Piernikowa Dama
6 grudnia
Piernikowy Dom sprawił, że serce lasu znowu zaczęło szybciej bić. Właściwie zaczęło bić na nowo. Opuszczone, rozpadające się chatki przywodziły na myśl raczej klimat z horroru. Pustka. Nieporządek. Popłoch towarzyszący wyprowadzkom, unoszące się duchy pojawiające się w miejskich legendach... Kiedy powstał Piernikowy Dom, to wszystko przestało mieć znaczenie dla mieszkańców okolicy i gości pensjonatu. Smutek, szarość i strach - zniknęły. Przykrył je puch... świątecznej czułości. Uważności. Przytulności. Zwłaszcza zimą, kiedy architektami okolicy zostawali śnieg i mróz. Wyczarowywali najpiękniejsze kompozycje zapadające w pamięć i chowane przez lata w szufladach serca. Kraina przykryta śniegiem skrzypiącym pod stopami, drzewa okryte białą kołderką - wchodząc do lasu, człowiek wchodził do bajki. Świątecznej, przenoszącej do innego wymiaru. Zamykał za sobą drzwi świata, który pędził, nie zwracając uwagi na nic i na nikogo. Przekręcał klucz, by nie mogły podążać za nim pracoholizm, telefony, media społecznościowe. Wszystko, co typowe dla nieuważności.
Piernikowy Dom był miejscem, w którym czas płynął inaczej - w rytmie wyznaczanym przez obecność drugiego człowieka, uważne bycie obok i celebrowanie świątecznych tradycji. Kolejne pokoje zapełniały się wraz z początkiem grudnia, by rodziny, grupy przyjaciół, pary lub po prostu osoby pielęgnujące wewnętrzne dziecko mogły odnaleźć w sobie ducha świąt. Zdarzały się lata, że wszystkie pokoje w trzypiętrowym gmachu były zajęte. W kuchni i salonie na parterze odbywało się wówczas wielkie "pierniczenie" przy dźwiękach świątecznych piosenek.
To wszystko było już przeszłością. Piernikowa Dama z hukiem zamknęła zeszyt z rezerwacjami. Choć świat podążał ku technologii, ona, przynajmniej w pewnych sprawach, pozostała wierna temu, co analogowe. Czego dało się dotknąć i wymagało zaangażowania. Rezerwacje zapisywała w dużych zeszytach w kratę. Rysowała kolorowe tabele, do których wpisywała dane gości. Jednak rubryki przygotowane na tegoroczny grudzień pozostały w większości puste.
Piernikowa Dama udawała, że wszystko jest pod kontrolą, że sobie poradzą. Jednak im bliżej świąt, tym gorzej było z tym udawaniem. Wiedziała, że przyczyną jest przedłużający się remont. Kto by chciał obchodzić Boże Narodzenie w otoczeniu kurzu? Nie mogła mieć pretensji do stałych gości, którzy na wieść o trwających pracach przepraszali i deklarowali wizytę za rok. A jednak czuła kompletnie nieświąteczny smutek. I żal, że Święty Mikołaj, zajęty dziś całym światem, jej nie przyniósł upragnionego prezentu.
Zwykła mawiać, że jest dojrzała jak ciasto na piernik. Staropolski. Siwe włosy zawsze miała upięte w ciasny kok, a sznur pereł luźno wisiał na szyi. I zmarszczki, jej znak rozpoznawczy - powstałe z radości i dobrych wspomnień. Były oznaką dojrzałości i optymizmu. Zwłaszcza te przy oczach i ustach, które świadczyły o tym, że często się uśmiechała.
Jednak nie pamiętała, kiedy ostatni raz uśmiechnęła się szeroko i szczerze, choć to miejsce, gdzie mieszkała i które tworzyła również dla innych, wywoływało uśmiech. Piernikowy Dom był świątynią Bożego Narodzenia. W każdym kącie dało się zauważyć akcenty charakterystyczne dla grudniowych dni: aniołki, renifery, bałwanki, piernikowe chatki i ludziki. Tych ostatnich było najwięcej - nazwa miejsca nie wzięła się znikąd. Piernikowy Dom również przez kolor fasady przypominał pyszne, korzenne ciasto. Przy futrynach zadbano o iglaste zawieszki, gdzieniegdzie do pocałunków zachęcały wiszące nad głowami gałązki jemioły. Pracownicy również nosili świąteczne stroje. Mikołajowe czapki i czerwone kubraki raz po raz migały w różnych zakątkach budynku. Pustego budynku.
Dla kogo miała organizować tegoroczne "pierniczenie"? Kto zasiądzie w saniach podczas kuligu? Kolejne pytania nie przynosiły odpowiedzi. Wręcz przeciwnie, prowadziły do nowych. Do tych o budżet i plany na przyszłość. W dodatku ten telefon i jutrzejsze spotkanie... Co ją podkusiło, by dalej w to brnąć?
Helena
6 grudnia
Helena nie pisała listów do Świętego Mikołaja. Helena pisała listy do swojej córki. Jedynej córki. Miała jej tyle do powiedzenia. Kiedy się spotykały i patrzyła w jej piwne oczy - oczy swojego męża - tchórzyła. Nie mówiła tego, co czuje, tylko to, czego oczekiwało jej ukochane dziecko.
To, co prawdziwe, przelewała na papier. A potem paliła w starej popielniczce męża. Patrzyła na ogień, wierząc, że tym razem się odważy. Powie. Da dojść do głosu prawdziwej sobie. Sięgając po zapalniczkę, w duchu wiedziała, jak to się skończy. Jak przebiegną kolejne święta. Czas miłości i wybaczania będzie czasem udawania, że wszystko jest w porządku. A nie było. Na pewno nie w jej sercu. Przedświąteczne porządki znowu na nic. Znowu w popiół.
Siedziała na krześle w jadalni przy okrągłym, dębowym stole. To był jeden z pierwszych mebli, który kupili ze Stasieńkiem do domu. Oboje uważali, że stół jest miejscem spotkań każdej rodziny. Choć w czasach, kiedy brali ślub, o przepychu na stole nie mogło być mowy, liczyło się, że siadają przy nim razem. Najpierw we dwoje, a z czasem dołączyła upragniona córeczka.
Helena pogładziła dłonią biały obrus, który dodatkowo przykryła bieżnikiem z motywem Świętego Mikołaja. Z zamyślenia wyrwał ją sygnał komórki. Chwilę trwało, zanim odebrała połączenie. Klawisze wysłużonego modelu były coraz bardziej oporne na dotyk, a propozycje Agaty, że ta kupi jej nowoczesny aparat, konsekwentnie odrzucała.
- Tak, córeńko?
- Babciu, to my! - W słuchawce usłyszała głosy swoich ukochanych wnuków, Piotrusia i Pawełka.
Między chłopcami było zaledwie półtora roku różnicy. Jeden drugiego prześcigał w pomysłach na zabawę i psoty. Nie nudzili się z nimi ani rodzice, ani wychowawczyni w szkole i zerówce, ani ona, kiedy okazjonalnie przyjeżdżała z wizytą.
- Babciu, jesteś?
- Jestem, jestem - potwierdziła, wzruszona ich dziecięcym podekscytowaniem. Czuła, że radość chłopców ma związek z dzisiejszą datą i wizytą pewnego świętego. - Czy był już u was Święty Mikołaj?
- Był, był! - krzyczeli na przemian.
- Dostałem tablet, ale taki prawdziwy, a nie zabawkowy!
- A ja nową grę na konsolę, wiesz? Chodzisz takim człowiekiem...
- Kiedy przestaniecie brać mój telefon bez pytania, co?
Helena usłyszała w tle głos córki. Stawał się coraz bardziej wyraźny. Szum i protesty wnuków po chwili ucichły. Domyśliła się, że Agata odebrała synom komórkę i wyłączyła tryb głośnomówiący. Prawdopodobnie przeszła do łazienki, świadczyło o tym zamykanie drzwi i echo, które się pojawiło.
- Cześć, mamuniu.
Agata była zmęczona. Helena czuła to każdą struną matczynego serca do tego stopnia, że aż nieprzyjemnie zakłuło ją w piersi. Martwiła się o córkę właściwie od narodzin pierwszego wnuka, a każdy kolejny rok nasilał niepokój, bo potęgował zmęczenie Agaty, jej brak zapału i tego światełka w piwnych oczach, tak podobnych do oczu Stasieńka... Agata kochała chłopców całym sercem, ale czy kochała męża? Czy była przez niego kochana? Helena miała wrażenie, że to relacje małżeńskie padały na córkę niczym cień i w rezultacie Agata traciła swój blask.
- Te prezenty to Jurek wymyślił. - Córka od razu zaczęła usprawiedliwiać podarki, które otrzymali chłopcy. Jakby czuła, że matka nie do końca uważa, że są stosowne dla dzieci w tym wieku, i sama dokonałaby innego wyboru: książki, zabawki wspierające motorykę i kreatywność... Zamiast tego dostali cyfrowe gadżety, które niszczyły nie tylko ich oczy. - Co ja mogłam? Gdyby on nie dał pieniędzy...
- Wiem, córciu.
Helena to rozumiała, lecz jednocześnie coś się w niej buntowało na samą myśl, że brak pracy Agaty ma tłumaczyć Jerzego, usprawiedliwiać jego decyzje i to, że w ostatnim czasie nagminnie stawia jej ukochaną córeczkę przed faktem dokonanym. Przecież Agata, odkąd straciła pracę w lokalnej bibliotece, pracowała na pełen etat jako mama, żona, szofer, kucharka, sprzątaczka, praczka... Mówiło się, że czasy się zmieniły. W kwestii braku szacunku do kobiet, które nie zawsze z własnego wyboru zostawały w domu i, jak to się ładnie określało, zajmowały się nim, nie zmieniło się zbyt wiele. Niektórzy, z zięciem Heleny na czele, wciąż uważali, że siedzenie w domu nie męczy. Rzeczywiście, siedzenie nie należało do zbyt męczących czynności. Ale przecież dzień Agaty nie ograniczał się do tego, że przenosiła się z kanapy na kanapę. Nie naciskała kolejnych guzików w pilocie, by jeden paradokument zastąpić kolejnym. Ona naprawdę robiła wszystko, by chłopcom i Jurkowi żyło się dobrze - smacznie i czysto. By czuli się bezpiecznie. Piotruś i Pawełek doceniali to na swój dziecięcy sposób. Jerzy - dorosły - niekoniecznie.
- Będziesz na święta?
Gdyby nadzieja w głosie umiała rozpalać, świat stanąłby w ogniu. A na pewno świat Agaty, która w czasie tego jednego pytania zmieniła się z trzydziestoparoletniej kobiety w małą dziewczynkę. Dziewczynkę, która marzy, by zanurzyć się w matczynym uścisku. Poczuć bicie jej serca i ciepło ciała, znajomy zapach niezmiennych od lat perfum. W Agatkę, która ile sił w rączkach tuliłaby się do mamy, licząc po cichu całusy w czoło.
- Będę, kochanie!
- Wspaniale, to ja... - Agata na moment się zawahała - zamówię ci nocleg. Tam, gdzie poprzednio, w Piernikowym Domu.
- Cieszę się, to bardzo świąteczne miejsce ze wspaniałą gospodynią.
- Dziękuję.
- Nie masz za co dziękować, córeczko. Kocham cię.
- Ja ciebie też. Pa.
Helena odłożyła telefon na stół i spojrzała na popielniczkę. Kolejny list zamienił się w popiół. Otarła wierzchem dłoni wilgotne oczy. Może następnym razem znajdzie w sobie więcej odwagi?
Ewa
6 grudnia
- Mamo, szybciej, szybciej!
Ewa ledwo nadążała za swoimi pociechami. Siedmioletnie bliźnięta, Magdalenka i Adaś, niemal taranowały tłum w galerii handlowej w obawie, że się spóźnią na spotkanie ze Świętym Mikołajem. Jego wizyta w szkole, jak przyznała córka, była rozczarowująco krótka. W przypływie matczynej czułości Ewa zaproponowała więc udział w miejskim wydarzeniu. Z powodu ulewy zostało przeniesione do domu handlowego. Przy scenie gromadziło się coraz więcej przechodniów i rodziców z dziećmi.
- Mamo!
Ledwo nadążała. Korzystając z wizyty w galerii, zrobiła zakupy: kosmetyki i detergenty w drogerii, nowy obrus w sklepie z tekstyliami, odbiór paczki z księgarni wysyłkowej... Czuła, że na dzisiejsze popołudnie chętnie zostałaby właścicielką sań. Pakunki wrzuciłaby do obszernego pojemnika, a sama zasiadła na miękkiej kanapie. Za sterowanie reniferami, tego była pewna, odpowiadałby Adam.
- Idę, idę!
Im bliżej byli tłumu zgromadzonego przy mikołajowym tronie, tym bardziej żałowała, że nie zostawiła zakupów w przechowalni. Ucieszyła się w duchu, że nie ma ze sobą nic szklanego. W tym ścisku marny byłby los delikatnego naczynia.
Dzieci za to radziły sobie doskonale. Zwinnie wymijały kolejnych dorosłych i Ewa dałaby sobie rękę uciąć, że przed chwilą widziała, jak Magdalenka omija na czworaka grupę dzieciaków. W końcu i ona, i brat stanęli w pierwszym rzędzie. Kobieta zorientowała się, że po lewej, przy ubranych w kolorowe bombki i światełka choinkach, jest luźniej. Z ulgą przeszła w tamtą stronę. Schowała zakupy za drzewko, aby nie przeszkadzały na drodze ani nie rzucały się w kadr podczas robienia zdjęć. Miała stamtąd idealny widok na dzieci, które z wypiekami na twarzy wyglądały Świętego Mikołaja. Uśmiechnęła się do siebie, widząc ich radość mieszającą się z niecierpliwym oczekiwaniem. Były takie podobne do Krzysztofa...
- To pani zakupy? - zagadnął ją mężczyzna z mikrofonem w dłoni.
Z kostki odczytała nazwę lokalnej rozgłośni radiowej. Sama lubiła słuchać jej w pracy i często włączała odbiornik w czasie gotowania. Przez sekundę zastanowiła się, czy zna ten głos z ulubionych audycji, ale nie potrafiła, przynajmniej na razie, dopasować go do konkretnego prowadzącego. Dziennikarz był od niej dużo wyższy. Sama miała metr sześćdziesiąt i ważyła pięćdziesiąt kilogramów, więc wyglądała przy nim jak Calineczka. Wyglądał na dobrze zbudowanego, z włosami do ramion przytrzymywanymi przez czarną opaskę i gęstą brodą... Gdyby się uśmiechnął, mógłby podobać się kobietom. Ale próżno było szukać śladu zadowolenia na jego twarzy. Chyba jego wizyta przy tronie Świętego Mikołaja miała rzeczywiście charakter czysto służbowy.
- Więc? - Ponaglił ją.
Do Ewy dotarło, że nie odpowiedziała na jego pytanie. Pokiwała głową.
- Pozwoli pani, że postawię tutaj torbę?
Dopiero teraz zorientowała się, że mężczyzna ma na ramieniu skórzaną torbę zapinaną na klamrę. Może trzymał w niej zapasowy sprzęt? Nie wiedziała, jak pracują radiowcy, nigdy nie miała okazji na żywo zobaczyć, jak wygląda nagrywanie materiału.
- Oczywiście. Myślę, że nie ruszę się stąd, dopóki za Mikołajem nie zamkną się drzwi. - Spojrzała wymownie w stronę bliźniąt.
- Rozumiem - odparł mężczyzna bez cienia uśmiechu.
Po chwili zobaczyła, jak przeciska się przez coraz bardziej gwarny i podekscytowany tłum. Obiecała sobie, że włączy wieczorne wiadomości. Może pozna go po głosie?
Tomasz
6 grudnia
Degradacja? Na pewno nie mógł nazwać tego awansem. Relacjonowanie sylwestra z małego miasteczka nie było jego zawodowym marzeniem. Ogromne sceny w Zakopanem, Krakowie - tak, to byłoby coś. Możliwość spotkania wielkich gwiazd sceny muzycznej, przyjrzenia się od kulis wyzwaniu logistycznemu, jakim jest organizacja takiej masowej imprezy. Zamiast kilkupiętrowej sceny musiał się zadowolić placem na rynku z oświetleniem wypożyczonym zapewne z lokalnego domu kultury. Dziś miał przedsmak tego, co miało go czekać w ostatni dzień roku. Został wysłany do pobliskiego centrum handlowego na... spotkanie ze Świętym Mikołajem. W pierwszej chwili myślał, że nowy wydawca żartuje. Przełożony jednak wyglądał poważnie. Zbyt poważnie. Tomasz poczuł się zbyt zszokowany poleceniem, by zaprotestować, zbuntować się, co przecież leżało w jego naturze. Nie miał jednak na to czasu ani przestrzeni. Mógłby się uprzeć i odmówić, ale pieniędzy by z tego nie było.
Przekraczając próg galerii handlowej, poczuł, jak zaczyna go boleć głowa. Dziecięce piski, krzyki, pospieszający się wzajemnie dorośli. Do tego wysoka temperatura w zamkniętej przestrzeni i wszechobecne świąteczne akcenty. Kulminacja nastąpiła przy tronie Świętego Mikołaja: choinki, obsypany sztucznym śniegiem mostek, tron z podobizną świętego, figurki reniferów... Wziął głęboki oddech, starając się wmieszać w tłum.
- Dlaczego pan się pcha?
Usłyszał ten głos, kiedy zbliżał się do stanowiska Mikołaja i elfów, które coraz liczniej gromadziły się na scenie. Tomasz, przy swoich niemal dwóch metrach wzrostu, musiał się schylić, by zobaczyć pytającego. Głos należał do kilkuletniej dziewczynki, która podparła rączki na biodrach i patrzyła na niego oskarżycielskim wzrokiem.
- Dorośli stoją dalej - wyjaśniła rzeczowo.
Na potwierdzenie tych słów stojący obok niej chłopak wskazał palcem choinki, w pobliżu których Tomasz przed chwilą zostawił torbę. Zorientował się, że dzieci są do siebie bardzo podobne. Czyżby bliźnięta?
- To jest nieeleganckie - kontynuowała dziewczynka. - A Mikołaj wciąż patrzy i wnioski wyciągnie... - Pokręciła głową i wróciła do obserwowania tego, co się dzieje na scenie.
- Pan jest dziennikarzem? - Jej brat natomiast stracił zainteresowanie pokazem tanecznym elfowej drużyny. Patrzył wyczekująco na mikrofon. - Będzie pan robił wywiad z Mikołajem?
- Jeśli się uda - mruknął Tomasz, zaskoczony dziecięcą bezpośredniością. Rzadko miał kontakt z kilkulatkami i nie był przyzwyczajony do pytań zadawanych prosto z serca.
- Uda to są nad kolanami. - Dziewczynka tylko pozornie była pochłonięta występem. Słuchała pilnie, o co zapytał jej brat, i postanowiła włączyć się do rozmowy. - Uda są nad kolanami - powtórzyła, widząc zaskoczone spojrzenie Tomasza. - Jeśli się o czymś marzy, można tego dokonać. Marzenia się spełniają - powiedziała takim tonem, jakby to był najbardziej oczywisty fakt na świecie.
- Oprócz jednego - zastrzegł jej brat.
- Tak, oprócz jednego - potwierdziła i znów się odwróciła.
- To co z tym wywiadem?
Tomasz nie zdążył odpowiedzieć, bo na scenie pojawił się Święty Mikołaj.
Zuzanna
6 grudnia
Zuzanna klasnęła w ręce niczym mała dziewczynka. Wstała z kanapy stojącej przy ogromnym oknie zajmującym całą ścianę. Odłożyła komputer na miękką tapicerkę sofy i uśmiechnęła się do siebie. Patrzyła na morze, które szykowało się do snu, w grudniu wcześniej niż w pozostałych miesiącach roku. Białe fale niczym śnieżne bałwanki rozbijały się o siebie, jakby się spieszyły. Jakby chciały zdążyć, zanim słońce, które pieściło dziś promieniami mieszkańców Trójmiasta, powie mu: "Dobranoc, do jutra!".
Westchnęła i poszła do kuchni. Miała coraz mniej czasu, a obiecała ukochanemu, że zdąży z przygotowaniami do jego powrotu. Zdjęła z nadgarstka gumkę w intensywnie czerwonym kolorze i związała włosy w niedbały kok. Podwinęła rękawy czerwonego - a jakże - sweterka z podobizną dzisiejszego solenizanta, Świętego Mikołaja. Włączyła robota kuchennego, stojącego na narożnej szafce. Jego czarna obudowa kontrastowała z kremowymi frontami i dębowymi blatami kuchennej zabudowy. Korzystając z dotykowego panelu, wybrała przepis. Pierniczki. Uśmiechnęła się do wyświetlacza i zdjęła z półki zeszyt z kulinarnymi zapiskami, by porównać proporcje z tymi stosowanymi przez jej kochaną mamę. Zaczęła po kolei wyjmować potrzebne produkty: oczywiście mąkę, sodę oczyszczoną, cukier, masło i jajko. Sięgnęła po puszkę kakao do szklanej witrynki. Z szuflady natomiast wyciągnęła aromatyczną przyprawę do piernika. Nie mogła się oprzeć - uchyliła nieco opakowanie i zaciągnęła się korzennym zapachem. Został jeszcze jeden składnik, który czekał w wysuwanej szafce: słoik z miodem od zaprzyjaźnionego z teściem pszczelarza. Odkręciła wieko i nabrała nieco łyżeczką. Tak, miód był smaczny, idealny do dzisiejszych wypieków. Wypieków, na które czekała cały rok.
Od zawsze miała hopla na punkcie grudnia, Mikołaja, świąt. Najpierw celebrowała czas oczekiwania, później cieszyła się Bożym Narodzeniem. Uwielbiała tygodnie, kiedy zaśnieżone ulice zamieniały się w świąteczne miasteczka dzięki iluminacjom i bogato ozdobionym choinkom. Podobnie było z ich trójmiejskim mieszkaniem. W pierwszych dniach grudnia dynie, które z niemal architektoniczną precyzją pojawiały się na komodach i regale, znikały, ustępując miejsca stroikom, figurkom Mikołajów. Na sofie w salonie i małżeńskim łożu w sypialni dekoracyjne poduszki tworzyły zimowo-świąteczny krajobraz, zachęcając do odpoczynku przy akompaniamencie świątecznych piosenek.
Wciąż myślała o tym, co przed chwilą zobaczyła. Nie mogła przejść obojętnie obok znalezionego przez przypadek ogłoszenia. Ale czy to na pewno był przypadek? Nie. To był znak, że pierwszego małżeńskiego sylwestra mieli spędzić właśnie w takim miejscu!
Zuzanna z niecierpliwością czekała, aż Dawid wróci z pracy i będzie mogła pokazać mu ofertę. Czuła, że ukochany od razu każe jej dokonać rezerwacji. Znał jej upodobania, wiedział, że jak mała dziewczynka cieszy się każdym detalem grudnia, wypatrując w białych śnieżynkach wielkich i maleńkich cudów. W dodatku dzisiejszy wieczór był wyjątkowy - bo mikołajkowy! Byli umówieni na wspólne ubieranie choinki w salonie, a następnie pieczenie pierników. Choć znali się od liceum i przeżyli razem już kilkanaście grudni - ten miał być wyjątkowy. Ślub wzięli w majową sobotę, piękna data, Dzień Matki, i zamieszkali razem. I teraz razem mieli tworzyć okołoświąteczne tradycje. Te związane z duchowym przygotowaniem do Bożego Narodzenia i te zupełnie przyziemne, dla oka, dla ciała, dla serca, które szybciej biło w takt klimatycznych melodii.
Telefon zawibrował na kuchennej wyspie. Zuzanna sięgnęła po niego z uśmiechem, pewna, że to mąż przysłał wiadomość. Nie myliła się. Jednak uśmiech znikł, kiedy czytała kolejne litery. Dawid miał się spóźnić. Przepraszał, że wróci dopiero koło osiemnastej. Mogła się tego spodziewać... Praca znowu musiała być pierwsza...
Helena
6 grudnia
Kiedy za Dianą i jej synem Dawidem zamknęły się drzwi, serce Heleny wypełniły wyrzuty sumienia. To nie z nią, starą sąsiadką, powinien spędzać mikołajkowy wieczór, a ze swoją młodą, przesympatyczną żoną. Polubiła Zuzię od pierwszego spotkania na osiedlu. Miła, uśmiechnięta, pomogła Helenie przydźwigać zakupy do domu. Została na herbatę, trochę porozmawiały. Zuzanna nie spieszyła się, nie ignorowała jej. Helena do dzisiaj pamiętała uczucie towarzyszące jej tamtego gorącego dnia - radość, że ktoś słucha, ktoś jest przy niej i tylko dla niej. Na co dzień za tym tęskniła, od święta zresztą też...
Nie rozumiała, dlaczego Diana tak narzeka na synową. Przecież Zuzia nie izolowała Dawida od matki i ojca. Wręcz przeciwnie, często odwiedzali Myszkowskich. Nie wyprowadzili się też, tak jak Agata, na drugi koniec Polski. Wybrali mieszkanie w pobliskim Trójmieście, gdzie i tak mieściła się firma deweloperska sąsiadów. Helena nie potrafiła zrozumieć narzekania, ale chyba znała jego powody. Matczyna zazdrość. To chyba ona przemawiała przez Dianę. Poczucie, że ktoś zabrał jej ukochanego syna, jakby był rzeczą, własnością, a nie człowiekiem, który kochał i był kochany przez wrażliwą, cierpliwą kobietę. Cierpliwą do czasu, jak każdy człowiek. Helena miała nadzieję, że tej cierpliwości wystarczy Zuzi na długo... Zazdrość Diany była wierzchołkiem góry lodowej. Nie dość, że syn przestał poświęcać jej cały swój czas, to także mniej angażował się w sprawy rodzinnej firmy. A ta była dla Myszkowskiej najważniejsza. Może ważniejsza niż relacje z dziećmi? Helena uświadomiła sobie, że od dawna nie widziała, by Julia, starsza siostra Dawida, odwiedzała rodziców. Na dobre osiadła za granicą i nie zamierzała wracać do Polski. Skoro nie chciała się zająć firmą, może tak było dla niej lepiej? Może po prostu nie miała wspólnych tematów z bliskimi?
Pogrążona w myślach Helena podskoczyła, kiedy z czajnika na kuchence gazowej zaczął wydobywać się gwizd. Przekręciła kurek. Z suszarki przy zlewie zdjęła kubek w czerwone maki, a z ustawionego na blacie pod wiszącymi szafkami słoika z napisem "Herbatka dla Babci" - upominku z zeszłorocznego Dnia Babci w przedszkolu u chłopców - wyjęła torebkę czarnej herbaty. Zalała ją wrzątkiem. Wzięła kubek do ręki, zgasiła światełko przy okapie i poszła do salonu. Dzięki temu, że Dawid pomógł jej wnieść choinkę, pokój nie wydawał się tak pusty jak wcześniej. Kolorowe bombki i delikatnie migoczące światełka ocieplały pomieszczenie, wprowadzając świąteczny klimat. Helena usiadła przy stole i włączyła telewizor na przypadkowym kanale. Byleby nie słyszeć ciszy.
Ewa
6 grudnia
- Koniec - oznajmiła Ewa, zamykając zbiór świątecznych opowiadań.
Szósty grudnia był w ich domu graniczną datą, nie tylko ze względu na spotkanie ze Świętym Mikołajem. Szóstego grudnia uroczyście rozpoczynali przygotowania do świąt Bożego Narodzenia. Punkt pierwszy? Wyciąganie z pawlacza ozdób choinkowych i ustawianie ich na półkach i półeczkach w całym mieszkaniu, oczywiście przy dźwiękach świątecznych piosenek. Wieczorem, kiedy Magdalenka i Adaś kładli się do piętrowego łóżka, przy delikatnym świetle lampki Ewa czytała im pierwszą bajkę z zimowego zbioru. Pięknie ilustrowane teksty z przesłaniem wybierała z największą starannością. W niewielkiej księgarence przy ulicy Miłosnej mogła liczyć na doradztwo sympatycznej pracownicy, Oli. Dziewczyna, choć nigdy nie przyznała się do tego głośno, zawsze w listopadzie zamawiała jedną antologię właśnie z myślą o niej. Uważnie wybierając tytuł spośród wielu propozycji, Ewa czuła się jak elf. Miała nadzieję, że kolejny raz wywoła radość na dziecięcych twarzach. W tym roku również trafiła w dziesiątkę. Podczas lektury bliźnięta ani razu nie przerywały mamie, nie licząc próśb o przybliżenie ilustracji. Grafiki wykonane przez autorkę tekstów były doskonałym uzupełnieniem historii z morałem.
- A ty jesteś odważna, mamusiu? - zapytał Adaś, kiedy zamknęła książeczkę.
Ewa czuła, że padnie kilka pytań inspirowanych lekturą, i bardzo ją to cieszyło. Świadczyło o tym, że dzieci wysłuchały wartościowej opowieści i wyciągają wnioski adekwatne do wieku i do zdobytego doświadczenia. A tym bagażem mogłyby obdzielić przecież niejednego dorosłego...
- Wydaje mi się, że jestem - odpowiedziała.
Każdego dnia, patrząc w lustro przy porannej toalecie, powtarzała sobie w duchu, że musi być odważna. Dla nich, dla dzieci. Musi znaleźć w sobie odwagę, by żyć dalej, iść przez świat bez Krzysztofa. Dzień po dniu, miesiąc po miesiącu. Z każdym tygodniem coraz bardziej zaczynała wierzyć w swoją siłę. Czas leczył rany? Na pewno uczył ją życia na nowo - w konfiguracji ona plus dzieci. Jeden plus dwa. Nie dwa plus dwa...
- Jaś też był.
Syn miał na myśli głównego bohatera opowiadań, który w pierwszej historii wyruszył samotnie w świat, by znaleźć Świętego Mikołaja. Chciał go prosić o cud, który jeszcze nie został przedstawiony czytelnikowi. Droga na koło podbiegunowe prowadziła mroźnymi, zasypanymi śniegiem szlakami, biegnącymi przez góry i lasy, w których nie brakowało dzikiej zwierzyny. A jednak świadomy zagrożenia, rozpoczął podróż, by osobiście przekazać życzenie.
- Myślisz, że zdąży do Wigilii?
- Dowiemy się z kolejnych opowiadań. - Ewa poprawiła kołdry, by dzieci były dokładnie przykryte. Na ich czołach złożyła delikatne pocałunki. - Gotowi do spania?
- Ja muszę jeszcze podumać nad Jasiem - oświadczyła poważnym tonem Magdalenka, przewracając się na bok. - Ale zrobię to w spokoju, możesz wyłączyć lampę.
- Dobranoc, mamusiu!
- Dobranoc! - Ewa zgasiła światło i cichutko zamykając za sobą drzwi, wyszła z pokoju.
Zatrzymała się przy oknie w salonie, a właściwie w największym z trzech pokojów mieszkania w niewielkiej kamienicy. Niebawem w tym miejscu stanie choinka. Zawsze ubierali ją w wigilijny poranek, zgodnie z rodzinną tradycją męża. Dwudziesty czwarty grudnia... Dla wielu przełomowa, graniczna data zamknięcia starych sporów, otwarcia się na dobro, nadzieję, miłość.
Ona sama jednak inaczej patrzyła na kalendarz. Uświadomiła sobie, że powinna zadzwonić, przecież czas upływał nieubłaganie. Nie Boże Narodzenie, nie Wielkanoc. To sylwester był dla niej najważniejszym dniem w roku, bo wtedy wszystko się zaczęło... W ostatni dzień roku się poznali, potem za rok zaręczyli, i właśnie trzydziestego pierwszego grudnia powiedziała mu o ciąży...
Zawsze spędzali sylwestra w tym samym miejscu: u Piernikowej Damy. Zatrzymywali się w tym pensjonacie - starej leśniczówce, z której powstała perełka na świątecznej mapie Polski, o ile ktokolwiek taką opracował. Od czterech lat przyjeżdżała tam tylko z dziećmi. Krzysztof pozostał wspomnieniem...
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej