2
Peter przykucnął nad stawiającą uparcie opór deską podłogową i przesunął palcem po garbie ciągnącym się przez całą jej długość. Vola powiedziała, że deski są już wystarczająco równe i może zacząć szlifowanie, ale on chciał, żeby podłoga była nie tylko wystarczająco równa, ale idealna, kiedy pokaże Voli swoje dzieło.
Wyregulował strug, by ostrze wystawało tylko na tyle, żeby zdejmować wiórki cienkie jak papier. Mógłby usunąć nierówność jednym głębszym przejściem, ale ściąganie jej warstwa po warstwie dawało lepszy efekt.
Peter lubił struganie - chyba najbardziej ze wszystkich umiejętności, których nauczył się podczas budowy chaty. Strug był narzędziem wymagającym prawdziwej siły, nie takim jak choćby śrubokręt. Przy strugu pracowało całe ciało. Był narzędziem dla mężczyzny, nie dla chłopca.
Ustawił go przy końcu deski, objął prawą dłonią uchwyt i przeniósł na niego ciężar ciała, po czym lewą ręką poprowadził strug do przodu. Deska ze stuletniej żółtej sosny, odzyskana ze stodoły sąsiada, odchodziła równym, zwiniętym wiórem pachnącym świeżo przeciętym drewnem. Podobało mu się to, że drewno zawsze było gotowe zacząć od nowa. I to, że...
Nagle strug zatrzymał się na sęku. Dłoń pchająca narzędzie ześlizgnęła się z uchwytu i Peter zdarł sobie skórę z nasady dłoni.
Usiadł na piętach, klnąc pod nosem. Kiedy wreszcie się nauczy? Takie właśnie były sęki: podstępne, ukryte pod powierzchnią. Gdy krew zaczęła wypełniać skaleczenie i spływać po nadgarstku, przyszło mu do głowy wyrażenie: krew i pot. Wylał już w tej chacie całe wiadra potu. Odrobina krwi również nie mogła zaszkodzić. Przycisnął ranę do deski i patrzył, jak ze skaleczenia wypływa czerwona smuga. Rozlewająca się plama przypominała lisi ogon.
Peter gwałtownie cofnął rękę, zaskoczony siłą wspomnienia.
W zeszłym roku, podczas wędrówki do miejsca, gdzie był zmuszony porzucić swojego lisa, Paxa, naciął sobie łydkę, żeby narysować na niej krwią lisi ogon - przysięgę. Wrócę po ciebie.
Przycisnął zranioną dłoń do piersi.
Wspomnienia były tak zdradzieckie. Zawsze czaiły się tuż pod powierzchnią, gotowe znienacka ugodzić człowieka prosto w serce, kiedy tylko stracił czujność.
Wiedział, co musi zrobić, żeby sobie z tym poradzić. Sam wymyślił tę formę pokuty. Za każdym razem, gdy zdarzało mu się coś takiego i pomyślał o Paxie, zmuszał się do wykonania tego samego ćwiczenia. Najlepiej od razu.
Zamknął oczy.
Przywołał w pamięci tamto popołudnie, kiedy znalazł przy drodze martwą lisicę. Przypomniał sobie wszystko po kolei: jak podniósł jej sztywne, ubłocone ciało, jak niósł je, szukając miejsca na pochówek, jak dostrzegł piaszczysty skrawek ziemi przy kamiennym murze i wygrzebał czubkiem buta płytki grób.
Choć poczuł znajomy ucisk w piersi, zmusił się, by przypomnieć sobie wejście do lisiej nory. Oddychanie zaczynało sprawiać mu ból, ale mimo to odtworzył cały obraz: trzy martwe młode i jedno drżące, które przeżyło.
Sięgnął do środka i wyciągnął żywego liska - samczyka. Przytulił go mocno do piersi, a małe ciałko wypełniło pustkę, o której istnieniu nawet nie wiedział.
Ale teraz, na potrzeby pokuty, podmieniał ten fragment wspomnienia na inny. Na to, co, jak twierdził jego ojciec, powinien był wtedy zrobić.
- Powinien umrzeć razem z resztą rodziny. Trzeba było oszczędzić mu cierpienia.
Wówczas, gdy trzymał młodego lisa w ramionach, zapałał oburzeniem.
- Za późno! - krzyknął. - Zostaje ze mną!
Ojciec był zirytowany. Ale w jego spojrzeniu - być może po raz pierwszy - Peter dostrzegł szacunek.
Teraz wiedział, że ojciec miał rację. Powinien był skrócić Paxowi cierpienia. I oszczędzić bólu, który pięć lat później zadał im obu.
Dokończył pokutę.
Nie sięgał do nory. Zamiast tego wyobraził sobie, że zrzuca jeden z ciężkich kamieni wieńczących mur i zasłania nim wejście. A potem odchodzi. Od razu. Nie oglądając się ani razu.
Zrób to.
Odejdź.
Nie oglądaj się.
Tyle bólu, którego można by uniknąć.
Peter powtórzył cały ciąg wydarzeń jeszcze dwa razy. Czytał kiedyś, że potrzeba trzech powtórzeń, żeby przestawić mózg.
Pokuta działała. Myślał o Paxie coraz rzadziej. Jeśli unikał szopa Voli, potrafił przez całe dni nie pamiętać, że kiedykolwiek miał zwierzę.
Wstał i odłożył strug. Skaleczenie przestało już krwawić, ale przez jakiś czas będzie trzymał się z dala od tego narzędzia. Nie można było dawać wspomnieniom okazji do powrotu.
Wziął kawałek płótna z koryta stojącego w kącie. Leżała w nim mieszanka wysuszonego mchu, popiołu z pieca i glinianej zaprawy. Dolał trochę wody i wymieszał wszystko na gęstą masę. Potem nałożył jej część do wiadra i zaczął wypełniać szczeliny między balami północnej ściany.
Przerwał na chwilę pracę i podziwiał swoje dzieło. Postanowił zbudować chatę we wrześniu, kiedy wrócił z pierwszego dnia szkoły, rozłożył książki na kuchennym stole Voli i zrozumiał, jak beznadziejna jest sytuacja. Chata Voli była idealna dla niej, ale dla dwóch osób okazała się za mała. Oboje zgodzili się, że potrzebuje własnej przestrzeni i odrobiny prywatności, a Vola pomogła mu zaprojektować miejsce do spania i nauki. Zaledwie trzy na trzy i pół metra - dość miejsca na łóżko i komodę, biurko i krzesło - ale właśnie ta prostota najbardziej mu się podobała.
Sam ściął drzewa na bale, przyciął każdy na odpowiednią długość i wykonał zaciosy. Sam wyciął wszystkie krokwie i belki, położył gonty na dachu i pokrył je smołą. W zeszłym tygodniu znalazł w skupie złomu trzy okna i drzwi, które kupił za pieniądze przysyłane co miesiąc przez dziadka. Jutro po szkole zamierzał zacząć je osadzać.
Sąsiedzi pomogli mu ustawić bale na miejscu, ale poza tym wykonał całą pracę sam. Oczywiście Vola służyła radą, ale prawie w ogóle nie pomagała fizycznie. Tak się umówili - chciał zbudować coś własnymi rękami - a ona to uszanowała. Lubił ją za to.
Właśnie wtedy, jakby ją przywołał samą myślą, zobaczył Volę na ścieżce. Wyglądała trochę nieswojo, poprawiając spódnicę, jakby nadal nie przywykła do bardziej eleganckich ubrań, które zakładała w dni pracy w bibliotece.
Weszła na pustak, który ustawił dla niej przy wejściu - na protezie radziła sobie świetnie, ale wysokie stopnie sprawiały jej trudność - i zastukała w bal. To była kolejna rzecz, którą Peter w niej cenił: szanowała jego przestrzeń.
Rozciągnął brezent, żeby zasłonić niedokończoną podłogę, po czym gestem zaprosił ją do środka.
- I jak ci minął dzień?
Vola się uśmiechnęła.
- Ta mała Williams doprowadzi mnie kiedyś do szału. Ale ma talent do marionetek. Bea cię pozdrawia. Zamówiła też tę nową książkę o drzewach, którą chciałeś. Nie sądziłam, że istnieje jeszcze jakaś książka o drzewach, której nie przeczytałeś. A, byłabym zapomniała. Ktoś powiesił ogłoszenie na tablicy. Szczeniaki. Chyba mieszanka labradora i spaniela. Pomyślałam sobie...
Peter poczuł, że brak mu tchu. Odwrócił wzrok.
- Nie.
Pax znów pojawił się w jego myślach. Chwycił kielnię.
- Muszę wracać do pracy.
