Rozdział III
Najbardziej zarybiona rzeka - Tragarze czy Carrierowie - Kanadyjski przewodnik - Stara znajomość - W drodze - Jak Metys rozumie stosunki z lokajami - Komfort Jego Ekscelencji - Angielski egoizm - Indianie Krwawego Plemienia47 - Sir Georges chce widzieć scenę ludożerstwa
Fraser jest największą rzeką Kolumbii angielskiej. Można by nawet powiedzieć: jedyną, ponieważ rzeka nosząca nazwę prowincji, czyli Columbia River, należy do terytorium Dominium jedynie w górnej części swego biegu.
Fraser ma swoje źródła w Jeziorze Żółtej Głowy (Yellow Head)48, położonym na zachodnim zboczu gór, skąd wypływają z przeciwnego stoku strumienie, które łączą się w rzekę Athabaska49.
Jej bieg tworzy niewyraźny kształt litery S, której górne zakole obejmuje obszerny górniczy dystrykt Cariboo, a niższe zakole omija linię kolejową z Lytton do Vancouver i szerokim estuarium50 rzuca się do cieśniny Georgie. Bardzo wydłużona forma S przyjmuje liczne dopływy: Bear River, Willow River, Stuart River, pokonujące duże uskoki, zasilane z jezior rozłożonych jak długie, olbrzymie lustra i płynące przez głębokie lasy. Black Water, Quesnel, Chilcotin, Rzeka Thompsona, wymieniając tylko najważniejsze, wpływają do niej z prawa i lewa, rwące i głębokie, obciążone w większości kwaśną próchnicą, jak Black Water, co nadaje jej wodzie bardzo charakterystyczny ponury odcień. Od pięćdziesiątego trzeciego do czterdziestego dziewiątego równoleżnika płynie na takiej głębokości między górami, a jej łożysko jest tak kręte, że niepodobna śledzić jej bieg, otoczony pionowymi skałami, o które rozbijała się z wściekłym hałasem.
Płynie w ten sposób przez ponad trzysta mil51, otoczona ciekawymi tarasami, które nadają tak dziwaczny charakter krajnie, którą nawilża, rzuca się poprzez Bramę Piekieł (Hells Gate), wąską i ściśniętą, białą od piany, przyprawiającą o zawrót głowy, niedostępną aż do miejsca, gdzie zbacza ze wschodu na zachód, aby zniknąć w morzu.
Wreszcie, aby nie przedłużać tego opisu, który należy raczej do dziedziny geografii w dosłownym znaczeniu tego słowa, należy dorzucić, że charakterystycznymi cechami wód Frazer jest głębokość, niska temperatura, szybkość i przejrzystość.
Te wody unoszą w szczodrej ilości ziarenka złota wyrwane z odległych piasków aluwialnych i posiadają tyle ryb, że ich połowy i przetwórstwo na konserwy stanowią przedmiot bardzo dobrze prosperującego przemysłu.
Cała dolna część rzeki szczególnie obfituje w łososie. W latach trzydziestych bardzo często zdarzało się przewoźnikom prowadzącym swoje łodzie za pomocą bosaków niechcący zahaczać olbrzymie łososie w momencie ich migracji znanej pod nazwą "ciąg tarłowy"52.
W całym górnym biegu, aż do najbardziej znikomych dopływów, szybko rozmnaża się pstrąg, który kpi sobie z różnych przeszkód, znajduje upodobanie w potokach, gdzie w zimnych i bystrych wodach nabiera tej zwinności ruchów i delikatności mięsa, tak docenianego przez wędkarzy i smakoszy.
Sześć dni upłynęło od przybycia do Victorii sir Georges'a Lesliego, który wyruszył z Anglii po zakładzie mającym za swój przedmiot określenie cech zoologicznych bighorna, dzikiego barana z Gór Skalistych.
Sir Georges nie tracił czasu. Dzięki braterskiej pomocy gubernatora porucznika mógł w zaledwie dwadzieścia cztery godziny zorganizować swoją wyprawę, zebrać ludzi, konie, muły i wozy; wysłać to wszystko, naturalnie bez żadnych opłat, koleją aż do Kamloops i odjechać bez pośpiechu, z powierzonymi obowiązkami inspektora kopalń, przyznawania złotonośnych claims53 i dobierania personelu, który je eksploatował. Była to władza, że tak powiem, nieograniczona.
Władze - poinformowane telegraficznie i w konsekwencji pisemnie przez głównego pana prowincji - dosłownie robiły, co mogły, aby dostarczyć podróżnikowi wszystkiego, co było niezbędne do uwieńczenia sukcesem jego przedsięwzięcia.
Dziesięciu Indian nazywanych Carrierami lub tragarzami nie zaangażowano, lecz po prostu zarekwirowano do prac publicznych i wiadomo było, że zostaną wynagrodzeni, kiedy i jak się spodoba przedstawicielowi Jej Miłościwej Królewskiej Wysokości.
Szeryf, którego obowiązki zmuszały do utrzymywania kontaktów z wszelkiego rodzaju ludźmi i który znał prawie wszystkich w zasięgu swojej jurysdykcji, odnalazł starego kanadyjskiego myśliwego.
Ten "zawodowy" łowca, to znaczy myśliwy żyjący ze swojej profesji, był jednym z najbardziej zahartowanych leśnych gońców54, których gatunek z dnia na dzień znika.
Lepiej byłoby powiedzieć: myśliwy korzystający z życia, ponieważ posiadał dość okrąglutką fortunkę, znalezioną w minionych latach w kopalniach złota, która pozwalała mu żyć dostatnio, zgodnie z jego upodobaniami podwójnego filozofa, niczym wędrownemu Nemrodowi55.
Ponieważ przez czterdzieści lat polował dla Kompanii Futrzarzy Zatoki Hudsona56 i żyjąc z dala od miast tym życiem bez pęt, tak drogim ludziom jego profesji, potrzebował przynajmniej ośmiu miesięcy z dwunastu na włóczęgę po górach, równinach, lasach oraz dolinach; zmęczenia i niebezpieczeństwa tej awanturniczej egzystencji stanowiły nieodpartą atrakcję dla jego silnego organizmu.
Był to olbrzym co najmniej pięćdziesięciopięcioletni, potężnie zbudowany, zwinny jak młodzieniec, silny jak bizon, o kruczoczarnych włosach i brodzie, którego oblicze, energiczne, chytre, nieugięte i jednocześnie sympatyczne, wskazywało na Metysa.
Istotnie był to Metys frankokanadyjski57 Joseph Perrot, dobrze znany tym, którzy przeczytali moją wcześniejszą powieść Lądem z Paryża do Brazylii, jako jeden z jej bohaterów.
Spędzał koniec zimy w Kamloops i szykował się do wyjazdu do Barkerville58, gdzie wzywały go prywatne sprawy. Zamierzał odbyć tą podróż na piechotę, "wymachując rękoma", to znaczy łowiąc ryby i polując, przetrząsając zarośla według swojej fantazji, tak jak przystało na miłośnika natury, spędzającego na świeżym powietrzu trzy czwarte swego żywota.
Ponieważ jego spotkanie w pięknym mieście Cariboo było ustalone za miesiąc, ustąpił po naleganiach szeryfa i zgodził się towarzyszyć angielskiemu myśliwemu, który przyjechał specjalnie, aby polować, i który obrał ten sam kierunek podróży.
Na koniec zaakceptował stawkę jednego funta szterlinga dziennie, wzruszając ramionami jak człowiek, który drwi sobie trochę z pieniędzy, i stawiając jako formalny warunek, że nigdy nie będzie miał do czynienia z lokajami dżentelmena, ale z samym dżentelmenem, i że ten ostatni będzie do niego mówił wyłącznie po francusku.
Sir Georges Leslie zatwierdził taki układ zawarty z szeryfem, wiedząc od tego ostatniego, że Perrot był może jedynym człowiekiem zdolnym go doprowadzić do bighorna.
Pierwszego czerwca karawana w pełnym komplecie załadowała się w Kamloops do pociągu, który miał ją zawieźć do Cache Creek, gdzie zaczynała się droga prowadząca z Yale do Barkerville przez Clinton. U zbiegu Rzek Bonapartego i Thompsona cały personel i całe wyposażenie - ludzie, konie, paczki, wozy - opuścili wagony. Utworzyła się karawana i posuwała się powoli drogą, która wydawała się wyzwaniem rzuconym przez inżynierów na pozór niemożliwym do pokonania przeszkodom natury.
Na czele samotnie kroczył Perrot, ubrany w tradycyjny strój z jeleniej skóry, z karabinem przewieszonym przez ramię, fajką w zębach i węszącym nosem, wskazując drogę.
Za nim gromadka Indian niosących ułożone jedne na drugich paki, które nie mogły zostać umieszczone na wozach ciągniętych przez dwa muły każdy. Dalej jechał pierwszy wóz prowadzony przez amerykańskiego woźnicę Toma, mającego na siedzeniu obok siebie chińskiego kucharza Li, którego twarz o płaskim nosie zachowywała niewzruszoność porcelanowej chińskiej figurki. Następnie drugi wóz, zapchany jak pierwszy aż po nieprzemakalny brezent, który go okrywał, prowadzony ręcznie przez bosego Indianina, później dwa konie na zmianę, które prowadzili za wędzidła dwaj inni Indianie, w końcu dog-cart kierowany przez samego sir Georges'a.
Na siedzeniu obok niego lokaj sir Georges'a w pełnej liberii, trzymający się z tą sztywnością, która cechuje służącego z dobrego domu.
Indianie, bardzo zaintrygowani, przyglądali się z podziwem i szacunkiem temu osobnikowi w kapeluszu z niebiesko-czerwoną kokardą, ubranemu w brązowy płaszcz podróżny z konstelacją olbrzymich guzików lśniących jak słońce, i zadawali sobie pytanie, czy to nie on jest głównym szefem, tym bardziej że wieziony był przez innego brodatego dżentelmena, ubranego bardzo prosto.
Te naiwne dzieci natury, nie znając naszej cywilizacji i jej subtelności, nie mogły mieć pojęcia o stosunkach pana ze służącym, tak jak się to pojmuje u nas. Z tego istotnego powodu Indianie nie potrafili zrozumieć niesamowitej śmieszności oryginalnego Anglika, który na tego rodzaju wyprawę wystroił lokaja w liberię.
Dzięki niezwykłemu posłuszeństwu koni, ich godnej podziwu pewności nóg, jak też ich niezrównanemu ułożeniu, połowa etapu przebiegła bez przeszkód.
Wkrótce nadeszła południowa przerwa na posiłek ludzi i zwierząt; sir Georges, nie wiedząc jak się porozumieć z Perrotem, zatrzymał swój zaprzęg i po prostu wysłał do dzielnego Kanadyjczyka człowieka w liberii.
Ten w kilku szybkich krokach dogonił Perrota i przemówił do niego, a raczej wycedził przez zaciśnięte zęby, bardzo arogancki w swojej podwójnej roli Anglika i lokaja:
- Przewodniku! Jego Ekscelencja wysyła mnie z rozkazem, byś się zatrzymał.
Perrot obrócił się flegmatycznie, wypuścił kłąb tytoniowego dymu, wzruszył ramionami i bez słowa podjął marsz.
Pięć minut później Kanadyjczyk, posuwający się swoimi długimi krokami trapera, usłyszał inny głos, bardziej wyniosły, który krzyczał do niego rozkazującym tonem:
- Przewodniku! Wydałem rozkaz zatrzymania się, czy ty mnie rozumiesz?
Olbrzym odwrócił się po raz drugi, rozpoznał samego sir Georges'a i mierząc wzrokiem pana z tym samym spokojem co służącego, zachował swą dostojną niewzruszoność.
- Słuchaj, kiedy rozkazuję! - ciągnął sir Georges, któremu głos lekko drżał.
- Z całym szacunkiem - odpowiedział po francusku Perrot na te słowa wypowiedziane po angielsku - trzeba trochę wiedzieć, panie milordzie, do kogo pan mówi, i gdzie są postanowienia naszej umowy. Przede wszystkim moje nazwisko brzmi Perrot... Nie nazywam się "przewodnik", proszę sobie to zapamiętać, ponieważ zależy mi, aby mnie tak nie nazywać. Następnie, proszę mówić do mnie po francusku, ponieważ taki był mój warunek, zaakceptowany przez szeryfa i zatwierdzony przez pana. I aby wreszcie zakończyć: jeśli kiedykolwiek zwróci się pan do mnie przez tego Pourichinela59, którego mi pan przysłał...
- Och! Jakiego Pourichinela...?
- Oczywiście tego linoskoczka, lokaja, co jeszcze... Mam do czynienia z panem, z panem i nikim więcej, i jeśli jeden z tych rascals60 powie coś do mnie w swoim lub pańskim imieniu, rozpłatam go na dwie części. A teraz zmuszony jestem wygłosić drugą przemowę kalibru poprzedniej: odchodzę do moich spraw i pozostawiam panu szukanie samemu pańskiego bighorna. Oto jacy jesteśmy, my, Kanadyjczycy ze starej Francji.
Na te słowa, podkreślone przebiegłą ironią, charakterystyczną dla wieśniaków, kiedy kpią sobie z pana, sir Georges pobladł i poczuł szaloną ochotę rzucić się z podniesionymi pięściami na Metysa.
Ale ten piekielny człowiek bawił się jakby przypadkiem swoim nożem do skalpowania, gotów rozorać żebra dżentelmena, gdyby ten stał się nietaktowny.
Sir Georges, nie mając najmniejszej ochoty poddać swojej klatki piersiowej obróbce tym narzędziem, którym chętnie bawią się traperzy i górnicy, opanował swoją wściekłość i ostatecznie skończył sprawę po myśli Perrota.
Postój, posiłek, odjazd odbyły się bez problemów. Druga część etapu przebiegła bez trudności. Na noc konie zostały wyprzęgnięte, solidnie przywiązane, i nakarmione, podobnie jak muły, owsem i trawą tussac61.
Li zainstalował przenośną kuchnię Jego Ekscelencji, otworzył kilka konserw i ugotował zestaw bardzo apetycznych potraw, podczas gdy lokaj nakrywał stolik cienkim białym obrusem, który ozdobił konstelacją błyszczących sreber.
Tymczasem butelka starego claretu62 podgrzewała się, by rozwinąć cały swój aromat, a Jego Ekscelencja, który lubił dobrze zjeść nawet w podróży, zasiadł do stołu i jako wytrawny smakosz czynił honor wiktuałom przygotowanym przez Li.
Namiot, w którym Jego Ekscelencja miał spędzić noc, został już rozbity wraz z polowym łóżkiem, na którym miało spocząć tak cenne ciało, po wypaleniu na składanym fotelu pewnej liczby doskonałych cygar.
Pan, dobrze najedzony (służba posiliła się resztkami z uczty), pochłaniał duże ilości herbaty, przepłukiwał gardło brandy i wydawał się druzgotać swoją butą nieszczęśliwych najemników, zmniejszonych do właściwych proporcji.
Przyjęte jest, że szefowie ekspedycji zazwyczaj żywią służbę przez siebie zaangażowaną. Ale w tym przypadku indiańscy tragarze nie będąc zaangażowanymi, lecz zwerbowanymi przez służbę publiczną, musieli się domagać zaspokojenia swoich potrzeb. Tymczasem sir Georges był zbyt wielkim egoistą, aby dać im choć okruszek pożywienia z jego zaopatrzenia.
Przecież ci Indianie to w sumie bydlęta na dwóch nogach...! Zwierzęta mniej interesujące niż konie i muły, ponieważ nic nie kosztowały. A zatem niech się żywią, jak tylko im się podoba.
W zamyśle sir Georges'a, Perrot miał dzielić stół z woźnicą, lokajem i kucharzem, ale ponieważ Metys czuł nieprzezwyciężoną odrazę do tych osób, pan zdecydował pozostawić go samemu sobie.
Tak więc Perrot i Indianie, jedenastu mężczyzn, a ponadto towarzyszące im trzy kobiety oraz czworo dzieci, w sumie osiemnaście osób, miało głodować po dniu ciężkich trudów.
Jednak stary traper nigdy nie pozostawiał potrzebujących bez pomocy.
Widząc, że nie można niczego oczekiwać ani od pana, ani od służących, wyciągnął z torby mały stalowy trójząb, oprawił go solidnie w gałąź leszczyny, obawiając się wilgoci powierzył jednemu z Indian swój karabin, amunicję, torbę z rozpałką i wszystkie przedmioty, po czym rzekł w języku czinuk63:
- Moi przyjaciele, pójdę wam poszukać czegoś do jedzenia; przygotujcie porządne ognisko.
Bez żadnych przygotowań zanurzył się aż po pachy w lodowatych wodach pobliskiego potoku; przesuwał się blisko stromych brzegów, wypatrując w zamierającym świetle wszelkich wgłębień, od czasu do czasu ciskając pewnym uderzeniem swój trójząb w głąb wód.
Konwulsyjne ruchy poruszyły rękojeść trzymaną w krzepkiej ręce olbrzyma i ukazała się wspaniała krwawiąca ryba, mająca siedem do ośmiu funtów, przebita na wysokości skrzeli potrójnym zębatym grotem.
W jednej chwili ryba została ściągnięta z harpuna, rzucona na ziemię i złapana przez jednego z Indian, który towarzyszył ich dostawcy.
Perrot był tak zręczny w tego rodzaju połowie, taka też była niespotykana obfitość ryb w tym potoku, że w pół godziny wyciągnął również około sześćdziesięciu funtów pstrągów.
- Macie! - powiedział radośnie, wychodząc z wody bez najmniejszych dreszczy. - Z tym nie umrzecie z głodu, a jutro znajdę wam coś jeszcze do zapełnienia brzuchów, moi biedni towarzysze. Co do ciebie, panie milordzie, jeśli kiedyś ty i twoi "lokaje" zostaniecie z wilczym głodem w brzuchu, z przyjemnością zachowam się podobnie.
Dwa dni później dotarli do Clinton, mieściny bez większego znaczenia, gdzie znajdowały się placery eksploatowane przez Chińczyków, ostatniego ośrodka cywilizacji przed Barkerville, odległego mniej więcej dziewięćdziesiąt lig, biorąc pod uwagę krętość drogi.
Perrot przezornie, płacąc ze swojej kieszeni, kupił za sto funtów pemmikanu64, jako rezerwowe zaopatrzenie dla Indian, którymi sir Georges nie zajmował się bardziej, niż gdyby byli dzikimi zwierzętami.
Nazajutrz, czwartego czerwca, rozbito obóz niedaleko małego dopływu Bonaparte River, wypływającego z Lomond Lake.
Zaledwie karawana się zainstalowała i zaczęła rozkładać obóz, kiedy nieoczekiwanie ukazało się pół tuzina Indian o złych minach, drapieżnym wyglądzie, ubranych w dziwaczne, obszarpane ubrania, poza tym źle uzbrojonych w łuki i marne strzelby.
Perrot, nie czekając na dalszy bieg wydarzeń, krzyknął im ostro, aby sobie poszli, a ponieważ nie dość szybko posłuchali, Metys zaczął im grozić karabinem.
Sir Georges, oceniając sytuację jako poważną, musiał porzucić swoją zwykłą arogancję i zapytał Kanadyjczyka, kim są ci Indianie.
- U nas nazywamy ich Złymi Ludźmi, albo jeszcze Indianami Krwawego Plemienia. Są to rabusie, bandyci, mordercy, antropofagowie65... jak się inaczej mówi, spożywający ludzkie mięso. Warci zabicia, gorsi niż wilki.
- Wystarczy! Pozwól im odejść.
Powróciwszy do namiotu, sir Georges przywołał swojego amerykańskiego woźnicę Toma i zapytał go:
- Czy znasz tych ludzi nazwanych przez przewodnika Indianami Krwawego Plemienia?
- Tak, Ekscelencjo... zatwardziali kanibale... wściekli...
- Znasz czinuk?
- Tak, Ekscelencjo.
- Weź pięć butelek brandy, zanieś je im w moim imieniu i powiedz, aby się nie oddalali. Postaraj się, aby nie widzieli cię Kanadyjczyk i Carrierowie.
Później dorzucił sam do siebie z dziwnym spojrzeniem:
- Muszę uczestniczyć w scenie kanibalizmu.
47 Krwawe Plemię (ang. Blood Tribe) - Indianie zamieszkujący południową Albertę w Kanadzie; sami siebie nazywają Kainai, co w ich języku znaczy "Lud wielu przywódców"; wrogowie określali ich mianem "Splamieni krwią" lub "Spragnieni krwi", co znalazło odzwierciedlenie w angielskiej nazwie plemienia; Indianie Kainai są jednym z trzech "pierwszych narodów", jak dziś nazywa się autochtonów zamieszkujących Amerykę przed przybyciem Europejczyków, które tworzą związek Czarnych Stóp.
48 Obecnie wiadomo, że źródła tej rzeki znajdują się na przełęczy Fraser.
49 Athabaska (ang. Athabasca River) - rzeka w Kanadzie, w prowincji Alberta; długość 1231 km, powierzchnia dorzecza blisko 153 tys. km?.
50 Estuarium - poszerzone, lejkowate ujście rzeki, powstałe w wyniku działania pływów morskich.
51 Mila - tu: mila angielska (lądowa) równa 1609 m.
52 Ciąg tarłowy - masowa migracja ryb na tarło, np. w górę rzeki.
53 Claim - w Ameryce i Australii fragment przyznanego gruntu czy lasu; działka.
54 Leśny goniec (fr. coureur des bois) - określenie myśliwych i traperów, którzy w XVII i XVIII wieku wyruszali z Nowej Francji na północny zachód dzisiejszych Stanów Zjednoczonych i południowy zachód Kanady po futra dzikich zwierząt (zwłaszcza bobrów), które pozyskiwali samodzielnie lub nabywali od Indian; pojawili się w pierwszych latach po założeniu Quebecu (1608), a pod koniec XVII wieku było ich około 500.
55 Nemrod - według Starego Testamentu syn Kusza, wnuk Chama, prawnuk Noego, założyciel państwa babilońskiego, słynny łowca; potocznie - zagorzały myśliwy, łowca.
56 Kompania Futrzarzy Zatoki Hudsona (właśc. Kompania Zatoki Hudsona, ang. Hudson's Bay Company - brytyjska kompania handlowa działająca w latach 1670-1869 w Ameryce Północnej; początkowo miała monopol na handel na terenach nad Zatoką Hudsona, od 1821 roku na obszarach dzisiejszej zachodniej i środkowej Kanady; w 1869 roku sprzedała swoje ziemie Dominium Kanady; przekształcona w towarzystwo handlowe.
57 Frankokanadyjczycy - ludność zamieszkująca wschodnie prowincje Kanady, dla której językiem ojczystym jest francuski; będąca częścią narodu kanadyjskiego, zachowuje przynależność do określonej części kraju i kręgu kulturowego (romańskiego i germańskiego); ma głównie korzenie francuskie, belgijskie i szwajcarskie, jest katolicka.
58 Barkerville - główne miasto w czasie gorączki złota w regionie Cariboo, zachowane jako historyczne miasto poszukiwaczy złota.
59 Pourichinel - zniekształcone słowo Poliszynel, nazywające postać z francuskiego teatru lalek; z garbem, w charakterystycznej czarnej masce z haczykowatym nosem, zdradzającą tajemnice, które są wszystkim dobrze znane.
60 Rascal (ang.) - łajdak, łobuz.
61 Trawa tussac (Poa flabellata) - L. Boussenard używa wyrażenia bunch grass, dodając następujący przypis: Doskonała trawa, smaczna i pożywna, znana w regionie; potoczna nazwa trawy z rodziny wiechlinowatych, pochodzącej z Ameryki Południowej i Falklandów; rośnie w wielkich, gęstych kępach, na wysokość ponad dwa metry, na terenach podmokłych i blisko wód; jest dominującym elementem wielu krajobrazów.
62 Claret - nazwa stosowana w Wielkiej Brytanii na określenie lekkiego czerwonego wina pochodzącego z Bordeaux.
63 Czinuk (ang. Chinook) - żargon (używany przez Indian z plemienia Czinuk) złożony ze słów pochodzących z języka: angielskiego, francuskiego i indiańskiego, pidżyn używany w Górnej Kanadzie [przypis L. Boussenarda]; języki pidżynowe - języki pomocnicze o uproszczonej morfologii i składni, a także o ograniczonym słownictwie, powstałe na bazie dwóch (lub więcej) języków; kanadyjscy Metysi używali pidżynu o nazwie miszif (ang. Michif).
64 Pemmikan - utłuczone i wysuszone mięso pomieszane z tłuszczem, służące jako koncentrat spożywczy.
65 Antropofag (z gr.) - ludożerca.