3
Nie prowadzono mnie do książęcej chaty.
Zamiast niej strażnik ruszył ku niskim budynkom opartym jedną ścianą o wały grodziska Lipowej Góry. Ich dachy były na tyle płaskie, by utrzymały ziemię oraz porastający ją mech. Stanowiły świetną zaporę przed ognistymi strzałami, często towarzyszącymi oblężeniom.
Włócznik załomotał w drzwi jednej z niskich chat. Kiedy się otworzyły, machnął ręką, wskazując, bym wszedł do środka. Wewnątrz było ciepło i ciemnawo. Niewielkie palenisko ogrzewało mieszkalną izdebkę, przytłoczoną przez długi drewniany stół. Jego nierówna powierzchnia zajęta była przez misy wypełnione fasolkami bobu. Obierały go dwie młode niewiasty siedzące na siedziskach z połówek pniaków. Jedna spuściła wzrok na mój widok, ale druga skinęła głową i uśmiechnęła się.
- Witaj, Ściborze - rzekła.
- Witaj, Rzepicho - odparłem, odwzajemniając ukłon.
Jej brzemienny brzuch oraz biodra stały się znacznie okrąglejsze, jednak reszta ciała wyraźnie straciła na kształtach. Najwyraźniej głód nie oszczędzał nawet ukochanej wodza.
- Słyszałam, co się stało - powiedziała. - Mam nadzieję, że z Samboją wszystko dobrze?
- Owszem - przytaknąłem. - To twarda niewiasta.
- Chciałabym, abyś wiedział, że bardzo nam przykro - dodała. - Prawda, Piaście?
Wódz siedział na skrzyni pod przeciwległą ścianą, przy przejściu do mniejszej, sypialnej izby. Pochłonięty był polerowaniem swojego lamelkowego pancerza. Zdarłem go z ciała mordercy naszych rodzin, lecz szybko oddałem rzadką zbroję przyjacielowi. W porównaniu do kolczugi była zanadto ciężka, a także wymagała nadmiernej pracy, by trzymać ją bezpieczną od rdzy. Wolałem mój hauberk. Żelazne kółeczka miały przyjemny zwyczaj samooczyszczania się podczas marszu.
- Prawda - odburknął, nie odwracając wzroku od stalowych płytek pancerza.
- Tym razem udało się powstrzymać niegodziwców - rzekłem. - Ale mogą spróbować ponownie.
- Dokładamy wszelkich starań, byście byli traktowani godnie - oznajmiła Rzepicha.
- Za co jesteśmy wdzięczni. - Ukłoniłem się. - Jednak, jak sama widzisz, to może nie wystarczyć.
- Ściborze, to naprawdę nie takie... - zaczęła tłumaczyć kobieta.
- Rzepicho - wtrącił Piast. - Nasz gość z pewnością jest głodny. Czy możesz zabrać Kazimierę i poszukać mu jakiej strawy? Powinno coś jeszcze zostać po świętowaniu.
- Naturalnie - przytaknęła niewiasta. - W drodze powrotnej odwiedzę jeszcze Suligniewę. Obiecała mi odłożyć nieco przędzy.
- Dziękuję, ukochana. - Młodzieniec skinął głową.
Dwie kobiety odłożyły noże, którymi obierały bób, wytarły ręce o leżący na stole materiał i wyszły z chaty. Kiedy to uczyniły, Piast wskazał mi dłonią miejsce na siedzisku. Sam spoczął po przeciwnej stronie ławy.
- Skomantas został wybatożony i wygnany - powiedział. - Drugiego z winowajców ukarałeś samodzielnie.
- Nie miałem wyjścia. - Zacisnąłem zęby.
- Być może. - Piast wzruszył ramionami. - Przez tych głupców mamy dwóch wojowników mniej.
- Mówiłem ci, że na wyzwoleńcach nie można polegać - rzekłem.
- Ja zaś powtarzałem, iż nie możemy sobie pozwolić na zbytek wyboru - odparł. - Toczymy wojnę.
- I dlatego chcesz pozwolić, by twoi ludzie pohańbili niewiastę, która wielokrotnie wybawiła cię z opresji? - syknąłem.
- To był błąd. - Spuścił wzrok. - Od teraz będą strzegli was wyłącznie zaufani zbrojni.
Kąciki jego warg drżały. Miałem rację. Piasta gryzło sumienie. Żałował, iż uwięził Samboję.
- To za mało. - Pokręciłem głową.
- Czegóż chcesz więcej? - zdziwił się.
- Wypuść ją - zażądałem.
- Niemożliwe! - Wódz huknął pięścią w stół. Łupiny bobu podskoczyły, niektóre pospadały na podłogę.
- Czemu? - zdziwiłem się.
- Ściborze, zabiłeś Lederga - zagrzmiał. - Jeszcze gdybyś go zarżnął gdzieś w głuszy... Ale ty rozpłatałeś mu gardło podczas plemiennej narady. Przybył na moje zaproszenie, rozumiesz?
- Niczego takiego nie uczyniłem.
- Któż więc to zrobił?
- Nie wiem. - Wzruszyłem ramionami. - Nie ja.
- Wiec to oceni - odrzekł.
- Zwołaj zatem wiec - zażądałem. - Chcę mieć szansę na udowodnienie swojej niewinności.
- Nie mogę - nieomal krzyknął. Zaczerpnął głębokiego oddechu, po czym dodał: - Już ci mówiłem, toczymy wojnę.
- I?
- I nie ma czasu, by ściągać ludzi na pierdolone zgromadzenia. Musimy walczyć.
- Łżesz - rzuciłem.
- Że co? - Wytrzeszczył oczy.
- Znam cię od małego - wyjaśniłem. - Kłamiesz. Nie chcesz zwołać wiecu.
Jego lico gwałtownie poczerwieniło. Powstał z siedziska, pochylił się nad stołem i wystrzelił ku mnie rękoma. Zanim zdążyłem zareagować, jedną dłonią złapał za moje włosy, a drugą zacisnął na szyi. Zwykle nosiłem się krótko, lecz w więziennej izbie nie miałem możliwości zadbania o wygląd. Skóra na czubku głowy zapłonęła kłującym bólem.
Nie pozostałem mu dłużny. Lewą dłonią ścisnąłem nadgarstek duszącej mnie ręki, prawą chwyciłem za długie włosy Piasta. Szarpnąłem ku sobie, wódz zawył.
- Ty niewdzięczny kutasie! - wyryczał.
- Zasrany łgarzu! - odkrzyknąłem.
Gdyby nie dzielący nas stół, zapewne obalilibyśmy się nawzajem na ziemię, a starcie przybrałoby bardziej krwawy obrót. Szeroka ława utrudniała jednak uzyskanie jakiejkolwiek przewagi. Mocowaliśmy się zatem, ciężko ciągnąc oraz szarpiąc za włosy, żaden nie zamierzał ustąpić.
Aż nagle skrzypnęły uchylane drzwi, a chwyt Piasta wyraźnie osłabł. Puściłem jego włosy i obejrzałem się. W przejściu stała młoda, wyraźnie speszona Kazimiera. Ręce zajęte miała drewnianym półmiskiem i glinianym dzbanem.
- Przepraszam - wykrztusiła z siebie.
- Nie ma za co - rzucił Piast. - Jeśli możesz, postaw strawę przed Ściborem.
Dziewczyna dygnęła i ułożyła przede mną naczynia. Pozbywszy się ciężaru, błyskawicznie opuściła chatę. Zanim trzasnęły drzwi, miałem już w dłoniach łychę.
- Służba? - spytałem pomiędzy kęsami parującej kaszy okraszonej kawałkami wędzonej wołowiny.
- Branka - wyjaśnił Piast, poprawiając swoje uczesanie. - Rzepicha prosiła, by jej zostawić jakąś pomocnicę.
- Goplanka?
- Obrzanka. - Młodzieniec pokręcił głową. - Z jesiennej wyprawy odwetowej.
- Nawet ją traktujesz lepiej od swych dawnych przyjaciół - wyrzuciłem.
- Mówiłem ci już, Ściborze - warknął. - Mam związane ręce. Zabiłeś człowieka, który przybył do mnie w gościnę. Nie mogę cię tak po prostu wypuścić.
- Po pierwsze, wcale go nie zabiłem - odrzekłem, upiwszy kilka łyków zsiadłego mleka z dzbana. - Po drugie, nie proszę o wypuszczenie mnie, a Samboi.
- Która dwukrotnie wyswobodziła cię z pędów... - Westchnął.
- Ciebie również - naciskałem.
- Raz omal nie spaliwszy Kozienic - dodał Piast.
- Zatem dam ci słowo, że poniecham ucieczki - powiedziałem.
Lico młodzieńca ponownie poczerwieniało. Wszystkie mięśnie twarzy wykrzywiły się w grymasie gniewu.
- Twoje słowo jest warte tyle, co muł z rzeki - ryknął.
Zaczerpnąłem głębokiego oddechu. Nie mogłem ponownie ulec wściekłości.
- Zatem Samboja da słowo - wycedziłem. - Ona chyba w niczym ci nie uchybiła?
- Przykro mi, Ściborze. - Piast zacisnął szczękę. - Nie mogę tego uczynić.
Wstał i zaczął chodzić w tę i z powrotem po niewielkiej izbie. Zwykł tak się wiercić podczas chwil znacznej niepewności.
- Znakomicie sobie poradziłeś, Ściborze - rzekł w końcu.
- Z czym? - spytałem.
- Obroniłeś swoją kobietę - odpowiedział.
- Miałem nóż - syknąłem.
- Wciąż... - Pokręcił głową. - Tamten miał topór.
- Teraz jestem bezbronny. - Wzruszyłem ramionami.
- Przykro mi, Ściborze - powtórzył. - Zjesz to wszystko?
- Zabiorę nieco Samboi - odparłem. - Głodujemy.
- Wszyscy jesteśmy niedożywieni - przytaknął Piast. - Zatem jedz, ja dokończę pielęgnację zbroi.
Usiadł z powrotem na swojej skrzyni, wciągnął pancerz na uda i jął szlifować go nasączonym olejem kawałkiem materiału. Trząsł się przy tym gwałtownie i pochylał nisko głowę. Czynność pochłonęła go tak zupełnie, iż w ogóle przestał zwracać na mnie uwagę. Mógłbym teraz chwycić za leżący na stole nóż i błyskawicznie pokonać kilka dzielących nas kroków. Zanim zdążyłby zawołać o pomoc, leżałby na ziemi w kałuży krwi.
Nóż.
Tuż przede mną, przy misie nieobranego bobu leżał nóż. Jego brudne, wyszczerbione ostrze odbijało blask paleniska. Czyżby Piast podżegał mnie do zaatakowania go? Może za drzwiami izby sypialnej czaili się strażnicy z obnażonymi klingami? Zapewne na to liczyli. Gdybym ruszył do przodu, udowodniłbym ponad wszelką wątpliwość swoją winę.
Nieomal parsknąłem. Myśl zdawała się głupia. Izba była niezwykle mała, gdybym chwycił za broń, mógłbym pozbawić Piasta życia, zanim ktokolwiek otworzyłby drzwi. Nie mówiąc już o powstrzymaniu mnie. Chyba że młodzieniec miał pod ubraniem kolczugę. Splecione ze sobą żelazne kółeczka potrafiły powstrzymać silne pchnięcie nawet bez grubej przeszywanicy.
Zawsze jednak mogłem dźgnąć w szyję. Piast doskonale o tym wiedział, wszak wciąż miałem na rękach krew jego zbrojnego uśmierconego podobnym sposobem. Nie ryzykowałby swojego upadku. Był świadomy, że pozostanę na swym miejscu.
W celi więził bowiem mą ukochaną. Piast znał mnie zbyt dobrze. Wiedział, że nigdy bym jej umyślnie nie naraził. Jeżeli zabiłbym wodza, Samboja zostałaby natychmiast zgładzona. Nikt nie czaił się za drzwiami.
Skoro tak, czemu zostawił na stole nóż? Czyżby zwyczajnie o nim zapomniał? Wątpliwe. Przecież siedział naprzeciw mnie, nawet chwilę się szarpaliśmy. Z pewnością dostrzegł błysk żelaza leżącego pośród łupin bobu.
Chyba że umyślnie się oddalił. Zostawił nóż tuż pod moim nosem. Nie po to, by wystawić mnie na próbę. Chciał zapewnić mi broń, gdyby powzięte przez niego działania zawiodły w zapewnieniu nam bezpieczeństwa.
Wstrzymałem oddech. Czy Piast istotnie próbował mi pomóc? Jeśli tak, czemu zwyczajnie nie wypuścił nas z lochu?
Niezależnie od zamiarów wodza, nie mogłem przepuścić takiej okazji. Choć serce łomotało jak szalone, sięgnąłem po dzban i nalałem sobie piwa. Odstawiając naczynie, położyłem je tuż obok ostrza. Cofając rękę, nakryłem dłonią nóż, pociągnąłem go ku sobie. Gdy był tuż przy mojej misce, chwyciłem go i schowałem za przyszwę buta.
Piast pozostawał niewzruszony. Szorował płytki zbroi, jakby losy świata zależały od jej czystości.
- Najadłem się - rzuciłem. - Chyba zabiorę resztę kaszy Samboi.
- Dobrze - odparł wódz. - Dobrobąd odprowadzi cię z powrotem.
Skinąłem głową i opuściłem chatę. Zimny wiatr postawił mi wszystkie włosy na ciele. Opierający się o belki pobliskiej zagrody wierzchowców, włócznik wstał. Ruszyliśmy w drogę powrotną ku mojemu więzieniu. Przy każdym kroku żelazny nóż wędrował po prawym trzewiku. Jego twarda, zimna powierzchnia nieprzyjemnie obcierała skórę.
Nie dbałem o niewygody. Jeżeli ktoś zamierzał nas ponownie niepokoić, czekało go srogie zdziwienie.