- Pomyślałam tylko, że kiedy zaczniesz spędzać tu więcej czasu, przydałoby ci się jakieś towarzystwo...
- Nie!
Zaskoczyła go ostrość własnego głosu. Vola cofnęła się o krok.
- Dobrze. To jeszcze za wcześnie. Rozumiem.
Peter wątpił, by naprawdę rozumiała, skoro sam siebie nie rozumiał. Wiedział tylko, że sama myśl o kolejnym zwierzęciu odbiera mu oddech.
Uśmiechnęła się pojednawczo.
Peter skinął głową i pacnął porcją zaprawy o ścianę. Chciał, żeby sobie poszła. Musiał natychmiast odprawić swoją pokutę, zanim wspomnienie zapuści korzenie. Wygładził zaprawę wzdłuż bala.
Uśmiech Voli zniknął.
- Mówiłam ci wczoraj, żebyś nie uszczelniał ścian aż tak dokładnie.
Peter przygryzł policzek i nałożył kolejną grubą warstwę zaprawy.
- Nie chcę wpuszczać zimna.
- Nie wpuścisz też światła ani powietrza.
Wcisnął zaprawę głęboko w szczelinę.
- Bez światła i powietrza ludzie umierają, chłopcze. - Vola zniżyła głos.
- Wiem - odparł, nie podnosząc wzroku. - Ale od zimna też umierają.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1
Pax biegł.
Zawsze biegał - niemal rok po tym, jak ostatni raz siedział w klatce, jego mięśnie wciąż pamiętały tę drucianą siatkę.
Ale tego ranka było inaczej. Tego ranka lis biegł, bo pod twardą, zbitą ściółką lasu, pod resztkami śniegu zalegającymi w najgłębszych cieniach sosen i pod cienkimi warstwami lodu spinającymi kałuże wyczuwał jej zapach: wiosny. Przypływ nowego życia napierał zewsząd - spod kory, z pąków i z nor - a jedyną możliwą odpowiedzią na ten przypływ było ruszyć przed siebie.
Nagle się zatrzymał. Królik.
Nastroszona była ostatnio ciągle głodna.
Pax skręcił w stronę zapachu i znalazł norę. Została opuszczona zaledwie kilka godzin wcześniej. W środku leżały dwa martwe króliczki: jeden nie żył już od wielu dni, drugi zaledwie od poprzedniej nocy.
To było już trzecie takie miejsce, na które natknął się w ciągu ostatnich dni. Pierwsza była nora myszy polnej, pełna martwych młodych. Przyniósł do domu najświeższe ciało, ale Nastroszona skrzywiła pysk z obrzydzeniem.
Potem znalazł gniazdo wiewiórki pręgowanej. Tego posiłku również nie tknęła, więc Pax nawet nie zawracał sobie głowy króliczkami. Zamiast tego, nagle zmęczony, ruszył w stronę Opuszczonej Farmy, którą on, Nastroszona i Chuderlak zajęli po ucieczce z miejsca, gdzie Chuderlak stracił nogę.
Nastroszonej nie było widać, ale była blisko. Pax podążył jej tropem do starej szopy. Pod schodkami ktoś wykopał norę; otaczała ją świeżo rozrzucona ziemia. Wślizgnął się do środka w ślad za jej zapachem.
Nastroszona leżała zwinięta w głębi nowej nory. Jej jasne futro było oblepione piaskiem. Otworzyła jedno zaspane oko, by spojrzeć na partnera, po czym znów oparła pysk na łapach.
Pax był zdezorientowany. Powietrze robiło się coraz cieplejsze i nic nie zapowiadało burzy. Co więcej, w norze unosił się zapach, którego nigdy wcześniej nie czuł, a jednocześnie znał go równie dobrze jak własny. To była woń Nastroszonej, a jednak nie jej.
Trącił nosem jej kark, zachęcając, by wyczuła zapach.
Nowe?
Tak, nowe. Nasze.
Pax nadal nie rozumiał.
Nastroszona przewróciła się na grzbiet i odsłoniła zaokrąglony brzuch.
Młode. Wkrótce.
Potem znów zwinęła się w kłębek na czystym piasku.
Pax obserwował każdy jej oddech, dopóki nie zasnęła.
Wycofał się z nory i szczeknął jeden raz.
A potem pobiegł.
Tym razem biegł, bo musiał. Inaczej by go rozniosło.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki