WPROWADZENIE
ZIARNKA PIASKU I OPOWIADANIA
Diuna Franka Herberta to jedna z pierwszych prawdziwie epickich powieści science fiction - zarówno pod
względem rozmachu akcji, mnogości wątków i postaci, jak i obszerności.
Pierwotnie autor opublikował swe dzieło w trzech częściach: Księga I Diuna, Księga II Muad'Dib oraz Księga III Prorok. Całość liczyła w oryginale mniej więcej dwieście tysięcy słów, co oznacza, że była - jak
na owe czasy - ogromnym przedsięwzięciem, o wiele dłuższym od typowej
powieści tego gatunku. Agent Franka Herberta uważał wręcz, że jest to
praca niesprzedawalna, i podobnego zdania byli wszyscy wydawcy, z wyjątkiem jednego: Chilton Books.
Na szczęście z czasem to przekonanie uległo zmianie.
W ciągu ćwierćwiecza naszej wspólnej pracy we wszechświecie Diuny
stworzyliśmy - jako spółka autorska Brian Herbert i Kevin J. Anderson -
cykl podobnie obszernych powieści, liczących od stu trzydziestu do
dwustu czterdziestu tysięcy słów.
Jednakże tworząc tak skomplikowaną sieć opowieści i tak liczne zastępy
postaci, bywamy zaintrygowani skromniejszymi pomysłami, pobocznymi
wydarzeniami czy ciekawymi miejscami, a nawet pojedynczymi scenami, dla
których nie ma miejsca w powieściowej narracji. Zdarzało się też, że
chcieliśmy przybliżyć czytelnikom jakąś drugoplanową postać lub
niedokończony wątek, by jeszcze wzbogacić epicką sagę obejmującą już
ponad dwadzieścia powieści.
Owe krótsze historie to raczej ziarnka piasku niż monumentalne wydmy.
Mimo to stanowią istotny element wszechświata Diuny.
Pierwsze opowiadanie, które napisaliśmy wspólnie pod koniec lat
dziewięćdziesiątych, było owocem uważnej lektury krótkiej relacji z Diuny, dotyczącej bitwy o Arrakin. Podczas brutalnej rewolty przeciwko
rodowi Atrydów baron Harkonnen używa archaicznej artylerii do ostrzału
jaskiń w Murze Zaporowym, gdzie znajdują się pozycje obronne żołnierzy
wiernych Atrydom. "Armaty nadgryzały groty, do których wycofali się
wojownicy księcia, by bronić się w nich do ostatka. Powolny rytm ukąszeń
pomarańczowej łuny, kaskady kamienia i pyłu w krótkich iluminacjach
grzebały ludzi Leto osaczonych jak zwierzęta w norach, skazując ich na
śmierć głodową".
Nasze opowiadanie Szept kaladańskich mórz przybliża losy owych
skazanych na zagładę żołnierzy uwięzionych w jaskiniach pustynnego
świata, daleko od ich ukochanego oceanu. O czym myśleli w ostatnich
chwilach życia? Jak się zachowywali, gdy kończyły im się powietrze i woda? Pierwotnie opublikowane w czasopiśmie "Amazing Stories"
opowiadanie to trafiło do zbioru Droga do Diuny.
Wielokrotnie powracając do lektury pierwszej powieści, wciąż
odnajdowaliśmy nowe, fascynujące wątki. Były niczym rzucone mimochodem
pytania, naszym zdaniem zasługujące na odpowiedzi w osobnych
opowiadaniach.
Oto przykład: wiekowa ochmistrzyni Szadout Mapes - kobieta cichego,
pokornego charakteru, lecz jak się okazało, z nutą buntu - przez długie
lata znosiła rządy Harkonnenów. Nim została zamordowana na kartach
Diuny, w scenach z jej udziałem mogliśmy znaleźć jedynie wzmianki o jej długim i bogatym życiu. Uznaliśmy, że warto opowiedzieć choć część
historii o tym, jak dzielna fremeńska kobieta opierała się tyranii
Harkonnenów zarówno brutalnymi, jak i subtelnymi środkami. Opowiadanie
Ostrze krysnoża otwiera niniejszy zbiór.
Podczas bitwy o Arrakin, gdy miasto jest już praktycznie w rękach
Harkonnenów, baron rozkoszuje się myślami o tym, co uczyni swemu
arcywrogowi, pojmanemu księciu Leto. Wtedy staje przed nim ponury
sardaukar, pułkownik baszar, i twierdzi, że z rozkazu Imperatora książę
ma być traktowany honorowo. "Imperator polecił mi upewnić się, że jego
królewski krewniak umrze przyzwoicie, bez męczarni [...]. Mam zameldować
Imperatorowi, co widziały moje oczy". Oficer ze sporą determinacją stara
się sprawić, by Leto Atryda nie cierpiał bardziej niż to konieczne.
Zastanawialiśmy się, co może łączyć pułkownika sardaukarów z księciem
Leto; jakie mogły być jego związki z rodem Atrydów. Pragnęliśmy też po
raz pierwszy opowiedzieć w bardziej osobisty sposób o losach budzącego
grozę żołnierza, który jako mały chłopiec, uchodźca, został wcielony do
korpusu sardaukarów i wyszkolony do roli bezlitosnego zabójcy. Tak
powstało opowiadanie Krew sardaukarów, które umieściliśmy jako drugie
w niniejszym tomie.
Źródłem kolejnej historii jest ów okres w Diunie, kiedy to Paul
dołącza do Fremenów i stopniowo przeistacza się w legendarnego
Muad'Diba. To także czas, w którym trubadur-wojownik Gurney Halleck
znika ze sceny - znajduje dom, dołącza do grupy przemytników i wraz z nimi prowadzi drobne operacje partyzanckie przeciwko znienawidzonym
Harkonnenom. Jakież to przygody musiał wówczas przeżyć ktoś taki jak
Gurney Halleck! Postanowiliśmy zagłębić się w owe "utracone lata" w Wodach kanly, trzecim opowiadaniu tego zbioru.
I wreszcie powędrujemy w przeszłość - akcja czwartego opowiadania toczy
się bowiem dziesięć tysięcy lat wcześniej - by przyjrzeć się burzliwym
wydarzeniom będącym pokłosiem Dżihadu Butlerowskiego, podczas którego
unicestwiono myślące maszyny. Były to czasy kształtowania się Imperium,
a także początki chwały dynastii Corrinów, która miała zawładnąć całą
ludzkością. Już wtedy w Landsraadzie trwała bezlitosna, krwawa wendeta
między rodami Atrydów i Harkonnenów.
Z biegiem lat rany, które zadały sobie nawzajem dwa wielkie rody,
stawały się coraz głębsze. Akcja opowiadania zatytułowanego Dwór
imperialny toczy się kilka lat po wydarzeniach Nawigatorów Diuny.
Przedstawia kolejną odsłonę tego konfliktu, a jednocześnie otwiera drogę
do zupełnie nowego rozdziału dziejów tej pustynnej planety.
Piaski Diuny to kolejny etap odkrywania wszechświata Franka Herberta,
rozciągającego się na tysiąclecia i miliony planet. Pozostaje nam
jedynie wyrazić wdzięczność za pozostawienie nam tak rozległego płótna,
na którym ciesząc się pełnią twórczej swobody, możemy szkicować własne
opowieści.
Brian Herbert i Kevin J. Anderson
I
Gdy w upalnym pustynnym powietrzu parowała
krew pokrywająca jej dłonie, Mapes żałowała takiego marnotrawstwa wody.
Nie mogła mu jednak zapobiec - ci ludzie musieli umrzeć. Byli
Harkonnenami.
Olbrzymi kombajn przyprawowy dudnił i warczał, mieląc masywnymi
gąsienicami grzbiet wydmy w gorącym sercu pustyni. Otwory wlotowe
połykały piasek, który następnie był trawiony w trzewiach wielkiej
machiny przez skomplikowany system wirówek i separatorów
elektromagnetycznych. Raz po raz kombajn rzygał chmurą pyłu i resztek,
które opadały na łachach piasku stratowanych przez pełznącego kolosa, a ukryte w jego wnętrzu zbiorniki stopniowo napełniały się rzadkim
specjałem: melanżem.
Hałaśliwej pracy maszyny towarzyszyły rytmiczne wibracje, dobrze
wyczuwalne pod powierzchnią piasków. To, że lada chwila pojawi się
zwabiony nimi czerw, było raczej pewne. Mechaniczny zgiełk sprawiał też,
że trudno było usłyszeć odgłosy przemocy, której Fremeni dopuszczali się
we wnętrzu żniwiarki.
Kolejny harkonneński robotnik próbował właśnie uciec z mostka mobilnej
przetwórni przyprawy, lecz fremeński komandos śmierci, fedajkin,
natychmiast ruszył za nim. Przebrany w brudny kombinezon poruszał się
pewnie, niczym drapieżnik na łowach, i głównie to odróżniało go od
podobnie brudnych i posępnych harkonneńskich najmitów z załogi kombajnu.
Choć była drobna i śniada, młoda Mapes - tak jak jej towarzysze - dobrze
się wpasowała w ekipę robotników. Nie lubiła jedynie śmiać się i żartować z tymi, których miała wkrótce pozbawić życia; wolała nie
widzieć w nich przyjaciół. Tak czy inaczej, nieszczególnie dociekliwi
szefowie firmy bez oporu zatrudnili jej oddział. Straty w załogach
kombajnów były bardzo duże - wielu ludzi zwyczajnie dezerterowało, inni
ginęli w wypadkach i katastrofach. Mapes wiedziała, że część owych strat
nie była kwestią przypadku, lecz dziełem bojowników o wolność, takich
jak ona.
Jej towarzysz, Ahar, mężczyzna muskularny, małomówny i bardzo oddany
sprawie, cisnął nieszczęsnym robotnikiem o metalową gródź, wzniósł
krysnóż - mleczne, krystaliczne ostrze wyszlifowane ze zgubionego zęba
olbrzymiego czerwia - i wbił go głęboko w jego gardło. Ofiara osunęła
się na pokład, gulgocząc, ale nie wydała krzyku. Ahar użył
instynktownego fremeńskiego pchnięcia, które zadaje śmierć cicho i błyskawicznie, bez zbędnego marnowania krwi.
Niestety tego dnia wojownicy z pustynnego plemienia nie mogli odzyskać
wody z krwi ofiar. Ich zadanie było inne: mieli zabić załogę, zniszczyć
kombajn i zniknąć niczym piaskowe diabły niesione wichrem. Na nic więcej
nie mieli czasu.
Mapes zacisnęła dłoń na swoim nożu - ostrym jak brzytwa, ale wykonanym
ze zwykłej plastali. Posiadanie krysnoża było świętym przywilejem, a towarzysze z siczy jeszcze nie uznali jej za godną takiego zaszczytu,
choć wzięła udział już w kilkunastu rajdach.
Mapes była ognistej krwi, lecz fremeńskie kobiety nieczęsto wstępowały w szeregi fedajkinów, których oddziały powołano niegdyś, by dokonywały
zemsty za szczególne krzywdy. Samo istnienie ciemięzców spoza Diuny było
zaś krzywdą zaiste wyjątkową. Fedajkini przyjęli Mapes po części
dlatego, że posiadała ponadprzeciętne umiejętności i była nader
wytrwała, ale przede wszystkim przez wzgląd na jej matkę, która stała
się legendą. Niektórzy dostrzegali w Mapes nową Safię, dlatego byli
gotowi pozwolić jej, by dowiodła swej wartości.
Młoda kobieta podążała teraz za swą drugą tego dnia ofiarą. Już pięciu
robotników leżało trupem na mostku, a po brudnych metalowych płytach
pokładu spływała ich krew. Choć Mapes była znacznie drobniejsza od
ściganego, to on czuł strach. Gdy wreszcie go dopadła, z całej siły
pchnęła go na pulpit kontrolny. Bronił się jak ktoś, kto nigdy w życiu
nie brał udziału w walce: wymachiwał ramionami, jakby wierzył, że w ten
sposób ją odpędzi, więc jednym ciosem noża rozpłatała mu dłoń. Stęknął i zgiął się wpół, raczej ze strachu niż z bólu.
- Dlaczego? Czemu to robicie? - wybełkotał. - Przecież dostaliście
wypłatę! My tylko wydobywamy przyprawę.
- Jesteście Harkonnenami - odpowiedziała. - Wszyscy Harkonnenowie muszą
umrzeć.
Mężczyzna machnął ku niej zakrwawioną ręką i czerwone krople przecięły
powietrze niczym cenny deszcz.
- Nie jestem żadnym Harkonnenem! Nawet nie spotkałem Dymitra Harkonnena!
Przyleciałem tu za robotą, ktoś musi obsługiwać te maszyny. Za sześć
miesięcy kończy mi się umowa. - Mężczyzna urwał, spoglądając na martwych
towarzyszy. - Żaden z nas nie jest Harkonnenem.
- Pracujecie dla wroga, zatem jesteście wrogami. - Nie tracąc czasu na
dalszą dyskusję, Mapes wbiła ostrze w ciało robotnika, a potem
odepchnęła go bez ceregieli i pochyliła się nad pulpitem.
Wyłączyła silniki główne i ogromna mobilna przetwórnia ze zgrzytem
zamarła w dolinie między dwiema wydmami. Mechanizm pobieraka i wirniki
turbin skrzypiały jeszcze przez chwilę, zanim znieruchomiały.
Szarobeżowy obłok gazów wydechowych z wolna rozpłynął się w powietrzu.
Głośnik zatrzeszczał i z komunikatora popłynął natarczywy głos:
- Wykryto znak czerwia. Dystans: cztery minuty i dwadzieścia sekund.
Przygotować się do ewakuacji.
Mapes zastanawiała się przez moment, czy nie zignorować tej wiadomości,
ale uznała, że warto kontynuować grę. Włączyła mikrofon.
- Potwierdzam. Przygotowujemy grupy ewakuacyjne. Przyślijcie zgarniarkę.
Odwróciła się gwałtownie, słysząc krzyk. Członek załogi, ubrany w roboczy kombinezon, biegł ku niej z desperacją w oczach. Uniosła ostrze,
by się bronić, lecz w tej samej chwili mężczyzna zgubił krok i zatrzymał
się. Stojący za nim Fremen coraz głębiej wbijał mu krysnóż w plecy, aż
wreszcie robotnik skulił się i opadł ciężko na pokład.
Mapes poczuła radość w sercu, widząc zawadiacką minę na przystojnym
obliczu tego, który ją uratował.
- Rafirze, mój kochany, dziękuję. Nagrodzę cię, gdy wrócimy do siczy.
Jej partner, serce jej serca, odwrócił się ku pozostałym fedajkinom.
Prócz nich na mostku nie było już nikogo żywego.
- Haj ha, pora ruszać! Wrogowie nie żyją, a Mapes wyłączyła maszynę.
Zbliża się czerw!
Fremeńscy komandosi uznali, że to świetna nowina, i zakrzyknęli:
- Szej-hulud!
- Szej-hulud - odpowiedziała im Mapes.
Ostatecznego oczyszczenia piaskowego pustkowia miał za nich dokonać
olbrzymi czerw.
Szeptem żałując takiego marnotrawstwa wody, Mapes, Rafir i ich
towarzysze porzucili zakrwawione ciała robotników, by przez właz dachowy
wydostać się na powietrze jak zawsze gęste od pyłu. Pobiegli wprost ku
drabince wiodącej w dół ściany wielkiego kombajnu. Wyczuwali coś
jeszcze: gryzącą woń cynamonu, której źródłem był świeży, mocny melanż.
Odsłonięta żyła przyprawy przypominała rdzawą plamę pośród wydm. Dla
obcoświatowców pewnie warta była miliony solarisów, lecz teraz cała ta
fortuna miała powrócić tam, gdzie było jej miejsce: w piaski Diuny.
Trzy zespoły terenowe mknęły po zboczu wydmy; koła pojazdów zawzięcie
mieliły sypki grunt. Lękliwe głosy robotników, liczących na rychłą
ewakuację kombajnu i cennego ładunku, z trudem przebijały się przez
statyczne trzaski - wszechobecny pył skutecznie zakłócał łączność.
- Czerw się zbliża. Mamy mniej niż trzy minuty! Dlaczego nie nadaliście
sygnału do powrotu?
- Szefie, dlaczego nie odpowiadacie? - odezwał się równocześnie inny
głos.
- Nadlatuje zgarniarka, widzę ją. Powinniśmy zdążyć do punktu zbiórki,
ale z trudem.
Schodząc po rozgrzanych słońcem metalowych szczeblach, Mapes spojrzała w dół na Rafira. Wymienili uśmiechy ostre jak klinga krysnoża. Stanąwszy
na miękkim piasku, Mapes z ulgą zrzuciła znienawidzony kombinezon
roboczy i cisnęła go precz z gorącym pustynnym wiatrem. Pozostali
komandosi uczynili to samo w takim pośpiechu, jakby czuli się zbrukani.
Wszyscy mieli na sobie filtraki, które regulowały w skwarze temperaturę
ich ciał i pozwalały odzyskać całą wodę wydalaną przez organizm. Mapes
wyciągnęła z kołnierza skafandra rurki i wcisnęła do nosa wtyki
umieszczone na ich końcach.
Poruszając się oszczędnie, bez nadmiernego pośpiechu, fedajkini okrążyli
potężną machinę i rozpoczęli wspinaczkę na grzbiet pobliskiej wydmy.
Mapes, choć niepozorna, dotrzymywała im kroku. Szanowali ją za to. Na
jej dłoniach schło tyle samo krwi co na rękach jej towarzyszy.
Wysoko na niebie dostrzegła odblask słońca na metalicznej powierzchni -
ratunek był już blisko. Zgarniarki zaprojektowano tak, by mogły się
łączyć z mobilnymi przetwórniami przyprawy i przenosić je w bezpieczne
miejsce, gdy tylko zjawiały się wszędobylskie groźne czerwie. Trzy
pojazdy, którymi robotnicy wracali do kombajnu, były niedaleko, lecz tym
razem ewakuacja nie była im pisana.
Wspinając się po ruchomym zboczu wydmy, Fremeni nawet nie próbowali
unikać rytmicznych wibracji wywoływanych ich krokami - w okolicy, w której pracowała żniwiarka, nie brakowało innych źródeł hałasu. Mapes
zadarła głowę i na grzbiecie diuny dostrzegła samotną, skuloną postać.
Rafir także ją wypatrzył.
- Onorio jest na miejscu - ogłosił.
Zgarniarka - potężna konstrukcja z pracowicie bijącymi skrzydłami -
przeleciała nad ich głowami. Mapes przystanęła na chwilę, by popatrzeć,
jak robotnicy wyskakują z pojazdów i wymachując rękami, biegną ku
wytracającej prędkość maszynie.
W oddali, za śladami żniwiarki, zauważyła zmarszczki pojawiające się na
piasku. Zwinny olbrzym był coraz bliżej. Nie mieli wiele czasu.
Na grzbiecie wydmy Onorio wstał, nie dbając już o kamuflaż. Otrzepał
beżową pelerynę z pyłu i uniósł długą rurę, by ułożyć ją na ramieniu.
Było to archaiczne urządzenie, które jeden z Fremenów kupił incognito od
handlarza starociami w Arrakin. W mieście, w którym większość ludzi
nosiła tarcze, uważano tę broń za bezużyteczną ciekawostkę. Tu jednak, w głębi pustyni, z tarczami bywało różnie, a ich generator zdolny ochronić
zgarniarkę i jej gigantyczny ładunek był po prostu za duży. Mapes
znieruchomiała, wyczekując skutków działania zabytkowego urządzenia.
Ręczna wyrzutnia rakiet wypluła pocisk. Pomknął ku niebu zaskakująco
cicho, za to gdy z hukiem uderzył w bezbronną zgarniarkę, w powietrzu
rozkwitła ogromna kula ognia i dymu. Maszyna rozpadła się na części,
które niczym dymiące meteory pomknęły ku okolicznym wydmom. Jeden z większych fragmentów uderzył w pojazd, zabijając dwóch robotników,
którzy nie zdążyli zeń wyskoczyć.
Gdy wycofujący się fedajkini dotarli na grzbiet wydmy, Rafir pospieszył
do Onoria, by pogratulować mu celnego strzału. Z całej załogi kombajnu
jedynie trzech ludzi zostało przy życiu. Rozpaczliwie próbowali się
chować za swymi pojazdami, choć dobrze wiedzieli, co ich czeka, gdy
przybędzie czerw.
Falujące zmarszczki na piasku zbliżały się błyskawicznie niczym szeroki,
beżowy front nadchodzącej burzy. Wreszcie czerw wybił się na
powierzchnię - lewiatan z twardych pierścieni, z szeroko rozwartą,
okrągłą gardzielą w rozmiarze największej jaskini fremeńskiej siczy.
Krystaliczne zęby lśniły w niej niczym drobne srebrzyste rogi.
Zwabiony wibracjami i rozdrażniony obecnością nieproszonych gości
Szej-hulud dostał szału. Choć urzeczona potęgą i majestatem czerwia,
Mapes świetnie rozumiała zagrożenie. Była jak drżący ze strachu gryzoń
zahipnotyzowany spojrzeniem żmii gotowej do ataku.
Rafir musnął jej ramię.
- Chodź, musimy wykorzystać zamieszanie. - Odetchnął głęboko, nim
wcisnął do nosa wtyki i poprawił klamry filtraka. - Trzeba dotrzeć na
skały. Od tego zależy nasze życie.
Czerw zaatakował nieruchomy kombajn i wciągnął go głęboko w piach wraz
ze zbiornikami pełnymi melanżu. Zniszczył też wszystkie ślady po
rozbitej zgarniarce, porzucone pojazdy, a także ostatnich robotników.
Fedajkini rzucili się na przeciwległe zbocze wielkiej wydmy i stoczyli w dół, bezwładnie jak kamienie. Gdy zatrzymali się u jej podnóża, w pośpiechu sprawdzili stan aparatów oddechowych, włożyli kaptury, owinęli
się pelerynami i jęli zagrzebywać się w piasku.
Pokryta warstwą pyłu Mapes starała się leżeć nieruchomo, nawet nie
oddychać, by maksymalnie spowolnić pracę serca. Zniknęli pod
powierzchnią pustyni, lecz przecież czerw nie używał oczu, by namierzyć
cel. Choć otaczała ją ciemność, wiedziała, że jej bracia Fremeni są
blisko, a wśród nich Rafir. Szej-hulud tymczasem trwał w świętym szale
zniszczenia.
Wiele godzin później, gdy czerw wycofał się w głąb piasków, Mapes i jej
towarzysze wrócili na powierzchnię. Po zmroku, w blasku dwóch księżyców,
ruszyli w drogę powrotną ku siczy.
Nie mogła się doczekać, kiedy opowie matce o kolejnym triumfie nad
Harkonnenami.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki