dzieci mogą to zwy­czaj­nie obser­wo­wać, dzi­wić się temu i za przy­kła­dem rodzi­ców -?mil­czeć. Jeśli otwar­cie wyra­żają nie­po­kój, rodzice oczy­wi­ście śpie­szą je uspo­koić. Cza­sami doro­śli pró­bują zna­leźć słowa uko­je­nia, odsy­łają zmar­twie­nie w odle­głą przy­szłość bądź też uspo­ka­jają dzieci opo­wie­ściami, które prze­czą śmierci: o zmar­twych­wsta­niu, życiu wiecz­nym, nie­bie i ponow­nym spo­tka­niu.

Lęk przed śmier­cią zwy­kle scho­dzi w pod­zie­mie mniej wię­cej od lat sze­ściu do wieku doj­rze­wa­nia -?ten sam okres Freud uznał za czas uta­je­nia sek­su­al­no­ści. Potem, pod­czas pokwi­ta­nia, strach przed umie­ra­niem wybu­cha ze wzmo­żoną siłą: nasto­lat­ko­wie czę­sto bywają pochło­nięci śmier­cią; nie­któ­rzy roz­wa­żają samo­bój­stwo. W dzi­siej­szych cza­sach wielu z nich przej­muje rolę wład­ców życia i sza­fa­rzy śmierci w dru­gim życiu, czyli peł­nych prze­mocy grach wideo. Inni rzu­cają wyzwa­nie kostu­sze wisiel­czym humo­rem i pio­sen­kami, w któ­rych z niej drwią, albo roz­ła­do­wują napię­cie oglą­da­niem hor­ro­rów z przy­ja­ciółmi. Kiedy wkra­cza­łem w wiek nasto­letni, dwa razy w tygo­dniu cho­dzi­łem z kole­gami do małego kina za rogiem, nie­opo­dal sklepu mojego ojca. Razem wrzesz­cze­li­śmy pod­czas fil­mów grozy i chło­nę­li­śmy nie­koń­czące się obrazy o bar­ba­rzyń­stwie dru­giej wojny świa­to­wej. Pamię­tam, że w skry­to­ści ducha drża­łem na myśl o kapry­sie losu, który spra­wił, że uro­dzi­łem się w roku 1931, a nie pięć lat wcze­śniej, jak mój kuzyn Harry, który zgi­nął w rzezi pod­czas lądo­wa­nia w Nor­man­dii.

Nie­które osoby w tym wieku igrają ze śmier­cią i podej­mują bra­wu­rowe wyzwa­nia. Jeden z moich pacjen­tów -?cier­piący na roz­liczne fobie i prze­ni­kliwy, wszech­ogar­nia­jący lęk, że w każ­dej chwili może go spo­tkać kata­strofa -?opo­wie­dział mi, że w wieku szes­na­stu lat fascy­no­wał się akro­ba­tycz­nymi sko­kami spa­do­chro­no­wymi. Wyko­nał ich kil­ka­dzie­siąt. Z per­spek­tywy czasu uważa, że w ten spo­sób radził sobie ze stale mu towa­rzy­szą­cym prze­ra­że­niem śmier­cią.

W miarę upływu czasu zanie­po­ko­je­nie skoń­czo­no­ścią naszej egzy­sten­cji, cha­rak­te­ry­zu­jące nasto­lat­ków, ustę­puje miej­sca dwóm zada­niom sta­ją­cym przed mło­dymi oso­bami, które osią­gnęły doro­słość. Są to: pod­ję­cie pracy zawo­do­wej i zało­że­nie rodziny. Trzy dekady póź­niej, kiedy dzieci odcho­dzą z domu, a nasza kariera zbliża się do końca, ogar­nia nas kry­zys wieku śred­niego i lęk przed śmier­cią znów wybu­cha z ogromną siłą. Po osią­gnię­ciu szczytu powo­dze­nia spo­glą­damy w przy­szłość i dociera do nas, że ścieżka już się przed nami nie wspina, lecz scho­dzi w dół. Zmie­rzamy ku upad­kowi i sła­bo­ści. Od tej chwili zatro­ska­nie śmier­cią towa­rzy­szy nam stale.

Nie­ła­two jest żyć, gdy w każ­dej chwili ma się pełną świa­do­mość kresu. Przy­po­mina to patrze­nie pro­sto w słońce: długo nie da się tego wytrzy­mać. Nie możemy stale odczu­wać lęku, więc wymy­ślamy spo­soby, aby go stłu­mić. Prze­dłu­żamy swoje ist­nie­nie, pło­dząc dzieci, boga­cąc się, zysku­jąc sławę, nie­ustan­nie w coś rosnąc. Two­rzymy kom­pul­sywne rytu­ały ochronne albo nie­złom­nie wie­rzymy w osta­tecz­nego wyba­wi­ciela.

Nie­któ­rzy ludzie, nad­zwy­czaj wie­rzący w swoją nie­znisz­czal­ność, zacho­wują się jak boha­te­ro­wie, czę­sto bez względu na bliź­nich czy wła­sne bez­pie­czeń­stwo. Inni usi­łują zła­go­dzić bole­sną samot­ność śmierci przez zjed­no­cze­nie się z uko­chaną osobą, szczyt­nym celem, spo­łecz­no­ścią czy boską istotą. Lęk przed śmier­cią jest matką wszyst­kich reli­gii, które na różne spo­soby pró­bują zła­go­dzić męki skoń­czo­no­ści. Bóg -?w uję­ciu trans­kul­tu­ro­wym -?nie tylko zmniej­sza ból śmier­tel­no­ści poprzez obrazy wie­ku­istego życia, lecz także uśmie­rza lęki izo­la­cji, ofe­ru­jąc wieczną obec­ność i wzo­rzec sen­sow­nej egzy­sten­cji.

Jed­nak nawet naj­moc­niej­sze, naj­bar­dziej czci­godne zapory ochronne ni­gdy do końca nie powstrzy­mają lęku przed śmier­cią: jest on w nas zawsze, ukryty w naj­dal­szych zaka­mar­kach umy­słu. Być może Pla­ton miał rację, kiedy twier­dził, że w głębi serca nie umiemy okła­my­wać samych sie­bie.

Gdy­bym był oby­wa­te­lem sta­ro­żyt­nych Aten około 300 roku p.n.e. (w cza­sie czę­sto nazy­wa­nym zło­tym wie­kiem filo­zo­fii) i panicz­nie prze­stra­szył­bym się śmierci albo drę­czyłby mnie senny kosz­mar, do kogo zwró­cił­bym się, aby oczy­ścić swój umysł z paję­czyny trwogi? Praw­do­po­dob­nie powlókł­bym się na agorę, do czę­ści sta­ro­żyt­nych Aten, gdzie mie­ściło się wiele waż­nych szkół filo­zo­ficz­nych. Omi­nął­bym Aka­de­mię ufun­do­waną przez Pla­tona, a zarzą­dzaną teraz przez jego sio­strzeńca Speu­zypa, a także Liceum, szkołę Ary­sto­te­lesa, nie­gdyś ucznia Pla­tona, który jed­nak w swej filo­zo­fii za daleko odszedł od mistrza, aby móc zostać jego następcą. Omi­nął­bym szkoły sto­ików i cyni­ków; zigno­ro­wał­bym wędrow­nych filo­zo­fów poszu­ku­ją­cych uczniów. Na koniec doszedł­bym do ogrodu Epi­kura i tam przy­pusz­czal­nie zna­la­zł­bym pomoc.

A gdzie dziś udają się ludzie cier­piący z powodu nie­opa­no­wa­nego lęku przed śmier­cią? Nie­któ­rzy szu­kają pomocy u rodziny i przy­ja­ciół, inni idą do kościoła lub na tera­pię, jesz­cze inni zaglą­dają do takich ksią­żek jak ta. Zaj­mo­wa­łem się wie­loma oso­bami, które prze­ra­żała śmierć. Ufam, że obser­wa­cje, prze­my­śle­nia i doświad­cze­nia inter­wen­cji gro­ma­dzone przez całe moje życie tera­peuty mogą zna­cząco pomóc tym, któ­rzy nie są w sta­nie sami upo­rać się z tego typu lękiem, i wiele im wyja­śnić.

W niniej­szym, pierw­szym roz­dziale chcę pod­kre­ślić, że lęk przed śmier­cią może być przy­czyną trud­no­ści, które począt­kowo nie wydają się zwią­zane z umie­ra­niem. Śmierć ma dłu­gie macki, a jej oddzia­ły­wa­nie bywa ukryte. Cho­ciaż są osoby, które strach przed osta­tecz­nym koń­cem cał­ko­wi­cie para­li­żuje, czę­sto jest on zama­sko­wany i wyraża się w obja­wach, które pozor­nie nie mają z nim nic wspól­nego.

Freud uwa­żał, że wiele zja­wisk psy­cho­pa­to­lo­gicz­nych bie­rze się z wypar­cia sek­su­al­no­ści czło­wieka. Moim zda­niem taki pogląd jest sta­now­czo zbyt wąski. W toku pracy kli­nicz­nej zro­zu­mia­łem, że można wyprzeć nie tylko sek­su­al­ność, lecz także wszyst­kie cechy zwią­zane z tym, że jeste­śmy żywymi stwo­rze­niami, a zwłasz­cza wła­ści­wość skoń­czo­no­ści życia.

Roz­po­zna­wa­nie ukry­tego lęku przed śmier­cią oma­wiam w dru­gim roz­dziale. Wiele osób cierpi z powodu depre­sji i innych zabu­rzeń, któ­rych pali­wem jest strach przed umie­ra­niem. W tej czę­ści, a także w następ­nych zilu­struję mój pogląd histo­riami przy­pad­ków z prak­tyki kli­nicz­nej i tech­ni­kami, które w niej wyko­rzy­sta­łem, jak rów­nież przy­kła­dami zaczerp­nię­tymi z fil­mów i z lite­ra­tury.

W trze­cim roz­dziale pokażę, że kon­fron­ta­cja ze śmier­cią nie musi skut­ko­wać roz­pa­czą, która odziera codzien­ność z jakie­go­kol­wiek sensu. Wręcz prze­ciw­nie, potrafi prze­bu­dzić nas do peł­niej­szego życia. Cen­tralna teza tej czę­ści brzmi: fizycz­ność śmierci nas nisz­czy, ale samo poję­cie śmierci nas ocala.

Czwarty roz­dział poświę­cony jest opi­sa­niu i prze­dys­ku­to­wa­niu wpły­wo­wych kon­cep­cji opa­no­wy­wa­nia lęku przed śmier­cią, które wyra­żali filo­zo­fo­wie, tera­peuci, pisa­rze i arty­ści. W pią­tym roz­dziale suge­ruję jed­nak, że same idee mogą się oka­zać zbyt sła­bym orę­żem wobec grozy umie­ra­nia. Dopiero syner­gia myśli i więzi z innymi ludźmi daje nam potężne wspar­cie pozwa­la­jące patrzeć śmierci w oczy. Pro­po­nuję wiele prak­tycz­nych spo­so­bów sto­so­wa­nia tej syner­gii na co dzień.

Książka przed­sta­wia punkt widze­nia oparty na obser­wa­cjach osób, które zwró­ciły się do mnie o pomoc. Jed­nak obser­wa­tor zawsze wpływa na to, czemu się przy­gląda, więc w roz­dziale szó­stym biorę pod lupę obser­wa­tora. Opi­suję wła­sne doświad­cze­nia zwią­zane z umie­ra­niem i swoje podej­ście do nie­uchron­no­ści osta­tecz­nego odej­ścia. Ja także stoję przed wyzwa­niem rzu­ca­nym przez śmier­tel­ność: jako czło­wiek, który nie tylko od początku prak­tyki zawo­do­wej pra­cuje z ludźmi zma­ga­ją­cymi się z lękiem przed śmier­cią, lecz także stop­niowo coraz bar­dziej zbliża się do kresu życia, chciał­bym szcze­rze i otwar­cie podzie­lić się z czy­tel­ni­kami oso­bi­stymi doświad­cze­niami zwią­za­nymi ze stra­chem przed odcho­dze­niem.

Roz­dział siódmy zawiera instruk­cje dla tera­peu­tów. Więk­szość osób wyko­nu­ją­cych ten zawód unika bez­po­śred­niej pracy z lękiem przed śmier­cią. Być może dzieje się tak dla­tego, że trudno im sta­wić czoła wła­snej skoń­czo­no­ści. Przede wszyst­kim jed­nak w kształ­ce­niu zawo­do­wym ofe­ruje się nie­wiele szko­leń w egzy­sten­cjal­nym podej­ściu do tera­pii albo nie pro­po­nuje się ich wcale. Mło­dzi tera­peuci opo­wia­dali mi, że nie zagłę­biają się w te zagad­nie­nia, ponie­waż nie wie­dzą, jak sobie radzić z odpo­wie­dziami pacjen­tów. Aby pomóc klien­tom nęka­nym tym rodza­jem cier­pie­nia, tera­peuci potrze­bują nowych kon­cep­cji i zmiany rela­cji z pacjen­tami. Cho­ciaż ten roz­dział skie­ro­wany jest do tera­peu­tów, sta­ram się uni­kać zawo­do­wego żar­gonu. Mam nadzieję, że piszę dość jasno, aby zechciał do niego zaj­rzeć każdy czy­tel­nik.

Po co -?może­cie zapy­tać -?podej­mo­wać tak nie­przy­jemny, prze­ra­ża­jący temat? Po co patrzeć w słońce? Dla­czego nie posłu­chać rad, któ­rych udzie­lał Adolf Meyer, sza­cowny nestor ame­ry­kań­skiej psy­chia­trii, kiedy wiek temu ostrze­gał kole­gów po fachu: "Nie drap­cie, gdzie nie swę­dzi"1? Po co moco­wać się z naj­strasz­niej­szym, naj­mrocz­niej­szym i naj­bar­dziej nie­zmien­nym aspek­tem życia? Prawda jest taka, że nowe zja­wi­ska, takie jak sys­te­mowa opieka nad cho­rymi, tera­pie krót­ko­ter­mi­nowe, tłu­mie­nie obja­wów i podej­mo­wa­nie usil­nych sta­rań, aby zmie­nić wzorce ludz­kiego myśle­nia, jedy­nie wzmoc­niły ten krót­ko­wzroczny pogląd.

Śmierć jed­nak swę­dzi. Swę­dzi bez­u­stan­nie i zawsze nam towa­rzy­szy: skro­bie w wewnętrzne drzwi i cichutko, pra­wie nie­sły­szal­nie fur­czy w środku tuż pod mem­braną świa­do­mo­ści. Choć ukryta, scho­wana, wycieka pod posta­cią naj­róż­niej­szych obja­wów cho­ro­bo­wych, sta­nowi nie­wy­czer­pane źró­dło zmar­twień, napięć i kon­flik­tów2.

Jestem głę­boko prze­ko­nany -?jako czło­wiek, który w nie­da­le­kiej przy­szło­ści umrze, jak rów­nież psy­chia­tra od dzie­się­cio­leci zaj­mu­jący się lękiem przed śmier­cią, że kon­fron­ta­cja z umie­ra­niem nie tylko nie otwiera żad­nej szko­dli­wej puszki Pan­dory, lecz także umoż­li­wia nam odnowę -?spra­wia, że życie staje się bogat­sze i pełne współ­czu­cia.

Tak więc daję wam tę książkę z opty­mi­zmem. Wie­rzę, że pomoże wam popa­trzeć śmierci pro­sto w oczy, a dzięki temu nie tylko zła­go­dzi wasze prze­ra­że­nie, lecz także wzbo­gaci wasze życie.

Roz­dział 2

ROZPOZNAWANIE LĘKU PRZED ŚMIERCIĄ

Śmierć jest wszyst­kim I niczym.

Robaki wpeł­zają, robaki wypeł­zają.

Każdy odczuwa lęk przed śmier­cią na swój wła­sny spo­sób. Dla nie­któ­rych jest on jak muzyczny akom­pa­nia­ment do życia -?przy każ­dej czyn­no­ści męczy ich świa­do­mość, że obecna chwila ni­gdy się nie powtó­rzy. Nawet stary film głę­boko wzru­sza tych, któ­rzy nie mogą się powstrzy­mać od myśli, że gra­jący w nim akto­rzy są już tylko pro­chem.

Inni ludzie prze­ży­wają ten lęk sil­niej. Wymyka im się spod kon­troli. Zda­rza się, że wybu­cha o trze­ciej nad ranem, a widmo śmierci zatyka im dech w pier­siach. Drę­czy ich myśl, że i oni wkrótce umrą, podob­nie jak wszy­scy z ich oto­cze­nia.

Są też tacy, któ­rych prze­śla­duje kon­kretna wizja śmierci: pisto­let wymie­rzony w ich głowę, nazi­stow­ski plu­ton egze­ku­cyjny, loko­mo­tywa, która pędzi z łosko­tem pro­sto na nich, upa­dek z mostu albo z wie­żowca.

Sce­na­riu­sze śmierci przy­bie­rają bogate, wyra­zi­ste formy. Ktoś widzi sie­bie zamknię­tego w trum­nie. Zie­mia zatyka mu nos, a on ma świa­do­mość, że będzie tak leżał w ciem­no­ści po wiecz­ność. Ktoś inny boi się, że już ni­gdy nie zoba­czy, nie usły­szy i nie dotknie uko­cha­nej osoby. Są też tacy, któ­rych aż boli wizja bycia pod zie­mią, kiedy wszy­scy zna­jomi są na niej. Życie będzie się toczyło jak przed­tem, ale oni ni­gdy się nie dowie­dzą, co się stało z ich rodziną, przy­ja­ciółmi, z całym świa­tem.

Każdy z nas ma przed­smak śmierci, kiedy co noc zapada w sen albo kiedy traci przy­tom­ność pod nar­kozą. W mito­lo­gii grec­kiej Tana­tos i Hyp­nos - śmierć i sen -?byli bliź­nię­tami. Cze­ski powie­ścio­pi­sarz egzy­sten­cjalny Milan Kun­dera suge­ruje, że także zapo­mi­na­nie daje nam przed­smak odcho­dze­nia. "W śmierci naj­bar­dziej prze­raża nas nie utrata przy­szło­ści, lecz utrata prze­szło­ści. I rze­czy­wi­ście, akt zapo­mi­na­nia jest formą śmierci, zawsze obecną w życiu"3.

U wielu ludzi lęk przed śmier­cią jest jawny i choć bar­dzo ich gnębi, łatwo go roz­po­znać. U innych przy­biera sub­telną postać i ukrywa się za innymi obja­wami. Można go ziden­ty­fi­ko­wać tylko dzięki usil­nym poszu­ki­wa­niom na miarę wyko­pa­lisk.

JAWNY LĘK PRZED ŚMIERCIĄ

Wielu z nas mie­sza lęk przed śmier­cią z obawą przed złem, porzu­ce­niem czy uni­ce­stwie­niem. Innych osza­ła­mia ogrom wiecz­no­ści -?bycie na wieki wie­ków mar­twym. Są też tacy, któ­rzy nie potra­fią pojąć stanu nie­ist­nie­nia i zasta­na­wiają się, gdzie będą, kiedy umrą; jesz­cze inni sku­piają się na hor­ro­rze, jakim będzie znik­nię­cie całego zna­nego im świata. Niektó­rzy roz­wa­żają nie­uchron­ność śmierci, jak autorka poniż­szego maila, trzy­dzie­sto­dwu­let­nia kobieta cier­piąca na napady lęku przed umie­ra­niem.

Przy­pusz­czal­nie naj­bar­dziej doj­mu­jące uczu­cia powo­duje we mnie świa­do­mość, że to JA na zawsze odejdę, nie jakaś ja-sta­ruszka ani ja-śmier­tel­nie-chora-i-gotowa-umrzeć. Chyba zawsze myśla­łam o śmierci wymi­ja­jąco, jako o czymś, co może się wyda­rzyć, a nie co wyda­rzy się na pewno. Po sil­nym ataku paniki roz­my­śla­łam o śmierci inten­syw­niej niż kie­dy­kol­wiek przed­tem i już wiem, że nie jest ona jedy­nie czymś, co może się stać. Prze­bu­dzi­łam się, zro­zu­mia­łam tę straszną prawdę i nie ma już dla mnie powrotu.

Lęk pro­wa­dzi nie­któ­rych ludzi do nie­zno­śnego wnio­sku: ich świat i wspo­mnie­nia po nim prze­staną ist­nieć. Ulica, przy któ­rej miesz­kali, atmos­fera rodzin­nych spo­tkań, rodzice, dzieci, domek na plaży, szkoła śred­nia, ulu­bione kem­pingi -?wszystko to znik­nie wraz z ich śmier­cią. Nie ma nic sta­bil­nego, nic trwa­łego. Jaki sens może mieć życie, w któ­rym wszystko prze­mija? A oto dal­szy ciąg wia­do­mo­ści:

Z pełną ostro­ścią uświa­do­mi­łam sobie darem­ność wszyst­kiego: nasze czyny ska­zane są na zapo­mnie­nie; w końcu znik­nie też nasza pla­neta. Wyobra­zi­łam sobie śmierć moich rodzi­ców i sióstr, chło­paka i przy­ja­ciół. Czę­sto roz­my­ślam o tym, jak MOJA tru­pia czaszka, nie jakaś tam, hipo­te­tyczna, znaj­dzie się na zewnątrz zamiast wewnątrz mojego ciała. Na tę myśl w gło­wie robi mi się straszny mętlik. Nie bar­dzo mnie prze­ko­nuje pomysł, że będę istotą oddzielną od ciała, więc nie potra­fię się pocie­szyć tym, że mam nie­znisz­czalną duszę.

W wypo­wie­dzi mło­dej kobiety prze­wija się kilka wąt­ków: śmierć nabrała dla niej kon­kret­nego odnie­sie­nia; prze­stała być czymś, co może jej się przy­da­rzyć albo co przy­da­rza się tylko innym. W jej oczach nie­uchron­ność śmierci odbiera życiu sens. Ist­nie­nie nie­śmier­tel­nej duszy oddzie­lo­nej od ciała wydaje jej się wysoce wąt­pliwe i nie potrafi zna­leźć uko­je­nia w kon­cep­cji życia po śmierci. Pyta także, czy brak świa­do­mo­ści po śmierci jest tym samym co podobny stan przed naro­dzi­nami (to ważne zagad­nie­nie, które pojawi się ponow­nie w naszej dys­ku­sji o Epi­ku­rze).

Inna pacjentka cier­piąca na paniczny lęk przed śmier­cią na pierw­szej sesji dała mi taki wier­szyk:

Wszech­obec­ność śmierci Prze­nika mnie na wskroś i dręczy. Krzy­czę w męce, Lecz brnę przed siebie. Dzień po dniu widzę Przed sobą widmo końca. Chcę jed­nak po sobie zostawić Ślad, który może coś znaczyć. Naj­lep­sze, co mogę zrobić, To zanu­rzyć się w teraz.

A jed­nak śmierć się czai: Jest tuż, tuż -?koło mnie, Pod ochronną fasadą, Któ­rej kur­czowo się trzymam, Jak dziecko mięk­kiego kocyka. Kocyk prze­pusz­cza lęki W nie­mym bez­ru­chu nocy, Gdy wraca prze­rażenie.

Mnie i cie­bie nie będzie. Nie ode­tchniemy przyrodą, Nie napra­wimy krzywd świata, Nie zasmu­cimy się słodko. Nie­zno­śna strata, ale Pono­szona bez­wiednie.

Śmierć jest wszyst­kim I niczym.

Naj­bar­dziej prze­śla­do­wała ją myśl wyra­żona w dwóch ostat­nich wer­sach: Śmierć jest wszyst­kim/I niczym. Tłu­ma­czyła mi, że bez reszty pochło­nęło ją odczu­cie, że będzie niczym, więc stało się dla niej wszyst­kim. Jed­nak wiersz zawiera dwie pocie­sza­jące reflek­sje: jeżeli zostawi po sobie ślady, jej życie nabie­rze sensu, a naj­lep­sze, co może zro­bić, to anga­żo­wać się w chwilę obecną.

LĘK PRZED ŚMIERCIĄ NIE JEST TEMATEM ZASTĘPCZYM

Psy­cho­te­ra­peuci czę­sto błęd­nie zakła­dają, że jawny lęk przed śmier­cią sta­nowi przy­krywkę dla innego pro­blemu. Tak się zda­rzyło w przy­padku Jen­ni­fer, dwu­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­niej pośred­niczki w han­dlu nie­ru­cho­mo­ściami. Poprzedni tera­peuci nie trak­to­wali dosłow­nie nęka­ją­cych ją od dziecka conoc­nych ata­ków lęku przed śmier­cią. Jen­ni­fer czę­sto budziła się w nocy drżąca, zlana potem, z oczami roz­sze­rzo­nymi ze stra­chu przed uni­ce­stwie­niem. Wyobra­żała sobie, że znika, błąka się w bez­kre­snej ciem­no­ści, cał­ko­wi­cie zapo­mniana przez świat żywych. Wmó­wiła sobie, że nic nie ma zna­cze­nia, jeżeli w końcu wszystko ule­gnie cał­ko­wi­tej zagła­dzie.

Takie myśli drę­czyły ją od wcze­snego dzie­ciń­stwa. Żywo pamię­tała swój pierw­szy atak -?w wieku lat pię­ciu. Wbie­gła do sypialni rodzi­ców, drżąc ze stra­chu, że umiera. Mama uspo­ko­iła ją sło­wami, któ­rych ni­gdy nie zapo­mniała. Powie­działa jej dwie rze­czy: "Masz przed sobą dłu­gie życie, więc teraz nie ma sensu o tym roz­my­ślać" i "Kiedy będziesz bar­dzo stara i bli­ska śmierci, to albo odnaj­dziesz w sobie spo­kój, albo będziesz chora. Tak czy ina­czej, śmierć nie będzie nie­pro­szo­nym gościem".

Od tam­tej pory Jen­ni­fer czer­pała otu­chę z pocie­sza­ją­cych słów matki. Opra­co­wała spo­soby radze­nia sobie z ata­kami. Stale przy­po­mi­nała sobie, że ma wybór -?może albo myśleć o śmierci, albo o niej nie myśleć i wspo­mi­nać to, co dobre: śmiech z przy­ja­ciółmi z dzie­ciń­stwa, podzi­wia­nie odbi­cia wysoko skłę­bio­nych chmur w przej­rzy­stych taflach jezior, kiedy wędro­wała z mężem po Górach Ska­li­stych, cało­wa­nie pro­mien­nych twa­rzy­czek swo­ich dzieci.

Nie­mniej prze­ra­że­nie śmier­cią na­dal ją drę­czyło i w znacz­nym stop­niu tłu­miło w niej radość życia. Kon­sul­to­wała się z róż­nymi tera­peu­tami, ale nie­wiele z tego wyni­kło. Leki zmniej­szyły inten­syw­ność ata­ków, ale nie ich czę­sto­tli­wość. Tera­peuci nie sku­pili się na jej lęku przed śmier­cią, ponie­waż uwa­żali, że jest tylko przy­krywką dla innego lęku. Posta­no­wi­łem nie powta­rzać ich błę­dów. Moim zda­niem zmy­lił ich wyra­zi­sty, powta­rza­jący się sen, który Jen­ni­fer po raz pierw­szy miała w wieku pię­ciu lat:

Cała moja rodzina jest w kuchni. Na stole stoi miska pełna dżdżow­nic. Ojciec zmu­sza mnie, żebym wzięła z niej garść roba­ków, mocno je ści­snęła i wypiła mleko, które z nich wypływa.

Każdy tera­peuta, z któ­rym się skon­sul­to­wała, oczy­wi­ście uznał, że ści­ska­nie roba­ków, aby otrzy­mać mleko, sym­bo­li­zuje prą­cie i nasie­nie. W związku z tym pytali, czy ojciec nie mole­sto­wał jej sek­su­al­nie. Moje pierw­sze sko­ja­rze­nie było podobne. Odrzu­ci­łem jed­nak ten trop, kiedy Jen­ni­fer opo­wie­działa mi, że już wie­lo­krot­nie pro­wa­dził w tera­pii doni­kąd. Co prawda bar­dzo bała się ojca, bo był poryw­czy i czę­sto na nią krzy­czał, ale ani ona, ani żadne z jej rodzeń­stwa nie przy­po­mi­nało sobie nad­użyć sek­su­al­nych.

Nikt z jej poprzed­nich tera­peu­tów nie badał, jakie zna­cze­nie mają tak ostre i czę­ste ataki lęku przed śmier­cią. Ten powszechny błąd ma sza­cowną tra­dy­cję. Sięga korze­niami pierw­szej publi­ka­cji z dzie­dziny psy­cho­te­ra­pii. Były to Stu­dia nad histe­rią, dzieło napi­sane w roku 1895 przez Freuda i Breu­era. Dokładna lek­tura tej książki poka­zuje, że pacjenci Freuda cier­pieli z powodu lęku przed śmier­cią4. To, że Freud nie docie­kał jego przy­czyn, mogłoby dzi­wić, gdyby nie póź­niej­sze prace, w któ­rych wyja­śnia, że stwo­rzona przez niego teo­ria źró­deł ner­wicy opiera się na zało­że­niu ist­nie­nia kon­fliktu mię­dzy nie­uświa­do­mio­nymi, pry­mi­tyw­nymi instynk­tami. Śmierć nie powinna odgry­wać roli w gene­zie ner­wicy, pisał Freud, ponie­waż nie jest repre­zen­to­wana w nie­świa­do­mo­ści. Zapro­po­no­wał dwie przy­czyny takiego stanu: po pierw­sze, oso­bi­ście nie doświad­czy­li­śmy śmierci, a po dru­gie, nie jeste­śmy w sta­nie kon­tem­plo­wać wła­snego nieist­nie­nia5.

Cho­ciaż Freud pisał o śmierci mądrze i wzru­sza­jąco w krót­kich, nie­sys­te­mo­wych ese­jach, takich jak Aktu­alne uwagi o woj­nie i śmierci6, napi­sa­nych po pierw­szej woj­nie świa­to­wej, to w teo­rii for­mal­nej psy­cho­ana­lizy jego "odśmier­tel­nie­nie śmierci" (de-deathi­fi­ca­tion of death), jak to nazwał Robert Jay Lifton7, miało ogromny wpływ na poko­le­nia tera­peu­tów, któ­rzy zamiast na śmierci sku­pili się na tym, co ich zda­niem repre­zen­to­wała ona w nie­świa­do­mo­ści -?zwłasz­cza na porzu­ce­niu i kastra­cji. Można by nawet bro­nić tezy, że nacisk psy­cho­ana­lizy na prze­szłość jest ucieczką od przy­szło­ści i kon­fron­ta­cji ze śmier­cią8.

Od samego początku pracy z Jen­ni­fer bada­łem jej lęk przed śmier­cią w rozu­mie­niu dosłow­nym. Nie sta­wiała oporu -?chęt­nie pod­jęła wyzwa­nie. Wybrała mnie na tera­peutę, ponie­waż prze­czy­tała moją Psy­cho­te­ra­pię egzy­sten­cjalną i chciała się skon­fron­to­wać z egzy­sten­cjal­nymi fak­tami życia. Nasze sesje tera­peu­tyczne sku­piły się na jej myślach o śmierci, wspo­mnie­niach i fan­ta­zjach. Popro­si­łem ją, aby dokład­nie zapi­sy­wała swoje kosz­marne sny i myśli pod­czas ata­ków paniki.

Na mate­riał do nota­tek nie musiała długo cze­kać. Zale­d­wie kilka tygo­dni póź­niej doświad­czyła przej­mu­ją­cego lęku przed śmier­cią po obej­rze­niu filmu o cza­sach nazi­zmu. Realia poka­zane w fil­mie głę­boko nią wstrzą­snęły -?zwłasz­cza to, że ludz­kie życie zale­żało wtedy od czy­je­goś kaprysu. Nie­win­nych zakład­ni­ków wybie­rano na śmierć na zasa­dzie widzi­mi­się. Ude­rzyło ją podo­bień­stwo takich sytu­acji do warun­ków panu­ją­cych w jej domu rodzin­nym: przy­po­mniało jej się zagro­że­nie nie­prze­wi­dy­wal­nymi wybu­chami wście­kło­ści ojca, uczu­cie, że nie ma gdzie się scho­wać, i szu­ka­nie schro­nie­nia w byciu nie­wi­dzialną, co ozna­czało, że usi­ło­wała jak naj­mniej się odzy­wać i nie zada­wać pytań.

Wkrótce potem ponow­nie odwie­dziła dom, w któ­rym się wycho­wała. Tak jak jej zapro­po­no­wa­łem, medy­to­wała przy gro­bie rodzi­ców. Prośba, aby pacjent medy­to­wał przy gro­bie, może się wydać posu­nię­ciem rady­kal­nym, ale w roku 1895 Freud opi­sał, że dał pod­opiecz­nemu wła­śnie takie instruk­cje9. Kiedy Jen­ni­fer stała przy gro­bie ojca, nagle przy­szła jej do głowy dziwna myśl: "W gro­bie musi mu być bar­dzo zimno".

Prze­dys­ku­to­wa­li­śmy ją. Zupeł­nie jakby dzie­cięce prze­ko­na­nia na temat śmierci z ich bra­kiem racjo­nal­no­ści (na przy­kład prze­ko­na­niem, że mar­twi ludzie odczu­wają zimno) na­dal żyły w jej wyobraźni tuż obok zdro­wego rozumu osoby doro­słej.

Po tej sesji, kiedy jechała do domu samo­cho­dem, przy­po­mniała sobie pio­senkę, która była popu­larna w jej dzie­ciń­stwie. Zaczęła śpie­wać, zdzi­wiona, że dokład­nie pamięta słowa.

Kiedy prze­jeż­dża kon­dukt, czy potra­fisz uwie­rzyć, Że wła­śnie ty następny możesz już wkrótce nie żyć? Zawiną cię w biały całun z cze­goś na kształt tetry I zako­pią pod zie­mię głę­boko na dwa metry. Włożą cię jesz­cze tylko do wiel­kiej czar­nej skrzyni I przy­sy­pią zie­mią pełną dużych kamieni. I gdzieś może przez tydzień dobrze będzie się działo, Aż tu nagle przez trumnę wycieka twoje ciało! Robaki wpeł­zają, robaki wypełzają I na twoim policzku w bezika sobie grają. Zja­dają twoje oczy, zja­dają też nosek. Cie­szą się, gdy się trafi jakiś mię­ciutki kąsek. Jeden wiel­ga­śny robal z okrą­głymi gałami Włazi ci wprost do brzu­cha i wyłazi oczami. Z żołądka robi ci się zie­lona śli­ska rana, A ropa wypływa niczym bita śmietana. Posma­ru­jesz nią sobie duży kawa­łek chleba, Bo takiego po śmierci żarełka ci potrzeba10.

Kiedy śpie­wała, przy­po­mi­nało jej się, jak jej sio­stry (Jen­ni­fer była naj­młod­sza) nie­mi­ło­sier­nie się z nią draż­niły -?spe­cjal­nie w kółko śpie­wały tę pio­senkę, nie zwa­ża­jąc na to, jak bar­dzo ją ona wytrąca z rów­no­wagi.

To wspo­mnie­nie było dla Jen­ni­fer obja­wie­niem. Dzięki niemu zro­zu­miała, że jej powta­rza­jący się sen o piciu mleka z dżdżow­nic nie doty­czył seksu, ale śmierci -?roba­ków w gro­bie, a także emo­cji doświad­czo­nych w dzie­ciń­stwie -?poczu­cia zagro­że­nia i braku bez­pie­czeń­stwa. Zro­zu­mie­nie, że cały czas nosi w sobie dzie­cięcą wizję śmierci, otwo­rzyło nowe moż­li­wo­ści w tera­pii.

UKRYTY LĘK PRZED ŚMIERCIĄ

Ujaw­nie­nie ukry­tego lęku przed śmier­cią może wyma­gać detek­ty­wi­stycz­nej pracy, ale czę­sto się zda­rza, że czło­wiek uświa­da­mia go sobie dzięki auto­re­flek­sji -?pod­czas tera­pii lub bez niej. Choćby myśli o odcho­dze­niu nie wiem jak dokład­nie scho­wały się przed świa­do­mo­ścią, prze­ni­kają one do snów. Każdy senny kosz­mar to udręka, w któ­rej strach przed umie­ra­niem wydo­staje się ze swo­jej zagrody.

Złe sny budzą śpią­cego. Uka­zują mu jego życie jako zagro­żone: ucieka przed zasa­dza­ją­cego się na niego mor­dercę, spada z dużej wyso­ko­ści, chowa się przed czymś skraj­nie nie­bez­piecz­nym albo wręcz umiera lub jest mar­twy.

Śmierć czę­sto poja­wia się w snach w postaci sym­bo­licz­nej. Na przy­kład męż­czyź­nie w śred­nim wieku z kło­po­tami gastrycz­nymi i skłon­no­ściami do hipo­chon­drii, który bał się raka żołądka, śniło się, że wraz z rodziną sie­dzi w samo­lo­cie w dro­dze do egzo­tycz­nego kurortu na Kara­ibach. W następ­nym uję­ciu widział sie­bie, jak leży na ziemi i zwija się z powodu bólu brzu­cha. Obu­dził się panicz­nie prze­ra­żony i natych­miast zro­zu­miał zna­cze­nie snu: umarł na raka żołądka, a życie toczyło się dalej -?bez niego.

Wresz­cie, pewne sytu­acje pra­wie zawsze wywo­łują strach przed odej­ściem: cięż­kie cho­roby, śmierć bli­skiej osoby albo poważne, nie­od­wra­calne zagro­że­nie fun­da­men­tal­nego bez­pie­czeń­stwa: gwałt, roz­wód, strata pracy, ban­dycki napad. Kiedy zasta­na­wiamy się nad takim wyda­rze­niem, wtedy zazwy­czaj ujaw­nia się lęk przed śmier­cią.

LĘK PRZED CZYMŚ NIEUCHWYTNYM W ISTOCIE JEST LĘKIEM PRZED ŚMIERCIĄ

Wiele lat temu psy­cho­log Rollo May zażar­to­wał, że lęk przed niczym ma ten­den­cję zmie­niać się w lęk przed czymś. Innymi słowy, lęk przed pustką szybko przy­cze­pia się do cze­goś kon­kret­nego. Histo­ria Susan ilu­struje przy­dat­ność tej kon­cep­cji w sytu­acji, kiedy jakieś wyda­rze­nie budzi w nas nie­pro­por­cjo­nal­nie silny lęk.

Susan, ele­gancka, kom­pe­tentna licen­cjo­no­wana bie­gła księ­gowa, skon­sul­to­wała się ze mną z powodu kon­fliktu z pra­co­dawcą. Spo­ty­ka­li­śmy się przez kilka mie­sięcy. Po tera­pii zre­zy­gno­wała z pracy i zało­żyła wła­sną, kon­ku­ren­cyjną firmę, która odno­siła duże suk­cesy.

Kilka lat póź­niej, kiedy zadzwo­niła, aby pro­sić o pilne spo­tka­nie, pra­wie nie roz­po­zna­łem jej głosu. Zazwy­czaj rado­sna i opa­no­wana, Susan mówiła drżą­cym, spa­ni­ko­wa­nym tonem. Spo­tka­łem się z nią jesz­cze tego samego dnia. Jej wygląd mnie prze­ra­ził. Ta przed­tem spo­kojna, sty­lowo ubrana kobieta była nie­chlujna i pode­ner­wo­wana. Miała czer­woną twarz, zapuch­nięte od pła­czu oczy, a szyję owi­niętą przy­bru­dzo­nym ban­da­żem.

Z opo­rami opo­wie­działa mi, co się wyda­rzyło. Jej doro­sły syn Geo­rge, mający dobrą pracę odpo­wie­dzialny młody czło­wiek, wylą­do­wał w wię­zie­niu. Kiedy poli­cja zatrzy­mała go z powodu drob­nego wykro­cze­nia dro­go­wego, zna­la­zła u niego w samo­cho­dzie koka­inę. Test na obec­ność sub­stan­cji odu­rza­ją­cych wypadł pozy­tyw­nie, a ponie­waż Geo­rge uczest­ni­czył w pro­gra­mie spon­so­ro­wa­nym przez stan i było to jego trze­cie wykro­cze­nie tego typu, ska­zano go na mie­siąc wię­zie­nia i dwa­na­ście mie­sięcy w ośrodku odwy­ko­wym.

Susan przez cztery bite dni pła­kała. Nie mogła spać ani jeść i nie była w sta­nie iść do pracy (po raz pierw­szy od dwu­dzie­stu lat). W nocy drę­czyły ją potworne wizje z synem w roli głów­nej. Żło­pał wódę z butelki w brą­zo­wej, papie­ro­wej tor­bie, był brudny, miał zepsute zęby i dogo­ry­wał w rynsz­toku.

-?On umrze w wię­zie­niu -?powie­działa. Dalej mówiła o tym, jaka jest wyczer­pana pocią­ga­niem za wszel­kie sznurki i pró­bo­wa­niem każ­dego moż­li­wego spo­sobu, aby go uwol­nić. Przy­bita, oglą­dała jego zdję­cia z dzie­ciń­stwa, na któ­rych wyglą­dał jak anio­łek z jasnymi, krę­co­nymi wło­skami i ujmu­ją­cym spoj­rze­niem. Wtedy miał przed sobą wspa­niałą, nie­skoń­cze­nie obie­cu­jącą przy­szłość.

Susan uwa­żała się za osobę nie­zmier­nie przed­się­bior­czą. Do wszyst­kiego doszła wła­sną pracą. Osią­gnęła suk­ces wbrew nie­udol­nym i postę­pu­ją­cym nie­mo­ral­nie rodzi­com. Jed­nak w tej sytu­acji czuła się cał­ko­wi­cie bez­radna.

-?Dla­czego mi to zro­bił? -?zapy­tała. -?To bunt, umyślny sabo­taż moich pla­nów na jego życie. Jak ina­czej to wytłu­ma­czyć? Czyż nie dałam mu wszyst­kiego? Każ­dego moż­li­wego narzę­dzia do osią­gnię­cia suk­cesu? Naj­lep­szego wykształ­ce­nia, lek­cji tenisa, for­te­pianu i jazdy kon­nej? I tak mi się odpłaca? Co za wstyd, niech no tylko dowie­dzą się o tym moi zna­jomi! -?Susan skrę­cała się z zazdro­ści na myśl o suk­ce­sie dzieci swo­ich przy­ja­ciół.

Po pierw­sze, przy­po­mnia­łem jej o rze­czach, o któ­rych wie­działa. Wizja syna w rynsz­toku była nie­ra­cjo­nalna, przed­sta­wiała kata­strofę, która się nie wyda­rzyła. Pod­kre­śli­łem, że jej syn w sumie dobrze sobie radzi: bie­rze udział w pro­gra­mie reha­bi­li­ta­cyj­nym i uczest­ni­czy w pry­wat­nej tera­pii u zna­ko­mi­tego spe­cja­li­sty. Wycho­dze­nie z nałogu rzadko odbywa się bez kom­pli­ka­cji. Nawroty, czę­sto wie­lo­krotne, są nie­unik­nione. To wszystko oczy­wi­ście już wie­działa. Nie­dawno była na cało­ty­go­dnio­wej tera­pii rodzin­nej w ośrodku reha­bi­li­ta­cyj­nym syna. Co wię­cej, mąż nie podzie­lał jej lęków o dziecko.

Wie­działa też, że pyta­nie: "Dla­czego mi to zro­bił?", jest nie­ra­cjo­nalne. Kiwała głową, kiedy mówi­łem, że ta sytu­acja jej nie doty­czy. Jego nawrót nie ma z nią nic wspól­nego.

Każda matka zde­ner­wo­wa­łaby się, gdyby jej syn wró­cił do nar­ko­ty­ków i zna­lazł się w wię­zie­niu, ale reak­cja Susan wyda­wała mi się zbyt gwał­towna. Zaczą­łem podej­rze­wać, że w dużej mie­rze wynika ona z wypar­cia.

Szcze­gól­nie zain­te­re­so­wało mnie jej poczu­cie cał­ko­wi­tej bez­rad­no­ści. Zawsze uwa­żała się za nie­zwy­kle zaradną, ale teraz ten obraz legł w gru­zach -?nie była w sta­nie nic zro­bić dla syna (chyba że usu­nąć się z jego życia).

Dla­czego Geo­rge zaj­mo­wał w jej świe­cie aż tak pocze­sne miej­sce? Ow­szem, był jej synem. Ale cho­dziło o coś wię­cej. Był zbyt ważny. Zupeł­nie jakby jej życie zale­żało od jego suk­cesu. Powie­dzia­łem jej, że dla wielu rodzi­ców dzieci sta­no­wią spo­sób na nie­śmier­tel­ność. Ta myśl roz­bu­dziła jej cie­ka­wość. Zro­zu­miała, że za pośred­nic­twem Geo­rge'a chciała prze­dłu­żyć wła­sne ist­nie­nie, ale musi z tego zre­zy­gno­wać:

-?On nie ma na to dość siły -?powie­działa.

-?Czy jakie­kol­wiek dziecko ma na to dość siły? -?zapy­ta­łem. -?W dodatku Geo­rge ni­gdy się do takiego przed­się­wzię­cia nie zgła­szał. Dla­tego jego zacho­wa­nie i nawrót uza­leż­nie­nia nie mają z tobą nic wspól­nego!

Kiedy pod koniec sesji zapy­ta­łem ją o ban­daż na szyi, powie­działa, że nie­dawno prze­szła ope­ra­cję pla­styczną. Drą­ży­łem temat, ale znie­cier­pli­wiła się i chciała wró­cić do roz­mowy o synu, ponie­waż -?jak pod­kre­śliła -?to z jego powodu się do mnie zgło­siła.

Jed­nak nie ustę­po­wa­łem.

-?Powiedz mi, dla­czego zde­cy­do­wa­łaś się na ope­ra­cję.

-?No więc nie zno­szę tego, co sta­rze­nie robi z moim cia­łem: z pier­siami, z twa­rzą, a zwłasz­cza z obwi­słą skórą na szyi. Ope­ra­cję spre­zen­to­wa­łam sobie na uro­dziny.

-?Na które uro­dziny?

-?Okrą­głe. Numer sześć zero. Były w zeszłym tygo­dniu.

Opo­wia­dała mi, jak to jest skoń­czyć sześć­dzie­siąt lat (a ja podzie­li­łem się reflek­sjami na temat sie­dem­dzie­siątki), aż zorien­to­wała się, że koń­czy nam się czas. Pod­su­mo­wa­łem:

-?Jestem pewny, że nad­mier­nie oba­wiasz się o syna. Prze­cież wiesz, że pod­czas tera­pii uza­leż­nień nawroty zda­rzają się pra­wie zawsze. Uwa­żam, że część tego lęku ma inne źró­dło i znaj­duje upust w oba­wach o Geo­rge'a.

Wsparła mnie ener­gicz­nym pota­ki­wa­niem. Mówi­łem dalej:

-?Moim zda­niem w znacz­nej mie­rze lękasz się o sie­bie, nie o Geo­rge'a. Wiąże się to z two­imi sześć­dzie­sią­tymi uro­dzi­nami, ze świa­do­mo­ścią, że się sta­rze­jesz, i ze śmier­cią. Wydaje mi się, że w głębi serca roz­wa­żasz kilka waż­nych spraw. Co zro­bię z resztą życia? Co nada mu zna­cze­nie, zwłasz­cza że -?jak zda­łaś sobie sprawę -?Geo­rge temu zada­niu nie podoła.

Zacho­wa­nie Susan stop­niowo się zmie­niało. Od nie­cier­pli­wo­ści prze­szła do inten­syw­nego zacie­ka­wie­nia.

-?Nie­wiele roz­my­śla­łam o tym, że się sta­rzeję i zostało mi mało czasu. Jak dotąd ten temat nie poja­wił się też w tera­pii. Ale rozu­miem, o co ci cho­dzi.

Pod koniec sesji pod­nio­sła na mnie wzrok.

-?Nie mam poję­cia, jak twoje pomy­sły mogą mi pomóc, ale muszę przy­znać, że przez ostat­nie pięt­na­ście minut bar­dzo mnie zain­try­go­wa­łeś. Od czte­rech dni nie zda­rzyło mi się tak długo myśleć o czymś innym niż o Geo­rge'u.

Umó­wi­li­śmy się na następny tydzień o poranku. Wie­działa z naszej wcze­śniej­szej pracy, że ranki rezer­wuję na pisa­nie, więc napo­mknęła, że naru­szam swoje plany. Powie­dzia­łem jej, że nie pra­cuję według zwy­kłego har­mo­no­gramu, ponie­waż w tym tygo­dniu wybie­ram się w podróż. Jadę na ślub syna.

Chcia­łem dodać coś, co mogłoby jej pomóc, więc zanim wyszła, dorzu­ci­łem:

-?To dru­gie mał­żeń­stwo mojego syna. Pamię­tam, jak mi było trudno, kiedy się roz­wo­dził. Dla rodzi­ców bez­rad­ność jest straszna. Wiem z wła­snego doświad­cze­nia, jak okrop­nie się czu­jesz. Chęć pomocy dzie­ciom jest dla nas czymś przy­ro­dzo­nym.

W ciągu następ­nych dwóch tygo­dni sku­pia­li­śmy się o wiele mniej na Geo­rge'u, a bar­dziej na jej wła­snym życiu. Jej nie­po­kój o Geo­rge'a znacz­nie zma­lał. Jego tera­peuta zapro­po­no­wał (a ja go popar­łem), aby zarówno ze względu na Susan, jak i na Geo­rge'a przez kilka tygo­dni się nie kon­tak­to­wali. Chciała wię­cej dowie­dzieć się o lęku przed śmier­cią i jak ludzie sobie z nim radzą, a ja podzie­li­łem się z nią wie­loma myślami zawar­tymi w tej książce. W czwar­tym tygo­dniu oznaj­miła, że czuje się już nor­mal­nie, więc zapla­no­wa­li­śmy pod­su­mo­wu­jące spo­tka­nie za kilka tygo­dni.

Na tej ostat­niej sesji, kiedy zapy­ta­łem, co w naszej wspól­nej pracy pomo­gło jej naj­bar­dziej, wyraź­nie oddzie­liła idee, które jej pod­su­ną­łem, od nawią­za­nia zna­czą­cej rela­cji ze mną.

-?Naj­cen­niej­sze było dla mnie to, co powie­dzia­łeś mi o swoim synu. Bar­dzo mnie wzru­szyło, że wycią­gną­łeś do mnie dłoń w taki spo­sób. Zde­cy­do­wa­nie zacie­ka­wiła mnie też myśl, że lęki o wła­sne życie i uczu­cie zagro­że­nia śmier­cią prze­nio­słam na Geo­rge'a. Wydaje mi się, że tra­fi­łeś w dzie­siątkę. Ale nie­które poję­cia, o któ­rych mówi­li­śmy -?na przy­kład te wzięte z Epi­kura -?były nie­zwy­kle, hm... prze­in­te­lek­tu­ali­zo­wane i nie wiem, czy mi pomo­gły. Nie mam jed­nak wąt­pli­wo­ści, że pod­czas naszych spo­tkań wyda­rzyło się coś, co było sku­teczne.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Adolf Meyer cyto­wany przez Jerome'a Franka, roz­mowa oso­bi­sta, 1979 r. [wróć]

Bar­dzo aktyw­nie pro­wa­dzi się obec­nie sze­roko zakro­jone bada­nia eks­pe­ry­men­talne na temat lęku przed śmier­cią (w dużej mie­rze robią to zwo­len­nicy teo­rii opa­no­wy­wa­nia trwogi -?ang. Ter­ror Mana­ge­ment The­ory, TMT). Dowo­dzą one wszech­obec­no­ści lęku przed śmier­cią, który wywiera ogromny wpływ na ludzką samo­ocenę, a także na wiele cech cha­rak­teru, prze­ko­nań i zacho­wań. Powo­duje też upo­rczywe trzy­ma­nie się świa­to­po­glądu kul­tu­ro­wego i uwie­rzy­tel­nia­ją­cych go stan­dar­dów. Patrz: S. Solo­mon, J. Gre­en­berg, T. Pysz­czyn­ski, Pride and Pre­ju­dice: Fear of Death and Social Beha­vior, "Cur­rent Direc­tions in Psy­cho­lo­gi­cal Science" 2000, 9(6), 200-204; T. Pysz­czyn­ski, S. Solo­mon i J. Gre­en­berg, In the Wake of 9/11: The Psy­cho­logy of Ter­ror, Ame­ri­can Psy­cho­lo­gi­cal Asso­cia­tion, Washing­ton, D.C. 2002. [wróć]

Cyt. Za: P. Roth, Shop Talk: A Wri­ter and His Col­le­agues and Their Work. Boston 2001, s. 97. [wróć]

Wię­cej można się dowie­dzieć z mojego wstępu do angiel­skiego wyda­nia Stu­diów nad histe­rią: S. Freud, J. Breuer, Stu­dies on Hyste­ria (J. Stra­cey, redak­cja i tłu­ma­cze­nie). New York 2000. (Pierw­sze wyda­nie: 1895). [wróć]

S. Freud, Zaha­mo­wa­nie, symp­tom i lęk, [w]: S. Freud. Dzieła. Histe­ria i lęk, tom VII, tłum. R. Reszke, War­szawa 2014, s. 197-270. [wróć]

S. Freud Aktu­alne uwagi o woj­nie i śmierci, [w]: S. Freud. Dzieła. Pisma spo­łeczne, tom IV, s. 23-54, War­szawa 1998.; por. także Irvin D. Yalom, Psy­cho­te­ra­pia egzy­sten­cjalna, tłum. A. Tanal­ska-Dulęba, 2008, s. 66-84. [wróć]

R.J. Lifton, The Bro­ken Con­nec­tion, New York 1979. [wróć]

D. Spie­gel, Man as Time­ke­eper: Phi­lo­so­phi­cal and Psy­cho­the­ra­peu­tic Issues, "Ame­ri­can Jour­nal of Psy­cho­ana­ly­sis" 1981, 41(5), s. 14. [wróć]

S. Freud i J. Breuer, Stu­dia nad histe­rią, tłum. R. Reszke, War­szawa, 2008. (Pierw­sze wyda­nie nie­miec­kie: 1895). [wróć]

The Hearse Song, znana rów­nież jako The Worms Crawl In -?pio­senka popu­larna pod­czas pierw­szej wojny świa­to­wej. Ist­nieje w róż­nych wer­sjach. Naj­star­szą napi­sał Anglik Mat­thew Lewis w ramach powie­ści gotyc­kiej The Monk (wszyst­kie przy­pisy dolne pocho­dzą od tłu­maczki). [wróć]