Pięć minut terapii. Mentalne zapiski o szczęściu, zaufaniu i spokoju na co dzień - Sarah Crosby

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Cześć.

To ty! Jesteś tu.

Bar­dzo mnie to cie­szy.

Zapra­szam do Pię­ciu minut tera­pii. Pozwolę sobie zało­żyć, że zasta­na­wiasz się, kim jesteś, i szu­kasz prze­wod­nika, który uła­twi ci dal­sze pozna­wa­nie sie­bie. Rozu­mie­nie wła­snej osoby jest warun­kiem osią­ga­nia i pod­trzy­my­wa­nia szczę­ścia, pew­no­ści sie­bie i spo­koju. Jeśli wła­śnie te aspekty życia chcesz pie­lę­gno­wać, dobrze tra­fi­łaś. Prawda, że to cie­kawa kwe­stia do prze­my­śle­nia? Mam na myśli to "kim jestem?". Co tak naprawdę ozna­cza budzące postrach zda­nie: "Po pro­stu bądź sobą"? Co to zna­czy "być auten­tycz­nym"?

Zanim wspól­nie przej­dziemy do zgłę­bia­nia tytu­ło­wej tera­pii, pozwól, że podzielę się z tobą jed­nym ze swo­ich naj­wcze­śniej­szych wspo­mnień doty­czą­cych sytu­acji, w któ­rej ktoś mówi mi, kim jestem. Może przy­po­mnisz sobie podobne zda­rze­nie z wła­snego życia?

Mia­łam wtedy sie­dem lat. Gdy rok szkolny dobiegł końca, a nasi rodzice sta­nęli w obli­czu nie­ubła­ga­nie nad­cią­ga­ją­cej rze­czy­wi­sto­ści w postaci dwóch mie­sięcy nie­prze­rwa­nego oglą­da­nia kolej­nych odcin­ków Sabriny, nasto­let­niej cza­row­nicy, wielu z nas tra­fiło z powro­tem do szkoły pod­sta­wo­wej dla nie­po­znaki prze­mia­no­wa­nej na "obóz twór­czy". Dołą­czyli do nas ucznio­wie z innych lokal­nych szkół.

I tak pew­nego dnia, w samym środku desz­czo­wego irlandz­kiego lata, zebra­li­śmy się w kla­sie pani Mona­ghan. Zaję­łam miej­sce obok swo­jej przy­ja­ciółki Cla­ire i nie­cier­pli­wie wypa­try­wa­łam początku zabawy.

- Opo­wiedz­cie nam o sobie! - huk­nął w stronę zgro­ma­dzo­nych tro­chę nie­po­radny koor­dy­na­tor zajęć sto­jący w przed­niej czę­ści sali.

Przez chwilę nikt się nie odzy­wał, lecz potem pomiesz­cze­nie roz­brzmiało kako­fo­nią dzie­cię­cych okrzy­ków.

- Jestem Paddy!

- A ja mam sześć lat.

- Mój numer tele­fonu...

Istna rzeź dla zmy­słów.

- Mam na imię Sarah! - zabrzmiało, gdy inne hałasy uci­chły. Sku­li­łam się w sobie jakby zalęk­niona wła­sną otwar­to­ścią.

- Dobrze, a teraz pogru­pu­jemy was według imion! - zagrzmiał koor­dy­na­tor i wycią­gnął z szu­flady biurka pani Mona­ghan długą rolkę z samo­przy­lep­nymi iden­ty­fi­ka­to­rami.

Przez następny kwa­drans opie­ku­no­wie cho­dzili wokół nas, pytali o imiona, zapi­sy­wali je na iden­ty­fi­ka­to­rach i przy­kle­jali nam do koszu­lek.

- Sarah, pro­szę. To ty.

Zer­k­nę­łam na iden­ty­fi­ka­tor i zama­szy­ście wypi­sane imię, ozdo­bione mnó­stwem zawi­ja­sów. Pomy­śla­łam, że przez jeden dzień mogę to pono­sić, czemu nie.

- A teraz podziel­cie się na grupy o takim samym imie­niu!

Rozej­rzaw­szy się, ujrza­łam prze­ra­że­nie wyzie­ra­jące z każ­dej twa­rzy. Czy on osza­lał?! Zna­łam kilka osób, ale pozo­stałe cho­dziły do innej szkoły! Nic o nich nie wie­dzia­łam! Pomy­śla­łam, że są mi zupeł­nie obce.

Kilka kolej­nych minut trwało usta­wia­nie nas, aż wresz­cie wszy­scy zostali odłą­czeni od swo­ich pier­wot­nych par. Sta­łam z trzema innymi rów­nie mar­kot­nie wyglą­da­ją­cymi Sarah - w tym jedną bez "h", lecz ani myśla­łam sprze­czać się o takie dro­bia­zgi.

Powio­dłam wzro­kiem dookoła. Wyglą­dało na to, że naj­wię­cej wśród nas jest Aoife i Aisling (ewi­dent­nie te dziew­częce imiona cie­szyły się wtedy w Irlan­dii naj­więk­szą popu­lar­no­ścią). Moja przy­ja­ciółka nale­żała teraz do cał­kiem pokaź­nego ple­mie­nia. Patrzy­łam współ­czu­jąco na dzieci o uni­ka­to­wych imio­nach, dopóki Deli­lah, Ana­sta­sia i Tobin nie tra­fili do grupy "Różne".

Zaczęła we mnie nara­stać panika. Resztę tygo­dnia mia­łam spę­dzić z trzema zupeł­nie nie­zna­nymi mi dziew­czyn­kami tylko ze względu na ety­kietkę, co do któ­rej nie mia­łam żad­nego wyboru.

Pomy­śla­łam, że zupeł­nie mi się to nie podoba, i zebraw­szy się na odwagę do prze­ciw­sta­wie­nia się sys­te­mowi, poże­gna­łam się z pozo­sta­łymi Sarah, odkle­iłam swój iden­ty­fi­ka­tor i tak ukrad­kowo, jak tylko potra­fi­łam, pode­szłam do grupki Cla­ire, które chęt­nie przy­jęły mnie do swego grona, zado­wo­lone, że się roz­ro­sło. Resztę dnia spę­dzi­łam z nimi.

Choć jako dziecko bałam się auto­ry­te­tów, po pro­stu czu­łam, że nie mogę bez­tro­sko pogo­dzić się ze spę­dze­niem tygo­dnia w zespole zjed­no­czo­nym tylko za sprawą ety­kietki, w któ­rej kwe­stii nie mie­li­śmy nic do powie­dze­nia.

Wpraw­dzie aku­rat w tym przy­padku z deter­mi­na­cją (oraz pod­skór­nym nie­po­ko­jem) zbun­to­wa­łam się prze­ciwko szu­flad­ko­wa­niu, mia­łam w życiu wiele innych sytu­acji, w któ­rych godzi­łam się ze znacz­nie mniej pomoc­nymi łat­kami przy­cze­pia­nymi mnie albo innym. Choć powyż­szy przy­kład na pierw­szy rzut oka spra­wia wra­że­nie sto­sun­kowo nie­szko­dli­wego, przy­ta­cza­jąc go, chcia­łam pod­kre­ślić sprawę znacz­nie waż­niej­szą. Mamy bowiem ten­den­cję do przyj­mo­wa­nia i iden­ty­fi­ko­wa­nia się z tym, co się o nas mówi, to zaś ozna­cza, że tego rodzaju doświad­cze­nia mogą od naj­młod­szych lat rzu­to­wać na nasze poczu­cie toż­sa­mo­ści.

Przez całe doro­słe życie, zarówno to oso­bi­ste, jak i w pracy psy­cho­te­ra­peutki, stop­niowo docho­dzi­łam do wnio­sku, że ważny aspekt odkry­wa­nia tego, kim rze­czy­wi­ście jeste­śmy, polega na odkle­ja­niu ety­kie­tek, które przy­lgnęły do nas nie­jako po dro­dze, oraz na bada­niu tego, co znaj­duje się pod spodem.

Bez dal­szych cere­gieli wyłożę karty na stół. Tytu­łowa tera­pia może peł­nić wiele funk­cji, lecz już na wstę­pie chcę jasno zastrzec, że nie jest to nowe podej­ście tera­peu­tyczne, które jak za dotknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki w pięć minut roz­wiąże wszyst­kie twoje pro­blemy. Nie zastę­puje ona psy­cho­te­ra­pii ani innego rodzaju wspar­cia w zakre­sie zdro­wia psy­chicz­nego. Niniej­sza książka nie będzie cię kar­mić pustymi obiet­ni­cami ani mamić cudow­nymi rezul­ta­tami. Nie wykona też za cie­bie pracy, dzięki któ­rej poczu­jesz się szczę­śliw­sza, spo­koj­niej­sza i pew­niej­sza sie­bie. Trudno mi o tym pisać, lecz pomy­śla­łam, że każdą rela­cję naj­le­piej jest zacząć od otwar­to­ści i uczci­wo­ści!

Mam zara­zem nadzieję, że w Pię­ciu minu­tach tera­pii znaj­dziesz jesz­cze wię­cej. Mam tu na myśli podróż ku samo­po­zna­niu. Odkle­ja­nie wspo­mnia­nych ety­kie­tek. Eks­plo­ra­cję toż­sa­mo­ści. Szansę na tera­peu­tyczny wgląd we wła­sne życie z dala od zgiełku mediów spo­łecz­no­ścio­wych.

Książka ta jest pełna przy­stęp­nie poda­nych, łatwych do stra­wie­nia infor­ma­cji, wśród któ­rych możesz buszo­wać do woli lub przy­swa­jać je w poda­nej kolej­no­ści. Przy odro­bi­nie szczę­ścia prze­my­śle­nia i pomy­sły zawarte na jej kar­tach będą dla cie­bie źró­dłem wglądu, otu­chy, spo­koju i wspar­cia.

Roz­siane po całej książce ramki "Twoje pięć minut" zawie­rają pro­ste, lecz sku­teczne ćwi­cze­nia prak­tyczne, które możesz wypró­bo­wać w wybra­nej wol­nej lub celowo wygo­spo­da­ro­wa­nej chwili. Na końcu każ­dego roz­działu znaj­dziesz zaś "Men­talne zapi­ski", które zachę­cają do codzien­nego prze­zna­cza­nia pię­ciu minut na zasta­no­wie­nie się nad głów­nymi omó­wio­nymi w nim tema­tami.

O ile ja przy­wo­łuję na kar­tach tej książki swoją wie­dzę spe­cja­li­styczną jako psy­cho­te­ra­peutka, o tyle ty możesz czer­pać z wie­dzy o sobie i o świe­cie, w któ­rym żyjesz. Książka ta nie jest więc prze­wod­ni­kiem, "jak być sobą według moich wska­zó­wek", lecz zapro­sze­niem do wyru­sze­nia w podróż po wła­snej oso­bo­wo­ści.

Czy­taj dalej, jeśli:

Jesteś cie­kawa sie­bie i chcia­ła­byś się poznać tro­chę lepiej. Masz wra­że­nie, że jesteś tro­chę (albo bar­dzo) zagu­biona, i chcesz zyskać więk­szą kla­row­ność umy­słu. Nie czu­jesz się zbyt dobrze i chcia­ła­byś poczuć się lepiej. Gdy wszy­scy inni zdają się bez waha­nia zmie­rzać przed sie­bie, ty nie jesteś do końca pewna, czego ocze­ku­jesz. Chcesz być szczę­śliw­sza, spo­koj­niej­sza i bar­dziej pewna sie­bie. Jesteś otwarta na odkry­wa­nie powo­dów, dla któ­rych odda­lamy się od sie­bie, i spo­so­bów na powrót do praw­dzi­wego ja.

Jest to bada­nie róż­nych aspek­tów tego, kim i jacy jeste­śmy, z nadzieją na dostrze­że­nie tych czę­ści sie­bie, które warto pie­lę­gno­wać, oraz tych nie­pa­su­ją­cych już do osoby, jaką stop­niowo się sta­li­śmy.

W tej książce natkniesz się na wiele mod­nych słów, takich jak więź, gra­nice, tro­ska o sie­bie czy wyro­zu­mia­łość, jeśli więc takie ter­miny przy­pra­wiają cię o mdło­ści, suge­ruję prze­pi­ja­nie ich łykiem moc­nej her­baty.

Inter­net osią­gnął pewien pro­gowy punkt nasy­ce­nia roz­ma­itymi poję­ciami doty­czą­cymi zdro­wia psy­chicz­nego. Od czasu do czasu sama pró­buję się nie krzy­wić na widok nie­któ­rych nad­uży­wa­nych słów, takich jak gra­nice (nawia­sem mówiąc, gra­ni­com jest poświę­cony cały roz­dział 6). Osta­tecz­nie musia­łam prze­ła­mać tę nie­chęć ze względu na ryzyko pomi­nię­cia nie­któ­rych waż­nych infor­ma­cji tylko z powodu zbyt­niego wyświech­ta­nia okre­ślo­nych słów. Nie bez kozery jed­nak coraz czę­ściej posłu­gu­jemy się tymi ter­mi­nami: umoż­li­wiają one pro­wa­dze­nie waż­nych czy nawet nie­zbęd­nych roz­mów. Zachę­cam cię więc do odło­że­nia na półkę - podob­nie jak zro­bi­łam to ja - zastrze­żeń doty­czą­cych tego rodzaju żar­gonu.

Mam nadzieję, że na kolej­nych stro­nach znaj­dziesz łatwe do przy­swo­je­nia spo­strze­że­nia doty­czące nie zawsze łatwych tema­tów - będą to oso­bi­ste reflek­sje, prak­tyczne wska­zówki, pyta­nia wyja­śnia­jące, zapi­ski men­talne i narzę­dzia, które możesz wyko­rzy­stać do odkry­wa­nia sie­bie.

Nie­za­leż­nie od tego, czy masz ugrun­to­wane poczu­cie toż­sa­mo­ści, czy czu­jesz się tro­chę zagu­biona, możesz wyko­rzy­stać tę książkę jako narzę­dzie wspo­ma­ga­jące reflek­sję, głęb­sze zro­zu­mie­nie nie­któ­rych wła­snych doświad­czeń oraz - mam nadzieję - dostrze­ga­nie i prze­ła­my­wa­nie sta­rych wzor­ców postę­po­wa­nia i two­rze­nie nowych.

Budo­wa­nie lub odzy­ski­wa­nie poczu­cia sie­bie jest podróżą, pod­czas któ­rej skutki doko­ny­wa­nych przez nas wybo­rów kumu­lują się. Nikt nie może nam prze­ka­zać wła­snego poczu­cia sie­bie. A zatem, choć książka ta zawiera spo­strze­że­nia, reflek­sje i suge­stie, które łącz­nie mogą wywrzeć zna­czący wpływ na twoje życie, z mojego doświad­cze­nia wynika, że samo czy­ta­nie o takich kwe­stiach rzadko wystar­cza, by dopro­wa­dzić do trwa­łej zmiany. Wgląd w sie­bie zwięk­sza świa­do­mość, lecz pro­ces praw­dzi­wych zmian wymaga pracy, dzia­ła­nia, podej­mo­wa­nia ryzyka, wyro­zu­mia­ło­ści, wraż­li­wo­ści i cier­pli­wo­ści.

Byłoby zatem naj­le­piej, gdy­byś pod­czas lek­tury naj­le­piej, jak umiesz, zaan­ga­żo­wała się w reflek­sje, ćwi­cze­nia i two­rze­nie men­tal­nych zapi­sków. Pro­po­nuję, abyś czy­ta­jąc kolejne roz­działy, pro­wa­dziła oso­bi­sty dzien­nik. Wiedz też, że jeśli w nie­które dni nie będziesz miała na to ochoty - nic nie szko­dzi.

W każ­dym roz­dziale poru­szy­łam inny aspekt rela­cji ze sobą.

Odkry­wa­nie sie­bie. Jak być sobą. Bada­nie więzi. Jak two­rzyć zna­czące rela­cje. Roz­mowa ze sobą. Jak oka­zy­wać sobie wię­cej życz­li­wo­ści. Roz­po­zna­wa­nie wyzwa­la­czy. Jak rozu­mieć wła­sne reak­cje. Samo­re­gu­la­cja. Jak się uspo­ka­jać. Wyzna­cza­nie gra­nic. Jak praw­dzi­wie dbać o sie­bie. Repa­ren­ting. Jak się uzdra­wiać. Nie tylko ja. Jak być dobrym przy­ja­cie­lem.

Zanim zapo­znasz się z kolej­nymi roz­dzia­łami o swej wewnętrz­nej podróży, już teraz możesz zadać sobie dwa bar­dzo ważne pyta­nia:

Jakie uczu­cia żywię wzglę­dem sie­bie? Jakie uczu­cia chcia­ła­bym wzglę­dem sie­bie żywić?

Nie spiesz się. Odpo­wie­dzi dadzą ci wyobra­że­nie o tym, co naj­bar­dziej chcia­ła­byś zaczerp­nąć z kolej­nych kart tej książki.

Potrzeba odkrywania siebie

Oto kilka powo­dów, dla któ­rych warto się wybrać w pro­po­no­waną przez tę książkę podróż, któ­rej celem jest samo­po­zna­nie:

Nie­mal każ­demu z nas przy­da­łaby się spo­koj­niej­sza i bar­dziej świa­doma rela­cja z samym sobą. Kocha­nie sie­bie bywa trudne. Naiw­nie byłoby sądzić, że książka ta zapo­cząt­kuje piękną love story z samym sobą. Jak każda rela­cja także i ta się zmie­nia. Każdy z nas, bez wyjątku, miewa dni, kiedy nie czuje się dobrze we wła­snej skó­rze i prze­glą­da­jąc ser­wisy spo­łecz­no­ściowe, doświad­cza pro­ble­mów z akcep­ta­cją wła­snego ciała lub po pro­stu nie chce mie­rzyć się ze świa­tem. W odkry­wa­niu samego sie­bie istotne jest poję­cie neu­tral­no­ści - nie ana­li­zu­jemy sie­bie w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach ani nie dążymy upo­rczy­wie do trans­cen­den­cji. W owej neu­tral­no­ści zawiera się akcep­ta­cja. I choć począt­kowo może nie wyda­wać się to czymś, do czego warto dążyć, mam nadzieję, że po wyko­na­niu opi­sa­nych w dal­szej czę­ści książki ćwi­czeń zauwa­żysz, że zaczy­nasz być dla sie­bie mniej surowa, trzy­masz się z dala od kry­ty­kanc­kiego, wewnętrz­nego drę­czy­ciela (wię­cej na ten temat napi­sa­łam w roz­dziale 3) i prze­sta­jesz zado­wa­lać się czymś, co nie jest pełną miło­ścią wła­sną. Jeśli celowo uni­kasz zaj­mo­wa­nia się rela­cją ze sobą, możesz powie­lać wzorce, które pod­świa­do­mie prze­ję­łaś od kogoś lub przy­swo­iłaś w inny spo­sób. Na jakimś eta­pie życia mogły one być nie­zbędne i/lub pomocne, lecz z bie­giem czasu i za sprawą ich nad­uży­wa­nia prze­stają cię one wspie­rać, a raczej zaczy­nają krę­po­wać. Rela­cja ze sobą czę­sto odzwier­cie­dla spo­sób funk­cjo­no­wa­nia w kon­tak­tach inter­per­so­nal­nych. Dobre mnie­ma­nie o sobie korzyst­nie przy­czyni się do każ­dej innej rela­cji w twoim życiu. Z tego względu pie­lę­gno­wa­nie samo­świa­do­mo­ści jest w isto­cie aktem altru­izmu. Będąc cie­kawa wła­snych prze­ko­nań, sta­jesz się bar­dziej świa­doma chwil, w któ­rych ogra­ni­cza­jące cię opi­nie mogą ste­ro­wać twoim życiem. Zwra­ca­nie uwagi na rela­cję ze sobą nie sprawi, że pewne emo­cje prze­staną się poja­wiać. Cho­dzi raczej o moż­li­wość inten­cjo­nal­nego odpo­wia­da­nia na nie w sprzy­ja­jący ci spo­sób zamiast odru­cho­wego reago­wa­nia podyk­to­wa­nego nie­po­ko­jem lub gnie­wem. Pie­lę­gno­wa­nie świa­do­mej rela­cji ze sobą pozwala doświad­czać bogac­twa i speł­nie­nia pły­ną­cego z innych rela­cji w twoim życiu. Przy­czy­nia się ono do umac­nia­nia poczu­cia wła­snej war­to­ści, dzięki któ­remu zaczniesz czuć się bez­piecz­niej, będąc sobą. Zna­jąc wła­sną war­tość, wiemy, że zasłu­gu­jemy na wła­ściwy rodzaj miło­ści.

Bez względu na to, czy będziesz zaglą­dała do tej książki tylko od czasu do czasu, czy każ­dego dnia korzy­stała z zamiesz­czo­nych w niej wska­zó­wek, aby pogłę­bić wgląd w sie­bie, mam nadzieję, że pomoże ci ona wzmoc­nić poczu­cie więzi ze sobą i bez­pie­czeń­stwa, a osta­tecz­nie także uskrzy­dle­nia. Otwo­rzysz się zarówno wewnętrz­nie, jak i na wszystko, co jesz­cze cię czeka...

Jak być sobą

Pozna­nie sie­bie jest począt­kiem wszel­kiej mądro­ści

Ary­sto­te­les

Nie­jed­no­krot­nie przed roz­mową o pracę albo randką sły­szymy od naszych bli­skich: "Po pro­stu bądź sobą". Porada ta, choć pod­szyta dobrymi inten­cjami, od zawsze budziła mój opór, trudno bowiem być sobą, kiedy nie jest się do końca pew­nym wła­snej toż­sa­mo­ści.

"Być sobą?" A jeśli inni tej osoby nie polu­bią? Jeżeli nie zechcą jej zatrud­nić? Albo nie będą chcieli się z nią umó­wić? Mam lep­szy pomysł: domy­ślę się, kim chcą, żebym była, i dokład­nie taką sie­bie im zaofe­ruję! Prawda, że to zna­ko­mity plan...? Zda­rzało mi się tak myśleć.

Sporo czasu zajęło mi zro­zu­mie­nie, że bycie sobą nie jest toż­same z takim prze­obra­że­niem swo­jej oso­bo­wo­ści, by paso­wała do dru­giego czło­wieka. Możemy oczy­wi­ście wyjść naprze­ciw ocze­ki­wa­niom poten­cjal­nego pra­co­dawcy i w trak­cie roz­mowy kwa­li­fi­ka­cyj­nej śmiało powie­dzieć, że znamy zawi­ło­ści Excela czy któ­re­goś z pro­gra­mów firmy Adobe, lecz skłon­ność do zmie­nia­nia pod­sta­wo­wych war­to­ści i zacho­wań zależ­nie od firmy, która nas zatrud­nia, wysta­wia na ryzyko znacz­nie głęb­sze aspekty naszego poczu­cia samego sie­bie.

Bycia sobą nie można włą­czyć na zawo­ła­nie. Budząc się pew­nego ranka, nie posta­na­wiamy: "Hmm... myślę, że to dobry dzień, by zacząć być praw­dzi­wie i w pełni sobą", jakby cho­dziło o jakiś wiszący w sza­fie ciuch, który tylko czeka na wła­ściwą pogodę. To raczej sta­wa­nie się - pro­ces cią­gły, oparty na bar­dzo wielu codzien­nie podej­mo­wa­nych decy­zjach. Jeśli zatem czu­jesz, że brak ci w tej kwe­stii peł­nej jasno­ści, nie masz powo­dów do nie­po­koju.

Pra­wie nie ma dnia, by do mojego gabi­netu tera­peu­tycz­nego nie zawi­tał ktoś z tego rodzaju wąt­pli­wo­ściami. W żad­nym razie nie sądź więc, że jesteś jedy­nym czło­wie­kiem, któ­remu nie udaje się dojść ze sobą do poro­zu­mie­nia w tym zakre­sie.

Czym jest "ja"?

Zanim przejdę do dal­szych roz­wa­żań o samo­po­zna­niu, prze­zna­czę chwilę na omó­wie­nie, czym w isto­cie jest "ja". Pod­stawy naszego poczu­cia sie­bie kształ­tują się na wcze­snym eta­pie życia pod wpły­wem wielu czyn­ni­ków. Oto nie­które z nich:

Pierw­sze rela­cje z opie­ku­nami. Na ile kocha­jące i kojące były te rela­cje. Na ile świa­domi sie­bie byli nasi główni opie­ku­no­wie. Ocze­ki­wa­nia i życze­nia ota­cza­ją­cych nas osób. Śro­do­wi­sko, w któ­rym dora­sta­li­śmy. Sta­bil­ność emo­cjo­nalna domo­wego ogni­ska, w któ­rym się wycho­wy­wa­li­śmy. Ode­brane wykształ­ce­nie. Kon­takty z rówie­śni­kami. War­to­ścio­wa­nie spo­łeczne, zgod­nie z któ­rym pewne oso­bo­wo­ści - takie jak przed­się­biorca, spor­to­wiec czy model - są cenione wyżej niż inne.

Na wzbie­ra­ją­cej fali nurtu samo­roz­woju i zwięk­sza­ją­cej się pre­sji na osią­gnię­cie mak­sy­mal­nej pro­duk­tyw­no­ści ("czło­wiek suk­cesu") wyło­niła się kon­cep­cja ide­al­nego sie­bie - osoby, któ­rej samo­świa­do­mość pozwala wznieść się ponad wła­sny nie­po­kój i spra­wia, że niczym się ona nie stre­suje, wstaje każ­dego dnia o pią­tej rano, żeby pome­dy­to­wać, i ogól­nie rzecz bio­rąc, pozja­dała wszyst­kie rozumy.

Kon­cep­cja "dosko­na­łego" nie­zmien­nego ja jest jed­nak zwy­kłym mitem. To uro­jone ja powinno być stałe, prze­wi­dy­walne i do bólu spójne.

Nie wiem, jak ty to postrze­gasz, lecz w moich uszach brzmi to sztucz­nie i mecha­nicz­nie... I do tego bez­sprzecz­nie jest nie­re­alne! Tym­cza­sem wiele osób zmaga się z owym mitycz­nym poj­mo­wa­niem sie­bie, jakby każdy czło­wiek miał obo­wią­zek do niego dążyć.

Kiedy jed­nak przyj­rzymy się bli­żej temu tokowi myśle­nia, będzie go łatwiej pojąć. Skąd wszak mamy wie­dzieć, które czę­ści nas są lub mogą być aspek­tami praw­dzi­wego ja, a które kon­struk­tami wznie­sio­nymi w odpo­wie­dzi na dotych­cza­sowe prze­ży­cia?

Ja nie jest jed­no­ścią; składa się z wielu płyn­nych ele­men­tów. Może to na przy­kład ozna­czać, że dzi­waczne nasto­let­nie ja jest rów­nie moje, jak to doj­rzałe i doro­słe.

Ni­gdy nie dowiemy się o sobie abso­lut­nie wszyst­kiego ani tego nie zro­zu­miemy - choć w cza­sach obse­syj­nego dąże­nia do pro­duk­tyw­no­ści i opty­ma­li­za­cji nie­trudno czuć się zmu­sza­nym do osią­gnię­cia tego celu.

W związku z tym warto raz na jakiś czas poświę­cić chwilę na spraw­dze­nie, czego w isto­cie ocze­ku­jesz od samo­po­zna­nia. Czy nie nale­ża­łoby tych ocze­ki­wań ure­al­nić? Nie jest wszak twoją rolą wpa­so­wy­wa­nie się w formę o okre­ślo­nych para­me­trach, nie­za­leż­nie od tego, czy stwo­rzy­łaś ją sama, czy zro­bił to ktoś inny.

Począt­kowo możesz czuć opór na myśl o tym, że pewne aspekty cie­bie na zawsze pozo­staną tajem­nicą. Możesz potrze­bo­wać czasu, by pogo­dzić się z kon­cep­cją nie­zna­jo­mo­ści wszyst­kich swo­ich czę­ści.

Roz­wa­ża­jąc tę kwe­stię, warto pamię­tać, że wszy­scy mamy ogra­ni­czone zasoby ener­gii. A gdy z deter­mi­na­cją upie­ramy się, by nadać spra­wom okre­ślony bieg, zuży­wamy jej bar­dzo dużo; podej­mu­jemy wysi­łek, który mogli­by­śmy z więk­szą korzy­ścią spo­żyt­ko­wać na eks­plo­ro­wa­nie świata.

Aby odkryć, kim jeste­śmy, należy porzu­cić ideę ja jako celu czy też kon­kret­nej wszyst­ko­wi­dzą­cej, wszyst­ko­ro­bią­cej i ze wszech miar pozy­tyw­nej istoty.

Jeste­śmy tylko ludźmi - peł­nymi zarówno świa­tła, jak i cie­nia. Będziemy popeł­niać błędy. Co wię­cej, ich popeł­nia­nie jest nam potrzebne.

Samo­po­zna­nie polega na nie­prze­rwa­nym dąże­niu do sie­bie, lecz pro­ces ten nastę­puje falami. Warto więc dać sobie pozwo­le­nie na odkry­wa­nie.

"Bycie sobą" może być trudne, jeśli:

W dzie­ciń­stwie nie zachę­cano nas do indy­wi­du­al­no­ści i eks­pre­sji. Doświad­czy­li­śmy porzu­ce­nia. Padli­śmy ofiarą prze­śla­do­wań, czy to w okre­sie dora­sta­nia, czy w doro­słych związ­kach. Byli­śmy kry­ty­ko­wani za oka­zy­wa­nie wła­ści­wych nam wszyst­kim eks­cen­trycz­nych, a zara­zem pięk­nych stron sie­bie. Nie przy­sta­jemy do spo­łecz­nych ocze­ki­wań.

Bycie sobą jako ciąg wyborów

Nauka bycia sobą może oka­zać się jed­nym z naj­trud­niej­szych i naj­od­waż­niej­szych zadań, jakich się podej­miemy. To coś, nad czym wiele osób czę­sto się zasta­na­wia, ponie­waż codzien­nie odkry­wamy i two­rzymy różne aspekty samych sie­bie i kon­fron­tu­jemy się z nimi. Mając to na uwa­dze, warto dostrze­gać w pro­ce­sie cią­głego odkry­wa­nia sie­bie bło­go­sła­wień­stwo zamiast prze­kleń­stwa; uko­je­nie, nie zaś cier­pie­nie.

Każ­dego dnia prze­ży­wamy wiele sytu­acji, które mogą pomóc nam zbli­żyć się do sie­bie lub wyco­fać i pójść po linii naj­mniej­szego oporu.

Cza­sami decy­zja jest nad­zwy­czaj pro­sta - wybie­ramy, czego chcemy posłu­chać, jaki nowy serial obej­rzeć jed­nym cią­giem na Net­flik­sie, co prze­czy­tać lub zjeść. Te wybory nie stwa­rzają wiel­kiego ryzyka dla naszego ja, zwłasz­cza jeśli doko­nu­jemy ich w poje­dynkę.

Inne oko­licz­no­ści pro­wa­dzą jed­nak do znacz­nie trud­niej­szych wyzwań w kwe­stii poczu­cia praw­dzi­wego ja, przy­spa­rza­jąc nam tym samym więk­szych nie­po­ko­jów. Możemy na przy­kład mieć inne zda­nie niż życiowy part­ner i bić się z myślami, czy mach­nąć na to ręką, czy zająć wła­sne sta­no­wi­sko. Możemy nie zga­dzać się z zacho­wa­niem swego rodzica, lecz mieć poczu­cie nie­sto­sow­no­ści wygło­sze­nia wła­snej opi­nii. Choć cudze ocze­ki­wa­nia mogą koli­do­wać z naszym postrze­ga­niem samych sie­bie, czę­sto czu­jemy pre­sję, by popły­nąć z prą­dem...

Nabra­nie umie­jęt­no­ści patrze­nia na poczu­cie mojego ja z tej per­spek­tywy zajęło mi kilka lat, była to jed­nak praca wyzwa­la­jąca. Jeśli trak­tu­jesz poczu­cie sie­bie jako wyzna­czony cel lub listę punk­tów do odha­cze­nia, łatwo możesz wpaść w pułapkę przy­kle­ja­nia sobie ety­kie­tek w rodzaju "nudna" albo "nie­za­radna życiowo". Dla odmiany, kiedy myślisz o wła­snym ja jak o czymś płyn­nym - trak­tu­jąc je tak, jakby codzien­nie się sta­wało - otwie­rasz furtkę do rado­ści, cie­ka­wo­ści i wyro­zu­mia­ło­ści.

W codzien­nych inte­rak­cjach zawsze wię­cej ryzy­ku­jemy, usil­nie pró­bu­jąc być kimś, kim nie jeste­śmy, niż będąc sobą. Choć takie drobne decy­zje zdają się mieć nie­wiel­kie zna­cze­nie, ich sku­mu­lo­waną kon­se­kwen­cją może być utrata sie­bie.

Czym jest utrata siebie?

To odno­sze­nie wra­że­nia, że nie wiemy, kim jeste­śmy, lub poczu­cie ode­rwa­nia od sie­bie. Zerwa­nie więzi ze sobą może być dłu­go­trwa­łym, doświad­cza­nym przez całe życie sta­nem bądź sytu­acją o bar­dziej nagłym cha­rak­te­rze.

Oznaki utraty sie­bie:

Poczu­cie nie­speł­nie­nia w obec­nym życiu. Brak zaufa­nia do wła­snych osą­dów. Zacho­wa­nia impul­sywne i szu­ka­nie natych­mia­sto­wej gra­ty­fi­ka­cji. Trud­no­ści z podej­mo­wa­niem decy­zji w kwe­stiach, które wcze­śniej nie przy­spa­rzały pro­ble­mów, i póź­niej­sze roz­trzą­sa­nie doko­na­nych wybo­rów. Nasi­le­nie kry­tyki wzglę­dem sie­bie i innych. Skłon­ność do rela­cji współ­za­leż­nych (jeden part­ner jest w nich uza­leż­niony od dru­giego, który z kolei chce czuć się potrzebny). Trud­no­ści z nawią­za­niem bliż­szych więzi z ota­cza­ją­cymi oso­bami.

Doświad­cza­jąc utraty sie­bie, możemy myśleć o sobie na przy­kład tak:

"Nie wiem, kim jestem. Nie wiem, co lubię. Nie wiem, co chcę robić. Nie wiem, kim chcę być. Nie wiem, o co cho­dzi w moim życiu ani czego od niego ocze­kuję. Jestem spa­ni­ko­wany, pozba­wiony moty­wa­cji, zatro­skany, wystra­szony, nie­zde­cy­do­wany; może nawet zobo­jęt­niały. Mam wra­że­nie, że tonę. Wszy­scy potra­fią pozbie­rać się do kupy, tylko nie ja. Czuję, że zostaję w tyle".

Ponie­waż takie myśli mogą budzić prze­ra­że­nie, poczu­ciem utraty sie­bie należy zająć się od razu, gdy tylko się pojawi.

Bodźce wyzwalające poczucie utraty siebie

Utrata sie­bie może być spo­wo­do­wana wie­loma czyn­ni­kami. Naj­częst­szymi przy­czy­nami są:

Rela­cje. Komórka rodzinna. Żałoba. Trauma. Zmiana ról.

Rela­cje

Cza­sami wikłamy się w zwią­zek z kimś tak mocno, że zanim się zorien­tu­jemy, tra­cimy poczu­cie tego, kim byli­śmy wcze­śniej. W takich przy­pad­kach mamy skłon­no­ści do przed­kła­da­nia potrzeb part­nera nad wła­sne. W nie­któ­rych rela­cjach poja­wia się pro­blem nad­mier­nej kon­troli lub jakie­goś rodzaju pre­sji, przez co dla świę­tego spo­koju rezy­gnu­jemy ze swo­ich przy­jaźni i zajęć.

Według nie­któ­rych norm spo­łecz­nych nie­je­den roman­tyczny zwią­zek w ogóle nie jest postrze­gany jako taki, bo na przy­kład nie został ofi­cjal­nie ogło­szony na Face­bo­oku albo trwał nie­cały rok; nie­mniej kiedy się koń­czy, jeste­śmy zdru­zgo­tani. Dla odmiany po zakoń­cze­niu wie­lo­let­niego związku możemy nie czuć się tak źle, jak się spo­dzie­wa­li­śmy, gdyż zacho­wy­wa­li­śmy w nim jakąś cząstkę sie­bie.

To kwe­stia wspólna dla wszyst­kich rela­cji - czas ich trwa­nia nie musi być wprost pro­por­cjo­nalny do wpływu na życie. Rela­cje są dla nas czymś wię­cej niż pro­stą sumą ich czę­ści. Staje się to szcze­gól­nie widoczne, gdy nie potra­fimy pojąć bólu serca po roz­sta­niu - zwłasz­cza jeśli zwią­zek trwał krótko lub sama zde­cy­do­wa­łaś się go zerwać.

Rela­cje sym­bo­li­zują bez­pie­czeń­stwo i żywot­ność; są szki­cem moż­li­wej przy­szło­ści. Anga­żu­jąc się w zwią­zek, zaczy­namy się zasta­na­wiać, jak by to było - pozwo­lić tej oso­bie w pełni wnik­nąć w nasz świat. Kiedy zaś zwią­zek się koń­czy, opła­ku­jemy nie tylko znik­nię­cie kon­kret­nej osoby, lecz także utratę wszyst­kiego, co dla nas repre­zen­to­wał, i wszyst­kiego, w co wie­rzy­li­śmy, że może repre­zen­to­wać. Pamię­taj więc, by w takich chwi­lach być dla sie­bie deli­katną.

Komórka rodzinna

Aby wyro­snąć na doro­słych o zrów­no­wa­żo­nym poczu­ciu sie­bie, wszyst­kie dzieci potrze­bują cze­goś okre­śla­nego w psy­cho­te­ra­pii mia­nem bez­piecz­nej bazy.

Jeśli opie­ku­no­wie nam ją zapew­niają, możemy badać szer­sze oto­cze­nie nie tylko z poczu­ciem bez­pie­czeń­stwa, lecz także z prze­ko­na­niem, że po powro­cie spo­tkamy się z obec­no­ścią, wraż­li­wo­ścią, kom­for­tem i miło­ścią.

Nie­stety, u wielu osób rodzice nie peł­nią tej funk­cji (celowo bądź nie). Nie­któ­rzy robią, co w ich mocy, ale bory­kają się z wła­snymi pro­ble­mami. Inni są nie­obecni fizycz­nie lub emo­cjo­nal­nie bądź też na oba z tych spo­so­bów. Co gor­sza, bywają też okrutni i nie­prze­wi­dy­walni. Ponie­waż nasza toż­sa­mość kształ­tuje się we wcze­snym dzie­ciń­stwie, zabu­rzyć mogą ją wszel­kie prze­jawy braku bez­pie­czeń­stwa w bazie.

Wcze­sne nega­tywne inte­rak­cje stają się lek­cjami, które głę­boko przy­swa­jamy. Jeśli na przy­kład płacz dziecka spo­tyka się z prze­mocą wer­balną lub fizyczną, może ono zacząć koja­rzyć szu­ka­nie pomocy z krzywdą. To zaś czę­sto skut­kuje nego­wa­niem tych wła­snych emo­cjo­nal­nych aspek­tów, które wywo­łują czy­jąś agre­sję. Koniecz­ność odrzu­ce­nia w dzie­ciń­stwie nie­któ­rych czę­ści naszego ja może sprzy­jać póź­niej­szym ten­den­cjom do zamy­ka­nia się w sobie i utraty sie­bie. W ten spo­sób wzo­rzec ukształ­to­wany na pod­sta­wie dzie­cię­cych doświad­czeń zabie­ramy ze sobą w doro­słość; echa wcze­snej traumy utrzy­mują się nie­kiedy o wiele dłu­żej niż wspo­mnie­nia.

Żałoba

Śmierć bli­skiej osoby może wyrwać z korze­niami nawet naj­moc­niej ugrun­to­wane ja. Żałoba zwy­kle sta­nowi głę­boki wstrząs, który nie­raz pro­wa­dzi do kom­plet­nego zagu­bie­nia. I choć takiego poczu­cia straty należy się spo­dzie­wać w przy­padku odcho­dze­nia osób z kręgu naszych naj­bliż­szych, podob­nie głę­boką żałobą może nas okryć śmierć czło­wieka, z któ­rym nie byli­śmy szcze­gól­nie sil­nie zwią­zani - kogoś, kogo nawet oso­bi­ście nie zna­li­śmy. Także odej­ście domo­wego zwie­rzę­cia, czę­sto baga­te­li­zo­wane przez spo­łe­czeń­stwo, może oka­zać się jedną z naj­do­tkliw­szych strat, jakich doświad­czy­li­śmy. Tak wiele wysiłku wkła­damy w uni­ka­nie roz­mów o śmierci i jej nie­uchron­no­ści - nie tylko jako jed­nostki, lecz także spo­łeczny kolek­tyw - że gdy ktoś z bli­skich prze­mija, nasze codzienne wypie­ra­nie rze­czy­wi­sto­ści zostaje dra­stycz­nie zakłó­cone.

Czy­jaś śmierć może skło­nić nas do zakwe­stio­no­wa­nia naszych życio­wych wybo­rów i prio­ry­te­tów. Sprawy daw­niej uzna­wane za ważne nagle oka­zują się bła­host­kami, co wiąże się z nie­unik­nio­nym ode­rwa­niem od poczu­cia sie­bie. W świe­tle tego, co się nam przy­da­rzyło, możemy się fru­stro­wać, że ktoś inny trapi się mało waż­nymi z naszego punktu widze­nia zaha­mo­wa­niami czy kom­plek­sami. Pamię­taj jed­nak, że cier­nie fru­stra­cji z bie­giem czasu stę­pieją.

Teraz możemy jesz­cze tego nie czuć, lecz za jakiś czas zmiana prio­ry­te­tów i szansa na zbu­do­wa­nie poczu­cia sie­bie od początku mogą oka­zać się uskrzy­dla­jące, jeśli tylko sobie na to pozwo­limy. Mitch Albom pięk­nie ujął to w książce Wtorki z Mor­riem, pisząc, że śmierć koń­czy życie, a nie zwią­zek. Słowa te padły w kon­tek­ście rela­cji z uko­chaną osobą, która ode­szła, ale można je także odnieść do więzi ze sobą. Nie ode­szłaś ani tak naprawdę się nie zagu­bi­łaś; po pro­stu okry­łaś się cię­ża­rem smutku i pró­bu­jesz ukoić swój ból naj­le­piej, jak potra­fisz.

Trauma

Trauma jest reak­cją na dowolne wyda­rze­nie lub doświad­cze­nie, które prze­kra­cza nasze moż­li­wo­ści radze­nia sobie z pro­ble­mami. Rzu­tuje ona na nasz spo­sób myśle­nia, odczu­wa­nia, postrze­ga­nia i prze­twa­rza­nia; wywiera na nas wpływ fizyczny, psy­cho­lo­giczny, spo­łeczny, a czę­sto także duchowy, pro­wa­dząc do jed­nej z form utraty sie­bie.

To, co dla jed­nego czło­wieka będzie bar­dzo nie­po­ko­jące i trau­ma­tyczne, u innego może nie wywo­łać podob­nej reak­cji. Na przy­kład śmierć domo­wego zwie­rzę­cia czy wypro­wadzka rodzeń­stwa mogą u róż­nych osób mieć zupeł­nie inny wydźwięk. Z tego względu w kon­tek­ście poję­cia skali traumy znacz­nie waż­niej­sze jest zro­zu­mie­nie wpływu, jaki ma na kogoś dane wyda­rze­nie niż szcze­góły tego wyda­rze­nia.

Stwier­dze­nie prze­ży­cia traumy jest koniecz­nym warun­kiem ponow­nego nawią­za­nia rela­cji z samym sobą, lecz bywa nie­zwy­kle trudne. Czę­sto sta­ramy się zaprze­czać: "Powin­nam lepiej sobie z tym radzić", "Już dawno powin­nam była się z tym upo­rać", "Inni mają gorzej", "On prze­szedł przez to samo i jakoś się trzyma". Zwróć uwagę na aspekt porów­na­nia prze­ja­wia­jący się w wielu stwier­dze­niach tego rodzaju.

Należy pamię­tać, że każdy czło­wiek prze­żywa traumę ina­czej i ina­czej się z niej leczy, a żadna reak­cja nie sta­nowi oznaki siły ani sła­bo­ści.

Spo­sób prze­twa­rza­nia traumy zależy od wielu czyn­ni­ków, takich jak uwa­run­ko­wa­nia bio­lo­giczne, cha­rak­ter wyda­rze­nia czy dostęp do wspar­cia. Reak­cja na traumę jest skut­kiem podej­mo­wa­nych przez mózg i ciało dzia­łań mają­cych zapew­nić nam bez­pie­czeń­stwo, jeśli więc wsku­tek traumy doświad­czasz utraty wła­snego ja, wiedz, że jest to odruch natu­ralny. Gdy następ­nym razem przy­ła­piesz się na roz­wa­ża­niach negu­ją­cych twoje prze­ży­cia, przy­po­mnij sobie, że prze­twa­rzasz je na swój wyjąt­kowy spo­sób, któ­rego nie można porów­ny­wać z reak­cją żad­nej innej osoby. Pie­lę­gna­cji wyma­gają nawet nie­wi­doczne rany.

Zmiana ról

Od wcze­snych lat życia świa­do­mie i podświa­do­mie przy­swa­jamy roz­ma­ite infor­ma­cje o tym, co jest "fajne" albo "dobre", a co nie jest. Rolom w rodzi­nie przyj­rzymy się bli­żej w dal­szej czę­ści tej książki, teraz zaś cof­niemy się do szkol­nych lat, kiedy byli­śmy zale­wani przez oto­cze­nie komu­ni­ka­tami spo­łecz­nymi.

Możesz uczyć się do egza­minu, ale lepiej, żeby inni o tym nie wie­dzieli.

Spinki z motyl­kami są szczy­tem mody, musisz jak naj­szyb­ciej się dosto­so­wać.

Nie wolno ci się w niej pod­ko­chi­wać!

Bądź sobą! Nieee... nie takim sobą!

Co jest dopusz­czalne w tym oto­cze­niu? Czym mogę nara­zić się tej gru­pie? Przy­na­leż­ność wiąże się z poczu­ciem bez­pie­czeń­stwa, od naj­młod­szych lat uczymy się więc, jakie zain­te­re­so­wa­nia czy inkli­na­cje mogą stać jej na prze­szko­dzie. Fil­tru­jąc infor­ma­cje, uczymy się odgry­wa­nia ról, które przy­no­szą nam korzy­ści. Nie zawsze zna­cząco róż­nią się one od naszych "praw­dzi­wych" ja - nie­kiedy są to po pro­stu nieco inne, mniej wyra­zi­ste wer­sje nas samych; na przy­kład mniej eks­cen­tryczne.

Cza­sami nawet utrata jed­nej z odgry­wa­nych ról może przy­czy­nić się do poczu­cia ode­rwa­nia od tego, kim jeste­śmy. Ja na przy­kład, pogo­dziw­szy się z dia­gnozą nie­swo­istego zapa­le­nia jelit, doświad­czy­łam utraty nie­za­leż­no­ści oraz wyj­ścia z domo­wej roli "pani­kary". W zamian zosta­łam "dziec­kiem z cho­robą Leśniow­skiego-Crohna", "cho­rym dziec­kiem". Na podob­nej zasa­dzie po zakoń­cze­niu dłu­go­trwa­łego związku możemy nie mieć pew­no­ści, kim jeste­śmy poza gra­ni­cami roli, jaką w nim odgry­wa­li­śmy. Pozba­wieni har­mo­no­gramu zajęć roku aka­de­mic­kiego po ukoń­cze­niu stu­diów czy śro­do­wi­ska biu­ro­wego po rezy­gna­cji z kon­kret­nej pracy także możemy się czuć zagu­bieni. Nie­któ­rzy świeżo upie­czeni rodzice mają poczu­cie winy, bo tęsk­nią za utra­co­nymi aspek­tami ich przed­ro­dzi­ciel­skiego ja. Inni tracą sens życia, kiedy dzieci opusz­czają rodzinne gniazdo. Strata to strata, a każdą z nich można dotkli­wie prze­żyć.

Twoje pięć minut. ja w trzech odsło­nach

Przyj­rzyj się wła­snym wcze­śniej­szym doświad­cze­niom utraty sie­bie, zada­jąc sobie nastę­pu­jące pyta­nia:

Jakich rodza­jów "ja" potrze­bo­wa­łam, aby się roz­wi­jać? Kim musia­łam się stać, aby zostać zaak­cep­to­waną przez przy­ja­ciół? Kim musia­łam się stać, aby być kochaną w swo­ich związ­kach?

Zastąp czas prze­szły teraź­niej­szym, aby nadać powyż­szym pyta­niom aktu­alny kon­tekst, i sprawdź, jak będą się przed­sta­wiały odpo­wie­dzi.

Spo­soby, na jakie ucie­kamy od zasta­na­wia­nia się nad utratą sie­bie:

Doko­ny­wa­nie w sobie daleko idą­cych zmian, dopa­so­wa­nych do osoby, z którą prze­by­wamy. Naśla­do­wa­nie innych. Speł­nia­nie cudzych ocze­ki­wań. Nie­zdrowe przy­wią­zy­wa­nie się w rela­cjach. Uni­ka­nie for­mu­ło­wa­nia i wyra­ża­nia wła­snych opi­nii. Auto­ma­tyczne akcep­to­wa­nie cudzych sądów jako "słusz­nych". Mówie­nie "tak", gdy mamy na myśli "nie". Zobo­jęt­nia­nie się przez nad­miar pracy czy tre­nin­gów, wcho­dze­nie w nałogi itp.

Unikanie utraty siebie

Przez wiele lat uni­ka­łam kon­fron­ta­cji z poczu­ciem utraty sie­bie. Wtedy nie zda­wa­łam sobie z tego sprawy, lecz haro­wa­łam jak wół, byle się z nim nie zmie­rzyć. Nie dostrze­ga­łam, że w ten spo­sób jedy­nie odkła­dam na póź­niej zaję­cie się pro­ble­mem. Z życiem nie­ro­ze­rwal­nie wiążą się bolączki, przed któ­rymi nie można się ustrzec, a jed­nak pró­bo­wa­łam, gdyż bata­lia z nimi ozna­cza­łaby koniecz­ność pracy nad zaak­cep­to­wa­niem osoby, jaką rze­czy­wi­ście byłam - a tego bar­dzo nie chcia­łam, bo po pro­stu nie­na­wi­dzi­łam sie­bie.

Uni­ka­łam więc, klu­czy­łam i wyco­fy­wa­łam się, aż w końcu nie było już dokąd zbiec. Zna­la­złam się na dnie - w miej­scu, o któ­rym cza­sami sły­szysz od innych, ale sądzisz, że ni­gdy tam nie tra­fisz. Przy­tło­czył mnie ogrom wła­snego smutku i nie­po­koju. Cier­pia­łam na bez­sen­ność. Zaczęły się napady lęku, a moja - zwy­kle prze­bie­ga­jąca dość łagod­nie - cho­roba Leśniow­skiego-Crohna dawała mi popa­lić. Kiedy nie chcemy słu­chać ciała, osta­tecz­nie zaczyna ono krzy­czeć.

Zwró­ce­nie uwagi na wła­sne lęki wydaje się ryzy­kowne, zupeł­nie jakby mogło to je wzmoc­nić, pogłę­bić. Czymś bar­dzo ludz­kim jest chęć ucie­ka­nia od nie­przy­jem­nych emo­cji i wra­żeń. Dla­czego mie­li­by­śmy świa­do­mie decy­do­wać się na dys­kom­fort? Ale jak powie­dział Carl Gustav Jung: "To, czemu się opie­rasz, nie tylko prze­trwa, lecz także będzie nara­stać". W rezul­ta­cie w wieku dwu­dzie­stu trzech lat tra­fi­łam na kozetkę psy­cho­te­ra­peuty i osta­tecz­nie musia­łam sta­wić czoło swoim emo­cjom, zamiast przed nimi ucie­kać.

Może odnaj­du­jesz się w tych sło­wach, a może nie. Tak czy ina­czej, nie wydaje mi się, że konieczne jest się­gnię­cie dna, by zająć się kwe­stią utraty sie­bie, prze­ko­na­łam się jed­nak, że świa­do­mość czę­sto wiąże się z dys­kom­for­tem. Ale nie każdy dys­kom­fort jest zły. Cza­sami sta­nowi on oznakę zmiany - rodzaj nara­sta­ją­cego bólu.

Co warto wie­dzieć o uni­ka­niu:

Uni­ka­nie daje ilu­zję spo­koju, lecz jest w naj­lep­szym razie doraźną pożyczką, od któ­rej możemy zapła­cić wygó­ro­wane odsetki. Próby wypy­cha­nia stra­chu i dys­kom­fortu poza gra­nicę świa­do­mo­ści są męczące. Nie "odpu­ścimy" sobie niczego, dopóki nie przyj­rzymy się temu, co do sie­bie "dopu­ści­li­śmy". Zuży­wa­nie ener­gii na uni­ka­nie dre­nuje naszą wital­ność. Sta­wia­nie oporu zasad­ni­czo wzbu­dza więk­szy nie­po­kój niż myśli, któ­rym się opie­ramy.

Odkrywanie i odbudowywanie relacji

Pro­ces odkry­wa­nia i odbu­do­wy­wa­nia rela­cji ze sobą nie polega na naci­śnię­ciu prze­łącz­nika ani na prze­bie­gnię­ciu linii mety czy prze­tur­la­niu się przez nią. Do samo­po­zna­nia nie wie­dzie żadna droga na skróty; w tym przy­padku cenna jest sama podróż. Pewne wska­zówki nasuwa ter­min "samo­po­zna­nie". Cho­dzi w nim o szu­ka­nie; o cie­ka­wość, roz­grze­by­wa­nie i roz­pa­ko­wy­wa­nie. Mam dobrą wia­do­mość: skoro czy­tasz te słowa, to zna­czy, że już ten pro­ces zapo­cząt­ko­wa­łaś. W dal­szej wędrówce daj sobie więc zie­lone świa­tło na wyko­ny­wa­nie opi­sa­nych w tej książce ćwi­czeń ze szcze­ro­ścią i otwar­to­ścią, które już wobec sie­bie żywisz.

Odkry­wa­nie nie jest środ­kiem do celu.

Kiedy tylko możesz, pozwól sobie więc na łagod­ność wobec sie­bie; na zwy­czajne bycie i cie­sze­nie się tym pro­ce­sem.

Twoje pięć minut. Zyski­wa­nie świa­do­mo­ści wybo­rów

Na pro­ces samo­po­zna­nia warto spoj­rzeć z per­spek­tywy podej­mo­wa­nych każ­dego dnia dzia­łań. Zadaj sobie nastę­pu­jące pyta­nia:

Jakie wybory i dzia­ła­nia zbli­żają mnie do sie­bie? Jakie wybory i dzia­ła­nia mają odwrotny sku­tek? Czy zbli­żam się do swo­jego praw­dzi­wego ja, czy od niego odda­lam?

Dostrzeganie i nazywanie

Pro­ces dostrze­ga­nia i nazy­wa­nia emo­cji może wypeł­nić lukę mię­dzy tym, co myślimy, a tym, co czu­jemy. Nazy­wa­jąc emo­cję, sta­raj się okre­ślić, co czu­jesz. Zamiast mówić: "Jestem zła", powiedz: "Czuję złość". "Jestem nie­spo­kojna" zamień na: "Czuję nie­po­kój", a "Jestem zestre­so­wana" - na "Odczu­wam stres" i tak dalej. Prze­skok od "jestem taki" do "czuję to" pozwala dostrzec, że w isto­cie nie skła­dasz się wyłącz­nie z tej kon­kret­nej emo­cji, i daje prze­strzeń na obser­wo­wa­nie jej, a nie utoż­sa­mia­nie się z nią. Sta­nowi zara­zem łagodne przy­po­mnie­nie, że odczu­wane emo­cje są przej­ściowe; to pocie­sza­jące w sytu­acji, w któ­rej trudno o inne pokrze­pie­nie.

Dostrze­ga­nie i nazy­wa­nie tego, czego jeste­śmy świa­domi, zarówno w ciele, jak i umy­śle, zdaje się banalne, lecz wiele osób unika tego ze względu na dys­kom­fort poten­cjal­nie wią­żący się z tymi dzia­ła­niami.

Zgod­nie z radą mojego men­tora - umieść nie­wielką naklejkę gdzieś w swoim pokoju lub z tyłu tele­fonu. Kiedy ją zauwa­żysz, zasta­nów się, jakich wra­żeń w swoim ciele jesteś świa­doma. Zacznij od pyta­nia: "Co w tej chwili czuję?". Z bie­giem czasu przy­wy­kamy do nalepki i sta­jemy się mniej świa­domi jej obec­no­ści, ale mogę śmiało powie­dzieć, że choć od przy­kle­je­nia małej nie­bie­skiej kropki na półce z książ­kami minęło wiele lat, wciąż służy mi ona za przy­po­mnie­nie.

Twoje pięć minut. Kon­trola wła­snego stanu

Jed­nym z naj­przy­stęp­niej­szych i zara­zem naj­rza­dziej uży­wa­nych narzę­dzi, jakimi dys­po­nu­jemy, jest kon­trola wła­snego stanu poprzez zwy­kłą obser­wa­cję. To wcale nie musi być skom­pli­ko­wane. Możesz to zro­bić od razu:

Jak się czuję? Może jestem zmę­czona, głodna albo nie­spo­kojna? Jakie wra­że­nia koja­rzące się z danym odczu­ciem umoż­li­wiły mi uświa­do­mie­nie go sobie?

Zapisz odpo­wie­dzi w dzien­niku.

Nie przestawaj się bawić

Jako dzieci mie­li­śmy pozwo­le­nie na zabawę. Bada­nie gruntu. Przy­wdzie­wa­nie róż­nych szat. Eks­pe­ry­men­to­wa­nie z tym, kim jeste­śmy. "Czy to tro­chę ja, czy nie ja?" Jako ciotka sze­ściorga mło­dych ludzi zarę­czam, że nie ma na świe­cie furii porów­ny­wal­nej do wście­kło­ści dziecka popro­szo­nego o prze­rwa­nie zabawy!

Ale gdy prze­kra­czamy dwu­dziestkę, spo­łe­czeń­stwo zdaje się ocze­ki­wać od nas stop­nio­wego rezy­gno­wa­nia z zabawy, zaś ukoń­cze­nie trzy­dzie­stego roku życia czę­sto wyzna­cza jej kres osta­teczny.

"Żad­nych wię­cej głu­pot! Jesteś już "doro­sła", więc powin­naś dosko­nale wie­dzieć, kim jesteś, a wszel­kie eks­pe­ry­menty, próby czy spraw­dza­nie, kim jesz­cze mógła­byś zostać, przy­pusz­czal­nie zostaną uznane za kry­zys wieku śred­niego... albo półśred­niego".

Zabawa staje się oznaką "nie­doj­rza­ło­ści" czy też "nie­udol­no­ści". W ten spo­sób tra­cimy moż­li­wość bawie­nia się i odkry­wa­nia, przez co pozo­staje nam nie­wiele prze­strzeni na zmiany albo na roz­wój - a prze­cież nie uro­dzi­li­śmy się po to, by trwać w nie­zmie­nio­nej for­mie po wsze czasy. Nasze ja zmie­nia się podob­nie jak ciała. Z nie­któ­rych aspek­tów wyra­stamy. Nie­które naby­wamy w trak­cie życia; odkry­wamy z wie­kiem...

Twoje pięć minut. Baw się życiem

Prze­znacz moment na udzie­le­nie odpo­wie­dzi na poniż­sze pyta­nia:

Czy jest coś, czego zawsze chcia­łaś spró­bo­wać, ale do tej pory tego nie zro­bi­łaś? Może cho­dzić o taniec, aktor­stwo czy kurs fiń­skiego dla począt­ku­ją­cych! Czy masz jakiś pomysł na zro­bie­nie reko­ne­sansu w tym zakre­sie? Choćby malut­kiego? Pozwól sobie pró­bo­wać. Pozwól sobie błą­dzić. Zacznij ponow­nie bawić się życiem.

Dostrzegaj okazje

Każ­dego dnia doko­nu­jemy wybo­rów, które nas odda­lają bądź zbli­żają do samych sie­bie. Jed­nym z ele­men­tów pro­cesu samo­po­zna­wa­nia jest pozwo­le­nie sobie na cie­ka­wość (pozba­wioną osą­dza­nia!) w kwe­stii codzien­nych decy­zji.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki