Piaski Diuny - Brian Herbert, Kevin J. Anderson

Kup ebooka

59.90 zł
46.71 zł (32,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WPROWADZENIE

ZIARNKA PIASKU I OPOWIADANIA

Diuna Franka Her­berta to jedna z pierw­szych praw­dzi­wie epic­kich powie­ści science fic­tion - zarówno pod wzglę­dem roz­ma­chu akcji, mno­go­ści wąt­ków i postaci, jak i obszer­no­ści.

Pier­wot­nie autor opu­bli­ko­wał swe dzieło w trzech czę­ściach: Księga I Diuna, Księga II Muad'Dib oraz Księga III Pro­rok. Całość liczyła w ory­gi­nale mniej wię­cej dwie­ście tysięcy słów, co ozna­cza, że była - jak na owe czasy - ogrom­nym przed­się­wzię­ciem, o wiele dłuż­szym od typo­wej powie­ści tego gatunku. Agent Franka Her­berta uwa­żał wręcz, że jest to praca nie­sprze­da­walna, i podob­nego zda­nia byli wszy­scy wydawcy, z wyjąt­kiem jed­nego: Chil­ton Books.

Na szczę­ście z cza­sem to prze­ko­na­nie ule­gło zmia­nie.

W ciągu ćwierć­wie­cza naszej wspól­nej pracy we wszech­świe­cie Diuny stwo­rzy­li­śmy - jako spółka autor­ska Brian Her­bert i Kevin J. Ander­son - cykl podob­nie obszer­nych powie­ści, liczą­cych od stu trzy­dzie­stu do dwu­stu czter­dzie­stu tysięcy słów.

Jed­nakże two­rząc tak skom­pli­ko­waną sieć opo­wie­ści i tak liczne zastępy postaci, bywamy zain­try­go­wani skrom­niej­szymi pomy­słami, pobocz­nymi wyda­rze­niami czy cie­ka­wymi miej­scami, a nawet poje­dyn­czymi sce­nami, dla któ­rych nie ma miej­sca w powie­ścio­wej nar­ra­cji. Zda­rzało się też, że chcie­li­śmy przy­bli­żyć czy­tel­ni­kom jakąś dru­go­pla­nową postać lub nie­do­koń­czony wątek, by jesz­cze wzbo­ga­cić epicką sagę obej­mu­jącą już ponad dwa­dzie­ścia powie­ści.

Owe krót­sze histo­rie to raczej ziarnka pia­sku niż monu­men­talne wydmy. Mimo to sta­no­wią istotny ele­ment wszech­świata Diuny.

Pierw­sze opo­wia­da­nie, które napi­sa­li­śmy wspól­nie pod koniec lat dzie­więć­dzie­sią­tych, było owo­cem uważ­nej lek­tury krót­kiej rela­cji z Diuny, doty­czą­cej bitwy o Arra­kin. Pod­czas bru­tal­nej rewolty prze­ciwko rodowi Atry­dów baron Har­kon­nen używa archa­icz­nej arty­le­rii do ostrzału jaskiń w Murze Zapo­ro­wym, gdzie znaj­dują się pozy­cje obronne żoł­nie­rzy wier­nych Atry­dom. "Armaty nad­gry­zały groty, do któ­rych wyco­fali się wojow­nicy księ­cia, by bro­nić się w nich do ostatka. Powolny rytm uką­szeń poma­rań­czo­wej łuny, kaskady kamie­nia i pyłu w krót­kich ilu­mi­na­cjach grze­bały ludzi Leto osa­czo­nych jak zwie­rzęta w norach, ska­zu­jąc ich na śmierć gło­dową".

Nasze opo­wia­da­nie Szept kala­dań­skich mórz przy­bliża losy owych ska­za­nych na zagładę żoł­nie­rzy uwię­zio­nych w jaski­niach pustyn­nego świata, daleko od ich uko­cha­nego oce­anu. O czym myśleli w ostat­nich chwi­lach życia? Jak się zacho­wy­wali, gdy koń­czyły im się powie­trze i woda? Pier­wot­nie opu­bli­ko­wane w cza­so­pi­śmie "Ama­zing Sto­ries" opo­wia­da­nie to tra­fiło do zbioru Droga do Diuny.

Wie­lo­krot­nie powra­ca­jąc do lek­tury pierw­szej powie­ści, wciąż odnaj­do­wa­li­śmy nowe, fascy­nu­jące wątki. Były niczym rzu­cone mimo­cho­dem pyta­nia, naszym zda­niem zasłu­gu­jące na odpo­wie­dzi w osob­nych opo­wia­da­niach.

Oto przy­kład: wie­kowa och­mi­strzyni Sza­dout Mapes - kobieta cichego, pokor­nego cha­rak­teru, lecz jak się oka­zało, z nutą buntu - przez dłu­gie lata zno­siła rządy Har­kon­ne­nów. Nim została zamor­do­wana na kar­tach Diuny, w sce­nach z jej udzia­łem mogli­śmy zna­leźć jedy­nie wzmianki o jej dłu­gim i boga­tym życiu. Uzna­li­śmy, że warto opo­wie­dzieć choć część histo­rii o tym, jak dzielna fre­meń­ska kobieta opie­rała się tyra­nii Har­kon­ne­nów zarówno bru­tal­nymi, jak i sub­tel­nymi środ­kami. Opo­wia­da­nie Ostrze kry­snoża otwiera niniej­szy zbiór.

Pod­czas bitwy o Arra­kin, gdy mia­sto jest już prak­tycz­nie w rękach Har­kon­ne­nów, baron roz­ko­szuje się myślami o tym, co uczyni swemu arcyw­ro­gowi, poj­ma­nemu księ­ciu Leto. Wtedy staje przed nim ponury sar­dau­kar, puł­kow­nik baszar, i twier­dzi, że z roz­kazu Impe­ra­tora książę ma być trak­to­wany hono­rowo. "Impe­ra­tor pole­cił mi upew­nić się, że jego kró­lew­ski krew­niak umrze przy­zwo­icie, bez męczarni [...]. Mam zamel­do­wać Impe­ra­torowi, co widziały moje oczy". Ofi­cer ze sporą deter­mi­na­cją stara się spra­wić, by Leto Atryda nie cier­piał bar­dziej niż to konieczne.

Zasta­na­wia­li­śmy się, co może łączyć puł­kow­nika sar­dau­ka­rów z księ­ciem Leto; jakie mogły być jego związki z rodem Atry­dów. Pra­gnę­li­śmy też po raz pierw­szy opo­wie­dzieć w bar­dziej oso­bi­sty spo­sób o losach budzą­cego grozę żoł­nie­rza, który jako mały chło­piec, uchodźca, został wcie­lony do kor­pusu sar­dau­ka­rów i wyszko­lony do roli bez­li­to­snego zabójcy. Tak powstało opo­wia­da­nie Krew sar­dau­ka­rów, które umie­ści­li­śmy jako dru­gie w niniej­szym tomie.

Źró­dłem kolej­nej histo­rii jest ów okres w Diu­nie, kiedy to Paul dołą­cza do Fre­me­nów i stop­niowo prze­ista­cza się w legen­dar­nego Muad'Diba. To także czas, w któ­rym tru­ba­dur-wojow­nik Gur­ney Hal­leck znika ze sceny - znaj­duje dom, dołą­cza do grupy prze­myt­ni­ków i wraz z nimi pro­wa­dzi drobne ope­ra­cje par­ty­zanc­kie prze­ciwko znie­na­wi­dzo­nym Har­kon­ne­nom. Jakież to przy­gody musiał wów­czas prze­żyć ktoś taki jak Gur­ney Hal­leck! Posta­no­wi­li­śmy zagłę­bić się w owe "utra­cone lata" w Wodach kanly, trze­cim opo­wia­da­niu tego zbioru.

I wresz­cie powę­dru­jemy w prze­szłość - akcja czwar­tego opo­wia­da­nia toczy się bowiem dzie­sięć tysięcy lat wcze­śniej - by przyj­rzeć się burz­li­wym wyda­rze­niom będą­cym pokło­siem Dżi­hadu Butle­row­skiego, pod­czas któ­rego uni­ce­stwiono myślące maszyny. Były to czasy kształ­to­wa­nia się Impe­rium, a także początki chwały dyna­stii Cor­ri­nów, która miała zawład­nąć całą ludz­ko­ścią. Już wtedy w Land­sra­adzie trwała bez­li­to­sna, krwawa wen­deta mię­dzy rodami Atry­dów i Har­kon­ne­nów.

Z bie­giem lat rany, które zadały sobie nawza­jem dwa wiel­kie rody, sta­wały się coraz głęb­sze. Akcja opo­wia­da­nia zaty­tu­ło­wa­nego Dwór impe­rialny toczy się kilka lat po wyda­rze­niach Nawi­ga­to­rów Diuny. Przed­sta­wia kolejną odsłonę tego kon­fliktu, a jed­no­cze­śnie otwiera drogę do zupeł­nie nowego roz­działu dzie­jów tej pustyn­nej pla­nety.

Pia­ski Diuny to kolejny etap odkry­wa­nia wszech­świata Franka Her­berta, roz­cią­ga­ją­cego się na tysiąc­le­cia i miliony pla­net. Pozo­staje nam jedy­nie wyra­zić wdzięcz­ność za pozo­sta­wie­nie nam tak roz­le­głego płótna, na któ­rym cie­sząc się peł­nią twór­czej swo­body, możemy szki­co­wać wła­sne opo­wie­ści.

Brian Her­bert i Kevin J. Ander­son

I

Gdy w upal­nym pustyn­nym powie­trzu paro­wała krew pokry­wa­jąca jej dło­nie, Mapes żało­wała takiego mar­no­traw­stwa wody. Nie mogła mu jed­nak zapo­biec - ci ludzie musieli umrzeć. Byli Har­kon­ne­nami.

Olbrzymi kom­bajn przy­pra­wowy dud­nił i war­czał, mie­ląc masyw­nymi gąsie­ni­cami grzbiet wydmy w gorą­cym sercu pustyni. Otwory wlo­towe poły­kały pia­sek, który następ­nie był tra­wiony w trze­wiach wiel­kiej machiny przez skom­pli­ko­wany sys­tem wiró­wek i sepa­ra­to­rów elek­tro­ma­gne­tycz­nych. Raz po raz kom­bajn rzy­gał chmurą pyłu i resz­tek, które opa­dały na łachach pia­sku stra­to­wa­nych przez peł­zną­cego kolosa, a ukryte w jego wnę­trzu zbior­niki stop­niowo napeł­niały się rzad­kim spe­cja­łem: melan­żem.

Hała­śli­wej pracy maszyny towa­rzy­szyły ryt­miczne wibra­cje, dobrze wyczu­walne pod powierzch­nią pia­sków. To, że lada chwila pojawi się zwa­biony nimi czerw, było raczej pewne. Mecha­niczny zgiełk spra­wiał też, że trudno było usły­szeć odgłosy prze­mocy, któ­rej Fre­meni dopusz­czali się we wnę­trzu żni­wiarki.

Kolejny har­kon­neń­ski robot­nik pró­bo­wał wła­śnie uciec z mostka mobil­nej prze­twórni przy­prawy, lecz fre­meń­ski koman­dos śmierci, fedaj­kin, natych­miast ruszył za nim. Prze­brany w brudny kom­bi­ne­zon poru­szał się pew­nie, niczym dra­pież­nik na łowach, i głów­nie to odróż­niało go od podob­nie brud­nych i posęp­nych har­kon­neń­skich naj­mi­tów z załogi kom­bajnu.

Choć była drobna i śniada, młoda Mapes - tak jak jej towa­rzy­sze - dobrze się wpa­so­wała w ekipę robot­ni­ków. Nie lubiła jedy­nie śmiać się i żar­to­wać z tymi, któ­rych miała wkrótce pozba­wić życia; wolała nie widzieć w nich przy­ja­ciół. Tak czy ina­czej, nie­szcze­gól­nie docie­kliwi sze­fo­wie firmy bez oporu zatrud­nili jej oddział. Straty w zało­gach kom­baj­nów były bar­dzo duże - wielu ludzi zwy­czaj­nie dezer­te­ro­wało, inni ginęli w wypad­kach i kata­stro­fach. Mapes wie­działa, że część owych strat nie była kwe­stią przy­padku, lecz dzie­łem bojow­ni­ków o wol­ność, takich jak ona.

Jej towa­rzysz, Ahar, męż­czy­zna musku­larny, mało­mówny i bar­dzo oddany spra­wie, cisnął nie­szczę­snym robot­ni­kiem o meta­lową gródź, wzniósł kry­snóż - mleczne, kry­sta­liczne ostrze wyszli­fo­wane ze zgu­bio­nego zęba olbrzy­miego czer­wia - i wbił go głę­boko w jego gar­dło. Ofiara osu­nęła się na pokład, gul­go­cząc, ale nie wydała krzyku. Ahar użył instynk­tow­nego fre­meń­skiego pchnię­cia, które zadaje śmierć cicho i bły­ska­wicz­nie, bez zbęd­nego mar­no­wa­nia krwi.

Nie­stety tego dnia wojow­nicy z pustyn­nego ple­mie­nia nie mogli odzy­skać wody z krwi ofiar. Ich zada­nie było inne: mieli zabić załogę, znisz­czyć kom­bajn i znik­nąć niczym pia­skowe dia­bły nie­sione wichrem. Na nic wię­cej nie mieli czasu.

Mapes zaci­snęła dłoń na swoim nożu - ostrym jak brzy­twa, ale wyko­na­nym ze zwy­kłej pla­stali. Posia­da­nie kry­snoża było świę­tym przy­wi­le­jem, a towa­rzy­sze z siczy jesz­cze nie uznali jej za godną takiego zaszczytu, choć wzięła udział już w kil­ku­na­stu raj­dach.

Mapes była ogni­stej krwi, lecz fre­meń­skie kobiety nie­czę­sto wstę­po­wały w sze­regi fedaj­ki­nów, któ­rych oddziały powo­łano nie­gdyś, by doko­ny­wały zemsty za szcze­gólne krzywdy. Samo ist­nie­nie cie­mięz­ców spoza Diuny było zaś krzywdą zaiste wyjąt­kową. Fedaj­kini przy­jęli Mapes po czę­ści dla­tego, że posia­dała ponad­prze­ciętne umie­jęt­no­ści i była nader wytrwała, ale przede wszyst­kim przez wzgląd na jej matkę, która stała się legendą. Nie­któ­rzy dostrze­gali w Mapes nową Safię, dla­tego byli gotowi pozwo­lić jej, by dowio­dła swej war­to­ści.

Młoda kobieta podą­żała teraz za swą drugą tego dnia ofiarą. Już pię­ciu robot­ni­ków leżało tru­pem na mostku, a po brud­nych meta­lo­wych pły­tach pokładu spły­wała ich krew. Choć Mapes była znacz­nie drob­niej­sza od ści­ga­nego, to on czuł strach. Gdy wresz­cie go dopa­dła, z całej siły pchnęła go na pul­pit kon­tro­lny. Bro­nił się jak ktoś, kto ni­gdy w życiu nie brał udziału w walce: wyma­chi­wał ramio­nami, jakby wie­rzył, że w ten spo­sób ją odpę­dzi, więc jed­nym cio­sem noża roz­pła­tała mu dłoń. Stęk­nął i zgiął się wpół, raczej ze stra­chu niż z bólu.

- Dla­czego? Czemu to robi­cie? - wybeł­ko­tał. - Prze­cież dosta­li­ście wypłatę! My tylko wydo­by­wamy przy­prawę.

- Jeste­ście Har­kon­ne­nami - odpo­wie­działa. - Wszy­scy Har­kon­ne­no­wie muszą umrzeć.

Męż­czy­zna mach­nął ku niej zakrwa­wioną ręką i czer­wone kro­ple prze­cięły powie­trze niczym cenny deszcz.

- Nie jestem żad­nym Har­kon­ne­nem! Nawet nie spo­tka­łem Dymi­tra Har­kon­nena! Przy­le­cia­łem tu za robotą, ktoś musi obsłu­gi­wać te maszyny. Za sześć mie­sięcy koń­czy mi się umowa. - Męż­czy­zna urwał, spo­glą­da­jąc na mar­twych towa­rzy­szy. - Żaden z nas nie jest Har­kon­ne­nem.

- Pra­cu­je­cie dla wroga, zatem jeste­ście wro­gami. - Nie tra­cąc czasu na dal­szą dys­ku­sję, Mapes wbiła ostrze w ciało robot­nika, a potem ode­pchnęła go bez cere­gieli i pochy­liła się nad pul­pi­tem.

Wyłą­czyła sil­niki główne i ogromna mobilna prze­twór­nia ze zgrzy­tem zamarła w doli­nie mię­dzy dwiema wydmami. Mecha­nizm pobie­raka i wir­niki tur­bin skrzy­piały jesz­cze przez chwilę, zanim znie­ru­cho­miały. Sza­ro­be­żowy obłok gazów wyde­cho­wych z wolna roz­pły­nął się w powie­trzu.

Gło­śnik zatrzesz­czał i z komu­ni­ka­tora popły­nął natar­czywy głos:

- Wykryto znak czer­wia. Dystans: cztery minuty i dwa­dzie­ścia sekund. Przy­go­to­wać się do ewa­ku­acji.

Mapes zasta­na­wiała się przez moment, czy nie zigno­ro­wać tej wia­do­mo­ści, ale uznała, że warto kon­ty­nu­ować grę. Włą­czyła mikro­fon.

- Potwier­dzam. Przy­go­to­wu­jemy grupy ewa­ku­acyjne. Przy­ślij­cie zgar­niarkę.

Odwró­ciła się gwał­tow­nie, sły­sząc krzyk. Czło­nek załogi, ubrany w robo­czy kom­bi­ne­zon, biegł ku niej z despe­ra­cją w oczach. Unio­sła ostrze, by się bro­nić, lecz w tej samej chwili męż­czy­zna zgu­bił krok i zatrzy­mał się. Sto­jący za nim Fre­men coraz głę­biej wbi­jał mu kry­snóż w plecy, aż wresz­cie robot­nik sku­lił się i opadł ciężko na pokład.

Mapes poczuła radość w sercu, widząc zawa­diacką minę na przy­stoj­nym obli­czu tego, który ją ura­to­wał.

- Rafi­rze, mój kochany, dzię­kuję. Nagro­dzę cię, gdy wró­cimy do siczy.

Jej part­ner, serce jej serca, odwró­cił się ku pozo­sta­łym fedaj­ki­nom. Prócz nich na mostku nie było już nikogo żywego.

- Haj ha, pora ruszać! Wro­go­wie nie żyją, a Mapes wyłą­czyła maszynę. Zbliża się czerw!

Fre­meń­scy koman­dosi uznali, że to świetna nowina, i zakrzyk­nęli:

- Szej-hulud!

- Szej-hulud - odpo­wie­działa im Mapes.

Osta­tecz­nego oczysz­cze­nia pia­sko­wego pust­ko­wia miał za nich doko­nać olbrzymi czerw.

Szep­tem żału­jąc takiego mar­no­traw­stwa wody, Mapes, Rafir i ich towa­rzy­sze porzu­cili zakrwa­wione ciała robot­ni­ków, by przez właz dachowy wydo­stać się na powie­trze jak zawsze gęste od pyłu. Pobie­gli wprost ku dra­bince wio­dą­cej w dół ściany wiel­kiego kom­bajnu. Wyczu­wali coś jesz­cze: gry­zącą woń cyna­monu, któ­rej źró­dłem był świeży, mocny melanż. Odsło­nięta żyła przy­prawy przy­po­mi­nała rdzawą plamę pośród wydm. Dla obco­świa­tow­ców pew­nie warta była miliony sola­ri­sów, lecz teraz cała ta for­tuna miała powró­cić tam, gdzie było jej miej­sce: w pia­ski Diuny.

Trzy zespoły tere­nowe mknęły po zbo­czu wydmy; koła pojaz­dów zawzię­cie mie­liły sypki grunt. Lękliwe głosy robot­ni­ków, liczą­cych na rychłą ewa­ku­ację kom­bajnu i cen­nego ładunku, z tru­dem prze­bi­jały się przez sta­tyczne trza­ski - wszech­obecny pył sku­tecz­nie zakłó­cał łącz­ność.

- Czerw się zbliża. Mamy mniej niż trzy minuty! Dla­czego nie nada­li­ście sygnału do powrotu?

- Sze­fie, dla­czego nie odpo­wia­da­cie? - ode­zwał się rów­no­cze­śnie inny głos.

- Nad­la­tuje zgar­niarka, widzę ją. Powin­ni­śmy zdą­żyć do punktu zbiórki, ale z tru­dem.

Scho­dząc po roz­grza­nych słoń­cem meta­lo­wych szcze­blach, Mapes spoj­rzała w dół na Rafira. Wymie­nili uśmie­chy ostre jak klinga kry­snoża. Sta­nąw­szy na mięk­kim pia­sku, Mapes z ulgą zrzu­ciła znie­na­wi­dzony kom­bi­ne­zon robo­czy i cisnęła go precz z gorą­cym pustyn­nym wia­trem. Pozo­stali koman­dosi uczy­nili to samo w takim pośpie­chu, jakby czuli się zbru­kani. Wszy­scy mieli na sobie fil­traki, które regu­lo­wały w skwa­rze tem­pe­ra­turę ich ciał i pozwa­lały odzy­skać całą wodę wyda­laną przez orga­nizm. Mapes wycią­gnęła z koł­nie­rza ska­fan­dra rurki i wci­snęła do nosa wtyki umiesz­czone na ich koń­cach.

Poru­sza­jąc się oszczęd­nie, bez nad­mier­nego pośpie­chu, fedaj­kini okrą­żyli potężną machinę i roz­po­częli wspi­naczkę na grzbiet pobli­skiej wydmy. Mapes, choć nie­po­zorna, dotrzy­my­wała im kroku. Sza­no­wali ją za to. Na jej dło­niach schło tyle samo krwi co na rękach jej towa­rzy­szy.

Wysoko na nie­bie dostrze­gła odblask słońca na meta­licz­nej powierzchni - ratu­nek był już bli­sko. Zgar­niarki zapro­jek­to­wano tak, by mogły się łączyć z mobil­nymi prze­twór­niami przy­prawy i prze­no­sić je w bez­pieczne miej­sce, gdy tylko zja­wiały się wszę­do­byl­skie groźne czer­wie. Trzy pojazdy, któ­rymi robot­nicy wra­cali do kom­bajnu, były nie­da­leko, lecz tym razem ewa­ku­acja nie była im pisana.

Wspi­na­jąc się po rucho­mym zbo­czu wydmy, Fre­meni nawet nie pró­bo­wali uni­kać ryt­micz­nych wibra­cji wywo­ły­wa­nych ich kro­kami - w oko­licy, w któ­rej pra­co­wała żni­wiarka, nie bra­ko­wało innych źró­deł hałasu. Mapes zadarła głowę i na grzbie­cie diuny dostrze­gła samotną, sku­loną postać. Rafir także ją wypa­trzył.

- Ono­rio jest na miej­scu - ogło­sił.

Zgar­niarka - potężna kon­struk­cja z pra­co­wi­cie biją­cymi skrzy­dłami - prze­le­ciała nad ich gło­wami. Mapes przy­sta­nęła na chwilę, by popa­trzeć, jak robot­nicy wyska­kują z pojaz­dów i wyma­chu­jąc rękami, bie­gną ku wytra­ca­ją­cej pręd­kość maszy­nie.

W oddali, za śla­dami żni­wiarki, zauwa­żyła zmarszczki poja­wia­jące się na pia­sku. Zwinny olbrzym był coraz bli­żej. Nie mieli wiele czasu.

Na grzbie­cie wydmy Ono­rio wstał, nie dba­jąc już o kamu­flaż. Otrze­pał beżową pele­rynę z pyłu i uniósł długą rurę, by uło­żyć ją na ramie­niu. Było to archa­iczne urzą­dze­nie, które jeden z Fre­me­nów kupił inco­gnito od han­dla­rza sta­ro­ciami w Arra­kin. W mie­ście, w któ­rym więk­szość ludzi nosiła tar­cze, uwa­żano tę broń za bez­u­ży­teczną cie­ka­wostkę. Tu jed­nak, w głębi pustyni, z tar­czami bywało róż­nie, a ich gene­ra­tor zdolny ochro­nić zgar­niarkę i jej gigan­tyczny ładu­nek był po pro­stu za duży. Mapes znie­ru­cho­miała, wycze­ku­jąc skut­ków dzia­ła­nia zabyt­ko­wego urzą­dze­nia.

Ręczna wyrzut­nia rakiet wypluła pocisk. Pomknął ku niebu zaska­ku­jąco cicho, za to gdy z hukiem ude­rzył w bez­bronną zgar­niarkę, w powie­trzu roz­kwi­tła ogromna kula ognia i dymu. Maszyna roz­pa­dła się na czę­ści, które niczym dymiące mete­ory pomknęły ku oko­licz­nym wydmom. Jeden z więk­szych frag­men­tów ude­rzył w pojazd, zabi­ja­jąc dwóch robot­ni­ków, któ­rzy nie zdą­żyli zeń wysko­czyć.

Gdy wyco­fu­jący się fedaj­kini dotarli na grzbiet wydmy, Rafir pospie­szył do Ono­ria, by pogra­tu­lo­wać mu cel­nego strzału. Z całej załogi kom­bajnu jedy­nie trzech ludzi zostało przy życiu. Roz­pacz­li­wie pró­bo­wali się cho­wać za swymi pojaz­dami, choć dobrze wie­dzieli, co ich czeka, gdy przy­bę­dzie czerw.

Falu­jące zmarszczki na pia­sku zbli­żały się bły­ska­wicz­nie niczym sze­roki, beżowy front nad­cho­dzą­cej burzy. Wresz­cie czerw wybił się na powierzch­nię - lewia­tan z twar­dych pier­ścieni, z sze­roko roz­wartą, okrą­głą gar­dzielą w roz­mia­rze naj­więk­szej jaskini fre­meń­skiej siczy. Kry­sta­liczne zęby lśniły w niej niczym drobne sre­brzy­ste rogi.

Zwa­biony wibra­cjami i roz­draż­niony obec­no­ścią nie­pro­szo­nych gości Szej-hulud dostał szału. Choć urze­czona potęgą i maje­sta­tem czer­wia, Mapes świet­nie rozu­miała zagro­że­nie. Była jak drżący ze stra­chu gry­zoń zahip­no­ty­zo­wany spoj­rze­niem żmii goto­wej do ataku.

Rafir musnął jej ramię.

- Chodź, musimy wyko­rzy­stać zamie­sza­nie. - Ode­tchnął głę­boko, nim wci­snął do nosa wtyki i popra­wił klamry fil­traka. - Trzeba dotrzeć na skały. Od tego zależy nasze życie.

Czerw zaata­ko­wał nie­ru­chomy kom­bajn i wcią­gnął go głę­boko w piach wraz ze zbior­ni­kami peł­nymi melanżu. Znisz­czył też wszyst­kie ślady po roz­bi­tej zgar­niarce, porzu­cone pojazdy, a także ostat­nich robot­ni­ków.

Fedaj­kini rzu­cili się na prze­ciw­le­głe zbo­cze wiel­kiej wydmy i sto­czyli w dół, bez­wład­nie jak kamie­nie. Gdy zatrzy­mali się u jej pod­nóża, w pośpie­chu spraw­dzili stan apa­ra­tów odde­cho­wych, wło­żyli kap­tury, owi­nęli się pele­ry­nami i jęli zagrze­by­wać się w pia­sku.

Pokryta war­stwą pyłu Mapes sta­rała się leżeć nie­ru­chomo, nawet nie oddy­chać, by mak­sy­mal­nie spo­wol­nić pracę serca. Znik­nęli pod powierzch­nią pustyni, lecz prze­cież czerw nie uży­wał oczu, by namie­rzyć cel. Choć ota­czała ją ciem­ność, wie­działa, że jej bra­cia Fre­meni są bli­sko, a wśród nich Rafir. Szej-hulud tym­cza­sem trwał w świę­tym szale znisz­cze­nia.

Wiele godzin póź­niej, gdy czerw wyco­fał się w głąb pia­sków, Mapes i jej towa­rzy­sze wró­cili na powierzch­nię. Po zmroku, w bla­sku dwóch księ­ży­ców, ruszyli w drogę powrotną ku siczy.

Nie mogła się docze­kać, kiedy opo­wie matce o kolej­nym trium­fie nad Har­kon­ne­nami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki