Piekielny Wąwóz. Część II. W Górach Skalistych - Louis-Henri Boussenard

Kup ebooka

15.60 zł
12.95 zł (13,26 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Louis-Henri Boussenard

 

Louis-Henri Boussenard urodził się w Escrennes 4 października 1847 roku, a zmarł w Orleanie 11 września 1910 roku.

Był autorem powieści przygodowych, a także, podążając śladem Juliusza Verne'a, kilku fantastycznonaukowych. Za życia nadano mu przydomek francuskiego Ridera Haggarda, niezwykle poczytnego w tym czasie angielskiego autora powieści przygodowych. Obecnie jest bardziej znany w Europie Wschodniej niż w krajach frankofońskich (np. w Rosji wydano czterdzieści tomów jego utworów).

Po studiach medycznych poświęcił się pisaniu. Bardzo dużo podróżował po francuskich koloniach, zwłaszcza w Afryce. W tym czasie rząd francuski powierzył mu misję naukową w Gujanie. Podczas wojny francusko-pruskiej w 1870 roku szybko został ranny i tym przykrym doświadczeniem można tłumaczyć mocno nacjonalistyczne poglądy, którym dał wyraz w kilku swoich powieściach. Miał także negatywny stosunek do Anglików i Amerykanów, co wyjaśnia, dlaczego tak mało jego utworów przełożono na język angielski.

Jego opowiadania i powieści ukazywały się w licznych czasopismach, takich jak "Le Figaro", "Le Petit Prisien", czy "Journal des voyages".

Bohaterowie jego powieści podróżują po całym świecie, są wystawiani na wszelkie niebezpieczeństwa, ale zawsze triumfuje dobro, a źli ludzie zostają ukarani.

Boussenard napisał bardzo dużo powieści, z których większość można ująć w cykle. Do najbardziej znanych należą: "Saga Friqueta (Wróbelka)" o przygodach paryskiego urwisa, cykl liczący 20 tomów (w Polsce ukazały się dwa pierwsze tomy: W niewoli u ludożerców i Korsarze mórz południowych); "Robinsonowie z Gujany", liczący 9 tomów (w Polsce Galernicy Gujany, obejmujący dwa pierwsze tomy); "Bez Grosza", liczący 5 tomów (w Polsce Dusiciele w Bengalu, drugi tom cyklu); "Lodowe piekło", zawierający 6 tomów (w Polsce: Piekło wśród lodów i Kapitan Łamigłowa); "Tajemnice Pana Syntezy", liczący 4 tomy (w Polsce dwa tomy: Tajemnica doktora Syntese i Niezwykła podróż doktora Syntese), czy wreszcie cykl "Niebezpieczne Przygody Trzech Francuzów w Krainie Diamentów", składający się z 3 tomów.

Rozdział I

- Co to jest bighorn1? - Kozioł czy baran - Klub Myśliwsko-Wędkarski - Zakładający się Anglicy - Milion za słowo - Sir Georges Leslie - Liverpool, Halifax, Victoria - "Pojadę sam" - Trzy miesiące później - Depesza - Zrujnowany

 

- Baran!

- Kozioł!

- Ależ nie!

- Ależ tak!

- Daj spokój, mój drogi, nie upieraj się, to jest baran.

- Mój drogi, tu nie chodzi o miłość własną... sama prawda zmusza mnie, bym się upierał ze wszystkich sił, że to jest kozioł.

- To się nazywa upór!

- Raczej przekonanie!

- Bez wątpienia masz rację! Dobre czy złe... podaj je.

- Ty zaczynaj.

- To są tylko słowa! Od kwadransa dyskutujemy na temat wzmianki napisanej przez zawodowego dziennikarza...

- Ale nie nieomylnego.

- Mówisz tak, ponieważ popiera moje zdanie.

- Ponieważ potwierdza coś bez dowodów. Do diabła, mój drogi! Kiedy ma się zaszczyt, jak my, należeć do Shooting and Angling Club2, mamy prawo dyskutować nad opinią redaktora pisma "Gun"3, tym bardziej, że on nie może brać w tej dyskusji udziału.

- Do niczego nie dojdziemy, jeśli dalej będziemy sobie odbijać niczym piłkę ty mojego barana, ja twojego kozła... Zróbmy lepszą rzecz: weźmy arbitra.

- Mój drogi Jamesie Fergusson, oto pierwsze rozsądne słowa z naszej rozmowy.

- Mój drogi Edwardzie Proctor, już sam ten fakt świadczy o twojej mądrości.

- Kto będzie arbitrem?

- Jest nas tylko czterech w salonie: ty, ja, Andrew Wolf i sir Georges Leslie.

- Proponuję sir Georges'a Lesliego.

- Wolę Andrew Wolfa.

- Sir Georges jest niepospolitym myśliwym. Polował w zaroślach wszystkich krajów świata... zna wszelkie sporty... jego opinia stanowi prawo.

- Zdecydowanie wolę Wolfa. Jest milszy, łatwiejszy we współżyciu, bardziej dostępny... a jego kompetencje, moim zdaniem, dorównują sir Georges'owi Lesliemu.

- Nie chcesz sir Georges'a za arbitra...?

- A ty nie zgadzasz się na Andrew Wolfa...?

- I powiedzieć - wykrzyknął z rodzajem komicznej rozpaczy Edward Proctor, mały, gruby, czerwony na twarzy, okrąglutki - że nie możemy się porozumieć nawet co do nazwiska tego, który ma nas pogodzić...!

- Nic nie stoi na przeszkodzie - odparł James Fergusson, wysoki, suchy, szczupły, chorobliwie blady - aby zwrócić się do obydwóch...

- A jeżeli nie uda im się dojść do porozumienia?

- Być może wpadną na pomysł, by wybrać ostatnim wyrokiem ostatniego arbitra...

- Jak sobie życzysz, Jamesie... ale wiedz, że nie zrezygnuję z żadnej z moich pretensji.

- Zgoda Edwardzie! Z mojej strony nie wycofuję się z żadnego punktu.

Bogaci przemysłowcy oderwani od swoich spraw, różni tak pod względem moralnym, jak i fizycznym, od zawsze bliscy przyjaciele i od zawsze skłóceni we wszystkich rzeczach, ci dwaj rozmówcy należeli do Klubu Myśliwsko-Wędkarskiego, podobni do pewnych członków towarzystw geograficznych, którzy nie przekraczając nigdy przedmieścia swojego rodzinnego miasta, lubili się uważać za eksploratorów.

Pasja sportowa ogarnęła ich późno i jak to było bardzo dobrze widziane w Anglii, gdzie ćwiczenia cielesne cieszyły się wielkim szacunkiem pośród arystokracji, stali się wędkarzami i myśliwymi, tyleż zapalonymi, co nieszczęśliwymi.

Jednak sukces nie czyni wielkiej rzeczy, przeciwnie, ponieważ mówi się, że niezgodne upodobania są najbardziej wybuchowe.

Tak czy owak, dwaj przyjaciele nie byli mniej zagorzali od innych członków Shooting and Angling, w skrócie Shooting Club.

Jadali tam posiłki, faszerowali się skrupulatnie wszelkimi specjalistycznymi publikacjami w tej materii i każdego dnia obijali sobie ramię i policzek, odpalając trzysta naboi w należącej do klubu strzelnicy.

W sumie szaleni, naiwni ignoranci i niezgrabiasze, bliscy temu, by uważać się za poważnych myśliwych, ponieważ zdarzało im się wyszukać niewielkie zwierzę i stawiać dziecinne pytania niemające związku z polowaniem, które jest nie tylko niezaprzeczalną pasją, ale również wielką sztuką.

Przyszli arbitrzy grali w szachy w drugim końcu salonu.

Edward Proctor i James Fergusson podnieśli się równocześnie i bezszelestnie stanęli pierwszy za Georges'em Lesliem, drugi za Andrew Wolfem.

Rozgrywka dopiero się zaczęła, siły przeciwników były wyrównane, walka miała być długa.

Proctor, mimo swojej pewności siebie człowieka otyłego, posiadającego wysoką rentę, nie ośmielił się przerwać graczom, a Fergusson, chociaż bardzo związany z Wolfem, doznał uczucia zmieszania, przejawiającego się nieświadomymi odruchami, mlaskaniem języka i odgłosami przełykania...

- Czego chcecie? - zapytał rozdrażniony sir Georges suchym, ostrym tonem, nie poruszając głową, nie podnosząc oczu znad szachownicy.

- Odwołać się do twojej wiedzy, drogi sir Georges'u i skorzystać z twojego doświadczenia... werdyktu - odparł pojednawczym tonem Edward Proctor.

- A ty dołączysz swoją wiedzę do wiedzy sir Lesliego, prawda, mój drogi Wolfie? I twój wyrok potwierdzi lub nie potwierdzi jego wyrok - dodał James Fergusson.

- Do diabła! O co chodzi z tą waszą wiedzą, werdyktami, wyrokami... a zwłaszcza z waszymi uroczystymi minami?

- No właśnie! - przerwał sir Georges swoim głosem fonografu.

- Chodzi o stwierdzenie redaktora dziennika "Gun". Mój wspaniały przyjaciel James Fergusson uważa, że bighorn jest kozłem, w czym się myli - oświadczył Edward Proctor - ponieważ...

- Mój drogi przyjaciel Edward Proctor popełnia żałosny błąd, utrzymując przeciwnie, to znaczy, że bighorn jest baranem - wykrzyknął James Fergusson - ponieważ zdaniem najbardziej kompetentnych ludzi bighorn wyraźnie jest kozłem!

- Baran!

- Kozioł!

- Dowód, że nazywany jest "dziką owcą z Gór Skalistych".

- Ostatni poważny traktat z historii naturalnej określa go mianem Capra canadensis...! Capra znaczy kozioł! Dobrze słyszycie: kozioł...! Kozioł kanadyjski.

- Opieram się na opinii nie mniej poważnego traktatu, który nazywa bighorna Ovis montana...! Ovis znaczy owca... słyszysz, owca... lub jeśli wolisz, baran... baran górski...

Dwaj arbitrzy nie mrugnęli okiem podczas tej dyskusji, której poziom dźwięku wznosił się i wznosił... aż do utraty słuchu.

- Ach, więc wy znacie bighorna! - powiedział w końcu sir Georges, wykorzystując moment chwilowego spokoju.

- W przybliżeniu... z opisów... z opowiadań...

- Wspaniała zwierzyna... schwytanie dramatyczne... denerwujące... trudne... wymagające żelaznego zdrowia, nadzwyczajnej zręczności oraz szansy powieszonego. Wolę go od lwa z Kolonii Przylądkowej4, od pantery z Jawy... a nawet od tygrysa bengalskiego, ponieważ jego można zawsze upolować, a nigdy nie jest się pewnym spotkania bighorna. Zresztą wkrótce już go nie będzie, to wspaniałe zwierzę zniknie jak grizzly... jak bizon... i tyle innych.

- Zatem - przerwał prawie nieśmiało mister Proctor - polował pan na bighorny.

- Nawet jednego zabiłem... jednego... zjadłem z niego kotlet... ten kotlet kosztował mnie tysiąc funtów szterlingów5 (dwadzieścia pięć tysięcy franków). Nie żałuję ich.

- Nikt lepiej niż pan nie mógłby przeciąć nieporozumienia wznieconego między nami w tym względzie.

Sir Georges, zmuszony w ten sposób do wypowiedzenia się na swój ulubiony temat, powoli się ożywiał.

Był to mężczyzna w wieku trudnym do określenia, bardziej zmęczony niż stary, wysoki, suchy, kanciasty, o twarzy niewzruszonej, wręcz lodowatej, o oczach zimnych, ponurych, bez wyrazu, wąskich ustach bez warg, powyżej których znajdował się nos wykrzywiony w dziób krogulca.

Jego nieruchoma twarz dziwnej bladości okolona była długimi faworytami, mieszanką soli i pieprzu, do których dołączały długie ciemne wąsy, przetykane białymi nitkami. Włosy miał czarne, gęste, z odcieniem écru i w wyjątkowy sposób kontrastujące z siwą brodą.

W sumie sir Georges Leslie musiał mieć, i to od dawna, przekroczoną czterdziestkę. Bogaty, elegancki dżentelmen bez zarzutu, zatwardziały kawaler, spędził większą część życia na przemierzaniu świata. Jego przygody stanowiły przedmiot konwersacji towarzystwa sportowego; był przez kilka sezonów na fali, a jednak nigdy nie był człowiekiem prawdziwie sympatycznym.

Opowiadano o pewnych krwawych historiach, których był bohaterem... Przypisywano mu, bez żadnych zresztą szczegółów, akty zimnego okrucieństwa, niewzruszonego i przemyślanego, bliskiego obsesyjnej żądzy krwi... Pewien oficer armii indyjskiej, dawno zmarły tragicznie, powiedział nawet, że nadano mu przydomek "Wampir"...

Nie było co prawda żadnego dowodu na poparcie tego, o czym mówiono, ale jednak pozostawiło to w umysłach niejasny i ponury ślad.

- Słowo daję - powiedział, krzyżując ramiona na swojej kościstej, ale solidnej piersi - trudno mi będzie was pogodzić. Opowiadałbym się raczej za baranem... jeśli moje nieco niewyraźne wspomnienia upoważniają mnie do wydania takiej mglistej opinii.

- Baran! Więc dobrze mówiłem! - wykrzyknął triumfująco Proctor.

- Jego spiralne rogi, wielkie, olbrzymie, osiągające do pięćdziesięciu dwóch cali6, poprzecznie żeberkowane, należą do barana.

- Ale - przerwał Wolf - jego miejsce zamieszkania, obyczaje, cudowna zwinność, przywodzą na myśl gatunek kozła. Poza tym, jak utrzymuje James Fergusson, bighorn, ta legendarna zwierzyna łowna Gór Skalistych, mógłby równie dobrze być koziorożcem.

- Zauważcie, że osiąga, a nawet przekracza wysokość pięciu stóp7! Zresztą, baran czy kozioł, to mało istotne, przynajmniej w tej chwili. No więc, Fergusson, i pan również, Wolf, zakładacie się?

- Oczywiście! Stawiam tysiąc funtów na kozła!

- Ja również tysiąc funtów! - dodał Wolf.

- Tysiąc funtów...! Piękna sprawa... kiedy się ma przekonanie i absolutną pewność wygranej... Ja stawiam pięć tysięcy funtów, a ty, Proctor?

- Także daję pięć tysięcy! - potwierdził mały mężczyzna, choć po zauważalnym wahaniu.

- Postanowione! - odparli jednym głosem Wolf i Fergusson, nie chcąc dopuścić do jakiejś zmiany zdania.

Kwota pięciuset tysięcy franków zaangażowana z równie błahego powodu wydaje się dla nas, Francuzów, mocno wygórowana. Ale nie jest niczym nadzwyczajnym w Anglii, gdzie we wszystkich klasach społeczeństwa szerzy się z niewiarygodną szybkością szaleństwo zakładów. To absurdalna mania zabierająca ludziom większość czasu, i tak bardzo charakterystyczna dla starego narodu skłonnego do spekulacji, mało wrażliwego na sztukę i wyjątkowo spragnionego emocji, jak wszyscy zblazowani.

Zakład ten, zaproponowany przez sir Georges'a Lesliego i zaakceptowany przez jego rozmówców, będzie miał zresztą, i to szybko, dramatyczne konsekwencje.

- A teraz - rzucił Fergusson bardzo trzeźwo - jak udowodnić słuszność lub błąd naszych twierdzeń?

- W bardzo prosty sposób - odrzekł sir Georges. - Statek z Liverpoolu do Halifaxu8 odpływa o północy... jest godzina druga... To więcej czasu niż potrzeba na przygotowania. Wsiądziemy na statek w Liverpoolu, za siedem dni wysiądziemy w Halifaxie, zainstalujemy się w car9 Trans Continental Canadian Railway10 i sześć dni później zatrzymamy się w Victorii, wdzięcznej stolicy Kolumbii Brytyjskiej11, skąd zorganizuje się wyprawę w Rocky Mountains12. To wszystko!

- Powiedział pan "jedziemy"... Kto?

- My wszyscy, do licha...! My, zainteresowani zakładem... czterech członków shootingu, zapalonych myśliwych...

Na te słowa Proctor, Fergusson i sam Wolf, chociaż pasjonujący się tym angielskim kosmopolityzmem, którego nic nie powstrzymuje, spojrzeli zaskoczeni na siebie, mało zachwyceni tym projektem, który wpędzał ich w koszty i na pierwszy rzut oka pociągał za sobą zmęczenie, niewygody, a nawet niebezpieczeństwa, przed którym powstrzymywało się ich far niente13 przemysłowców unikających nawału spraw.

- Jechać w Góry Skaliste... niby, po co? - zapytał cicho Proctor, nagle uspokojony.

- Zabić jednego lub wiele bighornów, i w ten sposób ocenić naocznie, który z nas się myli, a który ma rację.

- Ale - podjął z kolei Fergusson - nie jesteśmy przyrodnikami, aby określić gatunek... zoologiczny.

- To nie ma znaczenia! Łatwo jest zabrać migawkowy aparat fotograficzny. Sfotografujemy zwierzę ze wszystkich stron, poza tym zabierzemy jego szkielet i to wszystko powierzy się przyrodnikom. To więcej niż dość dla określenia gatunku.

- Do diabła...! Problem w tym, że Rocky są bardzo daleko... a my nie jesteśmy już młodzi.

- Jednym słowem odmawiacie... Pojadę więc sam... aby zaoszczędzić czterem członkom Shooting Clubu wstydu rezygnacji z zakładu.

- I pan pojedzie...?! - zapytał Fergusson z otwartymi z podziwu ustami.

- O siódmej godzinie z Londynu... o północy z Liverpoolu.

- Do Halifaxu? - zapytał tym razem Proctor, nie mniej zdumiony.

- Do Halifaxu, Victorii, następnie nad brzegi Fraser14, wielkiej rzeki Kolumbii Brytyjskiej, w której żyją wspaniałe pstrągi - niedaleko gór, gdzie chronią się ostatnie bighorny.

- I kiedy pan wróci?

- Dziewięćdziesiąt dni wydaje się wam wystarczającym czasem?

- Absolutnie!

- Świetnie, wrócę, jeśli Bóg pozwoli, za trzy miesiące ze szkieletem bighorna i serią zdjęć całego zwierzęcia. Co do kosztów podróży i polowania, pokryjemy je wspólnie.

- To bardzo sprawiedliwe. Chyba że wolałby pan, abyśmy go opłacili, w ramach rekompensaty za zmęczenie.

- Dajcie spokój! - odparł rozbawiony sir Georges. - Nie wystarczyłyby na to wasze fortuny. To, co postanowiliśmy, jest bardzo dobre. Co do pana, mój drogi Wolf, nasza partia szachów jest dalej aktualna, prawda?

- Ale... skoro pan wyjeżdża.

- Będziemy ją kontynuować listownie... i mam nadzieję wygrać.

- Co do tego stawiam zakład, że nie.

- Czy jest pan gotów założyć się o pięć tysięcy liwrów?

- Przyjmuję! Jest pan naprawdę wspaniałym graczem i prawdziwym Anglikiem.

- Panowie, pozwolicie, że was opuszczę. Mamy dzisiaj piętnasty maja; powrócę piętnastego sierpnia.

- Proszę przynajmniej poczekać, aż sporządzimy w czterech kopiach klauzule naszego zakładu, aby każdy z nas posiadał jeden egzemplarz.

- Daliśmy słowo honoru, co jest więcej warte niż wszystkie podpisy. Żegnajcie, panowie!

Wróciwszy do siebie, sir Georges znalazł lakoniczną depeszę, oznajmiającą mu z brutalnością charakterystyczną dla telegramów o ucieczce bankiera, u którego zdeponował całą swoją fortunę ocenianą na sto tysięcy funtów (dwa miliony pięćset tysięcy franków).

Sir Georges przeczytał depeszę dwa razy, zmarszczył brwi, zacisnął usta, następnie z najzimniejszą krwią na świecie zwinął niebieskawy papier, posłużył się nim do zapalenia cygara i wyszeptał, wciągając z rozkoszą sybaryty15 wonny dym:

 

- Mam dziesięć tysięcy funtów z zakładów a w kasetce tysiąc funtów... dla zabicia bighorna i złowienia kilku pięknych pstrągów. To niewiele! Bezwzględnie muszę wygrać i przy okazji dorobić się tam nowego majątku... W przeciwnym razie...! Ba! Kopalnie Cariboo16 nie są jeszcze wyczerpane... Pomoże mi mój brat, gubernator porucznik17.

 

 

 

 

1 Bighorn sheep - angielska nazwa owcy kanadyjskiej (owca gruboroga, muflon kanadyjski, Ovis canadensis), jednego z dwóch (obok owcy jukońskiej) gatunków górskiej owcy żyjącej w Ameryce Północnej.

2 Shooting and Angling Club (ang.) - Klub Myśliwsko-Wędkarski.

3 Gun (ang.) - broń palna.

4 Kolonia Przylądkowa - kolonia brytyjska, wcześniej holenderska o nazwie Cap, Przylądek (i takiej nazwy używa L. Boussenard) w południowej Afryce, istniejąca z przerwą w latach 1806-1910; potem zmieniono jej nazwę na Kraj Przylądkowy, gdy utworzono brytyjskie dominium - Związek Południowej Afryki.

5 Funt szterling - jednostka monetarna w Wielkiej Brytanii; dawniej dzielił się na 20 szylingów i 240 pensów.

6 Cal - jednostka długości równa 1/12 stopy, czyli około 25,4 mm.

7 Stopa - tu: stopa angielska, jednostka długości równa 0,3048 m.

8 Halifax - miasto w Kanadzie, największe miasto i stolica prowincji Nowa Szkocja.

9 Car (ang.) - tu: wagon.

10 Trans Continental Canadian Railway - Transkontynentalna Kolej Kanadyjska, założona w 1881 roku przez George'a Stephena, łączy Montreal z Vancouver, dwa portowe miasta na dwóch krańcach Kanady; obecnie linia eksploatowana jest przez Canadian Pacific Railway; znajduje się na wysokości 1627 m n.p.m., w kanadyjskiej części Gór Skalistych, przecinając prowincje Alberta i Kolumbia Brytyjska.

11 Kolumbia Brytyjska - dawna kolonia angielska w północno-zachodniej części Ameryki Północnej, nad Oceanem Spokojnym, pomiędzy Terytorium Oregonu a rosyjską wówczas Alaską, odkryta w roku 1793, wskutek masowego napływu poszukiwaczy złota w roku 1858 powstała tam osobna kolonia angielska, w 1871 włączona do Kanady, odtąd jedna z jej prowincji ze stolicą w Victorii.

12 Rocky Mountains (ang.) - Góry Skaliste.

13 Far niente (wł.) - bezczynność, nieróbstwo, część popularnego powiedzenia dolce far niente, dosł. słodkie nieróbstwo, w znaczeniu przyjemny odpoczynek, relaks.

14 Rzeka Fraser - rzeka płynąca z południa na północ, najdłuższa rzeka Kolumbii Brytyjskiej; bierze początek w Górach Skalistych, nieopodal Mount Robson, toczy swe wody przez 1400 km i uchodzi do cieśniny Georgia w mieście Vancouver.

15 Sybaryta - człowiek rozmiłowany w zbytku, wygodach i przyjemnościach życia.

16 Cariboo - region geograficzny w Kolumbii Brytyjskiej, położony na platformie międzygórskiej, rozciągający się od kanionu rzeki Fraser po góry Cariboo; nazwa pochodzi od żyjących tam dawniej licznych stad karibu leśnego (Rangifer tarandus).

17 Gubernator porucznik (ang. Lieutenant Governor) - w Kanadzie przedstawiciel głowy państwa, monarchy, w rządach prowincji Kanady; mianowany przez gubernatora generalnego Kanady na wniosek i za rekomendacją premiera prowincji.

Rozdział II

W drodze - Transcontinental Canadien - Vancouver i stacja końcowa - Victoria i jej Chińczycy - Wspomnienie szachownicy - Gubernator porucznik - Anglik u siebie - Pierwsze morderstwo - Jak wysoki funkcjonariusz rozumie interesy - Dom sir Georges'a

 

Wielkie i małe dzienniki londyńskie zapowiadały i komentowały odjazd sir Georges'a Lesliego, który nastąpił o zapowiedzianej godzinie. Kilka z nich opublikowało jego portret z krótką notką biograficzną. Dużo osób mówiło o jego partnerach, nieznanych wczoraj i prawdopodobnie jutro, którzy mieli przynajmniej radość z wydrukowania swoich nazwisk. Wszyscy razem stanowili wspaniałą reklamę Shooting and Angling Club, i każdy jego członek czuł na sobie część chwały spływającej wodospadem na podróżnika, który przez dwadzieścia cztery godziny błyszczał w całym Zjednoczonym Królestwie18.

Zawierano nowe zakłady, które naturalnie opierały się na pierwszych i zostały wpisane do ksiąg ad hoc19 na okres dziewięćdziesięciu dni płatności; później sir Georges Leslie, James Fergusson, Edward Proctor, Andrew Wolf i sam bighorn, nieświadoma przyczyna całego zgiełku, zostali całkowicie zapomniani.

Tymczasem przewidywania sir Georges'a, obojętnego na cały ten hałas, spełniały się przede wszystkim z regularnością bardzo stosowną dla brytyjskich przedsiębiorstw transportu morskiego i ziemnego.

Wyjechawszy z Liverpoolu o północy szesnastego maja 1886 roku ze swoim vademecum20 zajmującym niewiele miejsca, ale wystarczającym dla globtrotera, dotarł dwudziestego trzeciego maja do Halifaxu, stolicy Nowej Szkocji, dzisiaj prowincji Kanady.

Z Halifaxu do Wyspy Vancouvera, położonej między sto dwudziestym trzecim a sto dwudziestym ósmym stopniem długości geograficznej na zachód od Greenwich oraz między czterdziestym ósmym a pięćdziesiątym pierwszym stopniem szerokości północnej, przylepionej ukośnie do kontynentu, od którego oddziela ją jedynie Cieśnina Georgii, nie było więcej niż pięć tysięcy dziewięćset osiem kilometrów.

Komfortowo rozlokowany w sleeping car21, przemierzał ten olbrzymi dystans, nie ruszając się, bez wyraźnego zmęczenia, i w ciągu kolejnych sześciu dni i nocy przebył Dominium Kanady22.

Canadian Pacific Railway była prawdziwym cudem, ostatnią linią transkontynentalną zbudowaną w Ameryce. Rzecz absolutnie zaskakująca dla nas, Francuzów, którzy latami oczekiwaliśmy zbudowania dwudziestu pięciu lig23 linii kolejowej o lokalnym zasięgu; tymczasem ta, kolosalna, zbudowana została w pięć lat. W lipcu 1855 roku pierwszy pociąg wyjechał z Montrealu i dojechał do wybrzeża Pacyfiku, pięć lat przed czasem określonym przez przedsiębiorców. Był to rezultat tym bardziej niesamowity, że droga została wyznaczona przez prawie pustą krainę i napotykała wiele naturalnych przeszkód.

Dla sir Georges'a nie miało to zresztą większego znaczenia; był nazbyt Anglikiem, aby zachwycać się rzeczami niewspomnianymi przez Baedeckera i Bradshawa24. Śpiąc, minął równiny północnego zachodu, pił i jadł niczym ogr25; przejeżdżając przez Reginę26, wysłał swojemu partnerowi Andrew Wolfowi tak sformułowaną depeszę: "Przesuwam o jedno pole czarnego gońca - odpowiedź w Lytton27.

Następnie wypalał kilka cygar na platformie, potem ponownie kładł się, jadł i palił cygara aż do Gór Skalistych.

Nawet nie spojrzał na słynną Przełęcz Wierzgającego Konia - Kicking Horse Pass28, którędy kolej żelazna pokonywała kulminacyjny punkt Rocky.

Przełęcz ta, którą przejeżdża pociąg, podążając najpierw wzdłuż rzeki Arc, leży na wysokości tysiąca sześciuset czternastu metrów. Jej wysokość nad poziom morza jest większa niż wysokość tuneli wydrążonych w Alpach. Jednak dostęp do niej jest względnie łatwiejszy dzięki stokom, których pochyłość osiąga do trzydziestu dziewięciu i czterdziestu pięciu milimetrów na metr na dystansie sześciu kilometrów.

Szczęśliwsi niż ich koledzy po fachu w Europie, angloamerykańscy inżynierowie mogli przekroczyć pod otwartym niebem urwiska najbardziej niebezpieczne dla swoich żelaznych dróg bez tych cudownych prac, które uczyniły tak długim i tak trudnym przebrnięcie przez Alpy.

Ani cuda ludzkiej działalności, ani bezustannie odnawialny splendor wspaniałej panoramy nie były w stanie rozgrzać tej żywej ławicy lodowej osadzonej w sleepingu o nazwie i wyglądzie Georges'a Lesliego.

On zadawalał się długim sprawdzaniem z dokładnością flegmatycznego Anglika zakrętów napotkanych w polu widzenia swojej lornetki i zrzędzeniem:

- Oto park bighornów!

Następnie dorzucał, jakby dla odmiany:

- Wolf będzie zmuszony posunąć swój pionek sprzed króla...

Gdy przejeżdżał przez Yale29, widok kilku chińskich poszukiwaczy złota brodzących w błotnistych kloakach wywołał jednak u niego mały dreszcz przebiegający tuż pod skórą.

- Złoto...! W tym dystrykcie Ziemia poci się złotem... Przyjrzę się temu później!

Stacją końcową Transcontinental Canadien było najpierw New Westminster, a teraz jest nią Vancouver. W czasie kiedy sir Georges przemierzał Dominium, Vancouver, które liczy dzisiaj piętnaście tysięcy mieszkańców, nie istniało. W miejscu, gdzie obecnie wznosi się zadbane i bogate już miasto zabudowane w szachownicę, jak zwykle miasta amerykańskie, rosły zbite gąszcze niedostępnych lasów. Upadające New Westminster będzie wkrótce tylko przedmieściem Vancouveru, którego boom30 wzrasta z dnia na dzień.

Sir Georges opuścił przedział sypialny dziewiątego maja o jedenastej rano; kazał przetransportować swoje bagaże na parowiec odpowiedzialny za tranzyt między stacją końcową a stolicą prowincji, następnie natychmiast się zaokrętował.

Mimo swojego wyspiarskiego położenia Victoria jest łatwo dostępna dzięki nieprzerwanemu krążeniu steamers31.

Wdzięczne i bardzo bogate miasto, ocienione drzewami, ozdobione wspaniałym parkiem, oświetlone światłem elektrycznym i posiadające obfity zapas wody, której dostarcza jezioro odległe o dwanaście kilometrów, Victoria ma nie mniej niż dwadzieścia tysięcy mieszkańców, z którego jedną czwartą stanowią Chińczycy.

Jako stolica Kolumbii Brytyjskiej, jest siedzibą prowincjonalnego rządu, reprezentowanego przez gubernatora porucznika, ministrów prowincjalnych i zgromadzenie ustawodawcze32.

Jako najbliżsi sąsiedzi Jankesów33, Anglicy zaczęli się interesować dużym napływem Chińczyków, które skończyło się sformowaniem kolonii azjatyckiej w angielskim mieście, tak dużej, że posiada swoje ulice i swoje dzielnice, a nawet własny teatr.

Pozbawieni prawa głosu, niemogący otrzymać statusu obywatela, Chińczycy są tu przejazdem, określani jako zaplombowany towar! i transportowani w zamkniętych wagonach z jednego punktu terytorium w drugi.

Mimo tej dziwacznej klauzuli tolerancji, której są przedmiotem, mimo narzuconej im taksy wjazdowej wynoszącej pięćdziesiąt piastrów34, stanowią, jak się wydaje, prawdziwe zagrożenie dla elementu angielskiego, gdyż szybko się rozmnażają, nie zachowując żadnych proporcji.

Jako człowiek, któremu znajome są zwyczaje młodego miasta, sir Georges, bardziej flegmatyczny i butny, bardziej wyniosły niż zwykle, kazał zanieść swoje bagaże do pałacu gubernatora, a następnie udał się szybko do urzędu pocztowego, gdzie znalazł dwie depesze: jedną od swojego partnera Wolfa, informującego go, że faktycznie przesuwa pionek - man - sprzed swego króla; drugą zawierającą komplementy członków Shooting and Angling Club.

Na pierwszą odpowiedział: "Przesuwam o jedno pole pionek sprzed wieży od strony królowej".

Na drugą odpowiedział krótko: All right!, co wcale nie było kompromitujące. Przypominając sobie w końcu, że jego brat jest gubernatorem porucznikiem prowincji, po zakończeniu swoich spraw udał się do pałacu.

Nawet na szerokich drogach zdarzają się czasem przeszkody, a sir Georges, jak przystało na porządnego Anglika, ignorował je, zwłaszcza kiedy chodziło o istoty żywe. Dwaj Chińczycy wyposażeni w kosze, w których były ułożone eksportowane bibeloty, mieli nieszczęsny pomysł, by zagrodzić mu drogę i zaoferować swój towar. Anglik chwycił ich, każdego jedną ręką, za kosmyki włosów opadające na plecy, poderwał w górę dwie chińskie figurki i grzmotnął nimi pięknym ruchem o jezdnię, z tą z niewypowiedzianą brutalnością, której poddany Jej Królewskiej Mości chętnie używa... wobec słabszych.

 

Zaprotestował na to jakiś Hiszpan, a biorąc sir Georges'a za Niemca, inną odmianę bydlaka, z pogardą wypluł mu w twarz te słowa:

- Pruska świnia!

Uderzeniem pięści szybkim niczym błyskawica i ciężkim jak maczuga sir Georges powalił go na plecy.

Hiszpan podniósł się, plując na czerwono krwią, z nożem w ręku, skacząc jak ocelot tygrysi35.

Sir Georges odepchnął zręcznie ostrze, które dotknęło jego ciała, lekko kalecząc palec wskazujący u lewej ręki, zobaczył krew i rzekł zimno:

- Łobuzie, za kroplę mojej krwi cała twoja!

Wyciągnął z kabury rewolwer firmy Smith & Wesson36, przyłożył go do czoła swojego przeciwnika i po prostu rozwalił mu mózg.

Policjant, rozpoznając Anglika z metropolii, zbliżył się dostojnym krokiem, dotknął pałką jego ramienia i poprosił grzecznie, aby udał się z nim do szeryfa.

- Nie ma mowy! Do mojego brata gubernatora porucznika.

- Ach! - powiedział policjant. - To inna rzecz, Wasza Wysokość jest wolny.

- A dla pana te dwie gwinee37 napiwku.

Pięć minut później ordynans wprowadził go do młodszego brata, sir Harry'ego Lesliego, który wyciągnął ku niemu ramiona z całym braterskim uniesieniem.

- To ty, Georges...! braciszku...! Co za niespodzianka i radość! Ale dlaczego mnie nie uprzedziłeś? Jakiż dobry wiatr cię tu sprowadził?

- Tak, Harry, to ja... Naprawdę bardzo szczęśliwy, że cię widzę... Opowiem ci na spokojnie powód mojej podróży do Kolumbii; mamy czas porozmawiać, ponieważ wyjeżdżam dopiero jutro. A propos, na ulicach waszego miasta przebywają bardzo kłopotliwi ludzie.

- To znaczy?

- Sądzę, że uszkodziłem parę Niebian38 i rozwaliłem, niech mi Bóg wybaczy, głowę jednemu niegodziwcowi. Proszę, daj mi nabój do rewolweru kalibru czterysta dziesięć39, gdyż moje naboje są w zamkniętej skrzynce.

***

Sir Harry Leslie był zbyt dobrym Anglikiem, aby nie zrozumieć i nie pochwalić powodu podróży swojego starszego brata. Tak ważny zakład... relatywnie krótki czas... Do diabła! Każda chwila jest cenna, a bighorny są coraz rzadsze. Trzeba więc działać szybko, wyjechać bez zwłoki i zawzięcie przeczesywać górskie skały otaczające Fraser River, główny kolumbijski szlak wodny. Tylko tam istniała szansa znalezienia wspaniałej zwierzyny osaczonej, ściganej, unicestwionej do pojedynczych sztuk głupim, irracjonalnym szałem.

- Dorzuć do tego, bracie, że jestem doszczętnie zrujnowany, i jestem wart zaledwie dwa tysiące funtów... Osądź, czy nie jest pilne, abym stanął na nogi....

- Ba! - odparł spokojnie gubernator porucznik - jesteśmy zawsze mniej niż bardziej zrujnowani... To jeszcze jeden powód, by przenieść się do tego nieco zapuszczonego, bogatego, górniczego dystryktu Cariboo. Są tu bardzo bogate placery40, których właściciele nie spełniają dokładnie wszystkich formalności dyktowanych przez prawo... Dam ci zlecenie inspekcji, z wszelkimi uprawnieniami wobec władz całej prowincji... Będziesz miał prawo do wymawiania najmu i natychmiastowych eksmisji diggerów41, którzy nie są w porządku. Wtedy uwolnią się koncesje, a ty będziesz mógł je przyznać właścicielom według własnego uznania.

- Masz wielkie serce, Harry, a umysł pełen pomysłów.

- Ostrzegam cię tylko, że trzeba z pewnością trochę powalczyć... nasi free diggers42 mają gorące głowy... Widząc się wywłaszczonymi... nawet legalnie, będą stawiać opór; tego się obawiam... będzie tam broń, z której pociski wystrzelą same...

- Wiesz Harry, że walka mnie nie przeraża - wyjaśnił sir Georges, a przez jego pozbawione wyrazu oczy przebiegł szybki i złowrogi błysk.

- Masz szybką rękę, wiem o tym, i znam twoją niezawodną zręczność. Nie należy jednak zbytnio temu ufać, więc musisz uważać, jakbyś był na wojnie... Zwłaszcza żadnych niepotrzebnych zabójstw... chyba mnie rozumiesz...

- Będę się starał zabijać rozważnie i poważnych przypadkach.

- All right! A teraz pozwól, że cię zaopatrzę w część twojego personelu.

Po tych słowach gubernator porucznik nacisnął elektryczny guzik. Ordynans nadbiegł z szybkością wskazującą na to, że Jego Ekscelencja nauczył ludzi posłuszeństwa.

- Każ przyjść Li.

Trzydzieści sekund później w drzwiach palarni ukazał się czyściutki Chińczyk, błyszczący, tłuściutki, o błogim wyrazie twarzy, cały ubrany na biało, w słomianych pantofelkach.

- Mistrzu Li, widzisz tego dżentelmena - powiedział gubernator porucznik, wskazując sir Georges'a. - To mój brat! Od tej pory jesteś przydzielony do tej osoby jako kucharz... Będziesz mu towarzyszył wszędzie, gdzie mu się spodoba cię poprowadzić, i będziesz mu posłuszny tak jak mnie samemu, cokolwiek by ci polecił. Zawsze pamiętaj, że znajdą się tutaj trzy sążnie dobrego powroza na krawat dla ciebie, na wypadek gdybyś nie dopełnił swoich obowiązków. Bądź gotowy do wyjazdu jutro o ósmej rano... Odejdź! To perła, mój drogi Georges'u - powiedział sir Harry, kiedy Celeste wyszedł. - Zobaczysz w praktyce, jaki to niezrównany służący! Będzie twoim kucharzem, praczem, szewcem, krawcem... prawdziwym człowiekiem do wszystkiego. Nie uszkodź go za bardzo. Będzie mi potrzebny po twoim powrocie.

- Mogę ci tylko podziękować za serce i za żołądek, mój drogi Harry! Rozpieszczasz mnie, doprawdy.

- Dorzucę ci poza tym jednego z moich europejskich lokajów... posłuszny nicpoń... będzie twoim zaufanym człowiekiem... zrobisz sobie z niego kamerdynera... Do tego mój woźnica, Jankes, który wykonywał wszelkie zawody oprócz jednego - uczciwego człowieka. Jako były kowboj jest doskonałym jeźdźcem, niezrównanym myśliwym... Sądzę, że jest zdolny do wszystkiego... nawet być ci wiernym. Woźnica nazywa się Tom, lokaj Joe... Przedstawię ci ich dzisiaj wieczorem... gdyż chwilowo są nieobecni. A teraz, co jeszcze? Wystarczą ci cztery konie wraz z dwukołowym dog-cart43, ponadto cztery muły i dwa wozy? Droga z Yale do Cariboo jest doskonała.

- Świetnie.

- Po przybyciu do Kamloops44 zwerbujesz sobie co najmniej pół tuzina indiańskich tragarzy.

- To ci, którzy nazywani są tutaj Carrierami45; swojego czasu z powodzeniem ich wykorzystywałem.

- Będą ci niezbędni do noszenia w górach całego twego sprzętu: namiotu, broni, amunicji, rzeczy osobistych, zaopatrzenia itd. Poza tym, jeśli zdołasz znaleźć na przewodników jednego czy dwóch kanadyjskich Metysów, najlepiej pochodzenia francuskiego, i potrafisz ich zainteresować swoją sprawą, to gwarantuję ci sukces. Zresztą zatelegrafuję do władz Kamloops, wewnętrznej metropolii, aby za wszelką cenę wyszukali te wyjątkowe ptaszki. Sam pojedziesz ich poszukać pociągiem, swój personel zostawisz bowiem w Ashcroft46. Teraz chodźmy na obiad i uczyńmy zaszczyt kuchni mistrza Li.

 

 

 

 

18 Zjednoczone Królestwo (ang. United Kingdom) - stosowana od roku 1707 nazwa Wielkiej Brytanii, wtedy to Akt Unii ustanowił zjednoczenie Królestwa Anglii i Królestwa Szkocji, pełna nazwa to Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii (United Kingdom of Great Britain).

19 Ad hoc (łac.) - doraźnie, dla zrealizowania określonego celu, w danym przypadku.

20 Vademecum (łac. vade mecum - pójdź ze mną) - zbiór podstawowych informacji z danej dziedziny, najczęściej o charakterze praktycznym, wydany w formie drukowanej; kompendium, podręcznik, przewodnik.

21 Sleeping car (ang.) - wagon sypialny.

22 Dominium Kanady - właściwie Prowincja Kanady, utworzona w 1840 roku z połączenia Górnej i Dolnej Kanady.

23 Liga (z fr. lieue) - dawna francuska miara odległości, po wprowadzeniu miar metrycznych uznana za odpowiednik dokładnie 4 km.

24 Karl Baedecker (1801-1859) i George Bradshaw (1801-1853) - niemiecki i angielski geograf i wydawca, autorzy pierwszych przewodników turystycznych; nazwisko pierwszego stało się synonimem książki tego rodzaju.

25 Ogr (oger) - ludożerczy olbrzym ze średniowiecznych podań ludowych.

26 Regina - miasto w Kanadzie, stolica prowincji Saskatchewan.

27 Lytton - miasto w Kanadzie, w Kolumbii Brytyjskiej, położone u zbiegu rzek: Thompsona i Fraser.

28 Kicking Horse Pass - przełęcz w kanadyjskich Górach Skalistych, wysokość n.p.m. 1627 m, prowincja: Alberta, Kolumbia Brytyjska.

29 Yale - miasto w Kolumbii Brytyjskiej (Kanada), założone w 1848 roku jako Fort Yale; w czasie gorączki złota (wybuchła w tym rejonie w 1864 roku) największe miasto na zachód od Chicago i na północ od San Francisco.

30 Boom (ang.) - rozkwit, wzrost, ożywienie gospodarcze.

31 Steamer (ang.) - stater parowy.

32 Kolumbia brytyjska nie miała Najwyższej Izby czy rady ustawodawczej, podobnie jak prowincje Ontario czy Manitoba; wysyłała do parlamentu kanadyjskiego, mieszczącego się w Ottawie, sześciu deputowanych pochodzących z głosowania powszechnego i trzech senatorów nominowanych przez głównego gubernatora [przypis L. Boussenarda].

33 Jankes - Amerykanin; pierwotnie (i nadal w USA) określenie to dotyczyło mieszkańca Nowej Anglii, potomka angielskich kolonistów, od czasów wojny secesyjnej mieszkańcy Południa mówili tak o mieszkańcach stanów północnych; dla ludzi spoza USA Jankes to każdy Amerykanin.

34 Piastr - jednostka monetarna używana w Ameryce Południowej i Kanadzie, w postaci srebrnych monet o wadze 27 g; właściwie było to peso.

35 Ocelot tygrysi (kot tygrysi, oncilla, Leopardus tigrinus) - gatunek drapieżnego ssaka z rodziny kotowatych; zamieszkuje Amerykę Środkową i Południową od Kostaryki po Paragwaj, południową Brazylię i północną Argentynę.

36 Smith & Wesson - największe w Stanach Zjednoczonych i jedno z największych na świecie przedsiębiorstw produkujących broń palną oraz wyposażenie dla służb mundurowych (m.in. noże taktyczne) z siedzibą w Springfield, w stanie Massachusetts, założone przez konstruktorów Horace'a Smitha i Daniela Wessona w 1852 roku; marka ta jest popularna i rozpoznawana na całym świecie, często używana w filmach, jak np. rewolwer Model 29 w serii o Brudnym Harrym z Clintem Eastwoodem.

37 Gwinea - moneta, której wartość równała się 21 szylingom, czyli nieco więcej niż funt szterling (20 szylingów).

38 Niebianie (fr. Célestes) - dawne określenie Chińczyków w wielu językach europejskich, od nazwy "Cesarstwo Niebieskie", błędnie uważanej za chińską (Chińczycy mówią tianxia - pod niebem, i tak określają kraj podlegający władzy cesarza).

39 Kaliber 410 - inna nazwa kalibru 36 (średnica przewodu lufy 10,5 mm)

40 Placer - złoże okruchowe, termin stosowany zwłaszcza do bogatych złóż okruchowych złota, ale także diamentów, granatów, żelaza, rubinów czy szafirów.

41 Digger (ang.) - kopacz, poszukiwacz, badacz.

42 Free diggers (ang.) - wolni kopacze.

43 Dog-cart (dogcart) - lekki pojazd konny, dwu- lub czterokołowy, zaprzężony w dwa lub jednego konia, w którym pasażerowie siedzieli tyłem do siebie lub względem woźnicy.

44 Kamloops - u L. Boussenarda: Kameloops, miasto w Kanadzie, w prowincji Kolumbia Brytyjska, leżące nad Rzeką Thompsona.

45 Carrierowie (właśc. Dakelh) - plemię indiańskie zamieszkujące tereny wzdłuż rzeki Fraser w Kolumbii Brytyjskiej (zachodnia Kanada); angielska nazwa Carrier (Nosiciele, fr. Porteurs) odnosi się do zwyczaju nakazującego wdowie noszenie przy sobie przez trzy lata prochów męża; tradycyjnym zajęciem Dakelhów (Carrierów), żyjących w krainie jezior i lasów, był połów ryb, głównie łososi, a także polowanie na zwierzynę, taką jak jelenie, niedźwiedzie, łosie, karibu i bobry, oraz pozyskiwanie i handel futrami.

46 Ashcroft - wieś w Kolumbii Brytyjskiej (Kanada), położona na zachód od Kamloops, przy zbiegu Rzek Thompsona i Bonapartego.

Rozdział III

Najbardziej zarybiona rzeka - Tragarze czy Carrierowie - Kanadyjski przewodnik - Stara znajomość - W drodze - Jak Metys rozumie stosunki z lokajami - Komfort Jego Ekscelencji - Angielski egoizm - Indianie Krwawego Plemienia47 - Sir Georges chce widzieć scenę ludożerstwa

 

Fraser jest największą rzeką Kolumbii angielskiej. Można by nawet powiedzieć: jedyną, ponieważ rzeka nosząca nazwę prowincji, czyli Columbia River, należy do terytorium Dominium jedynie w górnej części swego biegu.

Fraser ma swoje źródła w Jeziorze Żółtej Głowy (Yellow Head)48, położonym na zachodnim zboczu gór, skąd wypływają z przeciwnego stoku strumienie, które łączą się w rzekę Athabaska49.

Jej bieg tworzy niewyraźny kształt litery S, której górne zakole obejmuje obszerny górniczy dystrykt Cariboo, a niższe zakole omija linię kolejową z Lytton do Vancouver i szerokim estuarium50 rzuca się do cieśniny Georgie. Bardzo wydłużona forma S przyjmuje liczne dopływy: Bear River, Willow River, Stuart River, pokonujące duże uskoki, zasilane z jezior rozłożonych jak długie, olbrzymie lustra i płynące przez głębokie lasy. Black Water, Quesnel, Chilcotin, Rzeka Thompsona, wymieniając tylko najważniejsze, wpływają do niej z prawa i lewa, rwące i głębokie, obciążone w większości kwaśną próchnicą, jak Black Water, co nadaje jej wodzie bardzo charakterystyczny ponury odcień. Od pięćdziesiątego trzeciego do czterdziestego dziewiątego równoleżnika płynie na takiej głębokości między górami, a jej łożysko jest tak kręte, że niepodobna śledzić jej bieg, otoczony pionowymi skałami, o które rozbijała się z wściekłym hałasem.

Płynie w ten sposób przez ponad trzysta mil51, otoczona ciekawymi tarasami, które nadają tak dziwaczny charakter krajnie, którą nawilża, rzuca się poprzez Bramę Piekieł (Hells Gate), wąską i ściśniętą, białą od piany, przyprawiającą o zawrót głowy, niedostępną aż do miejsca, gdzie zbacza ze wschodu na zachód, aby zniknąć w morzu.

Wreszcie, aby nie przedłużać tego opisu, który należy raczej do dziedziny geografii w dosłownym znaczeniu tego słowa, należy dorzucić, że charakterystycznymi cechami wód Frazer jest głębokość, niska temperatura, szybkość i przejrzystość.

Te wody unoszą w szczodrej ilości ziarenka złota wyrwane z odległych piasków aluwialnych i posiadają tyle ryb, że ich połowy i przetwórstwo na konserwy stanowią przedmiot bardzo dobrze prosperującego przemysłu.

Cała dolna część rzeki szczególnie obfituje w łososie. W latach trzydziestych bardzo często zdarzało się przewoźnikom prowadzącym swoje łodzie za pomocą bosaków niechcący zahaczać olbrzymie łososie w momencie ich migracji znanej pod nazwą "ciąg tarłowy"52.

W całym górnym biegu, aż do najbardziej znikomych dopływów, szybko rozmnaża się pstrąg, który kpi sobie z różnych przeszkód, znajduje upodobanie w potokach, gdzie w zimnych i bystrych wodach nabiera tej zwinności ruchów i delikatności mięsa, tak docenianego przez wędkarzy i smakoszy.

Sześć dni upłynęło od przybycia do Victorii sir Georges'a Lesliego, który wyruszył z Anglii po zakładzie mającym za swój przedmiot określenie cech zoologicznych bighorna, dzikiego barana z Gór Skalistych.

Sir Georges nie tracił czasu. Dzięki braterskiej pomocy gubernatora porucznika mógł w zaledwie dwadzieścia cztery godziny zorganizować swoją wyprawę, zebrać ludzi, konie, muły i wozy; wysłać to wszystko, naturalnie bez żadnych opłat, koleją aż do Kamloops i odjechać bez pośpiechu, z powierzonymi obowiązkami inspektora kopalń, przyznawania złotonośnych claims53 i dobierania personelu, który je eksploatował. Była to władza, że tak powiem, nieograniczona.

Władze - poinformowane telegraficznie i w konsekwencji pisemnie przez głównego pana prowincji - dosłownie robiły, co mogły, aby dostarczyć podróżnikowi wszystkiego, co było niezbędne do uwieńczenia sukcesem jego przedsięwzięcia.

Dziesięciu Indian nazywanych Carrierami lub tragarzami nie zaangażowano, lecz po prostu zarekwirowano do prac publicznych i wiadomo było, że zostaną wynagrodzeni, kiedy i jak się spodoba przedstawicielowi Jej Miłościwej Królewskiej Wysokości.

Szeryf, którego obowiązki zmuszały do utrzymywania kontaktów z wszelkiego rodzaju ludźmi i który znał prawie wszystkich w zasięgu swojej jurysdykcji, odnalazł starego kanadyjskiego myśliwego.

Ten "zawodowy" łowca, to znaczy myśliwy żyjący ze swojej profesji, był jednym z najbardziej zahartowanych leśnych gońców54, których gatunek z dnia na dzień znika.

Lepiej byłoby powiedzieć: myśliwy korzystający z życia, ponieważ posiadał dość okrąglutką fortunkę, znalezioną w minionych latach w kopalniach złota, która pozwalała mu żyć dostatnio, zgodnie z jego upodobaniami podwójnego filozofa, niczym wędrownemu Nemrodowi55.

Ponieważ przez czterdzieści lat polował dla Kompanii Futrzarzy Zatoki Hudsona56 i żyjąc z dala od miast tym życiem bez pęt, tak drogim ludziom jego profesji, potrzebował przynajmniej ośmiu miesięcy z dwunastu na włóczęgę po górach, równinach, lasach oraz dolinach; zmęczenia i niebezpieczeństwa tej awanturniczej egzystencji stanowiły nieodpartą atrakcję dla jego silnego organizmu.

Był to olbrzym co najmniej pięćdziesięciopięcioletni, potężnie zbudowany, zwinny jak młodzieniec, silny jak bizon, o kruczoczarnych włosach i brodzie, którego oblicze, energiczne, chytre, nieugięte i jednocześnie sympatyczne, wskazywało na Metysa.

Istotnie był to Metys frankokanadyjski57 Joseph Perrot, dobrze znany tym, którzy przeczytali moją wcześniejszą powieść Lądem z Paryża do Brazylii, jako jeden z jej bohaterów.

Spędzał koniec zimy w Kamloops i szykował się do wyjazdu do Barkerville58, gdzie wzywały go prywatne sprawy. Zamierzał odbyć tą podróż na piechotę, "wymachując rękoma", to znaczy łowiąc ryby i polując, przetrząsając zarośla według swojej fantazji, tak jak przystało na miłośnika natury, spędzającego na świeżym powietrzu trzy czwarte swego żywota.

Ponieważ jego spotkanie w pięknym mieście Cariboo było ustalone za miesiąc, ustąpił po naleganiach szeryfa i zgodził się towarzyszyć angielskiemu myśliwemu, który przyjechał specjalnie, aby polować, i który obrał ten sam kierunek podróży.

Na koniec zaakceptował stawkę jednego funta szterlinga dziennie, wzruszając ramionami jak człowiek, który drwi sobie trochę z pieniędzy, i stawiając jako formalny warunek, że nigdy nie będzie miał do czynienia z lokajami dżentelmena, ale z samym dżentelmenem, i że ten ostatni będzie do niego mówił wyłącznie po francusku.

Sir Georges Leslie zatwierdził taki układ zawarty z szeryfem, wiedząc od tego ostatniego, że Perrot był może jedynym człowiekiem zdolnym go doprowadzić do bighorna.

Pierwszego czerwca karawana w pełnym komplecie załadowała się w Kamloops do pociągu, który miał ją zawieźć do Cache Creek, gdzie zaczynała się droga prowadząca z Yale do Barkerville przez Clinton. U zbiegu Rzek Bonapartego i Thompsona cały personel i całe wyposażenie - ludzie, konie, paczki, wozy - opuścili wagony. Utworzyła się karawana i posuwała się powoli drogą, która wydawała się wyzwaniem rzuconym przez inżynierów na pozór niemożliwym do pokonania przeszkodom natury.

Na czele samotnie kroczył Perrot, ubrany w tradycyjny strój z jeleniej skóry, z karabinem przewieszonym przez ramię, fajką w zębach i węszącym nosem, wskazując drogę.

Za nim gromadka Indian niosących ułożone jedne na drugich paki, które nie mogły zostać umieszczone na wozach ciągniętych przez dwa muły każdy. Dalej jechał pierwszy wóz prowadzony przez amerykańskiego woźnicę Toma, mającego na siedzeniu obok siebie chińskiego kucharza Li, którego twarz o płaskim nosie zachowywała niewzruszoność porcelanowej chińskiej figurki. Następnie drugi wóz, zapchany jak pierwszy aż po nieprzemakalny brezent, który go okrywał, prowadzony ręcznie przez bosego Indianina, później dwa konie na zmianę, które prowadzili za wędzidła dwaj inni Indianie, w końcu dog-cart kierowany przez samego sir Georges'a.

Na siedzeniu obok niego lokaj sir Georges'a w pełnej liberii, trzymający się z tą sztywnością, która cechuje służącego z dobrego domu.

Indianie, bardzo zaintrygowani, przyglądali się z podziwem i szacunkiem temu osobnikowi w kapeluszu z niebiesko-czerwoną kokardą, ubranemu w brązowy płaszcz podróżny z konstelacją olbrzymich guzików lśniących jak słońce, i zadawali sobie pytanie, czy to nie on jest głównym szefem, tym bardziej że wieziony był przez innego brodatego dżentelmena, ubranego bardzo prosto.

Te naiwne dzieci natury, nie znając naszej cywilizacji i jej subtelności, nie mogły mieć pojęcia o stosunkach pana ze służącym, tak jak się to pojmuje u nas. Z tego istotnego powodu Indianie nie potrafili zrozumieć niesamowitej śmieszności oryginalnego Anglika, który na tego rodzaju wyprawę wystroił lokaja w liberię.

Dzięki niezwykłemu posłuszeństwu koni, ich godnej podziwu pewności nóg, jak też ich niezrównanemu ułożeniu, połowa etapu przebiegła bez przeszkód.

Wkrótce nadeszła południowa przerwa na posiłek ludzi i zwierząt; sir Georges, nie wiedząc jak się porozumieć z Perrotem, zatrzymał swój zaprzęg i po prostu wysłał do dzielnego Kanadyjczyka człowieka w liberii.

Ten w kilku szybkich krokach dogonił Perrota i przemówił do niego, a raczej wycedził przez zaciśnięte zęby, bardzo arogancki w swojej podwójnej roli Anglika i lokaja:

- Przewodniku! Jego Ekscelencja wysyła mnie z rozkazem, byś się zatrzymał.

Perrot obrócił się flegmatycznie, wypuścił kłąb tytoniowego dymu, wzruszył ramionami i bez słowa podjął marsz.

Pięć minut później Kanadyjczyk, posuwający się swoimi długimi krokami trapera, usłyszał inny głos, bardziej wyniosły, który krzyczał do niego rozkazującym tonem:

- Przewodniku! Wydałem rozkaz zatrzymania się, czy ty mnie rozumiesz?

Olbrzym odwrócił się po raz drugi, rozpoznał samego sir Georges'a i mierząc wzrokiem pana z tym samym spokojem co służącego, zachował swą dostojną niewzruszoność.

- Słuchaj, kiedy rozkazuję! - ciągnął sir Georges, któremu głos lekko drżał.

- Z całym szacunkiem - odpowiedział po francusku Perrot na te słowa wypowiedziane po angielsku - trzeba trochę wiedzieć, panie milordzie, do kogo pan mówi, i gdzie są postanowienia naszej umowy. Przede wszystkim moje nazwisko brzmi Perrot... Nie nazywam się "przewodnik", proszę sobie to zapamiętać, ponieważ zależy mi, aby mnie tak nie nazywać. Następnie, proszę mówić do mnie po francusku, ponieważ taki był mój warunek, zaakceptowany przez szeryfa i zatwierdzony przez pana. I aby wreszcie zakończyć: jeśli kiedykolwiek zwróci się pan do mnie przez tego Pourichinela59, którego mi pan przysłał...

- Och! Jakiego Pourichinela...?

- Oczywiście tego linoskoczka, lokaja, co jeszcze... Mam do czynienia z panem, z panem i nikim więcej, i jeśli jeden z tych rascals60 powie coś do mnie w swoim lub pańskim imieniu, rozpłatam go na dwie części. A teraz zmuszony jestem wygłosić drugą przemowę kalibru poprzedniej: odchodzę do moich spraw i pozostawiam panu szukanie samemu pańskiego bighorna. Oto jacy jesteśmy, my, Kanadyjczycy ze starej Francji.

Na te słowa, podkreślone przebiegłą ironią, charakterystyczną dla wieśniaków, kiedy kpią sobie z pana, sir Georges pobladł i poczuł szaloną ochotę rzucić się z podniesionymi pięściami na Metysa.

Ale ten piekielny człowiek bawił się jakby przypadkiem swoim nożem do skalpowania, gotów rozorać żebra dżentelmena, gdyby ten stał się nietaktowny.

Sir Georges, nie mając najmniejszej ochoty poddać swojej klatki piersiowej obróbce tym narzędziem, którym chętnie bawią się traperzy i górnicy, opanował swoją wściekłość i ostatecznie skończył sprawę po myśli Perrota.

Postój, posiłek, odjazd odbyły się bez problemów. Druga część etapu przebiegła bez trudności. Na noc konie zostały wyprzęgnięte, solidnie przywiązane, i nakarmione, podobnie jak muły, owsem i trawą tussac61.

Li zainstalował przenośną kuchnię Jego Ekscelencji, otworzył kilka konserw i ugotował zestaw bardzo apetycznych potraw, podczas gdy lokaj nakrywał stolik cienkim białym obrusem, który ozdobił konstelacją błyszczących sreber.

Tymczasem butelka starego claretu62 podgrzewała się, by rozwinąć cały swój aromat, a Jego Ekscelencja, który lubił dobrze zjeść nawet w podróży, zasiadł do stołu i jako wytrawny smakosz czynił honor wiktuałom przygotowanym przez Li.

Namiot, w którym Jego Ekscelencja miał spędzić noc, został już rozbity wraz z polowym łóżkiem, na którym miało spocząć tak cenne ciało, po wypaleniu na składanym fotelu pewnej liczby doskonałych cygar.

Pan, dobrze najedzony (służba posiliła się resztkami z uczty), pochłaniał duże ilości herbaty, przepłukiwał gardło brandy i wydawał się druzgotać swoją butą nieszczęśliwych najemników, zmniejszonych do właściwych proporcji.

Przyjęte jest, że szefowie ekspedycji zazwyczaj żywią służbę przez siebie zaangażowaną. Ale w tym przypadku indiańscy tragarze nie będąc zaangażowanymi, lecz zwerbowanymi przez służbę publiczną, musieli się domagać zaspokojenia swoich potrzeb. Tymczasem sir Georges był zbyt wielkim egoistą, aby dać im choć okruszek pożywienia z jego zaopatrzenia.

Przecież ci Indianie to w sumie bydlęta na dwóch nogach...! Zwierzęta mniej interesujące niż konie i muły, ponieważ nic nie kosztowały. A zatem niech się żywią, jak tylko im się podoba.

W zamyśle sir Georges'a, Perrot miał dzielić stół z woźnicą, lokajem i kucharzem, ale ponieważ Metys czuł nieprzezwyciężoną odrazę do tych osób, pan zdecydował pozostawić go samemu sobie.

Tak więc Perrot i Indianie, jedenastu mężczyzn, a ponadto towarzyszące im trzy kobiety oraz czworo dzieci, w sumie osiemnaście osób, miało głodować po dniu ciężkich trudów.

Jednak stary traper nigdy nie pozostawiał potrzebujących bez pomocy.

Widząc, że nie można niczego oczekiwać ani od pana, ani od służących, wyciągnął z torby mały stalowy trójząb, oprawił go solidnie w gałąź leszczyny, obawiając się wilgoci powierzył jednemu z Indian swój karabin, amunicję, torbę z rozpałką i wszystkie przedmioty, po czym rzekł w języku czinuk63:

- Moi przyjaciele, pójdę wam poszukać czegoś do jedzenia; przygotujcie porządne ognisko.

Bez żadnych przygotowań zanurzył się aż po pachy w lodowatych wodach pobliskiego potoku; przesuwał się blisko stromych brzegów, wypatrując w zamierającym świetle wszelkich wgłębień, od czasu do czasu ciskając pewnym uderzeniem swój trójząb w głąb wód.

Konwulsyjne ruchy poruszyły rękojeść trzymaną w krzepkiej ręce olbrzyma i ukazała się wspaniała krwawiąca ryba, mająca siedem do ośmiu funtów, przebita na wysokości skrzeli potrójnym zębatym grotem.

 

W jednej chwili ryba została ściągnięta z harpuna, rzucona na ziemię i złapana przez jednego z Indian, który towarzyszył ich dostawcy.

Perrot był tak zręczny w tego rodzaju połowie, taka też była niespotykana obfitość ryb w tym potoku, że w pół godziny wyciągnął również około sześćdziesięciu funtów pstrągów.

- Macie! - powiedział radośnie, wychodząc z wody bez najmniejszych dreszczy. - Z tym nie umrzecie z głodu, a jutro znajdę wam coś jeszcze do zapełnienia brzuchów, moi biedni towarzysze. Co do ciebie, panie milordzie, jeśli kiedyś ty i twoi "lokaje" zostaniecie z wilczym głodem w brzuchu, z przyjemnością zachowam się podobnie.

Dwa dni później dotarli do Clinton, mieściny bez większego znaczenia, gdzie znajdowały się placery eksploatowane przez Chińczyków, ostatniego ośrodka cywilizacji przed Barkerville, odległego mniej więcej dziewięćdziesiąt lig, biorąc pod uwagę krętość drogi.

Perrot przezornie, płacąc ze swojej kieszeni, kupił za sto funtów pemmikanu64, jako rezerwowe zaopatrzenie dla Indian, którymi sir Georges nie zajmował się bardziej, niż gdyby byli dzikimi zwierzętami.

Nazajutrz, czwartego czerwca, rozbito obóz niedaleko małego dopływu Bonaparte River, wypływającego z Lomond Lake.

Zaledwie karawana się zainstalowała i zaczęła rozkładać obóz, kiedy nieoczekiwanie ukazało się pół tuzina Indian o złych minach, drapieżnym wyglądzie, ubranych w dziwaczne, obszarpane ubrania, poza tym źle uzbrojonych w łuki i marne strzelby.

Perrot, nie czekając na dalszy bieg wydarzeń, krzyknął im ostro, aby sobie poszli, a ponieważ nie dość szybko posłuchali, Metys zaczął im grozić karabinem.

Sir Georges, oceniając sytuację jako poważną, musiał porzucić swoją zwykłą arogancję i zapytał Kanadyjczyka, kim są ci Indianie.

- U nas nazywamy ich Złymi Ludźmi, albo jeszcze Indianami Krwawego Plemienia. Są to rabusie, bandyci, mordercy, antropofagowie65... jak się inaczej mówi, spożywający ludzkie mięso. Warci zabicia, gorsi niż wilki.

- Wystarczy! Pozwól im odejść.

Powróciwszy do namiotu, sir Georges przywołał swojego amerykańskiego woźnicę Toma i zapytał go:

- Czy znasz tych ludzi nazwanych przez przewodnika Indianami Krwawego Plemienia?

- Tak, Ekscelencjo... zatwardziali kanibale... wściekli...

- Znasz czinuk?

- Tak, Ekscelencjo.

- Weź pięć butelek brandy, zanieś je im w moim imieniu i powiedz, aby się nie oddalali. Postaraj się, aby nie widzieli cię Kanadyjczyk i Carrierowie.

Później dorzucił sam do siebie z dziwnym spojrzeniem:

- Muszę uczestniczyć w scenie kanibalizmu.

 

 

 

 

47 Krwawe Plemię (ang. Blood Tribe) - Indianie zamieszkujący południową Albertę w Kanadzie; sami siebie nazywają Kainai, co w ich języku znaczy "Lud wielu przywódców"; wrogowie określali ich mianem "Splamieni krwią" lub "Spragnieni krwi", co znalazło odzwierciedlenie w angielskiej nazwie plemienia; Indianie Kainai są jednym z trzech "pierwszych narodów", jak dziś nazywa się autochtonów zamieszkujących Amerykę przed przybyciem Europejczyków, które tworzą związek Czarnych Stóp.

48 Obecnie wiadomo, że źródła tej rzeki znajdują się na przełęczy Fraser.

49 Athabaska (ang. Athabasca River) - rzeka w Kanadzie, w prowincji Alberta; długość 1231 km, powierzchnia dorzecza blisko 153 tys. km?.

50 Estuarium - poszerzone, lejkowate ujście rzeki, powstałe w wyniku działania pływów morskich.

51 Mila - tu: mila angielska (lądowa) równa 1609 m.

52 Ciąg tarłowy - masowa migracja ryb na tarło, np. w górę rzeki.

53 Claim - w Ameryce i Australii fragment przyznanego gruntu czy lasu; działka.

54 Leśny goniec (fr. coureur des bois) - określenie myśliwych i traperów, którzy w XVII i XVIII wieku wyruszali z Nowej Francji na północny zachód dzisiejszych Stanów Zjednoczonych i południowy zachód Kanady po futra dzikich zwierząt (zwłaszcza bobrów), które pozyskiwali samodzielnie lub nabywali od Indian; pojawili się w pierwszych latach po założeniu Quebecu (1608), a pod koniec XVII wieku było ich około 500.

55 Nemrod - według Starego Testamentu syn Kusza, wnuk Chama, prawnuk Noego, założyciel państwa babilońskiego, słynny łowca; potocznie - zagorzały myśliwy, łowca.

56 Kompania Futrzarzy Zatoki Hudsona (właśc. Kompania Zatoki Hudsona, ang. Hudson's Bay Company - brytyjska kompania handlowa działająca w latach 1670-1869 w Ameryce Północnej; początkowo miała monopol na handel na terenach nad Zatoką Hudsona, od 1821 roku na obszarach dzisiejszej zachodniej i środkowej Kanady; w 1869 roku sprzedała swoje ziemie Dominium Kanady; przekształcona w towarzystwo handlowe.

57 Frankokanadyjczycy - ludność zamieszkująca wschodnie prowincje Kanady, dla której językiem ojczystym jest francuski; będąca częścią narodu kanadyjskiego, zachowuje przynależność do określonej części kraju i kręgu kulturowego (romańskiego i germańskiego); ma głównie korzenie francuskie, belgijskie i szwajcarskie, jest katolicka.

58 Barkerville - główne miasto w czasie gorączki złota w regionie Cariboo, zachowane jako historyczne miasto poszukiwaczy złota.

59 Pourichinel - zniekształcone słowo Poliszynel, nazywające postać z francuskiego teatru lalek; z garbem, w charakterystycznej czarnej masce z haczykowatym nosem, zdradzającą tajemnice, które są wszystkim dobrze znane.

60 Rascal (ang.) - łajdak, łobuz.

61 Trawa tussac (Poa flabellata) - L. Boussenard używa wyrażenia bunch grass, dodając następujący przypis: Doskonała trawa, smaczna i pożywna, znana w regionie; potoczna nazwa trawy z rodziny wiechlinowatych, pochodzącej z Ameryki Południowej i Falklandów; rośnie w wielkich, gęstych kępach, na wysokość ponad dwa metry, na terenach podmokłych i blisko wód; jest dominującym elementem wielu krajobrazów.

62 Claret - nazwa stosowana w Wielkiej Brytanii na określenie lekkiego czerwonego wina pochodzącego z Bordeaux.

63 Czinuk (ang. Chinook) - żargon (używany przez Indian z plemienia Czinuk) złożony ze słów pochodzących z języka: angielskiego, francuskiego i indiańskiego, pidżyn używany w Górnej Kanadzie [przypis L. Boussenarda]; języki pidżynowe - języki pomocnicze o uproszczonej morfologii i składni, a także o ograniczonym słownictwie, powstałe na bazie dwóch (lub więcej) języków; kanadyjscy Metysi używali pidżynu o nazwie miszif (ang. Michif).

64 Pemmikan - utłuczone i wysuszone mięso pomieszane z tłuszczem, służące jako koncentrat spożywczy.

65 Antropofag (z gr.) - ludożerca.

Rozdział IV

Wędkarstwo muchowe - Sztuczna mucha - Trudny manewr - Pojedynek między wędkarzem a dwudziestopięciofuntowym pstrągiem - Wspaniała obrona - Co Jego Ekscelencja robi ze swoją zdobyczą - Pomysły sir Georges'a - Kto zaczyna od sielanki a kończy zabójstwem

 

Piątego czerwca wczesnym rankiem sir Georges obudził się świeży i radosny, opuścił posłanie, mając na ustach uśmiech człowieka, którego dzień zapowiada się dobrze.

Od pół godziny słońce ukazywało się na horyzoncie lekko zabarwionym na różowo, a sir Georges, przypominając sobie nagle konfigurację terenu, udał się na szybką inspekcję strumienia, gdzie miał się oddać, po raz pierwszy od prawie roku, swemu ulubionemu zajęciu.

Powietrze, mimo porannej godziny, było gorące i ciężkie. Najmniejszego śladu wietrzyka w głębi małej doliny, między skałami już letnimi, gdzie płynął z nieustającym łoskotem wściekły prąd wody.

Liczne roje much krążyły zygzakami tuż nad powierzchnią wód, jakby chciały podrażnić żarłoczne ryby łososiowate, które rozmnażały się w ukryciu, a czasem wyrywały się, szybkie jak strzały, ze swego żywiołu i ponownie w niego wpadały, tworząc chwilowe wiry o koncentrycznych okręgach.

Pstrągi żarłocznie łapały muszki. Był to dobry omen dla wędkarzy łowiących na sztuczną muchę.

Ten sposób wędkowania, dość znany, ale w sumie mało praktykowany we Francji, jest jednym z ulubionych sportów Anglików, którzy uprawiają go z pasją, nie cofając się przez żadnym kosztownym i męczącym przemieszczaniem się.

U nas żartuje się jeszcze, choć zupełnie niesłusznie, z wędkarzy, podczas gdy w Anglii dobry wędkarz łowiący łososie czy pstrągi cieszy się co najmniej takim samym uznaniem jak zabójca cietrzewi czy łowca lisów.

Zakończywszy przegląd, sir Georges powrócił do obozowiska, wziął swoją najlepszą wędkę z orzesznika66, wybrał kilka linek z nieprzemakalnego jedwabiu, których solidność była mu znana, wyciągnął z hermetycznie zamkniętego pudełka album przestawiający wszystkie muchy na łososiowate z wszystkich krajów, a następnie udał się z powrotem nad potok, w towarzystwie swojego nieodzownego lokaja, obarczonego sprzętem.

Przybywszy na miejsce, wędkarz stwierdził, że mucha, którą upodobały sobie tutejsze pstrągi, to sallow fly - "mucha wierzbowa".

Pomiędzy pergaminowe kartki albumu, zawierające kolorowe ilustracje owadów, włożone były inne, luźne, do których przymocowano sztuczne muchy, sporządzone z piór, nici i błyskotek, które przyczepia się do haczyków w sposób dający rybom złudzenie jeśli nie absolutne, to przynajmniej dostateczne żywych owadów.

Sir Georges porównał podróbkę wykonaną przez jego dostawcę z barwnym rysunkiem przedstawiającym sallow fly; uznał, że podobieństwo jest niekompletne, więc dodał kawałek pióra, aby przedłużyć czułki, odjął trochę miedzianego drucika, mlasnął językiem i wyszeptał:

- To właśnie to!

Na jego znak sługa wyciągnął z torby sporządzonej z gumowanego, nieprzemakalnego płótna cztery kawałki hikory, każdy z nich mierzący metr i dziesięć centymetrów, wcisnął je solidnie jeden do drugiego w miedziane skuwki umieszczone na każdym końcu, zamontował mocną i giętką szczytówkę67 z fiszbinu, przeciągnął jedwabną linkę przez każdą z czterech przelotek68, w które wyposażone było wędzisko, po jednej na każdą część, przyczepił na dolnym końcu multiplikator69, na który było nawinięte około pięćdziesięciu metrów linki, i pokazał przyrząd swemu panu.

Ten umocował szybko na dolnej części linki z floransu70 swoją muchę, obejrzaną oraz poprawioną, i rozwinął z kołowrotka, który warczał z przenikliwym hałasem, mniej więcej piętnaście metrów linki.

Teraz należało rzucić muchę w środek potoku w taki sposób, aby wmówić pstrągowi, najbardziej podejrzliwej z ryb, że jej upadek był naturalny, tak jak innych, które kłębiły się nad wodą i opadały do niej dość ciężko, ale w pewien charakterystyczny sposób, podczas swych szalonych przelotów.

Operacja ta, bardzo delikatna, wymagała wielkiej zręczności połączonej z dużą praktyką. Początki są długie, trudne, czasem zniechęcające, nim się osiągnie tę zręczność angielskich wędkarzy, którzy co najmniej dwa razy na trzy trafiają swoją muchą w kapelusz umieszczony w odległości dwudziestu metrów, oczywiście przy braku wiatru.

Sir Georges, dokonawszy tych wszystkich prowadzonych w milczeniu przygotowań, z gorączkową powolnością wskazującą na prawdziwą namiętność chwycił muchę kciukiem i palcem wskazującym lewej ręki, przeciągnął bardzo luźno przez przelotki całą długość linki przekraczającej długość wędziska i posuwał się małymi krokami, z wędką w górze oraz wzrokiem skupionym na strumieniu.

Wkrótce się zatrzymał, zaparł nogami, mocno zamachnął się prawą ręką, obracając czubek wędki szerokim półkolistym ruchem, i puścił muchę.

Całe wędzisko, jego podstawa i sztuczny owad zawieszony na haczyku, pociągnięte tym ruchem, odleciały z gwizdem. Z zimną krwią i zręcznością wskazującą na doświadczonego wędkarza sir Georges przerwał ten półkulisty bieg lekkim, lecz nagły ruchem nadgarstka i przynęta, uniesiona jak przez uderzenie batem, spadła pionowo i łagodnie na wodę z wszelkimi pozorami życia.

Im bardziej wartki jest prąd, tym łatwiej można oszukać rybę, wahającą się między swą nieufnością a żarłocznością.

Skoro przynęta ucieka szybko, pociągnięta przez wody, ryba rzuca się błyskawicznie, by ją schwytać, zbytnio się jej nie przypatrując.

Sir Georges zaczął mistrzowskim rzutem.

Zaledwie fałszywa "mucha wierzbowa" dotknęła powierzchni strumienia, zniknęła, pochwycona łapczywie przez rybę. Szybki jak myśl wędkarz zaciął ją ruchem szermierza wykonującego przeciwzasłonę czwartą71, i nagle linka się napięła, grożąc zerwaniem.

Sądząc po początku walki, jaka miała się rozegrać między człowiekiem a rybą, na pewno będzie to bardzo ciężka batalia.

Sir Georges, czując, że ani jego jedwabna linka, ani dobre wędzisko z hikory nie wytrzymałyby bez natychmiastowego zerwania czy złamania podobnego wysiłku, pozwolił poluzować się trochę delikatnej lince, która rozwijała się, powodując terkotanie kołowrotka. Pstrąg, solidnie zahaczony, wykorzystał to z cudownym instynktem udającego rezygnację, i rozpoczął desperacką obronę.

Każda ryba ma swój charakterystyczny sposób obrony: brzana używa swojej siły, masy i nagłych nieprzewidywalnych ruchów; szczupak jest brutalny; leszcz odznacza się kocią finezją, zręcznością prestidigitatora, wykorzystując nierówności terenu czy obecność roślin. Pstrąg sam w sobie ma wszystkie te cechy i potrafi je wykorzystać jednocześnie z taką szybkością, że może ulec tylko doświadczonemu przeciwnikowi, biegłemu w tej niezwykłej i zaciekłej szermierce.

Podstępy, nagłe zmiany kierunku, nagłe zanurzanie się, kręta ucieczka poprzez skały, podejrzane udawanie martwego, po których następują desperackie podskoki, dzielność, energia, finezja - ta ryba posiada najprzeróżniejsze i najbardziej przeciwstawne środki potrajające trudności jego schwytania.

Sir Georges zdecydowanie był wielkim artystą. Ze spokojem, zręcznością, sprytem dostosowanym do okoliczności, połączonym z rodzajem nigdy niezawodzącego przeczucia, przewidywał najbardziej zbijające z tropu manewry i udaremniał je z najwyższym mistrzostwem.

Trzymając cały czas pionowo końcówkę wędki w taki sposób, by tworzyła sprężynę, wiedział z dokładnością do dziesięciu centymetrów, ile musi popuścić linki, jak również to, że sekundę później musi obrócić rączką kołowrotka tak, aby przyciągać powoli, ale nieustannie pstrąga, którego ta bezlitosna walka zaczynała wyczerpywać.

Lecz oto był niczym martwy, bez ruchu. Nowicjusz dałby się na to nabrać i obwieściłby zwycięstwo. Sir Georges zupełnie temu nie ufał, cały czas był w pogotowiu i czekał, zresztą niedługo. Pstrąg uderzył silnie ogonem i zanurzył się gwałtownie.

Wędkarz, który rozpalił się tego rodzaju pojedynkiem, wymamrotał z zimnym uśmieszkiem na zaciśniętych wargach:

- Mam cię!

Kołowrotek ponownie zaskrzypiał swoim głosem szarańczy. Linka się rozciągała, pstrąg szaleńczo uciekał, płynął pod prąd, ukazywał się, ponownie zanurzał, podskakiwał, cały czas trzymany przez wspaniałego wędkarza, który odgadywał wszystkie jego manewry i przeciwdziałał im, zgadzał się na wyczyny ryby i wyczerpywał ją jeszcze bardziej, to udając, że ustępuje, to się opierając.

Walka trwała od dwudziestu pięciu minut. Ostatnia niespodzianka, ostatnia i najbardziej rozpaczliwa próba zerwania delikatniej, a jednocześnie mocnej linki oraz wyrwania haczyka wczepionego w chrząstki pyska.

Daremny trud! Przyduszony, drgający przedśmiertnie, skurczony pstrąg, w końcu będący u kresu sił, odpuścił i pozwolił się wyciągnąć na piaszczysty brzeg, dokąd poprowadził go triumfujący sir Georges.

Sługa, wyszkolony na tę okoliczność, rzucił się na wspaniałą rybę, złapał ją za skrzela i nie przejmując się śluzem, który brudził jego liberię, ścisnął pstrąga, zaniósł w rękach na brzeg i upuścił na trawę tussac.

Ta pierwsza zdobycz sir Georges'a ważyła około dwunastu kilogramów, a mierzyła metr i dwadzieścia centymetrów od pyska do ogona!

Asystował przy jej piruetach, rozkoszował się jej agonią, kontemplował ostatnie drgawki, nacisnął palcem na jedno ze ślepi, wysadził je, naciskając okrężnym ruchem małe różowe koło, i wymruczał:

- Jest łososiowata, tego się domyślałem!

Następnie, widząc ją martwą, rzekł do lokaja:

- Wrzuć to stworzenie do wody!

Jego Ekscelencja ubóstwiał wędkowanie, ale ponieważ nienawidził ryb, postanowił pozbyć się tej, którą właśnie złapał. Nie było co marzyć, aby oddał ją do spożycia służbie i pomocnikom. Zwierzyna uszlachetniona poprzez swój kontakt z dżentelmenem nie mogła być wykorzystana w sposób tak poniżający. Musiała zniknąć, ale nie upokorzona, ponieważ jej złapanie przez Jego Ekscelencję było rodzajem uświęcenia.

Pstrąg spływał z prądem brzuchem do góry, a sir Georges szykował się do przejścia trochę dalej, aby zarzucić drugą muchę, kiedy usłyszał odgłos nurkowania.

Zatrzymał się zdziwiony na widok twarzy koloru cegły, wynurzającej się zaledwie kilka stóp od martwej ryby. Ta została złapana, następnie zaś pociągnięta ku brzegowi, gdzie usadowił się jeden z czerwonoskórych spostrzeżonych po przybyciu i określonych przez Perrota mianem "Złych Ludzi".

Niegodziwiec, pobudzony brandy ofiarowaną poprzedniego dnia wieczorem, ukradkiem śledził dżentelmena, licząc na nową hojność lub wyczekując okazji, która zresztą nie kazała długo na siebie czekać.

Wibrującym krzykiem zwołał swoich pobratymców schowanych za skałami, pokazał im rybę, na widok której wszyscy rozpoczęli szaloną gigę72 i zaczęli wrzeszczeć na całe gardło.

Zaintrygowany sir Georges porzucił na chwilę swój sport i powiedział sobie, że byłoby interesujące uchwycić na papierze równie ciekawą scenę. Wyciągnął z kieszeni swój album i zaczął szkicować.

Ale jak uchwycić - że tak powiem, w locie - te nieskoordynowane wykrętasy ciał, wkrótce zresztą zaprzestane na widok białych kartek, z których mógł się wyłonić lek, z którego efektów nie zdawali sobie sprawy.

Widząc to, sir Georges, ani trochę nie obawiając się towarzystwa ludożerców, wydał kilka szybkich rozkazów Joemu, który pobiegł najszybciej jak mógł do obozu, odległego już więcej niż kilometr.

Powrócił po pół godzinie w towarzystwie amerykańskiego woźnicy Toma, uzbrojonego w swój winchester, oraz Indianina Carriera, niosącego na ramionach różne przedmioty, przede wszystkim whisky. Dwie butelki, które sir Georges ofiarował kanibalom, każąc Tomowi, by powiedział im w języku czinuk:

- Dżentelmen ofiarowuje wam wodę ognistą pod warunkiem, że będziecie śpiewać i tańczyć jak przed chwilą.

Następnie przyniósł aparat migawkowy, jeden z tych cudownych wytworów współczesnego przemysłu, pozwalający uchwycić i utrwalić najbardziej niezwykłe postawy i ulotne miny. I to wszystko nawet bez wiedzy nie domyślających się niczego portretowanych ludzi! Wreszcie podłużną skrzynię, dość obszerną, której zawartość była starannie ukryta.

- Co oni mówią? - zapytał sir Georges Amerykanina, widząc, że whisky nie wystarcza, aby doprowadzić ich do wcześniejszego stanu.

- Oni mówią, Ekscelencjo, że tańczyliby i śpiewali nieskończenie lepiej, gdyby mieli...

- Co?

- Zamiast ryby, człowieka do pożarcia! - odparł Amerykanin z dziwnym spojrzeniem utkwionym na Indianinie Carrierze, który nie rozumiał niczego z tej rozmowy.

Na te słowa zgaszony wzrok sir Georges'a zaświecił się rodzajem niezwykłej fosforescencji. Błysk trwał nie dłużej niż błyskawica, następnie nagle zgasł, niemniej jednak został zauważony przez Jankesa.

- Tom, kochasz pieniądze? - zagaił sir Georges po chwili milczenia.

- Szalenie, Ekscelencjo.

- Chcesz zarobić dziesięć funtów?

- Co za to trzeba zrobić, Ekscelencjo...? Jeśli chodzi o wystrzelanie całego tego robactwa, jestem do pańskich usług.

- Aż tyle od ciebie nie żądam. Zrań tylko, niby przez przypadek, tego Carriera, tak aby nie mógł uciec.

- Załatwione, Ekscelencjo! - odparł nędznik z okrutną brutalnością dawnego łowcy Indian.

Po tych słowach wziął karabin i błyskawicznie strzelił do nieszczęśnika, który upadł ze strzaskaną nogą, wydając straszliwy krzyk.

 

Następnie podjął z ponurym uśmiechem:

- Macie, Indianie Krwawego Plemienia, oto mięso... które kochacie! Skaczcie, śpiewajcie, jedzcie i pijcie...! Dżentelmen częstuje... A przede wszystkim ani słowa, jeśli chcecie mieć to samo innym razem.

 

 

 

 

66 Orzesznik (przeorzech, hikora, Carya) - rodzaj z rodziny orzechowatych, 20 gatunków drzew występujących głównie w Ameryce Północnej (dwa gatunki w Azji); ważny składnik amerykańskich lasów.

67 Szczytówka - cienki pręt na końcu wędki, wykrywający delikatne brania.

68 Przelotka - część wędki, która służy do podtrzymywania i do wyciągania żyłki z wody.

69 Multiplikator - kołowrotek wędkarski o ruchomej szpuli.

70 Florans - włókno jedwabne używane w rybołówstwie; także lekka tkanina jedwabna.

71 Przeciwzasłona czwarta - okrężny ruch ręki szermierza (przedramienia lub samej dłoni) z bronią z pozycji czwartej (chroniącej lewą górną część ciała) ponownie do tej samej pozycji czwartej.

72 Giga - żywy taniec ludowy w takcie trójkowym, popularny w Anglii i Szkocji w XVI i XVII wieku, do dziś tańczony w Irlandii; także żywy utwór muzyczny.