Rozdział II
Dwaj dobrzy kompani
Octave Sarrasin, syn doktora, nie był tym, którego można by nazwać całkowitym próżniakiem. Nie był też ani głupi, ani nadzwyczaj inteligentny; nie był ładny, ale też nie był brzydki, ani mały, ani duży, nie był ani brunetem, ani blondynem... Był szatynem, i pod każdym względem zaliczał się do ludzi przeciętnych. W gimnazjum otrzymywał na ogół drugą nagrodę i dwie czy trzy pochwały. Maturę zdał z przeciętną oceną "dostatecznie". Za pierwszym razem został odrzucony na egzaminie konkursowym do Szkoły Głównej Przemysłu. Przy następnej próbie przyjęto go ze 127. lokatą. Miał chwiejny charakter; był to jeden z tych umysłów, które zadowalają się niezupełną pewnością, którym zawsze wystarcza prawdopodobieństwo i które przechodzą przez życie jak księżycowe światło. Ten rodzaj ludzi jest w rękach przeznaczenia, podobnie jak jest nim korek na grzbiecie fali. W zależności od tego, czy wiatr wieje na południe, czy też na północ, posuwają się do równika lub bieguna. O ich losie decyduje tylko przypadek. Gdyby doktor Sarrasin nie łudził się trochę co do charakteru swego syna, może by się zawahał przed napisaniem do niego listu, który czytaliśmy przed chwilą, ale nieco ojcowskiego zaślepienia przytrafia się nawet najlepszym umysłom.
Szczęśliwym trafem na samym początku swojej edukacji Octave został zdominowany przez energicznego osobnika, którego trochę tyrański, ale dobroczynny wpływ ujarzmił go przemocą. W Liceum Karola Wielkiego, gdzie posłał go ojciec, aby dokończył nauki, Octave zawarł bliską przyjaźń z jednym z kolegów, Alzatczykiem Marcelem Bruckmannem, który chociaż młodszy od niego o rok, wkrótce dosłownie przytłoczył go swoją siłą fizyczną, intelektualną i moralną.
Marcel Bruckmann, mając dwanaście lat, został sierotą i odziedziczył małą rentę, która wystarczała zaledwie na opłacenie gimnazjum. Bez Octave'a, który na wakacje zabierał go z sobą do swoich rodziców, nigdy by nie wyszedł poza mury szkoły.
Wskutek tego rodzina doktora Sarrasina stała się wkrótce rodziną młodego Alzatczyka. Mimo chłodnej powierzchowności Marcel miał wrażliwe usposobienie i zrozumiał, że odtąd całe jego życie powinno należeć do tych zacnych ludzi, którzy zastąpili mu ojca i matkę. To naturalnie doprowadziło do tego, że uwielbiał doktora Sarrasina, jego żonę oraz ich śliczną i już poważną córeczkę, i jego serce otworzyło się na nowo. Swej wdzięczności dla nich nie okazywał słowami, lecz czynami. Wziął na siebie obowiązek, zresztą bardzo przyjemny, zrobić z garnącej się do nauki Jeanne rozsądną dziewczynę o silnym i jasnym umyśle, a w tym samym czasie z Octave'a godnego następcę ojca. Trzeba przyznać, że to ostatnie zadanie było o wiele trudniejsze, gdyż Jeanne, jak na swój wiek, przewyższała brata zarówno pod względem umysłu, jak charakteru. Ale Marcel obiecał sobie, że osiągnie podwójny cel.
Marcel Bruckmann był jednym z owych walecznych i roztropnych mistrzów, których Alzacja ma zwyczaj corocznie wysyłać na wielkie zawody w boksie francuskim11, odbywające się w Paryżu. Już jako dziecko wyróżniał się giętkością i siłą muskułów, a także żywością umysłu. Wewnątrz był odważny i miał silną wolę, natomiast na zewnątrz wydawał się kanciastą bryłą o samych kątach prostych. Już w gimnazjum dręczyła go ambicja celowania we wszystkim, tak w dźwiganiu ciężarów, jak w grze w piłkę, zarówno w sali gimnastycznej, jak i w laboratorium chemicznym. Uważał rok szkolny za stracony, jeżeli nie dostał nagrody. W wieku dwudziestu lat był mężczyzną silnej budowy, mocno rozwiniętym, pełnym energii i życia. Stanowił obraz żywej, wydajnej maszyny, pracującej na najwyższych obrotach. Jego inteligencja zwracała już wówczas uwagę poważnych obserwatorów. Do Szkoły Głównej wstąpił w tym samym roku co Octave, dostając się do niej z drugą lokatą, ale postanowił ukończyć ją na pierwszym miejscu.
Zresztą jego wytrwałej i dla dwóch wystarczającej energii Octave zawdzięczał przyjęcie do szkoły. Marcel przez cały rok "zanudzał" go zapędzaniem do pracy i zmuszał niejako do odnoszenia zwycięstw. Miał on dla tej natury słabej i chwiejnej uczucie przyjaznej litości, podobnej do tej, jakiej mógłby doświadczać lew względem szczeniaka. Przyjemnie mu było wzmacniać nadwyżkami swoich soków tę anemiczną roślinę i powodować, żeby przy nim owocowała.
Wojna 1870 roku12 zaskoczyła obu przyjaciół w chwili, gdy zdawali egzaminy. Nazajutrz po ogłoszeniu wyników Marcel, pełen patriotycznego bólu z powodu tego, co groziło Strasburgowi i Alzacji, doprowadzony do rozpaczy, zaciągnął się do Trzydziestego Pierwszego Batalionu Strzelców Pieszych. Octave natychmiast poszedł za jego przykładem.
Ramię w ramię przeszli twardą kampanię obronną na wysuniętych placówkach Paryża. Marcel dostał w Champigny kulę w prawe ramię, a pod Buzenwal epolety na lewym ramieniu. Octave nie miał ani galonów, ani też rany. Prawdę mówiąc, nie było w tym jego winy, bo zawsze szedł w ogień za przyjacielem, co prawda o sześć metrów z tyłu, ale właśnie te sześć metrów stanowiło o wszystkim.
Od czasu gdy nastał pokój, a wraz z nim wrócono do zwykłych prac, dwaj studenci zamieszkiwali w dwóch przylegających do siebie pokojach skromnego hotelu sąsiadującego ze szkołą. Nieszczęścia, które stały się udziałem Francji, utrata Alzacji i Lotaryngii, wycisnęły na charakterze Marcela piętno przedwczesnej męskiej dojrzałości.
- Obowiązkiem francuskiej młodzieży - mawiał - jest naprawić błędy swych ojców, a dokonać tego można jedynie poprzez pracę.
Wstawał o piątej i zmuszał Octave'a, aby go naśladował. Ciągnął go na wykłady, a po zajęciach na uczelni nie odstępował ani na krok. Wracali do siebie i zasiadali do pracy, przeplatając ją tylko czasem fajeczką, czasem filiżanką kawy. Udawali się spać o dziesiątej, jeśli nie radośni, to na pewno zadowoleni z siebie, z głowami wypełnionymi wiedzą. Od czasu do czasu partia bilardu, dobrze wybrane widowisko teatralne, bardzo rzadko koncert w konserwatorium, konna przejażdżka aż do lasu Verri?res, przechadzka po lesie, dwa razy na tydzień ćwiczenia w boksowaniu lub fechtunku - to były ich rozrywki. Chwilami Octave okazywał chętkę do buntu i z zazdrością patrzył na przyjemności mniej godne pochwały. Mówił, że trzeba odwiedzić Aristide'a Leroux, który "uczył się prawa" w piwiarni "Saint-Michel". Jednak Marcel tak ostro szydził z owych zachcianek, że najczęściej same mijały.
Dwudziestego dziewiątego października 1871 roku, około siódmej wieczorem, dwaj przyjaciele, zgodnie ze swoimi przyzwyczajeniami, siedzieli obok siebie przy jednym stole i przy jednej wspólnej lampie. Marcel duszą i ciałem pogrążył się w niezmiernie ciekawym zadaniu z geometrii wykreślnej, mającym zastosowanie przy cięciu kamieni. Octave z nabożną starannością zajmował się przyrządzaniem litra kawy, co niestety w jego oczach było rzeczą o wiele ważniejszą niż inne sprawy. Ta umiejętność, w której - jak sobie pochlebiał - celował, stanowiła jeden z jego nielicznych przymiotów. Może dlatego, iż dawało mu to codziennie możliwość uniknięcia na kilka chwil niemiłej konieczności rozwiązywania równań, której, jak mu się zdawało, Marcel trochę nadużywał. Kropla za kroplą spuszczał wrzącą wodę na grubą warstwę sproszkowanej mokki i spokojne zadowolenie, jakie przy tym odczuwał, zupełnie mu wystarczało. Jednakże widok pracującego Marcela budził w nim wyrzuty sumienia, więc usiłował przeszkadzać mu swoim paplaniem.
- Dobrze by było kupić maszynkę do filtrowania i parzenia kawy - odezwał się nagle. - Ten antyczny i napęczniały filtr nie odpowiada wymogom współczesnej cywilizacji.
- A więc kup tę maszynkę! Może wtedy nie będziesz tracił co wieczór godziny na przygotowanie kawy - odparł Marcel, po czym powrócił do zadania.
- Podniebienie13 sklepienia tworzy elipsoida o trzech nierównych osiach. Niech ABDE będzie elipsą wyjściową, zawierającą oś dłuższą OA = a, oś średnią OB = b, podczas gdy oś najmniejsza O'C jest pionowa i równa c, co daje sklepienie spłaszczone... którego strzałka jest mniejsza od połowy jego rozpiętości.
Wtem rozległo się stukanie do drzwi.
- List do pana Octave'a Sarrasina - rzekł chłopiec hotelowy.
Można sobie wyobrazić, z jaką radością młody student powitał chwilowe odwrócenie uwagi Marcela.
- Od mego ojca - stwierdził Octave. - Poznaję pismo... No, to przynajmniej jest list - dodał, podrzucając i ważąc w ręku paczkę papierów.
Marcel wiedział, tak jak Octave, że doktor przebywa w Anglii, bo przed tygodniem, będąc przejazdem w Paryżu, ugościł obu przyjaciół obiadem godnym Sardanapala14, w restauracji "Palais Royal", słynnej niegdyś, ale teraz już niemodnej. Jednak doktor Sarrasin uważał ją niezmiennie za ostatni wyraz wykwintnego paryskiego smaku.
- Powiedz mi, czy ojciec pisze ci coś o Kongresie Higieny? - zapytał Marcel. - To był dobry pomysł, że tam się udał. Uczeni francuscy są zanadto skłonni do izolowania się.
I Marcel znów wrócił do swego zadania.
- ...Grzbiet sklepienia tworzy elipsoida podobna do pierwszej, mająca środek O' poniżej punktu O. Po oznaczeniu ogniskowych trzech głównych elips F1, F2, F3 wykreślamy elipsę końcową i hiperbolę pomocniczą, których wspólne osie...
Nagły okrzyk Octave'a sprawił, że podniósł głowę.
- Co się stało? - spytał trochę zaniepokojony, widząc, że jego przyjaciel całkowicie pobladł.
- Czytaj - odparł Octave, oszołomiony nowiną, którą właśnie otrzymał.
Marcel wziął list, przeczytał go do końca, po chwili przeczytał po raz drugi, spojrzał na załączone dokumenty i powiedział:
- To ciekawe!
Potem nabił sobie fajkę i spokojnie ją zapalił. Octave nie spuszczał wzroku z jego warg.
- Myślisz, że to prawda? - zawołał zduszonym głosem.
- Czy prawda...? Oczywiście, że tak. Twój ojciec ma zbyt dużo zdrowego rozsądku i umysł naukowca, by bezmyślnie nabrać tego rodzaju przeświadczenia. Zresztą dowody są tutaj, a przy tym rzecz jest w istocie całkiem prosta.
Marcel, nabiwszy mocno i jak się należy fajkę, powrócił do pracy. Octave stał w tym samym miejscu z opuszczonymi rękami. Nie był w stanie nawet dokończyć parzenia kawy, a tym bardziej logicznie powiązać dwóch myśli. Mimo wszystko czuł, że musi coś powiedzieć, by się upewnić, że nie śni.
- Ale... jeśli to prawda, jest to sensacja, o jakiej świat nie słyszał...! Czy wiesz, że pół miliarda to ogromna fortuna!?
Marcel podniósł głowę i przytaknął:
- Ogromna, zgadza się. Nie ma równej we Francji. W Stanach Zjednoczonych jest ich tylko kilka, w Anglii zaledwie pięć lub sześć, łącznie piętnaście lub dwadzieścia na całym świecie.
- A w dodatku tytuł! - dodał Octave. - Tytuł baroneta! Nie chodzi o to, że pragnąłem takiego zaszczytu, ale skoro teraz się pojawił, przyznaję, że bardziej elegancko nazywać się "baronet Sarrasin" niż po prostu Sarrasin.
Marcel wypuścił kłąb dymu i nie odezwał się ani słowem. Ten kłąb dymu mówił wyraźnie: Ba...! Ba...!
- Naturalnie - mówił dalej Octave - iż nie chciałbym postąpić tak jak wielu ludzi, którzy przyklejają do swego nazwiska owo szlacheckie de lub wymyślają sobie papierowe margrabstwo15! Ale posiadać tytuł, prawdziwy tytuł, oficjalnie wpisany do Księgi Parów Wielkiej Brytanii i Irlandii, tytuł niepodlegający żadnemu zaprzeczeniu, jak się to często zdarza...
Fajka wciąż powtarzała swoje: Ba...! Ba...!
- Mów sobie, co chcesz - odparł Octave z przekonaniem - ale błękitna krew to jest coś, jak powiadają Anglicy!
Nagle urwał, widząc szydercze spojrzenie Marcela, i powrócił do kwestii milionów.
- Czy pamiętasz - mówił - jak Binôme, nasz profesor matematyki, każdego roku powtarzał w czasie pierwszego wykładu arytmetyki, że pół miliarda jest sumą zbyt wielką, by umysł ludzki mógł wyrobić sobie o niej chociażby przybliżone pojęcie bez pomocy graficznego wykresu? Wyobraź sobie, że gdyby jeden człowiek wydawał po jednym franku na minutę, zużyłby ponad tysiąc lat na wypłacenie takiej sumy! Ach, to doprawdy dziwne uczucie, móc powiedzieć sobie, że się odziedziczyło pół miliarda franków!
- Pół miliarda franków! - zawołał Marcel, więcej poruszony nazwą rzeczy niż samą rzeczą. - Wiesz, co moglibyście zrobić najlepszego? Oto oddać je Francji na zapłacenie okupu! Pozostałoby jej tylko dziesięć razy tyle do oddania...!
- Tylko zmiłuj się, nie podsuwaj ojcu tego pomysłu! - zawołał Octave przerażonym głosem. - Byłby zdolny do tego, aby go zaakceptować! Już widzę, jak układa po swojemu jakiś tam projekt...! Można by jeszcze wykupić papiery państwowe, ale przynajmniej zachowajmy rentę!
- Wynika z tego, że jesteś zdolny, sam o tym nie wiedząc, stać się kapitalistą! - powiedział Marcel. - Coś mi mówi, mój biedny Octavie, że jeśli nie dla twojego ojca, który jest osobą rozsądną, to dla ciebie lepiej byłoby, gdyby ten wielki spadek był cokolwiek mniejszych rozmiarów. Wolałbym, żebyś mógł podzielić się z twoją dzielną siostrzyczką dwudziestoma pięcioma tysiącami liwrów dochodu niż tą górą złota!
I wrócił do swojego zadania.
Tymczasem Octave nie był w stanie zająć się czymkolwiek. Tak się miotał i kręcił po pokoju, że jego przyjaciel, nieco już zniecierpliwiony, odezwał się:
- Zrobiłbyś lepiej, gdybyś opuścił pokój i się przeszedł. Widzę, że dzisiaj wieczorem i tak niewiele zrobisz.
- Masz rację - odpowiedział Octave, podchwytując z radością to rzekome pozwolenie zaniechania wszelkiego rodzaju pracy.
Porwał kapelusz, szybko zbiegł ze schodów i znalazł się na ulicy. Uszedł zaledwie dziesięć kroków, po czym zatrzymał się pod gazową latarnią i ponownie odczytał list od ojca. Chciał się jeszcze raz upewnić, że nie śni.
- Pół miliarda...! Pół miliarda...! - powtarzał. - To oznacza co najmniej dwadzieścia milionów dochodu...! Gdyby ojciec dał mi tylko jeden milion jako pensję, chociaż pół miliona, chociaż ćwierć, to jeszcze będę bardzo szczęśliwy! Tak dużo można zrobić, gdy się ma pieniądze! Jestem pewny, że potrafiłbym ich dobrze użyć! Nie jestem przecież głupcem. Przyjęto mnie do Szkoły Głównej...! W dodatku mam tytuł... Potrafię go nosić!
Przechodząc koło sklepów, mimowolnie przeglądał się w witrynach.
- Będę miał pałac, konie! Marcel także będzie miał konie. Od chwili gdy stanę się bogaczem, oczywiste jest, że będzie tak, jakby on sam miał pieniądze. Ach, w samą porę to przyszło...! Pół miliarda...! Baronet...! Zabawne, ale teraz wydaje mi się, że spodziewałem się tego. Coś mi mówiło, że nie będę wiecznie ślęczał nad książkami i przy desce kreślarskiej. Bądź co bądź, to wspaniały sen!
Przetrawiając takie myśli, Octave minął arkady przy ulicy Rivoli. Przeszedł Pola Elizejskie, skręcił w ulicę Royal i wkroczył na bulwar. Kiedyś na piękne wystawy sklepów patrzył tylko z obojętnością, jako na rzeczy błahe, niemające miejsca w jego życiu. Teraz zatrzymał się przed nimi i z uczuciem żywej radości pomyślał, że wszystkie te skarby należałyby do niego, gdyby tego zapragnął.
- To dla mnie - mówił sobie - prządki Holandii kręcą swoimi wrzecionami, fabryki w Elbeuf tkają najmiększe sukna, zegarmistrze robią zegary; dla mnie żyrandole w operze rozlewają kaskady świateł, dla mnie grają skrzypce i zdzierają gardła solistki! Dla mnie w maneżach16 ujeżdżają wierzchowce pełnej krwi, dla mnie oświetla się kawiarnię "Angielską". Paryż należy do mnie...! Wszystko należy do mnie...! Może będę podróżował? Może odwiedzę swoją baronię w Indiach...? Może kiedyś zechcę kupić sobie pagodę z bonzami17 i bożkami z kości słoniowej na dodatek! Będę miał słonie...! Będę polował na tygrysy...! A piękna broń... A śliczna łódź... Łódź? Nie, nic takiego. Piękny i porządny jacht parowy, który zawiezie mnie tam, gdzie zechcę, i będzie zatrzymywał się lub płynął podług mojej fantazji. Ale, ale, jeśli chodzi o parę, to mam zawiadomić o tym wszystkim matkę. Może pojechać do Douai...? Ale uczelnia! Ech, uczelnia! Można się bez niej obejść. Ale Marcel! Trzeba go zawiadomić. Poślę mu depeszę. On na pewno zrozumie, że w takiej sytuacji pilno mi zobaczyć się z matką i siostrą.
Octave wszedł do urzędu telegraficznego i zawiadomił przyjaciela, że wyjeżdża i wróci za dwa dni. Potem przywołał dorożkę i kazał się zawieźć na Dworzec Północny.
Gdy tylko znalazł się w wagonie, znowu zaczął snuć marzenia.
O drugiej po północy Octave dzwonił już z całej siły specjalnym nocnym dzwonkiem do drzwi rodzinnego domu, czym postawił na nogi całą spokojną dzielnicę Aubettes.
- Kto zachorował? - pytały kumoszki, rozmawiając z sobą przez okna.
- Doktora nie ma w mieście! - krzyknęła stara służąca z okienka na ostatnim piętrze.
- To ja, Octave! Zejdź i otwórz mi, Francine!
Po dziesięciu minutach oczekiwania Octave wszedł wreszcie do domu. Matka i siostra Jeanne zeszły szybko na dół w nałożonych w pośpiechu szlafroczkach i czekały na wyjaśnienia co do celu tej niespodziewanej wizyty.
List doktora, odczytany na głos, wyjaśnił tajemnicę.
Pani Sarrasin była przez chwilę olśniona. Płacząc z radości, ściskała syna i córkę. Zdawało się jej, że świat będzie należeć do nich i że nieszczęście nigdy nie śmiałoby zaatakować młodych ludzi, którzy posiadają kilkaset milionów. Jednakże kobiety łatwiej niż mężczyźni oswajają się z wielkimi zmianami losu. Pani Sarrasin ponownie odczytała list męża, stwierdziła, że właściwie do niego należy decyzja co do dalszego losu jej samej oraz dzieci, i spokój wrócił do jej serca. Jeśli chodzi o Jeanne, to była szczęśliwa, ciesząc się radością matki i brata, ale wyobraźnia trzynastolatki nie wzbiła się ponad szczęście posiadania małego, skromnego domku, w którym pędziłaby beztroski żywot na lekcjach z ulubionymi nauczycielami i zabawach z rodzicami. Nie bardzo rozumiała, jakim sposobem kilka paczek banknotów mogłoby coś zmienić w jej życiu, i perspektywa bogactwa nawet przez chwilę nie wzbudziła w niej niepokoju.
Pani Sarrasin wyszła za mąż w młodym wieku za człowieka całkowicie pochłoniętego spokojną pracą, za urodzonego naukowca. Szanowała zamiłowania męża, bardzo go kochała, niezbyt go jednak rozumiejąc. Nie mogąc dzielić szczęścia, jakie umiłowana nauka dawała doktorowi Sarrasinowi, u boku tego zawziętego pracusia czuła się niekiedy osamotniona i wszystkie swoje nadzieje skupiła na dzieciach. Marzyła nieustannie o świetnej przyszłości dla nich, sądziła, iż sama wtedy byłaby szczęśliwsza. Była przekonana, że Octave był powołany do wielkich rzeczy. Od czasu gdy wstąpił do Szkoły Głównej, ta pożyteczna i skromna uczelnia kształcąca młodych inżynierów urosła w jej oczach do rozmiarów wylęgarni najświatlejszych mężów. Niepokoiła ją jedynie myśl, że niewielkie fundusze, którymi rozporządzał doktor Sarrasin, mogą jeśli nie przeszkodzić, to w każdym razie utrudnić świetną karierę syna i zaszkodzić dobremu zamążpójściu córki. Z listu męża wywnioskowała, że obawy te zostały raz na zawsze usunięte. Czuła się więc całkowicie zadowolona i nieomal szczęśliwa z takiego obrotu rzeczy.
Matka i syn spędzili większą część nocy na rozmowie i snuciu projektów, podczas gdy Jeanne, również zadowolona z obecnej sytuacji, spokojna o przyszłość, zasnęła w fotelu.
W chwili gdy i oni mieli się już udać na spoczynek, pani Sarrasin rzekła do syna:
- Nic nie wspomniałeś o Marcelu. Czy nie zawiadomiłeś go o liście ojca? Co on na to powiedział?
- Och - odparł Octave - zna mama Marcela! To więcej niż naukowiec, to prawdziwy stoik18! Zdaje się, że wielkość spadku przeraża go trochę z naszego powodu. Ja mówię "z naszego powodu", ale jego niepokój nie odnosi się do ojca, którego zdrowy rozsądek, jak uważa Marcel, i umysł uczonego napawają optymizmem. Tak naprawdę to chodzi mu o ciebie, mamo, także o Jeanne, a szczególnie o mnie. Zupełnie przede mną nie ukrywał, że wolałby skromniejszy spadek, przynoszący dwadzieścia pięć tysięcy liwrów19 renty...
- Może Marcel ma rację - powiedziała pani Sarrasin, patrząc na syna. - Nagle zdobyta fortuna dla niektórych charakterów może stać się wielkim niebezpieczeństwem.
W tej chwili obudziła się Jeanne i usłyszała ostatnie słowa matki.
- Pamiętasz, mamo - powiedziała, przecierając oczy i kierując się do swojego pokoiku - co powiedziałaś mi pewnego dnia? Że Marcel ma zawsze rację. Ja wierzę we wszystko, co mówi nasz przyjaciel Marcel!
Następnie, uściskawszy matkę, wróciła do pokoju.
11 Boks francuski (savate, lutte parisienne) - francuska sztuka walki, bardzo podobna do kick-boxingu, która narodziła się w XIX wieku; stworzono ją w celu samoobrony przed uzbrojonym przeciwnikiem.
12 Wojna 1870 roku - chodzi o wojnę francusko-pruską, zakończoną w 1871 roku klęską Francji.
13 Podniebienie - widoczna z dołu (z wnętrza pomieszczenia) powierzchnia sklepienia.
14 Sardanapal - ostatni, legendarny król Asyrii, uważany za rozpustnego tyrana, znany również z bogactw, którymi się otaczał.
15 Margrabstwo - w państwie Franków i w Niemczech średniowiecznych: zorganizowany wojskowo okręg pograniczny podlegający margrabiemu.
16 Maneż - miejsce do nauki konnej jazdy i ujeżdżania koni; ujeżdżalnia.
17 Bonza - duchowny buddyjski.
18 Stoik - zwolennik stoicyzmu, kierunku filozofii greckiej, uznającego, że celem człowieka powinno być opanowanie namiętności.
19 Liwr - dawna srebrna moneta francuska.