W zimie mieszkańcy miast
duszą się w zaduchu dusznego miejskiego powietrza. Ich zadymiony
miejski organizm, wyczerpany kurzem i wyczerpującą miejską pracą,
tęskni za łonem natury. Zima składa się z długich miejskich
wieczorów, z czterech ścian i czterech pór roku: radosnej wiosny,
skwarnego lata, śnieżnej zimy i słotnej jesieni.....
Fu. Co ja tu za banialuki popisałem. Zima składa się z zimy,
czterech ścian i czterech pór roku. - Zaduch zadymionej
duszności...
Nigdy wypracowania szkolne nie udawały mi się. Zresztą
początek trudny i trzeba inaczej...
Już wiem. Zacznę tak.
Wakacje i młodzież. Nie - Wakacje! - Młodzież i dziatwa
szkolna wyruszają, - gwarnie wyruszają, - za mury, na kolonie,
obozy, z murów, oo, w góry, morza, sporty, jeziora, wycieczki.
Zadymiona i wyczerpana książka szkolna...
Iii... Znów bez sensu...
Byłem młody, - jeździłem z dziećmi na kolonie. A teraz
sam... Tak... Tempora cavant lapidem. Więc sam, zdezelowany. -
Teraz zaciszny dworek wiejski, - pensjonat, - mleczko zsiadłe,
książka, jajko prosto od krowy na miękko.
Pragnę, też pragnę w góry. - Na przyszły rok? - Kupiłem dwa
tomy mineralogii, żeby się przygotować. - Geologia, - nie narty.
Skały, granity, formacje, monolity... Nie narty. - Bo co?
Nawet młodzi też. - Sporty:
Idę do nich w zimie (do znajomych) w odwiedziny. Dzwonię.
Służąca otwiera drzwi. - "Zastałem pana?" - "Nie: jest w szpitalu
chirurgii urazowej, bo samochód zarzucił". - "A pani jest?" - "Nie
wróciła jeszcze, - leży w górach, - nogę złamała". - "A dziecko?" -
"Poszedł z boną do doktora, zwichnął na saneczkach staw żebrowy".
Zapewne. Nęcą góry i wołają. Chciałoby się porozmawiać z
kamykami, bo nie umiem z ludźmi. - Nie, żebym miał nie chcieć, ale
jakiś defekt wrodzony.
Bo na przykład trzy lata temu w pensjonacie. Postanowiłem od
zaraz pierwszego dnia nawiązać życzliwe kontakty. - Wychodzę na
werandę. - Uśmiecham się uprzejmie, przedstawiam się - tak i tak -
i mówię: "ładną mamy pogodę". - A ona: "Proszę głośniej". - Więc ja
drugi raz - głośniej: "ładną mamy pogodę". - A ona prosi jeszcze
głośniej. - Niezręcznie jakoś trzy razy powtarzać, że - oczywiście,
- pogoda. - Zapewne, drobiazg, - ale speszyło na samym wstępie. - -
- A potem mówią, że odludek.
No, dobrze. - Więc dwa lata temu też w pensjonacie, jestem
już ostrożniejszy. - Wychodzę dopiero na śniadanie. Ale sąsiadce
przy stole spadła na ziemię łyżeczka. - Nachylam się szybko
uprzejmie pod stół, podnoszę; ale stuknąłem głową w tacę Marysi, a
dziewczyna widocznie niezwyczajna z tacą, więc - gibnęły się
filiżanki z kawą ze śmietanką, - i sąsiadka syknęła: "niepotrzebnie
się pan fatygował". - I pobiegła zmienić białą sukienkę. - Też
drobiazg, ale zniechęciło. - Bo nie moja wina, a niby niedołęga.
W zeszłym roku jeszcze mniej pochopny. - Ale przed wieczorem
już same mnie zagadnęły, - pani i młoda panienka. - (Kawy nie ma,
obie słyszą). - "Pogodne będzie lato, wieś nie to, co miasto". - I
pytam się, - licho skusiło, - pytam się z miłym uśmiechem tej
starszej: "czy to - pani córeczka?" - No! - Ona oczy zmrużyła, -
wiatr północny - i: "czy ja wyglądam na matkę takiej dorosłej
panny?"
I zaraz nazajutrz siedzę na ławeczce z córeczką mecenasowej
(rozgarnięta, rozmowna dziewczynka), pokazuje ona tę panią z daleka
paluszkiem i mówi: "o, - ta pani, co tam idzie, - powiedziała na
pana, ale ja nie powtórzę. Bo u nas, - chłopcy ulepili też ze
śniegu - bałwana. Pan kierownik pochwalił, że ładny. Udał się
bałwan..."
Więc teraz tu - wybrałem pokoik na uboczu. Chociaż gospodyni
odradzała, że ponury; że słoneczny na pierwszym piętrze. - Nie
szkodzi. - Postawiłem walizkę. Umyłem się. - Idę poznać okolicę.
Spotkałem dziedzica-gospodarza. - Tam las. Tu rzeka. -
Zacisznie.
Pytam go się: "Czy miejscowość zdrowa?" - "Nie bardzo". -
"Dlaczego?" - "Podobno malaryczna". Pytam się: "kuchnia dobra?" - A
on: "jeśli żona w sezonie nie będzie miała żółciowych kamieni, to
dojrzy; mnie smakuje". Pytam się: "czy pluskwy są?" - "Czemu nie?
Są. Goście nazwozili z rzeczami". - "A towarzystwo (wspominała
małżonka) doborowe?" - "Iii tam, zbieranina".
Pytam się o ten swój pokój. Zdziwił się: "Dała? chyba go
panu odbierze?" - Powiadam, że nie, że zająłem. - "To nic: ten
pokój zaciszny zamówiło młode małżeństwo, - da panu lepszy". -
"Ależ ja się nie zgodzę". - "Zgodzi się pan". - Proszę go, żeby z
żoną pomówił. Żeby zostawiła. Nie chce: "to jej sprawy; ja się nie
wtrącam, ja jej trochę tylko pomagam".
Spodobaliśmy się sobie. - Zwierzyłem tajemnicę: że mam
zamiar, że muszę, że chcę tu - powieść mówioną do radia. - Jak to
zrobić?
- Hm. - Trudno będzie. - Choć kto wie: jeżeli pan jej się
spodoba. Żona panu poradzi.
- No tak. Ale co zrobić, żeby jej się spodobać? I trzeba
prędko.
- Niech pan przyjdzie do nas wieczorkiem, - niech pan ją
poprosi o igłę z nitką. Zapyta się do czego. - Pan powie, że musi
przyszyć. - Nic tak kobiety nie wzruszy, nie rozczuli, jak kiedy
mężczyzna szyje. - Zaraz powie, że po co, że ona chętnie i
zręcznie, - i wzruszona przebaczy, poradzi i zrobi. - Ma pan coś
podartego, - jakiś guzik niezbędny?
- Ba.
Cisza. - Szmer drzew. - Z dala krówki pasą się. Wiejski
kogut pieje.
- I to ma być powieść dla dzieci, o dzieciach. Tych tu u
nas? - pyta się.
- Aha.
- A co pan o nich powie ciekawego? - zdziwił się.
- Zobaczę, pomyślę, nie wiem jeszcze.
- Panie szanowny, powiada. Ja im się, powiada, co rok
przyglądam i oczom nie wierzę. - Ona tu będzie ta mała: od ziemi
nie odrosła, a z pretensją do mnie, - ba, jaką: że wygód nie ma, że
twardo, że ciemno, że deszcz, że płaci, więc wymaga. - Fornalowi
zrobiła awanturę, że przepowiedział pogodę, a ona zmokła na
wycieczce. Bo my tu na wsi powinniśmy wiedzieć, kiedy pogoda i
żniwa. - Pozna ją pan: o niej powieść; jej ciocia była na Riwierze,
więc wie...
- A chłopcy?
- A no: kamieniami rzucają w kury; gałęzie łamią, bo i tak
wszystko tylko do jesieni. Cóż? - Niszczycielski naród. - Sami nie
sadzą i nie sieją. Oni wszystko tylko kupują. My powinniśmy tu na
wsi, a wam się tylko należy. - Kazała żona zrobić plac na
siatkówkę. - Mało. Kupiłem siatkę. Mało. Powinny być i piłki, i
rowery.
Obroniłem skutecznie.
Przyznał rozżalony, że nie wszystkie są takie, że nawet
nieliczne; ale mówi się o nich i dobrze pamięta, bo te nieliczne
właśnie dają się we znaki. - Nie wiedzą: trzeba, można im
wytłumaczyć. - Można rodzicom...
Machnął ręką. Więc pytam się:
- A dorośli?
- Dziwię się i nie rozumiem, jak oni mi tu jeszcze
wszystkiego nie spalili. Znów tuzin popielniczek kupiłem. - Co rok
inwestycje: kubły do gorącej wody, leżaki, płyty gramofonowe.
- Płacą?
- Różnie próbują. Co rok żona przepowiada, że teraz już nie
dołożymy.
- No tak. Ale przyzna pan, że w monotonnym życiu pewne
urozmaicenie?
- Nie! Właściwie, co rok to samo. Teraz bawią mnie już tylko
ich zbawienne rady. Jeden radzi, żeby bobry hodować, ten znów
morwy, sadzawkę i ryby. Sery, raki i konserwy na eksport. Albo
krzyżować. Na przykład skowronka ze słowikiem; po co sprowadzać
kanarki z zagranicy? Konie każą karmić bawełną, a z mleka robić
kilimy. - Teraz wszystko maszyna i szczepienia (Widział w kinie
traktory). Na przykład szczepić melony na dębach, - to nawet
pikantne - miałyby goryczkę. - Jeden znów był w Danii i widział:
kury w inkubatorach składają po trzy jaja dziennie. I plantacje
tytoniu dla monopolu. - Bo u nas zacofanie, szablon i
marnotrawstwo. - Jakże? - łąki? po co? - Taki obszar - łąka - siać
trawę i polewać. Kiedy można przecież drenować: żeby nie było
komarów. - I dojazd bryczką, kiedy można samochód? (Pewien
eks-poseł ze stosunkami obiecał mi nawet kolej).
Markotno mi się zrobiło. Powiadam:
- No, pewnie. Głupstwa plotą, bo nie wiedzą.
- Nie - żywo zaprzeczył. - W mieście wiedzą, wszystko
wiedzą. Jak nic odróżni łubin od jęczmienia, kozę od zająca.
Wiedzą, czytają gazety.
- A pan?
- Prenumeruję. W zimie czasem przejrzę, ale więcej tylko
prasę popieram. - Za mądre. Wolę książki. - Tak, panie, kryzys
inteligencji. Potrzebny nam jakiś taki prowizoryczny instruktorski
kurs racjonalnej realizacji eksploatacji i interpretacji
regestracji.
Zamilkliśmy. Zamyśliliśmy się.
- O, widzi pan. Ten chłopiec mały z kijem idzie. Matka mówi,
że żywy. Powinien go pan poznać bliżej. Okaz.
- Pewnie nie ma apetytu?
- Zgadł pan. Od urodzenia. - Czy u was naprawdę trzeba
dzieci namawiać do jedzenia?
Cisza. - Przystanąłem. - Zwróciliśmy się twarzą ku polu i
łąkom. - Pierwszy dzień. - Wieś. - Ładnie. - Patrzę. - Cicho.
- Co to za drzewo? - Co to za ptak śpiewa? - Jak to to się
nazywa? - pytam się.
A on uprzejmie, łagodnie, życzliwie:
- "Widzi pan?" - "Gdzie?" - "Tam na łące, ooo, to, co się
tam porusza? Ma cztery nogi i rogi, i ogon?" - "Widzę". - "To są,
uważa pan profesor - to, to - to są krowy". - "Krowy?" - "Taaak". -
"Wiem. Pan sądzi, że nie znam, nie widziałem?"
Uśmiechnął się i powiada:
- Tym lepiej. Bo myślałem... Może nie?