Pięć groszy Lavarede'a. Cykl "Pięć Groszy Lavarede'a" część I - Paul d'Ivoi

Kup ebooka

13.08 zł
10.86 zł (11,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Louis-Henri Boussenard

 

Paul d'Ivoi to pseudonim Paula Deleutre (1856-1915), pochodzącego z rodu pisarzy. Jego dziadek Edouard i ojciec Charles również podpisywali niektóre swe dzieła pseudonimem Paul d'Ivoi.

Studiował prawo w Paryżu, ale podążył drogą ojca i dziadka, wybierając literaturę. Zadebiutował jako żurnalista w dziennikach "Paris-Journal" i "Figaro". Pod pseudonimem Paul d'Ivoi pisywał też do tygodników ilustrowanych "Journal des Voyages" i "Petit Journal".

Działalność literacką zaczął od sztuk bulwarowych: Le mari de ma femme (1887) czy La pie au nid (1887) oraz kilku powieści w odcinkach, które nie zwróciły uwagi, jak Le capitaine Jean, La femme au diad?me rouge, Olympia et Cie.

W latach 1894-1914 wydał 21 książek tworzących serię "Voyages excentri-ques" [Dziwne podróże], wykorzystującą wzór "Voyages extraordinaires" Julesa Verne'a. Podobne były nawet okładki, powtarzały się także te same motywy. Obaj autorzy podzielali to samo nastawienie do czytelnika, pragnienie zapewniania mu rozrywki i wiedzy (geograficznej, przyrodniczej, technicznej). Z entuzjazmem dla rozwoju nauki i wynalazków łączyły się obawy przed niewłaściwym ich wykorzystywaniem.

W roku 1894 pierwszy tom tej serii, tworzący trzyczęściowy cykl Les Cinq Sous de Lavar?de, napisany wspólnie z Henrim Chabrillatem, przyniósł mu sławę. Była to jego najbardziej realistyczna powieść, następne bowiem stawały się coraz bardziej naukowe i przesycone fantazją umyślnie naiwną. Seria, ukazująca się w wydawnictwie Boivin et Cie, była przeznaczona dla młodzieży. Kolejne tomy ukazywały się z częstotliwością jednej powieści na rok.

Paul d'Ivoi tworzył też, razem z pułkownikiem Royetem, opowiadania patriotyczne, np. Les briseurs d'épée, a także historyczne, pod pseudonimem Paul Eric, np. Les cinquante. Występują w nich typowe dla owej epoki stereotypy dotyczące poszczególnych narodów i ras.

Patriotyzm d'Ivoi zbliża się niekiedy do nacjonalizmu. W złym świetle przedstawiani są głównie Niemcy, a także Anglicy zagrażający francuskim interesom. Wychwalane są za to zalety Francuzów i ich umysłowość (esprit parisienne, "duch paryski", wyrażający się pomysłowością, bystrością umysłu, skłonnością do płatania figli, lekkim traktowaniem prawa i zasad, zapalczywością, a przy tym nieskazitelną prawością).

Książki Paula d'Ivoi cieszyły się prawie do końca XX wieku dużą popularnością we Francji, miały wiele wydań.

Wielu czytelników, zwłaszcza młodych, przedkładało je nad dzieła Verne'a, gdyż zawierały więcej przygód, a ich akcja toczyła się szybciej. Toteż na przykład Jean-Paul Sartre pisał w swej autobiografii Les Mots, że zawierały więcej nadzwyczajności.

 

 

Rozdział I

Testament kuzyna Richarda

 

 

- Jak brzmi zatem pańska odpowiedź?

- Już powiedziałem, panie Bouvreuil, nigdy!

- Proszę to jeszcze rozważyć, panie Lavar?de.

- Wszystko rozważyłem. Nigdy, nigdy!

- Nie rozumie pan więc, że trzymam go w garści, że jeśli doprowadzi mnie pan do ostateczności, zacznę jutro sprzedawać pańskie meble, a wtedy zostaniesz pan bez dachu nad głową, bez schronienia.

- Może pan dodać: bez pieniędzy...

- Jeśli natomiast wyrazi pan zgodę, wówczas dobre małżeństwo, majątek, niezależność...

- I sądzi pan, że szanowałbym siebie, gdybym został zięciem pana Bouvreuila, który zajmował się kiedyś podejrzanymi interesami, dawnego konfidenta policji...

- Dla biednego dziennikarza, jak pan, zostanie zięciem bogatego właściciela nieruchomości, wielkiego finansisty powinno być ogromnym zaszczytem... Nie wspominając już, że moja córka Pénélope kocha pana i wniesie w posagu dwieście tysięcy franków, a także bardzo piękne widoki na przyszłość...

- Nie chodzi o pańską córkę; to nie małżeństwo mnie odstręcza, nie odmawiam też pannie, ale teściowi.

- Czy wie pan, Lavar?de, że jest pan niegrzeczny?

- Panie Bouvreuil, czy wie pan, że mam to głęboko w nosie?

Bogacz trzymał w zanadrzu ostatni atut. Rozkładał powoli różne urzędowe dokumenty, jedne białe, inne niebieskie, tak oryginały, jak i kopie, wskazując na nie kolejno:

- Oto, oprócz trzech pokwitowanych przez pana opóźnień we wpłacie czynszu, różne wierzytelności, które odkupiłem, żeby był mi pan winny pieniądze. Wszystkie pańskie długi zostały spłacone.

- To naprawdę bardzo miłe z pana strony! - rzucił ironicznie młody mężczyzna.

- Tak, ale jestem teraz pańskim jedynym wierzycielem. Jeśli ożeni się pan z Pénélope, oddam te dokumenty. Jeśli pan odmówi, będę ściągał długi do samego końca.

- Niech pan je ściąga, jeśli łaska.

- Wynoszą dwadzieścia tysięcy franków. Z odsetkami, które narzucę, suma ta wkrótce się podwoi.

- Jak widzę, zna się pan doskonale na kwestiach prawnych.

- Decyzję musi pan podjąć w bardzo krótkim czasie, bo wkrótce wyjeżdżam do Panamy: mam na miejscu przeprowadzić dochodzenie dla konsorcjum akcjonariuszy.

- Owo konsorcjum dziwnie pokłada zaufanie, to wszystko. Natomiast moja decyzja powinna być już panu na tyle znana, żeby nie było potrzeby do niej wracać. Rozstańmy się więc, szanowny panie, nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia... Udaj się pan do swojego komornika, do swoich komorników, adwokatów, prawników. Najedz się pan dokumentami prawnymi, to pański ulubiony pokarm. Dla mnie jest niestrawny. Żegnam!

Pan Bouvreuil zebrał papierzyska, włożył kapelusz i wyszedł, trzaskając drzwiami. Nie był zadowolony.

Przytoczona wyżej wymiana zdań pozwala poznać dostatecznie pana Bouvreuila, należącego do gatunku ludzi bogacących się bez skrupułów, którym pieniądze nie wystarczają, gdyż pożądają także szacunku innych.

Nasz bohater, Lavar?de, wymaga jednak paru wyjaśnień biograficznych.

Armand Lavar?de urodził się Paryżu; ojciec pochodził z południa Francji, a matka z Bretanii. Odziedziczył cechy obu ras, z jednej wziął żywość i spontaniczność, z drugiej spokój i rozwagę. Ponadto jako paryżanin otrzymał dar przynależny dzieciom Lutecji1 - umysł pomysłowy i kpiarski, równie trudny do zaskoczenia, jak i przestraszenia.

Wcześnie osierocony, był wychowywany przez wuja Richarda, który płacił wprawdzie za lekcje siostrzeńca i za wszystkich niezbędnych nauczycieli, ale nie dbał zupełnie o kształcenie jego charakteru.

Biedak miał i tak wiele roboty z własnym synem Jeanem Richardem, będącym dzięki temu kuzynem Armanda Lavar?de'a. Kuzyni stanowili swe przeciwieństwo. O ile Armand był zdrowy, wesoły i rozrzutny, o tyle Jean - chorowity, ponury i oszczędny.

Jean był trochę starszy od Armanda. W roku 1891 pierwszy miał prawie czterdzieści lat, a drugi trzydzieści pięć. Jean przejął interesy ojca, zajmującego się wielkim handlem, i szybko się wzbogacił. Wątłego zdrowia, ciągle skwaszony, miał w końcu dość Paryża i Francji, przyjaciół i krewnych, dlatego zamieszkał w hrabstwie Devon, w Anglii. Dzięki szczęściu w handlu, niezapłaconemu ładunkowi bawełny z Ameryki, był w stanie kupić bardzo piękną posiadłość wiejską. Zostawszy mizantropem2 z wielką radością zamieszkał w kraju, w którym nikogo nie znał i nie był nikomu znany.

W tym czasie Lavar?de, odważny, przedsiębiorczy, kochający zmiany, "szwendał się po świecie", jak mawiał, używając chętnie swego obrazowego języka potocznego.

Będąc jeszcze wyrostkiem, w roku 1870 zaciągnął się do francuskiego wojska, walczył w Armii Loary pod rozkazami generała Chanzy3, zaczynając tam nabierać odwagi.

Potem powrócił do nauki, próbował studiować medycynę, ale szybko zniechęciły go nieszczęścia ludzie, z którymi zapoznawał się zbyt blisko. Zaczął się zajmować budownictwem okrętowym, trochę pływał, a także sam projektował. Kiedy zaś nauczył się dostatecznie mechaniki praktycznej, aby przestać się interesować jej tajemnicami, zamienił zabawki na inne.

Wrócił do Paryża, wyruszył jako korespondent wojskowy na wojnę turecko-rosyjską4, śledził jej przebieg, widział bitwę pod Plewną5, zapuścił się do Azji, a po powrocie uznał, że odnalazł swą drogę do Damaszku6. Został doskonałym reporterem. Pan Wszędobylski7 spotykał go w Tunezji, Egipcie, Serbii, Rosji, Hiszpanii itd., we wszystkich krajach, do których prasa paryska wysyłała swoich przedstawicieli. Duża inteligencja, łatwość podejmowania decyzji, dobre zdrowie i wszechstronne wykształcenie dające powierzchowną znajomość całej współczesnej mu wiedzy czyniły z Lavar?de'a dobrego dziennikarza.

Tak właśnie z nim było, gdy na początku tego rozdziału rozmawiał z panem Bouvreuilem, właścicielem wynajmowanego przez niego mieszkania.

Po takim zarysowaniu sylwetki Lavar?de'a pojmiemy bez trudu, że wydając pieniądze bez ich liczenia, nie troszcząc się o jutro, żywiąc w sercu nieposkromione umiłowanie niezależności, nie był bogaty. Zarabiał wprawdzie spore pieniądze, ale ich nie gromadził i żył rozrzutnie, z dnia na dzień.

Rozmowa z panem Bouvreuilem dała mu jednak do myślenia.

"To bydlę - zastanawiał się nie bez podstaw - wejdzie na moją pensję w gazecie. Zajmie i sprzeda meble. Jest też pewne, że za dobę będę miał wielkie zmartwienie. Za to dzisiaj mogę być całkowicie spokojny. To zawsze zysk jednego dnia".

I rzeczywiście, wieczorem zasnął błogo jak dziecko, dopiero następnego dnia został obudzony przez zacną dozorczynię, która bardzo go lubiła.

- Panie Armandzie, list do pana. Przyniósł go kancelista notariusza; nie znał pańskiego adresu i wczoraj wieczorem musiał w poszukiwaniu pana biegać do redakcji, restauracji, nie mam pojęcia gdzie. Wreszcie bardzo późno dotarł tutaj i polecił, żebym rano dostarczył to panu.

- Dziękuję, miła pani Dubois, ale czy jest pani całkowicie pewna, że był to kancelista notariusza?

- A jakże! Tak powiedział.

- Hmm! Obawiam się raczej, że był to kancelista komornika... Że Bouvreuil wszczął już wojnę.

Lavar?de był tak beztroski, że nie otworzył listu od razu. Przeczytał poranne dzienniki, zajął się toaletą, wyszedł na śniadanie i dopiero na ulicy postanowił rozerwać kopertę.

Był to rzeczywiście list od notariusza, wezwanie.

Rejent Panabert prosił o pilne przybycie do kancelarii przy rue de Châteaudun, "w dotyczącej go sprawie", określenie równie banalne, co niewiele mówiące.

Nie mając o tej porze nic lepszego do zrobienia, Armand udał się do notariusza po uprzednim zjedzeniu śniadania. Spotkanie było wyznaczone na drugą.

Po drodze do kancelarii zauważył angielską rodzinę idącą tym samym chodnikiem co on.

Nie miał żadnych wątpliwości, że to Anglicy. Mężczyzna, pięćdziesięcioletni, który szedł z klasyczną sztywnością, nosił dobrze znane faworyty, trzyczęściowy garnitur w kratkę i płaszcz podróżny, po których cały świat rozpoznaje sąsiadów Francuzów, gdy gdzieś wyjadą. Starsza dama, matka lub guwernantka, mająca na sobie szkaradny kapelusik z rondem i zieloną woalką oraz długie, bezkształtne palto z kauczuku, towarzyszyła młodej dziewczynie. Ta natomiast była zgrabna i ładna, biała i różowa, jak bywają Anglosaski, dopóki nie wyschną i nie skwaśnieją.

Lavar?de przyglądał się jej bezwiednie.

Sto kroków dalej do skrzyżowania ulic Châteaudun i Faubourg-Montmartre zbliżały się trzy powozy nadciągające z różnych kierunków. Drobna Angielka przepuściła dwa, ale nie dostrzegła trzeciego i zostałaby może przejechana, gdyby Armand nie rzucił się naprzód i mocną dłonią nie zatrzymał konia za uzdę przy nozdrzach.

Woźnica klął, koń rżał, przechodnie krzyczeli, ale młoda osóbka wcale nie odczuwała lęku.

Choć trochę zbladła, zachowała pełnię spokoju. Wyciągnęła rękę do Armanda i po angielsku podziękowała mu soczystym shake hand8.

- To nic takiego, mademoiselle9, nie ma żadnej sprawy...

Podeszli także ojciec i guwernantka, a ramieniem Lavar?de'a trzy razy z rzędu mocno potrząśnięto.

- To naprawdę nic - mówił z całkowicie szczerą skromnością - to złudzenie, że uratowałem pani życie... Zdążyłaby pani bez przeszkód przejść: nasze konie dorożkarskie są bardzo spokojne, proszę mi wierzyć.

- Mimo wszystko wyświadczył mi pan przysługę, prawda, ojcze? Prawda, mistress10 Griff?

- Niewątpliwie - przytaknęli zagadnięci.

- A ja mam prawo być panu wdzięczna. Nie nawykłam do chodzenia po ulicach pańskiego Paryża i zawsze trochę się tego boję, zwłaszcza kiedy szukam drogi.

- Czy mogę być pani w tym pomocny? - zapytał bardzo uprzejmie Lavar?de.

Tu ojciec włączył się do rozmowy i wyciągnął z portfela list.

- Idziemy do notariusza.

- Coś takiego, ja także.

- Do notariusza, którego nie znamy.

- Dalibóg, tak jak ja.

- Mieszkającego przy rue de Châteaudun.

- Tak jak mój.

- Rejenta Panaberta.

- Takie nosi nazwisko.

- Curious11 traf.

- Lecz opatrznościowy. Proszę więc pozwolić, że państwa zaprowadzę.

Dotarli razem, wręczyli listy z wezwaniem i zostali wprowadzeni do gabinetu notariusza, z wyjątkiem guwernantki, która czekała w kancelarii.

"Chodzi więc o tę samą sprawę" - pomyśleli Lavar?de i Anglik.

Dziwaczny zbieg okoliczności, że nieznający się ludzie zostali wezwani do osoby urzędowej, której nazwiska nie znali poprzedniego dnia, a nawet rano obecnego.

Żadnych ukłonów, żadnego przedstawiania, żadnych wstępów. Rejent Panabert był notariuszem niemającym czasu do stracenia. Rozpoczął od razu:

- Panie Lavar?de, panie Murlyton, miss12 Aurett, mam zaszczyt i przykrość powiadomić o zgonie jednego z moich najlepszych klientów, właściciela willi w Marsaunay13, w departamencie Côte-d'Or, dwóch domów stojących w Paryżu przy rue Auber i bulwarze Malesherbes, a ponadto majątku Baslett Castle w Devonshire. Jest nim świętej pamięci pan Jean Richard.

- Mój kuzyn! - zawołał Lavar?de.

- Mój sąsiad! - dodał Anglik.

Obaj popatrzyli na siebie pełni zakłopotania, jeszcze bez śladu wzajemnej nieufności, jedynie z wyraźnym oszołomieniem.

Niewzruszony notariusz mówił dalej:

 

- Zgodnie z rozporządzeniami zmarłego wezwałem panów tutaj, aby wysłuchali lektury napisanego przez niego własnoręcznie testamentu, należycie sporządzonego i podpisanego. - Szybko przeczytał formułki prawne i trochę wolniej dalszy ciąg: - "Łącznie z domami i nieruchomościami wymienionymi tutaj, papierami wartościowymi w postaci rent, akcji i obligacji, jak też płynną gotówką zdeponowaną u mojego notariusza, majątek mój wynosi około czterech milionów. Ponieważ nie mam ani brata, ani żony, ani dzieci, jak również krewnych w linii prostej, wstępnych i zstępnych, jedyną osobą dziedziczącą po mnie jest mój kuzyn Armand Lavar?de...".

- Tak pan mówi? - wtrącił się Armand.

- Chwileczkę - odparł notariusz. - "Jako swego wyłącznego spadkobiercę ustanawiam go jednak dopiero po spełnieniu jednego warunku. Chłopiec ów nie zna wartości pieniądza; roztrwoniłby mój majątek, rozpędziłby na cztery wiatry, jak to uczynił podczas odbytej przez nas razem wycieczki do Boulogne-sur-Mer14; kosztowała go dwa tysiące franków, ja zaś wydałem sto sześćdziesiąt franków i osiemdziesiąt pięć centymów.

Dlatego Lavar?de wyjedzie z Paryża, mając w kieszeni pięć sou15, jak Żyd Wieczny Tułacz16, i jak ten sławny Semita okrąży świat, nie mając do dyspozycji innej niż ta sumy. Będzie przez to zmuszony do oszczędzania. Wyznaczam mu rok, co do dnia, na spełnienie tego warunku.

Oczywiście będzie musiał być kontrolowany, dlatego za towarzysza podróży wyznaczam mu człowieka osobiście i gorąco zainteresowanego wykonaniem tego zadania. Jest nim mój sąsiad z Baslett Castle, sir Murlyton, którego ustanawiam wyłącznym spadkobiercą w miejsce Armanda Lavar?de'a, jeśli ten nie spełni ściśle wyznaczonego warunku...".

 

- Co? Ja...?! - wykrzyknął Anglik. - Przecież prawie nie znałem tego dziwaka i nieustannie toczyliśmy z sobą procesy.

- "Sir Murlyton - ciągnął niewzruszenie rejent Panabert - jest człowiekiem walczącym o swe prawa. Gdy tylko ogarniała mnie nuda, wszczynałem z nim spór, a to o mur graniczny, a to o rzekę rozdzielającą nasze parki albo o owoce z drzew rosnących przy granicach naszych posiadłości. Dodawało mi to werwy i nadawało znowu barwy szaremu życiu.

Dlatego też sir Murlyton, któremu przyznaję warunkowe prawo do mojego majątku, będzie umiał go docenić. Oczywiście straci wszelkie prawa do spadku po mnie, jeśli dopuści się zdrady wobec biednego Lavar?de'a. Ma go nadzorować sumiennie i uczciwie.

Przyznaję wszakże, że nie bez złośliwej przyjemności dostrzegam z góry, jak mój znakomity, acz rozrzutny kuzyn zostanie w sposób nieunikniony wyzbyty spadku".

Nawet ironia zawarta w ostatnim zdaniu nie zdołała usunąć zmarszczek tego, który je wypowiedział. Na słuchaczy lektura ta wywarła jednak różny wpływ.

Lavar?de się uśmiechał. Może uśmiech ten był kwaśny, ale nikt nie zdołał wykryć tego smaku. Sir Murlyton pozostawał tak spokojny, jakby miał przed sobą kawałek roast-beefu17. Tylko miss Aurett była wyraźnie poruszona. Najpierw się zarumieniła, a potem zbladła. Kierowała spojrzenie na dwóch ludzi mających się wybrać na łowy, na których zwierzyna warta była cztery miliony. To ona odezwała się pierwsza.

- Och - powiedziała - nie możesz, ojcze, obrabować tego młodego człowieka, który nie jest twoim wrogiem i który uratował mi życie.

- Córko - odparł zagadnięty - interesy to interesy; nie byłaby właściwa utrata takiego majątku. Niemożliwe bowiem jest nie tylko okrążenie świata, ale nawet dostanie się z Paryża do Londynu, mając dwadzieścia pięć farthingów18, jedną piątą szylinga... Good business19!

- Nie zrezygnujesz więc?

Notariusz włączył się do rozmowy.

- Panno Aurett - powiedział - jeśli ojciec pani nie zgodzi się przyjąć dotyczącej go klauzuli warunkowej, wówczas pan Lavar?de nie będzie mógł wejść w posiadanie spadku. Ma do niego prawo wyłącznie po spełnieniu pewnych wymogów, podanych jednoznacznie. A gdyby nawet sam się zrzekł...

- Chyba pan żartuje! - zawołał Armand. - Jakże to?! Z nieba spadają miliony, a ja według pana nie zrobię nic, aby je zdobyć...? Zwłaszcza że to, czego wymaga mój kuzyn, nie jest wcale takie trudne. Skoro balowało się od Bastylii do Madeleine20 bez grosza przy duszy, to można się udać do Ameryki, do Chin, do diabła, mając tylko pięć sou.

- Chce pan spróbować - powiedział Anglik - niech będzie! Jestem bogaty, nigdy nie ruszam się bez książeczki czekowej, nie odpuszczę panu ani na chwilę i przekonamy się, czy nie wygram, zanim nie upłyną dwa dni.

- No dobrze, przyjmuję wyzwanie na pojedynek - odparł Lavar?de i zwrócił się do notariusza: - Panie rejencie, czy ma pan w gabinecie rozkład jazdy kolei żelaznej?

- Oto on, szanowny panie.

Lavar?de sprawdził rozkład.

- Jutro, dwudziestego szóstego marca 1891 roku, o dziewiątej rano odjeżdża pociąg do Bordeaux, z przesiadką w Pauillac21, na transatlantyk płynący do Ameryki... Sir Murlyton, jutro rano oczekuję pana na Dworcu Orleańskim - zakończył z narastającą pewnością siebie.

Obaj rywale kłaniali się sobie uprzejmie, podczas gdy notariusz porządkował akta Richarda, a miss Aurett uśmiechała się na widok niewzruszonej pewności siebie młodego mężczyzny. Ten zaś zwrócił się do rejenta Panaberta:

- Muszę wrócić do pana kancelarii dwudziestego piątego marca 1892 roku, przed zamknięciem biura.

- Najpóźniej, proszę pana.

- Doskonale, będę tu.

I z tymi słowy spokojnie wyszedł.

 

 

 

 

1 Lutecja - z łacińskiej nazwy Paryża, Lutetia Parisiorum, podanej po raz pierwszy przez Juliusza Cezara w odniesieniu do grodu celtyckiego plemienia Paryzjów.

2 Mizantrop - osoba stroniąca od ludzi, mająca do nich niechętny lub wrogi stosunek.

3 Antoine Alfred Eug?ne Chanzy (1823-1883) - francuski generał, służył głównie w Algierii, podczas wojny francusko-pruskiej najpierw dowódca XVI korpusu I Armii Loary, od 6 XII 1870 roku dowódca II Armii Loary, powstrzymał ofensywę pruską pod Villorceau, przegrał ważną dla przebiegu wojny bitwę pod Le Mans, za co był oskarżany; po wojnie senator, uczestniczył bez powodzenia w wyborach prezydenckich w roku 1879.

4 Wojna rosyjsko-turecka - działania zbrojne trwające od 24 IV 1877 do 31 I 1878 roku; 24 IV Rosja z pomocą powstańców bułgarskich, serbskich, czarnogórskich oraz wojsk rumuńskich zaatakowała Turcję; agresorzy wygrali bitwę pod Szipką (31 VII-11 VIII 1877), zdobyli twierdzę Plewna (10 XII 1877) oraz zajęli Adrianopol (styczeń 1878); ich pochód został powstrzymany pod naciskiem Anglii i Francji; 3 III 1878 w San Stefano podpisano pokój, na mocy którego utworzono Księstwo Bułgarii, przyznano Rumunii Dobrudżę, Rosji część Besarabii i twierdze kaukaskie Ardahan, Batum i Kars, zwiększono odpowiednio posiadłości Serbii i Czarnogóry; rewizję traktatu podjęto jeszcze w Berlinie w 1878.

5 Oblężenie Plewny, największej twierdzy tureckiej na obszarze dzisiejszej zachodniej Bułgarii, trwało od lipca do grudnia 1877 roku; poddanie Plewny było przełomem w wojnie rosyjsko-tureckiej 1877-1878 i pozwoliło wojskom rosyjskim zająć całą Bułgarię.

6 Nawiązanie do świętego Pawła, prześladowcy wczesnych chrześcijan, któremu ok. 35 roku w drodze do Damaszku objawił się Chrystus, co stało się przyczyną jego nawrócenia.

7 Pan Wszędobylski (fr. Le sire de Vapartout) - tytuł pierwszej poważnej książki reporterskiej w literaturze francuskiej, autorstwa Pierre'a Giffarda (1853-1922), jednego z najwybitniejszych dziennikarzy francuskich i pomysłodawców wyścigu kolarskiego Tour de France; postać Armanda Lavar?de'a jest na nim częściowo wzorowana.

8 Shake hand (ang.) - uścisk dłoni.

9 Mademoiselle (fr.) - panna.

10 Mistress (ang.) - pani, tytuł grzecznościowy.

11 Curious (ang.) - ciekawy.

12 Miss (ang.) - panna, tytuł grzecznościowy stosowany do niezamężnych kobiet.

13 Marsaunay - właściwie Marsannay-la-Côte, miasteczko w Burgundii, w departamencie Côte-d'Or, znane z okolicznych winnic (burgund).

14 Boulogne-sur-Mer - miejscowość i gmina we Francji, w regionie Nord-Pas-de-Calais, w departamencie Pas-de-Calais, nad kanałem La Manche.

15 Sou - dawna moneta francuska, jedna dwudziesta liwra, po wprowadzeniu w roku 1795 franków i centymów, sou to określenie 1/20 franka, czyli 5 centymów; pięć sou to zatem 25 centymów, czyli ćwierć franka.

16 Żyd Wieczny Tułacz - postać ze znanej w całej Europie średniowiecznej legendy; wedle podania Żyd Ahaswerus znieważył niosącego krzyż na Golgotę Chrystusa, za co miał się tułać po świecie do końca świata, nigdzie nie znajdując schronienia; we Francji postać tę spopularyzowała książka Żyd wieczny tułacz Eugéne'a Sue.

17 Roast-beef (ang.) - pieczeń wołowa.

18 Farthing - ćwierć pensa, ówczesna drobna moneta angielska; według systemu angielskiego sprzed reformy monetarnej z roku 1971 jeden funt szterling dzielił się na dwadzieścia szylingów, a szyling na dwanaście pensów; 25 farthingów to w zaokrągleniu sześć pensów, czyli pół szylinga, a nie jedna piąta, jak błędnie napisał Paul d'Ivoi.

19 Good business (ang.) - dobry interes.

20 Od Bastylii do Madeleine (od dawnej twierdzy i więzienia do kościoła św. Magdaleny) - popularne w II połowie XIX wieku wyrażenie idiomatyczne oznaczające cały elegancki Paryż.

21 Pauillac - małe miasto w Akwitanii, nad Żyrondą, 30 km na północ od Bordeaux; słynie z winnic (bordo), od XIX wieku rozbudowywany przemysł ciężki; w XIX przystań statków pasażerskich płynących do portów Ameryki Południowej.

Rozdział II

Zabawa w chowanego

 

 

Po wyjściu od notariusza Lavar?de zapalił cygaro i spacerował przez pół godziny, zastanawiając się, co powinien zrobić. Pierwszą myśl uznawał oczywiście za doskonałą; wyruszenie w celu zdobycia wyjątkowo złotego runa22 odpowiadało jego żyłce miłośnika przygód.

Nie wątpił, że mu się powiedzie. Po namyśle zdał sobie jednak sprawę z niezliczonych trudności, z którymi przyjdzie mu się zmierzyć.

Niespodzianie - dotarł już do kościoła Świętej Magdaleny - jego zasępioną twarz rozjaśnił uśmiech. Wpadł na pewien pomysł. Lecz jaki? Zawrócił i udał się do redakcji swego dziennika, gazety bulwarowej "Échos parisiens"23; tam sporządził, do numeru mającego się ukazać następnego dnia rano, notatkę opisującą całą historię testamentu, ukrywając nazwiska związanych z nią osób pod możliwymi do rozszyfrowania pseudonimami.

Następnie poszedł do kasy, gdzie oczekiwała go pierwsza trudność, mało zresztą zaskakująca. Komornik wysłany przez Bouvreuila zajął mu pobory.

- No - powiedział Lavar?de - już się zaczyna.

Poszedł do siebie. Tam to samo, dozorczyni, pani Dubois, powiadomiła go o przybyciu innego komornika, który w imieniu kamienicznika Bouvreuila zajął meble.

- Co to mnie obchodzi? - odparł wesoło. - Jutro wyruszę do innego świata.

- Och! Mój Boże! - rzuciła dobra pani Dubois. - Chyba nie zamierza się pan zabić, drogi panie Armandzie...? Rany od pieniędzy nie są śmiertelne.

- Może pani być spokojna - powiedział ze śmiechem. - Inny świat, do którego się udaję, to Ameryka. Mam odebrać spadek po krewnym, po czterokroć milionerze.

- Bardzo mnie pan przestraszył.

Lavar?de wiedział już dostatecznie wiele. Wziął dorożkę i kazał się jak najszybciej zawieźć na Dworzec Orleański, do stacji towarowej. Znał jednego z zastępców naczelnika stacji, któremu od czasu do czasu dawał bilety do teatru. Spędził u niego kilka chwil, a potem poszedł obejrzeć peron załadunkowy, na którym piętrzyły się stosy najrozmaitszego rodzaju pakunków, skrzyń, koszy itp.

Wyraźnie zadowolony z tych oględzin wrócił do biura i napisał tam zlecenie nadania, które najpierw zdumiało pracownika, a potem wywołało uśmiech u towarzyszącego mu znajomego naczelnika.

- Chodzi rzeczywiście o Panamę? - zapytał przełożony.

- Tak, o Panamę - potwierdził Lavar?de - i o najwyższą prędkość. Przesyłka ma wyjechać jutro rano pociągiem ekspresowym skomunikowanym z parowcem linii Chargeurs Réunis24.

Dla większej pewności wrócił na peron, tam poprosił robotnika o pędzel i wiadro czarnej farby, aby na ogromnej drewnianej skrzyni napisać wielkimi literami słowo: Panama. Skrzynia miała kształt fortepianu. Podłużna i obszerna, była już pokryta innymi pościeranymi napisami, stemplami wysyłki i odbioru, które zerwał... Następnie Lavar?de zapłacił pomagającym mu pracownikom i uścisnął serdecznie rękę zastępcy naczelnika, który nieustannie objawiał szczerą wesołość.

- Jeśli to żart - powiedział zastępca - to jest całkiem udany. Czy jednak zapewni mnie pan przynajmniej, że Kompania nie będzie stratna?

- Ręczę panu za wszystko. A kiedy wygram zakład, to obiecuję panu dobry obiad, a następnie lożę w operze.

Lavar?de wsiadł do dorożki i wrócił na bulwary. Popołudnie nie było stracone. Zajrzawszy do portmonetki, zobaczył, że zostało mu kilku luidorów25. Powinien je wydać tego wieczora albo w nocy. Nie będzie to trudne. Wystarczy zaprosić kilku kolegów na obfity obiad polany dobrym winem, na wesoły i przyjemny wieczór, dobrą kolację z szampanem, a pieniądze szybko się skończą. Załatwi to tak, że do rana zostaną mu w kieszeni tylko dwa franki...

- Właśnie tego mi potrzeba...! Trzydzieści pięć sou za dorożkę... a pięć, aby objechać świat dookoła.

Lavar?de posiadał więc wyznaczone przez testatora dwadzieścia pięć centymów, gdy o ósmej rano wysiadł na Dworcu Orleańskim.

Nie spał tej nocy, to prawda.

"Za to - pomyślał - w drodze będę miał mnóstwo czasu na spanie".

I niemal natychmiast zniknął, udawszy się na stację towarową.

Wkrótce potem wśród podróżnych szykujących się do zajęcia miejsc w pociągu ekspresowym dało się rozpoznać kilku, z którymi już zawarliśmy znajomość.

Był tam przede wszystkim zacny pan Bouvreuil, którego córka Pénélope odprowadziła aż na dworzec, wraz z towarzyszącą jej boną.

Przypatrzmy się pannie Pénélope. Naprawdę nie sposób ganić Lavar?de'a za brak chęci połączenia swych losów z tą młodą osóbką. Zbyt duża, żeby być elegancką, raczej koścista niż szczupła, o żółtawej cerze, wyniosłej i zarozumiałej minie - co ludzie o ciętym języku nazywają "warzeniem humoru" - takie wrażenie sprawiała córeczka dobrego pana Bouvreuila. Wiedziała, że jest bogata, rodziło to w niej bardzo głupią pychę, a odmowa Lavar?de'a zraniła jej próżność. To właśnie ona poradziła ojcu, aby złamać głodem młodego człowieka.

Stary spryciarz czytywał uważnie gazetę "Échos parisiens" zaraz po tym, jak się ukazała, a w niej rubrykę Lavar?de'a. Gdy rozpoznał siebie w postaci "Pana Chardonnereta26, kamienicznika z rasy nieoswojonych sępów"27, przebiegł uważnie oczyma resztę artykułu, czytając między wierszami. Podał dziennik córce, dzieląc się z nią swymi przemyśleniami.

- Jak to?! - powiedziała po przeczytaniu. - Ten niechcący mnie pan odziedziczy cztery miliony, jeśli uda mu się odbyć podróż bez pieniędzy...?

- Już po tym tylko, że jej spróbuje, widzisz, że jest szalony.

- Mam więc nadzieję, że mu się nie uda.

- Bądź spokojna, niedługo wróci do Paryża skruszony i pokorny. Będzie wtedy tak oplątany moją siecią dokumentów urzędowych, że z radością przystanie na zawarcie pokoju, wraz z twoją ręką.

Pénélope westchnęła. Już niezbyt ładna z nieruchomą twarzą, była bardzo brzydka, kiedy wzdychała.

- Ten potwór jest taki czarujący - rzuciła, zwracając ku niebu oczy omdlewającego z zachwytu karpia.

W tejże chwili robotnicy wstawiali do wagonu bagażowego skrzynię o kształcie i rozmiarach tak niespotykanych, że przyciągała wszystkie spojrzenia.

- Popatrz - powiedział Bouvreuil - ta skrzynia odbędzie tę samą drogę co ja.

- Jedzie do Panamy? - spytała Pénélope.

- Tak, właśnie tak na niej napisano.

- To musi być fortepian - zaryzykowała stwierdzenie panienka.

- Na pewno jakiś inżynier chce tam sobie umilać chwile wolne od pracy.

- Strzeż się febry, tato.

- Bądź spokojna, za pieniądze można kupić doskonałą higienę. Zresztą nie zostanę tam długo. Tylko na czas inspekcji warsztatów, sprawdzenia celowości wydatków i stanu prac. Będę sporządzał tylko notatki, a raport dla syndykatu napiszę na statku, w drodze powrotnej... W zupełności wystarczą mi dwa tygodnie.

- Doliczając podróż tam i z powrotem do przewidywanego przez ciebie czasu pobytu, nieobecność wyniesie w przybliżeniu sześć tygodni.

- Najwyżej sześć tygodni. Wyślę ci kablem telegram z datą przybycia tam i z datą wyjazdu.

Mówiąc to Bouvreuil, rozsiadł się w przedziale pierwszej klasy, gdzie wkrótce dołączyły do niego dwie inne osoby.

Sir Murlyton w towarzystwie córki, miss Aurett, i jej guwernantki, mistress Griff, przybył na dworzec o wyznaczonej godzinie, z punktualnością i skrupulatnością wyspiarzy z Wielkiej Brytanii. Rozglądając się na wszystkie strony, nie dostrzegł wcale Lavar?de'a, którego, jak wiemy, nie mogło być na dworcu pasażerskim.

- Czyżby już się wyrzekł spróbowania szczęścia? - zapytał siebie Anglik.

- To nieprawdopodobne - odparła miss Aurett.

Minęła jednak wyznaczona godzina, zbliżała się pora odjazdu, a Lavar?de ciągle się nie pojawiał.

- Ach! - prychnął niezadowolony sir Murlyton.

- Musisz mu towarzyszyć.

- W tym celu powinien tu być.

- Może uznał za mądrzejsze pojechanie z Paryża do Bordeaux samemu, bez ciebie, ojcze.

- To dlatego, żebym nie mógł sprawdzić ceny jego biletu, który kosztuje więcej niż dwadzieścia pięć centymów - dodał ze śmiechem Murlyton.

Dokonali szybkiego sprawdzenia wagonów już wypełnionych przez pasażerów. Lavar?de'a wśród nich nie było. Miss Aurett nagle wpadła na pomysł.

- Ojcze, w Paryżu, przy takim ruchu na dworcu, grozi ci, że stracisz go z oczu. Jeśli natomiast pojedziesz do Bordeaux, zyskasz pewność, że na niego natrafisz. Aby się zaokrętować na packet boat28, będzie miał tylko jedną drogę, trap okrętowy. Powiedział, że pociąg ma w Pauillac połączenie z linią parowców, powinieneś więc pojechać aż tam.

- Och! Jesteśmy Anglikami, wielkimi podróżnikami, coś takiego nie może zbytnio nam przeszkodzić. To mimo wszystko zwykła przejażdżka.

- Właśnie, a skoro jesteś taki uprzejmy, będę ci towarzyszyła, aby ucałować cię na pożegnanie, zanim wyruszysz w wyprawę dookoła świata.

- Jeśli jednak ten jegomość przybędzie spóźniony, już po odjeździe pociągu, skąd się o tym dowiem?

- Mistress Griff widziała go wczoraj na ulicy, a także u notariusza. Wystarczy, że zostanie tutaj i zaczeka. Rozpozna go i wyśle depeszę do nas, do Bordeaux-Pauillac, na adres dworca albo biura towarzystwa okrętowego.

- Masz rację.

Po wyjaśnieniu guwernantce roli, którą miała odegrać, kupili dwa bilety. Miss Aurett z radością dwudziestolatki była zachwycona tą krótką wycieczką, przypominającą jej wypad pensjonarki poza szkołę. Mistress Griff uścisnęła ją z powagą.

- Spotkamy się pojutrze, proszę panienki?

- Być może jutro. Statek odpływa dziś wieczorem, nie zostaje na noc w Bordeaux; wyjadę więc nocnym pociągiem i jest bardziej niż prawdopodobne, że wrócę jutro, a nie pojutrze.

- Będę więc czekała tu na panienkę.

- Powiadomię telegramem o powrocie.

Ojciec wtrącił się do rozmowy:

- Ostatnie polecenie, mistress. Po powrocie córki wyjedziecie z Paryża do domu, do Devonshire. Nie mogę przewidzieć, czy moja nieobecność będzie długa czy krótka, ani nawet, czy wsiądę na statek; nie jest to zależne ode mnie, ale od kogoś innego. W każdym razie wolę was widzieć w domu, at home29, w Anglii.

Mistress Griff ukłoniła się z szacunkiem. Murlyton i Aurett udali się do jedynego przedziału, w którym zostały jeszcze wolne miejsca. Usiedli tam naprzeciw pana Bouvreuila, nieznanego im zupełnie.

Ten wyciągnął z kieszeni ogromny portfel, jaki noszą ludzie prowadzący interesy; w oczekiwaniu na odjazd pociągu sporządził kilka notatek, podczas gdy mademoiselle Pénélope szukała wzrokiem swojej bony, która zniknęła. Bouvreuil napisał na białej kartce:

1. Wybierać najchętniej hotele angielskie: są wygodniejsze;

2. Unikać towarzystwa Francuzów, z wyjątkiem inżynierów z Kompanii30;

3. Z nikim nie rozmawiać o polityce;

4. W przypadku kłopotów, zwrócić się przede wszystkim do konsula Francji.

Sporządzał te mądre uwagi na przyszłość, kiedy do przedziału przybiegła jego córka; jej mina wyrażała wzburzenie, ale także radość.

- Tato - powiedziała - tato...! Co za nowina...!

- Jaka?

- Pan Lavar?de musi być w tym samym pociągu co ty.

- W pociągu...?! Nie widziałem go.

- Ani ty, ani nikt. Jest w skrzyni.

- Jakiej skrzyni...?

- Dobrze wiesz, w wielkiej skrzyni wysyłanej do Panamy.

- Tej, o której sądziliśmy, że zawiera fortepian...?

Murlyton i jego córka nie zdołali się powstrzymać przed wymianą spojrzeń i słów.

- Ach tak! Pan Lavar?de...

- Miałam rację, mówiąc ci o nim - stwierdziła miss Aurett.

Bouvreuil popatrzył na nich wielce zdumiony faktem, że ci cudzoziemcy wymówili nazwisko Lavar?de. Zdąży jednak później zapytać ich o to, teraz bowiem konduktorzy zamykali drzwiczki przedziałów i musiał się rozstać z Pénélope. Wychyliwszy się z okna, gdy jego córka stała na stopniu, zapytał jeszcze:

- Skąd o tym wiesz?

- Od bony.

- Ach tak!

- Jeden z robotników jest jej krajanem z Santenay w Côte-d'Or31. Spotkali się tutaj i ze śmiechem opowiedział jej, że widział kogoś wchodzącego do skrzyni stojącej na peronie towarowym. Rysopis odpowiadał panu Lavar?de, nie ma mowy o pomyłce. Przyszedł zastępca naczelnika stacji, bardzo wesoły, zamknął deski tworzące drzwiczki i nakazał świadkom wśród pracowników, aby o tym milczeli...

- A ten nie wykonał polecenia.

- Och! Uznał, że sekret nie obowiązuje wobec jego krajanki. Wydaje się wszakże, że na dworcu nikt o tym nie wie.

- Doskonale, już go mam! Każę go przyskrzynić w Bordeaux; w pace cztery miliony przelecą mu koło nosa.

- Dziękuję, tato, i powiedz mu, że ma wrócić do domu, że pozwalam mu ubiegać się o moją rękę i że pobierzemy się za sześć tygodni, po twoim powrocie.

- Oczywiście.

Miss Aurett i jej ojciec nie uronili ani słowa z tej rozmowy, prowadzonej zresztą głośno.

Gwizdek dał znak odjazdu. Pociągiem szarpnęło. Bouvreuil, nadal wychylony przez drzwiczki, pożegnał się gestem. Tak oto wszyscy wyruszyli pociągiem do Bordeaux-Pauillac: Lavar?de w skrzyni; Murlyton, Aurett i Bouvreuil w przedziale.

Dyskrecja Anglików jest dobrze znana, nigdy nie odzywają się pierwsi do ludzi, których nie znają. To Bouvreuil musiał więc zacząć rozmowę.

- Bardzo państwa przepraszam - powiedział do sąsiadów w przedziale - ale przed chwilą odniosłem wrażenie, że znają państwo owego pana Lavar?de'a, o którym mówiła mi córka.

- Rzeczywiście, znamy go - powiedział sir Murlyton. - Z kim jednak mam zaszczyt...?

- Bouvreuil, właściciel nieruchomości, finansista, prezes syndykatu właścicieli akcji Panamy - odparł zapytany, podając swą wizytówkę.

- Doskonale, szanowny panie. Jestem sir Murlyton, a to moja córka Aurett.

- Ach tak...! To pan jest owym Anglikiem, którego w artykule w "Échos" ukryto pod nazwiskiem Mirliton32 Esquire33.

- Nie znam tego artykułu.

- Proszę, może pan przeczytać.

Po szybkim przejrzeniu gazety Anglik przyznał:

- Tak, musi chodzić o mnie. A pan jest tym ptakiem z gatunku "sęp"?

- Zgadza się... Co za łajdak...!

- Z tego, co widzę, nie jest pan jego przyjacielem...

- Och nie!

Miss Aurett wtrąciła ze swym ujmującym uśmiechem:

- A przecież pańska córka dopiero co... Czy nie było mowy o małżeństwie jej i jego?

- Moja córka go pragnie, ale on, niecny hultaj, nie chce nawet o tym słyszeć.

- Ach tak! Przepraszam...

I dziwny, zagadkowy uśmiech pojawił się na ustach miss Aurett, zastępując uprzejmy i towarzyski, jaki ukazywała przedtem. Widziała twarz i sylwetkę mademoiselle Pénélope. W głębi duszy przyznawała rację panu Lavar?de'owi. Uważała, że ten biedny chłopiec, który uratował jej życie - trwała przy tym - zasługuje na coś lepszego aniżeli taka mało pociągająca małżonka.

Tymczasem obaj panowie rozmawiali dalej.

- Tak - powiedział Bouvreuil - sprawię, że nie obejmie dziedzictwa; dziś wieczorem zostanie aresztowany, co powinno pana uradować, jest pan bowiem jego konkurentem i dlatego mi pan pomoże.

- Och! Osobiście nie mam nic przeciwko niemu. To sprawa honorowa, przewidziana w testamencie. Mam go jedynie pilnować, sam nie mogę stawiać mu przeszkód.

- Tak właśnie się stanie, działać będę ja i on nie opuści Bordeaux.

Po czternastu godzinach jazdy bagaże wyładowano na nabrzeże, przy którym okrętowano się na statki. Bouvreuil nie spuszczał z oka skrzyni, w której znajdował się jego wróg. Zacierając ręce, udał się w stronę urzędu celnego. W tejże chwili rozległo się pukanie w deski skrzyni i wesoły, cichy głos zawołał z wielką życzliwością:

- Panie Lavar?de...! Panie Lavar?de!

 

To wołała miss Aurett, która instynktownie, bez namysłu, stanęła po stronie Lavar?de'a, a nie Bouvreuila. Czyniąc tak, wystąpiła również przeciwko ojcu. O tym jednak nie myślała. Jej pierwszym odruchem, dobrym - lepszym, jak powiedział Talleyrand34 - była obrona młodości przed starością, piękna przed brzydotą, biedy przed bogactwem. Nie należy jej ganić za wrodzoną szlachetność. Tak rzadko występuje w życiu! Dość często wszakże u osób w pięknym wieku miss Aurett. Czyż mając dwadzieścia lat, nie żywi się wielu złudzeń?

Jest pewne, że gdyby drobna Angielka była osobą wyrachowaną, gdyby na pensji przywykła do liczenia, gdyby wpojono jej wartość pieniędzy, pomyślałaby tak:

"Ten chwat wygląda mi na zdecydowanego. Jeśli nie zostanie powstrzymany, jest w stanie zdobyć miliony naszego sąsiada Richarda. Otóż miliony te powinny któregoś dnia przypaść mnie, albo może stanowić mój posag. Gdy zaś pozwoli się działać temu szkaradnemu ptakowi o nazwisku Bouvreuil, młody podróżnik zostanie aresztowany, wsadzony do więzienia, skazany co najmniej na grzywnę, którą będzie musiał zapłacić. W każdym razie wymusi to na nim stratę czasu, powrót, tłumaczenie się, obronę w procesie, zdobycie pieniędzy na podróż. Zajmie to wiele dni, a może miesięcy. Piękne zaś miliony będą podróżowały same, bez niego, aby trafić szybko do taty Murlytona".

Rozumowanie takie, logiczne i sensowne, nie pojawiło się w jej dziewiczym umyśle. Uczciwość nie dopuszczała nawet, aby była milczącym i niemym wspólnikiem, który "pozwala działać". Toteż było całkowicie naturalne, że jakby spełniając swój obowiązek, zapukała lekko drobnymi paluszkami w kryjącą tajemnicę skrzynię i powtórzyła:

- Panie Lavar?de!

Żadnego odgłosu, żadnej odpowiedzi. Nadal półgłosem powiedziała:

- Niech pan mi zaufa, proszę. Grozi panu niebezpieczeństwo, przyszłam o nim uprzedzić.

Teraz ze środka dobiegł stłumiony głos:

- Myślałbym, że to pani głos, miss Aurett.

- Tak! - potwierdziła wesoło. - Niech pan szybko stamtąd wyjdzie.

- Nie, mademoiselle; wyjdę dopiero wtedy, gdy moja sypialnia zostanie załadowana pod pokład parowca pasażerskiego, a jego ruch powie mi, że statek płynie do Colón35.

- Nie zostanie załadowana, pańska... To, co panu powiem, jest shocking36.

- O! A to dlaczego, mademoiselle? - zapytał Lavar?de, uderzony nutą rozpaczy w głosie młodej Angielki.

- Bo pan... nie znam jego nazwiska, brzmi jak nazwa ptaka z rasy sępów...

- Pan Bouvreuil...

- Właśnie... poszedł po celników i po urzędników, żeby pana "przyskrzynili".

- Przyskrzynili! Psiakrew!

Mówiąc to, otworzył drzwiczki. Miss Aurett była cała spłoniona.

- Och! - rzuciła zmieszana. - "Przyskrzynić" nie jest może ładnym słowem... Jednak on je przed chwilą właśnie wypowiedział; kiedy uprzedzał ojca, wspomniał też o "pace".

- Ale co ten diabeł tu robi?

- Mój ojciec...? Przecież pilnuje pana, jak powinien!

- Nie, nie szanowny ojciec pani... tamten.

- Powiedział nam, że jedzie do Panamy.

- Bardzo, bardzo dziękuję, miss... A zatem pan Murlyton jest jego wspólnikiem...?

- Och! Skądże... tata jest w porządku. Zobowiązany jest nic nie robić. Dlatego się oddalił.

- Aby pozwolić działać tamtemu?

- Nie może mu przeszkodzić, drogi panie... Lecz ja...

- Pani...! - zawołał Lavar?de, wyskakując na bruk nabrzeża - pani jest Opatrznością; może to po to, żeby odgrywała pani ową rolę, dobry Bóg uczynił panią taką piękną...

- Bez komplementów, mój panie zbawco. I niech się pan szybko ukryje, bo oto oni nadchodzą.

- Dziękuję, mój dobry aniele!

I przesławszy pocałunek czubkami palców, Armand schował się za belami i budami tworzącymi niedaleko ogromny stos. Miss Aurett, w głębi duszy trochę zmartwiona, ale zachowująca spokojną twarz, patrzyła na zbliżanie się Bouvreuila z celnikiem i kolejarzem. Zachowała się na tyle ostrożnie, że pomyślała o zamknięciu skrzyni.

- Jest tutaj - powiedział Bouvreuil z gestem przypominającym trochę ten, który Napoleon wykonał pod Marengo37.

 

- W środku, mówi pan - spytał trochę osłupiały urzędnik celny - jest człowiek?

- Może kryje się tam złoczyńca - dodał Bouvreuil.

- W każdym razie żyjące mięso, ciało ludzkie, towar niezgłoszony do odprawy, mandat - oświadczył celnik.

Sprowadzona dwójka ludzi nie wiedziała, jak otworzyć skrzynię, żeby sprawdzić jej zawartość. Bouvreuil także nie wiedział. Cała trójka próbowała bez rezultatu, tak iż przyglądająca się temu miss Aurett ledwo zachowywała powagę. Wysiłki przyniosły jednak taki rezultat, że zdołano przewrócić skrzynię, co natychmiast tych ludzi nawykłych do zajmowania się ładunkami przekonało, iż jest lekka, a zatem musi być pusta.

- Szanowny pan się myli - powiedział Bouvreuilowi kolejarz z dworca. - W środku nie może być żadnego człowieka.

- Ależ jest! - zapewnił zagadnięty.

- Ależ nie! - upierał się kolejarz. - Proszę zobaczyć, bez trudu obracam ją jedną ręką.

- Słusznie - przytaknął celnik.

- Mimo to zapewniam panów, że jak oświadczyłem, w Paryżu...

- W Paryżu moi koledzy wyśmieją pana.

- Przecież wystarczyć otworzyć skrzynię i się przekonamy.

- Tak, ale nie mamy tutaj narzędzi, a nie odważę się oderwać tych desek bez obecności któregoś z mych przełożonych. Pójdę po kolegów, żeby przewieźć ten podejrzany ładunek do urzędu.

- A ja - dodał urzędnik celny - pójdę po brygadiera, żeby był obecny przy przeszukaniu.

- Jak to...! - rzucił Bouvreuil, wznosząc w rozpaczy ramiona ku niebu. - Przecież w tym czasie siedzący w środku rozbójnik ucieknie ze swej jaskini!

- No dobrze, zostanie tu pan na straży, dopilnuje, czy nie wyjdzie - powiedzieli, odchodząc, dwaj pozostali.

Bouvreuil został więc sam na mierzącej dwadzieścia kroków wolnej przestrzeni pomiędzy pagórkami skrzyń, beczek, bel, koszy, towarów najrozmaitszego pochodzenia i wszelkich rodzajów, wysyłanych do Ameryki albo z niej przybyłych.

Był sam, ponieważ miss Aurett chwilę przedtem podeszła do kryjówki Lavar?de'a, który dał znak pilnie ją przyzywający.

- Błagam panią, miss - powiedział ściszonym głosem - niech pani stąd odejdzie... nie powinno być żadnego świadka tego, co nastąpi.

Nie odpowiadając, skinęła głową Bouvreuilowi i odeszła poszukać ojca, który kierował się w stronę nabrzeża statków pasażerskich.

- A zatem, córko...? - zapytał ojciec.

- No cóż, nic się nie rozstrzygnęło.

- Ach tak...! A pan Lavar?de?

- Myślę, że się zaokrętował.

- Wobec tego pójdę zapłacić za mój przejazd.

- Za nasz przejazd, ojcze.

Nieporuszony sir Murlyton zapytał:

- Chcesz więc popłynąć ze mną?

- Tak, ojcze; ta mała wycieczka do Panamy może być pouczająca; jeszcze nie zwiedzałam Ameryki Środkowej - równie chłodno, jak prawdziwa Angielka, odpowiedziała córka.

- Podróże kształtują młodość... Jaki jednak masz z sobą bagaż?

- Walizkę wycieczkową i przyrządy niezbędne do toalety.

- Uważasz, że to wystarczy?

- Nie, lecz pójdę szybko dokonać niezbędnych zakupów.

- All right38! A mistress Griff?

- Wykorzystam bieganie po sklepach, aby do niej zatelegrafować, że ma od razu i sama wrócić do naszego dworku w Devonshire.

- A zatem wszystko przewidziano. To dobrze.

Uścisnęli sobie ręce i się rozstali, ona poszła w stronę dworca morskiego w Pauillac, on zaś wszedł na statek i zamówił dwie kabiny. Oboje ani na chwilę nie stracili tradycyjnej brytyjskiej flegmy. Płynęli do Ameryki, jakby udawali się do Asni?res39, zawsze równie spokojni.

Gdy ta scenka odgrywała się przy "Lorraine"40, transatlantyku dowodzonym przez kapitana Kasslera, inna miała miejsce przy inkryminowanej skrzyni. Uśmiechnięty Lavar?de ukazał się oczom rozzłoszczonego Bouvreuila.

- Och! Dobrze wiedziałem! - rzucił ten z triumfującą miną.

- Co pan wiedział? - zapytał uprzejmie młody człowiek.

- Że pan tam był...! - Wskazał skrzynię.

- Drogi panie, to pomyłka, byłem gdzie indziej.

- Wiem, co mówię.

- Nie inaczej jak ja, proszę mi wierzyć. Spacerowałem, w oczekiwaniu na odbycie małej wycieczki do Ameryki, zresztą tak jak pan... Z tym tylko, że ja robię to, aby uciec przed pańskimi komornikami, pańskimi miłymi komornikami.

Bouvreuil przyjął ton drwiącej litości.

- Tak, chce pan, jak sam powiedział, uciec do Ameryki, ale podróżując w sposób oszukańczy, posługując się mroczną machinacją.

- Rzeczywiście - powiedział Armand szyderczo - nie widać za wiele w tych deskach. "Mroczna" to trafne określenie.

- Ja natomiast, tak, mój panie - ciągnął finansista z przechwałką w głosie - podróżuję w biały dzień, płacąc za bilet...! Zajmując kabinę numer dziesięć, tak, mój panie...! A nie ukrywając się w głębi nieujawnionego ładunku, tak, mój panie...!

I za każdym razem, gdy wymawiał owo "tak, mój panie!", jego głos się wznosił, przyjmując zabarwienie majestatyczne, prudhomowskie41 i melodramatyczne.

- Robię, co mogę, tak, mój panie! - odparł nieśmiało Lavar?de.

Po czym szybkim i nagłym ruchem otworzył drzwiczki skrzyni, wepchnął siłą do środka nieszczęsnego kamienicznika, a potem pośpiesznie ustawił deski. Gwałtownym wysiłkiem zniszczył na dodatek sekret zamknięcia, tak iż pan Bouvreuil nie mógł teraz wyjść z owej piekielnej skrzyni. Zaczął krzyczeć, wołać, wkrótce jednak jego głos osłabł. Mrok go zmieniał. Czy to wściekłość dławiła zamkniętego? A może rozrzedzone powietrze, którym oddychał?

Lavar?de nie zadawał sobie tych pytań. Natychmiast wyniósł się stamtąd z wielką prędkością i biegiem udał się na trap42, po którym wchodzili na pokład pasażerowie "Lorraine". Zdążył. Dwie minuty później na nabrzeżu załadunkowym pojawili się czterej robotnicy, tragarze marynarki, poprzedzani przez tego samego celnika co poprzednio.

- Coś takiego - rzucił zdumiony - starego już nie ma.

- Stracił cierpliwość i poszedł sobie - powiedział robotnik. - Tak właśnie zrobił.

Tragarze zabrali się do ładowania skrzyni.

- Och! Och! - stęknął jeden z nich. - Ale jest ciężka...

- To prawda, waży więcej niż przedtem.

- Czyżby naprawdę w środku coś było?

- Tak, bo coś się rusza.

- Patrzcie, gdy podnosi się skrzynię z jednej strony, to przesuwa się w inną.

Istotnie, usłyszeli głośny łoskot.

- Coś się tam przetacza.

Celnik nastawił ucha.

- I można powiedzieć, że jęczy.

- Oj! Oj! Mamy tu dzikie zwierzę.

- To kontrabanda.

- Na pewno!

- Zabierzmy tę skrzynię. Najpierw opatrzę ją plombami, zapieczętuję. Nikt jej nie tknie, dopóki brygadzista nie zje obiadu. Nakazał, żeby ładunek zanieść do biura naczelnika urzędu celnego. Zostanie otwarty wyłącznie w jego obecności.

Zrobiono tak natychmiast. Biedny prezes syndykatu akcjonariuszy, który przypuszczalnie stracił przytomność, będzie miał czas na jej odzyskanie. Na razie nie zajmujmy się nim jednak więcej i powróćmy na pokład "Lorraine".

Wszystko przygotowano tam do wypłynięcia. Statek pasażerski był pod parą. Rozgrzana maszyna pomrukiwała głucho jak poskromione zwierzę. Pióropusz dymu był gęsty i czarny. Marynarze zajmowali się takielunkiem43 albo układaniem ładowanych bagaży i towarów. Wszyscy znajdowali się na pokładzie. Krewni i znajomi opuszczali statek po ostatnich pożegnaniach. Trap zostanie wkrótce zabrany. Pierwszy oficer kończył wywoływanie podróżnych.

- Zobaczmy, czy nikogo nie brakuje... Do zajęcia są kabiny numer osiem i dziewięć.

- Kabiny numer osiem i dziewięć są dla mnie i mojej córki - powiedział sir Murlyton.

- Dobrze! Państwo są na pokładzie... Lecz nikt nie zgłosił się jeszcze do kabiny numer dziesięć. Poszukajmy numeru dziesięć... Zarezerwowany w Paryżu, w Agencji Morskiej.

Jakiś człowiek wskoczył na trap w chwili, gdy majtek miał go podnieść.

- Numer dziesięć jest mój, już jestem...! - zawołał bardzo przestraszony.

- Pańskie nazwisko? - zapytał pierwszy oficer.

- Bouvreuil, z Paryża.

- Zgadza się... W drogę!

Rozległ się gwizd, uderzono w dzwon. "Lorraine" majestatycznie zaczęła odbijać. Odpływała. Dwaj pasażerowie spotkali się nos w nos przy wejściu do rufówki44.

- Ach tak...! - powiedział jeden z nich. - Pan Lavar?de...

- Jak najbardziej, sir Murlytonie; a czy pańska córka wróciła do Paryża?

- Nie, jest tutaj.

- Na pokładzie! Jestem naprawdę zachwycony, że nasz rejs rozpoczynam w jej czarującym towarzystwie.

- Proszę wybaczyć, sir...? Jak się pan tu znalazł? Znam cenę biletu, zapłaciłem za dwa, i przekracza ona sumę, jaką może pan posiadać w kieszeni.

- Oczywiście... ale ja nie zapłaciłem tej ceny, oto nadal posiadam nietknięte moje dwadzieścia pięć centymów. Może pan to sprawdzić, surowy kontrolerze.

- Zgoda, ale to nie jest odpowiedź na moje pytanie.

- Jest bardzo prosta. Zajmuję kabinę numer dziesięć, za którą zapłacił wspaniały pan Bouvreuil; cena obejmuje wszystko, rejs w pierwszej klasie i wyżywienie.

- Zapłacił... za pana?

- Nie, za siebie.

- Ach tak...! Nic nie rozumiem.

- Czegóż to pan nie rozumie? Jestem w jego kabinie.

- Och...! A on?

- On? Jest w mojej skrzyni, u licha...!

- Czy skrzynia jest na pokładzie?

- Ależ nie... pozostała na lądzie.

- Z nim w środku?

- Oczywiście... z nim w środku.

Sir Murlyton zastanawiał się kilka chwil, potem uśmiechnął się do córki, która podchodząc, usłyszała ostatnie słowa.

- Niezbyt poprawne - powiedział poważnym głosem - ale bardzo pomysłowe.

Następnie obrócił się na pięcie i poszedł oprzeć się o nadburcie45. Młodzi ludzie wymienili kilka słów:

- Udało się panu, gratuluję.

- Jeśli uniknąłem tego pierwszego zagrożenia, miss, to dzięki pani, nie zapomnę o tym.

- Och! Nie uregulowałam jeszcze z panem rachunków.

- Uważa więc pani - zapytał z uśmiechem - że zawdzięcza mi życie?

- Uważam przede wszystkim, że nie powinnam szkodzić pańskim interesom.

- Nawet kosztem swoich?

Miss Aurett nie odpowiedziała i podeszła do ojca. Armand podążył naturalnie za tą tak mało zachłanną dziewczyną; nowa znajoma upoważniła go zresztą do tego spojrzeniem. Gdy cała grupka znalazła się razem, powiedziała:

- Uzna mnie pan za bardzo ciekawską, panie Lavar?de, ale kiedy przypadkiem - zarumieniła się mocno, wymawiając te słowa - kiedy przypadkiem otworzyły się drzwiczki pańskiego małego przedziału, godzinę temu, odniosłam wrażenie, że dostrzegam wnętrze wyściełane... Czy się pomyliłam?

- Ani trochę, miss.

- Ach tak! Jak i dlaczego wyściełane? - zapytał sir Murlyton.

- Wszystko to przygotował umyślnie na długą podróż, z Pirenejów do Paryża, pewien dziwak, którego przygody opisałem w mojej gazecie. Przypomniałem sobie o nim. Sprawdziłem, że owa skrzynia, o której mówił cały Paryż, była jeszcze na Dworcu Orleańskim... posłużyłem się nią, to cała historia.

- Miałem rację - rzucił Anglik. - Jest pan bardzo pomysłowym dżentelmenem.

Uśmiech dziewczyny potwierdził zdanie jej ojca.

Oparty łokciami o nadburcie sir Murlyton śledził lornetką morską linię brzegową lądu, który zaczynał ginąć w mgiełce oddalenia.

Coś tam przyciągnęło jego wzrok.

- Proszę spojrzeć, panie Lavar?de - powiedział, podając mu lornetkę. - Czy nie widać, że coś dzieje się na molo, na końcu nabrzeża?

Armand popatrzył.

- Tak, niski mężczyzna czyni zamaszyste gesty... Ale jest ścigany... Można nawet rozpoznać, że niektórzy z goniących go noszą mundury. To na pewno żandarmi.

- Kto to może być?

- Och! Nie mam wątpliwości, że to Bouvreuil... Nie umarł z miejsca na apopleksję... No, tym lepiej, tym lepiej.

 

Tymczasem Żyronda46 szybko zostawała w tyle, a żaden sygnał nie zawracał "Lorraine". Lavar?de uznał więc, że może być spokojny o cały czas rejsu.

 

 

 

 

22 Nawiązanie do złotego runa skrzydlatego barana, po które według greckiego mitu wyruszyli do Kolchidy Argonauci pod wodzą Jazona.

23 Échos parisiens (fr. Paryskie Echa) - nazwa fikcyjnego dziennika bulwarowego, czyli o lżejszym, sensacyjnym charakterze.

24 Chargeurs Réunis (fr.) - Zjednoczeni ładowacze, pełna nazwa: Société de Navigation des Chargeurs Réunis, spółka założona w roku 1872, obsługująca najpierw linię Hawr-Rio de Janeiro i Buenos Aires, a potem wiele innych; w roku 1891 miała ponad 30 statków pływających do portów Ameryki Południowej i Północnej, Afryki Wschodniej, później także do Indochin; statki wyruszały głównie z Hawru, Cherbourga i Bordeaux.

25 Luidor (fr. louis) - główna jednostka monetarna Francji do roku 1792; po reformie określano tak 20 franków.

26 Chardonneret to po francusku szczygieł, a bouvreuil - gil, stąd łatwe rozpoznanie.

27 Sęp - użyte przez P. d'Ivoi słowo vautour znaczy zarówno sęp, jak też chciwiec, lichwiarz.

28 Packet boat - angielska nazwa niewielkich i szybkich statków pocztowych, pasażerskich i towarowych, stosowanych głównie w żegludze przybrzeżnej i rzecznej.

29 At home (ang.) - w domu.

30 Chodzi o Compagnie Universelle du Canal Interocéanique, Kompanię Powszechną Kanału Międzyoceanicznego, kierowaną przez Ferdynanda de Lessepsa, twórcę kanału Sueskiego; Kompania ta w latach 1881-1889 prowadziła pracę nad budową w Panamie kanału łączącego Ocean Atlantycki ze Spokojnym; nierealistyczny projekt kanału bez śluz i trudne warunki terenowe spowodowały zatrzymanie prac i bankructwo spółki w roku 1889, z ogromnymi stratami akcjonariuszy; przekupienie prasy sprawiło, że bankructwo pozostało ukryte; ogłoszenie afery w roku 1892 wywołało ogromny skandal, tzw. aferę panamską, największą w XIX wieku.

31 Côte-d'Or - departament w Burgundii ze stolicą w Dijon; Santenay - mała miejscowość i gmina w tym departamencie.

32 Mirliton (kazoo) - muzyczny instrument dęty składający się z cienkiej membrany umieszczonej wewnątrz metalowej bądź drewnianej rurki; utrzymywanie końca rurki w pobliżu ust śpiewającej osoby wzbudza delikatne drgania membrany, która nadaje głosowi wyraźne zabarwienie nosowe.

33 Esquire - angielski tytuł, pośredni między gentleman a knight, stosowany wobec szlachty i wybitnych członków społeczeństwa, jak wyżsi oficerowie, znani prawnicy, naukowcy.

34 Charles Maurice de Talleyrand-Périgord (1754-1838) - francuski duchowny i polityk, od rewolucji francuskiej dyplomata, minister spraw zagranicznych m.in. Napoleona Bonaparte, premier; słynął z inteligencji, zręczności politycznej i braku skrupułów.

35 Colón - miasto w Panamie, port nad morzem Karaibskim, obok początku Kanału Panamskiego.

36 Shocking (ang.) - wstrząsające.

37 Marengo - miejscowość w Piemoncie we Włoszech, pod którą 14 czerwca 1800 roku Napoleon Bonaparte odniósł nad Austriakami zwycięstwo otwierające mu drogę do zajęcia Włoch.

38 All right (ang.) - w porządku.

39 Asni?res-sur-Seine - miejscowość nad Sekwaną na północny zachód od Paryża, 2 km za jego rogatkami; w XIX wieku popularne kąpielisko, połączone ze stolicą tramwajami i stateczkami.

40 Lorraine (fr.) - Lotaryngia, kraina historyczna w północno-wschodniej Francji, w roku 1870 wraz z Alzacją utracona na rzecz Prus w wyniku przegranej wojny francusko-pruskiej; istniał statek pasażerski o tej nazwie, ale zwodowany w roku 1899, pływał od 1900 na linii Le Havre-Nowy Jork.

41 Joséph Prudhomme - uosobienie zamożnego mieszczaństwa francuskiego za monarchii lipcowej 1830-1848, typ o grubym brzuchu i gromkim głosie, którym wypowiada frazesy i komunały; twórcą tej postaci był francuski karykaturzysta Henry Monnier, autor Wielkości i upadku Josépha Prudhomme'a oraz Pamiętników pana J. Prudhomme'a.

42 Trap - różnego rodzaju schodki na statku, prowadzące z jednego pokładu na drugi; także schodki służące do schodzenia ze statku i wchodzenia na statek.

43 Takielunek - potocznie: omasztowanie i olinowanie statku.

44 Rufówka - nadbudówka w rufowej (tylnej) części statku, rozciągająca się na całą szerokość pokładu.

45 Nadburcie - bariera ochronna znajdująca się na większych jednostkach pływających, na krawędzi odkrytego pokładu, zabezpieczająca przed wypadnięciem za burtę rzeczy lub ludzi.

46 Żyronda - (fr. Gironde), rozszerzające się ujście do zatoki Biskajskiej rzek Garonne i Dordogne.