Prolog
Potomstwo lodowatych serc
Mroźny wieczór dawał się we znaki mieszkańcom Irlandii. Dwóch przechodniów przebiegło przez ulicę w kierunku zadaszenia antykwariatu, by schować się przed deszczem. Lata leciały, ale klimat szmaragdowej wyspy pozostawał niezmienny - krople deszczu znów uderzały o chodnik, a śmiertelnicy rozmawiali o pogodzie, opowiadając sobie stare legendy. Ludność miasteczka niemal dosłownie nimi żyła, słuchając o istotach nie pochodzących z tego świata. Wiele osób mówiło, że czasem widać je pośród żywych - ponoć roztaczały wokół siebie jakieś dziwne światło. Poza świetlistymi istotami były jeszcze byty ciemne, podstępne - ukrywające się w mrocznych zaułkach pustych uliczek. Czyhały na niczego nieświadomych ludzi, by przykleić się do ich dusz i podążyć za nimi aż do domu, po drodze siejąc spustoszenie. Legendy czy nie, nikt nie chciał się spotkać z takim bytem.
Garstka przechodniów obróciła się tyłem do szyby, w której odbijała się wystawa starych książek opowiadających o mitycznych istotach. Słabe światło latarni oświetlało zmęczone i skroplone mżawką twarze. Gdy deszcz ustał, dwaj mężczyźni postanowili wejść do pubu znajdującego się po przeciwnej stronie ulicy.
W środku panował gwar. Mieszkańcy spotykali się tutaj codziennie, by rozmawiać o bieżących sprawach. Było to przyjemne, klimatyczne miejsce. Stoliki wykonano z beczek, na których leżały albo koronkowe obrusy, albo chociaż kolorowe podstawki. W rogu stał nawet telewizor, w którym mieszkańcy mogli oglądać mecze.
Goście zostawili mokre kurtki na wieszaku, po czym ruszyli w stronę lady. Ich sylwetki odbiły się w lusterku umieszczonym pomiędzy półkami. Byli to dwaj mężczyźni w podeszłym wieku. Jeden z nich nosił grube, owalne okulary. Czas go nie oszczędzał, bowiem jego twarz pokryły już zmarszczki, a włosy i broda były całkiem siwe. Był dość wysoki, posiadał nieznaczny brzuszek. Jego towarzysz, niższy mężczyzna o ciemnych jeszcze włosach, był chudy niczym patyk. Poprawił prostokątne okulary i schował do kieszeni pudełko papierosów, które wcześniej wyciągnął, by zapalić.
Przybysze usiedli przy ladzie, jeden z nich uśmiechnął się do kelnerki i pomachał jej. Kobieta przeprosiła swoich rozmówców, po czym odwróciła się na pięcie. Poprawiła rude włosy upięte w kok, wyminęła kilku podpitych klientów i weszła za ladę. Była w średnim wieku, lecz nadal kipiała młodzieńczą energią.
- Co dla was, panowie?
- Rose, po co tak oficjalnie? - rzucił niższy mężczyzna, drapiąc się po głowie. - To, co zawsze. Przecież jesteśmy stałymi gośćmi, prawda?
Rose pokręciła głową i roześmiała się głośno. Miała urocze dołeczki w policzkach.
- Stałymi gośćmi? Wpadacie tu raz na ruski rok, Liam! Nie popisuj się swoją nonszalancją, nie kupuję tego.
Odwróciła się w stronę starszego mężczyzny w kraciastej koszuli.
- Wyglądasz o wiele lepiej, Bruce. Może leki nie będą ci niedługo potrzebne?
Bruce pogładził się po brodzie, po czym uśmiechnął się do niej.
- Dziękuję, Rose. Jak się miewają twoje dzieci?
- Bardzo dobrze. Niedługo zostanę babcią! - oznajmiła, klaszcząc przy tym w dłonie.
- Najwyższy czas - zaczął Liam, urwał jednak, gdy kobieta pstryknęła mu palcem w czoło. Bruce zaśmiał się i przetarł okulary starą chusteczką. Rose odwróciła się, sięgając po dwie szklanki, które wypełniła piwem. Lekka piana unosiła się nad złocistym napojem pachnącym chmielem.
- Za stare lata, chłopcy - powiedziała, stawiając szkło na korkowych podstawkach. Mężczyźni skinęli głowami, po czym unieśli kufle i upili kilka łyków.
Bruce odstawił swój i otarł usta. Przyjrzał się krajobrazowi widocznemu w lustrze. W pewnym momencie dostrzegł jakieś światło. Coś jakby iskra przebiegło tuż za oknem. Mężczyzna odwrócił się, lecz nie zobaczył niczego niezwykłego. Ciemność sprawiła, że zaczął myśleć o burzowych chmurach.
- Bruce? Wszystko w porządku? - spytała Rose, wyrywając go z zamyślenia.
- Tak, po prostu na chwilę odpłynąłem - odparł spokojnie, niewinnie wzruszając ramionami.
- Ostatnio często ci się to zdarza. Czasu nie cofniesz.
- Liam! - skarciła go Rose, tym razem piorunując go wzrokiem. - Stare to, a głupie! Wybacz mu, on chyba nie wie, co mówi... Liam, odłóż to piwo.
- Nie, nie - on ma rację - wtrącił Bruce, uśmiechając się słabo. - To prawda. Myślę, że nie potrafię uporać się z wspomnieniami. Po prostu... Nie umiem tak łatwo zapomnieć o wnuku.
Rose zacisnęła usta, kładąc mężczyźnie dłoń na ramieniu.
- Bruce... Możesz jedynie mieć nadzieję.
Bruce skinął głową, wpatrując się w blat. Wśród trójki znajomych przez chwilę panowała cisza, chociaż lokal nadal rozbrzmiewał wesołymi rozmowami.
Mijał kolejny rok, odkąd wnuk Bruce'a zaginął bez wieści, a on ciągle nie mógł się pozbierać. Pamiętał tylko, że chłopak żegnał się z nim, mówiąc, że już nikt więcej ich nie skrzywdzi. Gdy zniknął za drzwiami, słuch o nim zaginął. Stróże prawa dawno się poddali. Chłopak został oficjalnie uznany za zaginionego, chociaż Bruce wciąż chciał poznać prawdę - oprócz wnuka nie miał nikogo bliskiego. Teraz pozostali mu tylko pies, starszy przyjaciele i ten pub, do którego przychodził, gdy w sklepie nie było żadnych klientów. Czasem, wycierając kurze z zamówionych instrumentów, słyszał jeszcze dźwięk tych, na których często grywał jego wnuk, śpiewając znane im obu melodie. Wiedział, że pamięć płata mu figle, mimo wszystko tak bardzo chciał zmienić bolesną rzeczywistość na ten piękny sen.
Z zamyślenia wyrwał go dźwięk tłuczonego szkła. Odwrócił głowę, widząc spadające na parapet kawałki okiennej szyby.
- Coś się dzieje na zewnątrz - zauważył Liam, wstając z krzesła. Podobnie uczyniło kilku gości pubu. Wyszli z budynku. Bruce założył płaszcz i ruszył za nimi.
W okolicy znajdowało się tylko kilka drzew porastających pobocze, mały zagajnik oraz asfaltowa droga prowadząca do pobliskiej świątyni. Na niebie zebrały się ciemne chmury, rozległ się grzmot. Zdaje się, że nadchodziła burza.
- Ktoś tutaj leży! - krzyknął nagle jeden z mężczyzn, wskazując na rów po drugiej stronie ulicy. Kilku śmiałków ruszyło w jego stronę.
Znaleźli rannego człowieka. Wokół niego widać było jakieś ślady. Po czole mężczyzny spływała rubinowa, lepka ciecz.
- Żyje, ale mocno krwawi, musimy to jakoś zatamować!
- Proszę pana, słyszy mnie pan?
- Wezwę karetkę!
- Ktoś go napadł? Jakieś ślady prowadzą do lasu, spójrzcie tutaj!
Bruce przysłuchiwał się tej wymianie zdań, widząc, jak grupka ludzi próbuje pomóc mężczyźnie, podczas gdy Liam podawał operatorowi adres lokalu.
Starszy mężczyzna odwrócił się i poprawił okulary, wpatrując się w niebo. Dlaczego nadal widział te dziwne iskierki i ciemne kropki? Wzruszył ramionami, zrzucając to na karb zmęczenia.
Nie mógł wiedzieć, że w zupełnie innej, duchowej rzeczywistości właśnie rozgrywa się bitwa o jego istnienie.
*
Mroczna postać unosiła się nad ludźmi zgromadzonymi wokół rannego, karmiąc się ich zmartwieniami i podejrzeniami. Energię czerpała z nienawiści, która była dobrze wyczuwalna w okolicy, kiedy zraniono niewinnego człowieka. Demon powoli nabierał pełnych kształtów. Jego krzaczaste dłonie przypominały teraz suche gałęzie, które mogły przebić się przez powłokę stworzoną przez inne, dobre istoty. Nazywano ich Obrońcami. Ich niebiański rynsztunek chronił posiadaczy przed ciosami monstrum. Każde kolejne uderzenie coraz bardziej rozświetlało ich aurę i rozrzucało wokół świetliste iskry.
- Zdaję się, że mamy spory problem! - krzyknął jeden z Obrońców o długich, jasnych włosach. - Te cholerstwa zawsze łączą się w grupy.
- Niech to! Tamten złodziej ucieka! - jęknął drugi. - Ale ranny będzie żył, chwała Jego Magnificencji.
- W takim razie pora pozbyć się tego złośliwego kaduka! Z twojej lewej!
Obrońca został uderzony z całej siły. Jego skrzydła zwinęły się lekko, on sam zaś wylądował na ziemi. Jego towarzysz zacisnął zęby i rzucił się na demona, przebijając go mieczem kilka razy.
- W imię Jego Magnificencji, odsyłam cię do Tenebrae!
Demon wrzasnął, jego ryk przypominał huk piorunów, który wystraszył ludzi znajdujących się w świecie żywych. Powoli tracił siły. Chwilę później przez jego ciemną posturę zaczęło przebijać się światło. Mroczna postać została rozbita na kawałki, które rozpłynęły się niczym dym. Obrońcy ponownie wzbili się w powietrze, otrzepując swoje jasne szaty z pozostałości ciemnego pyłu.
- Zadanie wykonane. Myślisz, że Dágnon zaliczy nam to jako pracę domową?
- Jest wymagający, ale zawsze możesz mieć Nadzieję.
Młodzieńcy skinęli głowami, po czym jeden z nich uniósł swój miecz i rozciął powietrze. Przed nimi otworzył się świetlisty portal, przez który mogli dostać się do innego, pozaziemskiego miejsca. Zanim zniknęli, obrócili się jeszcze w stronę ludzi. Żywi byli bezpieczni.
*
Deszcz zacierał ślady, kiedy burza rozpętała się na dobre. Ambulans zabrał rannego mężczyznę, policja spisała zeznania, zaś mieszkańcy z powrotem skierowali się w stronę pubu, gdzie usiedli przy kolejnym piwie.
Bruce zajął miejsce obok Liama, wpatrując się w pustą szklankę.
- Co jest?
- Sam nie wiem. Masz czasem wrażenie, że poza naszym światem istnieje coś jeszcze?
- W sensie co? - rzucił Liam, sącząc kolejne piwo. - Ktoś zesłał z nieba dobroczyńców, by wywołali nas na zewnątrz? Czytasz za dużo apokryfów, Bruce.
- Może masz rację - westchnął Bruce, po czym uśmiechnął się i zerknął w stronę okna. Zamknął oczy i złożył dłonie, pochylając głowę.
Boże, jeśli mnie słyszysz, błagam - zaopiekuj się moim wnukiem.
Rozdział 3
Niepodległość duszy
Doczesne słońce głaskało żyjących swoimi promieniami, gdy dusze przebywające na Dachu Świata przechadzały się po alejkach, obserwując wielobarwne rośliny. Niebiańska flora kwitła całą wieczność, jednak przypominała duszom o procesach, jakie zachodzą na Ziemi. Mieszkańcy wpatrywali się w to, co budziło się i zasypiało dzięki regułom ustanowionym przez Jego Magnificencję.
Dusze zmierzające do Akademii Spiritum prześcigały się ze sobą, by dotrzeć do placówki jak najszybciej. Mnogość sylwetek i postaci stworzyła ruchliwą masę, której wspólną cechą były szare mundurki. Emil rozglądał się wśród tego osobliwego tłumu, poszukując jakichś znajomych dusz. Dojrzał w tłumie dziewczynę o jasnych włosach związanych w kucyki, obok niej szli jeszcze dwaj towarzysze. Jeden z nich miał nieco dłuższe niż zazwyczaj ciemne kudły, drugi natomiast zaplótł mały warkocz z końcówki swoich ołowianych włosów. Emil zerknął na Jeremy'ego, który wpatrywał się w tę trójkę równie długo, jak on, jednak pozostali przez nich niezauważeni. Wyszli z internatu i wtopili się w tłum.
Emil nie umiał ukrywać pozostałości swoich uczuć, dlatego dzisiejszy rajski poranek był dla niego dość niepokojący. Chociaż czasem miał również prawo wątpić, zadawać pytania, to jednak zdawał sobie sprawę z tego, że to może boleć tych, którzy znajdowali się wokół niego. A szczególnie tych, którzy byli z nim jakoś związani, na przykład węzłem Jego Magnificencji.
Zastanawiające. Cała trójka - on, Jeremy i Nicholas - poznali aspekty Cnót Pierwotnych, tylko każdy z nich od nieco innej strony. Jedni przeszli przez to łagodniej. Inni, no cóż, byli skazani na większe cierpienie. Emil rozmyślał, od czego to zależało. Czyżby od ich Starego Życia? Nie wiedział, czemu ciągle do tego wracał, ale miał nadzieję, że im szybciej pojawią się z jakąś misją na Ziemi, tym szybciej zacznie to rozumieć.
Jeremy zatrzymał się przed bramą dziedzińca Akademii i odwrócił się w stronę Emila.
- Na co czekasz? - spytał, poprawiając pas od swojej nowej torby.
- Tak chyba ma wyglądać proces ekspiacji, prawda? Od początku jest ciężki... Dla nas obu.
Jeremy spojrzał na niego nieco ze zdziwieniem, nie wiedząc, o co mu chodzi. Emil pokręcił głową.
- Idź już. Ja mam coś do załatwienia.
Instygator wzruszył ramionami i ruszył przed siebie, kierując się na pierwsze w tym czasokresie zajęcia z parapsychologii duszy.
Emil ruszył w stronę głównego budynku Katedry.
Nie mógł uwierzyć w to, że wspomnienia Jeremy'ego związane z nim zostały usunięte przez Jego Magnificencję. Powinien spodziewać się, że właśnie tym będzie skutkować wizyta w Nod i cieszyć się, że od tej pory nic go z Jeremym - oprócz węzła Trójcy Zagłady - nie łączy. A jednak Jego Magnificencja pozostawił w nim resztki emocji. Dlaczego tylko w nim?
Omijając po drodze pozostałych uczniów, wpadł na Nicholasa. Obrońca potrząsnął głową i pozbierał porozrzucane dokumenty, pomagając Emilowi wstać.
- Co ci się stało? Wyglądasz, jakbyś dowiedział się czegoś strasznego.
Strażnik Dusz spojrzał na niego. Chociaż w jego oczach Nicholas mógł dostrzec odpowiedź, Emil niczego nie powiedział. W milczeniu obrócił się na pięcie, zostawiając Obrońcę na środku przejścia.
W budynku Katedry roiło się od Nowo Przybyłych. Były to dusze szkolone przez Simona Petrosa, dziekana Uniwersytetu Coelum, duchowego patrona Obrońców. Jegomość o okrągłych okularach stał przed zebranymi duszami w swojej białej todze, trzymając neseser w dłoni. Prowadził właśnie wykład na temat podstawowych zasad panujących na Dachu Świata. Emil mógł to zobaczyć przez szybę, oczekując na wizytę u Katedry. Gdy Marylin w końcu go wezwała, Strażnik Dusz ruszył do odpowiedniego pokoju.
Stanął przed Jego Magnificencją, Panem Jayem oraz Garym, którzy właśnie siedzieli przy ogromnym, okrągłym stole i dyskutowali o czymś w towarzystwie Rady Proroczej. Sędzia na chwilę uniósł dłoń, by przerwać obrady. W normalnych warunkach takie spotkanie ze Strażnikiem Dusz nie byłoby możliwe, jednak Jego Magnificencja sam mianował Emila liderem Trójcy Zagłady, więc tym razem zgodził się go wysłuchać.
- Taki był mój plan - wyjaśnił Sędzia, gdy Emil opowiedział Katedrze o swoich wątpliwościach.
Strażnik Dusz otworzył usta w wyrazie zaskoczenia i rozczarowania zarazem. Chociaż duchowe emocje powinny być przez niego ujarzmione, gdyż tego uczył się na zajęciach z profesorem Apologetim, tym razem nie mógł się powstrzymać.
- Nikt o niczym nie wie... Oprócz mnie!? - podniósł głos, wpatrując się w oblicze Sędziego.
- Po rozprawie wszystkie występki zostają zapomniane - wyjaśnił spokojnie Sędzia. - A skoro ja o nich zapominam... Znaczy, nie zapominam, ale je wybaczam... To pozostała część tego świata nie ma o nich pojęcia. Wspomnienia dotyczące tego, co stało się między tobą a Jeremym, zostały wymazane.
Mówiąc to, Jego Magnificencja uniósł swoje niebiańskie pióro i machnął nim w powietrzu, gestem dłoni wskazując na to, że pozbywa się pamięci o tamtych występkach.
- A co z tymi, którzy pamiętali go jako Demona? - kontynuował buńczucznie Emil, zupełnie zapominając, w jakim miejscu się znajduje.
- Jeremy jest Instygatorem, wszyscy wiedzą, co wiąże się z tym urzędem - zaznaczył Gary, zerkając na Emila z powagą. - W rzeczywistości Sędzia nie dopuścił do tego, by Jeremy stał się Demonem, ponieważ to nie była jego wola, lecz Mrocznego Hegemona. Poza tym, twoje słowo go ocaliło, Strażniku Dusz.
Emil prychnął pod nosem, odrzucając to wyjaśnienie.
- Jeśli go ocaliłem, dlaczego mam cierpieć?
Tym razem odezwał się Pan Jay. Wstał zza biurka i podszedł do Strażnika Dusz, kładąc mu dłoń na ramieniu.
- Oczyszczenie bez żalu i wstydu nigdy niczego by was, niegdyś śmiertelników, nie nauczyło. Ty, jako Strażnik Wolnej Woli, istota najbliższa Żywym, musisz o tym wiedzieć. Tylko znając wszystkie aspekty wyborów śmiertelników, możesz podjąć słuszną decyzję - wyjaśnił stanowczo. - Chociaż tylko Jeremy znalazł się w Nod, ekspiacja dotyczy was obydwu. Twoja właśnie się rozpoczęła, Emilu. To znamię przypomni ci, czym naprawdę jest Cnota Wiary, nad którą pieczę sprawujesz.
Strażnik Dusz pokręcił głową, nadal nie mogąc się pogodzić z tym, co mówi Katedra. Jednak im więcej wyjaśnień słyszał, tym słabszy się stawał, akceptując te słowa.
- Nikt nie wie, co przeżywasz. I czegokolwiek byś nie zrobił, nikt się tego nie dowie - nawet Nicholas i Jeremy. Nikt nie pozna twojej ekspiacji, nad którą masz medytować sam - dodał Gary, segregując dokumenty odłożone przez Sędziego. - Każda dusza widzi ten świat inaczej, pamiętaj o tym.
- Jeśli to już wszystko, musimy wrócić do obrad - zakończył Jay, uśmiechając się do Strażnika Dusz.
Emil spojrzał na Katedrę, po czym ukłonił się, wkrótce wychodząc z gabinetu. Zanim opuścił budynek, zatrzymała go Marylin. Strażnik odwrócił się w jej stronę.
- Bądź dobrej myśli, Emilu - pocieszyła go. - Jego Magnificencja daje wam to, o co Go prosicie, ale tylko wtedy, jeśli uzna, że nadszedł odpowiedni dla was czas.
Strażnik Dusz skinął głową i wyszedł z pomieszczenia, podążając schodami do wyjścia. Mimo dusz mijanych na rajskich ulicach, nie miał ochoty zatrzymywać się na czyjekolwiek zawołanie. Mógłby biec bez przerwy, dopóki nie zaśnie, by znów nabrać sił - każdy Strażnik Dusz zachowywał się w tej sposób. Jednak on był nieco bardziej wytrzymały. Nie miał ochoty na nic, a jednak musiał wrócić na zajęcia jako przykładny lider swojej grupy. Grupy, której dowodzenie nie raz było dla niego ciężarem. Teraz stało się prawdziwą karą z kulawą nogą, a właściwie - raną w duchowym sercu zadaną mu przez Katedrę.
Od tej pory przebywanie blisko Jeremy'ego miało być dla niego dotkliwe, jakby musiało przypominać mu o tym, że stracił z oczu swój prawdziwy cel. Chociaż nie potrafił tego zrozumieć, nie mógł się zbuntować przeciwko Katedrze. Coś w głębi jego duchowego serca mówiło mu, że to ma jakiś sens - nawet jeśli on sam jeszcze tego sensu nie widział i prawdopodobnie długo go nie ujrzy.
Wrócił do Akademii, trafiając na wykład prowadzony przez profesora Apologetiego. Parapsycholog duszy przyjął jego usprawiedliwienie dosłownie przed momentem, ponieważ zostało mu podesłane przez Katedrę. Poprosił, by Emil zajął swoje miejsce w ławce, po czym kontynuował monolog.
Strażnik Dusz usiadł za Jeremym, który opierał się o ścianę, trzymając swój zeszyt na kolanach. Emil poprawił gogle, które spadły mu z głowy na czoło. Zdaje się, że wymazanie niektórych wspomnień spowodowało też zmianę zachowania Jeremy'ego. Stał się nową osobowością. Częściej się uśmiechał i odpowiadał na pytania, które profesor mu zadawał. Poza tym, robił własne notatki. Wydawało się, że przestał być arogancki, ponieważ żaden z uczniów nie spoglądał na niego spod byka. Być może była to zasługa triquetry, znaku należącego do Trójcy Zagłady, widocznego na jego nadgarstku.
Jeremy poczuł, że ktoś się w niego wpatruje. Już miał zadać Strażnikowi Dusz pytanie, gdy ten zasłonił się swoją książką.
Emil musiał przestać myśleć o tym, co było kiedyś. Nie łączyło ich już nic prócz obowiązków.
Odwrócił wzrok w stronę Nicholasa, który wpatrywał się w profesora. Apologeti od zawsze był dla niego wzorem, po ostatnich wydarzeniach również mentorem, którego Obrońca posłuchałby zawsze i wszędzie. Strażnik Dusz westchnąłby, gdyby mógł. Wiedział, że Nicholas nie zrozumie jego duchowych emocji. Profesor go pamięta.
Każda dusza widzi ten świat inaczej. Emil zdawał sobie z tego sprawę, jednak chciał, by ktoś chociaż przez ułamek ziemskiej sekundy zrozumiał jego ból.
Rozdział 7
Wezwanie
Emil znalazł się na boisku razem z grupą Strażników Dusz, którzy przechodzili przez kolejny trening. On, Rita, Phil i Eric skończyli już wspólny sparing - Fíorda ocenił go na tyle dobrze, by dać im spokój i zająć się obserwacją pozostałych adeptów. Emil musiał przyznać, że dyrektor Seosamh traktuje go poważniej niż dotychczas. Chociaż Jego Magnificencja oczyścił Dach Świata ze złych emocji tuż po bitwie, by uratować dobre imię Strażnika, jakieś fragmenty wspomnień musiały w duszach pozostać. Emil zastanawiał się, czy da się je jakoś zaktywizować.
Obrócił kosę w dłoniach i przeniósł swój wzrok na triquetrę.
Nicholas siedział teraz na zajęciach z Dágnonem, studiując istotę egzorcyzmów. Jedne z najtrudniejszych zajęć Obrońców były nieodłącznie powiązane z lekcjami Terníego, co przypominało Emilowi, że ma niewiele czasu na naukę, nawet jeśli znajdował się w wieczności. Na szczęście Nicholas pilnie się uczył, by wykazać się wiedzą na wykładach Dágnone'a, który chociaż był milszy niż Valentino, nie odpuszczał adeptom. To wyjaśniało, dlaczego przez kilka ostatnich ziemskich dni Emil nie widział Nicholasa na oczy.
Instygator też zniknął z jego duchowego życia, poza studiowaniem demonicznej alchemii, uczestniczył w próbach rajskiego chóru. On i Strażnik Dusz mijali się tylko w internacie albo na zajęciach, na których nie mogli nawet zamienić słowa. Zresztą, o czym mogliby rozmawiać? Emil nagle zdał sobie sprawę, że ich relacja została zbudowana na bardzo złych fundamentach, a on mimo wszystko nie mógł o niej zapomnieć. Siegel, mówiąc o przywiązaniu, nie kłamał. Emil... owszem. Wcale go nie porzucił.
Chłopak zamachnął się, otwierając portal, przez który przeskoczył kilka metrów dalej i zniszczył kukłę ustawioną na boisku.
Gdy schował swoją kosę za plecami, dematerializując ją, usłyszał jakieś oklaski. Odwrócił głowę, widząc przed sobą Varyę. Kobieta uśmiechnęła się do niego, tym samym witając się z nim.
Odpowiedział jej uśmiechem. Zawdzięczał jej wiele ważnych lekcji życiowych, a właściwie... Tych pozaziemskich. Varya wyglądała bardzo młodo, jednak to nie odzwierciedlało jej faktycznego wieku, poza tym, jej wiedza znacznie wykraczała poza rewiry, jakie do tej pory poznał chłopak.
- Bardzo dobrze ci idzie - oznajmiła, poprawiając złoty kosmyk swoich włosów.
- Co tutaj robisz?
- Och... Mam dodatkowy bilet na rajski koncert i pomyślałam, że chciałbyś towarzyszyć mi i Malowi? - Mówiąc to, mrugnęła do niego porozumiewawczo.
W oczach chłopaka błysnęło światło. W ten sposób będzie mógł zobaczyć Jeremy'ego!
Był pewien, że Varya robi to specjalnie, nie mógł się powstrzymać, by jej nie podziękować. Poprzednio uświadomiła mu, jak wielkie znaczenie miały jego emocje, że nie warto ich wypierać, lecz powinno się je zaakceptować, by wiedzieć, jak z nimi funkcjonować. Jeśli chodzi o uczucia, Varya miała naturalny dar, lepszy niż książkowa wiedza parapsychologa Apologetiego.
- Bądź gotowy na dziś wieczór - powiedziała Varya, przerywając jego rozmyślania.
Skinął głową, po chwili zmierzając w stronę internatu.
Na schodach natknął się na Anthony'ego.
- Hejka, Emil. Jak idzie nauka?
Strażnik Dusz prychnął z uśmiechem. Właśnie stawiał Jeremy'ego wyżej niż zaliczenie czasokresu, taka była jego hierarchia wartości, nawet jeśli na dłuższą metę - lub na razie - było to ryzykowne.
Postanowił jednak o tym nie wspominać.
- Muszę napisać pracę na zaliczenie. Jakie jest prawdopodobieństwo, że Dymphna przedłuży mi czasokres oddania referatu z... powodów osobistych?
- Śmiertelnie niskie - zaśmiał się Anthony, próbując upodobnić swój żart do tych opowiadanych przez Fíordę. - Ale możesz spróbować, porozmawiaj z nią. Lecę, mam nowe wezwanie.
- Kto tym razem? - zapytał Emil, widząc, jak znajomy sięga po swój notes.
Redaktor Danilecki & Lindemann
Korektor Julia Lindemann
Projektant okładki Claudia Katherine
Ilustrator J.D. & E.S.
? Joaquín Danilecki, 2019
? Claudia Katherine, projekt okładki, 2019
? J.D. & E.S., ilustracje, 2019
W pewnym irlandzkim mieście dochodzi do serii nadprzyrodzonych zdarzeń. Aiden Hunter, sceptyk lubujący się w obalaniu zjawisk paranormalnych, postanawia zbadać te doniesienia. Splot niefortunnych zdarzeń sprawia, że niepokorny student sam zaczyna widzieć zmarłych.
Chcąc rozwiązać zagadkę tajemniczego Zegarmistrza, Aiden i jego przyjaciel, Tori Sinclair, wplątują się w walkę pomiędzy demonami a Trójcą Zagłady. Razem muszą odkryć, kto stoi za atakami burzącymi równowagę międzyświatową...
ISBN 978-83-8155-872-3
Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero