ROZDZIAŁ 1
CASTEEL
Stałem w komnacie łaziebnej z zamkniętymi oczami i dłońmi rozłożonymi szeroko na zimnym marmurowym blacie toaletki.
Nie miałem pojęcia, jak długo tu tkwiłem, ale woda przestała już ściekać mi z włosów.
Ostatnią rzeczą, jaką pamiętałem, zanim obudziłem się dwa dni temu w łóżku obok Poppy i Kierana, była wirująca wokół nas pierwotna esencja.
Gdy się ocknąłem, miałem sucho w ustach. Obróciłem głowę i zobaczyłem pieprzonego Emila Da'Lahra, siedzącego w fotelu obok łóżka z twarzą ukrytą w dłoniach. Kiedy zorientował się, że już nie śpię, wyglądał tak, jakby miał się zaraz rozpłakać. Chyba jeszcze nigdy nie widziałem człowieka, który doznał równie wielkiej ulgi.
Kieran obudził się parę chwil później, tak samo zdezorientowany jak ja. Emil opowiedział nam, w jaki sposób trafiliśmy na posłanie. Podobno znalazł nas całkiem nieprzytomnych, leżących pod przeciwnymi ścianami komnaty, pośród strzępów Upiora wciąż rozwleczonych po posadzce. Ale dopiero po tym, jak ujrzał mnie w kształcie przypominającym kota jaskiniowego z czarnym futrem i złotymi cętkami.
Cholera.
Emil pewnie uznał, że ma przywidzenia. Tak jak wtedy, kiedy zjedliśmy dziko rosnące grzyby, które za młodu znaleźliśmy w lesie w Aegei.
Ale, na bogów, zajął się nami, chociaż nie miał pojęcia, co się dzieje. Bez względu na to, jak musiał nim wstrząsnąć widok jego królowej pogrążonej w stazie, a potem odkrycie, że król i Doradca Korony również leżą nieprzytomni. Sprowadził Delana i - ze wszystkich możliwych ludzi - Malika, żeby pomogli mu przenieść mnie i Kierana na łóżko obok Poppy, po czym posprzątał bałagan, jaki uczyniłem podczas walki z Upiorem, i dopilnował, by nikt inny nie dowiedział się, że coś jest nie tak. Razem ukrywali naszą niedyspozycję przez cały pieprzony dzień, podczas gdy my leżeliśmy bez świadomości.
Wiele zawdzięczałem Emilowi. A w zasadzie całej trójce.
Wziąłem głęboki wdech, po czym powoli wypuściłem powietrze, nasłuchując, czy z sypialni nie dochodzą jakieś odgłosy. Kieran wyszedł jakiś czas temu, żeby sprawdzić, jak wyglądają sprawy w stolicy. A Poppy...
Wciąż spała.
Fala energii napędzanej desperacją i gniewem zalała moje żyły i powietrze wokół mnie, sprawiając, że w komnacie łaziebnej się ochłodziło. Wiedziałem, czym była ta moc.
Pierwotną esencją.
W pewnym sensie zawsze ją czułem. Tak samo jak wszyscy Atlanci - zwłaszcza żywiołaki i wilkłaki. Ale nigdy jeszcze nie doświadczałem jej w taki sposób jak teraz.
Czułem, w których miejscach eter osadził się głęboko w moich kościach i złączył z mięśniami. Czułem, jak krąży w moich żyłach, wypełniając krew jednostajnym szumem. Otworzyłem oczy i uniosłem głowę.
Zobaczyłem go w moim odbiciu.
Aura za źrenicami, która zawsze była bladosrebrna, teraz jarzyła się wyraźnym blaskiem. Przypatrując się uważnie, byłem w stanie dostrzec delikatne linie wychodzące z kul eteru i przeszywające moje złote tęczówki. Widziałem to samo u Kierana, choć z powodu żywej, niebieskiej barwy jego oczu te żyłki nie były aż tak zauważalne. Ale jednak to, na co właśnie patrzyłem, i to, co zobaczyłem u niego, było niemożliwe.
A przynajmniej powinno być.
Tak czy inaczej domyślaliśmy się, co do tego doprowadziło. Ten sam czynnik pozwalający mi nie tylko zaleczyć cios w serce ostrzem, które zapewne by mnie zabiło, ale również zmienić się w kota jaskiniowego. Ten sam, dzięki któremu, gdy się obudziłem, wiedziałem dokładnie, jak zmartwiony był Emil, bo wyczułem w gardle jego emocje gęste niczym śmietana.
Połączenie.
To było jedyne wyjaśnienie, które przyszło nam do głowy. Miało sens, choć żaden z nas nie spodziewał się, że rytuał doprowadzi do czegoś więcej niż związanie naszego życia z życiem Poppy.
Czułem w kościach, że nie byłem już tylko atlanckim żywiołakiem. A Kieran nie był już tylko wilkłakiem. Staliśmy się... czymś innym.
Jak też nazwał mnie ten Upiór? Fałszywym Pierwotnym? Lepszą, potężniejszą wersją fałszywego boga? Nigdy nie słyszałem o czymś takim. Ale z drugiej strony najwyraźniej było mnóstwo innych rzeczy, które nie obiły mi się o uszy.
W każdym razie nie sądziłem, byśmy stali się właśnie fałszywymi Pierwotnymi. Nie wiedziałem dokładnie, dlaczego naszło mnie takie przeświadczenie, ale zapewne wiązało się ono z esencją, która płynęła w moim ciele. Była zbyt potężna, by należeć do fałszywego boga albo nawet fałszywego Pierwotnego. Zimna i nieskończona.
Pradawna.
Tak samo jak pierwotna mgła - esencja w widocznej formie - którą dostrzegłem kłębiącą się wokół mnie i Kierana, zanim zdecydowaliśmy się uciąć sobie nasze pokrzepiające drzemki.
Skupiłem się na szumie eteru i wypchnąłem go na powierzchnię. Zapulsował za moimi źrenicami, po czym rozszedł się na zewnątrz i jego smugi zawirowały w tęczówkach, już nie wyłącznie srebrne. Moja skóra ochłodziła się i stwardniała, a potem zaczęła robić się cieńsza, dopóki nie ujrzałem prześlizgującej się pod nią esencji. Przesunąłem palcami po blacie, śledząc wzrokiem wiry eteru. Nie były takie jak w pierwotnej mgle, która wcześniej otaczała Kierana. Jego esencja miała barwy srebra i złota. Moja - srebra i karmazynu.
Patrzyłem, jak poznaczone ciemną czerwienią cienie spowijają moje nagie barki, po czym kazałem eterowi się wycofać. Odpowiedział natychmiast. Moja skóra się rozgrzała, a cienie zwolniły i zniknęły. W powietrzu przestało wiać chłodem, a blask eteru w moich oczach przygasł. Nie dało się zaprzeczyć temu, co widziałem i czułem.
Esencja, która przeszła na nas od Poppy, nie była jednakowa. W jakiś sposób oba rodzaje eteru, które w sobie miała, rozdzieliły się pomiędzy mnie i Kierana.
Życie.
Śmierć.
A ja nie wiedziałem, co to z nas uczyniło. Ani co oznaczało dla przyszłości.
Właśnie skończyłem myć i przebierać Poppy, gdy wyczułem, że zbliża się Kieran. Zacisnąłem palce na delikatnym zapięciu łańcuszka, na którym wisiała moja obrączka.
Z powodu łączącej nas więzi między atlanckim żywiołakiem a wilkłakiem zawsze byliśmy w stanie wyczuwać, gdy drugi z nas był blisko. Jednak gdy Poppy zaczęła przechodzić Ascendencję i uaktywniło się jej pierwotne notam, to się skończyło.
Ale teraz znów uległo zmianie.
Nie zacząłem wyczuwać, gdzie znajduje się Kieran, od razu po przebudzeniu. Nie potrafiłem stwierdzić, kiedy dokładnie w ciągu ostatnich dwóch dni stało się to możliwe, ale tak się właśnie wydarzyło. A w dodatku to nie była jedyna nowa umiejętność.
Usłyszałem kroki drugiej pary stóp i pazury postukujące o kamienną posadzkę. Wychyliłem się i odłożyłem łańcuszek na szafkę nocną. Kieran nie przybył sam, co wyjaśniało, dlaczego rozległo się ciche pukanie.
- Proszę - odezwałem się, przesuwając kciukiem po chłodnych kłykciach Poppy.
Drzwi się otworzyły. Kieran wszedł do środka i natychmiast skierował wzrok w stronę łóżka. Wiedział, że nie zaszły żadne zmiany, ale trudno było nie żywić desperackiej nadziei.
Spojrzałem na pozostałych gości. Ciemnowłosa żywiołaczka, przywódczyni Gwardii Koronnej, przystanęła przy drzwiach - od jakiegoś czasu próbowałem ją przekonać, by przestała to robić - a za nią do komnaty wszedł śnieżnobiały wilkłak.
Delano wskoczył na łóżko, otarł się głową o moje ramię, po czym położył się i zawiercił, żeby przysunąć się jak najbliżej Poppy.
Zawiesiłem wzrok na przywódczyni. Hisa Fa'Mar nie angażowała się w niepotrzebne gadki szmatki - najczęściej była bezpośrednia i skupiona. Ale teraz, gdy tak stała w białej pelerynie Gwardii Koronnej, jej postawa zdawała się zbyt sztywna. Przypatrzyłem jej się uważniej i otworzyłem zmysły. Zwyczajowe złociste tony jej jasnobrązowej skóry zniknęły, a knykcie miała pobielałe - tak mocno trzymała rękojeść miecza przytroczonego przy pasie. W moich ustach zebrał się ostry, kwaśny, cytrusowy smak. Niepokój.
Coś było na rzeczy.
Usilnie nie patrzyła w stronę Poppy, ale to nie obecny stan mojej żony był źródłem jej zaniepokojenia. Nie gapiła się na nią, bo szanowała prywatność Poppy.
- Co się stało? - zapytałem.
- W tym momencie nie jesteśmy jeszcze do końca pewni - odparł Kieran. Podszedł bliżej, wpatrując się w Poppy. - Ale nic dobrego.
Wciągnąłem powietrze przez nos, po czym powoli je wypuściłem.
- Podaj mi szczegóły.
- Wygląda na to, że w Luksusie doszło do... incydentu - rzekła Hisa. Mówiła o części Dzielnicy Ogrodów, w której mieszkali najbogatsi śmiertelnicy oraz Ascendenci, którzy z jakiegoś powodu nie zasłużyli sobie na miejsce w jednej z rozległych rezydencji znajdujących się tuż za wewnętrzną Zaporą Wayfair. - Mamy wiele ofiar.
Moje palce zamarły na dłoni Poppy. Zmarszczyłem brwi i przeniosłem wzrok na Kierana.
- Śmiertelników? - zapytałem, chociaż to nie miałoby sensu. Wampry były pod strażą, a zwykłych ludzi nie dopuszczano w ich pobliże.
- Nie. - Kieran musnął kłykciami policzek Poppy. - Ascendentów.
Uniosłem brwi.
- Jakim cudem?
Kieran wyprostował się, westchnął i zerknął na niewielki stolik, który został tu przyniesiony któregoś dnia. Stojące na nim talerze z jedzeniem były w większości nietknięte. Zacisnął zęby, po czym znów popatrzył mi w oczy.
Podejrzewałem, że w niedalekiej przyszłości uraczy mnie długą, cholernie wkurzającą połajanką, więc posłałem mu ostrzegawcze spojrzenie.
Blask eteru za jego źrenicami zapulsował, ale po chwili Kieran odwrócił wzrok.
- Musisz to zobaczyć na własne oczy.
Do moich mięśni wkradło się napięcie.
- Albo mógłbyś mi to po prostu powiedzieć.
- To nie wystarczy. - Kieran podszedł do skrzyni stojącej obok wejścia do komnaty łaziebnej. - To nie jest jeden z tych przypadków, gdy Descendenci żądają, żeby spalić Ascendentów w ich domach - ciągnął.
Do diaska. Czyli żądania stały się brutalniejsze. Wcześniej chcieli tylko powyciągać Ascendentów na światło dzienne. A może w zasadzie takie rozwiązanie było łaskawsze? To pewnie zależało od tego, kogo by spytać.
- Wygląda na to, że przestali żądać i przeszli do czynów. - Co oznaczało, że strażnicy zignorowali moje rozkazy i dopuścili Descendentów do Ascendentów. Próbowałem wzniecić w sobie gniew, ale nie potrafiłem szczerze się wściec. Trudno byłoby znaleźć Atlanta, który nie stracił kogoś bliskiego w wojnie Dwóch Królów... albo po niej.
- To nie była sprawka śmiertelników. - Kieran odpiął swój obosieczny miecz. - Jak już mówiłem, musisz sam to zobaczyć.
Irytacja zawrzała we mnie niczym gasnący ogień, który tylko czeka na iskrę, by znów zmienić się w inferno. Esencja w samym środku mojej klatki piersiowej zaczęła szumieć.
Hisa odchrząknęła.
- Kieran ma rację. Inaczej nam nie uwierzysz.
- Na pewno zdołalibyście mnie przekonać - odparłem, zaciskając dłoń na kocu. - Gdybyście się postarali.
Tak mocno zgrzytałem zębami, że zaraz mogły mi się połamać. Metryczka Kierana musnęła mój umysł niczym ziemisty leśny wietrzyk.
Poppy mówiła prawdę.
Kieran naprawdę przypominał drzewo.
Cas.
To był kolejny skutek uboczny Połączenia, który zaskoczył nas obu, gdy ujawnił się po raz pierwszy. Podejrzewaliśmy, że stało się tak dzięki umiejętności Poppy komunikowania się przez notam. Ale ona mówiła, że dopiero po kilku chwilach jest w stanie odnaleźć wyjątkową metryczkę każdego wilkłaka. W naszym przypadku nie było tak samo. Niestety czasami nie wymagało to żadnego wysiłku.
Musisz to zobaczyć.
W tym momencie ta nowa zdolność niezmiernie mnie irytowała.
Kieran odłożył swój miecz na wieko skrzyni, obok mojego.
- Zostawicie nas na chwilę?
Hisa nawet się nie zawahała. Skinęła głową, po czym wyszła z komnaty. Jednak Delano nie ruszył się z miejsca. Kieran odpiął krótkie miecze ze swoich pleców i posłał wilkłakowi znaczące spojrzenie.
Delano zaburczał, ale wstał i zeskoczył z łóżka. Gdy przechodził przez komnatę, wyszczerzył zęby na Kierana i nisko zawarczał.
- Chyba nie był zbyt zadowolony, że go wygoniłeś - zauważyłem.
Kieran położył ostatni miecz na skrzyni i zamknął drzwi.
- A tobie nie spodoba się to, co zaraz powiem.
- W takim razie nic nie mów.
Kieran spojrzał w moją stronę.
- Gdybym tego nie zrobił, byłbym nieudolnym Doradcą Korony i beznadziejnym przyjacielem.
Wytrzymałem jego spojrzenie.
- Dlaczego odnoszę wrażenie, że nie zgodzę się z tym, co właśnie powiedziałeś?
- Bo kiedy chcesz, zachowujesz się jak uparty osioł?
Uśmiechnąłem się kpiąco, a Kieran znów zerknął na stół.
- A swoją drogą, przesłuchaliśmy śmiertelnych żołnierzy zaprzysiężonych Krwawej Koronie.
Uniosłem brwi, słysząc tę zmianę tematu.
- I co?
- Około piętnastu tysięcy przebywających w areszcie wyparło się Krwawej Korony - oznajmił. - Dwa razy więcej się nie zgodziło. A jakieś siedem tysięcy... agresywnie odmówiło złożenia przysięgi wierności wobec Atlantii.
Zacisnąłem zęby.
- Po tym, jak przedstawiliście im wybory, które omówiliśmy?
- Tak.
- Zorganizuj przeniesienie tych siedmiu tysięcy. Miejmy nadzieję, że zmienią zdanie. Ci, którzy nie odmówili agresywnie, powinni dostać kolejną szansę na podjęcie decyzji. Ze świadomością, że jeśli nie wybiorą właściwie, zrobimy to za nich. - Na chwilę zamknąłem oczy i powoli wypuściłem powietrze. Żadna z tych rzeczy nie ułatwiała powiedzenia tego, co trzeba było powiedzieć. - I rozpocznij egzekucje wszystkich pozostałych.
Moje rozkazy osiadły w komnacie z niepożądanym ciężarem.
Po kilku sekundach Kieran skinął głową.
- Spałeś dzisiaj w ogóle?
- Trochę - odparłem. To była prawda. Zmusiłem się, by zasnąć, bo chciałem sprawdzić, czy zdołam dotrzeć do Poppy w jej snach. Ale mi się nie udało.
- Cas - westchnął Kieran. - Nie sypiasz więcej niż po parę godzin. Prawie nic nie jesz...
- O tym chciałeś ze mną porozmawiać na osobności? - przerwałem mu. - Jeśli tak, to czy możemy sobie odpuścić? Bo nie potrzebuję drugiej matki.
- A ja wcale nie chcę tu stać i pouczać cię na temat podstawowych potrzeb niezbędnych do przetrwania. A jednak to robię - odparował. - Zapytasz, dlaczego w ogóle muszę o tym gadać? Bo jesteś w pieprzonej rozsypce, Cas.
Ścisnąłem mocniej zimną dłoń Poppy, próbując zwalczyć narastający gniew.
- Widziałeś mnie w prawdziwej rozsypce, więc powinieneś wiedzieć, że jeszcze mi do tego daleko.
- Teraz jesteś w rozsypce innego rodzaju - upierał się. - Zamiast czuć się winnym z powodu twojego brata...
- Kieranie - rzekłem ostrzegawczo.
Zignorował mnie.
- Czujesz się winny z powodu Poppy.
- Co ty nie powiesz - warknąłem.
Wilkłak zacisnął zęby.
- To nie twoja wina, że jest w takim stanie.
- Wygląda na to, że w tej kwestii się ze sobą nie zgadzamy.
- Jasne, ale to nie oznacza, że masz rację - odciął się. - Skąd miałeś wiedzieć... skąd ktokolwiek z nas miał wiedzieć, że jakiś zatracony Upiór wespnie się po pieprzonej ścianie zamku i spróbuje pozbyć się Poppy?
Nie byłem pewien, czy zamachowiec faktycznie planował zabić Poppy, czy tylko pogrążyć ją w stazie. Jeśli chodziło o to drugie, to niewątpliwie mu się powiodło.
- Powinienem był się lepiej przygotować na taką możliwość.
- W jaki sposób? W ogóle nie śpiąc? - Kieran uniósł brwi. - Biorąc pod uwagę twój sposób myślenia, czy ja jestem winien, bo mnie tu nie było?
- Wysłałem cię gdzieś indziej, żebyś pozałatwiał różne sprawy. Więc nie.
Kieran potrząsnął głową.
- Gdyby role się odwróciły i doszłoby do tego, kiedy ty leżałbyś nieprzytomny, a Poppy by spała, to byś ją za to winił?
Prychnąłem.
- Nie.
Kieran wbił we mnie twardy, stanowczy wzrok.
- Odwal się - mruknąłem. - Nie wierzę, że chcesz, żebym ją opuścił dla jakichś martwych Ascendentów.
Kieran oparł się o drzwi. Wziął głęboki wdech i jego ramiona się uniosły. Minęła chwila ciszy.
- Myślisz, że ja chcę ją opuszczać? Albo ciebie?
Nie odpowiedziałem, bo wiedziałem, że pragnął się znaleźć na moim miejscu.
- Jestem w stanie to robić jedynie dlatego, że wiem, jak odchodziłbyś od zmysłów, gdyby nie było cię przy niej - odezwał się znowu Kieran, kiedy wciąż milczałem. - Byłbyś przerażony, że coś jej się stanie albo że obudzi się akurat wtedy, kiedy ciebie nie będzie u jej boku.
Miał rację.
- Dlatego wziąłem te obowiązki na siebie. Nie wpłynęło to zbytnio na zarządzanie Carsodonią ani królestwem. Ale to nie znaczy, że nie mieliśmy żadnych problemów ani trosk. Ludzie są zmartwieni i skołowani wszystkim, co się stało. Odkryciem, kim i czym tak naprawdę są Ascendenci, a także tym, że w dalszym ciągu pozostajemy w stanie wojny z poplecznikami Krwawej Korony. No i wilkłakami, które patrolują ulice - ciągnął, a ja zmarszczyłem czoło. - Mieliśmy też cholerną boginię, która przebudziła się pod miejską czytelnią. A tutejsi ludzie generalnie nie ufają Atlantom. Że już nie wspomnę o pieprzonych żądaniach roszczeniowych wamprów.
- Zapomniałeś o drakenach, które co godzinę przelatują nad miastem - dodałem.
- Tak, jeszcze te drakeny - rzekł z oschłym śmiechem.
- Dlaczego wilkłaki patrolują ulice w swoich wilczych kształtach? - zapytałem.
Kieran uniósł brew.
- Czy wymaga się od nas, żebyśmy ukrywali swoją prawdziwą naturę?
Spojrzałem na niego beznamiętnie, nie mrugając przy tym.
- Nie.
- Ale?
- Ale zdecydowana większość tutejszych śmiertelników była przekonana, że wilkłaki wyginęły - wyjaśniłem. Moim zdaniem piekielnie logicznie. - To zrozumiałe, że widok wilka o rozmiarach kuca jest dla nich przerażający.
Kieran uśmiechnął się szyderczo.
- Przyzwyczają się.
Popatrzyłem na niego i potrząsnąłem głową.
- Poza tym rozeszła się wieść o tym, kim tak naprawdę jest ich nowa królowa - mówił dalej Kieran. - Nie masz pojęcia, ilu ludzi przyszło, żeby oddać Poppy hołd. Naill i Perry ciągle muszą ich odpędzać.
Na bogów. Gdyby Poppy o tym usłyszała, poczułaby się bardzo niezręcznie. Ale, cholera, ludzie powinni oddawać jej cześć.
- No i są też inni. - Kieran luźno splótł ręce na piersi. - Ci, którzy wciąż popierają Krwawą Koronę. Zamożni właściciele ziemscy i przedsiębiorcy. Wprowadziliśmy zakaz przebywania nocą na ulicach dla ich bezpieczeństwa, przynajmniej dopóki nie nabierzemy pewności, że mamy w garści wszystkich Ascendentów, ale nie udało nam się utrzymać ludzi w domach.
- Wiem. - Znów przeniosłem wzrok na Poppy. - Muszą chodzić do pracy. Zarabiać na jedzenie. Mają rodziny na utrzymaniu.
- Zajmują się tym wszystkim, a jednocześnie gadają. Zastanawiają się, dlaczego ani król, ani królowa nie pojawili się publicznie ani razu od dnia, gdy obaliliśmy Krwawą Koronę - ciągnął Kieran. - Boją się, że znowu zostaną oszukani. A ci lojalni wobec poprzedniej władzy tylko podsycają ten strach.
Raptownie obróciłem głowę ku niemu.
- Chcesz, żebym wygłosił orędzie do ludu? Bez mojej królowej u boku?
- Nie o to mi chodzi. Wiesz, co myślę. Nie uważam, by orędzie w tej chwili mogło w jakikolwiek sposób nam się przysłużyć.
- To dobrze. - Mój wzrok znów powędrował w kierunku Poppy. - Bo w tym momencie nikt tak naprawdę nie wie, co się dzieje. Ludzie nie mają nawet pewności, czy przebywamy w stolicy. Jeśli tam wyjdę - rzekłem, wskazując głową okno - dowiedzą się bez wątpienia, że coś jest na rzeczy. I łatwo się domyślą, że Poppy jest ranna albo niezdolna do rządzenia. To mogłoby im podsunąć różne pomysły, zwłaszcza lojalistom Krwawej Korony, Upiorom, które wciąż się tu kręcą, i Kolisowi.
Niepokój, który buchnął z Kierana, gdy wspomniałem o prawdziwym Pierwotnym Śmierci, dorównywał mojemu.
- Biorąc pod uwagę to, że ten skurwysyn najwyraźniej jest w tej chwili bezcielesny lub coś w tym stylu, może być teraz gdziekolwiek - powiedziałem, chociaż Kieran nie potrzebował przypomnienia. - To ostatnia osoba, która powinna odkryć, że Poppy została osłabiona. O ile... - Urwałem. Nie umiałem dokończyć tej myśli. Przesunąłem kciukiem po obrączce, leżącej teraz przy mojej klatce piersiowej.
Kolis mógł już o tym wiedzieć.
Kurwa.
Tak mało było nam wiadomo o prawdziwym Pierwotnym Śmierci. Nie wiedzieliśmy, do czego był zdolny. Czy wciąż mógł się wzmocnić i przybrać cielesną formę? Nie wiedzieliśmy nawet, jaki był jego ostateczny cel.
Po tym, jak Poppy zabiła tę sukę Isbeth, wszystko potoczyło się zbyt szybko, byśmy mieli czas na porządną, dogłębną rozmowę o Kolisie. Moja żona na krótką chwilę straciła przytomność, a gdy się obudziła, naszym priorytetem stało się odnalezienie jej ojca i zaginionej drakenicy.
Udało nam się osiągnąć tylko jeden z tych celów, zanim Poppy zapadła w stazę, by dokończyć swoją Ascendencję.
A choć Reaver miał więcej informacji o Kolisie niż którekolwiek z nas, podczas jego rządów wciąż był tylko dzieckiem. Jedyną osobą oprócz niego, która mogłaby nam powiedzieć coś więcej, był Nektas, ale nikt go nie widział, odkąd Poppy pogrążyła się w stazie.
- Masz rację - przytaknął Kieran. Na kilka chwil zapadła cisza. - Wiesz, kiedy zostałeś pojmany, Poppy chciała ruszyć prosto na stolicę i wypalić sobie drogę do ciebie przez to królestwo.
Spojrzałem na Poppy i wygiąłem usta w uśmiechu. Oto moja żona.
- Nic jej nie obchodziło sprawowanie roli królowej ani dowodzenie armią. Myślała tylko o tym, jak do ciebie dotrzeć - ciągnął Kieran. - Ale wiedziała, że nie może zaniedbać swoich obowiązków. Wiedziała, że wszystko, co się działo, było ważniejsze od ciebie... od was obojga. Rozumiała, że jeśli ruszy prosto na Carsodonię, nie tylko zaryzykuje twoje życie, ale też narazi na niebezpieczeństwo życie niezliczonych innych osób. Więc wzięła się w garść, bo jej serce było... jest na tyle duże, by pomieścić i ciebie, i pozostałych. A ty wcale tak bardzo się od niej nie różnisz. Tobie też zależy na ludności Solis.
Otworzyłem usta.
- Znam cię. W końcu poczujesz wyrzuty sumienia, że uchylasz się od swoich obowiązków - stwierdził Kieran. - Może jeszcze nie teraz, ale wkrótce.
Zacisnąłem zęby.
- Jesteś królem, bez względu na to, czy się do tego przygotowywałeś. Nawet jeśli nigdy nie pragnąłeś korony. Masz to we krwi - powiedział Kieran. Powiodłem wzrokiem po srebrnych promieniach księżyca padających na skraj łóżka. - Musisz zobaczyć, co spotkało tych Ascendentów.
Potarłem dłonią czoło i ciężko wypuściłem powietrze.
- Pewnie robisz się już bardzo zmęczony tym, że musisz ustawiać do pionu i Poppy, i mnie.
Kieran zachichotał i się zbliżył.
- Ktoś musi się tym zajmować.
- Ja... - Przygryzłem dolną wargę i potrząsnąłem głową. - Gdy pomyślę, że miałbym ją zostawić...
- Wiem. - Położył mi dłoń na ramieniu. - Ale nie pozwolę, by cokolwiek jej się stało. Delano również. - Urwał na chwilę. - A jeśli obudzi się akurat pod twoją nieobecność, mogę ją po prostu znokautować, zanim się zorientuje, że cię tu nie ma.
Parsknąłem śmiechem.
- Nigdy byś tego nie zrobił.
Na jego ustach pojawił się niewielki uśmiech.
- To zależy od tego, ile pytań zacznie zadawać, kiedy się ocknie.
Roześmiałem się.
- Jeśli tak się stanie, będziemy mieli naprawdę wielkie szczęście... - Ostro wciągnąłem powietrze, gdy zdałem sobie sprawę, że może być zupełnie na odwrót. Poppy mogła się obudzić z pytaniami, ale nie spowodowanymi jej ciekawską naturą, tylko tym, że nie będzie miała pojęcia, kim jest.
Obaj zamilkliśmy i spojrzeliśmy na nią. Nasze niewypowiedziane myśli zawisły w komnacie niczym gęsta, dusząca mgła.
- Idź - powiedział cicho Kieran. - Poppy będzie bezpieczna. A jeśli cokolwiek się wydarzy, dopilnuję, byś natychmiast został powiadomiony.
Potarłem kciukiem jej kłykcie i na moment przymknąłem oczy. Wiedziałem, co muszę zrobić.
Zaniedbywanie moich obowiązków wobec królestwa w końcu zaczęłoby mi doskwierać. Miałem zadania - kilka milionów różnych zadań - do wykonania. Wciąż jednak musiałem powtórzyć to sobie kilka razy, żeby przekonać samego siebie, że tak jest... a przynajmniej żeby się ruszyć. Zanim poznałem Poppy, nie potrzebowałem aż takiego namawiania. Ale teraz czułem się zobowiązany doglądać wyłącznie mojej żony.
Wstałem i pochyliłem się nad nią, by łagodnie pocałować jej lekko rozchylone usta. A potem zrobiłem to, czego nie chciałem robić, ale musiałem.
Bo Kieran miał rację.
Byłem królem.
Bez względu na to, czy tego chciałem, czy nie.
Kasztanowowłosy żywiołak jadący obok mnie wydawał się zaskakująco cichy... a przecież nigdy taki nie był.
Emil dołączył do mnie i do Hisy, po czym razem wyjechaliśmy z Wayfair. Gdy na niego zerknąłem, poczułem w gardle cierpki, cytrynowy smak. Niepokój. Nie potrafiłem pojąć, co takiego mogło spotkać Ascendentów, że aż tak poruszyło jego i Hisę.
Podniosłem wzrok na miasto i moim oczom ukazał się Złoty Most. Jego pozłacane balustrady migotały w rozproszonym blasku księżyca. Ukwiecone jacarandy rosnące wzdłuż drogi, w świetle słońca różowawofioletowe, teraz nabrały bledszego, srebrzystego odcienia. Przed nami pojawiły się rzędy okazałych domów.
Zbliżyliśmy się do Luksusu i jacarandy zastąpiły teraz węższe, proste jak strzała drzewa. Coś się zmieniło w powietrzu. Wydawało się... ciężkie, choć nie od wilgoci. Setti stąpał w taki sposób, jakby brodził w grochówce.
- Czujesz to? - zapytała Hisa miękkim tonem, którego jeszcze nigdy nie słyszałem z jej ust.
- Coś tu jest zdecydowanie nie tak - przyznałem, poprawiając kaptur, który ukrywał moją twarz. - Tylko nie potrafię jeszcze określić co. - Gęste chmury przesunęły się po niebie i przesłoniły księżyc. Zerknąłem na Emila. - Ty też to czujesz?
Skinął głową, podczas gdy Hisa obrzuciła wzrokiem cienie czepiające się kamiennych ścian dziedzińców.
- Tak. - Lekko zadarł podbródek. - Niemal odnoszę wrażenie, że oni również.
Spojrzałem tam, gdzie on, i zesztywniałem w siodle, zobaczywszy kilkunastu śmiertelników stojących w małych grupkach na werandach. Owinięci w szlafroki, rozmawiali ze sobą przyciszonymi głosami, śledząc nas wzrokiem. Jedni mieli w oczach zmartwienie, inni patrzyli na nas z wyraźną wrogością.
Wiedziałem, jak Poppy czuła się w tłumie.
Teraz wystarczyło jedno spojrzenie w kierunku tych ludzi i już zalewał mnie niepokój, a w ustach zbierał mi się gorzki smak gniewu. Oderwałem wzrok i prędko wzniosłem w umyśle gruby mur. Odciąłem się od nich, by w moim wnętrzu pozostały wyłącznie moje własne emocje.
Nie miałem pojęcia, jak Poppy sobie z tym radziła. Gdybym już wcześniej nie potrafił używać mentalnej blokady, uczucia, którymi emanowali ci ludzie, by mnie zadławiły. A ona musiała opanować osłanianie się metodą prób i błędów. Nie miała nikogo, kto by ją tego nauczył. Wiedziałem, że moja żona była silna, ale, na bogów, to przypomnienie w pewien sposób okazało się dla mnie teraz błogosławieństwem. Skoro zaszła w życiu tak daleko, choć przy tym musiała się mierzyć z blokowaniem emocji innych, zapewne zdoła wrócić do nas niezmieniona.
Nagle naszło mnie wrażenie cudzej świadomości i eter zapulsował mi w piersi. Instynktownie zerknąłem na nocne niebo, lecz nie dostrzegłem tam nic oprócz ciemnych chmur.
Ale coś poczułem.
Wyciągnąłem szyję i udało mi się dojrzeć nad nami jakiś kształt. Zmrużyłem oczy...
Olbrzymie skrzydła przecięły gęste chmury niczym ostrze przechodzące przez dym i rozproszyły cienie na mrocznym niebie. Draken zmierzał prosto na nas niczym wypuszczona z łuku strzała. Srebrne promienie księżyca odbijały się w jego fioletowo-czarnych łuskach.
Poczułem nagły przypływ paniki, więc ścisnąłem mocniej wodze Settiego. Niecałe uderzenie serca później Reaver zanurkował nisko i rozległy się krzyki.
Wiatr przemknął z rykiem nad drogą, unosząc skraj mojej peleryny. Skrzydła drakena musnęły dachy domów po obu stronach naszej grupki.
Emil poderwał głowę.
- Co, do...? - zaklął, gdy pieprzony kolczasty ogon Reavera świsnął w powietrzu kilka centymetrów nad nami, przez co Hisa niemal spadła z konia.
- Co za dupek - mruknąłem. Setti parsknął z irytacją i potrząsnął grzywą.
Draken wydał z siebie głośny, ochrypły dźwięk, który przypominał śmiech, po czym nagle wzbił się wyżej. Przestraszeni śmiertelnicy czmychnęli do swoich domów.
Emil powoli obrócił głowę w moją stronę i uniósł brwi.
- Chyba całe życie właśnie przeleciało mi przed oczami.
Ten przeklęty draken.
Potarłem Settiego po szyi, żeby go uspokoić. Zobaczyłem, że Reaver rozłożył szeroko skrzydła i znów zniknął pośród chmur.
- To było... ciekawe. - Hisa wyprostowała się w siodle z pobladłą twarzą i odchrząknęła. - Pojadę przodem i dam pozostałym znać, że zaraz tam będziecie.
Emil powiódł za nią wzrokiem.
- Muszę przyznać - rzekł, unosząc kącik ust - że gdybym był drakenem, też notorycznie wywijałbym takie numery.
- W ogóle mnie to nie dziwi - odparłem oschle, zerkając na mijane budynki.
Zmierzch już dawno zapadł, ale nie było jeszcze zbyt późno. Mimo to z otwartych okien, zadaszonych tarasów i wymyślnych ogrodów na dziedzińcach nie dobiegała żadna muzyka ani rozmowy. Przy tak przyjemnej pogodzie ta część Carsodonii powinna tętnić życiem, nawet mimo tego, że wszystkie sklepy i przybytki musiały się zamknąć z powodu godziny policyjnej. A jednak oprócz ludzi, którzy wcześniej wyszli na werandy, nie widziałem nikogo innego.
Wszystko, co zaszło w ostatnich dniach, zapewne miało na to wpływ, ale przecież nie zakazaliśmy śmiertelnikom wychodzenia z domów po zmierzchu. Mogli robić, co chcieli, o ile tylko pozostawali na terenie swoich posiadłości.
Miasto było pogrążone w ciszy.
Ale wiedziałem, że nie pozostanie takie zbyt długo. Nie mogło.
Nieważne, jak bardzo nie chciałem tego przyznać - jeśli Poppy wkrótce się nie obudzi, będziemy musieli wykonać jakieś ruchy. Trzeba było odnaleźć Kolisa. Znieść godzinę policyjną. Wymyślić, co zrobić z Ascendentami pozostającymi w areszcie domowym. A to było tylko kilka decyzji, które musiałem podjąć. Wyborów, których nie powinienem dokonywać bez konsultacji z Poppy.
Ścisnąłem wodze Settiego jeszcze mocniej. Poppy niedługo się obudzi.
Musi.
zapraszamy do zakupu pełnej wersji.