PIEKŁO I NIEBO. Miłość i wojna. Tom 3 - John Jakes

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Tej nocy w Waszyngtonie padał deszcz. We wtorek dwudziestego trzeciego maja George Hazard obudził się tuż przed świtem w apartamencie w hotelu Willard. Oparł rękę na ciepłym ramieniu żony, Constance, i zaczął nasłuchiwać.

Przestało padać.

Cisza była dobrym znakiem przed zbliżającym się uroczystym dniem. Tego ranka miała się rozpocząć nowa epoka - epoka pokoju w ocalonej Unii.

Skąd więc przeczucia, że nadchodzą nieszczęścia?

George cicho wstał z łóżka. Flanelowa koszula nocna plątała się między jego owłosionymi łydkami, kiedy wymykał się z pokoju. Miał czterdzieści jeden lat. Był krępym mężczyzną o silnych ramionach. Koledzy z West Point nadali mu przydomek Pniak, ze względu na atletyczną budowę i niewielki wzrost. Włosy i starannie utrzymywaną żołnierską bródkę przyprószyła mu siwizna.

Przeszedł do salonu i zobaczył porozrzucane gazety i czasopisma. Nie poskładał ich wieczorem, ponieważ był zbyt zmęczony. Zaczął je porządkować. Starał się to robić możliwie jak najciszej, bo w drugiej i trzeciej sypialni spały jego dzieci. Syn, William Hazard III, skończył w styczniu szesnaście lat. Patricia będzie miała szesnaste urodziny pod koniec roku. Młodszy brat George'a, Billy, zajmował z żoną, Brett, czwartą sypialnię. Choć Billy miał brać udział w dzisiejszej paradzie, otrzymał zezwolenie na spędzenie nocy poza obozem saperów w Forcie Berry.

Sądząc z tonu prasy, złe przeczucia George'a były bezpodstawne. "New York Times", "Tribune", "Washington Star" oraz najświeższy numer "Army and Navy Journal" uderzały w tę samą triumfalną nutę. George ułożył gazety na stoliku w przyzwoity stos. Pierwsze strony wykrzykiwały:

 

Mimo że wojna zakończyła się zaledwie przed paroma dniami, już teraz rozpoczęliśmy zwalnianie ludzi z wielkiej Armii Unii.

 

To oni zdławili rebelię, to oni ocalili Unię i zdobyli kraj dla siebie i dla nas.

 

Departament Wojny wydał rozkaz wydrukowania na papierze pergaminowym sześciu tysięcy formularzy zwolnień z wojska.

 

Nasza niezależna republika rozwiązuje armie, wysyła do domu wiernych żołnierzy, zamyka punkty rekrutacyjne, wstrzymuje kontrakty na wszelkie dostawy i zamierza porzucić ponurą ścieżkę wojny na rzecz szerokiej i świetlistej drogi pokoju.

 

Tego dnia i następnego miało się odbyć kilka uroczystości: wielka parada Armii Potomacu Granta i Armii Zachodniej Wuja Billy'ego Shermana. Ludzie Granta pomaszerują dzisiaj; nieustępliwe i nieokrzesane oddziały Shermana jutro. Ci drudzy, z Zachodu, drwili sobie z tych ze Wschodu, nazywając ich "papierowymi kołnierzykami". Być może ludzie Shermana przedefilują z krowami, kozami, mułami i walczącymi kogutami, które przywieźli do obozów rozlokowanych wzdłuż rzeki Potomac.

Nie wszyscy mężczyźni, którzy poszli na wojnę, wezmą udział w defiladzie. Niektórzy już nigdy nie spotkają najbliższych; na przykład najlepszy przyjaciel George'a, Orry. Poznali się jako kadeci w West Point w 1842 roku. Służyli razem w Meksyku. Ich przyjaźń przetrwała nawet kapitulację Fortu Sumter, kiedy to niezależnie od ich woli znaleźli się po dwóch stronach konfliktu. Śmierć dosięgnęła Orry'ego w ostatnich dniach wojny w pobliżu Petersburga. Nie zginął w walce. Stał się ofiarą głupiej, niepotrzebnej, mściwej kuli rannego żołnierza Unii, któremu usiłował pomóc.

Z wielu młodych ludzi wojna zrobiła starców. Nadal włóczyli się po drogach Południa, wracając do domu, do nędzy, ziemi spustoszonej i spalonej przez walczące armie. Inni podróżowali pociągami na Południe, okaleczeni na ciele i duchu po pobycie w kloakach, które nazywano więzieniami dla rebeliantów. Jeszcze inni konfederaci uciekali do Meksyku, zaciągali się do armii kedywa Egiptu albo znikali gdzieś na Zachodzie i próbowali zapomnieć o ranach zadanych nie tylko ciałom. Młodszy kuzyn Orry'ego, Charles, wybrał tę ostatnią drogę.

Byli też tacy, dla których wojna zakończyła się hańbą - na czele z Jeffem Davisem, prezydentem Konfederacji, schwytanym w pobliżu Irwinville w stanie Georgia. Gazety na Północy donosiły, że próbował uniknąć aresztowania, uciekając w kobiecym przebraniu. Nie wiadomo, czy była to prawda, ale niektórym Jankesom więzienie nie wydawało się dostateczną karą dla Davisa. Domagano się szubienicy.

George zapalił drogie kubańskie cygaro i podszedł do okna wychodzącego na Pennsylvania Avenue, z którego byłoby doskonale widać dzisiejszą defiladę. Otrzymał jednak specjalne bilety wstępu na trybunę ustawioną naprzeciw trybuny prezydenta. Ostrożnie otworzył okno.

Niebo było bezchmurne. Wychylił się tak, by wydmuchiwać dym z cygara na zewnątrz. Dostrzegł patriotyczne dekoracje na trzy- i czteropiętrowych budynkach ciągnących się wzdłuż alei. Szarfy w radosnych barwach zastąpiły w końcu tę żałobną krepę, która wisiała wszędzie po zamachu na Lincolna. Jasnoczerwona wstęga światła nad Potomakiem wyznaczała horyzont.

Na zabłoconych ulicach pojawiły się pierwsze powozy, kawalerzyści na koniach i przechodnie. George obserwował czarną rodzinę - ojca, matkę i pięcioro dzieci - podążającą w kierunku Parku Prezydenckiego. Dla nich zakończenie wojny nie było jedynym powodem do radości; dostali też trzynastą poprawkę do konstytucji, na zawsze znoszącą niewolnictwo. Poszczególne stany miały ją jeszcze ratyfikować i dopiero wtedy nabierze mocy prawnej.

Rozjaśniło się. Coraz wyraźniej rysowały się czerwień, biel i błękit. Koniec z deszczem. Dlaczego nękają mnie złe przeczucia, skoro wszystkie znaki są tak pomyślne? - zastanawiał się George.

To przez nasze rodziny, uznał w końcu. Mainów i Hazardów. Przeżyli wojnę, ale okaleczyła ich psychicznie. Siostra George'a, Virgilia, była stracona dla rodziny z powodu swojej radykalnej postawy. Smuciło go to tym bardziej, że teraz przebywała właśnie tutaj, w Waszyngtonie. Nie znał jednak jej adresu.

Był też Stanley, starszy brat, pozbawiony jakichkolwiek kompetencji człowiek, który na wojnie dorobił się wielkiego majątku. Mimo tego sukcesu - lub może z jego powodu - za dużo pił.

U Mainów sprawy nie toczyły się lepiej. Ashton, siostra Orry'ego, przepadła gdzieś na Zachodzie po tym, jak uwikłała się w nieudany spisek w celu obalenia rządu Davisa i zastąpienia go jeszcze bardziej ortodoksyjnym. Brat Orry'ego, Cooper, który pracował w Liverpoolu dla Departamentu Marynarki Wojennej Konfederacji, stracił jedynego syna, Judaha, gdy statek przemytniczy, którym płynęli do Karoliny Północnej, został zatopiony przez eskadrę Unii w pobliżu Fortu Fisher.

Była wreszcie wdowa po najlepszym przyjacielu George'a, Madeline. Czekała ją walka o odbudowanie swojego życia i spalonej plantacji nad rzeką Ashley w pobliżu Charlestonu. George wręczył jej list kredytowy na czterdzieści tysięcy dolarów wystawiony przez bank, w którym posiadał większość udziałów. Miał nadzieję, że Madeline poprosi go jeszcze o pomoc finansową, bo większość pieniędzy, które od niego dostała, musiała przeznaczyć na spłacenie dwóch hipotek i uregulowanie podatków federalnych, by uniknąć konfiskaty majątku przez agentów skarbowych szalejących już na Południu. Madeline na razie nie poprosiła jednak o więcej i to go niepokoiło.

Nawet o tak wczesnej porze ruch konny na ulicach był duży. Gdyby zaufać niebu i łagodnemu wietrzykowi, ten ważny dzień powinien być piękny. Czemu więc George, nawet gdy odegnał smutne wspomnienia, nie mógł oprzeć się uczuciu, że nadchodzą kłopoty?

* * *

Hazardowie szybko zjedli śniadanie. Brett robiła wrażenie szczególnie szczęśliwej i podekscytowanej, co napawało George'a pewną dozą zazdrości. Za parę tygodni Billy zamierzał zrezygnować ze służby w oddziałach inżynieryjnych i wsiąść z żoną na statek płynący do San Francisco. Ani on, ani Brett nigdy nie widzieli Kalifornii, ale pociągały ich opisy klimatu, krajobrazów i perspektyw tego regionu. Billy pragnął założyć własną firmę inżynieryjną. Podobnie jak jego przyjaciel, Charles Main, z którym studiował w West Point - gdzie znaleźli się, idąc za przykładem George'a i Orry'ego - chciał odjechać jak najdalej od świeżo zabliźnionych pól, na których Amerykanin walczył z Amerykaninem.

Billy i jego żona powinni wypłynąć jak najszybciej, ponieważ Brett spodziewała się pierwszego dziecka. Billy wyznał to George'owi w sekrecie, bo zgodnie z konwenansami o ciąży nie powinno się w ogóle wspominać, nawet w gronie rodzinnym. Gdy zbliżał się termin rozwiązania i brzuch kobiety wydymał się, ludzie udawali, że niczego nie dostrzegają. Kiedy przychodziło na świat drugie dziecko, rodzice często tłumaczyli pierworodnemu, że lekarz przyniósł niemowlę w butelce. George i Constance dostosowywali się do większości tych głupich zasad, ale nigdy nie posunęli się do opowiadania swoim dzieciom historyjki z butelką.

George wraz z rodziną dotarł do sektora specjalnego o ósmej piętnaście. Zajęli miejsca wśród reporterów, kongresmenów, sędziów Sądu Najwyższego, oficerów armii i marynarki wojennej. Na lewo od nich Pennsylvania Avenue biegła wokół gmachu Departamentu Skarbu stojącego przy Piętnastej Ulicy, dlatego też duża jej część, aż do Kapitolu, była niewidoczna.

Po prawej, w odległości czterech przecznic, ludzie tłoczyli się za ustawionymi wcześniej zaporami, stali w oknach, siedzieli na dachach, a nawet wspinali się na wyginające się pod ich ciężarem gałęzie drzew. Po przeciwnej stronie stała zadaszona trybuna dla prezydenta Johnsona i honorowych gości. Zasiedli na niej generałowie Grant i Sheridan oraz szef Stanleya Hazarda, sekretarz wojny Stanton. Wzdłuż dachu trybuny wisiały transparenty z wypisanymi nazwami miejsc zwycięstw Unii - ATLANTA, ANTIETAM, GETTYSBURG, SPOTSYLVANIA - ozdobione małymi chorągiewkami i zielonymi gałązkami.

Za kwadrans dziewiąta wciąż nie było prezydenta. Ten toporny człowiek stał się ostatnio ofiarą wielu plotek. Ludzie twierdzili, że brakuje mu taktu, pije nałogowo i jest pospolity. To ostatnie przynajmniej było prawdą. Johnson, krawiec, a później senator, syn tragarza, stałego bywalca tawern Tennessee, samouk, nie miał talentu Lincolna: nie potrafił obrócić na swoją korzyść niskiego pochodzenia. George spotkał kiedyś Johnsona. Uznał go za obcesowego, pełnego uprzedzeń człowieka, który przejawiał niemal religijny szacunek dla konstytucji. Już samo to wystarczało, by kłócił się z radykalnymi republikanami, którzy chcieli tak rozszerzyć interpretację konstytucji, by odpowiadała ich wizji narodu.

George zgadzał się z wieloma punktami programu radykałów - na przykład w kwestii równych praw oraz prawa wyborczego dla mężczyzn obu ras - nie był jednak zachwycony ich motywami i metodami. Wielu z nich nie ukrywało nawet, że głosy czarnych wyborców są im potrzebne, by uzyskać większość mandatów parlamentarnych i zburzyć tradycyjną dominację demokratów w kraju. Radykałowie okazywali wrogość zarówno pokonanym przeciwnikom, jak i tym, których uważali za "ideologicznie skażonych".

Między nimi a prezydentem Johnsonem rozgorzała walka o kontrolę nad sprawami odbudowy państwa. Nie był to konflikt nowy. Już w 1862 roku Lincoln zaproponował plan Louisiana, a później przerobił go tak, by każdy stan, który ogłosił secesję, mógł na powrót przystąpić do państwa, o ile "znaczący rdzeń" wyborców - wystarczało dziesięć procent obywateli z prawem wyborczym przysługującym im do 1860 roku - złożył przysięgę lojalności i zorganizował prounijny rząd.

W odpowiedzi na ten plan radykalni republikanie przedstawili w lipcu 1864 roku ustawę przygotowaną przez senatora Bena Wade'a z Ohio i członka Izby Reprezentantów, Henry'ego Davisa z Marylandu. Ustawa proponowała znacznie surowsze warunki powrotu do Unii. Znalazł się w niej zapis o rządach wojskowych nad pokonaną Konfederacją. Dawała Kongresowi kontrolę nad odbudową państwa. Na początku 1865 roku stan Tennessee utworzył rząd zgodnie z planem Louisiana. Na jego czele stanął wig i zwolennik Unii, niejaki Brownlow. Radykałowie w Kongresie odmówili jednak uznania tego rządu.

Prezydent Andrew Johnson wprawdzie oskarżył Jeffersona Davisa o "inspirowanie" i "poparcie" zamachu na Lincolna w Teatrze Forda i wygłosił obowiązkowe oskarżenia pod adresem Południa, ale upierał się przy umiarkowanym planie Louisiana. Ostatnio George słyszał, że Johnson zamierza latem i jesienią odpowiednimi dekretami wprowadzić ten plan w życie. Kongres zawiesił obrady i miały zostać wznowione dopiero pod koniec roku, a że Johnson z całą pewnością nie zwoła sesji nadzwyczajnej, pokrzyżuje tym samym plany radykałów.

Plotki mówiły o przygotowywanych akcjach odwetowych republikanów. George zamierzał porozmawiać w Waszyngtonie z wpływowym politykiem z Pensylwanii i powiedzieć mu, co o tym wszystkim sądzi. Wystarczająco dużo łożył co roku na partię, by mieć do tego prawo. Może z takiej dyskusji wyniknie coś dobrego.

- Tato, tam jest ciocia Isabel - odezwała się z tyłu Patricia.

George dostrzegł żonę Stanleya, machającą z prezydenckiej trybuny. Skrzywił się, odwzajemniając pozdrowienie.

- Chce, żebyśmy koniecznie ją zobaczyli - powiedział.

Brett uśmiechnęła się. Constance poklepała męża po ręce.

- George, nie bądź złośliwy. Przecież nie zamieniłbyś się ze Stanleyem.

Wzruszył ramionami i dalej obserwował ludzi po swojej stronie ulicy. Chciał przycisnąć do muru kongresmena ze swojego stanu i szukał go w tłumie. W tym czasie Constance sięgnęła do torebki po landrynkę. Jej rude loki wysypywały się spod modnego słomkowego kapelusza. Wciąż mogła się szczycić białą irlandzką karnacją, mimo że od ślubu, pod koniec wojny meksykańskiej, przybyło jej piętnaście kilogramów. George twierdził, że mu to nie przeszkadza; uważał trochę więcej ciała za oznakę zadowolenia.

Punktualnie o dziewiątej gdzieś w okolicy Kapitolu huknęły armaty. Kilka minut później Hazardowie usłyszeli z daleka, że orkiestra zaintonowała When Johnny Comes Marching Home. Potem niewidoczne tłumy ludzi za zakrętem Pennsylvania Avenue zaczęły wiwatować na cześć defilujących jednostek. Wkrótce pierwsi żołnierze wyłonili się zza gmachu Departamentu Skarbu. Przywitały ich radosne okrzyki i burzliwe oklaski.

Defiladę prowadził generał erudyta George Meade; wśród owacji podjechał do prezydenckiej trybuny. Chłopcy, którzy zwisali z drzew, wychylali się i tak klaskali, że omal nie pospadali z gałęzi. Meade zasalutował szablą dygnitarzom - ani Grant, ani Johnson jeszcze się nie pojawili - po czym oddał konia kapralowi i usiadł wśród zebranych na trybunie.

Kobiety wiwatowały, mężczyźni płakali bez zażenowania, chór młodych uczennic śpiewał. Dziewczęta zasypywały ulicę bukietami kwiatów. Słońce odbijało się żywym ogniem w białej jak alabaster kopule Kapitolu, gdy w polu widzenia ukazał się generał Wesley Merritt z Trzecią Dywizją. Jej dowódcę, Małego Phila Sheridana, już oddelegowano do nowych zadań nad Zatoką Meksykańską. Gdy maszerowała Trzecia Dywizja, nawet William, który przechodził właśnie młodzieńczy okres buntu przeciw całemu światu, zerwawszy się z miejsca, gwizdał i klaskał w dłonie.

Kawaleria Sheridana przejechała w kolumnach szwadronów, po szesnaście osób w szeregu. Szable lśniły w słońcu, żołnierze ewidentnie wyszli prosto od fryzjera i nie okazywali zbytniego zmęczenia wojaczką. Wielu z nich wetknęło w lufy karabinów bukieciki stokrotek i fiołków.

Każdy szereg salutował szablami przed prezydentem, który wreszcie pokazał się na trybunie w towarzystwie generała Granta. Johnson miał niezbyt pewną minę. George usłyszał, jak jakaś kobieta z tyłu zastanawia się głośno, czy prezydent już jest pijany.

W powietrzu unosił się kurz. Odór końskich odchodów był coraz intensywniejszy. Z Piętnastej Ulicy dobiegły okrzyki:

- Custer! Custer! Custer!

I oto pojawił się na dumnie kroczącym pięknym gniadoszu, Don Juanie, Generał Chłopiec o bujnych pszenicznych włosach opadających na ramiona, z zarumienioną twarzą, czerwoną chustką na szyi, ze złotymi ostrogami i z kapeluszem o szerokim rondzie. Zdjął go, żeby podziękować tłumom za owacje. Niewielu oficerów Unii cieszyło się taką sympatią społeczeństwa i prasy. George Armstrong Custer wlókł się w ogonie swojego rocznika w West Point, a jednak w wieku dwudziestu trzech lat został dowódcą brygady, a rok później generałem majorem. Padło pod nim dwanaście koni. Nieustraszony albo lekkomyślny, w zależności od punktu widzenia. Mówiło się, że pragnął zostać prezydentem po Ulyssesie Grancie. Jeśliby naprawdę tego chciał, to gdyby dopisało mu słynne "custerowskie szczęście", a ludzie wciąż by o nim pamiętali, zapewne mógłby osiągnąć cel.

Młody generał przewodził oddziałowi kawalerzystów z czerwonymi chustkami na szyjach, a pułkowa orkiestra głośno grała Garry'ego Owena. W chórze uczennic nastąpiło poruszenie. Dziewczęta znów były gotowe do śpiewu. Rzucały kwiaty. W pobliżu trybuny prezydenckiej Custer wyciągnął rękę, by chwycić bukiet...

Lecz nagły ruch spłoszył jego konia. Gniadosz rzucił się w kierunku Siedemnastej Ulicy i George ujrzał wściekłą twarz generała. Zanim Custer odzyskał panowanie nad Don Juanem, było za późno, by przedrzeć się pod prąd przez szereg ludzi i koni i oddać honory prezydentowi. Rozjuszony oficer pojechał więc dalej.

Tego dnia "custerowskie szczęście" nie zadziałało, pomyślał George, zapalając cygaro. Droga do spełnienia ludzkich ambicji rzadko bywa prosta. Dzięki Bogu, on nie miał apetytu na wysokie stanowisko.

Zgodnie z wydrukowanym programem pozostawało jeszcze trochę czasu do pojawienia się saperów. Przeprosił więc towarzystwo i rozpoczął raz jeszcze poszukiwanie polityka, którego miał nadzieję odnaleźć w tłumie.

* * *

Zobaczył go między drzewami za trybuną honorową, rozmawiającego z kimś. Kongresmen Thaddeus Stevens, republikanin z Lancaster i być może czołowy radykał, miał ponad siedemdziesiąt lat. Niezmiennie wytwarzał wokół siebie atmosferę niedostępności i siły. Ani jego szpotawa stopa, ani rzucająca się w oczy brzydka ciemnobrązowa peruka nie umniejszały jego potęgi. Nie nosił brody i wąsów, przez co jeszcze bardziej uwydatniały się ostre rysy.

Właśnie zakończył rozmowę. Dwaj jego wielbiciele ukłonili się i odeszli. George wyciągnął rękę na powitanie.

- Witaj, Thad.

- George. Miło cię widzieć. Słyszałem, że zrzuciłeś mundur.

- Tak. I wracam do Lehigh Station, by pokierować rodzinnymi interesami. Masz chwilkę? Chciałbym z tobą porozmawiać jak republikanin z republikaninem.

- Oczywiście - odparł Stevens. W tym momencie jego oczy straciły blask. George wiedział, że jest to znamienne dla polityków, którzy usiłują ukryć swoje prawdziwe uczucia.

- Chcę tylko powiedzieć, że według mnie powinno się dać szansę programowi pana Johnsona.

Stevens zacisnął usta.

- Rozumiem powód twojego zaniepokojenia. Wiem, że masz przyjaciół w Karolinie Południowej.

Boże, jak ten człowiek potrafił prowokować szczerością! George żałował, że nie jest kilkanaście centymetrów wyższy, bo nie musiałby wtedy podnosić wzroku.

- Tak, to prawda, chodzi o rodzinę mojego najlepszego przyjaciela, który nie przeżył wojny. W obronie tej rodziny muszę powiedzieć, że nie uważam ich ani za arystokratów, ani za przestępców.

- Są nimi, jeśli trzymali czarnych w niewoli.

- Thad, proszę, pozwól mi skończyć.

- Tak, oczywiście. - Stevens odrzucił już pozory życzliwości.

- Parę lat temu uważałem, że nadgorliwi politycy po obu stronach niepotrzebnie podżegali do wojny. Przemyślałem tę sprawę i doszedłem do wniosku, że nie miałem racji. Mimo całej potworności ta wojna była nie do uniknięcia. Stopniowa i pokojowa emancypacja czarnych nigdy by się nie powiodła. Ci, którzy zainwestowali w niewolnictwo, nie zrezygnowaliby z niego.

- To prawda. Przy ich współpracy i poparciu handlarze sprowadzali i sprzedawali niewolników z Kuby i innych karaibskich wysp nawet po tym, jak w tysiąc osiemset siódmym roku Kongres zakazał handlu.

- Bardziej mnie interesuje teraźniejszość. Wojna się skończyła i nie możemy sobie pozwolić na następną. Nasze życie i majątki są zbyt cenne. Wojna niszczy każdą próbę materialnego postępu.

- Ach, tak. - Stevens uśmiechnął się lodowato. - Nowe credo biznesmena. Słyszałem o nurcie ekonomicznego pacyfizmu na Północy. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego.

George się oburzył.

- Dlaczego nie? - spytał. - Czy nie powinieneś reprezentować swoich republikańskich wyborców?

- Reprezentować, tak. Być posłusznym, nie. Moim jedynym przewodnikiem jest sumienie. - Położył rękę na ramieniu George'a i spojrzał na niego z góry; samo pochylenie głowy było sygnałem jego poczucia wyższości. - Nie chciałbym cię źle traktować, George. Wiem, że nie szczędzisz sporych sum na państwo i jego instytucje. Słyszałem także o twojej nieskazitelnej postawie podczas wojny. Niestety, w niczym nie zmienia to mojego stanowiska wobec posiadaczy niewolników z Południa. Członkowie tej klasy oraz ich poplecznicy są zdrajcami naszego narodu. Nie mieszkają już w wolnych stanach, lecz w podbitych prowincjach. Zasługują na surową karę.

W oczach pod krzaczastymi brwiami George ujrzał blask ślepej wiary i ogień świętej wojny.

Cynicy często podejrzewali takich fanatyków o niskie pobudki. Twierdzono, że Stevens stał się orędownikiem praw Murzynów dlatego, że związał się ze swoją gospodynią Mulatką, niepozbawioną uroku wdową, Lydią Smith. Przyczyny nienawiści Stevensa do wszystkiego, co przychodziło z Południa, dopatrywano się w tym, że żołnierze konfederackiego generała Jubala Early'ego podpalili jego hutę w Chambersburgu. George nie bardzo wierzył w tę teorię. Sądził raczej, że Stevens jest uczciwym idealistą, tyle że o skrajnych poglądach. I nie dziwił się, że jego siostra, Virgilia Hazard, i kongresmen są przyjaciółmi.

Poglądy Stevensa nie były jednak w żadnym wypadku reprezentatywne dla republikanów. Raz jeszcze George stwierdził stanowczo:

- Sądziłem, że to prezydent odpowiada za ponowne włączenie Południa do Stanów Zjednoczonych.

- Nie, mój drogi. To przywilej Kongresu. Johnson zrobił głupio, zapowiadając, że wyda dekrety. Wzbudził olbrzymią wrogość wśród moich kolegów. I możesz być pewny, że kiedy się ponownie zbierzemy, naprawimy jego błąd. Nikt nie będzie sobie zawłaszczał praw należących do Kongresu. - Stevens uderzył okuciem laski w ziemię. - Nie pozwolę na to.

- Ale przecież Johnson robi tylko to, co Abraham Lincoln...

- Lincoln nie żyje - przerwał mu Stevens.

George zaczerwienił się.

- W porządku - rzucił. - Jakie chcecie wprowadzić zarządzenia?

- Całkowita zmiana południowych instytucji i obyczajów poprzez okupację, konfiskatę i oczyszczający ogień prawa. Taki program może przerazić słabe umysły i wstrząsnąć tymi, którzy się boją, ale jest konieczny i uzasadniony.

George zaczerwienił się jeszcze bardziej.

- A dokładniej - ciągnął Stevens - żądam surowych kar dla zdrajców, którzy zajmowali wysokie stanowiska. Wcale mnie nie satysfakcjonuje, że Jeffa Davisa zakuto w kajdany w Forcie Monroe. Żądam jego egzekucji. Domagam się, by amnestia nie objęła żołnierzy, którzy zdezerterowali z unijnej armii lub marynarki wojennej i poparli rebelię.

George ze smutkiem pomyślał o Charlesie.

- Żądam równych praw i pełnego obywatelstwa dla wszystkich czarnych i stanowczo domagam się prawa wyborczego dla czarnych mężczyzn - dodał kongresmen.

- Za coś takiego obrzucą cię kamieniami nawet w Pensylwanii. Biali po prostu nie wierzą, że czarni im dorównują. Może to źle, pewnie tak, ale taka jest prawda. Twój program nie ma szans powodzenia.

- Sprawiedliwość nie ma szans powodzenia, George? Równość nie ma szans powodzenia? Nie dbam o to. Takie są moje zasady i będę o nie walczył. W kwestiach sumienia nie może być kompromisów.

- Do cholery, nie zgadzam się z tym. I wielu ludzi z Północy podziela moje zdanie.

Stevens już jednak odszedł, by spotkać się z trzema innymi wielbicielami.

* * *

Batalion Korpusu Inżynieryjnego i Armia Potomacu maszerowały Pennsylvania Avenue ku prezydenckiej trybunie. Osiem kompanii sunęło w nowych eleganckich mundurach, które zastąpiły brudne i postrzępione łachy z ostatnich dni kampanii w Wirginii. Połowa maszerujących przypasała saperki, oznakę niebezpiecznych obowiązków, jakie pełnili. Saperzy budowali mosty i naprawiali drogi pod nieprzyjacielskim obstrzałem. Zajęci pracą, nie mogli się nawet odwzajemniać.

W gorącym słońcu kroczył dumnie Billy Hazard. Miał przystrzyżoną bródkę i maszerował z saperami; już prawie nie czuł bólu gojącej się na piersi rany. Rzucił spojrzenie w kierunku trybuny, gdzie powinna stać jego rodzina. Jego śliczna żona pomachała do niego. Potem odnalazł wzrokiem brata i omal nie stracił rytmu. George robił wrażenie człowieka roztargnionego i ponurego.

Orkiestra dęta huczała. W deszczu kwiatów saperzy zniknęli za trybuną honorową.

Constance zauważyła, że coś jest nie w porządku. Gdy Billy zniknął im z oczu, zapytała męża, o co chodzi.

- Och, znalazłem w końcu Thada Stevensa.

- Przecież widzę, że to nie wszystko. Powiedz mi.

George spojrzał na żonę. Znów gnębiło go przeczucie nadchodzącego nieszczęścia. Nie wiązało się ono bezpośrednio ze Stevensem, choć kongresmen był niewątpliwie istotną częścią układanki.

Podobną wizję George ujrzał w kwietniu 1861 roku, gdy na jego oczach spłonął dom w Lehigh Station. Kiedy wpatrywał się w ogień, zobaczył naród pogrążony w wojnie. Okazało się, że jego obawy były uzasadnione. Stracił Orry'ego, Mainowie stracili rezydencję w Mont Royal, a wojna kosztowała życie setek tysięcy ludzi i niemal zniszczyła więzy między Hazardami i Mainami. Od tego czasu bał się przyszłości. A dzisiejsze przeczucie bardzo przypominało tamto.

Wzruszeniem ramion usiłował uspokoić Constance.

- Wyraziłem tylko swoje poglądy, a on złośliwie je zlekceważył. Chce, żeby Kongres nadzorował zjednoczenie, i domaga się krwi Południa. - George bezskutecznie próbował nie dać się ponieść emocjom. - Stevens chce wojny z Johnsonem, by przeforsować swoje rozwiązania. A ja myślałem, że nadszedł czas, by wzmocnić Unię. Jakby nasza rodzina niewystarczająco ucierpiała na tej wojnie, podobnie jak bliscy Orry'ego.

Constance westchnęła; zastanawiała się, jak poprawić mężowi nastrój. Wreszcie powiedziała z wymuszonym uśmiechem na pulchnej twarzy:

- Kochanie, przecież to tylko polityka...

- Nie. To znacznie więcej. Wydawało mi się, że świętujemy dzisiaj zakończenie wojny, ale Stevens wyprowadził mnie z błędu. Wojna dopiero się zaczyna.

Nie wiedział, czy dwie rodziny, osłabione przez cztery lata jednej wojny, będą miały dość sił, by przeżyć następną.

Rozdział 1

Kolumny ognia strzeliły w niebo. W trakcie bitwy zapaliło się suche poszycie lasu, a następnie stanęły w płomieniach drzewa. Dym wdzierał się do oczu i niemal nie było widać wrogich strzelców.

Charles Main pochylił się nad karkiem swojego siwka, Sporta, i zaczął wymachiwać słomkowym kapeluszem, wołając: "Hah! Hah!". Przed nim galopowało z rozwianymi grzywami dwadzieścia pięknych kawaleryjskich koni. Pędziły to w jedną, to w drugą stronę, usiłując skryć się przed ogniem i upiornym blaskiem.

- Nie pozwól im kręcić się w kółko! - krzyknął Charles do Aba Woolnera, którego nie mógł dostrzec w gęstym dymie. Zaklekotały karabiny. Niewyraźna sylwetka z lewej strony zwaliła się z siodła.

Czy uda im się wyrwać? Muszą to zrobić. Ich armia desperacko potrzebowała tych skradzionych wierzchowców.

Krzepki sierżant w błękitnym mundurze Unii wyskoczył zza pnia. Wymierzył i strzelił w łeb klaczy na czele stada. Zarżała i upadła. Kasztanek biegnący za nią potknął się i runął na ziemię. Charles, galopując obok, usłyszał trzask kości. Usmarowana kurzem twarz sierżanta z Północy rozpromieniła się w uśmiechu. Kasztanek też dostał kulę w łeb.

Żar parzył twarz Charlesa. Dym niemal go oślepił. Ab Woolner i pozostali członkowie ubranej w szarości grupy prawie całkowicie zniknęli z pola widzenia. Tylko konieczność dostarczenia zwierząt generałowi Hamptonowi zmuszała Charlesa do brnięcia przez to piekło, w którym światło słońca wymieszało się z ogniem.

Zaczęły go boleć płuca, z trudem łapał powietrze. Zdawało mu się, że w miejscu, gdzie kończył się pożar lasu, ujrzał umożliwiającą ucieczkę lukę. Ostrogami ponaglił konia. Sport zareagował właściwie.

- Ab, tam, z przodu. Widzisz to?

Jedyną odpowiedzią był wzmożony ostrzał karabinów, głośniejsze krzyki, więcej jęków ludzi i koni padających na płonące liście, które zaścielały ziemię. Charles mocniej wcisnął kapelusz na głowę i wyrwał z kabury wojskowego colta kalibru .44. Odciągnął kurek. Przed nim, na drodze ucieczki, stało trzech żołnierzy Unii. Podnieśli bagnety. Ustawili się bokiem do pędzących koni. Jeden z nich wepchnął bagnet w brzuch srokacza. Trysnął gejzer krwi. Raniony śmiertelnie koń zarżał przeraźliwie i upadł.

Ta brutalność wobec zwierzęcia rozwścieczyła Charlesa. Wystrzelił dwa razy, ale Sport pędził po tak nierównym terenie, że nie istniała szansa trafienia. Nadbiegło całe stado i trzej żołnierze Unii wymierzyli. Jedna z kul trafiła Sporta między oczy. Krew bryznęła Charlesowi w twarz. Zawył jak szalony, gdy przednie nogi siwka się ugięły. Runął na ziemię przez łeb konia.

Wylądował twardo; chwiejnie uniósł się na rękach i kolanach. Jeszcze jeden uśmiechnięty chłopiec z Unii wymachiwał bagnetem. Charles miał wrażenie, że oślepia go pomarańczowe światło, a żar był tak intensywny, że niemal palił skórę. Unionista przekroczył Sporta konającego na ziemi i wepchnął bagnet w brzuch Charlesa, po czym ciągnąc ostrze w górę, otworzył mu ciało od pępka po żebra.

Drugi żołnierz przyłożył mu karabin do głowy. Charles usłyszał huk, poczuł uderzenie, po czym las pociemniał...

- Panie Charles...

- Naprzód, Ab! To jedyna droga.

- Panie Charles, proszę się obudzić.

Otworzył oczy, ujrzał kobiecą sylwetkę skąpaną w szkarłatnej poświacie. Z wysiłkiem wciągnął powietrze. Szkarłat. Las płonął...

Nie. Światło wydobywało się z czerwonych abażurów lamp gazowych wokół salonu. Nic nie płonęło, nie było gorąco.

- Augusta? - zapytał, wciąż niezbyt rozbudzony.

- Och, nie, proszę pana - odparła ze smutkiem. - To ja, Maureen. Strasznie pan krzyczał. Myślałam, że może ma pan jakiś atak.

Charles usiadł i odrzucił ciemne loki ze spoconego czoła. Od jakiegoś czasu nie obcinał włosów. Opadały mu teraz na kołnierz wyblakłej błękitnej koszuli. Chociaż miał zaledwie dwadzieścia dziewięć lat, za sprawą cierpień i rozpaczy stracił wiele ze swojej urody.

W salonie apartamentu chicagowskiego hotelu Grand Prairie dostrzegł na fotelu swój pas. W kaburze spoczywał colt z 1848 roku, z wygrawerowaną sceną walki Indian z dragonami. Na oparciu fotela leżało jego wykonane na wzór cygański poncho z resztek beżowych spodni, zwierzęcych futerek, mundurów Unii, żółtych i czerwonych szalików. Zszył je sztuka po sztuce podczas wojny, by nie marznąć. Wojna...

- Zły sen - powiedział. - Obudziłem Gusa?

- Nie, pański synek mocno śpi. Tak mi przykro, że miał pan złe sny.

- Mogłem się domyślić, że to tylko koszmar. Śnił mi się Ab Woolner. I mój koń, Sport. Obaj, człowiek i koń, już nie żyją. - Przetarł oczy. - Wszystko w porządku, Maureen. Dziękuję.

- Tak, proszę pana - powiedziała z powątpiewaniem w głosie i cicho wyszła.

W porządku? - pomyślał. Czy w ogóle kiedykolwiek coś jeszcze będzie w porządku?

Podczas wojny, tracąc Augustę Barclay, stracił wszystko. Zmarła podczas porodu. Dała mu syna, o którym dowiedział się dopiero po jej śmierci.

Wciąż nie mógł wyrwać się spod władzy snu. Widział i czuł płonący las. Tak właśnie poszła z dymem puszcza Wilderness. Miał wrażenie, że żar zagotował mu krew. Bardzo odpowiedni sen. Był przecież wypalonym człowiekiem, a gdy nie spał, trapiły go dwa pytania. Gdzie znaleźć spokój? Gdzie znaleźć dla siebie miejsce w kraju, w którym już nie trwa wojna? Jego jedyna odpowiedź na oba pytania brzmiała: nigdzie.

Znów odgarnął włosy z czoła. Podszedł do komody i nalał do szklanki mocnego alkoholu. Zachodzące czerwone słońce barwiło dachy domów na Randolph Street, widoczne z narożnego okna.

Charles właśnie kończył drinka, wciąż usiłując otrząsnąć się z koszmaru, gdy wuj Augusty, generał brygady Jack Duncan, przemaszerował przez korytarz hotelowy.

- Charlie, mam złe wieści - oznajmił na wstępie.

Duncan był krzepkim mężczyzną o siwych pofalowanych włosach i rumianych policzkach. W galowym stroju prezentował się wspaniale: kurtka, pas, pendent, szarfa z włożonymi za nią rękawicami. Pod pachą trzymał kapelusz z czarną jedwabną kokardą. Na nowym stanowisku w sztabie dywizji Missisipi w Chicago otrzymał stopień kapitana. Większość wojennych mianowań cofnięto, ale tak jak inni, Duncan miał prawo do używania wyższego tytułu.

Nosił jedną srebrną gwiazdę generalską na epoletach, ale narzekał, że w powojennej armii nastał straszny bałagan w stopniach, tytułach, insygniach i mundurach.

Charles czekał, aż usłyszy coś więcej. Zapalił cygaro. Duncan odłożył kapelusz i nalał sobie drinka.

- Byłem dzisiaj całe popołudnie w sztabie dywizji. Bill Sherman ma zostać dowódcą w miejsce Johna Pope'a.

- Czy to są te złe wieści?

Duncan skinął głową.

- Mamy wciąż milion ludzi pod bronią, ale za rok będziemy szczęśliwi, jeśli zostanie dwadzieścia pięć tysięcy. W ramach redukcji zwalnia się wszystkich od Pierwszego do Szóstego Ochotniczego Pułku Piechoty.

- Wszystkich galwanizowanych Jankesów? - Chodziło o konfederackich jeńców, których podczas wojny wcielono do armii Unii i darowano im więzienie.

- Co do jednego. Mimo że dobrze się nam przysłużyli. Uniemożliwili Siuksom wybicie osadników w Minnesocie, odbudowali linie telegraficzne zniszczone przez Indian, obsadzali forty, chronili dyliżanse i pocztę. Lecz już po wszystkim.

Charles podszedł do okna.

- Cholera, Jack, przebyłem taki szmat drogi, żeby wstąpić do któregoś z tych pułków.

- Wiem. Niestety, te drzwi zostały zamknięte.

Charles odwrócił się. Z jego twarzy bił taki smutek, że Duncan był poruszony. Ten żołnierz z Karoliny Południowej, ojciec dziecka jego siostrzenicy, był porządnym człowiekiem, lecz podobnie jak wielu innych zupełnie stracił orientację i boleśnie odczuwał koniec wojny, która przez ostatnie cztery lata niepodzielnie panowała nad jego życiem.

- Trudno - rzucił Charles. - Chyba będę musiał zmywać podłogi. Albo kopać rowy...

- Jest inna droga, jeśli masz ochotę spróbować.

Charles czekał.

- Zawodowa kawaleria.

- Do diabła, to niemożliwe. Amnestia nie obejmuje absolwentów West Point, którzy przyłączyli się do Konfederacji.

- To się da obejść. - Charles nie zdążył zapytać, w jaki sposób, bo Duncan mówił dalej: - Wojna zostawiła nadmiar oficerów, ale brakuje wykwalifikowanych żołnierzy. Jesteś dobrym jeźdźcem i świetnym żołnierzem. Zresztą nic dziwnego, skoro byłeś w West Point. Przyjmą cię prędzej niż jakiegoś imigranta z Irlandii, jednorękiego kalekę czy zbiegłego recydywistę.

Charles zastanawiał się, żując końcówkę cygara.

- A co z moim synem?

- Cóż, obowiązywałaby ta sama umowa co wcześniej. Maureen i ja zajmiemy się Gusem, dopóki nie zakończysz szkolenia i nie wyjedziesz gdzieś na placówkę. Przy odrobinie szczęścia... jeśli wylądujesz na przykład w Forcie Leavenworth albo Riley... będziesz mógł nająć jakąś żonę podoficera na niańkę. Jeśli nie, Gus może z nami zostać na czas nieograniczony. Kocham tego chłopca. Zastrzeliłbym każdego, kto by na niego krzywo spojrzał.

- Ja też. - Charles wciąż rozmyślał. - Niewielki mam wybór, prawda? Zostać rekrutem albo wracać do domu, żyć na łaskawym chlebie żony kuzyna, Madeline, i siedząc na beczce, opowiadać do końca życia wojenne historyjki.

Zaczął znów żuć cygaro. Wreszcie spojrzał na Duncana z ukosa i zapytał:

- Jesteś pewien, że mnie przyjmą?

- Charlie, setki byłych reb... hm... konfederatów wstępują do armii. Po prostu musisz robić to co oni.

- To znaczy?

- Łgać ile wlezie.

* * *

- Następny! - zawołał sierżant w biurze poborowym.

Charles zbliżył się do poplamionego stołu, pod którym znajdowała się śmierdząca spluwaczka. Za drzwiami wrzeszczał mężczyzna, gdy cyrulik wyrywał mu ząb.

Podoficer cuchnął ginem, wyglądał tak, jakby już dwadzieścia lat temu miał przejść na emeryturę, i robił wszystko powoli. Charles czekał godzinę, ponieważ sierżant załatwiał sprawy dwóch mężczyzn o dzikim wzroku, niemówiących po angielsku. Jeden na każde pytanie reagował, bijąc się w piersi i wołając: "Budapeszt, Budapeszt!". Drugi również bił się w piersi i wykrzykiwał: "Zjednoczone Stany Meryki. Niech Bóg ma w opiece Armię Wielkich Równin!".

Gdy Charles wszedł do pomieszczenia, sierżant zatkał palcami pokryty siatką żyłek nos.

- Zanim zaczniemy, zróbcie mi przysługę, człowieku. Ściągnijcie te cholerne szmaty, czy cokolwiek to jest, i wyrzućcie je na zewnątrz. Wyglądają okropnie i śmierdzą jak owcze łajno.

Charles z trudem się opanował. Zdjął cygańskie poncho, złożył je i zostawił na podłodze z desek w korytarzu za drzwiami. Wrócił do stołu i patrzył, jak sierżant zanurza pióro w kałamarzu.

- Wiecie, że kontrakt jest na pięć lat...?

Charles skinął głową.

- Piechota czy kawaleria? - spytał sierżant.

- Kawaleria.

To jedno słowo zdradziło Charlesa.

- Południowiec? - rzucił wrogim tonem mężczyzna za stołem.

- Karolina Południowa.

Sierżant sięgnął po plik kartek spiętych metalową klamrą.

- Nazwisko?

Charles wszystko dokładnie przemyślał. Chciał mieć nazwisko zbliżone do prawdziwego, by móc reagować w naturalny sposób, gdy ktoś się będzie do niego zwracał.

- Charles May.

- May, May... - Sierżant przewertował kartki, po czym odłożył je na bok. W odpowiedzi na pytające spojrzenie Charlesa wyjaśnił: - Spis absolwentów West Point. Sporządzony w sztabie dywizji. - Przyjrzał się zniszczonemu ubraniu Charlesa. - Ale wy się chyba nie musicie martwić, że was pomylą z kimś takim. Służyliście już w wojsku?

- Legion kawalerii Wade'a Hamptona. Potem...

- Wade Hampton wystarczy. - Sierżant zapisał coś. - Wasz najwyższy stopień?

- Kapral - skłamał Charles zgodnie z radą Duncana, chociaż nie czuł się szczególnie pewnie.

- Możecie to udowodnić?

- Niczego nie mogę udowodnić. Moje dokumenty spłonęły w Richmond.

Sierżant pociągnął nosem.

- Cholernie wam z tym wygodnie, rebelianci. No cóż, nie mamy wyboru. Odkąd Chivington załatwił w zeszłym roku Szejenów Czarnego Kotła, te cholerne plemiona z Wielkich Równin zupełnie poszalały.

Charles znał tę historię. W okolicy Denver Indianie wybili grupę emigrantów. Były kaznodzieja, pułkownik J.M. Chivington, zebrał ochotnicze oddziały z Kolorado i w odwecie napadł na szejeńską osadę nad Sand Creek, chociaż nie istniały dowody, że wódz tej wioski, Czarny Kocioł, czy jego ludzie byli winni tamtych zabójstw. Oddział Chivingtona wymordował około trzystu osób, w tym ponad dwieście kobiet i dzieci. Napad ten oburzył wielu ludzi w kraju, ale widocznie sierżant do nich nie należał.

Mężczyzna, któremu za drzwiami wyrywano ząb, znów krzyknął.

- Nie, nie możemy być wybredni - dodał sierżant, skrobiąc na papierze. - Trzeba brać wszystkich jak leci. - Zerknął na Charlesa. - Nawet zdrajców.

Charles poskromił wściekłość. Podejrzewał, że jeśli wstąpi do armii - a musiał to przecież zrobić, bo na niczym innym się nie znał - usłyszy jeszcze podobne uwagi na temat zdrajców. Lepiej się zawczasu przyzwyczaić do znoszenia ich bez reakcji.

- Umiecie czytać albo pisać?

- Jedno i drugie.

Sierżant nawet się uśmiechnął.

- To dobrze, choć za cholerę niczego to nie zmienia. Macie wszystko, co trzeba. Minimum jedną rękę, jedną nogę i oddychacie. Podpiszcie tutaj.

* * *

Zadźwięczał dzwonek lokomotywy. Maureen wzdrygnęła się.

- Proszę pana... panie generale... wszyscy pasażerowie muszą już wsiadać.

Obłok pary zasłaniał peron. Charles przytulił zawiniątko z okutanym synkiem. Sześciomiesięczny Gus wiercił się i marudził, bo męczyła go kolka. Maureen wciąż go karmiła i dziecko nie zawsze dobrze na to reagowało.

- Nie chcę, żeby mnie zapomniał, Jack - powiedział Charles.

- Dlatego kazałem ci pozować do dagerotypu - wyjaśnił Duncan. - Jak chłopak trochę podrośnie, będę mu pokazywał fotografię i mówił: "Tatuś".

Charles delikatnie przełożył synka w ramiona gospodyni, która była zarazem, jak podejrzewał, niepoślubioną żoną starszego pana.

- Opiekuj się dobrze tym młodzieńcem.

- Jeśli sądzi pan, że mogłoby być inaczej, to się obrażę - odparła Maureen, kołysząc dziecko.

Duncan ujął jego dłonie.

- Niech cię Bóg prowadzi... I pamiętaj, trzymaj język i nerwy na wodzy. Masz przed sobą kilka ciężkich miesięcy.

- Dam sobie radę, Jack. Wszędzie mogę służyć w wojsku, nawet u Jankesów.

Zadźwięczał gwizdek. Konduktor dał sygnał z ostatniego wagonu i zawołał do maszynisty:

- Odjazd! Odjazd!

Pociąg ruszył. Charles wskoczył na stopień wagonu drugiej klasy i machał na pożegnanie. Był zadowolony, że wokół kłębi się para, bo dzięki temu nikt nie widział jego oczu.

* * *

Charles usadowił się wygodnie na siedzeniu. Pewnie przez jego ponurą minę nikt nie usiadł obok niego. Nasunął na oczy zniszczony słomkowy kapelusz, a cygańskie poncho położył obok siebie. Na kolana rzucił nieprzeczytany egzemplarz "National Police Gazette".

Ciemne strugi deszczu pełzały ukośnie po szybie. Burza i noc ukrywały wszystko na zewnątrz. Charles przeżuwał nadpsutą bułkę. Kupił ją od handlarza przechodzącego między rzędami siedzeń. Poczuł nieobcą mu pustkę samotności.

Przerzucał stronice "New York Timesa" zostawionego przez pasażera, który wysiadł na poprzedniej stacji. Jego wzrok przykuły kolumny z ogłoszeniami: fantastyczne reklamy okularów, gorsetów, wygód przybrzeżnych parowców. Jedno ogłoszenie proponowało nawet lekarstwo dla cierpiących. Odrzucił gazetę. Cholerna szkoda, że to nie jest takie łatwe.

Nieświadomie zaczął pogwizdywać melodyjkę, która przyszła mu do głowy przed paroma tygodniami i nie chciała się odczepić. Pogwizdywanie zaintrygowało tęgą kobietę siedzącą po drugiej stronie przejścia. Jej równie pękata córka trzymała głowę na matczynych udach. Kobieta pokonała nieśmiałość i odezwała się do Charlesa:

- To piękna melodia, proszę pana. Czy to może piosenka panny Jenny Lind?

Charles uniósł kapelusz.

- Nie. Sam ją sobie ułożyłem.

- Och, myślałam, że to może jej. Zbieramy słynne melodie i spisujemy w nutach. Ursula pięknie je gra.

- Nie wątpię. - Mimo dobrych intencji słowa Charlesa zabrzmiały zdawkowo.

- Proszę pana, jeśli mogę się wtrącić... - wskazała "Gazette" na jego kolanach - to, co pan czyta, nie jest chrześcijańską literaturą. Proszę, niech pan weźmie moją broszurę. Bardziej podnosi na duchu.

Wręczyła mu książeczkę przypominającą te, które pamiętał z obozów w czasach wojennych. Religijna publikacja Amerykańskiego Towarzystwa Szlaku.

- Dziękuję - odparł i zaczął czytać: Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Ujrzycie niebiosa otwarte i aniołów Bożych wstępujących...1.

Rozgoryczony, znów spojrzał w okno. Nie dostrzegł aniołów ani niebios, nic, oprócz nieskończonej mrocznej prerii Illinois oraz deszczu - prawdopodobnie zwiastującego przyszłość równie ponurą jak przeszłość. Duncan miał bez wątpienia rację, gdy mówił, że nadchodzą ciężkie czasy. Charles przywarł do oparcia siedzenia i obserwował, jak ciemność umyka.

Zaczął cichutko nucić melodyjkę, która wyczarowywała cudowne pastelowe obrazy Mont Royal - czystszego, ładniejszego i większego niż przed spaleniem. Melodyjka opowiadała o straconym domu i straconej miłości, i wszystkim, co stracił podczas czterech krwawych lat purpurowego snu o Konfederacji. Opowiadała o uczuciach i szczęściu, którego on prawdopodobnie nigdy już nie zazna.

* * *

Ogłoszenie

DO CIERPIĄCYCH

Wierzyć się dosłownie nie chce, że ludzie wciąż cierpią, gdy w zasięgu ręki jest specyfik taki jak GORZKIE KROPLE PLANTACYJNE. Osoby cierpiące na ból głowy i żołądka, przygnębienie, zgagę, ból w boku lub plecach, skurcze, nieprzyjemny oddech i inne symptomy tego strasznego potwora - zaburzeń trawiennych - szczerze namawiamy do sprawdzenia tego lekarstwa.

* * *

Dziennik Madeline

Czerwiec 1865. Mój najdroższy Orry, zaczynam te zapiski w starym zeszycie, ponieważ muszę z tobą rozmawiać. Jeśli powiem, że bez ciebie całkowicie straciłam orientację i że dręczy mnie ból, to nawet w małej części nie wyrażę tego, co czuję. Postaram się zbytnio nie użalać nad sobą, ale wiem, że nie uda mi się to do końca.

Jakaś malutka cząstka mnie cieszy się, że cię tu nie ma i nie musisz oglądać ruiny ukochanej ojczyzny. Powoli zaczynamy ogarniać rozmiary zniszczeń. Karolina Południowa poświęciła tej obrzydliwej wojnie około siedemdziesięciu tysięcy mężczyzn, z czego jedna czwarta zginęła. Mówi się, że to najwyższa liczba ofiar ze wszystkich stanów.

Wyzwoleni czarni - około dwustu tysięcy - włóczą się teraz swobodnie. Stanowią połowę ludności naszego stanu albo i więcej. W zeszłym tygodniu spotkałam na drodze przy rzece Maum Ruth, która dawniej należała do Francisa LaMotte'a. Tak ściskała stary worek po mące, że aż zapytałam, co tam ma.

"Mam tu wolność i już jej nie wypuszczę", odparła.

Odeszłam pełna smutku i gniewu. Jakiż popełniliśmy błąd, nie zapewniając naszym czarnym wykształcenia. Nie potrafią sobie dać rady w nowym świecie, wrzuceni na siłę w ten dziwny pokój.

"Naszym czarnym"... Zatrzymałam się nad tym odruchowym sformułowaniem. Czasami zapominam się i traktuję ich z góry. A przecież jestem jedną z nich. W Karolinie Południowej Murzyn w jednej ósmej jest po prostu Murzynem.

Słowa twojej siostry, Ashton, dotarły już do wszystkich w całym hrabstwie, ale w ostatnich tygodniach nikt mi niczego nie wypominał. Zawdzięczam to tobie. Darzą cię tu ogromnym szacunkiem i bardzo żałują...

Obsadziliśmy cztery poletka ryżu. Powinniśmy się doczekać zbiorów na sprzedaż. Miejmy nadzieję, że ktoś będzie mógł w ogóle cokolwiek kupić. Andy, Jane i ja pracujemy codziennie na poletkach.

Pastor Afrykańskiego Kościoła Metodystów udzielił w zeszłym miesiącu ślubu Andy'emu i Jane. Przyjęli nowe nazwisko. Andy chciał się nazywać Lincoln, ale Jane odmówiła - zbyt wielu byłych niewolników przyjmuje to nazwisko. Są więc Shermanami, co raczej nie nastawi do nich przychylnie białych! Lecz są wolnymi ludźmi. Mogą mieć takie nazwisko, jakie im się podoba.

Pobieliliśmy sosnowy dom, zbudowany w miejsce tego spalonego przez Cuffeya, Jonesa i ich motłoch. Jane przychodzi wieczorami, a Andy pracuje jako murarz i stawia ściany ich nowej chaty; rozmawiamy albo cerujemy łachy, które zastępują nam porządne ubrania - czasami zagłębiamy się w naszej "bibliotece". Jest w niej jeden egzemplarz magazynu Godeya "Lady's Book" z 1863 roku i dziesięć ostatnich stronic "Southern Literary Messenger".

Jane często mówi o otwarciu szkoły, zamierza nawet napisać prośbę do nowo powstałego Biura Wyzwoleńców, by pomogło nam znaleźć nauczycielkę. Chciałabym jej pomóc - myślę, że jest to mój obowiązek, mimo że na pewno nie przysporzy mi to przyjaciół. Gorycz z powodu porażki doprowadziła do tego, że niewielu białych ma ochotę pomagać ludziom wyzwolonym piórem Lincolna i szablą Shermana.

Zanim jednak zacznę myśleć o szkole, muszę zastanowić się nad tym, jak przetrwać. Ryż nie wystarczy, żeby nas utrzymać. Wiem, że drogi George Hazard dałby nam nieograniczony kredyt, ale proszenie go o to byłoby oznaką słabości. Pod tym względem jestem bez wątpienia typową przedstawicielką Południa - butną i niechętnie zginającą kark.

Może udałoby się sprzedawać drewno sosnowe i cyprysowe z naszych lasów. Drzew w Mont Royal nie brakuje. Nic nie wiem o działaniu tartaku, ale przecież mogę się nauczyć. Potrzebny byłby sprzęt, a więc kolejna pożyczka. Może wkrótce ruszą banki w Charlestonie - zarówno George Williams, jak i nasz stary przyjaciel, wig Leverett Dawkins, spekulowali podczas wojny brytyjską walutą, trzymali ją w zagranicznych bankach, a teraz wykorzystają fundusze, by tchnąć życie w gospodarkę Karoliny Południowej. Jeśli Leverett otworzy bank, zwrócę się do niego z prośbą o pożyczkę.

Będę musiała zatrudnić robotników, zastanawiam się tylko, czy to w ogóle możliwe. Wszyscy są zmartwieni, ponieważ czarni wolą upajać się wolnością, niż pracować dla byłych właścicieli, nawet tych najłagodniejszych. Palący problem całego Południa.

Muszę ci jednak, kochanie, opowiedzieć o moim nieprawdopodobnym marzeniu, które postanowiłam zrealizować przede wszystkim. Narodziło się przed paroma dniami z miłości do ciebie, z tęsknoty i dumy, że jestem twoją żoną...

* * *

Po północy tego dnia Madeline wciąż nie mogła zasnąć. Wyszła z bielonego domu; miał teraz skrzydło z dwoma pokojami. Wdowa po Orrym Mainie zbliżała się do czterdziestki, lecz miała wciąż pełne biodra i wąską talię, jak wtedy, gdy ocalił ją na drodze przy rzece. Wiek i troski zaczęły jednak być widoczne na jej twarzy.

Płakała przez godzinę; wstydziła się tego, lecz nie potrafiła przestać. W świetle księżyca przebiegła przez rozległy trawnik. Księżyc błyszczał oślepiającą bielą ponad drzewami nad brzegiem Ashley. Madeline wypłoszyła wielką białą czaplę z miejsca, gdzie kiedyś stało molo. Ptak uniósł się ciężko i poszybował w mrok.

Odwróciła się i spojrzała w kierunku domu. Budynek wznosił się wśród dębów ze zwisającym hiszpańskim mchem. W umyśle Madeline zrodziła się wizja, wizja rezydencji, w której Orry i ona żyli jako małżeństwo. Dojrzała zgrabne kolumny i oświetlone okna. Zajeżdżały karety. Roześmiani panowie i damy przybywali z wizytą.

I w tym momencie narodził się pomysł. Serce zaczęło jej bić tak mocno, że prawie poczuła ból. Tam, gdzie teraz wznoszą się smętne bielone ściany, wybuduje nowe Mont Royal. Elegancką rezydencję, która przetrwa na zawsze jako pomnik jej męża i jego wspaniałomyślności oraz wszystkiego, co było dobre w przeszłości Mainów.

Wśród kłębiących się myśli przyszło jej do głowy, że dom nie może być dokładną repliką spalonej rezydencji. Tamto piękno było skażone - w niewidoczny sposób - zbyt wielką dawką zła. Chociaż Mainowie traktowali przyzwoicie niewolników, bez wątpienia uznawali ich za swoją własność i w ten sposób sankcjonowali system, który oznaczał również kajdany, biczowanie i śmierć lub kastrację tych, co ośmielili się próbować uciec. Pod koniec wojny Orry właściwie wyparł się tego systemu, a jego brat Cooper w młodości otwarcie go potępiał. Tak czy owak, nowe Mont Royal musi być rzeczywiście nowe, nadeszły bowiem inne czasy. Nowa epoka.

Jej oczy napełniły się łzami. Złożyła dłonie i uniosła je ku księżycowi.

- Jakoś to zrobię. Na twoją cześć...

Wyraźnie ujrzała dom, który stanie jak feniks powstały z popiołu. Jak pogańska kapłanka uniosła głowę i dłonie do jednego z bogów spoglądających na nią z gwiezdnego łuku karolińskiej nocy. Przemówiła do męża, który znajdował się gdzieś tam, wśród gwiazd.

- Przysięgam na niebo, Orry. Zbuduję ten dom. Dla ciebie.

* * *

Dziennik Madeline

Mieliśmy dziś niespodziewanego gościa. Generał Wade Hampton wracał z Charlestonu do domu. Mówi się, że z powodu jego wysokiej rangi i zaciekłości miną lata, zanim obejmie go amnestia.

Zdumiały mnie jego krzepkość i zdrowy wygląd. Tak wiele przeszedł - brat Frank i syn Preston zginęli w bitwach, stracił trzy tysiące niewolników, a wróg spalił obie jego posiadłości: Millwood i Sand Hills. Generał mieszka teraz w chałupie nadzorcy w Sand Hills i nie może uwolnić się od oskarżeń, że to on, a nie Sherman, spalił Columbię, bo chciał zniszczyć bele bawełny, by nie dostały się w ręce jankeskich łupieżców.

A on, zamiast zająć się własnymi kłopotami, interesuje się losem innych...

* * *

Na tyłach sosnowego domu Wade Hampton usiadł na pniaku służącym za krzesło. Najstarszy dowódca kawalerii generała Lee miał teraz czterdzieści siedem lat i chodził sztywno. Pięć razy odniósł rany na polu bitwy. Po powrocie do domu zgolił długą brodę; zostawił tylko kępkę pod ustami. Pozostawił jednak wielkie sumiaste wąsy i bokobrody. Pod starym popelinowym płaszczem trzymał w kaburze rewolwer inkrustowany kością słoniową.

- Pańska kawa, generale - powiedziała Madeline i wynurzyła się z cienia z dwoma parującymi cynowymi kubkami. - Z cukrem i kukurydzianą whiskey. Chociaż kawa jest, niestety, tylko wywarem z prażonych żołędzi.

- Nic nie szkodzi. - Hampton uśmiechnął się i chwycił kubek.

Madeline usiadła na skrzynce obok krzewu żółtego jaśminu. Uwielbiała te kwiaty.

- Przyjechałem zapytać, jak się pani miewa. Mont Royal należy teraz do pani...

- W pewnym sensie. Nie jestem właścicielką.

Hampton uniósł brwi, więc wyjaśniła, że Tillet Main zostawił plantację obu synom, Orry'emu i Cooperowi. Zrobił to mimo długotrwałego konfliktu z Cooperem w kwestii niewolnictwa; w końcu więzy krwi i tradycja okazały się u Tilleta silniejsze niż gniew i różnice poglądów. Jak większość ludzi tamtej epoki, ceniących swój majątek, liczył tylko na synów. Do handlowych i finansowych umiejętności kobiet odnosił się nieufnie. W testamencie zapisał córkom, Ashton i Brett, jedynie symboliczne sumy w gotówce, przekonany, że zaopiekują się nimi mężowie. Testament stanowił dalej, że w razie śmierci jednego z synów jego część przechodziła automatycznie na drugiego.

- Tak więc Cooper jest teraz jedynym spadkobiercą. Ale z szacunku dla Orry'ego wspaniałomyślnie pozwolił mi tu zostać. Dopóki on będzie właścicielem, ja zarządzam plantacją, pod warunkiem że będę spłacać dług hipoteczny. Na mnie spadają koszty prowadzenia plantacji, ale nie narzekam. To są godziwe warunki.

- I czujesz się bezpieczna w takim układzie? Chodzi mi o to, czy ten układ został jakoś zalegalizowany.

- Całkowicie. Kilka tygodni po tym, jak przyszła wiadomość o śmierci Orry'ego, Cooper sporządził umowę na piśmie i jeżeli nie złamię jej warunków, on nie może jej zerwać.

- Wiem, jak mieszkańcy Karoliny Południowej cenią więzy familijne i rodzinny majątek, więc sądzę, że Mont Royal na zawsze zostanie w rękach Mainów.

- Tak. Jestem o tym przekonana. - Tylko w tej kwestii miała całkowitą pewność. - Niestety, obecnie nie mamy ani dochodów, ani żadnych na nie perspektyw. W odpowiedzi na pana pytanie, jak się miewam, mogę więc tylko powiedzieć, że jakoś sobie daję radę.

- Sądzę, że nikt z nas nie może się spodziewać niczego więcej. Pod koniec miesiąca moja córka Sally wychodzi za pułkownika Johnny'ego Haskella. To mi nieco rozprasza chmury. - Łyknął kawy. - Wspaniała. Czy masz jakieś wiadomości od Charlesa?

- Dostałam od niego list w ubiegłym miesiącu. Pisał, że zamierza wrócić do armii, na Zachodzie.

- Zdaje się, że bardzo wielu konfederatów tak robi. Mam nadzieję, że potraktują go uczciwie. Był jednym z moich najlepszych zwiadowców. Nazywaliśmy ich Zwiadowcami z Żelaza. Zasłużył na ten przydomek, chociaż muszę przyznać, że pod koniec wojny czasami dziwnie się zachowywał.

Madeline skinęła głową.

- Też to zauważyłam, gdy wiosną przyjechał do domu. Wojna go zraniła. W Wirginii zakochał się w pewnej kobiecie, która zmarła przy porodzie. Synek jest teraz z nim.

- Rodzina to jeden z niewielu balsamów na ból - mruknął Hampton. Znów się napił. - Powiedz mi, co u ciebie naprawdę słychać.

- Tak jak mówiłam, panie generale, jakoś ciągnę. Nikt nie podnosił kwestii mojego urodzenia, więc przynajmniej z tym nie muszę się użerać.

Spojrzała na niego z uwagą, ciekawa, jak zareaguje. Czerstwa twarz Hamptona nawet nie drgnęła.

- Oczywiście słyszałem plotki. Ale to bez znaczenia.

- Dziękuję.

- Madeline, oprócz tego, że chciałem zapytać o Charlesa, przyjechałem z pewną propozycją. Wszyscy zmagamy się z trudnościami, ale ty zmagasz się z nimi samotnie. Po tym stanie włóczą się pozbawieni skrupułów ludzie obu ras. Gdybyś w którymś momencie chciała się przed nimi schronić albo gdyby z jakiegoś powodu walka okazała się za ciężka i zapragnęłabyś odpocząć, przyjedź do Columbii. Nasz dom jest zawsze dla ciebie otwarty.

- To bardzo uprzejme. Ale czy nie sądzi pan, że chaos w Karolinie Południowej wkrótce się skończy?

- Na pewno nie wkrótce. Ale możemy przyspieszyć ten dzień, stając po stronie słusznej sprawy.

Westchnęła.

- Co to za sprawa?

Wpatrywał się w błyszczącą taflę rzeki.

- Kilku dżentelmenów z Charlestonu zaproponowało mi dowództwo nad ekspedycją, która ma założyć kolonię w Brazylii. Niewolniczą kolonię. Odmówiłem. Oświadczyłem, że mój dom jest tutaj i nie myślę już kategoriami Północy i Południa, tylko Ameryki. Walczyliśmy, przegraliśmy, sprawa odrębnego kraju upadła. Stoimy w Karolinie Południowej przed bardzo poważnym problemem. Status czarnego człowieka się zmienił. Jak powinniśmy się zachować? Cóż, byli nam wierni jako niewolnicy, więc uważam, że powinniśmy ich potraktować uczciwie jako wolnych ludzi. Zagwarantować im sprawiedliwość w sądach. Dać prawo wyborcze, jeśli spełnia warunki, tak samo jak dajemy je białym. Jeśli to zrobimy, wędrujące tłumy osiądą i czarni znów uznają Karolinę Południową za swój dom, a białych za przyjaciół.

- Naprawdę pan w to wierzy, generale?

Lekko zmarszczył brwi, być może się zdenerwował.

- Tak. Tylko pełna sprawiedliwość i współczucie mogą przynieść ulgę temu stanowi.

- Muszę przyznać, że jest pan bardziej liberalny w stosunku do czarnych niż większość białych.

- To nie jest tylko kwestia moralna, ale też praktyczna. Nasze ziemie są zniszczone, domy spalone, pieniądze i obligacje są bezwartościowe, a w naszych domach kwaterują żołnierze. Czy powinniśmy jeszcze pogarszać sytuację, udając, że nasza sprawa nie jest stracona? Że może jakoś przetrwa? Myślę, że była stracona od samego początku. Nie brałem udziału w konwencji w tysiąc osiemset sześćdziesiątym roku, ponieważ uważałem, że secesja jest nieprawdopodobną głupotą. Czy mamy znów żyć iluzjami? Prowokować akcje odwetowe tylko dlatego, że chcemy się odciąć od godnego podziwu wysiłku odnowienia Unii?

- Bardzo wielu ludzi się temu sprzeciwia - zauważyła.

- Jeśli dżentelmeni pokroju pana Stevensa i pana Sumnera spróbują mnie zmusić do zrównania mojego statusu społecznego ze statusem czarnych, sam będę się sprzeciwiał. Lecz jeśli w Waszyngtonie zachowają rozsądek... i my również... odbudowa okaże się całkiem realna. Jeżeli jednak naszym ludziom znów przyjdą do głowy stare głupie pomysły, zacznie się po prostu nowa wojna.

Znów westchnęła.

- Mam nadzieję, że zwycięży zdrowy rozsądek, chociaż nie jestem o tym przekonana.

Hampton wstał i ujął jej dłonie.

- Nie zapomnij o mojej propozycji. Azyl, kiedykolwiek zapragniesz.

Pod wpływem impulsu ucałowała go w policzek.

- Jest pan dobrym człowiekiem, generale. Niech pana Bóg błogosławi.

Odjechał na swoim pięknym rumaku aleją wysadzaną dębami i zniknął tam, gdzie łączyła się z drogą biegnącą wzdłuż rzeki.

* * *

O zmroku Madeline szła przez leżące odłogiem poletko i zastanawiała się nad tym, co usłyszała od Hamptona. Jak na dumnego pokonanego człowieka prezentował zdumiewająco wielkoduszne poglądy. I miał rację w swoich przewidywaniach co do przyszłości Karoliny Południowej. W razie powrotu Południa do starego systemu radykalni republikanie z Północy uznają to za pretekst do odwetu.

Jej sandał, uszyty z resztek skóry i rzemyka, trafił na coś ostrego. Rozgarnęła piach i odkryła skałę, mniej więcej wielkości dwóch dłoni. Wraz z Shermanami znajdowała wiele podobnych głazów podczas prac na czterech obsianych poletkach. Zastanawiało ich to, bo na nizinach rzadko trafiały się skały.

Oczyściła znalezisko z ziemi. Było żółtawe z ciemniejszymi pasmami i wydawało się porowate. Łatwo dało się przełamać je na pół. A przecież skały nie kruszą się w taki sposób. Ale jeśli to nie była skała, to co?

Podniosła obie połówki do twarzy. Oczy z wiekiem coraz bardziej ją zawodziły. Ponieważ nigdy wcześniej nie rozłupywała takich dziwacznych głazów, nie była przygotowana na smród. Zatkała nos. Odrzuciła kawałki ze wstrętem i pospieszyła do sosnowego domu. Cień sunął przed nią po ziemi szkarłatny jak rozlana krew.

* * *

Dziennik Madeline

Chciałabym mieć wiarę gen. H., że ludzie w Karolinie Południowej dostrzegą mądrość i praktyczność uczciwej gry wobec wyzwolonych czarnych. Chciałabym wierzyć, że zachowają się rozsądnie, uznają porażkę i zniosą jej konsekwencje. Lecz nie wierzę w to. Dopadł mnie znów mroczny nastrój.

Stało się to tego wieczoru, gdy rozłupałam jedną z tych dziwnych skał, które mi pokazywałeś przed wojną. Co za smród! Nawet nasza ziemia zgorzkniała i przegniła. Odebrałam to jako znak. Ujrzałam przyszłość spływającą żółcią i trucizną.

Przebacz mi, Orry, nie wolno mi tak pisać.

1 J 1,51.

Rozdział 2

O zmierzchu w dniu wizyty Hamptona w Mont Royal młoda kobieta pospiesznie skręciła w nowojorską Chambers Street. Jedną ręką podtrzymywała czepek, w drugiej ściskała pokryte podpisami kartki papieru.

Zaczęło mżyć. Szybko wetknęła papiery pod pachę, by nie zmokły. Z przodu majaczył namiot należącego do Wooda teatru New Knickerbocker. Tam właśnie zmierzała. Teatr był chwilowo zamknięty, bo aktorzy przygotowywali premierę, a młoda kobieta spóźniła się na nadzwyczajną próbę zwołaną przez właściciela na wpół do ósmej.

Spóźniła się z ważnego powodu. Zawsze miała jakiś powód i za każdym razem był równie istotny jak jej kariera zawodowa. Tak wychował ją ojciec. Odkąd ukończyła piętnaście lat, działała aktywnie na rzecz zniesienia niewolnictwa. Teraz miała dziewiętnaście i walczyła o prawa dla kobiet, o prawo do głosowania i sprawiedliwsze prawa rozwodowe, choć sama była niezamężna. Ale powodem, dla którego teraz całe popołudnie zbierała podpisy, byli Indianie, a szczególnie plemię Szejenów, podstępnie zdziesiątkowane podczas ubiegłorocznej masakry nad Sand Creek. W petycji adresowanej do Kongresu i Biura do spraw Indian przy Departamencie Spraw Wewnętrznych domagano się odszkodowań za Sand Creek i całkowitego zerwania z tak zwanym planem Chivingtona.

Skręciła w lewo w mroczny korytarz prowadzący do drzwi na scenę. Pracowała dla Claudiusa Wooda zaledwie od półtora tygodnia, ale już poznała jego straszliwy temperament. W dodatku pił. Prawie na każdej próbie można było wyczuć od niego alkohol.

Wood po raz pierwszy zobaczył ją w roli Rozalindy w teatrze Arch Street w Filadelfii i zaoferował jej dużo pieniędzy. Miał jakieś trzydzieści pięć lat. Oczarował ją wyszukanymi manierami, przepięknym głosem i miną zblazowanego światowca. Zaczynała już jednak żałować, że opuściła trupę pani Drew i podpisała kontrakt z Woodem na cały sezon.

Choć Louisa Drew ponaglała ją do przyjęcia tej oferty i tłumaczyła, że to olbrzymi krok naprzód, przestrzegała ją jednak przed tym, co może ją czekać w Nowym Jorku.

- Jesteś dojrzałą i utalentowaną młodą kobietą, Willo. Ale pamiętaj, że tam roi się od brutalnych mężczyzn. Masz tam jakichś przyjaciół? Kogoś, do kogo mogłabyś się zwrócić w razie potrzeby?

Willa zastanawiała się przez chwilę.

- Eddiego Bootha - powiedziała w końcu.

- Znasz Edwina Bootha?

- Tak. Kiedy byłam mała, występował razem z moim ojcem na złotonośnych polach. Mieszkaliśmy w St. Louis. Od tamtego czasu widziałam Eddiego kilkakrotnie. Teraz spędza czas samotnie, odkąd jego brat, Johnny, zabił prezydenta. Nigdy nie zaprzątałabym mu głowy błahostkami.

- Oczywiście, że nie. Grunt, że jest ktoś na wypadek nagłej potrzeby. - Pani Drew zawahała się. - Uważaj na tego Wooda.

Mimo pytań starsza kobieta nie chciała wdawać się w szczegóły.

- Wkrótce zrozumiesz, co mam na myśli - rzuciła jedynie. - Nie lubię mówić źle o kolegach po fachu, ale niektóre aktorki... te ładniejsze... miały z Woodem problemy. Nie powinnaś jednak z tego powodu zmarnować szansy. Po prostu bądź ostrożna.

* * *

Młodą kobietą idącą spiesznie korytarzem była Willa Parker. Wysoka, długonoga, wystarczająco szczupła, by grać męskie role, jednocześnie obdarzona miękkimi, pełnymi kształtami idealnymi dla Julii. Miała szeroko rozstawione, lekko skośne oczy, które nadawały jej twarzy egzotyczny wygląd, i włosy tak jasne, że błyszczały srebrzyście, gdy stała na scenie w świetle reflektorów. Pani Drew z czułością nazywała Willę "łobuziakiem". Jej mąż, John Drew, pochodzący z Irlandii, nazywał ją "jasnowłosym duszkiem".

Miała gładką skórę, pełne usta, a zarys podbródka nadawał jej twarzy wyraz siły. Czasami wydawało jej się, że przeżyła już czterdzieści lat. Matka zmarła, gdy Willa ukończyła trzy lata, ojciec, kiedy miała czternaście, a w teatrze występowała od szóstego roku życia. Była jedynym dzieckiem kobiety, której nie mogła pamiętać, i ciężko pracującego mężczyzny o liberalnych poglądach. Kochała ojca z całkowitym oddaniem. Pewnego dnia atak serca powalił go podczas sceny burzy w Królu Learze.

Peter Parker należał do aktorów, którzy oddają się temu, co robią, z żarliwością i entuzjazmem. Już jako młody człowiek uświadomił sobie jednak, że jego talent zapewni mu tylko środki do życia i jego nazwisko nigdy nie znajdzie się jako pierwsze na afiszu. Zaczynał od dziecięcych ról w rodzinnej Anglii, po czym dorastał do dorosłych ról wykonywanych w klasycznym, napuszonym stylu Johna Philipa Kemble'a i Sarah Siddons. Gdy ukończył dwadzieścia lat, zaczął występy ze wspaniałym Keanem i porzucił klasycyzm dla jego naturalizmu. Aktor miał robić wszystko, czego wymagała rola, w razie potrzeby nawet krzyczeć i czołgać się po podłodze.

To właśnie po pierwszym angażu u Keana porzucił na zawsze swoje rodowe nazwisko Potts. Zbyt wielu przezwisk dorobił się wśród aktorskiej braci - Doniczka, Nocnik2 - i to skłoniło go do przyjęcia nazwiska Parker, które, jak sądził, było praktyczniejsze i budziło większy szacunek. Willa znała rodowe nazwisko ojca i ta historia ją bawiła, ale od najmłodszych lat myślała o sobie jako o Parker.

Ojciec nauczył ją rozmaitych sztuczek technicznych, różnych stylów grania i wielu innych rzeczy, wśród których na czoło wysuwały się typowe dla aktorów energia, idealizm, encyklopedyczna znajomość teatralnych przesądów oraz optymizm, tak niezbędny, by przetrwać w tym zawodzie. Teraz, zbliżając się do sceny, Willa korzystała z tego optymizmu i przekonywała siebie, że pracodawca nie będzie się złościł.

W cieniu przy drzwiach podstarzały portier próbował naciągnąć gumowy płaszcz przeciwdeszczowy.

- Jest w biurze, panno Parker. Pyta o panią co pięć minut.

- Dziękuję, Joe. - To tyle, jeśli chodzi o optymizm.

Portier zadzwonił kluczami, szykując się do zamknięcia sceny. Wychodził wcześnie. Może pan Wood dał mu wolny wieczór.

Willa pędziła za kulisy, lawirując między wiązkami niepomalowanych gałęzi lasu Birnam, który ma przyjść do zamku Dunzynan w następnym spektaklu. Obszerne nadscenie pachniało świeżym drewnem, starymi kosmetykami i kurzem. Światło wlewało się przez na wpół otwarte drzwi. Willa usłyszała głęboki głos Wooda:

 

Dalej! czas nagli; już dzwonka wezwanie

Daje mi sygnał. Nie słysz go, Dunkanie

Bo tego dzwonka melodia straszliwa

Do nieba ciebie lub do piekła wzywa3.

 

Powtórzył do piekła wzywa, zmieniając modulację głosu.

Willa stała bez ruchu przy drzwiach biura i drżała z przerażenia. Gdzieś poza sceną jej pracodawca ćwiczył jedną z głównych partii bohatera Makbeta. Ta sztuka Szekspira zdaniem większości aktorów przynosiła pecha, chociaż niektórzy składali to na karb walk na scenie i raczej w tym dopatrywali się przyczyn rozpłatanych głów, niefortunnych upadków, złamanych rąk i nóg. Przesąd wciąż się jednak utrzymywał. Willa, jak wielu innych aktorów i aktorek, śmiała się z tego, a jednocześnie starała się zachowywać zgodnie z obowiązującymi przesądami. Unikała powtarzania wersetów za kulisami, w garderobie czy pokoju aktorów. Zawsze mówiła o Makbecie jako o "szkockiej sztuce", bo wymówienie tytułu w teatrze gwarantowało nieszczęście.

Spojrzała za siebie w ciemność. Gdzie byli inni członkowie zespołu? Sądziła, że powinni być na próbie. W ciszy usłyszała jedynie leciutkie skrzypnięcie - może to teatralny kot wyruszył na łowy. Miała ochotę uciekać.

- Kto tam?

Najpierw cień, a potem Claudius Wood ukazał się w drzwiach, które z impetem otworzył na oścież. Prostokąt światła padającego z gazowej latarni powiększył się i objął zasięgiem Willę stojącą z papierami w ręce.

Wood miał rozwiązany krawat, rozpiętą koszulę i podwinięte rękawy. Spojrzał na nią spode łba.

- Miałaś być o wpół do ósmej. Spóźniłaś się o czterdzieści minut.

- Panie Wood, przepraszam. Trochę się przeciągnęło.

- Co się przeciągnęło? - Zauważył kartki z podpisami. - Jeszcze jedna z twoich radykalnych krucjat?

Przestraszyła się, gdy wyrwał jej petycję.

- Och, Chryste! - rzucił. - Biedni, nieszczęśliwi Indianie. Tylko, jeśli można, nie w czasie, za który płacę. Obetnę ci pensję. No, chodź! Zabierzmy się wreszcie do roboty.

Coś bliżej nieokreślonego ostrzegało ją, by uciekać z tego opustoszałego teatru, od tego postawnego mężczyzny, którego przystojna twarz zaczęła się już pokrywać na policzkach siatką żył, a nos stawał się porowaty i bulwiasty. Ale bardzo chciała zagrać tę trudną rolę, którą jej zaproponował, przeznaczoną dla bardziej doświadczonej aktorki i do tego utalentowanej. Gdyby Willa odniosła sukces, wpłynęłoby to korzystnie na jej dalszą karierę.

A jednak...

- Czy nikt więcej nie przyjdzie?

- Nie dzisiaj. Sądzę, że sceny, które gramy razem, wymagają szczególnej uwagi.

- Czy nie moglibyśmy ich ćwiczyć na scenie? Bądź co bądź to szkocka sztuka.

Wood ryknął śmiechem i poczuła się upokorzona.

- Chyba nie wierzysz w te bzdury. Ty, taka inteligentna i postępowa kobieta. - Przeciągnął palcem po kartkach i zwrócił je Willi. - Gramy Makbeta i będę próbował, gdzie zechcę. A teraz wchodź i zaczynamy.

Obrócił się i wszedł do biura. Willa podążyła za nim. Jakiś wewnętrzny głos mówił jej, że Wood ma rację, a przesądy to dziecinada. Ale jej ojciec na pewno by się martwił.

Gdzieś na górze, nad ich głowami, zagrzmiało. Burza przybierała na sile. Willa, wciąż ulegając zabobonom, była przekonana, że nad ulicą gromadzą się piekielne moce. Miała lodowate ręce, gdy szła za pracodawcą.

- Zdejmij szal i czepek. - Wood przesunął krzesło, by zrobić nieco miejsca na zniszczonym dywanie. Biuro było rekwizytornią stylowych mebli i sztucznych roślin umieszczonych w donicach różnej wielkości i kształtu. Ściany pokrywały afisze reklamujące spektakle teatru New Knickerbocker. Goldsmith, Molier, Boucicault, Sofokles... Olbrzymie biurko zagracały stosy rachunków, scenariuszy, kontraktów i pamiątek. Wood odsunął polakierowany sztylet Makbeta, metalowy rekwizyt z tępym ostrzem, i nalał whiskey z karafki. Kuliste klosze gazowych lamp, zrobione z zielonego szkła, bardziej przyciemniały pokój, niż go oświetlały.

Willa, pełna obaw, umieściła podpisane petycje na fotelu z aksamitnym obiciem, a na nich aksamitne rękawiczki, szal i czepek. Wszystko złożyła w stosik, na wypadek gdyby musiała to szybko pochwycić. Zaczęła dojrzewać w wieku dwunastu lat i od tego czasu mężczyźni, którzy pracowali w teatrze, dostrzegali jej urodę. Nauczyła się trzymać ich na odległość żartami, a czasami, gdy zachodziła taka konieczność, siłą. Była mistrzynią ucieczek.

Wood zamknął drzwi.

- W porządku, moja droga. Pierwszy akt, scena siódma.

- Przecież ćwiczyliśmy to wczoraj prawie cały dzień.

- Nie jestem z tego zadowolony. - Zbliżył się do niej. - Zamek Makbeta. - Uśmiechając się, wyciągnął rękę i powoli przesunął dłonią po jedwabnym rękawie jej sukni. - Zacznij w połowie monologu lady Makbet, od słów: Byłam karmicielką.

Rozkoszował się tym tekstem. Lampa gazowa rzuciła smużkę światła na jego wilgotną dolną wargę. Willa z trudem tłumiła niepokój i rozpacz. Wszystko stało się jasne: czego od niej zawsze chciał i dlaczego zaangażował ją, gdy wokół było mnóstwo starszych aktorek. Pani Drew zrobiła wszystko prócz jednego - nie nazwała rzeczy po imieniu. Willa bynajmniej nie czuła się zaszczycona, a jedynie zdenerwowana. Jeśli taka miała być cena za jej nowojorski debiut, to niech go diabli, nie zapłaci jej.

- Zaczynaj - powtórzył przerażającym ochrypłym głosem.

Znów głaskał jej ramię. Próbowała się odsunąć, ale ponownie się zbliżył i gładził ją dalej. Poczuła zapach whiskey.

- Byłam karmicielką i wiem - głos jej zadrżał - jak to jest słodko kochać dziecię, które się karmi...

- Naprawdę? - Schylił się i pocałował ją w szyję.

- Panie Wood...

- Dalej. - Chwycił ją za ramiona i potrząsnął nią.

Przeraziła się śmiertelnie. W jego czarnych oczach dojrzała coś więcej niż gniew. Zobaczyła pragnienie zadania jej bólu.

- Byłabym mu jednak wyrwała była pierś z ust nadstawionych, które się do mnie tkliwie uśmiechały...

Ręka Wooda ześlizgnęła się z jej ramienia na lewą pierś i objęła ją.

- Nie wyrwałabyś jej z moich, prawda?

Willa tupnęła nogą w wysokim sznurowanym bucie.

- Niech pan posłucha: jestem aktorką i nie pozwolę się traktować jak ulicznica.

Chwycił ją za ramię.

- Za to ci płacę, żebyś była tym, kim ci każę, choćby moją dziwką.

- Mowy nie ma - warknęła i wyrwała się.

Cofnął rękę i uderzył ją pięścią w twarz. Cios zwalił ją z nóg.

- Ty jasnowłosa suko. Zaraz mi dasz to, czego chcę. - Lewą ręką chwycił ją za włosy tak mocno, że rozpłakała się. Prawa pięść kilkakrotnie spadła jej na plecy. - Czy to przemawia ci do rozumu?

- Niech mnie pan zostawi. Jest pan pijany... Wariat...

- Zamknij się! - Wymierzył jej tak siarczysty policzek, że odrzuciło jej głowę do tyłu i uderzyła nią o stół. - Zadzieraj kieckę!

Gwiazdy tańczyły jej przed oczami. Ból się wzmagał. Wyciągnęła rękę, szukając jakiegoś ciężkiego przedmiotu na stole. Wood stanął okrakiem nad jej prawą nogą i rozpinał guziki rozporka.

- Zadzieraj ją, do cholery, bo ci tak dołożę, że w ogóle się nie ruszysz.

Oszalała z przerażenia, znalazła coś na stole: sztylet Makbeta. Wood usiłował chwycić ją za nadgarstek, ale nim zdążył, Willa uderzyła z taką mocą, że choć ostrze było tępe, przeszło przez materiał spodni. Poczuła, że sztylet zetknął się ze skórą, zatrzymał na sekundę, a potem zatopił w ciele.

- Jezu! - wrzasnął Wood, łapiąc oburącz sztylet, wbity głęboko w jego udo. Usiłował go wyrwać, plamiąc palce krwią. - Jezu Chryste! Zabiję cię!

Willa z obłędem w oczach popchnęła go tak mocno, że upadł. Wrzeszczał i przeklinał, gdy przewrócił się na palmę. Podczołgała się do fotela, porwała swoje rzeczy i wybiegła z biura w ciemny korytarz. Przy drzwiach wyjściowych na tyłach teatru mocowała się przez chwilę z zasuwą, ale w końcu otworzyła ją z hukiem i niemal tracąc równowagę, wypadła do zalewanego deszczem zaułka. Nasłuchiwała odgłosów pogoni.

* * *

Ja [tu imię i nazwisko] uroczyście przysięgam w obecności Boga Wszechmogącego, że będę odtąd wiernie wspierał, chronił Konstytucję Stanów Zjednoczonych i Unii podległych stanów i bronił jej oraz że będę przestrzegał i wiernie bronił wszystkich praw i dekretów odnośnie do emancypacji niewolników, które wydano podczas trwania rebelii. Tak mi dopomóż Bóg.

 

Przysięga, którą musieli złożyć wszyscy konfederaci ubiegający się o amnestię prezydencką z 1865 roku

2 Pots (ang.) - doniczki lub nocniki; Pottspots nie różnią się w wymowie.

3 William Szekspir, Makbet, przekład J. Paszkowski (następne fragmenty również w jego tłumaczeniu).

Rozdział 3

- Muszę złożyć tę przysięgę? - zapytał Cooper Main. Przyjechał aż do Columbii, by dopilnować swoich spraw, i nagle nabrał wątpliwości.

- Jeśli chcesz uzyskać łaskę - odparł prawnik Trezevant siedzący po drugiej stronie chwiejącego się stołu służącego za biurko.

Jego kancelaria spłonęła w wielkim pożarze siedemnastego lutego, więc prawnik wynajął pokój na piętrze domu pogrzebowego Reverdy'ego Birda w ocalałej wschodniej części miasta. Salon pan Bird zmienił w sklep oferujący okaleczonym weteranom stopy z korka, drewniane kończyny i szklane oczy. Zgiełk oznaczał, że tego ranka interes szedł dobrze.

Cooper wpatrywał się w ręcznie zapisaną przysięgę. Był wychudzony i jego rozczochrane włosy, choć miał zaledwie czterdzieści pięć lat, były poprzetykane siwizną. Zmizerniał z powodu złego odżywiania. Szesnastogodzinne dniówki odbiły się cieniami pod jego głęboko osadzonymi piwnymi oczami. Modlił się nieustannie, by mógł odbudować magazyny, doki i handel swojego towarzystwa przewozowego Carolina Shipping Company w Charlestonie.

- Rozumiem twoją niechęć, ale skoro generał Lee mógł w zeszłym tygodniu upokorzyć się i złożyć takie podanie w Richmond, ty też możesz - powiedział Trezevant.

- Prośba o łaskę oznacza, że zrobiło się coś złego, a ja nic złego nie zrobiłem.

- Zgadzam się, Cooper. Niestety, rząd federalny tak nie uważa. Jeśli chcesz prowadzić interesy, musisz się uwolnić od brzemienia służby w Departamencie Marynarki Wojennej Konfederacji.

Cooper spojrzał na prawnika spode łba.

- Pojechałem do Waszyngtonu osobiście - ciągnął Trezevant - i myślę, że w pewnym stopniu można ufać temu handlarzowi łaską, chociaż jest prawnikiem, a w dodatku Jankesem. - Gorzki humor nie wywarł wrażenia na słuchającym. - Nazywa się Jasper Dills. Jest chciwy, więc na pewno podrzuci twoje podanie urzędnikowi do spraw ułaskawień i na biurko prezydenta Johnsona przed wieloma innymi.

- Za ile?

- Dwieście dolarów amerykańskich albo ekwiwalent w funtach szterlingach. Moje honorarium wynosi pięćdziesiąt dolarów.

Cooper zastanawiał się przez chwilę.

- W porządku. Daj mi te papiery.

Rozmawiali jeszcze przez pół godziny. Trezevant znał wszystkie waszyngtońskie plotki. Powiedział, że Johnson chce wyznaczyć tymczasowego gubernatora w Karolinie Południowej, który zwoła konwencję konstytucyjną, tak jak ustalono to przed upadkiem Fortu Sumter. Johnson zgodnie z oczekiwaniami wybrał sędziego Benjamina Franklina Perry'ego, zaprzysięgłego unionistę sprzed wojny, który wprawdzie - podobnie jak generał Lee - ogłosił lojalność wobec swojego stanu, mimo że nienawidził secesji, powiedział jednak: "Wszyscy pójdziecie do diabła. A ja razem z wami".

- Rząd Karoliny Południowej będzie musiał spełnić żądania prezydenta, inaczej nie zostanie uznany - dodał Trezevant. - Na przykład oficjalnie znieść niewolnictwo. - Prawnik zrobił taką minę, że Cooper spodziewał się usłyszeć coś ciekawego. - Ale rząd może... hm... ustawić czarnuchów tak, że będziemy znów mieli siłę roboczą zamiast rozpuszczonej bandy.

- Ustawić ich? Jak?

- Poprzez... nazwijmy to... wprowadzenie pewnych zasad. Mówiono mi, że w Missisipi myślą o tym samym.

- Czy te zasady odnosiłyby się też do białych?

- Nie, tylko do wyzwoleńców.

Cooper zdawał sobie sprawę z ryzyka takiego prowokacyjnego posunięcia, ale nie obchodził go jego moralny aspekt. Koniec wojny przyniósł jemu, jego rodzinie i Karolinie Południowej wstyd i ruinę. Nie myślał w tym momencie o ludziach, z powodu których do niej doszło i których wojna wyzwoliła.

* * *

W południe stary i ociężały koń Coopera człapał już w kierunku domu. Trasa wiodła ponownie przez centrum Columbii. Cooper z trudem znosił ten widok. Prawie sto dwadzieścia kamienic poszło z dymem. Swąd spalonego drewna wciąż wisiał w powietrzu w ten gorący czerwcowy dzień.

Śmieci i połamane meble zalegały ulice. Z wozu należącego do Biura do spraw Uchodźców, Wyzwoleńców i Ziem Opuszczonych rozdawano tłumowi czarnych paczki ryżu i mąki.

Inni wyzwoleńcy tłoczyli się na nielicznych fragmentach niezniszczonego drewnianego chodnika. Cooper dostrzegł wojskowe mundury i kilku cywilów, ale nie zauważył dobrze ubranych białych kobiet. Tak było wszędzie. Kobiety zostawały w domach, ponieważ nienawidziły żołnierzy i obawiały się wyzwolonych niewolników. Żona Coopera, Judith, stanowiła wyjątek i to go irytowało.

Generał Sherman zniszczył drewniany most łączący brzegi rzeki Congaree. Pozostały tylko kamienne wsporniki, wystające z wody jak osmalone nagrobki. Powolna przeprawa na barce promowej dała Cooperowi sposobność dokładnego przyjrzenia się jednemu z niewielu budynków, które oszczędził ogień: niedokończonej dużej kamienicy nieopodal wschodniego brzegu. W jednej granitowej ścianie, jak kleksy na papierze, utkwiły trzy kule armatnie unionistów. Świadczyło to o furii Shermana.

Widok tych kul wzniecił gniew Coopera. Podobne wzburzenie ogarnęło go, gdy zobaczył zgliszcza dzielnicy, do której dotarł wkrótce po zejściu z promu. Jechał brzegiem pasa wypalonej ziemi o szerokości kilometra. To tutaj między płonącymi sosnami szalała kawaleria Kilpatricka, pozostawiając czarną pustkę oznaczoną samotnymi kominami - tyle tylko zostało z domów stojących na drodze barbarzyńskiego marszu. Zniszczenia takie zaczęto nazywać "piętnem Shermana".

Spędził noc w obskurnej gospodzie za miastem. W barze niewiele mówił, ale słuchał uważnie, o czym debatują zubożali farmerzy siedzący wokół. Gdyby się im dokładnie przysłuchać, można by odnieść wrażenie, że to Południe zwyciężyło, a przynajmniej było w stanie kontynuować walkę.

Następnego ranka pojechał dalej, w upale i lekkiej mgle. Zapowiadało się kolejne gorące lato na nizinach. Podróżował polnymi drogami poniszczonymi przez dostawcze konwoje Unii. Farmerzy potrzebowaliby nowego mocnego wozu, by przedostać się przez koleiny głębokości dwudziestu centymetrów w piaszczystej glebie i dotrzeć do miasta ze zbiorami, jeśli w ogóle mieliby jakieś zbiory. Prawdopodobnie jednak nie mogli nigdzie znaleźć nowych wozów ani pieniędzy na ich zakup. Rozmyślając tak, Cooper wpadał w coraz większy gniew.

Jadąc dalej w stronę Charlestonu i wybrzeża, przeciął nasyp kolejowy; wszystkie szyny zniknęły i zostało tylko kilka podkładów. Nie spotkał żadnych białych, za to dwukrotnie widział, jak grupy czarnych przemierzają pola. Tuż za osadą Chicora, na szlaku do rzeki Cooper, napotkał kilkanaścioro czarnych mężczyzn i kobiet zbierających zioła przy drodze. Sięgnął do kieszeni starego płaszcza i złapał za pistolet, który zabrał ze sobą w podróż.

Czarni przyglądali się Cooperowi. Jedna z kobiet miała na sobie czerwoną aksamitną suknię ozdobioną kameą, prawdopodobnie - pomyślał - skradzioną białej pani. Pozostali byli w łachmanach. Oblał się potem i ścisnął ukryty pistolet, ale pozwolili mu przejechać.

Wysoki mężczyzna z czerwoną chustką zawiązaną na głowie stanął za nim na drodze.

- Już tu nie jesteś panem, szefie.

Cooper odwrócił się i spiorunował go wzrokiem.

- A kto, do cholery, powiedział, że jestem? Weź się lepiej do roboty i zrób coś pożytecznego.

- Nie musimy pracować - powiedziała kobieta w czerwonym aksamicie. - Nie możesz nas zmusić ani zbić. Już nie. Jesteśmy wolni.

- Tak, wolno wam gnuśnieć i marnować życie. Wolno wam zapominać przyjaciół.

- Przyjaciół? Takich jak ty? Przecież to wy nas więziliście! - zawołał człowiek w chuście. - Zjeżdżaj stąd, szefie, bo cię ściągniemy z tej szkapy i stłuczemy tak, jak wyście nas tłukli.

Cooper zacisnął zęby. Wyciągnął pistolet i wymierzył. Kobieta w aksamicie wrzasnęła i wskoczyła do rowu. Inni się rozbiegli. Został tylko mężczyzna w chuście i zaczął się zbliżać do Coopera. Zdrowy rozsądek zwyciężył - Cooper uderzył szkapę butami i odjechał.

Trząsł się przez jakieś dziesięć minut. Trezevant miał rację. Rząd stanowy musi coś zrobić, żeby "ustawić" wyzwoleńców. Wolność stała się anarchią. A bez rąk zdolnych do pracy w upale i wilgoci Karolina Południowa osunie się z ciężkiej choroby w śmierć.

* * *

Później, gdy się uspokoił, zaczął rozważać, czym się zająć w firmie przewozowej. Na szczęście nie musiał zamartwiać się o Mont Royal. Przyzwoitość i dobre wychowanie nakazywały mu ułożenie się z wdową po Orrym i teraz to ona ponosiła całkowitą odpowiedzialność za plantację, do której Cooper miał tytuł własności. W Madeline płynęła mieszana krew i wszyscy o tym wiedzieli, ponieważ jego siostra Ashton oznajmiła to całemu światu. Nikt jednak nie przywiązywał wagi do pochodzenia Madeline. I tak pozostanie, dopóki będzie się zachowywać jak porządna biała kobieta.

Melancholijne rozważania o młodszych siostrach odwróciły jego uwagę od kłopotów w firmie. Przywołał obraz Brett, która wyszła za Jankesa, Billy'ego Hazarda, i według tego, co pisała w ostatnim liście, zmierzała z nim do Kalifornii. Ujrzał Ashton, która uwikłała się w jakiś groteskowy spisek w celu obalenia rządu Davisa i zastąpienia go bandą rozgorączkowanych łobuzów. Zniknęła gdzieś na Zachodzie i podejrzewał, że nie żyje. Nie potrafił wykrzesać z siebie zbyt wiele smutku z tego powodu. Nie czuł wyrzutów sumienia. Ashton była trudną dziewczyną i spotykały ją wszystkie kłopoty typowe dla kobiet wielkiej urody i wielkich ambicji. A jej brak zasad moralnych zasługiwał na pogardę.

Za plecami Coopera słońce opadało ku piaszczystym wzgórzom. Musiał jeszcze tylko przejechać przez słone błota. Jak on kochał Karolinę Południową, a szczególnie jej niziny. Tragiczna śmierć syna zmieniła go w południowca patriotę, chociaż wciąż uważał się za człowieka o umiarkowanych poglądach... z jednym wyjątkiem: był przekonany o wrodzonej wyższości białej rasy i jej zdolności do rządzenia społeczeństwem.

Znajdował się właśnie w odległości dziesięciu minut jazdy od miejsca, gdzie spotka człowieka, którego lojalność wobec Południa była posunięta znacznie dalej, niż Cooper mógłby sobie wyobrazić.

* * *

Nazywał się Desmond LaMotte. Wyglądał jak wielki strach na wróble; miał nieprawdopodobnie długie nogi, które zwisały mu niemal do ziemi, gdy jechał na mule przez błota w pobliżu rzeki Cooper. Ręce były proporcjonalnie długie. Jego kręcone marchewkowe włosy przecinało dziwnie wyglądające pasmo siwizny biegnące od czoła w tył; dorobił się go na wojnie. Miał starannie przyciętą rudą brodę.

Pochodził ze starego hugenockiego rodu, który zdominował w tym stanie arystokrację w miastach i na plantacjach. Jego nieżyjąca matka również nosiła hugenockie nazwisko panieńskie: Huger. Wojna wybiła niemal wszystkich młodych mężczyzn w obu rodach.

Desmond pochodził z Charlestonu. Urodził się w 1834 roku. W wieku piętnastu lat miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Gdy rozstawiał palce, rozpiętość jego dłoni, od czubka małego palca do czubka kciuka, wynosiła dwadzieścia pięć centymetrów, a stopy miał długie na ponad trzydzieści. I siłą rzeczy - jak każdy młodzieniec obdarzony silną wolą, buńczucznością i takimi predyspozycjami fizycznymi - postanowił zostać mistrzem tańca.

Ludzie wyśmiewali go, ale się uparł. Nauczanie tańca od dawna było szanowaną profesją, zwłaszcza na Południu. W pełnej hipokryzji Nowej Anglii kaznodzieje bez końca grzmieli i wyklinali tańczenie w parach, tańce w tawernach, wokół umajonych słupów (bo to przypominało pogański rytuał) czy też jakiekolwiek tańce na biesiadach. Południowcy byli pod tym względem bardziej oświeceni dzięki swojej wyższej kulturze, duchowym związkom z angielską arystokracją i niewolnictwu. Niewolnictwo dawało im czas na naukę tańca. Zarówno Jerzy Waszyngton jak i Jefferson - wielcy południowcy, zdaniem Desmonda - nie stronili od tańca.

Już od wczesnego dzieciństwa, czy to chodziło o jazdę konną, czy o beztroskie rzucanie podkową wraz z dziećmi z charlestońskiej społeczności wolnych Murzynów, Des LaMotte wykazywał się zręcznością niespotykaną u innych chłopców, a już zupełnie wyjątkową u takiego, który tak szybko rósł. Rodzice to zauważyli, a ponieważ wierzyli w korzyści, jakie dla młodego dżentelmena płyną z nauki tańca, posłali go na lekcje w wieku jedenastu lat. Des nigdy nie zapomniał pierwszych surowych słów nauczyciela tańca. Później powtarzał je własnym uczniom: "Szkoła tańca nie jest miejscem rozrywki, ale miejscem nauki. A celem godziwej nauki nie jest bynajmniej to, żebyście zostali wybitnymi tancerzami, ale żebyście się stali dobrymi synami i córkami, dobrymi mężami i żonami, dobrymi obywatelami i dobrymi chrześcijanami".

W ciągu pięciu lat poprzedzających wybuch wojny, rozsądnie i szczęśliwie ożeniony z panną Sally Sue Means z Charlestonu, Des założył szkołę przy King Street i kursował z powodzeniem między plantacjami na nizinach. Robił taki objazd trzy razy w roku, zawsze reklamując się przed przyjazdem w lokalnych gazetach. Nigdy nie brakowało mu uczniów. Chłopcom pokazywał podstawy szermierki, ale głównie uczył tańców: kadryli i szkockich tańców, a więc takich, podczas których partnerzy ustawiali się w rzędzie i nie musieli wystawiać na szwank reputacji przez nadmierny kontakt fizyczny. Uczył też nowszych, śmielszych, importowanych z Europy tańców: walca i polki - pląsów w parach, kiedy to partnerzy spoglądali sobie w oczy z bliska, co niektórzy uważali za zbyt śmiałe. Duchowny kościoła episkopalnego w Charlestonie głosił kazania przeciwko "tym niegodziwym praktykom, pozwalającym mężczyźnie, który nie jest ani narzeczonym, ani mężem, otaczać kobietę ramionami i ściskać jej talię". Des śmiał się z tego. Uważał, że każda forma tańca jest moralna, ponieważ siebie i wszystkich swych uczniów też uważał za moralnych.

Przez pięć cudownych lat uczył, korzystając ze standardowego podręcznika Mistrz tańca Rambeau (którego zniszczony egzemplarz miał tego dnia w skórzanej torbie u siodła). Mimo istnienia abolicjonistów i groźby wybuchu wojny przewodził wystawnym balom i zjazdom plantatorów, patrząc z rozkoszą, jak atrakcyjni biali mężczyźni i ładne białe kobiety tańczą przy blasku świec od siódmej wieczorem do trzeciej albo czwartej nad ranem, niemal bez śladu zmęczenia. A zima była sezonem świetnych przyjęć w Charlestonie, z wielkim balem w prestiżowym Towarzystwie Świętej Cecylii na czele.

Des miał szeroką, lecz eklektyczną wiedzę w dziedzinie tańca. Na pograniczu spotkał się z tańcem na kładce, podczas którego dwaj mężczyźni podrygiwali na desce położonej między beczkami, dopóki jeden z nich nie spadł. Na plantacjach obserwował tańce niewolników, korzeniami sięgające Afryki, polegające na wyszukanym stepowaniu piętami i palcami stóp w rytm kołatek wykonanych z kości zwierząt albo kowalskich raszpli. Plantatorzy na ogół zabraniali niewolnikom używania bębnów, bo uważali, że służą do przekazywania tajnych wiadomości na temat rebelii albo spisków podpalaczy.

Godzinami potrafił marzyć przed portretem Thomasa D. Rice'a, wielkiego białego tancerza, który zachwycał publiczność na początku wieku swoją kreacją bohatera o czarnej twarzy, Jima Crowa. Od mieszkańców Karoliny Południowej podróżujących na Północ usłyszał o sekcie Wirujących Kwakrów, słynnych miłośników czarnuchów. Ich tańce symbolizowały doktrynę religijną. Sunący powoli wąż tancerzy obrazował wąską ścieżkę zbawienia. Trzy lub cztery koncentryczne obwody tancerzy, obracające się w przeciwnych kierunkach, to koło w kole, czyli obowiązujący w tej sekcie symbol kosmosu. Des znał cały wszechświat amerykańskiego tańca, chociaż tych, którzy mu płacili, zapewniał, że lubi tylko ten rodzaj pląsów, jakiego sam naucza.

Jego wszechświat runął wraz z pierwszą salwą armatnią w Forcie Sumter. Natychmiast zgłosił się do Strzelców Karolińskich, jednostki utworzonej przez jego najlepszego przyjaciela, kapitana Ferrisa Brixhama. Z osiemdziesięciu ludzi w kwietniu pierwszego roku walk tylko trzech dożyło momentu, gdy generał Joe Johnston poddał ostatnią armię Konfederacji w Durham w Karolinie Północnej. W noc przed kapitulacją bestialski sierżant i czterech innych jankeskich żołnierzy schwytali Desa i Ferrisa, gdy ci poszukiwali jedzenia, i pobili ich do nieprzytomności. Des przeżył; Ferris zmarł w jego ramionach godzinę po tym, jak ogłoszono kapitulację. Zostawił żonę i piątkę dzieci.

Rozgoryczony Des dowlókł się jakoś do Charlestonu. Tu dowiedział się od osiemdziesięciopięcioletniego wujka, że Sally Sue zmarła w styczniu na zapalenie płuc, po którym wywiązały się komplikacje z powodu niedożywienia. Jakby tego nie było dość, w czasie wojny cała rodzina LaMotte'ów była wielokrotnie hańbiona przez członków innej rodziny mieszkającej nad rzeką Ashley. Tego już Des nie mógł znieść. Jego umysł oszalał tak, że nie pamiętał, co się działo przez kolejny miesiąc. Zaopiekowali się nim podstarzali krewni.

Teraz prowadził muła przez błota, szukając dawnych klientów z plantacji albo ludzi, którzy mogliby sobie pozwolić na lekcje dla dzieci. Nikogo takiego nie znalazł. Za nim na bosaka szedł pięćdziesięcioczteroletni służący, złamany artretyzmem Juba; to imię pochodziło z czasów niewolnictwa i oznaczało muzykanta. Po powrocie z wojny Des skłonił go, by podpisał z nim dożywotni kontrakt na posługi osobiste. Juba obawiał się tej nowej wolności, którą obdarzył go legendarny Linkum, więc chętnie postawił krzyżyk na dokumencie, którego nawet nie potrafił przeczytać.

Juba maszerował w słońcu i jedną rękę opierał na zadzie muła prowadzonego przez człowieka mającego tylko dwa cele: wrócić do profesji, którą kochał, nawet w świecie zrujnowanym przez Jankesów, i wziąć odwet na tych wszystkich, którzy przyczynili się do nędzy jego, jego rodziny i kraju.

Właśnie tego człowieka spotkał na drodze Cooper Main.

* * *

Jasna sosnowa kładka, szeroka na jakieś siedemdziesiąt pięć centymetrów, leżała w poprzek obniżenia w słonych błotach. Tylko dzięki niej można było przebyć to miejsce. Cooper dotarł do początku kładki dwa kroki wcześniej niż niezgrabny człowiek na mule. Mężczyzna, wraz z towarzyszącym mu ponurym Murzynem, zatrzymał się po drugiej stronie.

Na suchym pagórku, z sześć metrów od przejścia, wygrzewał się w słońcu aligator. Zwierzęta te często występowały na nabrzeżnych błotach. Ten osobnik był dorosły; mierzył ponad trzy metry, a ważył pewnie z dwieście pięćdziesiąt kilogramów. Spłoszony przez intruzów, wślizgnął się do wody i zanurzył. Ponad wodą zostały tylko nieosłonięte oczy. Powoli posuwały się w stronę kładki. Aligatory mogą być niebezpieczne, jeżeli są głodne albo uznają, że jakiś człowiek czy zwierzę stanowią dla nich zagrożenie.

Cooper dostrzegł aligatora. Chociaż widywał te gady od dziecka, zawsze go przerażały. Miewał czasami koszmary senne, w których jawiły mu się ich wypełnione zębami paszcze. Zadrżał, gdy oczy bestii przesunęły się bliżej. Nagle ślepia zniknęły pod wodą i aligator odpłynął.

Cooper znał skądś młodego człowieka z rudą bródką, ale nie potrafił przypisać do twarzy nazwiska. Usłyszał jego słowa z drugiego końca kładki:

- Niech mnie pan przepuści.

- Nie widzę powodu... - zaczął zgrzany i zdenerwowany Cooper.

- Mówię jeszcze raz: niech mnie pan przepuści.

- Nie, mój panie. Jest pan impertynencki i arogancki, a poza tym nie znam pana.

- Za to ja pana znam. - Spojrzenie młodego człowieka wyrażało tłumioną wściekłość, lecz mówił spokojnie, a nawet grzecznie. Ten kontrast spowodował, że nerwy Coopera się napięły. - Pan jest Cooper Main z Charlestonu. Carolina Shipping Company. Plantacja Mont Royal. Desmond LaMotte, mój panie.

- Ach, tak. Nauczyciel tańca. - Po tym wyjaśnieniu Cooper wprowadził konia na kładkę.

Wywołało to taki efekt jak rzucenie zapałki na stóg siana. Des kopnął muła i ruszył do przodu. Kopyta zastukały na desce. Muł przestraszył konia Coopera; wierzchowiec stąpnął w bok i spadł z kładki. Cooper przekręcił się w powietrzu, by uniknąć zmiażdżenia, i upadł na mieliznę obok konia. Otrząsnął się. Nic mu się nie stało, ale cały był ubabrany lepkim mułem.

- Co, do diabła, się z panem dzieje, LaMotte?!

- Dyshonor, mój panie. Doskwiera mi dyshonor. Chyba że pańska rodzina nie pojmuje już znaczenia honoru. Może jest tak nieuchwytny jak blask słońca, ale w życiu równie ważny.

Ociekając wodą i drżąc z zimna pomimo upału, Cooper zastanawiał się, czy przypadkiem nie spotkał kogoś, kogo wojna pozbawiła rozumu.

- Na Boga, nie wiem, o co panu chodzi.

- Chodzi mi, proszę pana, o tragedie, do których członkowie pana rodziny doprowadzili członków mojej.

- Nic nie zrobiłem żadnemu LaMotte'owi.

- Za to inni o pańskim nazwisku popełnili grzeszne czyny. Skalaliście honor LaMotte'ów, gdy pułkownik Main przyprawił rogi mojemu kuzynowi Justinowi, a wasz zbiegły niewolnik, Cuffey, zabił mojego kuzyna Francisa.

- Mówię panu, że nie miałem nic wspólnego...

- Odbyliśmy naradę rodzinną... z tymi, którzy przetrwali - przerwał mu Des. - Cieszę się, że pana spotkałem, bo teraz nie muszę pana szukać po całym Charlestonie.

- Po co miałby mnie pan szukać?

- By pana poinformować, że LaMotte'owie postanowili wyrównać dług honorowy.

- Naprawdę opowiada pan bzdury. Pojedynki są niezgodne z prawem.

- Nie chodzi o pojedynek. Użyjemy innych środków... w czasie i miejscu, które sami wybierzemy. Lecz spłacimy dług.

Cooper sięgnął po cugle konia. Woda ściekała z jego rękawów i ze zwierzęcia, zakłócając ciszę. Chciał zadrwić z tego zwariowanego człowieka, ale powstrzymał go wyraz jego oczu.

- Wyrównamy rachunki z panem, panie Main, albo z czarną wdową po pańskim bracie, albo z obojgiem - oświadczył Desmond LaMotte. - Może pan być tego pewny.

I ruszył. Kopyta muła stukały o kładkę jak strzały z pistoletu. Gdy dotarł do stałego gruntu, jego zgarbiony służący pobiegł za nim, ani razu nie spojrzawszy na Coopera.

Cooper zadrżał i wyprowadził konia z bagna.

* * *

Późnym wieczorem w domu na Tradd Street Cooper opowiedział żonie o tym spotkaniu. Judith skwitowała to śmiechem.

- On mówił poważnie - rzucił zdenerwowany. - Nie widziałaś go, a ja tak. Nie każdy człowiek, który wyjeżdża na wojnę, wraca zdrowy psychicznie.

Nie zauważył jej ponurego spojrzenia ani nie przypomniał sobie, w jakim sam był stanie po śmierci syna.

- Muszę ostrzec Madeline w liście - powiedział.

* * *

OGRODY ZIMOWE

 

Broadway, między Bleecker i Amity Street

 

DZIŚ WIECZOREM

godzina 19.30

 

RICHELIEU: KONSPIRACJA

 

Obsada:

Edwin Booth, Charles Barron, J.H. Taylor, John Dyott, W.A. Donaldson, C. Kemble Mason, panna Rose Eytange, pani Marie Wilkins i inni

Rozdział 4

Willa obudziła się nagle. Usłyszała jakiś hałas i czyjś głos, lecz nie potrafiła zidentyfikować tych dźwięków.

Wspomnienia wróciły potężną falą. Claudius Wood, sztylet z Makbeta. W deszczu uciekała Chambers Street i niemal wpadła pod konia pędzącej dwukółki, kiedy poślizgnęła się i upadła na skrzyżowaniu. Dopiero po minięciu czterech przecznic ośmieliła się odwrócić i spojrzeć na oświetloną lampami ulicę. Ani śladu Wooda. Żadnych oznak pościgu. Pobiegła dalej.

Ktoś bębnił pięścią w drzwi. Jakiś nieznajomy mężczyzna.

- Panno Parker, właścicielka domu widziała, że pani szła do mieszkania. Proszę otworzyć drzwi albo je wyważę.

- Niszczyć dobre drzwi? Na to nie mogę pozwolić. - To powiedziała harpia, która zarządzała czynszówką.

Wcześniej, gdy Willa wpadła do domu z mokrej ulicy, kobieta spojrzała na nią z jadalni, gdzie siedziała przy stole z czterema skupionymi nad podłym jedzeniem wynędzniałymi dżentelmenami, którzy zajmowali pozostałe pokoje.

Willa uciekła od wrogich spojrzeń i pomknęła na górę do siebie. Malutkie pomieszczenie zapełniały książki, programy teatralne i dwa kufry ubrań. Zamknęła drzwi na klucz i bezpieczna w swoim pokoju, z drżeniem rzuciła się na łóżko. Leżała, nasłuchując, przez niemal godzinę. W końcu usnęła wyczerpana.

Teraz usłyszała, jak mężczyzna w korytarzu zwraca się do właścicielki:

- Pani tu nie ma nic do gadania. Dziewczyna jest wezwana na przesłuchanie w sprawie napadu na pracodawcę. - Znów uderzył w drzwi. - Panno Parker!

Willa skuliła się i wstrzymała oddech.

- To sprawa kryminalna! - krzyknął mężczyzna. - Proszę panią ostatni raz o otworzenie drzwi!

Zdążyła się już ubrać. Szybko spojrzała na swoje rzeczy, żegnając się z nimi w myślach. Chwyciła szal i otworzyła okno. Mężczyzna usłyszał ten dźwięk i zaczął wyważać drzwi.

Z trudem łapiąc oddech i zwalczając strach, Willa wyszła przez okno, opuściła się, trzymając się obiema rękami parapetu, po czym skoczyła. Spadła w mrok i deszcz. Jej okrzyk rozpaczy utonął w hałasie wyważonych w końcu drzwi.

* * *

- Boże... mój Boże... nigdy w życiu nie miałam do czynienia z czymś takim, Eddie.

- No, już dobrze. - Przytulił ją.

Dotyk jego aksamitnego smokingu działał na nią kojąco. Podczas gdy ubrania Willi suszyły się, miała na sobie jedną z obcisłych szat ze złotego jedwabiu Eddiego Bootha, który był niskim mężczyzną. Kosmyk jasnych włosów opadał jej na czoło. Nagie stopy oparła o stołek przed sobą. Eddie owinął bandażem jej lewą kostkę; skręciła ją, gdy wyskakiwała z okna. Kiedy kuśtykała do jego domu, czuła bez przerwy przejmujący ból. Eddie mieszkał w eleganckiej rezydencji przy Wschodniej Dziewiętnastej Ulicy 28.

- Omal nie schwytał mnie policjant. To Wood go przysłał, prawda?

- Bez wątpienia - odparł Eddie. Miał trzydzieści dwa lata, piękny głos, który krytycy nazywali "cudownym instrumentem", był szczupły i przystojny. Jego oczy zawsze miały wyraz cierpienia.

Padał deszcz i zalewał strugami wysokie okna. Było wpół do drugiej w nocy. Willa, okryta cienkim jedwabiem, drżała.

- Wood to kanalia - dodał Eddie. - Hańba dla naszego zawodu. Pije o wiele za dużo... wiem coś o tym. Połącz to z jego temperamentem i rezultat jest katastrofalny. W ubiegłym roku niemal okaleczył operatora reflektora gazowego, bo nie oświetlił sceny dokładnie tak, jak Wood sobie życzył. A jego świętej pamięci żona...

- Nie wiedziałam, że w ogóle był żonaty.

- Nie mówi o tym i ma swoje powody. Podczas rejsu przez Atlantyk do Wielkiej Brytanii poślizgnęła się przy złej pogodzie, wypadła za burtę i zniknęła. Wood był jedynym świadkiem, chociaż steward później mówił, że rano tego pechowego dnia Helen Wood miała sińce na policzkach i ramieniu. Próbowała ukryć je pod pudrem, lecz bezskutecznie. Innymi słowy, bił ją.

- A potrafi być takim czarującym mężczyzną. - Willa westchnęła ciężko. - Ależ byłam głupia, że się dałam nabrać!

- Wcale nie. Jego urok zmylił już czujność bardzo wielu ludzi. - Booth poklepał ją po ramieniu, po czym wstał. Był w czarnych spodniach, a na stopach miał lekkie sandały. Jego stopy były mniejsze niż jej. - Widzę, że ci zimno - rzucił. - Przyniosę koniak. Trzymam go w domu, choć sam nigdy go nie piję.

Wiedziała, że nie sięga też po żadne inne trunki. Gdy w 1863 roku jego żona, Mary, leżała w agonii, był zbyt pijany, by zareagować na błagania przyjaciół, żeby do niej iść. Ten fragment jego przeszłości ciążył mu niemal równie mocno, jak fatalna noc w Teatrze Forda.

Willa wpatrywała się w ulewę za oknem, podczas gdy nalewał koniaku do kieliszka i ogrzewał go w dłoniach.

- Wymknę się jutro i spróbuję się dowiedzieć, jakie Wood ma zamiary. - Wręczył jej kieliszek. Koniak sprawił, że poczuła przyjemne ciepło, i szybko uspokoił jej żołądek. - Tymczasem jednak nie liczyłbym zbytnio na to, że tak łatwo zrezygnuje. Oprócz wielu innych wspaniałych zalet charakteryzuje go również mściwość. Ma wielu przyjaciół wśród tutejszych producentów. W Nowym Jorku na pewno nie pozwoli ci pracować.

Poruszyła gołymi palcami stóp. Kostka bolała ją już mniej. Szczapy drewna jabłoni trzeszczały w kominku i wypełniały salonik słodkim aromatem. Willa sączyła koniak, a Eddie wpatrywał się melancholijnie w oprawiony duży dagerotyp ustawiony na stoliku z marmurowym blatem: trzej mężczyźni w rzymskich togach. Zdjęcie pochodziło ze słynnego przedstawienia w listopadzie 1864 roku; Eddie grał w nim Brutusa, a jego bracia, Johnny i June, Kasjusza i Antoniusza.

Odstawiła kieliszek.

- Nie mogę wrócić do teatru Arch Street. Pani Drew ma komplet aktorów. Zastąpiła mnie, gdy tylko złożyłam wymówienie.

- Louisa powinna była cię ostrzec przed Woodem.

- Pośrednio to zrobiła. Tylko że ja nie zwracałam uwagi na to, co usiłowała mi powiedzieć. Mam wiele wad, a jedną z najgorszych jest ta, że myślę dobrze o ludziach. A to może być niebezpieczne.

- Ależ skąd, to cnota. Nigdy nie myśl inaczej. - Poklepał jej dłoń. - Załóżmy zatem, że Nowy Jork jest przed tobą zamknięty. Czy jest jakieś miejsce, gdzie mogłabyś pracować?

- Miejsce, dokąd mogłabym uciec? Ucieczka zawsze jest lekarstwem, które najszybciej wybieram. A potem zawsze tego żałuję. Nienawidzę tchórzostwa.

- Ostrożność nie jest tchórzostwem. Przypominam ci po raz kolejny, że to nie sprzeczka ze szkolnego podwórka. Pomyśl przez chwilę. Dokąd mogłabyś pojechać?

Zadumała się i pokręciła głową.

- Nie ma takiego miejsca... chociaż nie, jest... St. Louis. Otrzymałam kiedyś propozycję od jednego ze starych kolegów ojca. Znasz go. Ty i mój ojciec byliście z nim w jednej trupie w Kalifornii.

- Sam Trump? - Eddie uśmiechnął się po raz pierwszy tego wieczoru. - As Amerykańskich Aktorów? Nie wiedziałem, że jest w St. Louis.

- Tak, prowadzi tam własny teatr. Robi konkurencję Danowi DeBarowi. Pisał mi o tym. Podejrzewam, że nie idzie mu najlepiej.

Eddie podszedł do okna.

- Pewnie z powodu picia. To jest chyba przekleństwo tego zawodu. - Odwrócił się. - St. Louis rzeczywiście mogłoby być idealnym azylem. To dość daleko, ale miasto ma dobre tradycje, odkąd Ludlow i Drake zaczęli tam działać w latach dwudziestych. Jest cała dolina Missisipi na występy objazdowe i żadnych konkurencyjnych teatrów aż po Salt Lake City. Lubiłem grać w St. Louis. Mój ojciec też. - Wyjrzał przez ciemne okno i znów się uśmiechnął. - Kiedy tam jechał, zawsze mógł zaoszczędzić kilka centów, angażując do drugoplanowych ról aktorów z Thespians, dobrej trupy amatorskiej. Niestety, przepuszczał potem te oszczędności na kolejną butelkę. - Otrząsnął się ze wspomnień. - Ale wracając do tematu, Sam Trump to porządny człowiek. Miałby powodzenie jako aktor, gdyby nie przesadzał z wprowadzaniem do gry metody Forresta. Dla niego styl heroiczny stał się religią.

Zamyślił się na chwilę, a potem skinął głową.

- Tak, teatr Sama byłby odpowiedni. Kto wie? Może nawet wyprowadzisz tego człowieka na prostą drogę...

- Czy muszę się decydować od razu? - zapytała wycieńczona i nieszczęśliwa Willa.

- Nie. Dopiero wtedy, gdy się dowiemy, co zamierza Wood. Chodź. - Wyciągnął dłoń łagodnym, płynnym ruchem, jak na scenie. - Odprowadzę cię do pokoju. Długi sen dobrze ci zrobi.

Gdy wychodził, znów spojrzał na zdjęcie brata.

Biedny Eddie, pomyślała. Wciąż ukrywa się przed światem, ponieważ wielu ludzi szuka zemsty, choć Johnny'ego Bootha prawie dwa miesiące temu znaleziono i zastrzelono w okolicy Bowling Green w stanie Wirginia.

Rozmyślania nad losem Eddiego pomogły jej zapomnieć o własnym i zasnąć.

* * *

Obudziła się o drugiej po południu. Jej przyjaciel wyszedł. Niebo na dworze wciąż zwiastowało burzę. Na dole przygotowano jej lekki posiłek: owoce, bułeczki drożdżowe i dżem. Jadła łapczywie, gdy w drzwiach zachrobotał klucz i dziarsko wkroczył Eddie Booth w kapeluszu z wygiętym rondem, obszernym płaszczu i z hebanową laseczką w ręce.

- Niestety, mam złe wieści. Wood załatwił nakaz aresztowania. Kupię ci bilet i pożyczę trochę pieniędzy na podróż. Nie waż się iść do swojego banku. Ani do mieszkania.

- Eddie, nie mogę zostawić rzeczy. Mojej kolekcji Dickensa. Tekstów wszystkich sztuk, w których grałam, odkąd tylko zaczęłam występować. Każdy z nich jest podpisany przez aktorów występujących w sztuce.

Zdjął kapelusz.

- Może to dla ciebie cenne, ale chyba nie na tyle, by iść za to do więzienia.

- O Boże. Czy on naprawdę...?

- Tak. Oskarżył cię o usiłowanie zabójstwa.

* * *

Następnego dnia po zapadnięciu zmroku wymknęli się z domu do powozu. Pojazd ruszył szybko; turkocząc na bruku i rozbryzgując błoto, jechał w kierunku przystani na rzece Hudson. Gdy tam dotarli, Eddie Booth wręczył Willi walizę z ubraniami, które dla niej kupił, pocałował ją czule w policzek i poprosił szeptem Boga, by ją chronił. Weszła na prom do New Jersey i gdy odpływał, nie odwróciła się, ani żeby spojrzeć na przyjaciela, ani na Nowy Jork. Wiedziała, że jeśli to zrobi, załamie się, rozpłacze i wróci pierwszym statkiem - a to mogłoby być tragiczne w skutkach.

Gdy wysiadła z pociągu w Chicago, zatelegrafowała do Sama Trumpa. Zatrzymała się w tanim hotelu i czekała na odpowiedź. Nadeszła do biura telegrafów już nazajutrz. Sam pisał, że z radością zapewni jej mieszkanie i utrzymanie oraz ważne miejsce w swojej małej, ale stałej trupie. Jak na człowieka, którego rujnował alkoholizm, robił wrażenie pewnego siebie. Willa była tak rozbita, że przeoczyła to, co wydawało się oczywiste: przecież był aktorem.

* * *

Podobnie jak jej ojciec, pan Samuel Horatio Trump urodził się w Anglii, w Stoke-Newington. Do Stanów wyemigrował jako dziesięciolatek, ale pieczołowicie utrzymywał rodzimy akcent, bo wierzył, że przyczynia się do jego w pełni zasłużonej sławy. Nazywał siebie Asem Amerykańskich Aktorów, a w branży teatralnej znany był też jako Płaczliwy Sam, nie tylko dlatego, że mógł płakać na zawołanie, ale też dlatego, że niewątpliwie robił to zbyt często.

Miał sześćdziesiąt cztery lata, a przyznawał się do pięćdziesięciu. Bez specjalnych butów, do których szewc dorobił wstawki, by podnieść pięty o pięć centymetrów, miał sto sześćdziesiąt dwa centymetry wzrostu. Był krągłym, dobrotliwym człowiekiem o ciepłych ciemnych oczach, a gdy niepewnie stawiał nogi, jego wydatny brzuch się trząsł.

Garderobę miał dużą, ale przestarzałą. Reżyserzy, którzy lubowali się w plagiatowych adaptacjach scenicznych Dickensa, zawsze chcieli obsadzać go w roli Micawbera. Lecz Trump widział siebie w rolach Karola Wielkiego, Tamerlana czy też - ryzykownie wykorzystując naiwność publiczności - Romea.

Poznał w swoim życiu wiele kobiet. Jako trzeźwy - czy tylko lekko pijany - był pogodnym i czarującym mężczyzną. Każdemu, kto miał ochotę go słuchać, zwierzał się z licznych przypadków, kiedy to złamano mu serce, choć Bogiem a prawdą sam kończył każdy romans, w który się wplątywał. Już jako młody człowiek uznał, że obowiązki małżeńskie tylko by przeszkodziły w jego karierze, która, jak sądził, już wkrótce zostanie uwieńczona międzynarodowym uznaniem. Do tej pory jeszcze się go nie doczekał.

Willa, podobnie jak wielu innych w tym zawodzie, wierzyła w teatralne przesądy, Trump jednak podniósł je do rangi wielkiej sztuki. Nie zawiązałby nigdy liny wokół pnia ani nie zatrudniłby zezowatego aktora. Nigdy nie ubierał się na żółto, nie organizował prób w niedzielę i nakazał dozorcy, by przeganiał kamieniami wszystkie bezpańskie psy, które podczas przedstawienia zbliżały się do drzwi wiodących na scenę. Nie pozwalał, by uniesiono kurtynę, jeśli dostrzegł rudego widza w pierwszych pięciu rzędach. Nosił jako szpilkę do fularu osadzony w złocie biało-błękitny kamień księżycowy i chryzantemę - byle nie żółtą - w klapie; te dwa rekwizyty trzymał gdzieś przy sobie podczas każdego przedstawienia. Nigdy nie zgodziłby się wystawić "szkockiej sztuki" i nie wystąpiłby w niej.

Jednego przesądu nie uznawał: mówił o przyszłości i nie bał się, że ją w ten sposób zapeszy. Do jego ulubionych zwrotów należały "w przyszłym tygodniu", "jutro" i "w następnym przedstawieniu", zawsze wiążące się z wyrażeniami takimi jak "ważny producent na widowni", "wiadomość telegraficzna" albo "całoroczny angaż".

Siedziba jego teatru - Teatru Trumpa z St. Louis - została zbudowana przez innego producenta na północno-zachodnim rogu Trzeciej Ulicy i Olive Street. Tę drugą nazywał rue des Granges, bo uważał, że francuskie nazwy są bardziej eleganckie. Teatr mieścił trzystu widzów siedzących na pojedynczych krzesłach, a nie w bardziej typowych w tamtych czasach ławach.

Podczas długiej podróży Willa pogodziła się z tym, co wydarzyło się w New Knickerbocker. Może za parę lat producent odstąpi od oskarżeń i będzie mogła wrócić. Tymczasem, na wypadek gdyby mściwość Wooda przekroczyła granice Nowego Jorku, będzie się przedstawiać jako mężatka, pani Parker. Może to zmyli czujność tych, którzy zechcą poszukiwać kobiety niezamężnej, a poza tym odpędzi natrętnych wielbicieli. Nie chciała posuwać się aż tak daleko, by przyjąć nazwisko Willa Potts.

Gdy parowiec rzeczny wysadził ją na grobli w St. Louis, była w stosunkowo dobrym nastroju. Znalazła Sama Trumpa; właśnie malował w teatrze dekorację przedstawiającą las. Rozpłakał się, przytulił ją i dramatycznie ucałował, po czym otworzył butelkę szampana i sam ją opróżnił. Gdy ukazało się dno, wyznał ku zaskoczeniu Willi:

- Sfałszowałem ton telegramu, moja droga. Przyjechałaś do zrujnowanego teatru.

- Ależ, Sam, odniosłam wrażenie, że teatr doskonale prosperuje.

- Mamy od kilku miesięcy zaległości wobec wszystkich wierzycieli. Publiczność jest dobra, czasami nawet mamy komplet. Lecz z powodów, których absolutnie nie pojmuję, nie potrafię utrzymać choćby szylinga do terminu spłaty rachunków.

Willa dostrzegła już jeden z powodów, a mianowicie pustą zieloną butelkę w srebrnym pojemniku z rekwizytorni.

Trump zadziwił ją po raz drugi, gdy powiedział z miną winowajcy:

- Tu potrzeba umysłu jaśniejszego niż mój. Lepszej głowy niż ta siwa i sterana łepetyna. - Siwa była tylko wokół uszu. Resztę farbował na okropny brązowy kolor, przypominający barwę pasty do butów.

Chwycił Willę za rękę.

- Czy oprócz obowiązków aktorskich nie mogłabyś przejąć zarządzania teatrem? Jesteś wprawdzie młoda, ale masz już mnóstwo doświadczenia w tym zawodzie. Nie mogę ci płacić dodatkowo za tę pracę, ale proponuję stawkę równą mojej. - Z wielką powagą dodał: - Należną gwieździe.

Roześmiała się szczerze, po raz pierwszy od wielu dni. Takiej pracy jeszcze nigdy nie wykonywała, ale na ile mogła się zorientować, wymagała ona głównie zdrowego rozsądku, solidności i zwracania uwagi na to, gdzie rozchodzą się drobne kwoty.

- Twoja propozycja ma swój urok, Sam. Pozwól, że przemyślę ją przez noc.

* * *

Następnego ranka udała się do biura teatru, pomieszczenia równie przestronnego i ładnie urządzonego jak kurnik. Na gwoździu przybitym do belki wisiała nieodzowna podkowa. Trump jedną ręką posępnie podtrzymywał głowę, a drugą głaskał czarną kotkę, stałą bywalczynię teatru, wabiącą się Pomyślność.

- Sam, przyjmuję twoją propozycję. Ale pod pewnym warunkiem.

Nie zwrócił uwagi na drugie zdanie i zawołał:

- Świetnie!

- Nie powiedziałam jeszcze, jaki to warunek. Moje pierwsze zarządzenie byłoby następujące: wyznaczę ci pensję, teatr będzie opłacał twoje wydatki na życie, lecz nie dostaniesz nic na whiskey, piwo, szampana czy jakiekolwiek inne trunki.

Uderzył się pięścią w pierś.

- Och... Ząb niewdzięczności w serce, jak szpon sępa4...

- Sam, właśnie przejęłam ten teatr. Chcesz, żebym zrezygnowała?

- Nie, nie!

- A zatem będziesz żył z pensji.

- Moja droga damo... - Broda opadła mu na szpilkę z kamienia księżycowego. - Usłyszałem i będę posłuszny.

* * *

Dziennik Madeline

Lipiec 1865. Minął mroczny nastrój. Ciężka praca jest skutecznym antidotum na melancholię.

W Karolinie Południowej wciąż zamęt. Sędzia Perry jest tymczasowym gubernatorem. Przysiągł, że wprowadzi program Johnsona, i ustalił trzynastego września jako datę konwencji konstytucyjnej.

Z Hilton Head generał Gillmore dowodzi dziewięcioma okręgami wojskowymi i w każdym stacjonuje garnizon Unii. Ich podstawowym celem jest zapobieganie aktom przemocy pomiędzy białymi a czarnymi. W naszym okręgu niektórzy żołnierze są czarni i wielu moich sąsiadów mówi ze złością, że "zamurzyniają nas tu na śmierć". I tak będzie, jak sądzę, dopóki nie rozwiążemy konfliktów i nie zaczniemy żyć w zgodzie. To moje serce, Orry, nie moje pochodzenie, rodzi wiarę, że jeśli kiedykolwiek wszechmogący Bóg przeprowadzi próbę, według której będzie osądzał zdolność stanów do wypełnienia obietnicy wolności dla wszystkich ludzi, to tą próbą będzie kwestia rasowa.

Działa już Biuro Wyzwoleńców przy Departamencie Wojny. Generał Saxton w Beaufort jest zastępcą komisarza na nasz stan. Niezbędna żywność zaczyna znajdować drogę do potrzebujących...

Dostałam dziwny list od Coopera. Twój brat spotkał niejakiego Desmonda LaMotte'a z Charlestonu, nauczyciela tańca. Nie znam nikogo takiego. Ale podobno powiedział, że LaMotte'owie uważają, że przyprawiłam Justinowi rogi, i pałają żądzą zemsty. Jak po takim rozlewie krwi i życiu w nędzy ktoś może jeszcze znaleźć tyle siły, by nienawidzić? Uznałabym, że to śmieszne, gdyby nie ostrzeżenie Coopera, że sprawa jest poważna. Jego zdaniem ten D.L. to fanatyk, więc prawdopodobnie stanowi zagrożenie. Czyżby był jednym z tych nieszczęsnych młodych ludzi, którym wojna zniszczyła nerwy i rozum? Będę zachowywać ostrożność wobec nieznajomych...

Okropnie gorąco. Ale zebraliśmy ryż i trochę na nim zarobiliśmy. Na razie niewielu czarnych chce pracować na porzuconych plantacjach w okolicy. Burzą stare czworaki, w których żyli jako niewolnicy, i stawiają nowe domy, malutkie i prymitywne, jako symbole swej wolności.

Andy i Jane wciąż mnie naciskają, żeby coś zrobić ze szkołą dla miejscowych wyzwoleńców. Wkrótce podejmę decyzję. Trzeba rozważyć związane z tym ryzyko.

Wczoraj potrzebna mi była lampa oliwna, więc poszłam do starego sklepu na skrzyżowaniu dróg w Summerton. Wybrałam krótszą drogę przez te cudowne błyszczące bagna, w których pokazałeś mi wszystkie ukryte ścieżki. Kiedy dotarłam na miejsce, zobaczyłam smutny widok. Sklep braci Gettysów jest otwarty, ale zapewne już niedługo - półki są puste. Miejsca w domu ledwie wystarcza na schronienie dla członków tej licznej rodziny. Głupkowaty dziadek ze strzelbą na wiewiórki pilnuje posiadłości...

* * *

Południowe słońce błyszczało na skrzyżowaniu dróg w Summerton. Trzy wielkie dęby rzucały cień na sklep i jego uszkodzoną werandę, przy której rosły ciemnozielone juki z liśćmi ostrymi jak lance. Madeline zatrzymała się i spojrzała na staruszka ze strzelbą siedzącego na werandzie. Był w brudnych spodniach i długim podkoszulku zamiast koszuli.

- Nic tu nie ma dla ciebie ani dla nikogo innego - powiedział.

Pot przyciemnił tył wyblakłej sukni Madeline. Po przeprawie przez słone bagna jej dół był wilgotny i ubłocony.

- W studni jest woda - odparła. - Czy mogłabym się napić, zanim pójdę z powrotem?

- Nie - odpowiedział bezimienny członek klanu Gettysów. - Nabierz sobie ze studni od swoich. - Wskazał pustą brunatną drogę wijącą się ku Mont Royal.

- Dziękuję panu serdecznie za uprzejmość - odparła, uniosła dół sukni i wkroczyła ponownie w blask słońca.

* * *

Niecały kilometr dalej natrafiła na oddział sześciu czarnych żołnierzy i białego porucznika, który miał niewinną twarz pokrytą początkami zarostu. Wypoczywali w cieniu; rozpięli kołnierzyki i odłożyli karabiny oraz manierki.

- Dzień dobry pani - powiedział młody oficer, zerwawszy się, i zasalutował z szacunkiem.

- Dzień dobry. Gorąco dziś na podróż.

- Owszem, ale musimy iść do Charlestonu. Chciałbym móc poczęstować panią wodą, ale nasze manierki są puste. Prosiłem tego człowieka przy sklepie, by pozwolił nam nabrać wody, lecz się nie zgodził.

- Niestety, nie grzeszy on gościnnością. Jeśli chcecie, możecie podejść do mojej plantacji, to po drodze, jakieś trzy kilometry stąd. Tam będziecie mogli skorzystać ze studni.

* * *

Dziennik Madeline

A więc znów zaczęto mnie prześladować. "Od swoich", powiedział staruszek. Cooper pisał w liście, że nauczyciel tańca również wspominał o moim pochodzeniu.

Wczoraj wieczorem poszłam ulicą przy rzece do kościoła Świętego Józefa z Arymatei, gdzie modliliśmy się razem. Nie byłam tam, odkąd spalił się wielki dom. Ojciec Lovewell powitał mnie i zaprosił do modlitwy w naszej rodzinnej ławie.

Siedziałam godzinę i słuchałam głosu serca. Kiedy to tylko będzie możliwe, muszę pojechać do miasta załatwić trzy sprawy, z których jedna z pewnością sprowokuje ludzi pokroju nauczyciela tańca czy starego pana Gettysa. Trudno. Jeśli chcą mnie powiesić bez względu na to, co robię, to dlaczego nie miałabym przynajmniej zasłużyć na stryczek? Orry, mój kochany, myśli o tobie i o moim drogim ojcu dodają mi odwagi. Ani ty, ani on nigdy nie pozwalaliście, by strach skuł łańcuchami wasze sumienia.

4 William Szekspir, Król Lear, przekład Jan Paszkowski.

Rozdział 5

Ashton jęknęła. Spazmujący na niej klient odpowiedział mętnym uśmiechem zadowolenia. Na parterze chlebodawczyni Ashton, se?ora Vas-quez-Reilly, usłyszała krzyk i szklanką tequili wzniosła toast ku sufitowi.

Ashton nie cierpiała tej pracy. Nie cierpiała tego, co musi robić, by przetrwać. Utknęła w tym paskudnym miasteczku na pograniczu, Santa Fe, na terytorium Nowego Meksyku. Co za ohyda! Skończyła jako dziwka; nie mogła w to uwierzyć. Jęki i krzyki pozwalały jej wyrazić emocje.

Mężczyzna w średnim wieku, wdowiec, który hodował bydło, wycofał się, ze wstydem odwracając oczy. Ponieważ już jej zapłacił, ubrał się szybko, skłonił głowę i pocałował Ashton w dłoń.

Uśmiechnęła się i powiedziała łamaną hiszpańszczyzną:

- Pan wrócić szybko, don Alfredo.

- W przyszłym tygodniu, se?orita Brett. Z rozkoszą.

Boże, nienawidzę tych hiszpańskich prostaków, pomyślała, przeliczając monety. Poza nią dla wdowy Vasquez-Reilly pracowały jeszcze dwie dziewczyny, a jej tęgi szwagier pilnował, by nie oszukiwały chlebodawczyni. Ashton dołączyła do nich na początku lata, gdy skończyły się jej pieniądze. Przyjęła imię Brett, bo uważała to za dobry dowcip. Byłby jeszcze lepszy, gdyby jej słodka, świętoszkowata siostra o tym wiedziała.

Ashton Main - już nie myślała o sobie jako o pani Huntoon - postanowiła zostać w Santa Fe z powodu skarbu. Gdzieś na pustkowiu należącym do Apaczów zaginęły dwa wozy, a ludzi prowadzących je z Virginia City zmasakrowano. Jednego z nich, swojego męża, Jamesa Huntoona, nie opłakiwała. Drugim był jej kochanek, Lamar Powell, którego miała poślubić. Planował stworzenie nowego państwa konfederacyjnego na Południowym Zachodzie. Żeby to sfinansować, załadował pod fałszywym dnem dwóch wozów warte trzysta tysięcy dolarów sztaby złota wytopione z rudy wydobytej w Nevadzie, w kopalni, którą odziedziczył po zmarłym bracie.

O masakrze opowiedział woźnica, który dotarł do składu towarowego, po czym zmarł na skutek odniesionych ran. W nieskładnej relacji, przerywanej atakami bólu, nie wyjawił miejsca, gdzie nastąpił atak. Tylko jeden człowiek mógł je znać: przewodnik wynajęty przez Powella w Virginia City, niejaki Collins. Plotka głosiła, że przeżył, ale Bóg raczy wiedzieć, gdzie obecnie przebywał.

Gdy Ashton usłyszała o masakrze, próbowała znaleźć opiekuna, który by ją utrzymywał w Santa Fe. Kandydatów było niewielu. Większość stanowili żonaci, którzy jeśli nawet baraszkowali u se?ory, nie wykazywali ochoty do pozbywania się żon. Pomysł znalezienia mężczyzny w Forcie Marcy okazał się niedorzeczny. Oficerowie i żołnierze z nędznego garnizonu nieopodal dawnego Pałacu Gubernatorów nie mieli nawet tyle pieniędzy, by zaspokoić własne żądze, więc o utrzymankach nie mogło być mowy. Ich przyszłość wyglądała tak różowo, jak wieprza prowadzonego na rożen.

Oczywiście Ashton mogłaby uniknąć pracy dla se?ory, gdyby napisała do swojego świętoszkowatego brata Coopera albo do siostry, której imię uwielbiała mieszać z błotem, albo nawet do tej dziwki z murzyńską krwią, żony Orry'ego. Ale niech ją piekło pochłonie, jeśli się ugnie i poprosi którekolwiek z nich o pomoc. Nie chciała ich widzieć na oczy ani kontaktować się z nimi, dopóki nie będzie mogła tego zrobić na własnych warunkach.

Włożyła "roboczy strój" - żółtą jedwabną suknię z szerokimi szelkami ozdobionymi koronką. Powinno się ją nosić na bluzce z szerokimi rękawami. Se?ora nie pozwalała jej jednak wkładać ani bluzki, ani gorsetu, żeby wypukłość częściowo obnażonych piersi nęciła klientów. Takie suknie były modne mniej więcej wtedy, gdy jej przeklęty brat, Orry, poszedł do West Point. Strój ten napawał ją odrazą, podobnie jak skromna czarna mantyla, którą se?ora kazała jej zakładać. Butów też nie cierpiała - skórzanych, sznurowanych, pomalowanych na krzykliwy żółty kolor, z cienkimi, wysokimi obcasami.

Poprawiła mantylę przed skrawkiem lusterka i przeciągnęła dłonią po lewym policzku. Trzech równoległych zadrapań prawie już nie było widać - dzięki za to niebiosom. Jedna z dziewcząt, Rosa, zaatakowała ją, gdy pokłóciły się o klienta. Zanim se?ora je rozdzieliła, Rosa zdążyła podrapać twarz Ashton. Ta przepłakała parę godzin, oglądając krwawe ślady po paznokciach. Ciało i twarz były jej głównymi atutami, bronią, której używała, by osiągnąć wszystko, co zechce.

Przez całe tygodnie po tej walce smarowała maścią wolno gojące się rany i biegała do lustra z dziesięć razy dziennie, by się im przyjrzeć. Wreszcie doszła do wniosku, że znikną, nie pozostawiając blizn. A Rosa już jej nie tknie, bo Ashton zaczęła nosić w prawym bucie zaostrzony pilniczek.

Rozmyślania o kopalni w Nevadzie zaostrzyły tylko jej apetyt. Czy ta kopalnia nie należała również do niej? Przecież prawie poślubiła Lamara Powella. Oczywiście, jeśli chciała przejąć kopalnię, musiałaby pokonać dwie olbrzymie przeszkody: przekonać władze, że jest panią Powell, i jakoś dotrzeć do Virginia City. Uważała się za silną i przedsiębiorczą kobietę, ale nie była wariatką. Jechać samotnie ponad tysiąc kilometrów przez groźne pustkowie? Mało realne. W związku z tym skupiła się na czymś, co znajdowało się bliżej: na wozach.

Gdyby tylko mogła je odnaleźć! Była przekonana, że Apacze nie znaleźli przemyślnie ukrytego złota. A poza tym ci dzicy ignoranci nie mieliby nawet pojęcia o jego wartości. Za to złoto można by kupić nie tylko komfort materialny, ale także pozycję i władzę. Władzę, która pozwoli jej wrócić do Karoliny Południowej, pojawić się w Mont Royal i w sposób, którego jeszcze nie obmyśliła, unurzać w błocie twarze tych członków rodziny, którzy ją odtrącili. Paliła ją ochota zrujnowania każdego z nich.

Tymczasem jednak miała do wyboru: albo głodować, albo się sprzedawać. Więc sprzedawała się. I czekała, nie tracąc nadziei.

* * *

Większość klientów se?ory uwielbiała jasną anglosaską cerę Ashton, jej południowy akcent oraz wielkopańskie maniery, które podkreślała dla uzyskania lepszego efektu. Lecz tego wieczoru, gdy zeszła do saloonu, pozując na wielką damę, zabrakło jej widowni. Nie było nikogo oprócz trzech podstarzałych kowbojów grających w karty.

Po zapadnięciu zmroku saloon wyglądał wyjątkowo ponuro. W świetle lampy wszystko nabierało żółtej barwy, a na meblach, podłodze i ścianach z cegły widniały dziury po kulach, ślady noży i plamy z whiskey. Panował brud. Se?ora siedziała i czytała starą gazetę z Ciudad de México. Ashton wręczyła jej monety.

Se?ora obdarzyła ją uśmiechem, ukazując złoty ząb.

- Gracias, querida. Jesteś głodna?

Ashton wydęła policzki.

- Głodna muzyki. Chciałabym się trochę zabawić w tej starej dziurze.

Górna warga se?ory i delikatny wąs opadły; złoty ząb zniknął.

- Nie mogę sobie pozwolić na muzykantów.

Jej szwagier, głupek o imieniu Luis, wszedł przez wahadłowe drzwi. Se?ora przyznała mu jeden darmowy towar, Rosę, która miała włosy jak druty, a na twarzy ślady po ospie. Gdy tylko Ashton zaczęła pracować, Luis próbował się do niej dobrać. Nie mogła znieść jego smrodu i chamskich manier, zauważyła też, że se?ora traktuje go jak parobka, więc wymierzyła mu siarczysty policzek. Już miał jej oddać, gdy se?ora wcisnęła się między nich i zwymyślała go od najgorszych. Od tamtej chwili, kiedy Luis zbliżał się do Ashton, z jego oczu zawsze biła wściekłość. Tego wieczoru było tak samo. Gapił się na nią, łapiąc Rosę za nadgarstek. Pociągnął dziewczynę przez drzwi prowadzące do biura i magazynu. Chwilę później byli na schodach. Ashton potarła lewy policzek.

Mam nadzieję że potraktuje ją jak parobek, pomyślała. A ona odwzajemni mu się tym samym.

Gorący wiatr sypnął piaskiem pod wahadłowymi drzwiami. Nie pojawił się żaden klient. O wpół do jedenastej, gdy se?ora pozwoliła jej pójść do łóżka, Ashton leżała w ciemnym pokoiku i słuchała, jak wiatr trzaska okiennicami. Zastanawiała się, czy nie warto by okraść se?ory. Klienci od czasu do czasu wydawali w saloonie sporo pieniędzy, a bywało i tak, że gotówkę gromadziło się ponad tydzień. Nie wiedziała jednak, jak dokonać rabunku. Ryzyko było duże. Luis miał szybkiego konia i kilku paskudnych przyjaciół. Gdyby ją schwytali, mogliby ją zabić albo trwale okaleczyć.

Złość i poczucie beznadziei nie pozwoliły jej usnąć. Wreszcie zapaliła lampę i sięgnęła pod łóżko. Wyjęła stamtąd orientalną kasetkę z laki. Na wieczku inkrustowanym macicą perłową namalowano rodzajową scenkę: para Japończyków odpoczywa, pijąc herbatę z filiżanek. Jeśli jednak podniosło się je i spoglądało pod światło, para z podkasanymi kimonami odbywała stosunek. Szczęście malujące się na twarzy kobiety było reakcją na olbrzymiego penisa - jak u mamuta - do połowy wciśniętego między jej uda.

Widok tej kasetki zawsze poprawiał Ashton humor. Zawierała czterdzieści siedem guzików zbieranych przez lata - z mundurów kadetów West Point, guziki od rozporków. Każdy oznaczał mężczyznę, który sprawił jej przyjemność albo przynajmniej dał się wykorzystać. Tylko dwaj partnerzy nie doczekali się guzika w kasetce: jej pierwszy chłopiec, bo wówczas jeszcze nie prowadziła kolekcji, i słabowity mąż, Huntoon. W Santa Fe kolekcja szybko się powiększała.

Przez kilka minut Ashton oglądała guziki, usiłując do każdego dopasować twarz. Wkrótce jednak odłożyła kasetkę i zaczęła przyglądać się w lustrze swojemu spoconemu ciału. Wciąż było w odpowiednich miejscach miękkie i w odpowiednich twarde. Blizny po paznokciach już niemal zniknęły z jej twarzy. Poczuła, że odradza się nadzieja. Jakoś wykorzysta urodę, by wyrwać się z tego zakazanego miejsca.

Poszła spać i przyśniło jej się coś miłego: wielokrotnie przekłuwała pilniczkiem skórę Brett, aż do krwi.

* * *

Trzy noce później do saloonu wszedł nędznie ubrany kowboj. Miał długie wąsy i rewolwer u biodra. Wypił szybko dwie podwójne whiskey przy barze, po czym niepewnie zbliżył się do twardych krzeseł, gdzie Ashton i Rosa czekały na klientów. Trzecia dziewczyna pracowała właśnie na górze.

- Witam, Panienko w Żółtych Bucikach. Jak się miewasz?

- Nieźle.

- A jak masz na imię?

- Brett.

Uśmiechnął się.

- Czyżbym słyszał akcent upadłego kwiatu z Południa?

Uniosła głowę i strzeliła zalotnie oczami.

- Upadam dopiero, gdy dostanę pieniądze. Więc już wiesz, jak ja mam na imię. A jak mam się zwracać do ciebie?

- Moje imię pewnie wyda ci się dziwne. Banquo. To z tragedii Szekspira pod tytułem Makbet. A nazwisko Collins. Być może wrócę do ciebie, jak się jeszcze napiję.

Odszedł do baru, a Ashton musiała się złapać poręczy krzesła, żeby nie upaść.

* * *

Banquo Collins uderzył pięścią w bar.

- Stawiam wszystkim. Mogę wydać dziesięć razy tyle i się nie przejmować.

Se?ora przysunęła się do niego.

- Śmiałe słowa, drogi panie.

- Ale prawdziwe. Wiem, gdzie wykopywać skarby.

- Ach, widać, że pan żartuje. Tu nie ma kopalni.

Collins jednym haustem opróżnił szklankę.

- A kto mówi o kopalniach? Chodzi o wozy.

- Wozy?... To nie ma sensu.

- Dla mnie ma.

Rozpostarł ramiona i zaczął przebierać stopami w ciężkich butach.

- Powinniście tu mieć muzykę, żeby człowiek mógł potańczyć.

Wszyscy przyglądali się jemu, więc nikt nie dostrzegł dzikiego wyrazu twarzy Ashton.

To był ten człowiek: przewodnik Powella!

- Będę bogaty jak Midas - oznajmił, pocierając krocze.

Rosa zaczęła się do niego mizdrzyć. Ashton wyciągnęła pilniczek z buta i ukłuła ją w lewe ramię. Dziewczyna aż podskoczyła, gdy poczuła ostrze.

- Ten jest mój - syknęła Ashton. - Spróbuj go wziąć, a jutro wykłuję ci oko.

Rosa pobladła.

- Bierz go sobie, bierz.

- Wszędzie będzie pełno muzyki, jak będę objeżdżał świat. Rzym, Japon... - Collinsowi odbiło się. - Tylko nie tu. Ale chyba i tutaj można się jakoś rozerwać.

Ruszył w stronę dziewcząt. Ashton ani drgnęła. Uśmiechnął się, złapał ją za rękę i poprowadził na górę.

Zamknęła drzwi i pomogła mu się rozebrać. Była tak podekscytowana, że za mocno pociągnęła jeden guzik u spodni. Oderwał się i odbił od ściany. Gdy kowboj usiadł na łóżku, ściągnęła mu spodnie.

- To, co mówiłeś na dole, było bardzo interesujące - odezwała się.

Zmrużył oczy, jakby nie dosłyszał.

- Skąd jesteś, Żółty Buciku? Przecież nie jesteś Hiszpanką.

- Pochodzę z Karoliny Południowej i znalazłam się tu przez nieszczęśliwy przypadek. - Głęboki oddech, a potem nagła decyzja. - Przypadek, o którym, jak sądzę, oboje coś wiemy.

Mimo że był pijany i podniecony, jej słowa postawiły go na baczność.

- Będziemy rozmawiać czy się pieprzyć?

Pochyliła się i przez chwilę pieściła go, by złagodzić jego irytację.

- Chcę cię tylko zapytać o te wozy...

Złapał ją za włosy.

- Collins, jestem twoją przyjaciółką. Wiem, co było w tych wozach.

- Jakim cudem? - Szarpnął ją z wściekłością za włosy. - Pytam: jakim cudem?

- Błagam, nie tak mocno! Już lepiej. - Cofnęła się przerażona.

A jeśli rzeczywiście poczuł się zagrożony? Jeśli postanowi ją zabić?

Przecież jeżeli tu zostaniesz, to i tak równa się to śmierci, pomyślała po chwili.

Zebrała całą odwagę i powiedziała ostrożnie:

- Wiem, bo byłam związana z właścicielem wozu i tym drugim mężczyzną. Byli południowcami, prawda?

W jego oczach zobaczyła potwierdzenie, zanim zdążył zaprzeczyć. Klasnęła w dłonie.

- Jasne, że tak. Obaj byli z Południa. A ciebie wynajęli w Virginia City na przewodnika.

Ściągnęła z ramion szelki sukni i odsłoniła piersi, już czerwone i stwardniałe. Boże, podnieciła się na samą myśl o złocie.

- Wiesz, co jest w tych wozach, Collins?

Skrzywił twarz w uśmiechu.

- Wiesz. Ja też wiem, co w nich było. Ba, wiem, skąd się to wzięło, i wiem też, jak zdobyć setki, a może tysiące razy więcej tego samego.

Dostrzegła w jego oczach iskierkę zainteresowania i postanowiła z tego skorzystać.

- Mówię o kopalni w Virginia City. Należy do mnie, ponieważ jej właścicielem był jeden z zabitych, pan Powell, a ja jestem jego krewną.

- To znaczy, że możesz udowodnić prawo do własności?

Nie zmieniła wyrazu twarzy i bez wahania odparła:

- Oczywiście. Możemy się podzielić tym, co jest w wozach, a jeśli pomożesz mi dotrzeć do Nevady, podzielę się z tobą jeszcze większą fortuną.

- Jasne... jeszcze większą fortuną. A do tego czeka tam na odkrycie siedem złotych miast... Nieważne, że odkąd Hiszpanie zaczęli ich szukać setki lat temu, nikt na nie nie natrafił.

- Nie śmiej się ze mnie. Mówię prawdę. Musimy połączyć siły. Jeśli to zrobimy, będziemy tak bogaci, że ci się zakręci w głowie. Możemy razem wybrać się w podróż dookoła świata. Czy to nie byłoby wspaniałe, skarbie? - Jej wilgotny język zademonstrował, na czym by to polegało.

Całe sekundy minęły bez odpowiedzi. Ashton znów zaczęła się bać. Wreszcie Collins wybuchnął śmiechem.

- Na Boga, sprytna z ciebie dziewczyna. Równie sprytna jak namiętna.

- Powiedz tylko, że jesteśmy partnerami, a pokażę ci specjalne sztuczki miłosne - szepnęła mu lubieżnie do ucha. - Zrobię coś, czego nie robiłabym z nikim, bez względu na to, ile by zapłacił.

Znów się roześmiał.

- W porządku, partnerko.

- W takim razie... - Zrzuciła suknię i pantalony i padła na niego.

* * *

Dotrzymała słowa, ale już po dziesięciu minutach Collinsowi dały się we znaki wiek i picie. Zaczął chrapać.

Ashton podciągnęła zasłony, wytarła się ręcznikiem i wsunęła obok mężczyzny do łóżka; jej serce łomotało. Wreszcie cierpliwość została wynagrodzona. Już się nie będzie sprzedawać. Znalazła człowieka, który ma złoto.

Wyobraźnia malowała obrazy nowych szlafroków od Wortha i najwspanialszych apartamentów hotelowych w Nowym Jorku. Już widziała Madeline kulącą się, gdy ona bije ją po twarzy wachlarzem. Te cudowne wizje wkrótce się spełnią. Zasnęła.

* * *

Obudziła się, mrucząc jego imię. Nie usłyszała odpowiedzi.

Światło dnia zajrzało przez szpary w okiennicach. Sięgnęła ręką obok.

Łóżko było puste. Zimne.

- Collins?

Zostawił jej list na sekretarzyku.

 

Droga Panienko w Żółtych Bucikach,

popracuj jeszcze nad historyjką o kopalni w Virginia City. Może ktoś ją kupi. Ja wiem, co było w wozach, bo już to mam, i nie zamierzam się tym dzielić. Tak czy owak, dzięki za specjalne względy.

Żegnam

BC

 

Ashton zawyła. Wyła, aż wszyscy się pobudzili: Rosa, druga dziwka i se?ora. Ta ostatnia wpadła do pokoju z przekleństwami na ustach. Ashton napluła jej w twarz. Se?ora wymierzyła jej policzek. A ona wciąż szlochała i krzyczała.

Dwa dni później znalazła guzik, który oderwał się od spodni Banquo Collinsa. Przyjrzała mu się dokładnie, znowu dostała ataku płaczu i odłożyła go do pudełka.

W Santa Fe nastał okres piekielnych upałów. Ludzie ruszali się jak muchy w smole. Każdego wieczoru Ashton przesiadywała na twardym krześle; nie wiedziała, co robić, jak uciec.

Nie uśmiechała się, więc żaden klient jej nie chciał. Se?ora Vasquez-Reilly zaczęła narzekać i grozić, że ją wyrzuci. Ashton było wszystko jedno.

* * *

Dziennik Madeline

Lipiec 1865. Wczoraj pojechałam do miasta. Shermanowie nalegali, żeby Andy powoził i mnie chronił. Dziwnie się jechało, niczym biała pani z niewolnikiem. Podczas tej krótkiej jazdy mogłabym sobie wyobrażać, że nic się nie zmieniło.

Lecz nie w Charlestonie. Siedziba firmy Coopera na Concord Street góruje nad olbrzymimi pustymi magazynami, w których zagnieździły się sępy. Właściciela nie było, więc zostawiłam wiadomość, w której poprosiłam go o spotkanie. Jeszcze nie wiedziałam, jak zareaguje na moje plany.

Niewiele odbudowano po wielkim pożarze z 1861 roku. Spalone tereny wyglądają, jakby przeszedł tamtędy generał Sherman. Szczury i zdziczałe psy szwendają się wśród zrujnowanych kominów i zachwaszczonych fundamentów. Wiele domów w okolicy Battery nosi ślady kul. Dom pana Leveretta Dawkinsa na East Bay stoi jednak nietknięty...

* * *

Jeśli nawet istniał człowiek grubszy niż stary wig i unionista Dawkins, Madeline nigdy go nie spotkała. Około pięćdziesięcioletni mężczyzna, ubrany nienagannie w stroje szyte na miarę, miał uda wielkie jak arbuzy, a brzuch jak matka spodziewająca się trojaczków.

Na ścianie salonu wisiał nieodzowny szereg portretów przodków. Gdy Madeline weszła, Dawkins siedział już w olbrzymim fotelu, spoglądając na port i gruzy Fortu Sumter. Nie lubił, gdy ktoś widział, jak chodzi lub siada.

Zapytała go o długi ciążące na hipotece Mont Royal. Były dwa, w bankach z Atlanty, na łączną sumę sześciuset tysięcy dolarów. Dawkins oznajmił, że wkrótce otwiera własny Bank Karoliny Południowej i zwróci się do jego zarządu z propozycją wykupienia tych długów.

- Mont Royal to dobra inwestycja - dodał.

Opowiedziała mu o pomyśle tartaku. Nie zachęcał jej zbytnio.

- Nie będziemy mieli za dużo pieniędzy na pożyczki w tego typu przedsięwzięciach. Może zarząd znajdzie z tysiąc albo dwa na szopę, kilka urządzeń tartacznych i roczne wynagrodzenie dla brygady czarnuchów. O ile w ogóle ich pani znajdzie.

- Myślałam o zainstalowaniu maszyn parowych...

- To odpada, jeśli na ich zakup będzie musiała pani zaciągnąć pożyczkę. Teraz wielu ludzi chce odbudowywać i wszyscy błagają o pomoc. To zraniona ziemia. Niech się pani rozejrzy po mieście.

- Już to zrobiłam. W każdym razie to bardzo ładnie z pana strony, że pomaga mi pan w sprawie hipoteki.

- Proszę nie uważać tego za dobroczynność. Plantacja jest cenna, to jedna z najlepszych w okolicy. Właściciel, pani szwagier, jest szanowanym członkiem naszej społeczności. A pani w roli zarządczyni, jako wybitnie odpowiedzialna obywatelka, jest równie doskonałym gwarantem.

Chodzi mu o to, pomyślała ze smutkiem, że nie stwarzam żadnych problemów. Ciekawe, czy wciąż by uważał, że jest odpowiedzialna, gdyby wiedział o celu jej kolejnego spotkania.

* * *

Dziennik Madeline

A zatem nie pójdzie nam tak szybko, jak się spodziewałam.

Później wybrałam się do Biura Wyzwoleńców na Meeting Street. Przywitał mnie wojowniczy człowieczek z twardym akcentem. Oznajmił, że jest pułkownikiem, nazywa się Orpha C. Munro i pochodzi z Vermontu. Jego oficjalny tytuł - nie mniej znaczący niż kalif czy pasza - brzmi: drugi zastępca komisarza w okręgu Charleston.

Wyłuszczyłam swoją prośbę. Powiedział, że Biuro Wyzwoleńców z pewnością znajdzie nauczycielkę i zostanę o tym powiadomiona. Wyszłam stamtąd z przekonaniem, że dokonałam jakiegoś wręcz kryminalnego czynu.

Zauważyłam, która jest godzina, i odesłałam Andy'ego, a sama udałam się na Tradd Street, by porozmawiać z Judith przed spotkaniem z Cooperem. Judith ku mojemu zdziwieniu oznajmiła, że Cooper jest w domu i nie wychodzi od południa, kiedy przyszedł na obiad.

* * *

- Nie wróciłem do firmy, bo chcę trochę popracować nad tym - wyjaśnił Cooper. U jego stóp na brunatnej suchej trawie otoczonego murem ogrodu leżały ołówkowe szkice rampy dla towarzystwa przewozowego Carolina Shipping Company. Z domu dobiegały niepewne dźwięki głównego motywu XXI Koncertu fortepianowego C-dur Mozarta. Ktoś grał, straszliwie fałszując.

Cooper zwrócił się do żony:

- Czy moglibyśmy dostać herbaty albo czegoś, co ją przypomina?

Judith uśmiechnęła się i odeszła.

- A teraz, Madeline, powiedz mi, czemu zawdzięczam tę nieoczekiwaną i miłą wizytę.

Usiadła na żelaznej zardzewiałej ławce pomalowanej na czarno.

- Chcę założyć szkołę w Mont Royal.

Cooper, który akurat schylał się, by podnieść zapisane kartki, uniósł głowę i spojrzał na nią. Jego przetykane siwizną ciemne włosy spadały na blade czoło, a w zapadniętych oczach błysnął niepokój.

- Jaką szkołę, jeśli można wiedzieć?

- Taką, w której każdy, kto zechce, będzie mógł się uczyć czytać, pisać i liczyć. Wyzwoleni czarni w tej okolicy bardzo potrzebują kilku podstawowych umiejętności, jeśli mają przetrwać.

- Mowy nie ma. - Cooper zmiął szkice i wrzucił kulę pod krzew azalii. Poczerwieniał na twarzy. - Nie. Nie mogę ci na to pozwolić.

- Wcale cię nie proszę o pozwolenie, tylko z grzeczności informuję o swych zamiarach - odparła równie zdenerwowana.

Z wysokiego okna na piętrze nad werandą wystawiła głowę szczupła dziewczyna.

- Tato, dlaczego krzyczysz? O, ciocia Madeline! Dzień dobry.

- Dzień dobry, Marie-Louise.

Córka Coopera miała trzynaście lat. Nigdy nie wyrośnie na piękność, w wieku dojrzałym będzie raczej pospolita. Chyba zdawała sobie sprawę z niedostatków swojej urody, ponieważ starała się zrekompensować je żywiołowością i częstymi uśmiechami. Ludzie ją lubili, a Madeline uwielbiała.

- Wracaj do domu i ćwicz dalej - rzucił Cooper.

Marie-Louise przełknęła ślinę i wycofała się. Znów zabrzmiał Mozart, w którym było niemal tyle samo fałszywych dźwięków, co właściwych.

- Madeline, pozwól, że ci przypomnę, że niechęć do czarnych i tych, którzy ich faworyzują, jest dosyć powszechna. Prowokowanie ludzi, którzy ją żywią, byłoby głupotą. Nie możesz otwierać szkoły.

- W tej sprawie decyzja nie należy do ciebie. - Starała się być w stosunku do niego delikatna, ale tym razem nie potrafiła ukryć stanowczości. - Mam umowę, w której pozwoliłeś mi zarządzać plantacją. Zamierzam to robić. Założę szkołę.

Chodził w kółko i jego twarz pałała gniewem. Takiego Coopera Maina, wyraźnie wrogiego, nie znała. Cisza przedłużała się i Madeline postanowiła ją przerwać.

- Miałam nadzieję, że staniesz po mojej stronie. W końcu kształcenie czarnych już nie jest niezgodne z prawem.

- Ale jest niepopularne... - Zawahał się, po czym ją ostrzegł: - Jeśli sprowokujesz ludzi, nie cofną się przed niczym.

- Wobec kogo?

- Wobec ciebie! Teraz każdy udaje, że nie jesteś... sama wiesz. Ale jeśli założysz szkołę, nie będą tak tolerancyjni.

Madeline pobladła. Spodziewała się, że ktoś kiedyś wypomni jej pochodzenie, ale nigdy nie sądziła, że zrobi to szwagier.

- Proszę, herbata.

Judith zniosła po schodach tacę z wyszczerbionymi filiżankami i spodkami. Jej loki podskakiwały w takt kroków. Na ostatnim żelaznym stopniu zatrzymała się, bo zobaczyła wzburzenie na twarzy męża.

- Madeline, niestety, już wychodzi - oznajmił. - Wpadła tylko, żeby mi powiedzieć coś na temat Mont Royal. Dziękuję ci za grzeczność, Madeline. Dla twojego dobra radzę, byś zmieniła zdanie. Do widzenia.

Odwrócił się i zaczął szukać pomiętych rysunków pod azalią. Judith wciąż stała na stopniu, zdumiona grubiaństwem męża.

Madeline nie chciała dać po sobie poznać, że poczuła się zraniona. Poklepała szwagierkę po ramieniu i wybiegła z ogrodu na ulicę.

* * *

Dziennik Madeline

I na razie tak sprawy wyglądają. Obawiam się, że zrobiłam sobie z niego wroga. Jeśli tak, mój kochany Orry, to przynajmniej straciłam przyjaźń w godnej sprawie.

Przyszła wiadomość, i to zaledwie dwa tygodnie po mojej wizycie u pułkownika Munro. Towarzystwo Wspierania Wyzwoleńców z Episkopalnego Kościoła Metodystów w Cincinnati wyśle do nas nauczycielkę. Nazywa się Prudence Chaffee.

Cooper milczy. Na razie żadnych oznak odwetu.