PRZEDMOWA DO POLSKIEGO WYDANIA
Koronawirus to żywe przesłanie, które za wszelką cenę chce przekazać
nam coś ważnego o tym, kim jesteśmy jako część wszechświata. Odsłania
coś bardzo istotnego, co powinniśmy przyjąć do wiadomości. Nasze
przetrwanie zależy od zrozumienia tego przesłania.
Paul Levy
Od pierwszego amerykańskiego wydania tej książki minęło kilkanaście lat.
W tym czasie świat zmienił się dramatycznie - w sposób, który nadaje jej
przesłaniu jeszcze większą aktualność.
Pieniądze seks wojna karma to próba pokazania, że gwałtowne zmiany
klimatyczne są tylko częścią większego kryzysu o charakterze
ekologicznym, który stanowi najpotężniejsze wyzwanie w dziejach
ludzkości. Nie sposób tego przeoczyć. Nasza globalna cywilizacja zmierza
do samozagłady. Dlatego wymaga fundamentalnej transformacji.
W ciągu kilku pierwszych miesięcy 2020 roku seria nagłych kryzysów
uaktualniła przesłanie mojej książki na kilka sposobów. Śmiercionośna
pandemia obnażyła niekompetencje rządów na całym świecie, ukazując
słabości systemów opieki zdrowotnej (w Stanach Zjednoczonych na przykład
nie ma ogólnokrajowego systemu opieki zdrowotnej, istnieje za to
rozczłonkowana "branża"). Kwarantanna i lockdown sparaliżowały
działalność gospodarczą i uwypukliły rosnącą przepaść pomiędzy bogatymi
a biednymi w większości krajów, a globalna recesja może wciąż wymykać
się spod kontroli i przerodzić w ogólnoświatowy krach gospodarczy.
Nastały trudne czasy, które zarazem niosą nadzieję. Wbrew
rozpowszechnionej propagandzie dotychczasowy układ (który odszedł w niebyt na zawsze) nie był dobry dla większości ludzi, a już na pewno nie
dla biosfery. Wszystkie wymienione powyżej problemy, nie wyłączając
pandemii, mają głębokie przyczyny. Nowa natomiast jest społeczna
świadomość. Wyhamowanie gospodarki miało w istocie niewielki wpływ na
emisję dwutlenku węgla do atmosfery i postępującą degradację środowiska
naturalnego, lecz reakcja na Covid-19 pozwala nam zrozumieć, że zmiany
społeczne mogą nastąpić dość szybko, jeśli postrzegane są jako konieczne
Powyższe przykłady składają się na wyzwanie, przed którym stanęła nasza
zbiorowa świadomość. Zagrożenie wywołane kryzysem ekologicznym jest sto
lub nawet tysiąc razy większe dla ludzkości niż pandemia, ale czy
przebudzimy się w porę, aby "odpowiednio zareagować" (do czego zachęca
nas koan zen)?
W wybuchach takich pandemii jak Covid-19 nie ma nic przypadkowego; są do
przewidzenia. Zdaniem Inger Andersen, dyrektor wykonawczej Programu
Środowiskowego Organizacji Narodów Zjednoczonych, pandemia koronawirusa
i pogłębiający się kryzys klimatyczny stanowią dwa przesłania od natury:
ludzie wywierają zbyt wielką presję na świat przyrody, a to grozi bardzo
poważnymi konsekwencjami. Andersen ostrzega, że brak troski o planetę
oznacza brak troski o nas samych. I choć priorytetem winno być
powstrzymanie rozprzestrzeniania się koronawirusa, "długofalowe
działania muszą uwzględniać degradację środowiska naturalnego i bioróżnorodności. Nigdy wcześniej nie było tak wielkich możliwości, aby
patogeny przenosiły się z dzikich i udomowionych zwierząt na ludzi.
Nieustająca ingerencja w habitaty naturalne zbliżyła nas niebezpiecznie
do zwierząt i roślin będących siedliskiem chorób, które mogą zaatakować
ludzi".
Dalej Andersen wskazuje, że trzy czwarte pojawiających się chorób
zakaźnych pochodzi z kontaktów z dziką przyrodą. Ebola, bliskowschodni
zespół niewydolności oddechowej, nagły zespół ostrej niewydolności
oddechowej, wirus Zachodniego Nilu, Zika i inne przeniknęły ze świata
zwierząt do ludzi. Społeczność globalna poradziła sobie stosunkowo
dobrze z ograniczeniem występowania tych chorób, ale było tylko kwestią
czasu, kiedy pojawi się coś podobnego do pandemii Covid-19, biorąc pod
uwagę nieustanne niszczenie dzikiej przyrody, o czym wspomina Andersen.
Podstawowy problem jest jednak o wiele większy niż ingerencja w środowisko naturalne różnych gatunków zwierząt i roślin. Jak wskazuje
Vandana Shiva:
Nowe choroby powstają, bo zglobalizowany, uprzemysłowiony i nieefektywny model rolnictwa i produkcji żywności dokonuje inwazji na
ekologiczne habitaty innych gatunków oraz manipuluje zwierzętami i roślinami, nie szanując ich integralności i zdrowia. Kryzys zdrowotny,
na który przebudził nas koronawirus, wiąże się z kryzysem w postaci
wymarcia i znikania gatunków oraz z kryzysem klimatycznym. Wszystkie te
kryzysy mają swoje źródło w mechanistycznym, militarystycznym,
antropocentrycznym światopoglądzie człowieka jako istoty oddzielnej i stojącej wyżej od innych stworzeń, którymi może władać i manipulować,
które może kontrolować. Wszystko to jest zakorzenione w określonym
modelu gospodarczym opartym na złudzeniu nieograniczonego rozwoju i nieograniczonej chciwości, a to systematycznie narusza ograniczenia
naszej planety oraz ekosystemy i integralność gatunków.
Pandemia koronawirusa ukazała coś oczywistego - że wszyscy jesteśmy
jednością, czy nam się to podoba, czy nie. Podobnie pokazuje nam to
kryzys klimatyczny, ale najwyraźniej okoliczności nie są jeszcze tak
dramatyczne, abyśmy wyciągnęli z tego lekcję. Gdy w Stanach
Zjednoczonych dochodzi do spalania paliw kopalnych, emisja dwutlenku
węgla nie pozostaje w granicach tego państwa. Gdy Japonia zrzuca do
oceanu odpady nuklearne, toksyny nie pozostają w obrębie wód
terytorialnych tego kraju. To ukazuje fundamentalny problem świata,
złożonego z ponad dwustu małych bożków (państw narodowych), którzy
odpowiadają tylko przed sobą, choć dokoła mają sąsiadów. Kryzys
ekologiczny i pandemia dobitnie dowodzą, że musimy wznieść się ponad
interesy doraźne, bo los nas wszystkich jest nierozerwalnie spleciony.
Covid-19 przypomina nam, że jesteśmy jednością jeszcze pod innym
względem, bo nasze ciała stanowią organiczną jedność z Ziemią. Każdy z nas to część wielkiego holistycznego systemu. Ponadto biolodzy głoszą,
że w ludzkim ciele znajduje się więcej mikrobów - bakterii i wirusów -
niż komórek własnych, a większość z nich odgrywa bardzo pożyteczną,
czasem zasadniczą rolę dla naszego zdrowia.
Nadszedł czas, abyśmy zrozumieli skalę problemu. Pierwotnym źródłem
pandemii jest to, co w tej książce wskazuję jako podstawową przyczynę
kryzysu ekologicznego - nasze indywidualne i zbiorowe poczucie
oddzielenia od planety. Jeśli nie znajdziemy sposobów, aby rozprawić się
z tym złudzeniem, czeka nas niewesoła przyszłość.
To ostatnie ostrzeżenie...
David R. Loy
kwiecień 2022, Boulder, Kolorado
WSTĘP
Skoro buddyzm zadomowił się już na Zachodzie, jak wygląda wzajemne
oddziaływanie jednego i drugiego?
Pół wieku temu brytyjski historyk Arnold Toynbee przewidywał, że
spotkanie buddyzmu z Zachodem stanie się istotnym wydarzeniem w dziejach
świata. Podobno uczony stwierdził nawet, że dotarcie buddyzmu na Zachód
"może się okazać najważniejszym wydarzeniem XX wieku". Biorąc pod uwagę
ostatnie sto lat, wypada mieć co do tego wątpliwości, jednocześnie dziś
wyraźniej dostrzegamy, że zadomowienie się buddyzmu w naszej kulturze
oznacza coś szczególnego. Po raz pierwszy większość światowych
cywilizacji - mam na myśli indyjską, chińską, japońską i zachodnią - nie
tylko wchodzi ze sobą w interakcję militarną i gospodarczą, lecz także
prowadzi poważny dialog.
Nic podobnego wcześniej się nie wydarzyło. Dzięki dużej gęstości
zaludnienia i szybkiej interakcji, zapewnionej przez rozwinięte techniki
informacyjne i transportowe, globalny dialog między Wschodem a Zachodem
otwiera najrozmaitsze możliwości, których nie mogliśmy przewidzieć. To
spotkanie jest również wyzwaniem dla buddyzmu pod wieloma nowymi
względami. Jeśli dharma ma zrealizować swój wyzwalający potencjał, musi
wyodrębnić się z tradycji azjatyckiej (czy precyzyjniej - z kilku
azjatyckich tradycji) jako nauczanie, które odnosi się bardziej
bezpośrednio do duchowych potrzeb współczesnego człowieka żyjącego w zglobalizowanym świecie.
Co to oznacza dla sposobów nauczania i praktykowania współczesnego
buddyzmu?
Buddyzm jest najstarszą z trzech wielkich religii misyjnych - pozostałe
dwie to chrześcijaństwo i islam. Każda z nich odniosła wielkie
powodzenie, bo stała się wyznaniem określonego imperium (w przypadku
buddyzmu było to imperium cesarza Aśoki w III wieku p.n.e., które
obejmowało większość Azji Południowej). Nie znaczy to jednak, że buddyzm
krzewiono mieczem. Jego ekspansja na Cejlon i do Azji
Południowo-Wschodniej, a później na północ Himalajów była najwyraźniej
procesem pokojowym. Kładąc nacisk na niesubstancjalność i wzajemne
powiązania, buddyzm szerzył się poprzez przenikanie do innych kultur i wykorzystywanie miejscowych wierzeń do własnych celów. Rodzime mitologie
nie były wykorzeniane, lecz interpretowane na nowo za pomocą buddyjskich
kategorii. Na przykład w Chinach buddyzm mahajany zetknął się z taoizmem, a ich spotkanie zaowocowało narodzinami czan (zen). W Tybecie
buddyzm tantryczny zlał się z szamanizmem bön, a konsekwencją był
buddyzm tybetański.
Ta zdolność do adaptacji nie zawsze wychodziła buddyzmowi na dobre.
Wiele czynników doprowadziło do zniknięcia buddyzmu w miejscu jego
narodzin, czyli w Indiach, a jednym z nich - jak na ironię - był jego
wpływ na bramanizm i inne miejscowe tradycje. Buddyzm okazał się zbędny,
gdy pewne jego kluczowe elementy zostały wchłonięte. Jak to ujął
historyk sztuki i filozof Ananda Coomaraswamy: "Bramanizm zgładził
buddyzm w braterskim uścisku". Na przykład buddyjskie rozumienie nirwany
wywarło wpływ na hinduskie koncepcje wyzwolenia się z samsary, a więc
mokszy. Natomiast buddyjskie nowatorskie idee, takie jak doktryna dwóch
prawd, zostały przejęte i przeobrażone przez wedantę.
Warto pamiętać o tych procesach historycznych właśnie teraz, gdy buddyzm
dokonuje największej jak dotąd wędrówki. Musi się dostosować do
współczesnego świata, jeśli chce mieć na niego wpływ. Lecz czy obecna
popularność buddyzmu nie okaże się kolejnym "braterskim uściskiem"? Dziś
zagrożeniem nie są zachodnie religie, ale psychologia i konsumpcjonizm.
Czy dharma staje się kolejną formą psychoterapii? Kolejnym towarem na
sprzedaż? Czy zachodni buddyści nie skończą w niewoli
indywidualistycznych wzorców konsumpcyjnych - z drogimi odosobnieniami i inicjacjami oferowanymi zestresowanym neofitom, którzy dążą do
oświecenia? Miejmy nadzieję, że tak się nie stanie, bo buddyzm i Zachód
są sobie potrzebni.
Pomimo rozwoju gospodarczego i technicznego zachodnia cywilizacja i globalizacja przeżywają problemy - a to oznacza, że wszyscy je
przeżywamy. Najbardziej oczywistym przykładem jest nasza niezdolność do
zajęcia się zmianami klimatycznymi w tak poważny sposób, jak na to
zasługują, jeśli ludzkość ma przetrwać i rozkwitać w następnych
stuleciach. Nie ma potrzeby omawiania tutaj innych kryzysów społecznych
i ekologicznych, które coraz trudniej ignorować; wiele z nich
przedstawię w dalszych rozdziałach tej książki. Coraz trudniej również
przeoczyć to, że systemy polityczno-gospodarcze, z których jesteśmy
bardzo dumni, nie potrafią zmierzyć się z tymi problemami. Nasuwa się
pytanie: A może same systemy stanowią problem?
Po części problemem jest kwestia przywództwa czy też raczej jego braku,
niemniej obwinianie rządzących za wszystkie bolączki byłoby zbyt proste.
Nie chodzi tylko o brak busoli moralnej u tych, którzy stoją na
szczytach władzy, ani o zwyrodnienie instytucji, dzięki czemu tacy
właśnie ludzie awansują. Elity polityczne i gospodarcze (dziś jest coraz
mniej różnic między jednymi i drugimi), podobnie jak my wszyscy,
potrzebują nowej wizji ludzkiego potencjału: co znaczy być człowiekiem,
dlaczego wciąż przeżywamy trudności oraz jak je przezwyciężyć. Ci,
którzy czerpią najwięcej korzyści z obecnego paradygmatu
społeczno-gospodarczego, mogą się uważać za twardych realistów, ale jako
samoświadome istoty motywuje nas właśnie taka lub inna wizja - bez
względu na to, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie. Jak wskazuję w rozdziale "Dlaczego lubimy toczyć wojny?", nawet dzisiejsza świecka
nowoczesność opiera się na światopoglądzie duchowym - niestety ułomnym z punktu widzenia buddyzmu.
Rozdziały tej książki zawierają przykłady, jak nauki buddyjskie mogą
oświetlić naszą sytuację. Ale wywieranie wpływu to proces obustronny.
Egzotyczne nazewnictwo, szaty i rytuały buddyzmu azjatyckiego wydają się
wielu ludziom bardzo atrakcyjne, lecz prędzej czy później należy
odróżnić przeflancowane formy, które nam się podobają, od istoty dharmy,
która jest nam potrzebna. Buddyzm powinien wykorzystać swoje spotkanie z cywilizacją nowoczesną i ponowoczesną - stanowiącą jak dotąd największe
dla niego wyzwanie - aby dokonać autoanalizy w celu odróżnienia tego, co
jest istotne i wciąż żywe w jego azjatyckich odmianach, od tego, co
zbędne lub po prostu przestarzałe.
Jest to oczywiście trudne przedsięwzięcie. Zawsze istnieje
niebezpieczeństwo, że wylejemy dziecko z kąpielą - lecz w przeciwnym
razie będziemy grzęznąć w zastałej mętnej wodzie. Należy zaakceptować,
że tradycje therawady, mahajany i wadżrajany, z których tak wiele się
nauczyliśmy, to szczególne formy uwarunkowane historycznie i kulturowo,
które dharma przybrała w przednowoczesnej Azji. Buddyzm mógł się
rozwinąć całkiem inaczej, a dziś powinien rozwijać się nadal, aby
znaleźć takie sposoby nauczania i praktykowania, które najlepiej nam
odpowiadają.
Nie domagam się przeobrażania dharmy, lecz zaadaptowania jej form, jak
to się zawsze działo w przeszłości - aby mogła rozkwitać w nowym czasie
i miejscu. Nacisk kładziony w buddyzmie na nietrwałość (anicca po
palijsku) i niesubstancjalność (anatta, śunnata) umożliwia, a wręcz
zaleca takie dostosowanie się. Pisma Dogena, trzynastowiecznego mistrza
zen, są wnikliwe właśnie dlatego, że autor zakwestionował stare
metafory, które straciły aktualność, a zamiast tego wykorzystał twórcze
możliwości języka japońskiego. Czy wyzwanie w postaci współczesności nie
wymaga od nas tego samego? Buddyzm oferuje to, co jest bardzo potrzebne
dzisiejszemu światu: przesłanie duchowe, które może nas obudzić i ukazać
nam, kim jesteśmy i dlaczego jako gatunek istot mamy taką silną
skłonność do unieszczęśliwiania siebie. Aby jednak przesłanie to mogło w pełni oddziaływać, dharma musi znaleźć nowe środki wyrazu, przemawiające
do nas bardziej bezpośrednio, nawet do tych, którzy niezbyt się
interesują kulturami azjatyckimi. Gdy przesadza się roślinę do nowego
środowiska, warto zabrać z korzeniami część gleby z pierwotnego miejsca.
W ostateczności jednak to roślina musi sama zakorzenić się w nowych
warunkach.
Współzależność naszego zglobalizowanego świata zdaje się wskazywać, że
ewolucja buddyzmu zachodniego wejdzie z kolei w interakcję z buddyzmem
azjatyckim. W istocie to już się dzieje, i dobrze, że tak jest. Pod
pewnym względem buddyzm azjatycki utknął w miejscu, w podobny sposób,
jak grzęzną w miejscu wszystkie tradycje religijne. Czternasty Dalajlama
- inspirujący przykład tego, jak instytucja religijna może się zmieniać
w nowych okolicznościach - wspomniał, że przed inwazją Chin buddyzm
tybetański stał się zaskorupiały, więc obecnie odniósł korzyści z przedostania się na Zachód. Sytuacja buddyzmu w innych azjatyckich
społeczeństwach jest oczywiście inna, ale wiele problemów wygląda tak
samo.
Gdy religie się rozwijają, rośnie napięcie między zbawczym przesłaniem
ich założycieli a instytucjami, które powstały, aby to przesłanie
krzewić. Chociaż pewna forma organizacji jest niezbędna, niełatwo
uchronić się przed straceniem przekazu z pola widzenia na rzecz
ugruntowywania i rozwijania statusu instytucji. W dziejach buddyzmu
widzimy tę samą prawidłowość. Śakjamuni stworzył sanghę jako krąg
praktykujących, ale ciekawe, czy przewidział, jak to się dalej potoczy.
I choć sangha zaczęła się jako wspólnota mnichów wędrownych, to dzięki
wielu darczyńcom przerodziła się w dość zamożną i wpływową społeczność.
Podobnie wyglądały dzieje Kościoła w średniowiecznej Europie.
Doprowadziło to do zmiany w relacji między mnichami a laikatem. Kanon
palijski nie pozostawia wątpliwości, że świeccy także mogą osiągnąć
wyzwolenie, choć mają na swoich barkach więcej obowiązków i zajęć.
Główne wyzwanie stojące przed nimi jest dokładnie takie samo jak przed
mnichami: praktykowanie dharmy w celu przebudzenia się oraz życie w duchu współczucia jako wyraz tego przebudzenia. Jednak w prawie całym
buddyzmie azjatyckim nastąpił autodestrukcyjny rozłam między sanghą a laikatem. Dzisiaj podstawowym duchowym obowiązkiem świeckich buddystów
nie jest podążanie ścieżką do oświecenia, ale wspieranie bhikkhu (a więc mnichów) i - w mniejszym stopniu - bhikkhuni (mniszek). W ten
sposób świeccy zyskują punna (zasługę), co może prowadzić do
cenniejszego odrodzenia się w przyszłości, a nawet - jeszcze lepiej! -
trafienia szóstki w totolotka jeszcze w tym życiu. (Zob. rozdział "Jak
kierować swoją karmą?").
Taki duchowy materializm wywarł niekorzystny wpływ także na sanghę. W niektórych kulturach jej główna rola społeczna sprowadza się dziś nie do
krzewienia nauk ani nawet dawania dobrego przykładu, lecz do
funkcjonowania jako "bank zasługi", dzięki któremu laikat może gromadzić
zasługę właśnie. Według rozpowszechnionego przekonania im bardziej
duchowo rozwinięty jest bhikkhu, tym większą zasługę gromadzi w swoim
banku duchowym darczyńca, który go wspiera. Najważniejsze dla mnichów
jest zatem ścisłe przestrzeganie reguł monastycznych i wskazań (winaja)
i robienie tego na pokaz, aby być godnym wsparcia ze strony świeckich.
Skutkiem tego niektóre azjatyckie sanghi i wspierające je laikaty
sczepieni są we współzależnym mariażu, z którego trudno się wyrwać.
Odmiennie wygląda to w Japonii, gdzie wcześniej wielu mnichów miało
konkubiny i dzieci, w 1872 roku zaś pozwolono im zawierać małżeństwa.
Konieczność utrzymania się spowodowała przemianę świątyń w gospodarstwa
i firmy rodzinne, a po najstarszym synu wciąż oczekuje się, że będzie
kapłanem, aby interes pozostał w rodzinie - bez względu na to, czy
młodzieniec ma jakikolwiek pociąg do posługi religijnej. W efekcie
buddyzm japoński jest dzisiaj w dużej mierze kwitnącą (lukratywną)
branżą skupioną na ceremoniach pogrzebowych i upamiętnieniach.
Na ironię zakrawa, że Budda Śakjamuni najwyraźniej z pewną swobodą
podchodził do reguł. Za jego życia sformułowano wiele wskazań, aby
zachować ład w szybko rozwijającej się mnisiej wspólnocie, ale tuż przed
śmiercią podkreślił on, że tylko najważniejsze reguły mają znaczenie,
pozostałe zaś można odrzucić. Niestety nikomu nie przyszło do głowy, aby
spytać Śakjamuniego, które reguły są najważniejsze, dlatego w późniejszym okresie sangha zignorowała jego wskazówkę i przestrzegała
wszystkich. Przypomina się nam, że Budda był elastyczniejszy i bardziej
otwarty niż instytucje zbudowane po to, aby przetrwało jego nauczanie.
Dziś tę elastyczność należy odzyskać.
Podsumowując, spotkanie kultur, które rodziło tak wielkie nadzieje w Toynbeem, to cywilizacja zachodnia w czasach kryzysu i buddyzm z własnymi problemami. Owa konstatacja wcale nie pomniejsza rangi tego
spotkania, wręcz przeciwnie, oznacza, że obie strony potrzebują siebie
nawzajem. Mogą się wiele nauczyć i wiele zaoferować. Jeśli chodzi o buddyzm, nie możemy poprzestać na przekładaniu tradycyjnych kategorii na
współczesny język. Okazuje się, że niektóre buddyjskie nauki są dziś dla
nas bardziej zrozumiałe, niż były w czasach Buddy. Nacisk kładziony w buddyzmie na anatta - brak jaźni - wydaje się bardziej sensowny dla
współczesnych psychologów, uważających "ego" lub "ja" za konstrukt
mentalny (Zob. rozdział "Cierpienie "ja""). Lingwiści i filozofowie
"dogonili" Nagardżunę, który uświadamiał sobie, że język tworzy
rzeczywistość, a proces ten na ogół jest bałamutny (Zob. rozdział "Drugi
Budda"). Nasze rozumienie buddyzmu może się pogłębić dzięki ustaleniom
współczesnej nauki. Jednocześnie inne zagadnienia wydają się dziś mniej
zrozumiałe. Choć lepiej pojmujemy krytyczne stanowisko Buddy wobec
rytuału i podkreślenie wagi motywacji i intencji, musimy zrewidować
nasze często niespójne poglądy na temat karmy i reinkarnacji (Zob.
rozdział "Jak kierować swoją karmą?").
W poszczególnych rozdziałach staram się dokonać czegoś więcej niż tylko
odziać buddyzm we współczesne szaty. Najcenniejsze jest, gdy zbiegną się
nagle dwa różne sposoby myślenia, gdy dokona się między nimi przyjazna
konfrontacja. Skutki są wtedy kształcące dla obu stron. Wówczas
wyraźniej widzimy, co ma zasadnicze znaczenie w dharmie krzewionej przez
Buddę, wyraźniej również widzimy jej doniosłość dla naszej aktualnej
sytuacji. W miarę jak ścieżka buddyjska ulega demitologizacji, jej
współczesne znaczenie staje się coraz bardziej oczywiste.
Przedwczesne byłoby chyba mówienie o "buddyzmie niosącym wyzwolenie",
ponieważ najpierw należy się zająć wyzwoleniem samego buddyzmu: buddyzm
bardziej wyzwolony to buddyzm bardziej wyemancypowany. Chociaż kwestie
te poruszone są we wszystkich rozdziałach książki, to właśnie "buddyzm
wyzwolony" jest głównym tematem jej pierwszej połowy, zawierającej
propozycje bardziej innowacyjnych sposobów wyrażania dharmy. "Buddyzm
niosący wyzwolenie" zajmuje natomiast drugą połowę książki - dharma
podsuwa nam świeże sposoby patrzenia na sytuację, w której znalazł się
nasz świat. Mam jednak nadzieję, że w każdym rozdziale obie te kategorie
przynoszą obopólne korzyści.
W rozdziale "Cierpienie "ja"" zmierzam do sedna tego, co jest
najbardziej charakterystyczne w buddyzmie - do związku między brakiem
satysfakcji z życia a błędnym poczuciem jaźni. Jak jedno łączy się z drugim i jak można przezwyciężyć ułudę istnienia "ja"? Poczuciu "ja"
towarzyszy doskwierające nam poczucie braku, którego nie rozumiemy, więc
na ogół usiłujemy sobie z nim poradzić w taki sposób, że tylko pogarsza
to sprawę. Problem ten ma zasadniczo charakter duchowy - w istocie to
jest fundamentalny problem duchowy - dlatego rozwiązanie również musi
mieć wymiar duchowy. Przestańmy unikać pustki, którą czujemy w samym
środku naszego jestestwa, i uświadommy sobie jej prawdziwą naturę.
Rozdziały: "Brak pieniędzy", "Wielkie uwiedzenie" i "W pułapce czasu"
ukazują tę właśnie perspektywę, abyśmy dostrzegli, jak nasze myślenie o pieniądzach, sławie i czasie stało się złudzeniem "krępującym nas bez
sznura". Dlaczego nigdy nie mamy dość pieniędzy, sukcesów i czasu? Pogoń
za pieniędzmi ma często charakter obsesji, bo funkcjonują one jako
swoista rzeczywistość symboliczna, która potrafi jakoby zapełnić
odczuwaną przez nas pustkę. Pieniądze jako wytwór społeczny nie mają
oczywiście żadnej samoistnej wartości - nie zjemy przecież ani nie
wypijemy banknotu - ale jako środek wymiany są najwartościowszą rzeczą
na świecie. Nieuchronnie więc symbolizują abstrakcyjne szczęście.
Pamiętamy króla Midasa? Dziś prawie każdy z nas ma coś z tego władcy.
Nie widzę nic złego w posiadaniu pieniędzy, jeśli umiemy zrobić z nich
właściwy użytek. Popadniemy jednak w tarapaty, jeżeli oczekujemy od nich
tego, czego nie mogą nam dać.
Czy tak samo rzecz ma się ze sławą? Na ogół zakładamy, że sława,
podobnie jak pieniądze, jest obiektem pożądania, ale na przykład w średniowieczu ani jedno, ani drugie nie miało większego znaczenia.
Współczesna sława wymaga współczesnych mediów: telewizji, gazet i czasopism itp. Dlaczego zdobycie sławy stało się tak atrakcyjne? Aby to
zrozumieć, musimy wziąć pod uwagę drugą stronę medalu - to, co Leo
Braudy nazwał "żywą śmiercią", którą jest anonimowość w świecie
zdominowanym w coraz większym stopniu przez media elektroniczne.
Przyciągnięcie zbiorowej uwagi wielu szarych ludzi to skuteczny sposób,
być może sposób najlepszy, abyśmy poczuli się bardziej realni. A jednak
jest to metoda zawodna, albowiem wcale nie czujemy się bardziej realni.
Dlatego lepiej spojrzeć na to zjawisko jako na zbiorową ułudę.
Jeszcze trudniejszą sprawą dla wielu z nas wydaje się czas - lub raczej
jego brak. Czy brak czasu wiąże się z brakiem jaźni? Nie dość, że nigdy
nie mamy dość czasu, aby zrobić wszystko to, na czym nam zależy, to
jeszcze nigdy nie ma dość czasu w wymiarze fundamentalnym, bo nasze
życie jest ograniczone i doskonale wiemy, co się wydarzy u jego kresu.
Buddyzm nie obiecuje "nieśmiertelności" w podstawowym rozumieniu tego
słowa - czyli życia w nieskończoność - podsuwa jednak inne rozwiązanie
problemu, którym jest nasza udręka z powodu braku czasu, a to pociąga za
sobą nowe rozumienie jego istoty. Tak więc czas nie jest czymś, co mam,
lecz czymś, czym jestem, a skoro jestem czasem, nie mogę tkwić w jego
potrzasku. Paradoksalnie, stać się czasem poprzez uświadomienie sobie
własnej niedualności w stosunku do niego - tym, co Dogen nazywa uji
(czasobycie) - oznacza żyć w wiecznej teraźniejszości.
Nasze nawykowe myślenie o czasie i to, jak wpadamy w jego pułapkę, to
dobry przykład tworzenia rozróżnień koncepcyjnych, które nas zniewalają
- weźmy choćby złudne rozróżnienie między "ja" i "mój czas". Dawny
indyjski filozof Nagardżuna jest na ogół uważany za drugą - po Buddzie -
najważniejszą postać w dziejach buddyzmu. Wypowiadał się o takich
właśnie złudnych dualizmach i ich władzy nad nami. Te przemyślenia są
bardzo istotne, jednak jego "gęsty" filozoficzny styl sprawia, że
niełatwo je zrozumieć. W rozdziale "Drugi Budda" przedstawiam pokrótce
nauczanie Nagardżuny i to, jak współcześni filozofowie wreszcie
docierają do tego, co zrozumiał on przed prawie dwoma tysiącami lat.
Jednym z najistotniejszych zagadnień we współczesnym buddyzmie jest
karma. W jaki sposób należy ją dzisiaj rozumieć? Nietrwałość kazałaby
sądzić, że karma też ma swoje dzieje, a dzieje te to pewien bagaż.
Najpowszechniejsze, dosłowne rozumienie karmy oznacza, że sprawiedliwość
społeczna jest wpleciona w tkankę wszechświata: ktoś urodzony jako
ślepiec lub biedak po prostu zbiera plon swoich czynów w poprzednim
życiu. W odróżnieniu jednak od anatta - braku jaźni - i wielu innych
buddyjskich kategorii współczesny światopogląd nie sprzyja takiej
interpretacji - nauka nie wskazuje na żadną podobną siłę ani mechanizm.
To samo w sobie nie przekreśla takiej interpretacji, zdaje się jednak
sugerować, że powinniśmy brać pod uwagę inne wyjaśnienia. I znowu,
problemem jest to, że karmę rozumie się jako coś, co posiada nasza jaźń,
a nie jako coś, czym jest poczucie jaźni. W rozdziale "Jak kierować
swoją karmą?" przedstawiam tę "nową" perspektywę. Dla Buddy
najistotniejsze w prawie karmy było to, że stanowi ona klucz do rozwoju
duchowego, albowiem ukazuje, jak nasze życie może zmienić się tu i teraz
poprzez zmianę motywacji naszych działań.
Kolejnym zagadnieniem, które dezorientuje współczesnych buddystów,
wydaje się seksualność. Czy buddyzm jest zbieżny z dzisiejszą postawą
wobec seksualności i płciowości? Celibat nie stanowi wymogu dla ludzi
świeckich, obowiązuje jednak mniszki i mnichów. Czy to ma jakiekolwiek
konsekwencje dla tych, którzy nie żyją wprawdzie w klasztorach, ale
również bardzo poważnie podchodzą do swojej praktyki duchowej? Czy dla
naszego rozwoju duchowego byłoby lepiej, gdybyśmy wszyscy zdecydowali
się na bezżeństwo? Rozdział "Co jest nie tak z naszą seksualnością?" to
próba odpowiedzi na to pytanie poprzez dociekania, dlaczego celibat był
w przeszłości tak istotny dla mniszek i mnichów buddyjskich. Równie
ważny jest namysł nad tym, jakie są nasze dzisiejsze oczekiwania wobec
relacji miłosnej i pożycia seksualnego, zwłaszcza przyjrzenie się naszej
wielkiej nadziei, że ta sfera zapełni odczuwaną przez nas pustkę.
Nasz świat różni się od świata Buddy. Co zrobiłby Budda, gdyby żył
dzisiaj? Niełatwo odpowiedzieć na to pytanie, ale nie możemy go
ignorować. Globalizacja kryzysów o charakterze gospodarczym, politycznym
i ekologicznym nadaje nowy sens naciskowi kładzionemu przez buddyzm na
współzależność i domaga się nowego rodzaju bodhisattwy - abyśmy wszyscy
zareagowali na tę sytuację najlepiej, jak potrafimy. Lecz skoro wszystko
jest fundamentalnie "puste", dlaczego powinniśmy się aż tak bardzo
przejmować? Czy nie powinniśmy w pierwszej kolejności skupić się na
własnym przebudzeniu, aby naprawdę pomóc dzisiejszemu światu? A może te
zastrzeżenia to wyraz błędnego rozumienia ścieżki buddyjskiej? Rozdział
"Co zrobiłby Budda?" stanowi próbę odpowiedzi na te pytania.
Rozdział "Trzy trucizny w formie zinstytucjonalizowanej" to pogłębiona
analiza tego, jak nasza sytuacja życiowa różni się od realiów w czasach
Buddy. Budda podkreślał wagę przeobrażenia trzech niezdrowych motywacji:
pożądliwości w szczodrość, nienawiści w miłującą dobroć, ułudy w mądrość. Dzisiaj musimy również zmierzyć się z ich zbiorowymi odmianami:
nasz system gospodarczy zinstytucjonalizował pożądliwość, militaryzm
zinstytucjonalizował nienawiść, a media instytucjonalizują ułudę.
Wszelkie osobiste przebudzenie, jakie możemy osiągnąć podczas siedzenia
na poduszce, będzie niekompletne, jeśli nie uzupełni go przebudzenie
"społeczne" i właściwa społeczna reakcja na te trzy przyczyny
powszechnego cierpienia.
Buddyjskie przebudzenie to wyzwolenie świadomości z zafiksowania na
lgnięciu. Oprócz zinstytucjonalizowanej pożądliwości, nienawiści i ułudy
jesteśmy dziś poddani rozmaitym działaniom mającym na celu pochłonięcie
naszej uwagi, o czym mówi rozdział "Świadomość jako towar". Nasza
świadomość jest uwarunkowywana na nowe sposoby: rozczłonkowywana za
pomocą technik informacyjnych i komunikacyjnych, traktowana jako towar
na skutek reklamy i konsumpcjonizmu, manipulowana za pomocą
skomplikowanych zabiegów propagandowych. Kto kontroluje naszą zbiorową
uwagę i kto ma prawo decydować, co się z nią dzieje?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki