Pejzaż śmierci. Cykl z detektyw Lottie Parker. Tom 5 - Patricia Gibney

Kup ebooka

36.90 zł

-
Proszę czekać

Niedziela

Nie­dziela

- Gol!

Mikey Dri­scoll trium­fal­nie uniósł pięść do góry, gdy piłka wylą­do­wała w siatce. Chłopca natych­miast oto­czyła cała dru­żyna. Tak! Był boha­te­rem. Naresz­cie. Sze­roki uśmiech nie scho­dził mu z twa­rzy przez ostat­nie pięć minut meczu mło­dzi­ków.

Sędzia zagwiz­dał, a wokół roz­legł się chór wiwa­tów. Na murawę wylał się tłum, zło­żony głów­nie z rodzi­ców i rodzin zwy­cię­skiej dru­żyny. Ktoś posa­dził sobie Mikeya na ramio­nach. Chło­piec już nie czuł się naj­mniej­szy w zespole. Teraz był olbrzy­mem. Hurra!

Dostrzegł swo­jego przy­ja­ciela, Toby'ego, który uśmie­chał się do niego, i odpo­wie­dział mu uśmie­chem. Po dro­dze do budynku klu­bo­wego roz­glą­dał się za mamą. Odro­binę posmut­niał. Oczy­wi­ście, że jej tu nie ma. Ni­gdy nie bywała na jego meczach, to dla­czego mia­łaby przyjść teraz? Ale to był finał, więc tro­chę liczył na to, że... Prze­łknął roz­cza­ro­wa­nie.

Zsu­nął się na zie­mię z ramion nie­zna­jo­mego, roz­glą­da­jąc się za człon­kami swo­jej dru­żyny. On zdo­był zwy­cię­skiego gola, ale to Toby jako kapi­tan miał ode­brać puchar. Mikey pod­biegł do przy­ja­ciela, który był od niego wyż­szy o dobrą głowę. Spoj­rzał w górę, osła­nia­jąc oczy przed świa­tłem zacho­dzą­cego słońca.

- Piękny gol - pochwa­lił go Toby.

- Dzięki - odrzekł Mikey. - Mogę u cie­bie dzi­siaj noco­wać? - Zaci­snął kciuki. Powie­dział już mamie, że zosta­nie na noc u kum­pla. Pro­szę, zgódź się, modlił się w duchu.

Przy­ja­ciel się zawa­hał.

- Muszę spy­tać mamę.

- Jasne, nie ma sprawy.

- A dla­czego chcesz u mnie noco­wać?

Zanim chło­piec zdą­żył odpo­wie­dzieć, tre­ner Rory Butler zagar­nął ich ramio­nami i posta­wił przed dru­żyną.

- Chodź­cie, chłopcy. Teraz wrę­cze­nie medali i pucharu, a potem zapra­szam wszyst­kich do McDo­nalda!

Roz­le­gły się rado­sne okrzyki i Mikeya porwał tłum, oddzie­la­jąc go od Toby'ego. Po inten­syw­nej grze w wie­czor­nym upale był mokry od potu. Czy powi­nien przed­tem pobiec do domu i wziąć prysz­nic? Nie. Powie­dział mamie, że nocuje u Toby'ego, więc lepiej nie zaska­ki­wać jej swoim powro­tem. No cóż, pomy­ślał, wszyst­kie chło­paki będą cuch­nęły, nie tylko ja.

Przy­jął medal od Rory'ego Butlera, a Toby wysoko uniósł puchar. Zgro­ma­dzeni zaczęli się roz­cho­dzić. Część rodzi­ców wsia­dła do samo­cho­dów, by zawieźć dzieci do McDo­nalda. Resztę miał zabrać wynaj­mo­wany przez dru­żynę bus. Mikey ruszył za kole­gami do obskur­nej szatni.

- To był naj­lep­szy mecz sezonu - stwier­dził Rory, pokle­pu­jąc po ple­cach wszyst­kich mija­ją­cych go gra­czy.

Mikey lubił tre­nera, który był mniej wię­cej w tym samym wieku co mama. Czyli trzy­dzie­ści parę lat, jak odpo­wia­dała, gdy ktoś pytał.

- Jestem z was bar­dzo dumny, chłopcy. Ale dość gada­nia, teraz czas na świę­to­wa­nie. Łap­cie swoje rze­czy i spo­ty­kamy się wszy­scy w McDo­nal­dzie. Sta­wiam nug­getsy i frytki!

Mło­dzi pił­ka­rze znów zaczęli wiwa­to­wać, a potem wzięli torby i, na­dal w dre­sach i koszul­kach, z meda­lami na zie­lo­nych wstąż­kach zawie­szo­nymi na szy­jach, wyszli, pokrzy­ku­jąc rado­śnie.

* * *

Toby czuł się kiep­sko. Ow­szem, wygrali finał, jedli nug­getsy z fryt­kami i mieli naj­faj­niej­szego tre­nera w kraju, ale...

Mikey przy­glą­dał mu się zza stołu swo­imi wiel­kimi, smut­nymi brą­zo­wymi oczami. Cho­lera, pomy­ślał Toby. Może mógłby go dziś do sie­bie zabrać. W końcu przy­ja­ciel dość czę­sto u niego noco­wał. Ale wolał go dziś nie zapra­szać. Jego star­szy brat Max będzie w domu, a Toby nie lubił atmos­fery, która wtedy pano­wała. Nikt z jego rodziny nie przy­szedł na mecz, co wcale go nie mar­twiło. Lepiej mu było bez nich.

Odgar­nął jasne włosy z oczu. Miał spe­cjalną fry­zurę, wygo­loną dookoła, z mopem na czubku głowy, jak mówiła mama. Mikey pró­bo­wał go naśla­do­wać, więc namó­wił mamę, żeby zro­biła mu jasne pasemka. Efekt był szo­ku­jący. Wyglą­dało to po pro­stu okrop­nie. Ale Toby oczy­wi­ście ni­gdy mu tego nie powie­dział.

Wło­żył do ust nug­getsa i zaczął zawzię­cie prze­żu­wać. Znał Mikeya od przed­szkola. Cho­dzili do tej samej klasy w pod­sta­wówce. Teraz dora­stali. Cze­kała ich zmiana szkoły. Czy w liceum na­dal będą się przy­jaź­nili? Miał nadzieję. Posmut­niał, patrząc, jak kum­pel z meda­lem dum­nie zawie­szo­nym na szyi zbiera opa­ko­wa­nia i idzie wyrzu­cić je do śmieci.

Pośród śmie­chu i roz­mów sły­szał tylko ciszę mię­dzy sobą a Mikeyem. Cały czas go obser­wo­wał. Przy­ja­ciel przez chwilę roz­ma­wiał z Pau­lem Duf­fym, fizjo­te­ra­peutą dru­żyny. Cóż, wła­ści­wie nie fizjo­te­ra­peutą, tylko leka­rzem, ale to pra­wie to samo. Wszy­scy tu byli. Barry, syn dok­tora, który cią­gle się przy nich krę­cił i rzą­dził. Ma tylko pięt­na­ście lat, pomy­ślał Toby, nie może mną rzą­dzić! Żona Paula, Julia, która cza­sami zabie­rała ich stroje spor­towe do pra­nia. Oble­śny Wes, kie­rowca auto­busu, który woził ich na mecze wyjaz­dowe. Ber­tie Har­ris, który uwa­żał się za tre­nera, ale był tylko dozorcą w klu­bie. I oczy­wi­ście Rory Butler. Praw­dziwy tre­ner. Toby go lubił, więc uśmiech­nął się sze­roko, gdy tre­ner na niego spoj­rzał.

Walić to, pomy­ślał. Zaprosi Mikeya na noc. Niech Max się pier­doli. Cała jego rodzina może się pier­dolić. Wziął puste pudełko po nug­get­sach i resztkę fry­tek, rusza­jąc do śmiet­nika, gdy poczuł, że ktoś łapie go za ramię. Okrę­cił się na pię­cie.

- Toby, fan­ta­stycz­nie dziś gra­łeś.

Chło­piec wyrwał się z uści­sku Ber­tiego, uśmie­cha­jąc się ner­wowo.

- Tak, dzięki. To był dobry mecz. Super zabawa.

- Byłeś gwiazdą.

- To Mikey zdo­był bramkę.

- Świetny gol, to prawda. Młody Dri­scoll rzadko wbija gole, ale ten był ważny. Nie zapo­mnij o przy­ję­ciu z oka­zji wygra­nej w następną sobotę.

- Dobrze.

Toby wziął torbę i rozej­rzał się za Mikeyem. W knaj­pie pano­wał tłok i hałas, ale on był na tyle wysoki, że widział wszystko nad gło­wami sie­dzą­cych. Rozej­rzał się uważ­nie, lecz ni­gdzie nie dostrzegł przy­ja­ciela.

- Kurde - mruk­nął. Aku­rat gdy zde­cy­do­wał, że kum­pel może u niego prze­no­co­wać... No cóż, jego strata.

* * *

Mikey przy­po­mniał sobie, że mama miała pójść na bingo, poza tym i tak się nie spo­dzie­wała jego powrotu. Na szczę­ście miał wła­sny klucz. A Toby zacho­wał się jak dupek.

Zarzu­cił torbę na ramię i jedną ręką trzy­ma­jąc medal, ruszył do domu. Posta­no­wił, że naj­pierw weź­mie prysz­nic, potem zak­tu­ali­zuje FIFĘ na Play­Sta­tion, a w tym cza­sie zoba­czy, co jest na Net­flik­sie. Jeden z kole­gów wspo­mniał o serialu Stran­ger Things. Zapo­wia­dał się naprawdę faj­nie. Wie­dział, że mama w życiu nie pozwo­li­łaby mu go oglą­dać, ale prze­cież jej nie będzie, prawda? Tak! Rado­śnie uniósł zaci­śniętą pięść i puścił się bie­giem. Poczuł się znacz­nie lepiej, mając plany na resztę wie­czoru.

Prze­szedł na świa­tłach i skie­ro­wał się do tunelu, by pójść do domu skró­tem. Nie­na­wi­dził tego tunelu pod kana­łem. Fuj. Zawsze się bał, że ściany pękną, a on uto­nie w męt­nej wodzie.

Kop­nął pustą puszkę, a gdy poto­czyła się z grze­cho­tem, usły­szał, że pod­jeż­dża do niego samo­chód. Szedł dalej, a auto jechało obok. Odwró­cił się i zaj­rzał przez boczne okno. Kiedy roz­po­znał osobę za kie­row­nicą, uśmiech­nął się do niej i przy­wi­tał:

- Cześć.

- Wska­kuj. Pod­wiozę cię do domu.

- Nie trzeba, to nie­da­leko.

- Na pewno jesteś zmę­czony, a ja jadę w tamtą stronę.

- No dobra.

Mikey obszedł samo­chód i otwo­rzył drzwi. Usiadł na miej­scu pasa­żera, po czym zapiął pas. Usły­szał klik­nię­cie auto­ma­tycz­nej blo­kady drzwi.

- Dobry Boże, Mikey, cuch­niesz.

- Co nie? - Chło­piec par­sk­nął ner­wo­wym śmie­chem.

- Mogę coś na to zara­dzić.

- Nie trzeba, zaraz będę w domu. Mam tam mnó­stwo gorą­cej wody - odrzekł, choć wie­dział, że będzie musiał odcze­kać pół godziny, zanim boj­ler się nagrzeje.

Kiedy włą­czyło się zie­lone, samo­chód skrę­cił w lewo na most Dubliń­ski.

Zdzi­wiony Mikey wyj­rzał przez okno.

- Hej, do mnie się jedzie tam­tędy. To nie ten skręt.

W samo­cho­dzie pano­wała cisza.

- Jedziesz w złą stronę. - Chłopca ogar­nął popłoch.

- Och, to dobra strona. Nie przej­muj się. Zaufaj mi.

Mikey osu­nął się na sie­dze­niu, opie­ra­jąc stopy na tor­bie. Po chwili odwa­żył się zer­k­nąć kątem oka w bok. Zaufać? Nie, na pewno nie. Nie­stety, droga odwrotu została już zamknięta.

Dzień pierwszy. Poniedziałek

Dzień pierw­szy

Ponie­dzia­łek

1

Samo­lot z Nowego Jorku wylą­do­wał na lot­ni­sku w Dubli­nie przed cza­sem. Dokład­nie za pięt­na­ście piąta rano Leo Bel­field sta­nął w kolejce do kon­troli pasz­por­to­wej. Nie dener­wo­wał się. Nie miał niczego do ukry­cia ani do ocle­nia. W końcu słu­żył w poli­cji nowo­jor­skiej w ran­dze kapi­tana. Wie­dział jed­nak, że o tajem­nicy jego naro­dzin i sekre­tach rodzin­nych w tym kraju, w któ­rym ni­gdy do tej pory nie posta­wił stopy, lepiej nikomu nie wspo­mi­nać. Wiele się dowie­dział przez ostat­nie pół roku. Kiedy Ale­xis, jego matka, prze­szła zawał serca, odkrył na temat swo­jego pocho­dze­nia sporo rze­czy, któ­rych na pewno nie zamie­rzała mu wyja­wiać. Lecz nie wie­dział wszyst­kiego. Jesz­cze nie.

Przy­je­cha­łem tu, Ale­xis, pomy­ślał. Do kraju, o któ­rym chcia­łaś zapo­mnieć. Kraju, któ­rego ni­gdy nie mia­łem poznać. I szu­kam rodziny, któ­rej mnie pozba­wi­łaś.

Uśmiech­nął się do pra­cow­nika kon­troli pasz­por­to­wej i zaczął odpo­wia­dać na pyta­nia.

- Waka­cje, pro­szę pana?

- Tak, przy­je­cha­łem na waka­cje.

- Zamie­rza pan podró­żo­wać po kraju?

- Zatrzy­mam się w hotelu Joyce w Rag­mul­lin.

- A, tak, Rag­mul­lin. W Irlan­dii środ­ko­wej. Wielu dobrych muzy­ków wywo­dzi się z tam­tych oko­lic.

- Nic mi o tym nie wia­domo - odrzekł Leo. - To moja pierw­sza wizyta.

- Mam nadzieję, że pierw­sza z wielu. - Urzęd­nik pod­bił wizę i oddał Leo pasz­port. - Miłego pobytu.

- To wcale nie jest pewne - mruk­nął Leo pod nosem, cho­wa­jąc nie­bie­ską ksią­żeczkę do kie­szeni. - Wcale a wcale.

* * *

Inspek­tor Lot­tie Par­ker strzep­nęła żar z nie­do­pałka i przy­glą­dała się, jak dogasa na popę­ka­nym beto­nie pod jej sto­pami.

- Pale­nie ci nie służy.

Zer­k­nęła przez ramię na sier­żanta Marka Boyda, który stał oparty o dach samo­chodu, mocno zacią­ga­jąc się papie­ro­sem.

- Przy­ga­niał kocioł garn­kowi - mruk­nęła i odwró­ciła się, by dalej wpa­try­wać się w ruinę, która jesz­cze pięć mie­sięcy temu była jej domem.

Wyczuła, że Boyd pod­szedł bli­żej.

- Gapie­nie się na to nic nie zmieni - powie­dział.

- Całe moje życie poszło z dymem - odrze­kła.

- Prze­cież na­dal żyjesz. Twoim dzie­ciom też nic się nie stało. To znak, że trzeba ruszyć naprzód.

Wes­tchnęła i wci­snęła ręce głę­boko do kie­szeni dżin­sów.

- Tak, wiem, że to tylko cegły i zaprawa.

- To tekst pio­senki, tak? Chyba przy­po­mi­nam sobie, jak moja mama ją cyto­wała.

- Nie mam poję­cia. - Pokrę­ciła głową. - I, pro­szę, nie pró­buj śpie­wać.

- Nie będę.

- Co cię tu spro­wa­dza? Raczej nie zamie­rza­łeś pła­wić się ze mną w roz­pa­czy. - Jej dom spło­nął w lutym. Podej­rze­wała, że został pod­pa­lony, ale oka­zało się, że doszło do zwar­cia insta­la­cji elek­trycz­nej. Jed­nak Lot­tie nie wie­rzyła, że to była jedyna przy­czyna tej brze­mien­nej w skutki awa­rii.

Unio­sła wzrok i zauwa­żyła, że Boyd się jej przy­gląda. Wysoki i szczu­pły, z odro­binę odsta­ją­cymi uszami, krótko ścię­tymi wło­sami, w któ­rych wię­cej było sre­bra niż czerni, i z lek­kim zaro­stem na twa­rzy - zupeł­nie do niego nie­pa­su­ją­cym.

- Jak zwy­kle McMa­hon dopy­tuje się o cie­bie - wyja­śnił.

- Która godzina?

- Wła­śnie minęła dzie­wiąta.

- Nie może mi dać pię­ciu minut dla sie­bie?

- Lot­tie, przy­jeż­dżasz tu co rano od mie­sięcy. Dom nie powsta­nie z popio­łów jak feniks. - Uniósł rękę, widząc, że zamie­rza zapro­te­sto­wać. - Twój dom ze wspo­mnień już nie ist­nieje. Jak już mówi­łem, powin­naś uznać to za znak i ruszyć naprzód.

Lot­tie przy­gry­zła wargę, myśląc o swoim mężu Ada­mie, który zmarł przed pię­cioma laty. W tym domu miesz­kali od ślubu. W tym domu wycho­wy­wali Katie, Chloe i Seana, trójkę swo­ich pięk­nych dzieci. Spło­nął do gołej ziemi. Prze­padł. Wszystko prze­pa­dło. Czy Boyd miał rację? Czy to był znak? Nie wie­działa. Nic już nie wie­działa...

- Masz ochotę na drinka? - spy­tała.

- Jezu, Lot­tie! Jest dzie­wiąta rano. Chodź. Gdzie twój samo­chód?

- Przy­szłam pie­szo.

- Od matki?

- Uzna­łam, że to ide­alny pora­nek na spa­cer. - Spoj­rzała w niebo i zauwa­żyła, że choć na­dal świeci słońce, napły­wają groźne atra­men­towe chmury. Wie­działa, że Boyd nie kupił jej kłam­stwa. - Samo­chód nie chciał odpa­lić, więc popro­si­łam Kirby'ego o pod­wózkę. Pod­rzu­cił mnie po dro­dze do pracy. Jest dziś w weso­łym nastroju.

- To pew­nie zasługa jego kobiety - stwier­dził Mark. - Gilly O'Dono­ghue działa na niego jak bal­sam. Powin­naś była zadzwo­nić po mnie. Chodź, pod­wiozę cię na komi­sa­riat. - Ruszył do samo­chodu. - Idziesz czy zamie­rzasz się lam­pić na tę ruinę przez resztę dnia?

Przy­dep­tała nie­do­pa­łek, wyjęła paczkę i spy­tała:

- Masz ogień?

Uniósł brew.

- Nie zamie­rzam pod­pa­lić zglisz­czy, jeśli to cię mar­twi. Mam ochotę na papie­rosa. Kirby przy­pa­lił mi poprzed­niego, bo nie mam zapal­niczki ani zapa­łek. - Łzy zapie­kły ją pod powie­kami. Jezu, pomy­ślała, jestem w gor­szym sta­nie niż ten cho­lerny dom. Cegły i zaprawa. Teo­re­tycz­nie tylko z tego się skła­dał, ale był czymś znacz­nie wię­cej. Prze­cho­wy­wał wszyst­kie jej wspo­mnie­nia, a teraz zostały z nich tylko zglisz­cza i pustka.

- Wsia­daj. - Boyd otwo­rzył przed nią drzwi samo­chodu.

Wzru­szyw­szy ramio­nami, Lot­tie wyko­nała pole­ce­nie. Nie miała nastroju na kłót­nię. A potem przy­po­mniała sobie powód, dla któ­rego Boyd jej szu­kał.

- McMa­hon cię przy­słał? Dla­czego chce mnie widzieć?

Peł­niący obo­wiązki komi­sa­rza David McMa­hon trzy­mał ją na krót­kiej smy­czy. Przy­dzie­lał jej głów­nie papier­kową robotę, a w nagrodę dosta­wała jesz­cze wię­cej papier­ko­wej roboty. Była pewna, że go to pod­nieca.

- Zgad­nij. - Mark włą­czył sil­nik, zawró­cił i wyje­chał z osie­dla.

- Kło­poty - odrze­kła.

- Zapewne.

2

Wysie­dli z samo­chodu na placu za komi­sa­ria­tem, ale Lot­tie nie chciała jesz­cze wcho­dzić do środka.

- Idź. Potrze­buję tro­chę świe­żego powie­trza - powie­działa.

- Lepiej się pospiesz. Nie będę dłu­żej świe­cił za cie­bie oczami.

Boyd ruszył do budynku.

Dla­czego była taka przy­gnę­biona? Może z powodu cia­snoty w domu matki. Dwu­dzie­sto­let­nia Katie i jej syn Louis, sie­dem­na­sto­let­nia Chloe i pięt­na­sto­letni Sean - wszy­scy dosłow­nie sie­dzieli sobie na gło­wach. Lecz po poża­rze Rose przy­gar­nęła ich do sie­bie i Lot­tie z wdzięcz­no­ścią przy­jęła ofertę dachu nad głową dla swo­jej rodziny.

Na szczę­ście ta sytu­acja już długo nie potrwa. Wszystko miała zapla­no­wane. Zatem w czym pro­blem? Ode­tchnęła głę­boko, stłu­miła ochotę na kolej­nego papie­rosa, obie­cu­jąc sobie, że w końcu rzuci pale­nie. Zna­la­zła w kie­szeni dżin­sów tabletkę Xanaksu i ją zażyła. Miała nadzieję, że tro­chę się uspo­koi.

Weszła do komi­sa­riatu, a drzwi się za nią zatrza­snęły. Ski­nęła głową sie­dzą­cej w dyżurce sier­żant O'Dono­ghue i pode­szła do drzwi wewnętrz­nych, żeby wpi­sać kod. Zanim udało jej się wci­snąć drugą cyfrę, usły­szała za ple­cami gło­śny jęk.

Kiedy się odwró­ciła, ujrzała nasto­latkę z twa­rzą oble­pioną mokrymi wło­sami. Miała sze­roko otwarte ciemne oczy i prze­ra­żoną minę. Jej dżinsy były podarte, roz­po­rek roz­pięty, stopy bose. Koszulka, nie­gdyś biała, wyglą­dała jak zafar­bo­wana we krwi.

Lot­tie odru­chowo się cof­nęła, wpa­da­jąc na drzwi. Otwo­rzyła usta, ale nie udało jej się wydu­sić ani słowa.

- Chyba go zabi­łam - wyszep­tała dziew­czyna.

Inspek­tor wzięła się w garść i postą­piła krok do przodu.

- Słu­cham?

Nasto­latka pod­nio­sła głos, który zabrzmiał gar­dłowo, nie­mal zwie­rzęco.

- Zabi­łam go.

A potem osu­nęła się na pod­łogę.

* * *

Lekarz dyżurny uznał, że należy prze­wieźć dziew­czynę do szpi­tala.

- Wstrząs i hipo­ter­mia - oznaj­mił.

Karetka przy­je­chała w ciągu dzie­się­ciu minut i Lot­tie wsia­dła do niej, by towa­rzy­szyć nasto­latce.

Przy­glą­da­jąc się bla­dej twa­rzy pod maską tle­nową, inspek­tor zasta­na­wiała się, jak dziew­czyna mogła naba­wić się hipo­ter­mii przy panu­ją­cych upa­łach. Ale to było naj­mniej­sze z jej zmar­twień.

Ratow­nik medyczny uważ­nie moni­to­ro­wał ciśnie­nie krwi i pozo­stałe para­me­try życiowe dziew­czyny.

- Ma bar­dzo niskie tętno - stwier­dził.

- Kim jesteś? - szep­nęła Par­ker do nasto­latki.

- Raczej pani nie odpo­wie - mruk­nął ratow­nik. Pla­kietka na jego zie­lo­nym uni­for­mie infor­mo­wała, że ma na imię Ste­ven.

- Nie jestem głu­pia - wark­nęła Lot­tie, ale widząc jego ura­żony wzrok, natych­miast dodała: - Prze­pra­szam.

- Nic nie szko­dzi. Co ona zro­biła?

- Nie mam poję­cia. - Śled­cza popra­wiła pla­sti­kowe torebki, które pospiesz­nie zało­żyła na dło­nie dziew­czyny, by zabez­pie­czyć dowody zbrodni, o któ­rej nic jesz­cze nie wie­działa. - Co jej jest?

- Nie chcę pani prze­drzeź­niać, ale nie mam poję­cia. - Ste­ven pokrę­cił głową i spoj­rzał na moni­tor. - Ma nie­bez­piecz­nie niskie ciśnie­nie krwi.

- Niech pan ją utrzyma przy życiu - powie­działa Paker. - Pro­szę.

Męż­czy­zna ski­nął głową.

Syrena umil­kła i sil­nik zgasł. Otwo­rzyły się drzwi, a Lot­tie wysko­czyła na zewnątrz, po czym odsu­nęła się, prze­pusz­cza­jąc Ste­vena i kie­rowcę z noszami. Roz­ło­żyli koła i wbie­gli do szpi­tala przez roz­su­wane drzwi. Ruszyła za nimi.

- Utrzy­maj­cie ją przy życiu - powtó­rzyła, gdy sani­ta­riu­sze prze­kła­dali dziew­czynę z noszy na oddzie­lone para­wa­nem łóżko na kół­kach na oddziale ratun­ko­wym.

Kiedy zasłony wokół boksu zostały zacią­gnięte, zadzwo­niła do Boyda.

* * *

Kupiła die­te­tyczną colę w szpi­tal­nym skle­piku i wyszła przed główne wej­ście na szyb­kiego dymka, ale odkryła, że na całym tere­nie panuje zakaz pale­nia. Zresztą i tak nie miała zapal­niczki.

Boyd zapar­ko­wał na podwój­nej żół­tej linii.

- Wia­domo coś? - zapy­tał.

- Zaj­mują się nią.

- Wiesz, kim jest?

- Jezu, Boyd. Sta­nęła w drzwiach cała we krwi, powie­działa: "Chyba go zabi­łam" i zemdlała.

- Czyli nie masz poję­cia, co się stało?

Lot­tie gwał­tow­nie pokrę­ciła głową.

- Powie­dzia­łam ci wszystko, co wiem.

- Hej, wylu­zuj.

- Na litość boską... - Okrę­ciła się na pię­cie i wró­ciła do szpi­tala. Zda­rzały się takie dni, kiedy czuła się przy Marku jak ści­śnięta sprę­żyna, i dzi­siaj tak wła­śnie było.

Odna­la­zła leka­rza, który prze­pro­wa­dził bada­nie nasto­latki.

- Dok­tor Moha­med? - upew­niła się, poka­zu­jąc odznakę. - Co może mi pan powie­dzieć o tej mło­dej pacjentce?

Męż­czy­zna miał zmę­czone oczy i obwi­słą skórę, choć wyglą­dało na to, że jest dopiero po trzy­dzie­stce.

- Stra­ciła dużo krwi - oznaj­mił. - Być może trzeba będzie zro­bić trans­fu­zję. Moni­to­ruję jej stan i wkrótce podejmę decy­zję.

Inspek­tor zmarsz­czyła brwi. Nie zauwa­żyła u dziew­czyny żad­nych obra­żeń.

- Odnio­sła jakieś rany?

- Nie w takim zna­cze­niu. To pani nie wie?

- Czego?

- Dziew­czyna jest po poro­dzie. Łoży­sko przy­kle­iło się do macicy, więc go nie uro­dziła. To wywo­łało krwo­tok. Już je usu­nięto.

Lot­tie obra­cała w myślach tę infor­ma­cję, zasta­na­wia­jąc się, gdzie może być dziecko nasto­latki. Jak i dla­czego przy­szła do komi­sa­riatu z wyzna­niem winy? Nagle wyczuła obec­ność Boyda za swo­imi ple­cami. Miała nadzieję, że sier­żant zada leka­rzowi jakieś sen­sowne pyta­nie, ponie­waż jej dosłow­nie ode­brało mowę.

- Jakie ma szanse na prze­ży­cie? - zapy­tał Mark.

- Dotarła tu na czas. Sądzę, że doj­dzie do sie­bie. Ale jeśli chce­cie ją prze­słu­chać, to na pewno nie dzi­siaj.

- Pro­szę nas zawia­do­mić, jeśli coś powie - popro­siła Lot­tie. - A gdyby się pan dowie­dział, kim ona jest...

- Poin­for­muję was.

Powie­dziaw­szy to, lekarz odda­lił się wąskim kory­ta­rzem zasta­wio­nym wóz­kami z bez­rad­nymi pacjen­tami. Lot­tie pole­ciła mun­du­ro­wemu, by pil­no­wał drzwi do sali, w któ­rej znaj­do­wała się dziew­czyna.

- Musimy wró­cić po jej śla­dach - oznaj­miła.

- A jak zamie­rzasz to zro­bić? - spy­tał Boyd, wzru­sza­jąc ramio­nami.

- Tra­dy­cyjną metodą śled­czą. - Pchnęła podwójne drzwi. - Potrze­buję pod­wózki na komi­sa­riat.

3

Po raz pierw­szy od początku waka­cji pięt­na­sto­letni Sean Par­ker czuł się szczę­śliwy. Wczo­raj wie­czo­rem wybrał się na mecz piłki noż­nej, po któ­rym pogra­tu­lo­wał mło­demu Mikey­owi świet­nego gola. Znał go z cza­sów, gdy mło­kos grał w hur­ling, a w pew­nym momen­cie nawet poma­gał w jego tre­nin­gach. Teraz Sean już rzadko się tym zaj­mo­wał.

Jego kum­pel ze szkoły, Barry Duffy, też był na meczu i rano przy­słał ese­mesa z pyta­niem, czy Sean nie miałby ochoty wybrać się na ryby. Zaprzy­jaź­nili się dopiero, gdy Par­ke­ro­wie zamiesz­kali u babki, w sąsiedz­twie domu Barry'ego.

Chło­pak zer­k­nął na wodę w kanale. Nie­re­gu­larne fale lekko koły­sały trzci­nami. W oddali sły­chać było szum samo­cho­dów i dzwon w kate­drze. Opary z oczysz­czalni ście­ków wypeł­niały powie­trze mdlącą wonią. Tak było każ­dego lata. Pew­nie z powodu upału, uznał. Deli­katny wie­trzyk poru­szył drze­wami. Kurka wodna prze­pły­nęła, marsz­cząc powierzch­nię wody.

- Fajna wędka - powie­dział Barry. - Skąd ją masz?

Sean wszedł za nim na nasyp, po któ­rym bie­gła ścieżka wzdłuż kanału.

- Nale­żała do mojego taty.

- Myśla­łem, że wszystko spło­nęło w poża­rze?

- Zawar­tość szopy prze­trwała. - Sean popra­wił na ramie­niu starą zie­loną woj­skową torbę i chwy­cił wędkę ojca dwiema rękami. - Gdzie chcesz się roz­ło­żyć?

- Kawa­łek dalej. Zła­pa­łem tam wczo­raj pstrąga.

- Kłam­czuch! - Sean się zaśmiał.

Prze­szli przez most Dubliń­ski, a ścieżka powio­dła ich dalej. Sean dogo­nił Barry'ego i wędro­wali ramię w ramię, dopóki nie dotarli do miej­sca, w któ­rym do kanału wpa­dał dopływ zasi­la­jący.

- To naj­lep­sza miej­scówka - oznaj­mił Barry i poło­żył swoją torbę na ziemi.

Sean posta­no­wił się nie kłó­cić. Po chwili kum­pel podał mu puszkę cydru. Cho­lera, matka by go zabiła, ale się nie dowie, więc otwo­rzył ją i upił łyk. Spoj­rzał na wspi­na­jące się na niebo słońce.

Tak, to będzie wspa­niały dzień.

4

Hope otwo­rzyła oczy. Leżała na ple­cach, wpa­tru­jąc się w sufit. Dokład­nie nad głową widziała kro­pelki krwi ukła­da­jące się w literę V. Spoj­rzała na swoje zakrwa­wione przed­ra­mię, z któ­rego cew­nik pro­wa­dził do zbior­nika z pły­nem infu­zyj­nym.

Dziecko znik­nęło. Wie­działa to. Nie było już maleń­kiej istoty, która rosła w jej brzu­chu przez dzie­więć mie­sięcy, wier­cąc się i krę­cąc. Ból zelżał, ale czuła cień dziecka, jakby nie chciało opu­ścić jej ciała nawet po ostat­nim roz­dzie­ra­ją­cym skur­czu. Ale co stało się potem? Nic nie pamię­tała.

- Och, obu­dzi­łaś się. - Pie­lę­gniarka w bia­łym far­tu­chu unio­sła jej nad­gar­stek, potrzą­snęła wor­kiem kro­plówki, po czym zaci­snęła rękaw ciśnie­nio­mie­rza wokół ramie­nia dziew­czyny.

Napeł­nia­jący się z sykiem rękaw miaż­dżył jej rękę, ale to było nic w porów­na­niu z bólem, któ­rego doświad­czyła kilka godzin temu. A może dni? Nie pamię­tała, co się wyda­rzyło.

- Jak długo... Jak długo tu jestem? - Jej głos brzmiał chra­pli­wie, zupeł­nie jak nie jej wła­sny.

- Karetka przy­wio­zła cię godzinę temu. - Pie­lę­gniarka zano­to­wała coś na kar­cie w nogach łóżka. - Powiesz mi, jak się nazy­wasz?

- Słu­cham? Dla­czego chce pani wie­dzieć?

- Po pierw­sze nie mogę cię wiecz­nie nazy­wać "dziew­czyną spod trójki", a po dru­gie potrzebne nam to do doku­men­ta­cji.

Hope przez chwilę roz­wa­żała, czyby nie podać fał­szy­wych danych, ale wie­działa, że w końcu prawda i tak wyj­dzie na jaw.

- Hope Cot­ter.

- Adres? - Pie­lę­gniarka zapi­sy­wała infor­ma­cje na przy­pię­tym do pod­kładki for­mu­la­rzu.

- Mun­bally Grove pięć­dzie­siąt trzy. - Hope spo­dzie­wała się jakiejś reak­cji na adres ze złej strony mia­sta, ale się jej nie docze­kała. I jak to moż­liwe, że pamię­tała takie szcze­góły, a nie to, jak się tu zna­la­zła?

- Przy­pro­wa­dzę leka­rza, żeby zamie­nił z tobą słówko. Teraz już nic nie mów i na razie nie zasy­piaj, sły­szysz?

- Wspo­mniała pani o karetce? Jak... Kto... Nie rozu­miem...

- Mia­łaś już nic nie mówić. Odpocz­nij sobie. Lekarz odpo­wie na wszyst­kie twoje pyta­nia. - Pie­lę­gniarka już miała wyjść, ale jesz­cze dodała: - Poli­cja też chce z tobą roz­ma­wiać.

- Co?

Ale drzwi już się zamknęły, a Hope została sama z mgli­stymi wspo­mnie­niami i węzłem stra­chu zaci­ska­ją­cym się w piersi. Dla­czego poli­cja chce z nią roz­ma­wiać? Nie miała zie­lo­nego poję­cia, co się dzieje.

Ale jedno wie­działa na pewno.

Musiała stąd ucie­kać.

I to jak naj­szyb­ciej.

5

- Kogo ona zabiła? - Peł­niący obo­wiązki komi­sa­rza David McMa­hon sie­dział za biur­kiem, a czarne włosy opa­dały mu na czoło. Świ­dro­wał śled­czą wzro­kiem, jakby chciał ją prze­wier­cić na wylot.

Inspek­tor wsu­nęła ręce do kie­szeni dżin­sów i oparła się o ścianę gabi­netu.

- Nie mamy pew­no­ści, że to zro­biła, sir.

- Mamy. - Zało­żył ramiona na piersi i odchy­lił się na opar­cie krze­sła.

Jeśli zacznie się koły­sać, pomy­ślała Lot­tie, chęt­nie go popchnę. Ale on się nie ruszył.

- Zja­wia się na komi­sa­ria­cie - mówił dalej - cała we krwi i oznaj­mia, cytuję: "Chyba go zabi­łam". Wygląda na to, że gdzieś leży ciało, które należy zna­leźć.

- Zda­niem kon­sul­tanta z pogo­to­wia dziew­czyna nie­dawno uro­dziła, ale łoży­sko przy­ro­sło do macicy, co wywo­łało masywny krwo­tok. Zatem praw­do­po­dob­nie to była jej krew.

- Teraz niby jesteś lekarką? - burk­nął. - Prze­pro­wa­dzono już ana­lizę krwi?

- Wła­śnie trwa.

- Zatem na razie nie wiesz, czy krew na ubra­niach należy do niej, czy do kogoś innego?

- Jesz­cze nie - przy­znała Lot­tie. Zaci­snęła pię­ści w kie­sze­niach spodni. Była pewna, że McMa­hon wie, iż dopro­wa­dza ją do szału. Jak zwy­kle. Ale tym razem musiała przy­znać mu rację.

- Zatem musisz ją trak­to­wać jak podej­rzaną o mor­der­stwo. Ta sprawa ma naj­wyż­szy prio­ry­tet. Idź i znajdź mi ciało.

- Z całym sza­cun­kiem, sir...

- Koniec dys­ku­sji. - Wstał i odgar­nął włosy z oczu, które na­dal prze­szy­wały ją ostrym spoj­rze­niem. Przy­gła­dził dwu­rzę­dową kami­zelkę, po czym zapiął mary­narkę. - Do roboty, Par­ker.

- Na litość boską... - mruk­nęła, odpy­cha­jąc się od ściany, po czym wyszła z jego gabi­netu.

McMa­hon pró­bo­wał ją wykoń­czyć od pierw­szego dnia w pracy. Jesz­cze nie dopiął swego, ale z każdą mija­jącą godziną zbli­żał się do tego celu. W paź­dzier­niku zeszłego roku Lot­tie zala­zła mu za skórę pod­czas śledz­twa, do któ­rego odde­le­go­wano go z wydziału nar­ko­ty­ko­wego. Nie­stety ich szef, komi­sarz Myles Cor­ri­gan, musiał wziąć urlop zdro­wotny i McMa­hon zagar­nął jego posadę, wygry­za­jąc inspek­tor Par­ker. Pastwił się nad nią, zasy­pu­jąc ją robotą papier­kową, któ­rej szcze­rze nie­na­wi­dziła, więc sterta doku­men­tów rosła pro­por­cjo­nal­nie do jej wście­kło­ści. A on co rano brał ją na dywa­nik, odpy­tu­jąc z postę­pów. Przy­naj­mniej dziś zmie­nił śpiewkę.

Skie­ro­wała się do swo­jego gabi­netu, znaj­du­ją­cego się na tyłach wspól­nego biura. Był nie­wiele więk­szy niż boks zaj­mo­wany przez bez­i­mienną pacjentkę w szpi­talu. Ale przy­naj­mniej miał szklane drzwi zamiast zasłon. Do Lot­tie wciąż powra­cało pyta­nie, co się stało z dziec­kiem tej dziew­czyny. Żyło czy zmarło?

* * *

Detek­tywi Larry Kirby i Maria Lynch sie­dzieli przy swo­ich biur­kach. Nawet nie pod­nie­śli głów, gdy inspek­tor ich mijała.

- Gdzie Boyd? - zapy­tała, zauwa­ża­jąc jego puste krze­sło.

Oboje tylko wzru­szyli ramio­nami.

- Co się dzieje z wami wszyst­kimi? - Oczy­wi­ście było to pyta­nie reto­ryczne, ale i tak ziry­to­wało ją, gdy nikt nie odpo­wie­dział. - Jak tam sobie chce­cie - mruk­nęła i zatrza­snęła drzwi do swo­jego biura. Opa­da­jąc na krze­sło, marzyła o ucieczce na bez­ludną wyspę. Ale nie miała na to szans z trójką dzieci i wnu­kiem pod opieką.

Włą­czyła kom­pu­ter, zmru­żyła oczy, pró­bu­jąc sobie przy­po­mnieć hasło, a potem zaj­rzała pod kla­wia­turę.

Jej tele­fon zawi­bro­wał, a na ekra­nie poja­wił się iden­ty­fi­ka­tor roz­mówcy: "Matka". Odrzu­ciła połą­cze­nie. Czy ta kobieta nie może jej dać spo­koju nawet w pracy? Wystar­czyło, że musi miesz­kać w jej domu i spę­dzać z nią wie­czory. Na szczę­ście dzięki pomocy męża Marii Lynch, Bena, Lot­tie zaczęła już remon­to­wać wyna­jęty dom. Nie­stety ter­min wypro­wadzki cią­gle się odwle­kał. Miała nadzieję, że na początku przy­szłego tygo­dnia w końcu się uda. Dzieci też potrze­bo­wały wła­snej prze­strzeni. I to szybko. Ina­czej Katie zamor­duje młod­szą sio­strę. A Sean? On nie spra­wiał żad­nych pro­ble­mów...

Tele­fon na biurku zadzwo­nił. Pomy­ślała, że chyba matka nie jest aż tak namolna. Oka­zało się, że dzwoni pie­lę­gniarka ze szpi­tala z nowi­nami.

Lot­tie zapi­sała nazwi­sko i adres zakrwa­wio­nej nasto­latki, po czym się roz­łą­czyła. Już miała wycho­dzić, gdy jej komórka znów zawi­bro­wała.

- Mamo, posłu­chaj, jestem zajęta - rzu­ciła, nie spraw­dza­jąc, kto dzwoni.

- Lot­tie, wszystko w porządku? - To był ksiądz Joe.

- Prze­pra­szam. Myśla­łam, że to... och, wiesz. - Ziry­to­wana opa­dła z powro­tem na krze­sło. - Coś się stało?

- Możesz na parę minut wpaść do kate­dry? Chciał­bym zamie­nić z tobą słowo.

Powinna jak naj­szyb­ciej potwier­dzić adres Hope, zanim wróci do szpi­tala, żeby ją prze­słu­chać.

- Jasne. Gdzie cię znajdę?

- Będę przy głów­nej bra­mie.

Gdy skoń­czyła roz­mowę, Boyd zaj­rzał przez drzwi.

- Szu­ka­łaś mnie?

- Masz ochotę się przejść?

6

Na oddziale ratun­ko­wym pano­wał roz­gar­diasz. Leka­rze i pie­lę­gniarki krę­cili się gorącz­kowo, a salowe i sani­ta­riu­sze bie­gali mię­dzy pacjen­tami. Hope zna­la­zła swoje ubra­nia w nie­bie­skiej pla­sti­ko­wej tor­bie na sta­lo­wym prę­cie pod łóż­kiem. Odłą­czyła kro­plówkę, zdjęła szpi­talną koszulę, po czym wło­żyła zakrwa­wione dżinsy z ela­stycz­nym paskiem, na­dal wil­gotne. Mię­dzy nogami miała grubą pod­pa­skę, która utrud­niała cho­dze­nie. Koszulka była w opła­ka­nym sta­nie, ale i tak nacią­gnęła ją przez głowę. Pie­lę­gniarka powie­działa, że przy­wie­ziono ją do szpi­tala z komi­sa­riatu. Dla­czego tam tra­fiła? Czy zro­biła coś złego? Nie­za­leż­nie od wszyst­kiego czuła prze­możną potrzebę ucieczki.

Ni­gdzie nie zna­la­zła swo­jej bluzy z kap­tu­rem. Nie wie­działa, czy ją na sobie miała, czy nie. I butów też nie było. Gdzie, do cho­lery, scho­wali jej buty? Będzie musiała iść boso.

Powoli odsu­nęła zasłonę i prze­mknęła za ple­cami sani­ta­riu­sza pcha­ją­cego wózek z pacjen­tem w stronę bocz­nych drzwi z tabliczką "Pra­cow­nia RTG". Po lewej zoba­czyła wyj­ście ewa­ku­acyjne z wypi­sa­nym wiel­kimi czer­wo­nymi lite­rami zaka­zem otwie­ra­nia.

Zigno­ro­wała ostrze­że­nie i naci­snęła klamkę, ale nie roz­legł się żaden alarm. Wyszła, a drzwi się za nią powoli zatrza­snęły.

Pod­łoga pod pode­szwami jej stóp wyda­wała się twarda, lecz dziew­czyna nie zwra­cała na to uwagi. Przy­ci­ska­jąc ramiona do piersi, by ukryć zakrwa­wioną koszulkę, skie­ro­wała się przez tylne wyj­ście na główną ulicę. Wie­działa, że gdzieś tędy bie­gnie kanał. Musiała go tylko odna­leźć, a wtedy powinna bez więk­szych pro­ble­mów tra­fić do domu.

Gdy prze­szła przez prze­łaz pro­wa­dzący na ścieżkę nad kana­łem, jej brzuch prze­szył skurcz, a po nim ostry ból. Ale się nie zatrzy­mała.

Nie pamię­tała nic od chwili tuż przed poro­dem.

A wtedy spły­nęło na nią prze­ra­ża­jące pyta­nie: co się stało z jej dziec­kiem?

* * *

Chmura prze­sło­niła słońce i woda pociem­niała.

- Słaba zabawa - stwier­dził Sean.

Barry cisnął pustą puszkę na śro­dek kanału i pod­niósł wędkę. Mię­dzy trzci­nami prze­biegł szczur.

- Maru­dzisz. Jak chcesz, to spa­daj do domu.

- Nie o to mi cho­dziło. - Sean nie do końca wie­dział, co miał na myśli, ale na pewno nie chciał draż­nić Barry'ego. Faj­nie było spo­tkać się z kimś innym niż jego przy­ja­ciel Niall. A Barry był lubiany w szkole. Inny. Sean pocią­gnął łyk z puszki i też wrzu­cił ją do wody, choć nie wypił nawet połowy.

- Zobaczmy, czy jesz­cze jakieś będą chciały zaata­ko­wać - powie­dział, sta­ra­jąc się, by zabrzmiało to bra­wu­rowo. Ale głos zamarł mu w gar­dle.

- Co znowu? - spy­tał Barry.

- Widzisz to?

- O czym ty mówisz?

- To... to coś tam... Co to jest?

- Nic nie widzę. Tak czy siak, nie lubię tych drani. - Zaczął pako­wać sprzęt węd­kar­ski do torby. - Chodźmy dalej.

- No dobra - zgo­dził się Sean, choć wcale nie sie­dzieli tu zbyt długo.

Gdy chmury się pod­nio­sły, powiał lekki wiatr, koły­sząc trzci­nami. Sean sze­roko otwo­rzył oczy i usta w nie­mym prze­ra­że­niu. Odło­żył torbę i pod­niósł wędkę, pochy­la­jąc się, by roz­gar­nąć trzciny.

- Co, do...? Jezu Chry­ste, Barry. Patrz. Nie tam! Tutaj, kre­ty­nie. Co to jest?

Barry zaj­rzał mu przez ramię.

- Wygląda... To czło­wiek? - zapy­tał.

- Nie widzę dokład­nie. - Sean poru­szył wędką. - Jasna cho­lera, Barry. Musimy wezwać poli­cję.

- Po co?

- Cokol­wiek to jest... n-nie żyje - zająk­nął się. - I wygląda na bar­dzo małe.

- Może to pies czy coś? - zasu­ge­ro­wał Barry.

- Żaden pies, debilu. Nie ma sier­ści. - Sean już trzy­mał tele­fon w ręku.

- Nie znasz nawet numeru na komi­sa­riat.

- Moja mama jest detek­ty­wem.

Nie­stety Lot­tie nie ode­brała.

- Dzwo­nię na numer alar­mowy.

- Co zro­bimy z alko­ho­lem?

- Chyba nie będą nas prze­szu­ki­wać.

Gdy zgło­siła się cen­trala, Sean prze­ka­zał szcze­góły i się roz­łą­czył. Dalej roz­gar­niał zaro­śla koń­cem wędki. Nagle wzdłuż brzegu prze­pły­nął szczur i chło­pak wypu­ścił wędkę. Udało mu się się­gnąć po nią na tyle szybko, że nie uto­nęła.

Barry odwró­cił się i puścił bie­giem.

- Hej! - krzyk­nął Sean. - Co z tobą? Wra­caj!

- To są zwłoki - wrza­snął kum­pel. - Tylko że to... to...

Na moście roz­le­gły się syreny.

- Za późno. Lepiej pocze­kaj. Powie­dzia­łem im, że jest nas dwóch.

Ujrzaw­szy pobla­dłą twarz kum­pla, Sean odwró­cił się, by jesz­cze raz spoj­rzeć w wodę.

- Ja pier­dolę - rzu­cił Barry i zwy­mio­to­wał.

7

Mimo czerw­co­wego słońca powie­trze było rześ­kie i Lot­tie poża­ło­wała, że nie zabrała kurtki. Wzięła od Boyda zapa­lo­nego papie­rosa i łap­czy­wie się zacią­gnęła.

- Czas, żebyś kupiła sobie wła­sne - zauwa­żył.

- Po co, skoro jesteś taki hojny?

- Dokąd idziemy?

Stali na naj­niż­szym stop­niu scho­dów przed komi­sa­ria­tem. Inspek­tor spoj­rzała na kate­drę, myśląc o księ­dzu Joem. Chciała pod­trzy­mać tę zna­jo­mość. Dobrze będzie mieć w nim powier­nika teraz, gdy Boyd zaczął się od niej odda­lać. Nie mogła mieć do niego żalu. Za długo trzy­mała go na dystans, a kiedy w końcu popro­sił, by się zaan­ga­żo­wała, natych­miast się wyco­fała. Wina leżała po jej stro­nie. Nie­stety jej życie było zbyt skom­pli­ko­wane, by mogła je dzie­lić z kim­kol­wiek poza dziećmi i wnu­kiem. A co z matką? Rose to zupeł­nie inna kwe­stia. Skła­dowa cho­rej histo­rii rodzin­nej, z którą Lot­tie nie chciała się teraz mie­rzyć.

Zauwa­żyła księ­dza tuż za główną bramą. Wyczuła, że Boyd zesztyw­niał. Rzu­ciła nie­do­pa­łek na zie­mię i prze­szła przez ulicę, by przy­wi­tać się z duchow­nym.

- Ładny dziś dzień - ode­zwała się. - Chcia­łeś mi coś powie­dzieć?

- Być może to nic takiego, ale muszę coś z tobą omó­wić - odrzekł Joe. - Na osob­no­ści.

Lot­tie odwró­ciła się do Boyda. Kurde, teraz cały dzień będzie miał focha.

- Dasz nam minutkę?

- Naj­pierw chcesz, żebym z tobą poszedł, a potem... Zakła­dam, że to nie prośba - wark­nął. Wydął policzki, roz­dep­tał papie­rosa obca­sem buta i ruszył z powro­tem do komi­sa­riatu.

- Prze­pra­szam. - Ksiądz Joe się zmar­twił.

- Och, nie przej­muj się Boy­dem. Doj­dzie do sie­bie - zapew­niła Lot­tie. - Wyglą­dasz na zanie­po­ko­jo­nego.

- Przejdźmy się i poroz­ma­wiajmy.

Weszli na teren kate­dralny.

- Jak wam się żyje w domu matki? - zapy­tał.

- Tłoczno - odparła ze śmie­chem.

- Długo musi­cie tam zostać?

- Już nie. Mimo wewnętrz­nego oporu przy­ję­łam od Toma Ric­karda ofertę wynajmu domu za mini­malny czynsz. Pamię­tasz go, prawda?

- Oczy­wi­ście. Był zamie­szany w nie­udaną rewi­ta­li­za­cję Domu Świę­tej Anieli.

- I jest dziad­kiem Louisa.

Jej córka, Katie, zaszła w ciążę z synem Ric­karda, Jaso­nem, na początku poprzed­niego roku. Nie­długo póź­niej chło­pak padł ofiarą mor­der­stwa. Louis miał teraz dzie­więć mie­sięcy, a Tom Ric­kard zamiesz­kał za gra­nicą, dość roz­sąd­nie posta­na­wia­jąc nie wra­cać do Rag­mul­lin. Lot­tie bar­dzo to odpo­wia­dało. Lecz w lutym, po poża­rze jej domu zapro­po­no­wał jej, by korzy­stała z nale­żą­cej do niego nie­ru­cho­mo­ści na pery­fe­riach mia­sta. Cho­ciaż bar­dzo chciała zacho­wać god­ność, nie mogła odrzu­cić takiej oferty.

- Powi­nie­nem był czę­ściej do cie­bie dzwo­nić - stwier­dził ksiądz Joe. - Dowie­dzieć się, jak sobie radzisz, wiesz, po poża­rze, ale...

- Nie martw się. Wiem, gdzie cię zna­leźć, gdy­bym potrze­bo­wała poga­dać.

- To dobrze.

Zapa­dło mię­dzy nimi przy­ja­zne mil­cze­nie i Par­ker musiała się powstrzy­mać, by nie ująć Joego pod ramię. Nie, ni­gdy nie było mię­dzy nimi nad­mier­nej zaży­ło­ści, ale lubiła towa­rzy­stwo młod­szego męż­czy­zny. Mimo że był księ­dzem.

- Będziemy tak cho­dzić w kółko czy powiesz mi, co wywo­łuje tę zmarszczkę tro­ski na twoim czole, tak głę­boką, że można by w niej sadzić ziem­niaki?

Uśmiech­nął się i skrę­cili w prawo w stronę dużego czar­nego krzyża z figurą Jezusa.

- Sły­sza­łem, że dziś rano poja­wiła się na komi­sa­ria­cie młoda kobieta - powie­dział.

- Od kogo to sły­sza­łeś? - Inspek­tor prze­klęła dłu­gie języki, które w zawrot­nym tem­pie roz­no­siły plotki z komi­sa­riatu po mie­ście.

- Nie ma zna­cze­nia, ale cho­dzi o to, że chyba ją widzia­łem. Przed­wczo­raj.

- Gdzie? I skąd wiesz, że to ta sama osoba? - Lot­tie zatrzy­mała się, mie­rząc towa­rzy­sza podejrz­li­wym spoj­rze­niem.

- Wycho­dzi­łem z kate­dry i zauwa­ży­łem, że ktoś sie­dzi przy gro­cie.

- Pokaż gdzie.

Par­ker ruszyła za nim do czę­ściowo odgro­dzo­nej czę­ści ogrodu, o któ­rej ist­nie­niu zupeł­nie zapo­mniała. Drzewa i krzewy ota­czały stertę poro­śnię­tych mchem gła­zów, na któ­rych szczy­cie stała figura Naj­święt­szej Marii Panny. Przy wej­ściu umiesz­czono wąską kamienną ławkę.

- Tutaj. To tu sie­działa. Wpa­try­wała się w sta­tuę. - Zajął miej­sce na ławce i zachę­ca­jąco pokle­pał cie­pły kamień obok sie­bie.

Lot­tie nie sko­rzy­stała z pro­po­zy­cji.

- Roz­ma­wia­li­ście?

- Posie­dzia­łem z nią. Sama przy­po­mi­nała posąg. Biała jak ala­ba­ster i zupeł­nie nie­ru­choma. Poru­szała tylko ustami. Biedny, cier­piący anioł.

- Modliła się?

- Tak mi się wyda­wało. Ale kiedy odwró­ciła się do mnie, zoba­czy­łem, że pła­cze, trzy­ma­jąc rękę na brzu­chu. Była w ciąży. Nie znam się na tym, ale wyda­wało mi się, że to ósmy albo dzie­wiąty mie­siąc.

Inspek­tor jed­nak przy­sia­dła się do niego, a ich kolana nie­mal się zetknęły.

- Opo­wiedz, co mówiła.

- Nie wiem, czy mogę.

- Jezu, Joe, prze­cież to nie była spo­wiedź. Nie wiążą cię żadne zasady etyki kapłań­skiej.

- Nie roz­ma­wia­li­śmy w kon­fe­sjo­nale, co do tego masz rację, ale sądzę, że jej wyzna­nia i tak obej­muje tajem­nica spo­wie­dzi.

Poli­cjantka zerwała się z miej­sca.

- Och, na litość boską! Ty i te prawa spi­sane przez ludzi w imię nie­wi­dzial­nych bogów!

- Usiądź, Lot­tie. - Jego głos brzmiał tak spo­koj­nie i pew­nie, że posłu­chała mimo iry­ta­cji. - Bie­daczka była zroz­pa­czona. Roz­dra­py­wała sobie ręce paznok­ciami. Choć wie­czór był cie­pły i miała na sobie bluzę, cała dygo­tała. Ale zauwa­ży­łem w niej coś, co mnie powstrzy­mało od pocie­sza­nia jej. Rozu­miesz?

- Nie cał­kiem.

- A potem się ode­zwała...

- Mów dalej - ostroż­nie pona­gliła go Lot­tie.

- Powie­działa: "Twój Bóg nie potra­fił ochro­nić mnie przed złem". To mnie śmier­tel­nie wystra­szyło. Te słowa... Jakby wypo­wie­działa je o wiele star­sza, znu­żona życiem kobieta.

- Jezu, Joe... To dziwne. Co zro­bi­łeś?

- Byłem zasko­czony. Nie wie­dzia­łem, co robić ani mówić. A potem zaczęła się ze mnie śmiać. Tak jakby pła­kała i śmiała się rów­no­cze­śnie. Po czym zerwała się i pobie­gła. Czy raczej pokuś­ty­kała. Ści­skała brzuch, jakby dziecko miało z niej zaraz wypaść.

- Widzia­łeś, dokąd poszła?

Joe odwró­cił się i wska­zał ścieżkę mię­dzy drze­wami.

- Tam - dodał.

Inspek­tor wstała i osła­nia­jąc oczy ręką, pró­bo­wała doj­rzeć coś mię­dzy liśćmi.

- Ruszy­łeś za nią?

- Nie, pozwo­li­łem jej odejść. - Pod­niósł się i chwy­cił Lot­tie za łokieć, obra­ca­jąc ją twa­rzą do sie­bie. - Myślę, że to może być ta młoda kobieta, którą odwieź­li­ście do szpi­tala.

- Skąd to przy­pusz­cze­nie?

- Cała zakrwa­wiona i tuż po poro­dzie. To musi być ona.

- Chcia­ła­bym wie­dzieć, jak zdo­by­łeś te infor­ma­cje.

- Jestem szpi­tal­nym kape­la­nem. Wiem to od jed­nej z pie­lę­gnia­rek.

- Zatem gdzie twoim zda­niem jest jej dziecko, o wszech­wie­dzący?

- Ten sar­kazm jest nie­po­trzebny.

- Prze­pra­szam - powie­działa Lot­tie, dostrze­ga­jąc błysk bólu w jego oczach.

Ktoś zawo­łał ją po imie­niu, więc się odwró­ciła. Boyd biegł w ich stronę.

- Co się stało? - spy­tała.

- Mamy zwłoki.

- Gdzie?

- W kanale. Dwóch chłop­ców wybrało się na ryby. Jezu, Lot­tie...

- O co cho­dzi, Boyd?

Zała­mał ręce.

- To nie­mowlę.

- O nie... Cho­lera.

- A jed­nym z chłop­ców, któ­rzy je zna­leźli, jest... twój syn.

- Cho­lera, cho­lera, cho­lera.

8

Dwaj chłopcy stali obok sie­bie pod uważ­nym okiem sier­żant Marii Lynch. Upew­niw­szy się, że Seanowi nic nie jest, Lot­tie ode­tchnęła głę­boko i pode­szła do brzegu kanału.

- Nic nie widzę.

Boyd podał jej wędkę.

- Masz, użyj tego.

Przy­klę­kła i pochy­liła się, roz­gar­nia­jąc zaro­śla drew­nia­nym kijem.

- Co, do dia­bła? - Cof­nęła się, nie­mal wypusz­cza­jąc wędkę.

Wśród pustych puszek, śmieci i trzcin dostrze­gła fio­le­to­wo­siną skórę. Małe nagie pośladki. Nie­wiel­kie dło­nie i palce. Ciało wśród odpad­ków. Porzu­cone. Ofiara mor­der­stwa?

- Dobry Boże w nie­bie­siech - wyszep­tała. - Czy chło­paki mają pod­bie­rak? Przy­nie­ście też jakąś plan­dekę.

- Hej, Lynch - ode­zwał się Boyd. - Zawo­łaj, żeby dali płachtę.

- Kirby już po nią poszedł. - Sier­żant wska­zała masyw­nego detek­tywa, który szybko zbli­żał się ścieżką ze zwi­niętą folią pod pachą, po czym podała Lot­tie pod­bie­rak.

Inspek­tor wło­żyła nitry­lowe ręka­wiczki.

- Niech Boyd się tym zaj­mie - zasu­ge­ro­wała Lynch. - Myślę, że powin­naś zaopie­ko­wać się swoim synem.

Lot­tie zer­k­nęła na nasto­lat­ków i powie­działa:

- Przyjdę za minutę. Zaj­mij ich czymś. Nie chcę, żeby to widział.

- Już widział. On to zgło­sił. - Maria wró­ciła do chłop­ców.

Lot­tie kiw­nęła głową do syna, dając mu znać, żeby się nie ruszał, i cze­kała, aż Kirby roz­wi­nie gruby pla­stik.

- Tech­nicy już tu jadą - wysa­pał. - Nie powin­ni­śmy pocze­kać?

Lot­tie pokrę­ciła głową. Uklę­kła na folii, chwy­ciła rączkę pod­bie­raka, głę­boko ode­tchnęła i się­gnęła w stronę ciała. Wsu­nęła pod nie siatkę i przy­cią­gnęła do brzegu kanału.

- Zabierz chłop­ców na komi­sa­riat, Lynch! - krzyk­nęła przez ramię. Poli­cjantka, która była w zaawan­so­wa­nej ciąży, nie powinna tego oglą­dać. Ani Sean, który stał rap­tem kilka metrów dalej. Chciała pod­biec i go przy­tu­lić, zapew­nić, że jej praca nie zawsze tak wygląda.

- Dobrze - odrze­kła Maria led­wie sły­szal­nym szep­tem.

Upew­niw­szy się, że sier­żant wraz z chłop­cami ode­szła, Lot­tie przy­cią­gnęła ciało bli­żej i przy pomocy Boyda uło­żyła je na pla­sti­ko­wej płach­cie.

Usia­dła na ścieżce i unio­sła wzrok.

- Biedna kru­szyna. Jezu, Boyd, co tu się stało?

Sier­żant tylko pokrę­cił głową. Tego, na co patrzyli, nie dało się opi­sać żad­nymi sło­wami.

* * *

Hope miała zawroty głowy od upału, ale mimo to szła dalej. Kamie­nie i żwir raniły jej bose stopy, jed­nak czuła tylko ból w brzu­chu. Pustkę. Poczu­cie próżni. Takiej, któ­rej jest się świa­do­mym, ale któ­rej nie da się okre­ślić. Jej dziecko znik­nęło, lecz miała wra­że­nie, że coś innego krąży swo­bod­nie w jej żyłach, i to ją prze­ra­żało. Co miała teraz zro­bić?

Minęła zakręt i w miej­scu, w któ­rym rzeka wpa­dała do kanału, ujrzała jakieś zamie­sza­nie. Zatrzy­mała się. Co się tam działo? Przy­kuc­nęła wśród trzcin i wyso­kich traw. Dwaj chłopcy i... Nie! Poli­cja. Spoj­rzała w tył, ale nie miała siły, by wra­cać i nad­kła­dać drogi do domu. Po lewej stro­nie znaj­do­wał się wysoki wał, a za nim pod­mo­kłe pole. Zna­la­zła się w sytu­acji bez wyj­ścia. Utknęła i musiała cze­kać, aż to, co się tam działo, dobie­gnie końca. Miała nadzieję, że to tylko jakieś mło­kosy przy­ła­pane na piciu lub pale­niu trawki.

Usia­dła na brzegu i zanu­rzyła stopy w chłod­nej wodzie, która uśmie­rzyła nieco ból spo­wo­do­wany drob­nymi ranami. Hope czuła, że zupeł­nie się nie liczy. Była nikim. Tylko jedna osoba jej potrze­bo­wała. I to dla niej cze­kała w tym miej­scu, aż droga będzie wolna.

Poło­żyła się na tra­wie i wkrótce zapa­dła w sen.

* * *

Przy­je­chał Jim McGlynn, szef zespołu kry­mi­na­li­sty­ków. Pot per­lił się na jego czole i ście­kał po nosie. Wło­żył strój ochronny i wszedł na ścieżkę, prze­chy­la­jąc się pod cię­ża­rem wiel­kiej walizki.

Nacią­gnął maskę na twarz i przy­kląkł obok Lot­tie.

- Nie wspo­mnę o tym, że zanie­czy­ściła pani miej­sce zbrodni.

- Wcze­śniej zanie­czy­ścili je chłopcy, któ­rzy zna­leźli ciało.

McGlynn przyj­rzał się ofie­rze i powie­dział:

- Nowo­ro­dek. Pępo­wina została prze­cięta ostrym narzę­dziem, pew­nie nożem. Może nożycz­kami. - Dłoń w ręka­wiczce zawi­sła nad brzu­chem dziecka.

- Jak zmarł? - wyszep­tała Lot­tie.

- Nie ma żad­nych widocz­nych obra­żeń zewnętrz­nych.

- Uro­dził się żywy?

- Nie dowiemy się, dopóki pato­log nie prze­pro­wa­dzi sek­cji.

- Długo leżał w wodzie?

- Nie mam jak tego okre­ślić. I uprze­dza­jąc kolejne pyta­nie, nie wiem, od jak dawna nie żyje.

- A co panu mówi intu­icja? - naci­skała Par­ker. Słońce paliło ją w plecy, a włosy lepiły się do skóry na karku. Prze­po­cona koszulka przy­le­gała do jej ciała niczym wil­gotna ścierka.

McGlynn zaczerp­nął powie­trze głę­boko do płuc i wydmu­chał je przez maseczkę.

- Moja intu­icja nie ma tu nic do rze­czy. Oboje widzimy, że dziecko wylą­do­wało w kanale. Albo już mar­twe, albo się uto­piło. Co prawda na szyi wid­nieją zasi­nie­nia, ale mogły też powstać w cza­sie porodu.

- Kosz­mar... - wes­tchnęła inspek­tor. - Biedne maleń­stwo. - Żołą­dek pod­szedł jej do gar­dła i ucie­szyła się, że wyszła z domu bez śnia­da­nia. - Jane powinna nie­długo przy­je­chać - dodała, mając na myśli pato­log, która sta­cjo­no­wała w odle­głym o czter­dzie­ści kilo­me­trów Tul­la­more.

- Zaraz roz­sta­wimy namiot. Nie uda nam się tu zebrać zbyt wiele mate­riału, ale widzę polne kwiaty zaplą­tane w sito­wie. Może to coś zna­czy, a może nie.

- Wezwać ekipę nur­ków? - zapy­tała Lot­tie.

- Ja cze­kam na pato­log. Pro­szę robić, co pani musi.

- Dzięki. - Wstała i odwró­ciła się do Boyda. - O co tutaj cho­dzi?

- Pew­nie młoda dziew­czyna nie umiała sobie pora­dzić z nie­chcianą ciążą. Przy­szła tu, żeby uro­dzić. I dziecko albo przy­szło na świat mar­twe, albo ona... no wiesz. Zabiła je.

Inspek­tor przy­po­mniała sobie zakrwa­wioną nasto­latkę, która rano poja­wiła się w komi­sa­ria­cie.

- Czym prze­cięła pępo­winę? Nie widzę noża ani niczego ostrego. A ty? Trzeba dokład­nie prze­szu­kać oko­licę. - Poka­zała ręką, jaki obszar należy odgro­dzić. Nagle przy­po­mniała sobie o Seanie i poczuła przy­pływ paniki. - Lynch zabrała chłop­ców? Co oni tu w ogóle robili?

- Węd­ko­wali - wyja­śnił Boyd, zbie­ra­jąc porzu­cone torby i sprzęt.

Podał wszystko mun­du­ro­wemu.

- To stara torba woj­skowa Adama - zauwa­żyła Lot­tie.

- Chodź - powie­dział Mark. - Potrze­bu­jesz kawy. Wyglą­dasz upior­nie.

- Przy­da­łoby mi się coś moc­niej­szego.

* * *

Pato­log Jane Dore nie potrze­bo­wała wiele czasu na oglę­dziny miej­sca zda­rze­nia, a gdy tylko zba­dała ciało dziecka, wydała zgodę na prze­wie­zie­nie go do kost­nicy. Nie­ofi­cjal­nie zakla­sy­fi­ko­wała wyda­rze­nie jako zgon w podej­rza­nych oko­licz­no­ściach.

Dokąd zmie­rza Rag­mul­lin?, zasta­na­wiała się Lot­tie. Mia­sto konało, uwi­kłane w korup­cję, mor­der­stwa i nad­uży­cia. Miała już tego dosyć. A teraz bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek mar­twiła się, że jej dzieci muszą dora­stać w takim miej­scu.

W cen­trum ope­ra­cyj­nym na tablicy zawi­sło tylko jedno zdję­cie - nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nego nowo­rodka. Lot­tie zer­k­nęła na nie, zanim poszła szu­kać swo­jego syna.

Lynch i chłopcy sie­dzieli w sto­łówce. Inspek­tor pod­bie­gła do Seana i mocno go przy­tu­liła.

- Co się stało? Po co poszli­ście nad kanał? Kto zna­lazł ciało? Nic ci nie jest?

- Nic mi nie jest, mamo. Szcze­rze. Łowi­li­śmy z Bar­rym ryby.

Lot­tie obrzu­ciła spoj­rze­niem dru­giego nasto­latka i spy­tała:

- A kim jest Barry?

- Barry Duffy - dodała Lynch. - Cze­kamy na przy­by­cie któ­re­goś z jego rodzi­ców.

Barry z ner­wo­wym rumień­cem na bla­dych policz­kach sie­dział na czer­wo­nym pla­sti­ko­wym krze­śle. Prze­po­cone jasne włosy kle­iły mu się do głowy. Dla­czego Sean wybrał się z nim na ryby? Lot­tie wyda­wało się, że ni­gdy wcze­śniej nie widziała tego chło­paka.

- Znamy się ze szkoły - pospie­szył z wyja­śnie­niem syn, jakby czy­tał jej w myślach.

- Ile masz lat, Barry? - zapy­tała.

- Pięt­na­ście.

Czyli był w wieku Seana.

- Gdzie miesz­kasz? Kto do cie­bie przy­je­dzie - mama czy tato? Musimy się tu uwi­nąć jak naj­szyb­ciej.

- Z czym się uwi­nąć? - zapy­tał chło­pak.

- Chcę dokład­nie poznać prze­bieg wyda­rzeń, w któ­rych wyniku zna­leź­li­ście to nie­mowlę.

- A Sean nie może pani opo­wie­dzieć? Byli­śmy tam razem.

- Zrobi to, ale chcę też usły­szeć, co ty masz do powie­dze­nia.

- Łowi­li­śmy ryby, a potem... potem Sean zauwa­żył ciało i zadzwo­nił pod numer alar­mowy.

- Przy­kro mi, ale for­malne prze­słu­cha­nie mogę prze­pro­wa­dzić tylko w obec­no­ści two­ich rodzi­ców.

- Nie potrze­buję ich.

Lot­tie zauwa­żyła, że policzki chło­paka odzy­skują nor­malną barwę, a wraz z nią poja­wia się odro­bina bra­wury cha­rak­te­ry­stycz­nej dla zbun­to­wa­nych nasto­lat­ków. Nic się nie sta­nie, jeśli zbiorę pod­sta­wowe infor­ma­cje, pomy­ślała.

- Byłeś już wcze­śniej na tym odcinku kanału?

- Cho­dzę tam na ryby, jeśli chcę poło­wić. Ale nie codzien­nie.

- Kiedy byłeś tam ostat­nio?

- Nie mam nic wspól­nego ze sprawą tego dziecka, jeżeli to pani suge­ruje.

- Niczego nie suge­ruję. Chcę tylko okre­ślić, jak długo ciało mogło leżeć w wodzie. - Inspek­tor zamil­kła i spoj­rzała na syna. - Widzie­li­ście kogoś w oko­licy, zanim dotar­li­ście na miej­sce?

Sean się zaru­mie­nił.

- Kilka razy się prze­no­si­li­śmy i tro­chę łowi­li­śmy. Wła­śnie mie­li­śmy znów zmie­nić miej­sce, kiedy zna­leź­li­śmy ciało.

Gdy mówił, Lot­tie wyczuła w jego odde­chu zapach alko­holu.

- Pili­ście?

- Nie - zaprze­czył Sean.

- Tak - potwier­dził Barry.

- Tylko jedną puszkę - zapew­nił natych­miast jej syn. - Kiedy wrzu­ci­łem ją do wody, zauwa­ży­łem nie­mowlę... ciało.

Lot­tie pomy­ślała, że chło­pak zaraz się roz­pła­cze. Szybko go przy­tu­liła, ale wyrwał się z jej objęć. Czyżby się wsty­dził w obec­no­ści kum­pla? Będzie musiała z nim póź­niej poroz­ma­wiać.

Ponow­nie zwró­ciła się do Barry'ego:

- Zatem kiedy ostat­nio byłeś w tym kon­kret­nym miej­scu?

- Może dwa dni temu. Posze­dłem sam, ale w poje­dynkę to żadna zabawa, dla­tego dzi­siaj zapro­si­łem Seana.

- Dla­czego aku­rat jego? Prze­cież się nie przy­jaź­ni­cie.

- Mamuś! - zapro­te­sto­wał jej syn.

- Wiem, że upra­wia różne sporty, a kie­dyś mówił, że jego tato węd­ko­wał. - Barry sku­bał skórki przy paznok­ciach, nie pod­no­sząc głowy.

- Cza­sami się spo­ty­kamy - dodał Sean.

- Dobra, na razie wystar­czy. - Poli­cjantka uświa­do­miła sobie, że wię­cej się nie dowie. - Barry, musisz pocze­kać na rodzi­ców, zanim cię puścimy.

- Nie muszę na nich cze­kać. Mogę sam wró­cić do domu. Towa­rzy­stwa poli­cjan­tów też nie potrze­buję.

- Masz za sobą trau­ma­tyczne prze­ży­cie. Lepiej pocze­kaj, aż ktoś cię odbie­rze.

- Rodzice nie lubią, jak im się prze­szka­dza. Tato będzie w pracy.

- Na pewno chcie­liby wie­dzieć, że nic ci nie jest. Dzwo­ni­łaś do nich, Lynch?

- Skon­tak­to­wa­łam się z mamą Barry'ego. Powie­działa, że zawia­domi męża. Raczej jej się nie spie­szyło - dodała Maria.

Barry wyjął tele­fon i otwo­rzył listę kon­tak­tów. Poka­zał ją Lot­tie.

- To numer mojego ojca, Paula Duffy'ego.

- Tego leka­rza?

- Tak. Nie będzie zado­wo­lony, że zabu­rzamy mu porzą­dek dnia.

- A mama?

- Julia. Jej numer jest poni­żej.

Lot­tie zapi­sała oba numery i popro­siła Lynch, by posie­działa z chło­pa­kiem, dopóki ktoś go nie odbie­rze.

- Możemy zor­ga­ni­zo­wać for­malne prze­słu­cha­nie póź­niej albo jutro rano. Zależy, co powie­dzą jego rodzice.

- Dobra - zgo­dziła się Lynch, zwią­zu­jąc dłu­gie jasne włosy gumką, po czym poszła do auto­matu po coś do picia.

Po wyj­ściu z pokoju inspek­tor kolejny raz przy­tu­liła Seana.

- Jak to się stało, że z nim wysze­dłeś?

- Z Bar­rym? Tak jak mówił, napi­sał do mnie i zapro­sił na ryby. Mam dość sie­dze­nia u babci, bo dziew­czyny cią­gle się kłócą, a Louis pła­cze. Każda inna opcja jest lep­sza.

- I to był jego pomysł, żeby pić piwo?

- Cydr - zaopo­no­wał Sean z nutą bez­czel­no­ści.

- Wiesz, o co mi cho­dzi. - Popro­wa­dziła go scho­dami na dół do dyżurki.

- Wypi­łem tylko jedną puszkę. I to nie­całą, więc nie musisz być świę­cie obu­rzona, mamuś. Dokąd teraz idziemy?

- Do domu.

- Nie mamy domu - ponuro odrzekł chło­pak. - Ty też idziesz?

- Tak.

- Nie musisz. Nic mi nie jest. Powin­naś się dowie­dzieć, co się przy­da­rzyło temu malu­chowi.

- Mogę popro­sić, żeby cię odwieźli radio­wo­zem. Pasuje ci to?

- Fan­ta­styczny pomysł. Serio.

Przyj­rzała mu się - jego błę­kit­nym oczom i jasnym wło­som opa­da­ją­cym na czoło. Wyglą­dało na to, że chło­pak pró­buje zapu­ścić brodę, ale nie­sku­tecz­nie. Jego pod­bró­dek zdo­bił deli­katny puch zamiast zaro­stu. Gładka cera i błysz­czące oczy zdra­dzały młody wiek. Lot­tie musiała przy­znać, że wygląda jak skóra zdjęta z ojca.

Uśmiech­nął się do niej, a ona poczuła, jak jego ser­decz­ność i szcze­rość topią jej serce. Był jej synem. Znała każdy włos na jego gło­wie, ale nie miała poję­cia, co się w niej kryje. Nie chciał, by znała jego myśli. Ale czy jako matka nie miała prawa ich poznać? Zro­zu­mieć, jak działa jego umysł? Albo jak nie działa, na przy­kład wtedy, gdy cier­piał na napady lęku i stał na kra­wę­dzi depre­sji.

- Na pewno? - spy­tała.

- Czy to nie­mowlę zostało zamor­do­wane?

- Nie wiem. Może to tra­giczny wypa­dek i dziecko zmarło przy poro­dzie, a ciało zostało porzu­cone.

- Znajdź jego matkę. Nie będę mógł spo­koj­nie zasnąć, dopóki tego nie zro­bisz.

- Ja też - szep­nęła mu Lot­tie do ucha.

Poca­ło­wała go w poli­czek, a chło­pak zbiegł po scho­dach do cze­ka­ją­cego radio­wozu. Inspek­tor była nie­mal pewna, że matką nie­ży­ją­cego dziecka jest dziew­czyna, którą odwieźli do szpi­tala. Prze­słu­cha Hope Cot­ter, gdy tylko jej stan się poprawi, ale naj­pierw chciała się cze­goś o niej dowie­dzieć.

9

Dotarł­szy do osie­dla Mun­bally Grove, na któ­rym miesz­kała Hope Cot­ter, Par­ker i Boyd poczuli jesz­cze więk­sze przy­gnę­bie­nie. Z powodu nie­ustan­nych awan­tur i zakłó­ceń porządku miej­sce to ota­czała zasłu­żona zła sława. Ktoś, kto się tu uro­dził, raczej nie miał szans zajść daleko. Tylko kilka uzdol­nio­nych osób wyrwało się stąd w jed­nym kawałku.

- Powin­ni­śmy mieć na sobie kami­zelki nożo­od­porne - stwier­dził Boyd.

- Dra­ma­ty­zu­jesz bar­dziej niż moja Chloe - zga­siła go Lot­tie.

Jej zespół zajął się usta­la­niem oko­licz­no­ści towa­rzy­szą­cych śmierci dziecka, a ona posta­no­wiła spraw­dzić nazwi­sko i adres, które dostała ze szpi­tala, zanim spró­buje prze­słu­chać dziew­czynę. Hope Cot­ter była prze­cież pod strażą i ni­gdzie się nie wybie­rała.

Wje­chali na osie­dle od dru­giej strony i musieli poko­nać labi­rynt uli­czek mean­dru­ją­cych wśród około trzech setek domów. W końcu dotarli do rzędu sze­re­gó­wek, wśród któ­rych znaj­do­wał się numer pięć­dzie­siąt trzy. Domki miały pod­mu­rówkę z ciem­no­czer­wo­nych cegieł, a resztę ele­wa­cji pokry­wał nie­gdyś biały tynk kamycz­kowy, teraz spę­kany i posza­rzały.

- Czy to są alu­mi­niowe okna? - zapy­tał Boyd.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki