4. Złote opowieści
-Nein, Ilse.
Nie było mu łatwo odmówić dziewczynce, tym bardziej że przypominała mu o lepszych czasach. Wiedział jednak, że gdyby pozwolił jej się wytarzać w ziarnach pszenicy, to oboje mogliby się wpakować w kłopoty.
Janusz nie mówił po niemiecku, ale zaczynał go całkiem nieźle rozumieć;
może pewnego dnia odważy się nawet odezwać w tym języku, ale jak na
razie milczał, słuchał. I to uważnie, chociaż udawał, że jest
pochłonięty swoimi zajęciami; chociaż wyglądał na prostego nastolatka,
zainteresowanego jedynie rysunkami, jakie tworzył i niszczył na
złocistym płótnie z ziaren pszenicy.
Nikt nie zwracał na to uwagi: wszak przenoszenie pszenicy i mieszanie
ziaren, tak aby się nie zepsuły, należało do jego zadań. Ale podczas gdy
inni Polacy robili to niechętnie i pod przymusem, wkładając w to
możliwie jak najmniej wysiłku, byle tylko przenieść pszenicę z jednego
miejsca na drugie, bez żadnej mapy, schematu czy planu -?bo było to
bardzo nudne -?Janusz robił to z miłością. To dlatego wykonywał tę pracę
niemal w pojedynkę: dbał o to, by przed podróżą do młyna każde
pojedyncze ziarnko pszenicy otrzymało należytą opiekę.
I robił to szybko, więc nie można mu było zarzucić lenistwa.
Budził się z pomysłem na opowieść, którą następnie malował na złotych
paciorkach pszenicy. A gdy tylko ją kończył, już trzeba było zacząć od
nowa: niszczył swoje wielkie poranne dzieło sztuki i tworzył kolejną,
inną historię, również zrodzoną z jego wyobraźni lub z bajań, jakie
matka opowiadała mu aż do ostatka, póki starczyło jej sił.
Praca nigdy się nie kończyła, ale jemu to nie przeszkadzało; to, co dla
innych mogło być nudne i monotonne, przenosiło go do odległego domu,
jedynego, jaki mu przyszło poznać. I dlatego tak bardzo go to cieszyło.
A dziewczynka chciała mu towarzyszyć w pracy.
On, nie wypowiadając ani słowa, snuł ku jej uciesze opowieści z pszenicy, zrodzone w położonej w głębi lasu -?jego lasu -?chacie, w której, gdyby nie one, mógł liczyć jedynie na ciszę, a wraz z nią na
łzy, chłód i głód.
Ale te opowieści były lekiem na całe zło.
W tamtej ustronnej chatce, zamieszkanej przez matkę, syna i jego chorą
młodszą siostrzyczkę, karmiono się niemal wyłącznie opowieściami. Ale te
skończyły się wraz ze śmiercią siostrzyczki, kiedy matka wyruszyła na
wędrówkę, z której już nie wróciła. Dwunastoletni syn czekał i czekał.
Ale z czasem do głosu doszła cisza, a wraz z nią pojawił się głód,
chłód, a także łzy, te suche i te mokre. Wiele łez.
Samotność zmusiła go do poszukiwania towarzystwa po różnych wsiach, ale
nikt nie potrafił się poznać na jego opowieściach; ludzie nie wiedzieli,
że skromnego pożywienia starczy też dla niego; że jego historie podnoszą
na duchu i pozwalają zapomnieć o bieżących troskach; że dzięki nim można
stać się księciem zamienionym w żabę, z którego szczodra księżniczka
zdejmuje urok; usłyszeć niesioną przez odległą i niewidzialną morską
bryzę smutną pieśń królowej Bałtyku, Juraty, na zawsze pogrzebanej pod
bursztynowym pałacem za to, że dała się ponieść zakazanej miłości.
Chłopiec próbował im to wyjaśnić, ale brakowało mu odpowiednich słów.
Kilka miesięcy wcześniej, po czterech latach głodu, samotności i włóczęgi, przyszli Ruscy. Czmychnął więc byle dalej po nieznanych
drogach, uciekając tak długo, aż przestał słyszeć ich szorstkie i straszliwe głosy.
Nie czuł już strachu, ale głód czy samotność owszem. A one tylko
przybrały na sile. Gdziekolwiek się znalazł, natrafiał na zniszczone i splądrowane domy. Czasami widział wychylające się zza okien przerażone
twarze. Nikt nie otwierał mu drzwi nawet po to, by się z nim przywitać,
a co dopiero, by zaoferować mu jakieś zajęcie w zamian za chleb.
Żołnierze złapali go znienacka, gdy błąkał się bez celu. Ale
przynajmniej nie byli to Ruscy.
Zdziwił ich brak oporu ze strony chłopaka, który z uwagi na swój wzrost
z daleka wyglądał na dorosłego. Wpakowali go na ciężarówkę, wypełnioną
już innymi pasażerami; wszyscy byli mężczyznami, wszyscy byli Polakami.
W środku panowała cisza, więc i Janusz powstrzymał się od rozmowy: nie
przywitał się ani nie zadawał pytań. Nie obchodziło go, czy wywożą go na
północ, czy na południe, na wschód czy na zachód. To był ledwie kolejny
odcinek nieznanej mu drogi, której jedynym celem było znaleźć się jak
najdalej od ziem okupowanych teraz przez Ruskich. Zresztą po co miałby
się tym przejmować, skoro na jej końcu nikt na niego nie czekał? Skoro
nikt nie wskazał mu, dokąd ma iść?
A gdy znalazł się w tej ciężarówce, to doszedł do wniosku, że ktoś
właśnie wyznaczył mu jakiś cel.
Janusz usiadł na niewielkiej ciemnej przestrzeni, jaką zorganizowali dla
niego pozostali podróżni. Zamknął oczy i odpoczął; odpoczął od drogi;
odpoczął od ciszy, choć nikt niczego nie mówił ani nie wydawał żadnego
dźwięku; odpoczął też od zimna, ogrzany ciepłem pachnących ziemią ciał.
Zostawiali ich po drodze czwórkami. Ciężarówka zatrzymywała się,
wychodzili z niej żołnierze i na migi wybierali czterech mężczyzn,
których podróż kończyła się na danym przystanku. Czasem było to w dzień,
a czasem w nocy, ale tylko tyle potrafił określić dzięki światłu -?lub
jego brakowi -?wdzierającemu się za każdym razem, gdy wojskowi
rozwiązywali plandekę.
Niektórzy zadawali pytania, gdy kazano im wysiadać z pojazdu. To było
silniejsze od nich. Niepewność brała górę nad strachem. A może to
niepewność wzmagała strach.
-?Gdzie jesteśmy?
Ale żaden niemiecki żołnierz nie odpowiadał. Może był to przejaw
arogancji, a może nie rozumieli tego pytania. Gdzie jesteśmy? Nie
odpowiadali, bo może nawet oni sami tego nie wiedzieli.
Janusz nie miał pojęcia, czy to dobrze być takim wybrańcem: nikt nie
wydawał się przesadnie zadowolony z tego faktu, ale wszyscy posłusznie
wykonywali rozkazy niepozostawiające pola do wyboru czy wyjaśnień. Na
którymś z tych przystanków wysadzą także jego, ale on nie zapyta, gdzie
jest. Wystarczyło, że wie, gdzie go nie ma. A nie było go na ziemi,
którą przemierzył wzdłuż i wszerz po śmierci matki. Nie było go na ziemi
najechanej przez Sowietów, a każdy scenariusz był od tego lepszy, bo
jeśli czegoś Janusz bał się naprawdę, to właśnie Sowietów. Bo, jak
powtarzała mu matka, niemal odkąd nauczył się chodzić po ścieżkach
wytyczonych przez mieszkańców Puszczy Białowieskiej: "Synu, gdy tylko
zobaczysz ruskiego wilka, uciekaj".
I tak właśnie robił. A potem odnalazły go i pojmały głosy w ciałach
Niemców. Matka nigdy nie przestrzegała go przed niemieckim
okrucieństwem, dlatego doszedł do wniosku, że lepiej być z nimi niż z tymi, którzy od zawsze byli bohaterami strasznych opowieści, jakie matka
szeptała mu w sekrecie do ucha, by nie przestraszyć jego siostry.
Podróż w nieznane pod grubą plandeką zakończyła się po trzech dniach. W ciężarówce zostali jedynie ostatni przymusowi pasażerowie: Janusz,
Tadeusz, Józef i Radosz.
Choć wtedy jeszcze, po trzech dniach podróży, nie znali swoich imion,
historii ani anegdot, a nawet nie słyszeli swoich głosów.
Janusz naśladował swoich towarzyszy podróży, milcząc, patrząc z ukosa,
zachowując spokój. Nie narzekał nawet wtedy, gdy twarde drewno zdawało
się wbijać drzazgi w jego siedzenie albo gdy nogi mu cierpły i paliły z bezruchu. Ani razu nie poprosił o jedzenie czy picie, choć głód i pragnienie trawiły go od środka; to akurat znosił najlepiej, bo
długoletnia nędza sprawiła, że zdążył się już do nich przyzwyczaić.
Podobnie jak reszta, przysypiał mimo woli, pił ziemistą deszczówkę o posmaku plandeki i opróżniał pęcherz, gdy było to absolutnie konieczne,
bo w przeciwnym wypadku eksplodowałby od środka. Robił to ostrożnie i dyskretnie: starał się skierować strumień w stronę otworu pomiędzy
deskami w podłodze. Nie zawsze mu się to udawało, szczególnie gdy akurat
szarpało pojazdem, ale nikt, nawet najodważniejszy, nie mógł mu tego
wypomnieć: owszem, zdarzało mu się ochlapać innych, ale sam też miał na
sobie cudzy mocz.
I tym właśnie czuć było Janusza i jego towarzyszy, kiedy tamtej nocy
zeszli z ciężarówki na ziemię, gdzie niechętnie przywitał ich Herr
Hahlbrock, w towarzystwie innego żołnierza, mówiącego po polsku z silnym
i rwanym akcentem: są teraz w Rzeszy, a Polska nie istnieje. Są jeńcami
wojennymi, ale mają szczęście: będą pracować na roli.
Drugą opcją jest śmierć.
Potem zaprowadzono ich do baraku. Nie był zbyt duży, ale ogrzewał go
kominek, do którego mieli dostać wystarczająco dużo drewna na noc. Każdy
więzień miał otrzymać własną pryczę z prześcieradłem i pościelą. Na
każdej z nich leżał strój roboczy i płaszcz, a także rękawiczki i wełniana czapka.
Na okrągłym stole, wokół którego stały cztery krzesła, leżał chleb.
Chleb.
Powiedzieli im, że za dobrą robotę będą co miesiąc otrzymywać nieco
grosza, by mogli kupić sobie we wsi trochę sera czy kiełbasy, ale jeśli
będą się wywiązywać ze swoich obowiązków, to codziennie mogą liczyć na
chleb.
Następnie wyjaśniono im zasady pracy, zachowania i dyscypliny, ale
Janusz nie mógł się skupić na niczym innym: patrzył tylko na bochenek. A zapach zimnego chleba przykrył wszystkie inne, nawet fetor moczu, i doleciał do jego nosa, tak że o mały włos nie jęknął; ale zdołał się
powstrzymać, ponieważ ten jęk rychło zamieniłby się w szloch, gdyż od
dawna nie miał niczego w ustach.
Być może właśnie w tamtej chwili, kiedy stał oszołomiony, ze wzrokiem
wbitym w jeden punkt, zahipnotyzowany myślą o ułamaniu bochna i wpakowaniu go do ust, zdający się nie rozumieć instrukcji wydawanych
okropną i pokaleczoną polszczyzną, wszyscy pomyśleli, że Janusz jest
zwykłym głąbem. A może dopiero pomyśleli tak następnego dnia, kiedy po
kilku godzinach snu -?najcieplejszych i najprzyjemniejszych od lat -
zapełnił żołądek przypadającą mu porcją chleba, po czym odziany w używane, za szerokie i za krótkie ubrania -?najlepsze, jakie miał na
sobie, odkąd opuścił chatę matki -?wyszedł na mróz do pracy jako więzień
na nieswojej ziemi, i to dla rolnika, który wcale go tu nie chciał, choć
był mu potrzebny, i to z uśmiechem od ucha do ucha.
Tak: być może to wszystko sprawiło, że jego polscy kompani uznali, że
ten młody olbrzym o twarzy dziecka zwany Januszem jest stuknięty, i przerazili się, że będą musieli we trzech wykonywać pracę dla czworga,
ponieważ nie potrafili sobie wytłumaczyć, jak ktoś może się uśmiechać w podobnych okolicznościach: gdy ich ojczyzna została najechana, rodziny
rozbite, niektórzy przyjaciele umarli, a oni stali się niewolnikami.
Trzeba było być niespełna rozumu. Albo idiotą.
A Janusz tego pierwszego dnia niemieckiej niewoli wyszedł na ziąb z uśmiechem na ustach. Tego dnia uśmiechał się, mimo że bolał go brzuch.
Jednak ten ból był spowodowany niecodziennym ciężarem pożywienia, a to
było o wiele lepsze od cierpienia z głodu. I nie dbał o to, czy te
ziemie naprawdę należały się Polsce z uwagi na sprawiedliwość dziejową
czy spuściznę przodków, jak próbowali mu wmówić jego krajanie, by
znienawidził swoich porywaczy: czuł się bezpiecznie z dala od Sowietów;
poza tym od śmierci matki nikt tyle mu nie dał ani nie ochronił przed
zimnem.
Rozumiał ich: byli z dala od swoich bliskich, martwili się o nich,
bronili swoich wsi przed Niemcami; przymuszono ich siłą. Janusz za to
już dawno temu porzucił wszystko, na czym mu zależało: starą chatę
pośrodku lasu, grób siostry i ducha matki, którego na szczęście -?lub
nieszczęście -?nigdy nie miał okazji zobaczyć.
Odpowiadał wyłącznie za siebie i za to, co pielęgnuje w środku:
opowieści swojej matki. Opowieści, które odtwarzał za pomocą swoich
malunków w pszenicy.
Najpierw tworzył je dla siebie, ale później rysował je bardziej
szczegółowo i starannie dla dziewczynki, tak bardzo podobnej do jego
zmarłej siostry, jeśli nie wyglądem -?bo jego siostra, tak jak on,
odziedziczyła po matce czarne włosy i niebieskie oczy -?wzrostem czy
posturą -?bo jego matka zawsze powtarzała swoim dzieciom, że pewnie
zawdzięczają swój wyjątkowy wzrost jakiemuś olbrzymowi -?to na pewno z uwagi na błysk w oczach.
Dziewczynka codziennie wracała po nowe opowieści z pszenicy, a on darzył
ją coraz głębszym uczuciem, nawet jeśli radość na jej widok była czymś
niestosownym, nawet jeśli pobratymcy patrzyli na niego z dezaprobatą;
nawet jeśli każdego popołudnia zjawiała się tam przerażona Frau
Hahlbrock, szukająca swojej córeczki o wielkich i przyjaznych oczach w kolorze kawy.
5. Legendarna Wanda
Ilse była na dole i bawiła się lalką. Wanda zasugerowała córce, że
przydałaby się jej nowa fryzura. Meandry plecenia warkoczy zajmą ją na
dłuższą chwilę. Ponadto przecież zamknęła drzwi na zamek. Ilse ich nie
otworzy.
Wanda lubiła słuchać radia, kiedy nie puszczano wiadomości. Gdy nadawano
muzykę, regulowała cicho odbiornik, by dotrzymywał jej towarzystwa,
nadawał rytm szyciu albo pomagał przedłużyć drzemkę małego Freddy'ego,
który poza objęciami matki miał problemy ze snem. Aby zapomnieć o tym, o czym wolała zapomnieć. Aby nie myśleć o tych, którzy krążyli wokół jej
domu.
Mieli szczęście: Hartwig był zarządcą majątku, za co otrzymywał
wynagrodzenie oraz prawo do zamieszkania w domu, który zbudowali z myślą
o potrzebach swojej niewielkiej rodziny, kiedy ona nie zgodziła się
zająć przynależnego im zamku.
-?Jest w naszej rodzinie od siedmiuset lat -?powiedział jej von
Witzleben, właściciel wszystkich okolicznych ziem, myśląc, że to schlebi
młodej małżonce zarządcy i sprawi, że ta zmieni zdanie.
Ale Wanda, która była kobietą praktyczną, szybko obliczyła, ile zajęłoby
jej codzienne sprzątanie tego miejsca, i doszła do wniosku, że nie jest
godna takich zaszczytów. I tego nie żałowała: nie chciała żyć w wiecznym
strachu, że dziewczynki -?Ilse -?coś stłuką albo zgubią się w podziemnych lochach.
W ten sposób niewielki zamek został opuszczony i był do dyspozycji
właściciela w trakcie jego nielicznych wizyt, a Hahlbrockowie zadowolili
się nowym acz praktycznym domem, w którym nie było zbędnych luksusów,
ponieważ nigdy ich nie mieli ani nie potrzebowali.
Wanda przyszła na świat w Prusach Zachodnich, a rodzice nauczyli ją czuć
dumę ze swoich pradawnych korzeni. Gdy była dzieckiem, mówili jej:
"Jesteś Niemką, ale nade wszystko Prusaczką". Z tego powodu nadali jej
imię Wanda, po legendarnej królowej, która w VIII wieku oddała za te
ziemie życie.
-?Stolz sein, Wando, nosisz imię wojowniczki -?mówił jej ojciec. -
Bądź dumna z twojego walecznego imienia; z twojego walecznego serca,
gotowego bronić twych ziem.
I przez pierwsze lata swojego życia w to wierzyła. Mówiła sobie: jestem
Prusaczką, jak tamta Wanda. Ale później ktoś opowiedział jej prawdziwą
czy też jedną z wielu wersji tej legendy, w których jedyne, co je
łączyło, to informacja, jakoby polska księżniczka Wanda wolała zginąć,
niż oddać siebie i polskie ziemie wrogiemu plemieniu Alemanów.
A ona była tylko Wandą, Alemanką żyjącą w dwudziestym wieku. Niemcy i Polacy spierali się o te ziemie od przynajmniej tysiąca dwustu lat, a ci
pierwsi ostatecznie wygrali tę walkę niemal dwa stulecia wcześniej.
Ale po przegranej Wielkiej Wojnie, w 1918 roku, Niemcy musieli oddać
terytorium pod stworzenie korytarza polskiego, przez co Prusy Zachodnie
przestały istnieć, a Prusy Wschodnie zostały oddzielone od terytorium
niemieckiego i okrążone wrogami. Niczym wyspa położona na burzliwych
wodach.
W obliczu takiego upokorzenia jej ojciec, który przeżył okropieństwa
okopów, nie chciał, by jego rodzina zamieszkiwała pod polskimi rządami
ani jednego dnia dłużej, w związku z czym zarządził odwrót; porzucili
pola, więzi i przyjaźnie, i udali się w stronę Niemiec. I tak jej ojciec
porzucił swoją ziemię, swoje korzenie i swoją dumę. Wyruszył ku swojemu
nowemu przeznaczeniu, choć krępowały go korzenie. Szedł naprzód, ale co
chwila oglądał się za siebie z mocnym postanowieniem, że kiedyś wróci,
być może tak samo, jak niegdyś Alemanowie, pokonani przez tamtą Wandę.
Kolejne, gorzkie lata były naznaczone tęsknotą i głodem, ale to
skończyło się wraz z pierwszym listem miłosnym od obecnego męża. I to
nie tak, że zupełnie zniknęły; po prostu u boku Hartwiga zdawały się nie
istnieć.
Wanda ucieszyła się, gdy tuż po ślubie zaproponowano jej mężowi posadę
zarządcy wielkiego gospodarstwa w odległym zakątku Prus Wschodnich, bo
to oznaczało powrót, i że będzie mogła powiedzieć swoim przyszłym
dzieciom: "Urodziłeś się w Prusach, tak jak ja". Ale najbardziej
radowało ją, że ta oferta oznaczała -?oprócz jak najbardziej zasłużonego
uznania dla zdolności Hartwiga -?stabilność finansową w czasach, gdy
pracę miało tak niewielu, a jeszcze mniej miało co włożyć do garnka.
Wanda nie potrafiła zapomnieć o czasach niedostatku po ostatniej wojnie,
nawet kiedy sytuacja najwyraźniej się zmieniła -?czuć to było nie tylko
w gospodarce, ale też w panujących w kraju nastrojach -?a współcześni
Alemanowie powrócili, by na nowo połączyć te ziemie i przyłączyć całe
dawne Prusy.
Prusy Zachodnie jej ojca powróciły, a on mógł być tego świadkiem, kiedy
już -?stary i zmęczony tęsknotą -?niemal stracił wszelką nadzieję. Miał
jeszcze na tyle sił, by upomnieć się o niewielkie gospodarstwo, które
wiele lat wcześniej musiał opuścić. A polski okupant, który je zajął,
musiał przekazać z powrotem w ręce dawnego pruskiego właściciela.
Szczęśliwy z odzyskania swojej własności, ojciec zmarł w tym samym
łóżku, w którym spłodził niemal wszystkie swoje dzieci -?tak jak pewnie
Polak spłodził tam swoje -?po dwóch miesiącach od przeprowadzki. Teraz
to matka trzymała pieczę nad gospodarstwem, mając za główne źródło
dochodu hodowlę królików i poletko kukurydzy, którą sprzedawała
wyłącznie rządowi, choć i tak wcześniej musiała przekazać mu część
zbiorów za darmo. Dzięki procesowi, zapoczątkowanemu przez kanclerza
Hitlera jeszcze przed wojną, zarówno w wielkich majątkach -?takich jak
ten, którym zarządzali -?jak i w mniejszych gospodarstwach -?jak to,
które zajmowała jej matka -?niczego nie brakowało. To prawda: Niemcy
jeszcze nigdy nie chodzili z tak pełnymi żołądkami, a już szczególnie
samodzielni rolnicy, którzy nie musieli się oglądać na narzucony przez
rząd plan prewencyjnego racjonowania żywności.
Wanda, jako kobieta przezorna, na wszelki wypadek trzymała brzęczące
monety oraz bezszelestne banknoty i kupony w blaszanej puszce, schowanej
na dnie skrzyni. Nie zamierzała wydawać pieniędzy na rzeczy, które mogła
zrobić własnoręcznie i za pomocą dostępnych w gospodarstwie środków.
Przyszłość rysowała się w jasnych barwach, ale wciąż pamiętała o biedzie, jakiej doświadczyła w dzieciństwie. Postanowiła, że jej dzieci
nigdy nie zaznają głodu.
To nie tak, że wszystko szło jak po maśle: Freddy urodził się z problemami i zajmował większą część jej uwagi, a Ilse, spokojna i posłuszna jak Irmgard, nie była zbytnio rozmowna. I choć tak bardzo
przypominała swoją starszą siostrę -?obie miały oczy w kolorze kawy i delikatne rysy ojca -?to była skryta, nigdy nie płakała ani się nie
skarżyła, i poruszała się bardzo szybko, jak za dotknięciem
czarodziejskiej różdżki. Wystarczyło, że matka zostawiała ją na chwilę
samą, a dziewczynka znikała w mgnieniu oka.
Wanda nie wiedziała, skąd u niej taka ruchliwość. I taka cisza.
Ale moc tej ciszy biła z jej spojrzenia i przejawiała się w niezapowiedzianych i nagłych wybrykach. Gdy była mniejsza, nie należało
się przejmować: od czasu do czasu zapuszczała się pod zamknięty na
cztery spusty zamek, do którego i tak nie mogła wejść; czasami zaś
rysowała gorliwie w błocie, chlapiąc na wszystkie strony. Szukając jej,
Wanda wiedziała, że przyłapie ją na jakiejś psocie, ale że tak czy
inaczej ją znajdzie. Choć oczywiście złościła się, kiedy Ilse bawiła się
w błocku, bo córka najwyraźniej myślała, że ubrania piorą się same.
-?Popatrz tylko na swoje buty, Ilse. Przecież mówiłam ci, żebyś o nie
dbała. One nie rosną na drzewach. Poza tym wyglądasz jak mała świnka.
A wtedy Hartwig mówił jej: "Zostaw ją w spokoju, nie besztaj jej tak".
Wszystko, co robiła Ilse, zdawało mu się śmieszne lub urocze.
Ale ostatnio sytuacja się zmieniła i samotne wycieczki do ogrodu nie
były już tak proste ani tak bezpieczne. A niepokoju matki nie dało się
opanować jedynie słowami.
-?Nie możesz mi już mówić, żebym się nie martwiła, Hartwig.
Zwycięskie Niemcy najechały na Polskę, a Prusy się odrodziły. Tak mówił
Führer, tak mówili w wiadomościach i tak twierdził jej własny mąż. Ale
jeśli tak było naprawdę, to dlaczego Wanda czuła, że to właśnie ją
najechano?
Nie można już było wyjść z domu, by się na nich nie natknąć; by nie
pamiętać, że są tam wbrew własnej woli. Że są jej więźniami. Polacy.
Polacy byli jej więźniami. "To moi więźniowie, moi więźniowie, moi
niewolnicy". Powtarzała to sobie nieskończoną ilość razy, ale
niezależnie od tego, jak usilnie próbowała to sobie uświadomić,
zrozumieć i zaakceptować, nie była w stanie.
-?Jestem żoną rolnika, Hartwig. I to potrafię. Ale teraz niby mamy być
strażnikami więziennymi?
-?Mnie też się to nie podoba, Wando, ale nie mamy wyjścia.
I faktycznie nie mieli. Tak zarządził Führer: niemieckim patriotom
nakazano strzelać i umierać na chwałę Vaterlandu, a jako że
Hahlbrockowie nie mieli serca znęcać się nad kimkolwiek, to ich polscy
więźniowie uprawiali ziemię i spali, grzejąc się w cieple ogniska,
posileni chlebem.
Ona tego nie rozumiała. Nie rozumiała, choć Hartwig usilnie próbował
znaleźć w tym jakiś sens.
-?Bez nich nie moglibyśmy pracować.
Ziemia stanowiła priorytet dla Rzeszy, bo poprzedni konflikt był
nauczką, że nikt nie jest w stanie wytrzymać wojny bez pożywienia. A skoro brakowało rąk do pracy na roli, to Führer postanowił dostarczyć je
wszelkimi możliwymi środkami.
Ponadto mieli podwójne szczęście: nie tylko mogli liczyć na
wynagrodzenie, ale także Hartwig, zgodnie z życzeniem rządu, trzymał się
z dala od wojny i został w domu. Był rolnikiem i kluczowym ogniwem
produkcji żywności w Vaterlandzie, dlatego nikt nie mógł go wezwać do
walki.
-?Ktoś musi przecież doglądać ziemi, prawda?
Hartwig próbował się do tego przekonać, choć Wanda wiedziała, że czasem
ciężko znosił fakt, że jego przyjaciele -?i brat Josef -?nadstawiali
karku z dala od swoich rodzin, podczas gdy on śmiał się z coraz to
nowych wymysłów swoich córek. Ale czasy wymagały, by każdy robił to, co
do niego należy, i on nie stanowił wyjątku. I nie było to powodem do
wstydu, wręcz przeciwnie.
-?Jesteś prawdziwym patriotą -?mówiła mu Wanda. -?Pracujesz na chwałę
Rzeszy, może nie na polu walki, ale przecież dalej to pole.
Jak ciężko być mężczyzną w czasach wojny, wzywanym przez dwa fronty:
pierwszy do bycia wojownikiem, a drugi -?opiekunem rodziny.
Ale Wanda czuła wdzięczność. Każdego ranka z ulgą budziła się, czując
ciepło męża. Ile niemieckich kobiet nie może już liczyć na taką otuchę?
A jeszcze ile straci ją, nim wojna się skończy? Ile straci ją jeszcze
tego samego dnia? A ile już nigdy jej nie odzyska?
Nie: Wanda nie mogła tak całkiem narzekać na swoją sytuację, ale sprawa
czterech polskich cywilarbajterów i pilnujących ich żołnierzy spędzała
jej sen z powiek, a za dnia ściskało ją w gardle. Gdy krążyli wokół
niej, na przykład kiedy Hartwig wysyłał ich z drewnem, codzienną racją
mleka czy cotygodniową porcją mięsa, nie potrafiła spojrzeć im w oczy.
Wydawała rozkazy: postaw to tutaj, czy połóż to tam, albo uwaga, nie
pobrudź mi podłogi -?nie miała innego wyjścia, by utrzymać porządek -
porozumiewając się z nimi na migi lub prostymi słowami, bo niemal już
całkiem zapomniała polskiego, którego nauczyła się w dzieciństwie. Ale
mijały miesiące, a ona nie wiedziała, jaki kształt czy kolor mają ich
oczy, jakiego koloru jest ich skóra, jak wyglądają ich nosy. Mijały
miesiące, a ona nie potrafiła ich od siebie odróżnić, bo nigdy na nich
nie patrzyła. Dlaczego? Kto wie. Może ze strachu przed tym, co może w nich zobaczyć? Z nienawiści? Z urazy? Słowo cywilarbajterzy -?"robotnicy
cywilni" -?było dużo łagodniejszą formą na określenie tego, czym ci
Polacy byli tak naprawdę: więźniami wykonującymi prace przymusowe.
Niewolnikami.
I każdej nocy przed zaśnięciem -?o ile w ogóle udawało się jej zasnąć -
powtarzała to samo:
-?Oni muszą stąd zniknąć, Hartwig.
-?Już ci mówiłem, że to niemożliwe. Przywieźli ich tutaj i muszą tu
zostać. Nie ma na to rady.
Nie ma na to rady. Wanda wiedziała, że nie było na to rady, i wyrzucała
sobie, że niepotrzebnie niepokoi męża swoją nieustępliwością. Rozumiała
to. Nie była głupia. Ale uparta owszem: czy naprawdę miała mniejsze
prawo do obrony domowego ogniska niż Adolf Hitler do obrony kraju?
-?Nie mów tak nikomu, Wando -?powiedział Hartwig za pierwszym i jednocześnie ostatnim razem, gdy postanowiła dać upust swojemu
rozgoryczeniu.
Obawiała się też o Ilse, która aby wypełnić pustkę po uczęszczającej do
szkoły siostrze, z jakiegoś powodu przykleiła się do cudzoziemców,
szczególnie do tego młodego. Pewnie z nudów. I choć powtarzała jej:
"Zabraniam ci tam chodzić, oni cię tam nie chcą, Ilse", to dziewczynka
tego nie rozumiała. Nie chciała. Nie potrafiła. Jak miała to rozumieć? W wieku czterech lat dopiero zaczynała pojmować, czym jest miłość w rodzinie, więc jak Wanda miała wytłumaczyć tej niewinnej duszyczce, czym
jest dzieląca wrogów nienawiść?
"Nie chcą cię tam" brzmi zupełnie inaczej, niż "nienawidzą cię".
-?Skoro tak się o nią martwisz, to poszukaj jakiejś kobiety do pomocy.
Polki.
Ale nie. Wanda nie chciała gosposi. Nie zamierzała wydawać na to pensji
Hartwiga. Nie chciała pomocy ani przed wojną, ani po jej wybuchu. Jej
babcia nie miała pomocy; jej matka nikogo nie potrzebowała. Ona też nie.
Chciała, by jej dom należał tylko do jej rodziny; lubiła, gdy wszystko
było na swoim miejscu, a ona miała pewność, że czyste rzeczy są naprawdę
czyste.
Starała się poświęcać jak najwięcej uwagi córce, która uparcie wymykała
się, by dotrzymywać towarzystwa nieprzyjaciołom, ale obowiązki domowe i problemy z nowo narodzonym dzieckiem sprawiały, że opuszczała gardę. Nie
mogła być przy niej nieustannie.
Wanda przestała szyć. Zgasiła radio, by jej nasłuchiwać. Czy z dołu
dobiegały jakieś dźwięki?
Tego dnia, jak zresztą wiele razy wcześniej, to nie cisza wzbudziła w niej niepokój; zaalarmowała ją pustka, bo choć Ilse była małomówna, to
już sama jej obecność sprawiała, że otoczenie wibrowało. Ale w domu nie
było czuć żadnych ruchów, nawet powietrza. I wtedy ogarnęło ją
przerażenie. Zostawiła igłę na końcu nitki, którą obszywała brzegi
zasłon, odeszła od śpiącego spokojnie niemowlęcia i rzuciła się biegiem
tam, gdzie poprzedniego dnia; i tak samo, jak poprzedniego dnia, bała
się, że znajdzie ją martwą. Zasztyletowaną, zabitą łopatą,
przedziurawioną, rzuconą z wysokości. Nieżywą. Zabitą przez Polaków,
zmuszonych do pracy na nieswojej ziemi; Polaków, wciągniętych w wojnę,
której się nie spodziewali i którą przegrali w mgnieniu oka, a teraz
zdanych na łaskę niechętnej im niemieckiej rodziny.
Gdy dotarła na miejsce, zobaczyła, jak jej córka przygląda się
precyzyjnym ruchom polskiego chłopaka, mieszającego pszenicę łopatą.
A wtedy mogła odetchnąć z ulgą. Ilse nie była martwa. Oczywiście, w głębi doskonale o tym wiedziała; i oczywiście, że zrobiła z igły widły,
jak później powiedział jej Hartwig: jej córka była cała i zdrowa.
Wyglądała na zadowoloną. Wyglądała...
Wtedy Wandzie znów zabrakło tchu.
-?Ilse! Co ty zrobiłaś z włosami?
6. Niewola niewoli nierówna
Janusz przyglądał się, jak się oddalają; jak matka ciągnie córkę za rękę
i ją karci.
-?Mówiłam ci już, dziecko, żebyś tu nie przychodziła. To niebezpieczne.
-?Dlaczego?
-?Nie dyskutuj... nie mam już na to siły.
Smucił go nieuzasadniony lęk pani Hahlbrock. Nie rozumiał go: jak mogła
myśleć, że może zrobić Ilse krzywdę? Przy nim dziewczynka była
bezpieczna. Chciał uspokoić kobietę, ale jego język wciąż jeszcze nie
radził sobie z niemieckim, a już na pewno nie na tyle, by wypowiadać
słowa z przekonaniem, jakiego wymaga się od kogoś, kto zapewnia o swoich
pokojowych zamiarach.
-?Uważaj.
Janusz obrócił się ze strachem. Pochłonięty pracą i pszenicznymi
opowieściami nie zauważył, że Tadeusz, Józef i Radosz już wrócili. Nie
wiedział, która jest godzina. Ale skoro już tu byli, to znaczy, że dzień
dobiegł końca i że teraz nadeszła pora odpoczynku i, co lepsze, kolacji.
Był głodny; zawsze był głodny. To nie zmieniło się od czasu, gdy trafił
do Hahlbrocków; gdy myślał już, że po zjedzeniu chleba z kremowym masłem
czy ziemniaków z cebulą głód minął bezpowrotnie, ten wracał, by
przypomnieć mu, że nigdy się od niego nie uwolni; że jedynie drzemie; że
po raz pierwszy on, jego wierny towarzysz, daje się zaspokoić i tym
samym daje mu nieco spokoju, ale że wciąż jest tym samym potworem; że
nie da się go całkowicie poskromić, choć obecnie nauczył się respektować
ścisły harmonogram, by potem znów się pojawić.
Dzięki temu Janusz czuł się wolny; w końcu miał czas i nastrój, by
myśleć o czymś innym. O wielu rzeczach. O starych opowieściach, tych, w których wciąż wyraźnie pobrzmiewał głos matki, ale też o innych, nowych,
które brały się nie wiadomo skąd.
Czyżby brały się z niczego? A może pochodziły właśnie od niego?
-?Głuchy jesteś?
-?Hmm?
-?Ile razy mówiliśmy ci, żebyś odesłał dziewuszkę do domu i nie zostawał
z nią sam na sam? Nie widzisz, że cię tu nie chcą?
-?Kto?
-?Jak to kto, głupku? Nikt. Nikt tu cię nie chce. Tyś zwykły
cywilarbajter.
Ze wszystkich towarzyszy niedoli Radosz był najbardziej kłótliwy, bo
podczas gdy inni z tęsknoty za rodziną i domem pogrążali się w marazmie,
wynikającym z chęci powrotu do tego, co znane i kochane, jemu gotowała
się krew. Radosz uważał, że wszystko jest stracone, i był przekonany, że
krzywda jest nieodwracalna.
-?Nie wiem, po co wy się w ogóle mażecie. Myślicie, że was nie słyszę?
Słyszę was każdej nocy po zgaszeniu świateł i widzę, jak na przerwie w południe żujecie ten chleb, co go nie upiekła wasza żona; chleb, co nie
smakuje domem. I płaczecie. A nawet jak nie płaczecie, to chcecie
płakać. Tylko po co? Po co, skoro wasze żony są tak samo martwe jak
moja, skoro wasz chleb nigdy nie będzie smakować Polską? Skoro Polska
już nie istnieje, bo jest tak samo martwa jak my, choć nie chcemy o tym
myśleć, i choć nie potraficie przyznać, że nasze stopy codziennie łażą
po jej truchle.
Józef i Tadeusz znali Radosza już wcześniej. Razem bawili się w dzieciństwie, a w młodości pili pierwszą gorzałkę. Ale po tej przyjaźni
nie było nawet śladu, bo nie chcieli ani nie mogli dotrzymywać mu kroku.
-?Musisz zrozumieć, że Radosz ma w zwyczaju poprawiać sobie nastrój
krupnikiem. A teraz, kiedy go nie ma...
Nie było krupniku, więc i po dobrym nastroju nie było ani śladu.
Janusz nigdy nie próbował tej nalewki, której dodatek miodu i ziół wcale
nie odbierały mocy, ale pamiętał, jak matka mówiła, że ojciec wolał
porzucić rodzinę, niż z niego zrezygnować. "To trucizna" -?twierdziła. -
"Zwykła trucizna dla chłopów". Gdy Niemcy pojmali i wywieźli Radosza,
gwałtownie pozbawili go nie tylko rodziny, ale też gorzałki. I nie była
to jego decyzja: podjęto ją za niego. Brak rodziny był dla niego
bolesny, ale jeszcze bardziej bolesny był brak krupniku.
Powodowany strachem, Radosz zniósł całą podróż i nie dał nic po sobie
poznać, ale gdy tylko zostali sami, a żołnierze odjechali pustą
ciężarówką, upadł na ziemię, trawiony gorączką, od której dostał
dreszczy, majaczył, a nawet płakał.
Przez pierwszych kilka dni wychodził do pracy osłabiony i trząsł się jak
osika, ale nie miał innego wyjścia: nie mógł przecież powiedzieć nowym
panom swojego życia, że nie ma na to ochoty, że potrzebuje nie tylko
chleba, że jego ciało z trudem opiera się tej posusze. Inni pomagali mu
udawać, że pracuje, a gdy trzeba było wykopać studnię, kazali mu uderzać
kilofem, jakby rozpulchniał ziemię, podczas gdy tak naprawdę robili to
za niego pozostali robotnicy. A kiedy nikt ich nie pilnował, Radosz
wykorzystywał każdy moment, by rzucić się na ziemię, bez tchu i bez sił.
Z czasem to drżenie zaczęło przechodzić; tak samo jak początkowa
desperacja, ale tęsknota i uraza ani trochę nie ustępowały, więc każda
noc kończyła się dla polskich rolników dokładnie tak samo: po zgaszeniu
świateł i zamknięciu oczu do snu kołysały ich niespokojne wariacje na
ten sam temat.
-?Mam tylko siebie; albo przynajmniej to, co zostawili ze mnie te
przeklęte Niemce: wrak, powłokę, niewolnika. Wstawaj, Radosz; rusz się;
zrób to, zrób tamto; nie zaraz, nie jutro: teraz, dziś. Nawet w niedzielę, nawet w twoje imieniny. Ani dnia odpoczynku. Ani jednego. Ani
w deszczu, ani w chłodzie, ani w błocie, ani jak krwawią ci odciski. I ani jednego kieliszeczka na koniec dnia; ani jednego, by ogrzać duszę.
Wiem, że ta wojna się nigdy nie skończy, że już mnie nie wypuszczą. A jak wypuszczą, to co to da?
Za dnia pracował, zgorzkniały, próbując zarazić swoim nastrojem
towarzyszy wygnania, a szczególnie Janusza, który robił wszystko, by
pozostać odpornym czy nawet głuchym na słowa Radosza. Im częściej ten do
niego mówił, tym bardziej Janusz pogrążał się w swoich opowieściach,
tych starych i tych nowych, umilając sobie w ten sposób dni i noce, a także wypędzając Radosza i jego posępne proroctwa z głowy.
Wiedział, czym jest tęsknota; wiedział, co to znaczy tęsknić za matką,
czy obawiać się o siostrę. Rozumiał ból, jaki się czuje, gdy straciło
się wszystko, i nie sposób o tym zapomnieć. On nie zapomniał. Nigdy. A stracił wszystko już dawno temu. Ale nauczył się cieszyć tym swoim
życiem i radować z każdego przeżytego dnia. Był głodny, ale żył i nazajutrz mógł zaspokoić głód. Było mu zimno, ale żył i czekał na
nadejście ciepła. Był samotny, ale żył i miał nadzieję, że kiedyś będzie
mógł dzielić z kimś czas.
Dla jego towarzyszy niedoli ta strata była świeższa, ale dni mijały, a Janusz nie rozumiał, dlaczego nie potrafią znaleźć najmniejszego nawet
powodu do radości: mogli przecież wpaść w ręce Rosjan albo być tak samo
martwi jak cała Polska, wedle słów Radosza.
Martwi, by już nigdy się niczym nie cieszyć.
Nie rozumiał, w czym im przeszkadzało, że ktoś w samym środku wojny
potrafi odnaleźć spokój; nie rozumiał, dlaczego chcieli mu go odebrać
albo przekonać, by się go wyzbył i dzielił z nimi gorycz.
Ostatni czterej Polacy na Ziemi, złączeni frustracją.
-?Nikt cię tu nie chce, głupku. -?Radosz powtarzał mu to raz po raz,
jakby Janusz go nie rozumiał albo nie słyszał.
Mogli nazywać go głupkiem do woli i powtarzać to przy każdej
nadarzającej się okazji, ale on wiedział, że wcale nie jest głupi.
Słyszał, bo nie miał problemu ze słuchem. Po prostu z własnej woli nie
zwracał na to uwagi: nie słuchał, bo nie chciał.
Nie chciał, żeby te słowa dotknęły go do głębi i trafiły do szufladki, w której pomieszkuje gorycz; wiedział, że jeśli na to pozwoli, to zacznie
myśleć: "Skoro nikt mnie tu nie chce, to nikt nie zechce mnie już
nigdzie". Bo po latach samotnych poszukiwań było dla niego jasne: w Polsce nie ma drugiej takiej Ilse, a skoro ona jest w Niemczech, to on
też chce tam być, bo to właśnie w tym gospodarstwie odnalazł cząstkę
rodzinnego domu. Odnalazł kogoś, komu mógł opowiadać swoje historie;
dziewczynkę o oczach siostry, której już nie miał; dziewczynkę, która go
kochała, choć Radosz upierał się, że tak nie jest.
-?Już czas na kolację? -?spytał go.
25 marca 1941
25 marca 1941
7. Hymn dzieci
Wojna toczyła się dalej, jak każdego dnia, i nie dało się temu
zaprzeczyć nawet przy najszczerszych chęciach, próbując ukryć to przed
dziećmi; nawet mieszkając w najodleglejszej części kraju; nawet nie
włączając radia, dopóki te nie pójdą do łóżek, aby spały spokojnie, choć
o spokoju nikt nie słyszał już od dawna; nawet rozmawiając podczas
kolacji o wszystkim, tylko nie o niej; nawet ubolewając nad tym, że
najstarsza córka, Irmgard, przyjeżdża do domu w weekendy po tygodniu
spędzonym w internacie ubrana w mundurek Jungmädelbund i śpiewa
wyłącznie te pieśni, których nauczyła się na spotkaniach młodzieżówki
narodowych socjalistek.
Die Straße frei den braunen Batallionen.
Die Straße frei dem Sturmabteilungsmann!
Es schau'n aufs Hakenkreuz voll Hoffnung schon Millionen.
Der Tag für Freiheit und für Brot bricht an!
Wojna zataczała coraz szersze kręgi, Rzesza stawiała wymagania, a oni
robili to, co do nich należało: kiedy mówiono: "Zwiększcie produkcję",
oni pracowali jeszcze ciężej. A kiedy mówiono: "Płodźcie dzieci na
chwałę Vaterlandu", oni oczekiwali już czwartego potomka. Ale nie
rozumieli, dlaczego Niemcy wymagają, by dzieci przestały być dziećmi; by
zapomniały o zabawie i poddały się wojskowemu drylowi; by zamiast
kołysanek nuciły bojową Horst Wessel Lied.
Zróbcie drogę brunatnym batalionom.
Zróbcie drogę ludziom z SA1!
Na swastykę z nadzieją patrzą już miliony.
Nadchodzi dzień wolności i chleba!
Z jakiej racji dziesięcioletnia dziewczynka miała śpiewać te wersy? Jaka
była z tego korzyść dla kraju? I dlaczego musiała uczyć tej pieśni
młodsze rodzeństwo, które -?idąc jej śladem -?nie nuciło już niczego
innego?
Wojna zataczała coraz szersze kręgi, a Hahlbrockowie robili to, czego
się od nich wymagało, dawali z siebie wszystko, ale nie rozumieli,
dlaczego muszą poświęcić również dzieciństwo swojego potomstwa. Nic
jednak nie mówili, bo nie było na to rady.
Hahlbrockowie żyli w niewielkim i odległym zakątku kraju, kluczowym z powodu żyznych ziem, lecz dalekim od pruskiej stolicy i od wszelkich
zawirowań społecznych czy politycznych. Od propagandy, że Żydzi są
największymi szkodnikami na świecie. Że już Niemcy ich wyplenią. Że
Rzesza zajmuje coraz większe terytoria. Że dokonała inwazji na Grecję.
Że podbój Francji był łatwizną. Że już niedługo uda się pokonać tych
głupich Anglików dzięki nalotom i całkowitej dominacji morskiej. Że
Vaterland będzie większy od Cesarstwa Rzymskiego.
Żadna z tych rzeczy nie zmieniała faktu, że krowy nie czekają, aż
człowiek przestanie świętować; że należy je wydoić, kiedy tego
potrzebują; że trzeba siać i zbierać plony w odpowiednim czasie; że
trzeba robić sery i masło, a latem strzyc owce. Że trzeba zajmować się
wszystkim: domem, polami, spichlerzem, stajniami, zamkiem. Że trzeba
rozliczać się z właścicielem ziemi i oddawać należny udział rządowi,
coraz bardziej łapczywemu, a także być w stałej gotowości, aby przyjąć w gabinecie państwowych urzędników.
O nie: wiejskie obowiązki za nic mają autorytety. A nic tak skutecznie
nie leczy arogancji, jak porządna zaraza.
Wielka Rzesza. Oni również głośno krzyczeli Sieg Heil! na mityngach i manifestacjach. Seig Heil! Seig Heil! Zwycięstwo było nieuchronne, a wielkość Rzeszy zapewniona.
Nie znosili partyjnych zebrań. Oboje uważali, że mogą lepiej wykorzystać
swój czas w domu, poświęcając go na to, co potrafią, i zostawiając
politykę w rękach tych, którzy się nią interesowali. Niby logiczne, ale
w tamtym okresie absencja na tych zebraniach była odbierana gorzej niż
nieobecność w kościele, który dla wielu zszedł na drugi plan.
Nieuczestniczenie we mszy było odbierane jako oznaka protestu, jako
sprzeciw, ponieważ polityka stała się nową religią, a Adolf Hitler nowym
mesjaszem. Z tego powodu ociąganie się z nazistowskim pozdrowieniem było
niebezpiecznym aktem zniewagi, ponieważ serdeczni jak dotąd sąsiedzi,
kompani z kościelnej ławki, nie zawahaliby się przed nazwaniem zdrajcą
każdego, kto nie wykazywałby się podobną żarliwością.
Hahlbrockowie nie rozumieli tej powszechnej paranoi, ale rozumieli, że
muszą z nią pokojowo współżyć. Dlatego chodzili na zebrania, posyłali na
nie córkę, gdy osiągnęła odpowiedni wiek -?zgodnie z obowiązującym
dekretem -?i nie żalili się przed nikim. Już nawet nie mieli odwagi się
skarżyć w zaciszu własnego pokoju z obawy przed tym, że usłyszy ich
Irmgard, a ona nie zrozumiałaby obiekcji swoich rodziców co do
niektórych aspektów nowego nazistowskiego życia, którego uczono ją
miłować w szkole.
I marzyli o dniu, w którym zakończy się wojna, by wszystko wróciło do
normalności; by sąsiedzi przestali patrzeć na siebie podejrzliwie; by -
wedle słów hymnu, którego mieli już powyżej uszu -?nie zabrakło nie
tylko chleba, ale też pokoju; pokoju między samymi Niemcami, bo w tym
zakątku, tak dalekim od kul i powszechnego zagrożenia, przyszło im
doświadczyć takiej właśnie wojny: tej, w której sąsiad występował
przeciwko sąsiadowi.
Hahlbrockowie dążyli do wspólnego celu; pracowali, by doczekać nadejścia
lepszych dni, lepszych Niemiec. Dlatego jakoś znosili pieśni, które
sześcioletnia Ilse musiała powtarzać pod dyktando starszej siostry.
-?Naucz się jej porządnie; jak już skończysz dziesięć lat i będziesz
mogła chodzić na spotkania, wyjdziesz na najmądrzejszą.
Uczyła ją maszerować. Pokazywała podstawy kalisteniki. Opowiadała jej
nowe, mrożące krew w żyłach bajki, których Ilse słuchała od początku do
końca w absolutnej ciszy, pouczona przez Irmgard:
-?Musisz mieć się na baczności, Ilse, i wiedzieć, co robić, gdy
natkniesz się na jedną z tych żmij z żółtą gwiazdą. No już. Powtórz
hymn. I tym razem się nie pomyl.
-?Później. Już pora kolacji, a przy stole się nie śpiewa.
Wanda wykorzystywała każdą okazję, by zaoszczędzić sobie konieczności
wysłuchiwania pieśni, która miała uczynić z jej córek prawdziwe
wojowniczki.
-?Ale mamo...
-?Przy stole nie śpiewamy nawet pieśni kościelnych. Dobrze o tym wiesz,
Irmgard.
Schipperowie. 22 czerwca 1941
Schipperowie
22 czerwca 1941
8. Jak liść w rzece
Karl Schipper miał zapamiętać trzecie urodziny Arna do końca życia. "To
historyczny dzień!", powiedział swoim dzieciom. I było w tym wiele
racji, bo chociaż co do tego się pomylił -?co zwykły stolarz może
wiedzieć o historii i przewidywaniach; na pewno nie tyle, by składać
podobne deklaracje -?to ten dzień wrył się w jego umysł tak głęboko, jak
cięcia w jego meblach, robionych na zamówienie ze szlachetnego drewna.
Zróbcie drogę brunatnym batalionom.
Zróbcie drogę ludziom z SA!
Odbijające się od murów Królewca głosy śpiewające Horst Wessel Lied, a nawet mroźne powietrze tamtego wiosennego dnia sprawiły, że upoił się
atmosferą powszechnej wspólnoty.
Na swastykę z nadzieją patrzą już miliony.
Nadchodzi dzień wolności i chleba!
Z każdym kolejnym krokiem -sprężystym, mimo że niósł prowiant na cały
dzień, a na ramionach siedział mu Arno -?stopniowo zapominał o upokorzeniu, jakiego Niemcy doświadczyły w ciągu ostatnich lat.
Już wkrótce ulice ozdobią flagi Hitlera.
A tej niewoli nadejdzie już kres.
Zapomniał o izolacji Prus Wschodnich; o gnębiących ich Polakach,
niechętnie pozwalających przekraczać świeżo wytyczone granice Niemcom,
którzy przecież dzielili z nimi tę ziemię od zawsze.
-?Tato -?poskarżył się tego dnia Fritz. -?Arno nie zna słów piosenki.
-?To nieistotne, Fritz, daj mu śpiewać -?odparł z uśmiechem, nie gubiąc
rytmu i nie spuszczając wzroku ze wspaniałych czerwono-czarnych flag,
które upiększały teraźniejszość i składały obietnice na przyszłość.
Flagi powiewały na każdej ulicy: niewoli nadejdzie już kres. Dzięki tej
obietnicy, niemal już spełnionej, zapomniał o niedostatku, jaki cierpiał
najpierw jako dziecko w nowej rzeczywistości rozczłonkowanych Niemiec, a później podczas wielkiego kryzysu. Z jego umysłu ulotniły się wszelkie
zgryzoty świeżo upieczonego męża i ojca, jakich doświadczał ledwie kilka
lat wcześniej, kiedy zawód stolarza na nic się nie zdał, skoro nikt nie
miał pieniędzy na naprawę, a tym bardziej na zamawianie nowych mebli, i gdy od głodu ratowało ich jedynie odziedziczone przez żonę maleńkie
rodzinne gospodarstwo.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Ilse. 26 stycznia 1936 -?25 marca 1938
Ilse
26 stycznia 1936 -?25 marca 1938
1. Dziewczynka
Przy pierwszym oddechu życie boli.
Bo jak tu nie płakać, gdy światło po raz pierwszy drażni oczy albo gdy
po raz pierwszy czuć na skórze suche muśnięcie powietrza? Jak tu nie
płakać, gdy płuca wypełniają się zimnym nieznajomym tlenem, gdy ciche
odgłosy, dobiegające dotąd do zanurzonych uszu, nabierają mocy i docierają bez filtrów? Jak tu zaciekle nie protestować, kiedy świat
staje się nieskończony i nie utrzymuje już w ryzach ciała, które
bezpiecznie tkwiło w ciasnych, ciemnych i miękkich objęciach matczynego
wnętrza?
Dziewczynka zaczęła się już do tego przyzwyczajać, a kto wie, może nawet
to życie w matczynych objęciach zdążyło się jej spodobać, kiedy
zaniesiono ją do kościoła, aby nadać jej imię.
Tego dnia cała ta historia dopiero miała się wydarzyć, a chrzcielna woda
święcona pobłogosławiła jej czoło i podlała ziemię Prus Wschodnich,
które wciąż jeszcze istniały, a zamieszkujący je ludzie nie wiedzieli,
że ich dni są policzone i że czeka je własny chrzest z ognia, mający na
zawsze wymazać nazwę tych ziem. Tego dnia, jak od 1918 roku, dumne Prusy
były odseparowane od swoich Niemiec, nie z własnej woli, lecz w ramach
kary narzuconej przez świat. A ich mieszkańcy -?w tym świeżo ochrzczona
dziewczynka -?tkwili w odosobnieniu niczym oddzielająca się od kija
drzazga: jesteś, ale jakby cię nie było; stanowisz część całości, ale
niemal się o tobie nie pamięta. Żyli daleko, ale wciąż tęsknili do swych
zachodnich germańskich braci; dzieliło ich morze, ale jeszcze bardziej
dzieliła ich ziemia. Żyli daleko, ale nigdy nie zapomnieli o ojczyźnie i głęboko pragnęli poruszać się swobodnie po utraconych ziemiach,
przekształconych w rozdzielającą ich granicę; ziemiach, które niegdyś
były Prusami, a które teraz świat uparcie nazywał korytarzem polskim.
W dniu, w którym dziewczynka otrzymała chrzest z wody, daleko było
jeszcze do chrztu z ognia, a świat w następnych dziesięcioleciach miał
włożyć ogrom wysiłku, aby zrozumieć kolejność zdarzeń i wagę zmiennych;
miał zaprzęgnąć tęgie umysły i wyłożyć ogromne środki, by zbadać źródła
winy i okrucieństwo winnego czy też winnych. Miał również wybiórczo
przemilczeć to, co nie pozwalało mu zapomnieć o niewybaczalnych
aspektach własnej zbrodni. Miał też złożyć obietnicę, że to się już
nigdy nie powtórzy. I mało kto miał głośno mówić o tym, że była ona z góry skazana na porażkę, ponieważ podobną obietnicę złożono już
poprzednim razem, karząc agresora, karząc przegranego.
Wybrane imię miało się później podobać dziewczynce, ale tego dnia pastor
wylał je na nią znienacka i obficie; lodowate, bo nie sposób, by woda w chrzcielnicy była letnia. Bezceremonialnie chlusnął nim na jej ciepłe
czoło. Dzięki tej wodzie i tysiącom błogosławieństw imię przywarło do
niej na zawsze, ale brutalne uderzenie zimna sprawiło, że Ilse wydała z siebie krzyk, który przerodził się w płacz, nieprzerwany aż do końca
ceremonii.
Jej rodzice wyprawili skromną uroczystość, na jaką nie mogli sobie
pozwolić jeszcze cztery lata wcześniej, kiedy chrzcili starszą córkę.
"Jak wiele może się zmienić w cztery lata", myśleli, gdy zastawiali stół
dla sześciorga gości, a wokół unosił się wspaniały zapach pieczonej
gęsi. Jakże odległy był głód, jakiego doświadczyli w dzieciństwie i młodości. Jak dobrze wybrali kanclerza, który wyratował Niemcy z niedostatku.
Tego samego dnia, choć daleko stamtąd, francuska dziennikarka madame
Tita?na przeprowadziła z tym ponurym liderem przedziwny wywiad dla
miejscowej gazety. On powiedział jej: "Żaden Niemiec nie chce wojny.
Ostatnia kosztowała nas dwa miliony ofiar i siedem i pół miliona
rannych. I nawet gdybyśmy wygrali, to żadne zwycięstwo nie byłoby warte
tej ceny", a ona wróciła do swojego kraju z przekonaniem, że ani ten
mężczyzna, ani jego naród nie stanowią zagrożenia dla pokoju.
Ich kanclerz, tak jak oni, pragnął pokoju. Na świecie mówiono, że
poprzednia wojna skończyła z innymi raz na zawsze. I bez wątpienia
skończyła również z nimi. Hartwig i Wanda Hahlbrockowie przeżyli
zniszczenie i dramat. A teraz, po tak ogromnych cierpieniach, mieli
nadzieję obserwować jedynie, jak ich córki dorastają szczęśliwe, bez
głodu i w pokoju. I myśleli, że z Führerem w końcu będzie to możliwe.
Trzy lata jego rządów, trzy lata porządku, trzy lata z ich życia, trzy
lata pracy, w końcu trzy lata bez głodu i z perspektywami na przyszłość.
A teraz, dzięki temu, nowa i ukochana córka. Ilse.
Dwa lata i dwa miesiące później Ilse nie pamiętała już bólu narodzin ani
lodowatej chrzcielnej wody, ale miała za sobą wiele małych doświadczeń i zdobyła pewne umiejętności, bo przecież nigdy nie uczymy się tak szybko,
jak w ciągu pierwszych trzech lat naszego życia. Uczymy się i żyjemy,
choć nie pamiętamy, jak się czegoś nauczyliśmy ani kiedy coś
przeżyliśmy.
To właśnie wtedy Ilse poznała tych, którzy zamieszkiwali jej niewielki,
hermetyczny świat; nauczyła się odróżniać głód i jego ukłucia, ale też
nauczyła się cierpliwie czekać; jedzenie zawsze się pojawiało, już jej
matka o to dbała; nie musiała płakać, bo nauczyła się wielu słów, w tym
"jestem" i "głodna". W ciągu tych pierwszych lat nauczyła się też, że
kominek z pewnej odległości daje cudowne ciepło, ale można się poparzyć,
gdy podejdzie się zbyt blisko. Nauczyła się wstawać, chodzić i przemierzać schody w górę i w dół. Nauczyła się nazywać rzeczy. Nazywać
siebie: Ilse Hahlbrock, choć wciąż łamała sobie język przy nazwisku.
Nauczyła się też nie płakać, bo łzami mogła jedynie zdenerwować matkę,
która zawsze mówiła jej: "Ilse, my nigdy nie płaczemy". Dowiedziała się,
jak to jest pragnąć cudzej rzeczy -?bo lalka siostry zdawała się jej
ładniejsza od własnej -?ale nauczyła się też zagłuszać to pragnienie i zadowalać się tym, co ma, bez wszczynania awantur, bo i tak niczego by
tym nie osiągnęła.
W tym czasie nauczyła się również bać się gęsi i psów, choć nikt nie
potrafił tego zrozumieć: Kajzer, jedyny pies w jej świecie, nigdy nie
odważyłby się jej nastraszyć, a tym bardziej skrzywdzić.
Ale nie było sposobu, by ją o tym przekonać.
-?On nie gryzie, Ilse. Kajzer to dobry pies, pogłaskaj go.
Ale dziewczynka miała swoje powody, by się go bać, choć nie pamiętała
już dlaczego i nie było przy tym żadnych świadków.
Otóż pewnego razu -?a był to jeden z tych rzadkich razów, kiedy już jako
dwulatka wyszła z domu niezauważona przez matkę ani przez pracujących na
polu robotników, którzy nie dostrzegli błąkającej się samotnie
dziewczynki -?Ilse udała się nad zamieszkiwane przez gęsi jeziorko,
zwabiona ich gęganiem i wizją małych gąsiątek.
Poprzedniej nocy ojciec obiecał jej, że wkrótce ją tam zaprowadzi, ale
Ilse nie wiedziała, ile to jest "wkrótce" i tamtego dnia poczuła, że od
złożenia tej obietnicy minęła cała wieczność, dlatego postanowiła pójść
sama, aby pobawić się z pisklątkami i porządnie je okryć: woda w jeziorze zawsze była lodowata, a skoro ona sama ani trochę nie lubiła
zimnej wody, to wywnioskowała, że one tym bardziej nie lubią.
Ale gęsi, które zawsze były nieco zdziczałe, nie pozwoliły jej ani się
zbliżyć do nowych członków rodziny, ani pobawić się z nimi czy okryć
choćby jedno gąsiątko; gdy tylko zobaczyły zbliżające się ludzkie
dziecko, zaczęły trzepotać skrzydłami i przebierać nogami w wodzie, aż
dotarły na ląd. A potem puściły się biegiem po suchej ziemi.
Ilse miała już jakieś doświadczenie życiowe: wiedziała, jak odróżnić
miękkie "Ilse", wydobywające się z ust matki, gdy siedziała spokojnie
przez dłuższy czas i pozwalała jej wykonywać swoje obowiązki, od
dudniącego po całym domu "Ilse", kiedy wzbraniała się przed wejściem do
wanny, nie przychodziła do stołu na zawołanie, zostawiała niedojedzoną
kiełbasę albo kłóciła się z siostrą.
Być może właśnie z tego powodu, a może dlatego że w odpowiednim momencie
po raz pierwszy w życiu zadziałał u niej instynkt samozachowawczy, z całą pewnością stwierdziła, że gęsi wcale nie wybiegły jej na powitanie
i że musi uciekać przed nadciągającym zagrożeniem. Nagle ścisnęło ją w dołku, po czym się obróciła i, nie oglądając się za siebie, zaczęła biec
tak szybko, jak tylko pozwalały jej na to nieco ponad dwuletnie nóżki.
W trakcie ucieczki chciała wydobyć z siebie krzyk, ale był tak głośny i tak potężny, że ścisnął jej gardło i skrył się w jej malutkim ciele, aby
nigdy go już nie opuścić.
Ilse biegła więc w wymuszonej, absolutnej ciszy. Oddychała tylko
dlatego, że nie miała innego wyjścia. Wiedziała -?skąd? -?że gęsi są od
niej szybsze, że ją dosięgną i podziobią, i że wydziobią jej skórę, a nawet włosy.
Nie odważyła się spojrzeć za siebie.
Schnell laufen -?popędzała się, choć żaden dźwięk nie potrafił
poruszyć jej strun głosowych. -?Schnell, Schnell laufen!
I już czuła na swoich kostkach gorący oddech wściekłych ptaków.
Wtedy zauważyła kątem oka, jak potężny Kajzer zbliża się do niej w pełnym biegu. Gdyby się obróciła, to dostrzegłaby, że pies stanął
pomiędzy nią a jej skrzydlatymi agresorami, aby ją obronić, ale tego nie
zrobiła: ze wzrokiem wbitym przed siebie poczuła tylko, jak ogon
owczarka niemieckiego muska jej nogi i w popłochu odniosła wrażenie, że
dosięgły ją jego wielkie kły, dlatego od razu pomyślała, że -?w zmowie z dzikimi gęsiami -?przyłączył się do pogoni za zdobyczą.
W jej przerażonym umyśle jego szczekanie zlało się z ich gęganiem. I przyspieszyła.
Ilse skryła się w stodole, zaskoczona, że udało się jej wygrać ten
wyścig. Tam, w ciemności, uspokoiła przyspieszony rytm serca. Ukryła się
bezszelestnie i po jakimś czasie ogarnął ją nowy lęk, który pozwolił jej
zapomnieć o tym poprzednim: bała się, że nagle usłyszy szorstkie "Ilse",
jakim matka obdarzała ją, gdy była niegrzeczną dziewczynką, jak właśnie
tego dnia. "Nein, Ilse. Nicht allein" -?słowo matki było w domu
świętością: nie wychodź nigdzie sama, Ilse.
I gdyby nie żołądek, najlepszy motywator, to spędziłaby tam całe
popołudnie, a może nawet i noc. Ale głód przekonał ją, że czas wracać,
aby zmierzyć się z konsekwencjami, nawet jeśli miałaby usłyszeć od matki
pełne pretensji "Ilse". Kiedy była głodna, to nie potrafiła myśleć o niczym innym -?a właśnie nadeszła pora na grzankę z masłem -?dlatego jej
umysł zapomniał o tym, co ciało miało zapamiętać już na zawsze: o powodach, dla których bała się gęsi i psów.
To, co wydawało się jej wiecznością, trwało zaledwie pół godziny. Matka,
zajęta wyszywaniem fartuszków i halek dla swoich córek, nawet nie
zauważyła jej nieobecności, przekonana, że dziewczynki udały się na
drzemkę. Nie było żadnych pretensji, tylko grzanki z domowym kremowym
masłem. Później Ilse przez całe popołudnie bawiła się z siostrą,
Irmgard, która ponieważ była od niej cztery lata starsza, miała się nią
zajmować -?i pilnować, by nie wychodziła sama z domu -?gdy matka szyła,
tkała, wyszywała, sprzątała czy gotowała.
Gdy wrócił ojciec, wiedziała, że nadeszła pora kolacji; na szczęście
znowu była głodna. Matka podała kiszoną kapustę z kiełbasą cielęcą, jej
ulubioną.
Kajzer, który wchodził do domu tylko za zgodą ojca, wpatrywał się w nią
uważnie, jakby chciał ją zjeść. A Ilse -?która od tamtego popołudnia już
na zawsze miała tłamsić w sobie krzyk -?straciła zainteresowanie
jedzeniem i szukała schronienia na kolanach ojca.
Kajzer, owszem, patrzył pożądliwie, ale nie na nią: wbijał wzrok w kiełbasę, niemal z miłością. Uważał, że zasługuje na specjalną nagrodę
za bohaterstwo; za to, że ją uratował i stanął pomiędzy nią a gęsiami, a także za to, że bolało go całe ciało, podziobane w trakcie zaciętej
bitwy przez pierzaste demony.
Czekał cierpliwie, ale kolacja już się skończyła i nikt, nawet
dziewczynka, nie podzielił się z nim choćby piętką chleba. I to nie
tylko dlatego, że Ilse o tym nie pomyślała i nie odważyła się zbliżyć
ręki do jego ogromnego i wygłodniałego pyska, ale także dlatego, że
chociaż wciąż miała ściśnięty żołądek, to zjadła wszystko; nie ośmieliła
się zostawić nawet najmniejszego okruszka, bo gdy matka mówiła: "Alles
essen", ona opróżniała talerz, i to bez zająknięcia.
Nie wiedziała, że wydarzenia z 25 marca 1938 roku pozostaną w niej
bardziej jako instynkt niż wspomnienia. Tamtej nocy kładąc się do łóżka,
Ilse nie wiedziała też, że ten dzień zapisze się na zawsze w pamięci jej
rodaków, wcale nie dlatego, że jakaś mała pruska dziewczynka wystraszyła
się gęsi, broniących swojego terytorium i swojej rodziny, ale dlatego,
że pan i władca losu tych ziem wyłożył swoje intencje przed Niemcami i całym światem w trakcie swojej wizyty w Królewcu.
Arno. 25 marca 1938
Arno
25 marca 1938
2. Chłopiec i łopot flag
Jechał do Królewca po raz pierwszy w życiu, ale Arno, który właśnie
wtedy kończył trzy lata, jeszcze tego nie wiedział. Nie zapamiętał też
gorączkowych przygotowań do dnia, który cała rodzina miała spędzić poza
swoim niewielkim gospodarstwem.
Tego dnia nikt nie musiał go budzić; był najmłodszy z czwórki rodzeństwa
i wciąż obowiązywała go zasada właściwa wszystkim maluchom: że dzień
zaczyna się wraz z ich przebudzeniem.
A po nich otwiera oczy matka, a następnie słońce. A po nich kogut
ogłasza nadejście nowego dnia, a krowa domaga się wydojenia. A po nich
budzi się ojciec, aby pomóc matce, która musi ulżyć ryczącej krowie. A po nich budzą się pozostali członkowie rodziny, zwabieni zapachem
przygotowanego przez ojca śniadania, choć woleliby jeszcze trochę
pospać; choć woleliby przykleić się do poduszki lub żeby przez okno
wpadło choć trochę światła, nim będą musieli otworzyć oczy.
Ale to niemożliwe: nowy dzień już się zaczął, a wraz z nim codzienna
krzątanina w niewielkim obejściu Schipperów.
Rzecz jasna, Arno jako trzylatek nie płakał już po przebudzeniu.
Skończył z tym, gdy nauczył się potrzebnych mu słów.
-?Mutter! Vater! Ich möchte mein Frühstück!
Ten poranek zaczął się jak zwykle: najmłodszy domownik domagał się
śniadania, a pozostali pragnęli wylegiwać się w łóżku choćby chwilę
dłużej. Potem przyszedł czas na zwykłe gospodarskie zajęcia, choć
Schipperowie wykonywali je z większym niż zazwyczaj pośpiechem, a następnie elegancko się ubrali: włożyli odświętne stroje, mimo że to nie
była niedziela, bo wszyscy razem jechali do miasta.
-?To historyczny dzień, Arno, a do tego dziś są twoje urodziny -
powiedział ojciec, Karl Schipper, gdy zapinali płaszcze przed wyjściem.
Był już 25 marca, ale wiosna na tych ziemiach jeszcze się nie obudziła,
choć zima wcale nie była taka ciężka. Przy odrobinie szczęścia koło
południa wyjdzie słońce. Przy odrobinie szczęścia śnieg nie zaskoczy ich
po drodze do Królewca i z powrotem.
Chłopcu udzielił się entuzjazm starszych braci, którzy dużo lepiej
rozumieli, co się dzieje. Dla ośmioletniego Fritza i siedmioletniego
Johanna, uważających się za wytrawnych podróżników, dzień zapowiadał się
o wiele ciekawiej niż dotychczasowe wyprawy do miasta z ojcem: widzieli
już okazałe domy i budynki z ogromnymi oknami, dzwony z katedry we
Fromborku, brukowane ulice czy siedem mostów, i bawili się w ogrodach
zamku nad jeziorem; to wszystko im się podobało, ale nawet takie
atrakcje bladły w obliczu zapowiadanego na ten dzień, historycznego
wydarzenia. I było to dla nich niepojęte, bo w trakcie tej wizyty mieli
się nawet oprzeć pokusie owocowych marcepanków od Schwermera, które
mogli spróbować przy jednej z tych rzadkich okazji, kiedy ich ojciec
miał jednocześnie pieniądze, czas i dobry humor.
Ale choć mieli się za doświadczonych globtroterów -?w porównaniu z Arnem, który wciąż był dla nich małym dzieckiem i nie wychodził poza
najbliższą okolicę gospodarstwa, a także z Helgą, która choć starsza, to
jednak była dziewczynką i parający się stolarką ojciec nigdy nie
zabierał jej ze sobą do pracy do miasta -?to jednak wciąż mieli tylko
osiem i siedem lat; droga nadal bardzo im się dłużyła i wszystko
odwracało ich uwagę od obietnic tamtego dnia. Jak na dobrych braci i przewodników wyprawy przystało, pokazywali Arnowi to, co pojawiało się
na drodze, wciąż usianej kleksami śniegu, i chodzili z nim z jednego
końca furmanki na drugi: a to na prawym poboczu stał wielki wół, a to
owce blokowały przejazd, a to po lewej leżał martwy pies w stanie
zaawansowanego rozkładu.
-?Widziałeś jego oczy, Arno?
Arno też chciał wszystko zobaczyć, ale matka bała się, że spadnie z furmanki, a wszyscy wiedzieli, że nie powinna się denerwować ani
nadmiernie wysilać.
-?Chodź tu -?powiedziała do niego Helga, starsza siostra, wskazując na
swoje kolana. -?I już się nie ruszaj.
Helga przycisnęła chłopca mocno do siebie, aż w końcu ustąpił: to jej
ramiona znał najlepiej, to one dawały mu największą pociechę. Matka
siadała przy nim każdej nocy przed zaśnięciem i opowiadała mu bajki, ale
oprócz ojca to właśnie dziesięcioletnia Helga zawsze brała go na ręce,
kładła do łóżka, tuliła, gdy miał koszmary, beształa i kąpała. I to tam,
w chroniących go przed zimnem ramionach siostry, zasnął, kołysany
rytmicznym chybotaniem furmanki i niekończącą się -?jak mu się zdawało -
podróżą do nieznanego mu celu.
-?Dojechaliśmy.
Helga potrząsnęła nim. Arno otworzył oczy i od razu oprzytomniał. Wokół
nich panował ogromny gwar. Nigdy wcześniej nie widział tylu ludzi ani
tylu wozów naraz. Matka dyskutowała z ojcem.
-?Jeśli zostawimy furmankę bez opieki, to nam ją ukradną.
-?Nie. Dziś nikt by się na to nie odważył. Poza tym nie możemy już dalej
jechać. Popatrz, wszyscy robią tak samo.
Tego dnia do Królewca przybyli okoliczni mieszkańcy, a jego szerokie
ulice nie były w stanie pomieścić wszystkich wozów. To był historyczny
dzień i nikt nie chciał go przegapić: na twarzach ludzi malowało się
podniecenie. Wokół nich inni podróżni zostawiali swoje pojazdy poza
murami miasta, tak blisko siebie, jak tylko pozwalały im na to konie.
Zabierali ze sobą tylko kosze lub torby z prowiantem na dalszą drogę.
Schipperowie zrobili to samo, a Arno siedział na barkach ojca: "W tym
tłumie zgubiłbyś się dokumentnie, mein Sohn".
Arno czasem nie rozumiał, dlaczego dorośli mówią na jego widok: "Jaki
ten chłopiec jest wysoki!", skoro był tylko małym, wymagającym uwagi
dzieckiem. Przecież gdyby był wysoki, oznaczałoby to, że jest już duży,
starszy. A w domu wszyscy byli wyżsi od niego. Przecież gdyby był
wysoki, to mógłby dosięgnąć leżącego na regale masła. Gdyby był wysoki,
to mógłby dosięgnąć wykonanego przez ojca drewnianego konika za każdym
razem, gdy Fritz mu go wyrywał i szyderczo unosił ramię, tak by Arno nie
mógł go odzyskać. Gdyby był wysoki, to Fritz nie odważyłby się na takie
żarty.
Siedząc na ramionach ojca, po raz pierwszy poczuł się naprawdę wysoki.
Mógł obserwować wszystko: łyse głowy mężczyzn, którzy nie nosili
kapeluszy, i pióra przy kapeluszach eleganckich dam; cieszył się, że
jego bracia są od niego dużo niżsi, bo tam, na górze, jako pierwszy mógł
usłyszeć grającą na ulicach i witającą przybyszów muzykę. Wiercił się na
wszystkie strony, by nie przegapić żadnego szczegółu, nie bacząc na
upomnienia ojca: "Nie ruszaj się tak, Arno".
Nadjeżdżało coraz więcej wozów, więc chłopiec pomyślał z dumą, że jego
dzielny tata wygrał dla nich ten wyścig, wespół ze swoim szybkim koniem.
Nieco dalej, już na przestronnych ulicach, miał wrażenie, jak gdyby
wszystko było jednym wielkim murem: od otaczających miasto fortyfikacji
aż po najwyższe budynki, jakie kiedykolwiek widział. Zdumiony, patrzył w górę. Wcześniej na takich wysokościach obserwował jedynie gęsi
przelatujące nad domem, który przy miejskich zabudowaniach wydawał mu
się maleńki. Rozdziawił usta w zachwycie, a wtedy ojciec powiedział:
"Zamknij buzię, Sohn, bo wleci ci mucha". Więc ją zamknął, ale ta była
nadzwyczaj uparta i od czasu do czasu znów się otwierała, bo dziwiło go
o wiele więcej niż tylko rozmiary budynków i kościołów. Miasto zdawało
się być gotowe na prawdziwe święto: gdziekolwiek spojrzał, flagi -?te
duże, te małe i te ogromne -?łopotały niczym czerwono-czarne skrzydła,
ulatując ku niebu przy podmuchach wiatru.
Przedsiębiorcze kobiety sprzedawały kwiaty i flagi w rozmiarze wprost
idealnym dla jego małych rączek. I zapragnął mieć jedną z nich.
-?Papa, ich möchte eine Flagge!
-?Nicht jetzt.
To były najbardziej frustrujące słowa, jakie Arno kiedykolwiek poznał:
"Teraz nie". Teraz nie możesz tego ciastka. Teraz nie możesz się bawić.
Teraz nie krzycz. Nicht jetzt. Teraz nie jedz chleba. Teraz nie możesz
mieć takiej ładnej flagi, jak inni. Teraz nie, teraz nie. Po trzech
latach życia te słowa zdążyły mu się już znudzić, ale wiedział, że gdy
wypowiadali je rodzice, nie było na nie rady. Tak więc teraz nie, ale
może później?
-?Ja. Zobaczymy.
Ojciec nie chciał się zatrzymać, choć Arno mocno kopnął go nogą, jak
konia. Chyba się gdzieś spieszyli. Szli tak szybko, jak tylko stan matki
na to pozwalał.
Arno wiedział, że nie wszystkie matki są takie jak jego. Znał na
przykład grubą Frau Filipek, która zachodziła do nich raz w tygodniu,
żeby kupić jajka, i płaciła za nie masłem i wędlinami. Ona miała więcej
dzieci i więcej energii, a czasem razem z towarami na wymianę niosła w ramionach jedną z latorośli; do tego, oczywiście, musiała nieść swój
własny ciężar.
Dzieci wykorzystywały każdą minutę na zabawę, podczas gdy pogrążone w rozmowie matki przedłużały transakcję. Ale były kobietami zajętymi i praktycznymi, dlatego prędko przerywały pogawędkę: było wiele do
zrobienia, a Filipkowie musieli iść dalej.
Po wymianie towaru zarumieniona kobieta z zadowoleniem pakowała jajka do
koszyka z taką samą energią jak wcześniej, podczas gdy jego wychudzona i milcząca matka przyglądała się z progu, jak sąsiadka odmaszerowuje
żwawym krokiem, po czym na powrót siadała przy kuchennym stole, by
odpocząć i nabrać tchu. Nawet nie próbowała wziąć swojego syna na ręce,
i choć mu to tłumaczyli, czasem nie rozumiał, dlaczego matka tylko
podaje mu rękę i nigdy go nie podnosi.
-?Pamiętasz, jak kiedyś obtarłeś sobie kolano? Pamiętasz, jak cię
bolało? Mamę tak samo boli serce -?powiedział mu kiedyś ojciec.
-?Ale wyzdrowieje?
-?Nie.
Dlatego trzeba było o nią dbać. Bo ciężko się żyje z obtartym sercem.
Ale Arno czasem o tym zapominał.
Codziennie przed wyjściem do pracy ojciec mówił mu: "Uważaj na mamę,
bądź pomocny, nie sprawiaj jej problemów". I Arno zaczynał dzień z takim
zamiarem, ale prędko mu to umykało. Chciał się bawić i zapominał o obtartym sercu matki. Chciał biegać i się wspinać, choć jego rodzeństwo
wciąż jeszcze było w szkole, a ojciec w pracy, i tylko osłabiona matka
mogła się nim zajmować.
Ignorował więc powzięte ledwie parę minut wcześniej postanowienie, i prędko zapominał o złożonych obietnicach; zapominał, że powinien
siedzieć w miejscu, i zbliżał się zbytnio do paleniska, chociaż dobrze
wiedział, że mu nie wolno; i chodził obserwować krowę albo tarzać się w pszenicy, choć matka mu tego zabraniała. I przypominał sobie o swoich
obietnicach i postanowieniach dopiero wtedy, gdy zauważał bladą,
wzburzoną i pozbawioną tchu matkę, podchodzącą do niego tak szybko, jak
tylko mogła sobie na to pozwolić, aby go odciągnąć, uratować lub
zbesztać.
A teraz, siedząc na barkach ojca, Arno czuł się wysoki i dojrzały, jak
wszyscy wysocy ludzie, którzy nie zapominają o złożonych obietnicach, i od czasu do czasu spoglądał na matkę, drobną kobietę idącą powolnym, acz
zdecydowanym krokiem. Postanowił, że da znać ojcu, jak tylko zobaczy, że
poczuła się gorzej. Bo to akurat potrafił: wyczuć dokładny moment, w którym jej się pogarszało. W tej dziedzinie był ekspertem, wszak
doświadczał tego od dnia swoich narodzin.
Schipperowie prędko wtopili się w morze ludzi, którzy najwyraźniej szli
w tym samym kierunku. I było tam coraz więcej flag, a początkowo ciche
pieśni zaczęły rozbrzmiewać z coraz większą mocą.
Arno ich nie znał. Były zupełnie inne od tych, które matka śpiewała mu
czule, kiedy starczyło jej tchu, by pociągnąć melodię, ale też mu się
podobały. Nie znał słów, ale je wymyślał, najpierw nieśmiało, a później
pełnym głosem, by poczuć się częścią coraz większej i coraz bardziej
hałaśliwej grupy osób, stopniowo zlewającej się w jednorodną masę.
A z każdą nutą, z każdym oddechem, ze wszystkich ust wydobywały się
delikatne obłoczki pary, które zaczęły się łączyć, kłębić i powiększać.
Ten nowo powstały obłok był coraz wyraźniejszy, zaczynał żyć własnym
życiem, aż na koniec zamienił się w podmuch, a następnie falę mgły,
która go otuliła, dając wrażenie, że unosi się w powietrzu.
I zdawało mu się, że matka kroczy z nieco większą siłą i nabrała trochę
koloru, a jego bracia urośli, ot tak, tylko dzięki tym piosenkom. A obok
szły inne dzieci, tak samo wysokie jak on, siedzące okrakiem na barkach
rodziców i unoszące ramiona, jak gdyby dowodziły morskimi statkami;
chłopcy i dziewczynki, których nigdy wcześniej nie widział, które
patrzyły na siebie w marszu i rozpoznawały swoje spojrzenia, uśmiechy i słowa piosenek, ale prawie żadne nie potrafiło wymówić ani nie rozumiało
ich sensu poza tym, że obiecywano w nich chleb. A to im się podobało.
Die Straße frei den braunen Bataillonen.
Die Straße frei dem Sturmabteilungsmann!
Es schau'n aufs Hakenkreuz voll Hoffnung schon Millionen.
Der Tag für Freiheit und für Brot bricht an!
Ale po tak długim spacerze zaczęło mu się zdawać, że z barków ojca
wyrosły kolce, a ból pośladków odwiódł jego uwagę od piosenek. Zachciało
mu się pić, a głód był silniejszy od chęci posiadania flagi.
-?Papa: Ich bin hungrig!
- Już niedaleko. Wytrzymaj. Dostaniesz jeść, gdy dojdziemy na miejsce.
Niestety tak jak wszyscy wokół, nie dotarli na żadne konkretne miejsce:
jacyś żołnierze zatrzymywali tłum, by rozmieścić go po obu stronach
szerokiej alei.
Schipperowie mieli szczęście: dzieci usiadły na krawężniku, a dorosłym
nikt nie zasłaniał widoku parady, która miała się rozpocząć lada chwila,
po oficjalnym powitaniu na dworcu kolejowym. Frau Schipper dała
każdemu ze swoich dzieci porcję chleba i kiełbasy.
-?Jedz powoli, Arno. Nie udław się.
Dzieci jadły na siedząco, a dorośli na stojąco. Arno zmoczył wełniane
skarpety, wylewając na siebie kubek ciepłej herbaty, więc ojciec wziął
go na chwilę w ramiona -?dopóki stopy mu nie przeschły -?opatulił swoim
płaszczem i ogrzał.
Wciąż rozbrzmiewały pieśni, teraz już w akompaniamencie zespołów.
Niektóre głosy wznosiły się ponad inne -?te należące do zwykłych
śmiertelników -?przez megafony, nakazując powtarzać slogany, odpowiadać
unisono, unosić rękę i wspólnie krzyczeć raz po raz, aż do perfekcji:
"Ha Hidla!". Wtedy Arno poprosił ojca, by postawił go na ziemi, i stojąc na krawędzi ulicy, dołączył do tych głosów:
Czasem krzyczał: "Zi hail! Zi hail!"; czasem zaś: "Ha Hidla! Ha
Hidla!".
Robił to bezmyślnie, nie zastanawiając się, co oznaczają te powtarzane z taką werwą słowa, unosił też rękę niemal ku niebu, jak przystało na
prawdziwego członka tej masy. Ale prędko od tych okrzyków zaschło mu w gardle, a ręka zmęczyła się od nieustannego podnoszenia i opuszczania.
Zabawa straciła swój urok, nim jeszcze na dobre się zaczęła.
Poczuł ucisk na pęcherz, co dopiero niedawno nauczył się odróżniać na
czas, by nie zmoczyć ubrań, i ponaglał ojca tak długo, aż został
zaprowadzony na tyły budynku i wypróżnił się ciepłym i parującym
strumieniem.
Kiedy wrócili na miejsce, nic się nie zmieniło. I Arno raz po raz to
siadał, to wstawał. Tkwił tam z przymusu, choć pragnął być gdzie
indziej. Nie rozumiał, dlaczego nie może wybiec na sam środek pustej
alei, która wzywała go bez ustanku. Przecież mógłby zagrać w zbijaka z innymi dziećmi w jego wieku, tak samo jak on znużonymi długim marszem,
głośnymi okrzykami i bezsensownym oczekiwaniem. Wszyscy by się dobrze
bawili. Ale nie: nie ruszaj się, Arno; nie schodź z chodnika; nie zgub
się; no już, śpiewaj. No i nie powinien denerwować matki. Pewnie prędko
by o tym zapomniał, gdyby dłoń ojca nie zaciskała się mocno na jego
ramieniu za każdym razem, kiedy mężczyzna przeczuwał, że syn zaraz puści
się biegiem w poszukiwaniu wolności i przestrzeni.
-?Nein, Arno.
Arno usiadł. Znowu. Musiał czekać. Znowu. Ale na co miał czekać? Tego
nie wiedział.
Pod koniec dnia, po wielu godzinach oczekiwania, cały ten plan, śpiewy i slogany straciły swój urok, a nawet prawo do istnienia w jego umyśle. Ze
zmęczenia zapomniał o uczuciu, jakiego doświadczał na barkach ojca.
Z tamtego dnia zapamiętał na zawsze czerwień flag, choć nigdy o tym nie
wspominał, nawet swojej żonie, gdy mieszkali już daleko stamtąd, bo
zawsze był to dla niego niemal zakazany i bolesny temat.
Ponadto co mógłby powiedzieć o tym tak mglistym wspomnieniu? Postrzegał
je raczej w kategoriach doznania, i to tak niewyraźnego, że później było
mu ciężko umieścić je na osi czasu. Było dla niego jedynie szeregiem
obrazów, nawiedzających go czasami w najgłębszych snach, kiedy nocami
opuszczał gardę. Ale nie wiedział, że to właśnie tamtego dnia po raz
pierwszy był świadkiem czerwono-czarnego lotu.
Bo w tamtej chwili Arno pragnął jedynie wrócić do swojego małego świata
na gospodarstwie i do codziennej rutyny; zasiąść do kolacji, po czym
położyć się w ciepłym łóżku, i to przez nikogo niepoganiany. Siedząc na
krawężniku pomiędzy stopami rodziców, tworzącymi wokół niego kokon
ochraniający jego małe jestestwo przed zadeptaniem przez obcych i coraz
bardziej tłoczących się ludzi, przestał już nawet spoglądać do tyłu czy
w górę, aby prosić: "Chodźmy do domu, bitte", bo dorośli i tak
odpowiadali mu: "Jeszcze chwila, Sohn".
Więc Arno przestał prosić. Już nie chciał wbiegać na środek ulicy.
Siedział w wyznaczonym miejscu, nie patrząc przed siebie, ani w górę,
ani tym bardziej do tyłu, bo i tak widział jedynie niekończący się
ciemny las nóg i kolan.
Chwilę wcześniej próbował nawiązać rozmowę na migi z chłopcem, który
równie dobrze mógłby być jego lustrzanym odbiciem, bo siedział dokładnie
w takiej samej pozycji i z tak samo znużonym spojrzeniem u stóp swoich
rodziców, na brzegu przeciwległego chodnika. Ale nie potrafili się
porozumieć. Zmęczony Arno zamknął się w swojej szczelnej bańce, do
której dochodził jedynie monotonny szum otaczającej go ludzkiej masy.
Był tam bezpieczny, ale bardzo się nudził, więc oparł brodę na kolanach
i za pomocą małego patyka próbował napisać swoje imię w błocie. Helga
uczyła go tego w domu, ale nie wychodziło mu to tak dobrze jak siostrze.
I już miał poprosić ją o pomoc, gdy coś się zmieniło: w jego małej bańce
ucichły głosy; nastała pełna oczekiwania cisza. Nawet trzylatek, taki
jak Arno, potrafił ją rozpoznać: wkrótce miało się zdarzyć coś
niezwykłego. Ale co?
-?Was ist los, Papa?
-?Chodź, Arno! Szybko!
Okrzyki i owacje wróciły ze zdwojoną siłą, a ojciec znów wziął go na
barki. Stamtąd miał widok na początek pochodu jeźdźców na ogromnych
koniach; po nich przyszedł czas na żołnierzy. Początkowo rytmiczny i zgrany co do sekundy marsz wywarł na chłopcu ogromne wrażenie, ale było
ich tak wielu, a ich kroki tak do siebie podobne, że aż hipnotyzujące. A ludzie wokół podnosili i opuszczali prawą rękę, i krzyczeli tak, jak
ćwiczyli to już od wielu godzin.
Ciało ojca drżało od krzyków, od dudnienia wielu głosów naraz, od
megafonów, a także od drgania silników pojazdów wojskowych, które
właśnie nadjechały. Pojazdów przeróżnych rozmiarów. Było ich więcej, niż
Arno widział w całym swoim życiu, a wszystkie większe, nowsze i bardziej
imponujące, bez ani kropli kalającego je błota: jechały razem, wszystkie
potężne, choć niektóre potężniejsze od innych.
To dzięki nim Arno odnalazł w sobie resztkę sił, by zapomnieć o zmęczeniu i nudzie, i odkrył nową pasję, która miała mu towarzyszyć
przez resztę życia, a która pozostawiła w jego pamięci pierwszy trwały
ślad, choć nie potrafił się do tego przyznać nawet wiele lat później,
gdy spytała go o to ukochana; musiałby bowiem zaakceptować, że pierwsza
rzecz, jaką zapamiętał w życiu, miała związek z wojną.
Nie mógł oderwać oczu od obracających się opon, od kół czołgu, które
wprawiały w ruch ogniwa poruszające się po ciągłej elipsie. Arno starał
się odróżnić poszczególne cykle tego łańcucha, ale nie potrafił. A wtedy
jakiś czołg zaczął kiwać wieżą na boki w geście pozdrowienia i kłaniać
się armatą w górę i w dół, a Arno wstrzymał oddech.
Nie interesował go ich bojowy aspekt, bo wtedy jeszcze nie rozumiał, do
czego służą. Postrzegał je jako obiekty mechaniczne: w jaki sposób się
poruszały?
-?Jak one działają, tato?
Ale ojciec mu nie odpowiedział, bo był zajęty swoim własnym obiektem
zainteresowań -?który właśnie przejeżdżał w jednym z samochodów -?a głos
chłopca ginął pośród okrzyków, które rozgorzały z nową siłą.
-?Heil Hitler! Heil Hitler! -?wołali zgromadzeni.
Ale Arno nie naśladował już słów, które brzmiały dla niego jak "ha
hidla", bo jego uwaga skupiała się na czymś innym.
Wzruszony ojciec mówił do niego: "Patrz, Arno", a on patrzył. Patrzył i patrzył. Przyglądał się. Analizował. Ale nie śledził wzrokiem tego, na
co wskazywał ojciec, bo odkrył te wspaniałe maszyny i nic nie było w stanie oderwać go od nich oraz od pytań, które huczały mu w głowie tak
głośno, jak ryk silników i przekładni; pytań, których nie były w stanie
zagłuszyć żadne gromadne okrzyki: Jak one działają? Jak się poruszają?
A intensywność, z jaką próbował rozwiązać tę zagadkę, sprawiła, że w tym
pierwszym wspomnieniu Arna Schippera wszystko inne się zatarło: od
kolorów tych pojazdów aż po niskiego jegomościa, który stał wyprostowany
w przejeżdżającym kabriolecie i zdawał się czuć jeszcze wyższy niż Arno
siedzący na barkach ojca.
I właśnie z tej wysokości, której nikt nie odważył się dorównać, a którą
w przyszłości niewielu próbowało umniejszyć, jegomość pozdrawiał na
prawo i lewo, niczym wieża jego czołgu. Ale w przeciwieństwie do niej
ramię mężczyzny było ciągle zwrócone ku górze, ponieważ ktoś taki jak on
nigdy by się nie upokorzył, kłaniając się przed kimkolwiek. Nawet przed
narodem, który swoimi głosami i wiarą dał mu tak dużą przewagę w wyścigu
o władzę i który wynosił go na tak pożądany piedestał.
Arno, rozkojarzony widokiem przejeżdżających pojazdów, nie zwrócił uwagi
na całą świtę, a godzinę później, gdy na nowo popadł w apatię i pragnął
być gdzieś indziej, nie słuchał żywiołowej przemowy jegomościa. A ta
rozbrzmiewała nie tylko przez głośniki, ustawione wzdłuż ulicy dla
tłumu, który -?choć nie zmieścił się na stadionie w Królewcu -?przybył,
aby zobaczyć jego przejazd, ale również w całej Rzeszy, dzięki
transmisji radiowej. To właśnie wtedy jegomość ogłosił Anschluss, czyli
aneksję Austrii -?na chwałę Rzeszy i prośbę Austriaków -?która odbyła
się bez ani jednego wystrzału.
W trakcie przemówienia panowała całkowita cisza. Nikt się nie odzywał.
Chciał o coś spytać, ale ojciec powiedział: "Bądź cicho, Arno. Nie
możemy uronić ani słowa". A on nie rozumiał nic z tego, co mówił
dobiegający z głośnika głos; pojedyncze słowa zlewały się ze sobą, a żadne z nich nie przybliżało go do miejsca, w którym pragnął być: do
jego domu. Ze zdziwieniem zauważył, że uśmiechnięty ojciec płacze.
-?Jest ci smutno, Vater? -?spytał, mocząc palce w jego łzach.
-?Nie. To od zimna.
Po pięciu minutach oparł głowę na ramieniu ojca. A gdy przemowa trwała
już od jakichś dwudziestu minut, Arno drzemał, nieczuły na godną
iluzjonisty charyzmę lidera, głuchy na wydobywające się z jego ust i ujarzmione przezeń słowa, obiecujące pokój i opiekę niemieckiego boga -
o którego istnieniu większość słuchaczy dowiedziała się dopiero tamtego
dnia -?które następnie mistrzowsko zamknęły dyskurs z odpowiednią dozą
dramatyzmu i siły, jak zawsze w służbie swojego pana, jednego z największych mistrzów retoryki i perswazji w historii.
-?W toku moich bitew politycznych zdobyłem wielką miłość ludu, ale gdy w ostatnich dniach przekroczyłem dawną granicę imperium, doświadczyłem
wcześniej niespotykanego zalewu miłości. Nie przybyliśmy jako tyrani,
lecz jako wyzwoliciele, a cały lud się uradował. Podporządkował się
naszej swastyce bez brutalnej przemocy. A gdy żołnierze kroczyli ku
Austrii, odżyły we mnie wspomnienia pewnej pieśni z młodości. I w ciągu
tych ostatnich dni z ogromną nadzieją śpiewałem tę dumną bojową pieśń:
Oto powstaje lud, oto nadciąga burza! Z wiarą w Rzeszę i w tę ideę
miliony naszych pobratymców w tej nowej Marchii Wschodniej nie opuściły
swych flag i pozostali wierni Rzeszy i poczuciu przynależności do ludu
niemieckiego. Jeden naród, jedna Rzesza. Niemcy!
"Sieg Heil! Niech żyją Niemcy! Heil Hitler! Heil Hitler!". Zarówno
zgromadzeni, jak i cały naród niemiecki, niezależnie od tego, skąd
wsłuchiwał się w te słowa Adolfa Hitlera, zaczął wznosić okrzyki z nową
werwą, ale Arno zapamiętał tę część dnia raczej jako pominiętą
anegdotkę, bo w kolejnych dniach, miesiącach i latach jego rodzice i rodzeństwo pytali go z zaskoczeniem: "Przecież przejechał jakieś pięć
metrów przed tobą, naprawdę nie pamiętasz?". Nie. Nie pamiętał, bo gdy
Führer przejeżdżał koło niego, Arno był wpatrzony w przekładnie, a kiedy
przemawiał, to Arno zasnął w objęciach ojca, który gładził go po jasnych
włosach, szepcząc do ucha: "Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin,
synu".
Ilse i Hahlbrockowie. 25 marca 1940
Ilse i Hahlbrockowie
25 marca 1940
3. Wspomnienie słońca
Nożyce bardzo ją kusiły. Naprawdę chciała być grzeczną i dużą
dziewczynką, bo miała już przecież cztery lata, ale pokusa była wielka.
Tak wielka, że całkowicie zapomniała o tym, że były jej potrzebne tylko
do przecięcia zawiązanej na supeł wstążki. Tak wielka, że prawie
zapomniała o tym, co powiedziała jej matka, gdy tylko wyczytała zamiary
w oczach córki.
-?Włosy nie odrastają lalkom, tak jak tobie. Jeśli je obetniesz, twoja
lalka już zawsze będzie łysa i brzydka.
Matka poszła na górę wyszywać przy cichym akompaniamencie radia, by nie
obudzić nowego dzidziusia, o którego tak bardzo dbała i którego tak
bardzo kochała. I przez którego była tak smutna. Ilse lubiła radio tylko
wtedy, gdy puszczali w nim muzykę, i to nie każdą. Dlatego zamiast jej
towarzyszyć, postanowiła uczesać swoją lalkę. I próbowała zapewnić tę
porcelanową dziewczynkę, że dobrze wykona swoją pracę. Ale fryzura jej
nie wychodziła, a wstążka zaplątała się we włosy i trzeba ją było
przeciąć. To najlepsze, co mogła zrobić w tej sytuacji.
Wiedziała, gdzie matka trzyma zakazane nożyce ("Bo się skaleczysz,
Ilse"). Przysunęła krzesło, wspięła się na nie i otworzyła szufladę.
Leżały tam, błyszczące, ostre i szpiczaste. Kuszące. Zakazane. Na
wyciągnięcie ręki.
Próbowała się powstrzymać, mówiła sobie, że jest równie grzeczna jak jej
zawsze posłuszna siostra, ale pokusa była silniejsza. "Przecież jestem
grzeczna", pomyślała, dzierżąc nożyce w ręce. "Nie utnę włosów lalce, bo
jej nie odrosną; mama mówiła, że nie wolno ucinać włosów lalce; lalce
nie wolno; lalce nie wolno".
Więc sobie ucięła włosy.
Tylko troszkę. Tylko koniuszek jednego z warkoczy, żeby nikt nie
zauważył.
A nie było to łatwe. Nożyce były ostre, ale warkocz był gruby, dlatego
niewiele zdziałała jednym gestem swojej małej dłoni: musiała się wykazać
swoją ledwie co odkrytą cierpliwością i raz po raz rozwierać je i zwierać, by w końcu całkowicie oddzielić żywe włosy od tych martwych.
Przyjrzała się uważnie odciętemu kosmykowi i dopiero wtedy uświadomiła
sobie, że wcześniej nie zastanawiała się, czy będzie bolało. Bo gdyby
bolało, to nie miałaby tego jak ukryć: dowiedziałaby się o tym jej
matka, chłopi, a nawet gęsi. Ale nie: jasnokasztanowa kitka, majtająca
teraz w jej dłoni jak część ciała porzucona przez uciekającą jaszczurkę,
nie bolała, tak samo jak końcówki włosów, które pozostały na głowie.
Ukryła dowód zbrodni pod świeżymi obierkami ziemniaków. Uciekła stamtąd
w pośpiechu, w obawie, że matka nakryje ją na grzebaniu w odpadkach, ale
prędko wróciła, gdy przypomniała sobie, że razem z koniuszkiem warkocza
wyrzuciła również opasającą go wstążkę. Może włosy odrosłyby jej nawet
na następny dzień -?wszak nie była lalką -?ale wstążki były naprawdę
cenne i matka na pewno zauważyłaby zgubę.
Wyciągnęła więc kosmyk, nieco obślizgły i śmierdzący od soków,
wydzielanych przez stare i świeże odpadki. Potem upewniła się, że
jeszcze raz dobrze zakryła obcięte i tym razem luźno wrzucone włosy. A jeszcze potem naszły ją wątpliwości: nie była pewna, czy prosiaki lubią
obierki z dodatkiem włosów. Czy to im może zaszkodzić? Tak? Nie? Nie
wiedziała. Nikt na ten temat nic nie mówił.
To się okaże jutro. Albo pojutrze.
Zadowolona z tego, jak udało się jej zamaskować włosy, zawiązała wstążkę
najlepiej, jak potrafiła, na luźnym końcu obciętego warkocza, który
próbowała zapleść bez większego powodzenia. Nie umiała wiązać kokardek,
ale to nieważne: pod wieczór i tak zwykle zostawał z nich tylko supeł i zwisające po bokach końcówki. Rozwiązała kokardkę z drugiego warkocza
przekonana, że w ten sposób matka niczego nie zauważy. Ale wolała się
upewnić: ponownie przysunęła krzesło i wspięła się na nie, by przejrzeć
się w eleganckim owalnym lusterku w złotej ramie, które -?wzorem nożyc -
matka schowała wysoko, by Ilse nie mogła się w nim sama przeglądać.
Czy po ścięciu włosów jej twarz się zmieniła? Nie. Wciąż wyglądała tak
samo jak w skromnym lustrze z pokoju rodziców, w którym przeglądała się
codziennie. Jasnowłosa dziewczynka z dużymi oczami, ładna -?to akurat
wiedziała, bo rodzice powtarzali jej to każdego dnia -?choć jak zwykle
nieco rozczochrana, z ciemną plamką na policzku, która wzięła się nie
wiadomo skąd, bo jeszcze nawet nie wyszła się pobawić do ogrodu. Wciąż
była tą samą dziewczynką, tak podobną do siostry i ojca.
Chociaż nie: już nie były do siebie tak podobne, bo teraz Ilse brakowało
sporego kawałka niezdarnie zaplecionego warkocza. Nawet sztuczka ze
wstążkami nie przyniosła rezultatu. W obawie przed zdemaskowaniem
zaczęła poprawiać wstążkę, sprawdzając, czy jeśli pociągnie ją nieco w dół, to uda się jej zakamuflować nierówne włosy.
Ale to też nie przyniosło rezultatu.
Uniosła nieco bark, aby skrócić odległość pomiędzy ramieniem a warkoczem, ale efekt się jej nie spodobał: wyglądała jak pokrzywiony i garbaty syn sklepikarza Lutza.
Później odwróciła się, by popatrzyć na nożyce, które zostawiła na
kuchennym stole. Leżały tam, błyszczące, ostre, szpiczaste, i równie
kuszące i dostępne jak poprzednio. A gdyby tak obcięła drugi warkocz?
Wiedziała już, że to nie jest trudne i ani trochę nie boli.
Ale w tym momencie coś odwróciło jej uwagę od kuszących nożyc i obciętego warkocza. Coś, co widziała chyba po raz pierwszy w życiu:
wpadający przez okno, jeszcze bardziej nęcący niż nożyce, blask.
Podbiegła, by mu się przyjrzeć: świat na zewnątrz przybierał dotąd jej
nieznane, lśniące kolory, niczym powoli otwierający się wachlarz, a szarości, które definiowały całe jej dotychczasowe życie, rozpływały
się.
To wszystko dzięki słońcu.
Dzięki słońcu, o którego istnieniu Ilse zdążyła już zapomnieć;
nieuchwytnemu słońcu, które -?jak jej się zdawało -?istniało wyłącznie w jej wyobraźni. Ale ono naprawdę istniało i wyglądało zupełnie jak w bajkach: błyszczące, wabiące. Nie było tylko słabym i nieśmiałym punktem
na niebie, każącym jej wątpić w przeróżne opowieści; uważać je za coś na
kształt legendarnego Erdhenne, ducha, o którym opowiadały sobie dzieci,
choć nigdy go nie widziały. W domach nie mieszkają niewidzialne duchy.
To jakieś wymysły. A dorosłym trzeba wierzyć na słowo.
Tak samo uważała, że nie istnieje coś takiego jak złociste i palące
słońce. Ale teraz widziała na własne oczy, że była w błędzie: że słońce
jest prawdziwe i widać je, bez chmur, bez filtrów, bez żadnych
przeszkód, i dzięki niemu kolory są takie, jakie być powinny, a nie
wyłącznie znaną jej dotychczas, smutną imitacją barw.
To nie tak, że w życiu Ilse istniała wyłącznie zima. To miała być jej
czwarta wiosna, jej czwarte lato. Ale ona pamiętała wyraźnie jedynie
ostatnie miesiące: życie spowite mgłą, zimną skórę, wysuszające wszystko
lodowate powietrze i suchy bądź wilgotny śnieg, który wdzierał się
wszędzie, nieproszony. I ciemność; przede wszystkim pamiętała ciemność.
Sześć miesięcy w życiu dziewczynki, która liczy sobie cztery lata i trzy
miesiące, może wydawać się wiecznością, dlatego Ilse myślała, że świat
wyglądał tak zawsze; że to normalne, że dzień kończy się tak szybko i że
ciągle jest jej zimno, nawet w nocy, gdy leży pod grubą puchową kołdrą.
Nie pamiętała, jak to jest wychodzić do ogrodu bez ciężkiego płaszcza -
odziedziczonego po siostrze -?rajtuz i czapki; nie pamiętała, jak to
jest nosić krótki rękaw i biegać z gołymi nogami. Nie pamiętała też
uczucia świeżej trawy na bosych stopach, choć poprzedniego lata
doświadczała go naprawdę często.
Patrząc przez okno, Ilse zapomniała o krótkich czy długich warkoczach;
zapomniała o lalce, która czekała na nową fryzurę; zapomniała o nudzie i długim oczekiwaniu. Zapomniała też o nęcących nożycach, ponieważ teraz
to słońce przyzywało ją z całych sił.
Przystawiła krzesło do drzwi, wspięła się na nie i przekręciła wysoko
umieszczony zamek. Potem pchnęła je i wyszła w stronę intensywnego
światła, by otoczyć się kolorami i poczuć ciepło na skórze. I to właśnie
te tak silne emocje, zupełnie nagle i niespodziewanie, wyryły w jej
pamięci pierwsze trwałe wspomnienie.
Rzecz jasna, w tamtym momencie dziewczynka nie pomyślała: "To będzie
moje pierwsze wspomnienie". To tak nie działa, ale wiele lat później,
gdy jej jedyny ukochany ją o to spytał, ona odpowiedziała, że było nim
słońce; ciepło słońca na czole, pomimo zimnego powietrza. A wraz z tym
wspomnieniem zapamiętała również kolory. I nieodpartą chęć puszczenia
się biegiem w ślad za chmurami, które w końcu dało się od siebie
odróżnić i nie zlewały się na niebie w masę gęstą jak kożuch.
W dniu tego pierwszego wspomnienia, kiedy Ilse poznała kolory słońca,
świat był już inny.
Niemcy upomnieli się o swoje za pomocą Blitzkriegu, a historycy mieli
uznać w przyszłości, że Rzesza, odzyskując odebrane jej ziemie,
przemianowane na korytarz polski, zapoczątkowała łańcuch kolejnych
zdarzeń.
Nową, drugą wojnę.
Może się mylili: może kości zostały już dawno rzucone, a pionki
rozstawione i gotowe do gry. Być może wszystko wyklarowało się po
zawarciu paktu między Niemcami a Włochami; albo paktu z Sowietami, na
mocy którego dwa kraje podzieliły między siebie terytorium Polski. Może
wszystko zaczęło się wraz z niemiecką inwazją w celu odzyskania Sudetów
albo z Anschlussem; albo wcześniej, wraz z powstaniem Gestapo; albo
jeszcze wcześniej, gdy Hitler został mianowany Führerem i dał dużą
władzę swoim "brunatnym koszulom"; albo nawet wcześniej, gdy skrócono mu
karę więzienia, gdzie pozwolono mu napisać i wydać Mein Kampf; albo w obliczu powszechnego głodu i ekstremalnej powojennej biedy; albo po
zawarciu traktatu wersalskiego; albo przy okazji poprzedniej wojny,
która w oczach świata -?bardzo krótkowzrocznego i wielce naiwnego -
miała zakończyć wszelkie konflikty raz na zawsze.
Nawet sama Ilse miała się nad tym zastanawiać w przyszłości. Ale to
miało nastąpić wiele lat później. Tamtego słonecznego dnia, dnia
pierwszych wspomnień, takie rozważania nie przyszły jej nawet do głowy i nie miała pojęcia, jak bardzo ten łańcuch zdarzeń wpłynie na nią i na
całą ludzkość.
Dlatego później, gdy była już dorosłą kobietą, z całkowitą szczerością
odpowiedziała swojemu ukochanemu, który był ciekaw pierwszego
wspomnienia tej niemieckiej dziewczynki -?tak samo jak on wciągniętej w bezlitosne tryby najgorszej wojny w historii ludzkości -?że tym
pierwszym wspomnieniem było właśnie słońce. A potem dodała:
-?I pamiętam, że poszłam szukać Janusza.
Ilse była przekonana, że Janusz, tak samo jak zimowe ciemności, istniał
od zawsze. Jak ona, jak wszystko, co znała. Nie pamiętała, że jej drogi
Janusz przybył do nich, gdy słońce schowało się ostatnim razem; że
przybył wraz z zimnem i ciemnością po Blitzkriegu, przywieziony nakryty
grubą plandeką, wojskową ciężarówką jako więzień, w towarzystwie Józefa,
Radosza i Tadeusza.