1894 / UTOPIJNA FANABERIA
Na początku była wojna.
Pierre de Frédy ma osiem lat, gdy w styczniu 1871 roku Paryż kapituluje. Po czteromiesięcznym oblężeniu brakuje jedzenia. Na Boże Narodzenie niektóre restauracje oferują w menu dania z kotów i szczurów oraz słoni i wielbłądów, które padły w ogrodzie zoologicznym. Francja spektakularnie przegrywa wojnę z Prusami. Ulicami miasta przechodzi zwycięska parada tysięcy pruskich, bawarskich i saskich żołnierzy. Północ kraju jest okupowana, Francja musi spłacić kontrybucję w wysokości pięciu miliardów franków w złocie, traci Alzację i część Lotaryngii. Po wycofaniu obcej armii w stolicy wybucha rewolucja.
Rodzice Pierre'a, Charles Louis de Frédy i Marie-Marcelle Gigault de Crisenoy, nie wychodzą na barykady. Oboje są rojalistami i katolikami, pochodzą z arystokratycznych rodzin o wielowiekowych tradycjach. W 1875 roku ojciec posyła Pierre'a do siedmioletniego kolegium jezuickiego. Chłopak ma zdobyć porządne wykształcenie, zostać wojskowym lub prawnikiem. Dostaje się do Akademii Wojskowej, ale wkrótce rezygnuje. W 1883 roku rozpoczyna studia w Wolnej Szkole Nauk Politycznych. Uczelnia powstała rok po wojennej klęsce i ma kształcić nową klasę polityczną Francji.
Pierre'a najbardziej interesują historia, socjologia, reforma szkolnictwa. Uważa, że tylko dzięki edukacji naród może odzyskać poczucie godności. Podczas wizyt w Anglii imponuje mu tamtejszy system nauczania, uwzględniający wychowanie fizyczne i gry zespołowe. Sam w czasie wolnym jeździ konno, wiosłuje, niekiedy gra w tenisa, zakłada rękawice bokserskie, uprawia szermierkę. Nie dlatego, że jest wybitnym sportowcem, ale dlatego, że to francuski arystokrata żyjący pod koniec XIX wieku.
Dzięki rewolucji przemysłowej termin "czas wolny" coraz częściej poznają też robotnicy i zakładają własne stowarzyszenia sportowe. Popularność na Zachodzie wciąż zyskuje filozofia muskularnego chrześcijaństwa. Jej filary to męskość, moralność, zdrowie i patriotyzm. Sport ma pomóc w walce z lenistwem i grzechem, a także w utrzymaniu sprawnej armii. Pierre wie, że te cnoty mają nieco dłuższą historię niż Związek Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej (YMCA). Jego wyobraźnię rozpalają świeże odkrycia niemieckich archeologów w Grecji: odnalezienie Troi i odsłonięcie ruin Olimpii.
Pomysł Pierre'a dojrzewa niemal dekadę. W tym czasie Francuz publikuje artykuły w gazetach, organizuje konferencje i współorganizuje zawody, podróżuje, a także zawiera znajomości wśród wpływowych obcokrajowców przebywających w Paryżu. Pozyskuje sojuszników z Anglii, Grecji, Austro-Węgier, Rosji, Cesarstwa Niemieckiego, ze Szwecji i Stanów Zjednoczonych, z Kanady, a nawet Nowej Zelandii.
W listopadzie 1892 roku wygłasza odczyt na Sorbonie z okazji jubileuszu Unii Francuskich Towarzystw Sportów Atletycznych. Przypomina, że idea zawodów inspirowanych starożytnymi igrzyskami narodziła się u schyłku Wielkiej Rewolucji, choć nie przetrwała. Za to za Napoleona "u stóp piramid, nad Dunajem, w Hiszpanii, pod murami moskiewskiego Kremla" Francuzi "przez dwadzieścia lat szalonej i wzniosłej epopei demonstrowali najbardziej atletyczny spektakl, jaki świat miał kiedykolwiek okazję oglądać". Przyznaje, że to zrozumiałe, że po takim wysiłku następne pokolenia wolą grę w domino. Przestrzega jednak: w Berlinie już zaistniał prawdziwy sport militarny - niemiecka gimnastyka. Tamtejsi młodzieńcy są karni, kochają się w regulaminach, na uniwersyteckich zebraniach studenci na komendę opróżniają kufle, a wojskowy dryg przyjęli nawet socjaliści. W dodatku ta idea zaczyna się rozprzestrzeniać.
Młody Pierre de Coubertin. Łagodne spojrzenie dobrze maskuje jego upór i determinację. "Niedyszący żądzą walki bojownik" - piszą po spotkaniu z nim w 1925 roku dziennikarze "Stadionu".
- Anglicy, wędrując po świecie - mówi Pierre - wożą ze sobą tenis ziemny i Biblię, z którymi nigdy się nie rozstają. Niemcy, opuszczając ojczyznę, zabierają ze sobą kiszoną kapustę i swą gimnastykę.
Dodaje, że właśnie dzięki sportowi jedną z głównych rozrywek Anglików przestało być "upijanie się do rozmaitych stadiów nieprzytomności". Nieco bardziej łaskawy jest dla Szwedów: jeżdżą na łyżwach i gimnastykują się, choć niezbyt energicznie, "są nacją szczęśliwą - w ich historii niewiele się wydarzyło od stu lat". Wreszcie, po ponad trzydziestu minutach, mówca zbliża się do konkluzji:
- Kiedy ktoś fantazjuje o świecie bez wojen, nie bez racji uważacie go za utopistę, ale jeśli ktoś wierzy, że możliwe jest stopniowe zmniejszanie zagrożenia nimi, nie widzę w tym śladu utopii. Jest rzeczą oczywistą, że telegraf, koleje żelazne, telefon, wielkie zaangażowanie w badania naukowe, międzynarodowe kongresy i wystawy uczyniły więcej dla pokoju aniżeli wszystkie dyplomatyczne układy razem wzięte. Osobiście mam nadzieję, że sport zdoła dokonać jeszcze więcej - ci, którzy mieli okazję zobaczyć, jak trzydzieści tysięcy osób zdąża w deszczu na mecz footballu, wiedzą, że nie są to puste słowa. Eksport wioślarzy, biegaczy, szermierzy - tak oto wyglądać będzie wolna wymiana towarów w przyszłości, a w dniu, gdy stanie się to rzeczą zwykłą w Europie, walka o pokój otrzyma kolejne potężne wsparcie. Powyższa perspektywa wystarczy - dodaje Pierre - aby zachęcić waszego uniżonego sługę do opracowania dalszej części programu. Ma on wielką nadzieję, że pomożecie mu w tym, tak jak wspieraliście go dotychczas, i że zdołamy razem doprowadzić do końca wielkie i zbawcze dzieło, jakim stanie się odrodzenie igrzysk olimpijskich.
- To jakaś fanaberia - cmokają na to członkowie francuskiego stowarzyszenia.
Może i mają rację, jest to jednak fanaberia człowieka, który nie poddaje się łatwo. Rok później Unia powołuje komisję, która ma zająć się przygotowaniem kongresu sportowego.
W czerwcu 1894 roku Pierre de Frédy, baron de Coubertin znów wchodzi na mównicę w sali Sorbony. Szczupły, niewysoki mężczyzna ma trzydzieści jeden lat i wciąż chłopięcą urodę. Wypielęgnowane wąsy tylko nieznacznie dodają mu powagi.
- Od czasów średniowiecznych snuje się stale pewna nieufność do zalet cielesnych, które wyraźnie oddzielono od zalet duchowych. Było to ogromnym błędem, którego następstw naukowych i społecznych niepodobna obliczyć.
Tym razem słucha go ponad siedemdziesięciu delegatów z kilkunastu krajów.
- Ludzie starej szkoły jękiem żalu przyjęli nasze obrady w samej Sorbonie, zdali sobie bowiem sprawę, że zbuntowaliśmy się i że doprowadzimy do obalenia gmachu ich zmurszałej filozofii.
Kongres dla Wskrzeszenia Igrzysk Olimpijskich decyduje o powołaniu Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, stworzeniu zasad amatorskiego współzawodnictwa olimpijskiego i organizacji pierwszych nowożytnych igrzysk w Atenach. Teraz Pierre wszczyna własną rewolucję.
1896 / NIEJAKIE UPOJENIE
Gdy w kwietniu 1896 roku Pierre de Coubertin realizuje swoje marzenie, w igrzyskach bierze udział ponad dwustu zawodników. To wyłącznie mężczyźni, przeważnie majętni, bo podróż do Aten jest kosztowna. Zazwyczaj startują w kilku konkurencjach i choć wyniki mają marne, o zawodach rozpisują się gazety w całej Europie. Grecy też zapominają o początkowych oporach, są zachwyceni wskrzeszeniem tradycji. Teraz chcieliby już zawsze organizować igrzyska u siebie. Nie mają tylko czasu, by o to zabiegać, bo ruszają na wojnę z Imperium Osmańskim.
Członkowie Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Po lewej siedzi sekretarz generalny Pierre de Coubertin, a obok niego pierwszy prezydent MKOl, Grek Demetrius Vikelas.
Po latach Pierre de Coubertin będzie wspominał: "Mówiono wówczas, że igrzyska olimpijskie z 1896 roku przyczyniły się do popchnięcia Grecji do ostatecznej decyzji, albowiem pod ich przykrywką wodzowie panhellenizmu zebrać się mogli w Atenach i poczynić wstępne przygotowania do wojny. Osobiście nigdy w to nie uwierzyłem i nie są mi znane żadne przekonujące dowody, na których oprzeć by można było powyższe stwierdzenie. Sądzę, że było wręcz odwrotnie - poruszenie w kwestii Krety wybuchło dość spontanicznie. Przyznaję jednak, że sukces odniesiony przez igrzyska wprawił bez wątpienia Hellenów w niejakie upojenie i wpoił w nich niebezpieczną wiarę zarówno w ich własne siły, jak i w poparcie zagranicy. Jakkolwiek rzecz się miała, wybuchła wojna, która szybko przerodziła się w nieomal klęskę. Opinia publiczna w Europie była na ogół niechętnie nastawiona do Grecji - przede wszystkim Francuzi osądzili nader surowo tę pochopną decyzję".
Gdy pomysł stałej organizacji igrzysk w Atenach upada, Grecy wpadają na inny: chcą co cztery lata robić własną imprezę, naprzemiennie z tą właściwą. Znów przeszacują. Zawody odbędą się tylko raz, w roku 1906. Pomysł może i jest na miarę greckich ambicji, ale nie możliwości finansowych.
1900-1904 / TE, KTÓRYM NIC NIE DORÓWNA
Igrzyska w Paryżu w 1900 roku trwają łącznie ponad sześć miesięcy, ale mało kto zwraca na nie uwagę, bo towarzyszą Wystawie Światowej. Wśród nowych konkurencji są krykiet, loty balonem i strzelanie do żywych gołębi. To organizacyjna katastrofa. Długo nie wiadomo, które konkurencje odbywają się w ramach zawodów, a które są nieoficjalnymi spotkaniami towarzyskimi.
Maratonu nikt nie pilnuje, zawodnicy biegną różnymi trasami, jeden z nich skarży się, że został potrącony przez rowerzystę.
Dyskobole rzucają w publiczność, młociarze - w gałęzie, bo konkurencję przeprowadzono w alei drzew.
Terminy startów zmieniają się w ostatniej chwili - szermierze, którym uda się dotrzeć na czas, nie mają z kim się pojedynkować.
Odkręcanie błędów w nazwiskach i narodowościach uczestników zajmie wiele lat. Nawet francuska prasa rzadko informuje o przebiegu rywalizacji.
Ateny, kwiecień 1896 roku. Start w biegu na 100 metrów. Pierwsi mistrzowie olimpijscy w nagrodę otrzymują srebrny medal, gałązkę oliwną i dyplom.
Cztery lata później na wyjazd do amerykańskiego Saint Louis stać tylko nielicznych Europejczyków. Co najmniej trzy czwarte spośród ponad sześciuset startujących sportowców to obywatele Stanów Zjednoczonych. Rywalizują więc ze sobą zawodnicy nie tyle z różnych państw, ile z amerykańskich klubów i uczelni.
Przedstawiciele wszystkich kontynentów? Występują, ale nie w takiej roli, jaką de Coubertin sobie wymarzył. Zawody towarzyszą wystawie i targom z okazji stulecia odkupienia Luizjany przez Stany Zjednoczone od Napoleona. Wartości olimpijskie? To pojęcie niezbyt precyzyjne - postęp promuje się tu zgodnie z duchem czasu, na przykład podczas Dni Antropologicznych.
Organizatorzy zapewniają, że lekkoatletyczne zawody wyłącznie dla rdzennych mieszkańców Afryki, Azji, Oceanii i obu Ameryk mają charakter naukowy. Na oczach dziesięciu tysięcy widzów około stu półnagich mężczyzn biega, skacze w dal, podnosi ciężary, przeciąga linę, strzela z łuku i wspina się na piętnastometrowy pal. Nigdy wcześniej nie startowali w zawodach i nie znają zasad, nie widzą też sensu w podobnej rywalizacji, więc i wyniki nie są wybitne. Przewodniczącego komitetu organizacyjnego Jamesa E. Sullivana to nie martwi, wręcz przeciwnie. Napisze: "Całe spotkanie niezbicie dowodzi, że dziki był człowiekiem bardzo przereklamowanym z atletycznego punktu widzenia". Jego ocena całych zawodów też jest jednoznaczna: "Ameryce należy się pełne uznanie za tak doskonałe zorganizowanie igrzysk, którym nic nie dorówna, dopóki nie wrócą do Ameryki, gdyż ustanowiła ona standardy trudne do osiągnięcia przez inne kraje".
Choć de Coubertin jest już w tym czasie prezydentem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, sam nie jedzie do Saint Louis, bo - jak tłumaczy we wspomnieniach - przed laty rozczarował go banalny pejzaż okolicy: "Przeczuwałem, że olimpiada dostosuje się do charakteru tamtego miejsca. I w rzeczy samej, gdy idzie o oryginalne wydarzenia, program oferował tylko jedno, a do tego raczej żenujące". Jednak linię jego horyzontów też wyznacza epoka, w której żyje: "Były to dwa dni nazwane dziwacznie "anthropological days", zarezerwowane na zawody murzynów, Indian, Filipińczyków czy też Ajnów, do których ośmielono się dołączyć Turków oraz Syryjczyków... A było to zaledwie dwadzieścia sześć lat temu! Nie będziecie mi chyba wmawiać, że świat nie poszedł od tamtej chwili naprzód, a idea sportu nie poczyniła postępów?...".
1908 / RADOŚCI CHŁOPIĘCEGO ŻYCIA
Ściana gabinetu Cezarego Harasimowicza, scenarzysty i pisarza, może budzić zazdrość - niewielu ludzi tak dobrze zna swoją rodzinną historię. Wiszą tu fotografie z początku XX wieku, kawaleryjska szabla, sztylet z orłem rzeźbionym w rękojeści, ponad trzydzieści odznaczeń, w tym Order Virtuti Militari, a także portret Józefa Piłsudskiego z odręczną dedykacją. Wpatrujemy się jednak w jedyne zachowane zdjęcie, na którym rodzina Królikiewiczów jest w komplecie.
- Na odwrocie jest data 17 kwietnia 1906 roku, to był wtorek po Wielkanocy - opowiada Cezary Harasimowicz. - Starsi synowie odwiedzili rodziców i dzień później, z pełnymi brzuszkami, razem poszli do fotografa.
Karol Królikiewicz, pradziadek Harasimowicza, jest urzędnikiem. Prababcia Julia zajmuje się domem i wychowuje synów. Jest też rówieśniczką Pierre'a de Coubertina - młodszą od niego o pięć dni. Rodzina ma dom z gospodarskim obejściem przy Rycerskiej 21 we Lwowie, kilka minut spacerem od dworca kolejowego. Wokół ciągną się łąki, sady, ogrody, pola uprawne i nieużytki.
- Julia nosi ciemną suknię, ale można dojrzeć dyskretny haft. Mężczyzna z brodą, który jako jedyny siedzi bokiem i patrzy w jej stronę, to Karol. Ukrywa w ten sposób, że nie ma prawego oka - wyżarł je nowotwór. Wszyscy bracia mają orle nosy, to po ormiańskich przodkach. Do końca życia zaciągali po lwowsku, dziadek może trochę mniej. Jest tutaj, pierwszy po lewej, w szkolnym mundurku. Ma jedenaście lat.
Rodzina Królikiewiczów. Z przodu od lewej: Adam (rocznik 1894), Oktawian (1903), Julia (1863), Karol (1855), Wacław (1900) i Stanisław (1891). W tylnym rzędzie od lewej: Marian (1880), Kazimierz (1884), Tadeusz (1887) i Mieczysław (1889).
To musi być mniej więcej czas, kiedy Adam Królikiewicz po raz pierwszy słyszy o igrzyskach olimpijskich. Po latach opowie wnukowi, jak z młodszymi braćmi dla zabawy rzucali dyskiem - denkiem od znalezionej w lesie puszki konserwowej. Konkurs kończy się rozcięciem głowy jednego z nich. Bracia może nie mają znaczących osiągnięć sportowych, ale nie narzekają na brak rozrywek. W białohorskich lasach zbierają konwalie, w noc świętojańską szukają kwiatu paproci. Na wagary chodzą nad stawek Barana w Kleparowie, bo jest ukryty w krzakach. Czasem kąpią się w nim, ale cieplejsza woda jest w stawach winiarza Ludwika Stadtmüllera - tu też nieraz polują na raki.
Któregoś dnia Adam wymyka się z domu i biegnie do piaszczystej drogi niedaleko dworca. Patrzy, jak w rytm marsza wojsko cesarza Franciszka Józefa maszeruje z koszar na ćwiczenia. Na czele konno jadą wyżsi oficerowie.
Pisze we wspomnieniach: ""Banda" - tak w naszej lwowskiej gwarze nazywaliśmy maszerującą orkiestrę wojskową - jak magnes przyciągała okoliczną gawiedź. Zgraja wyrostków, wśród których nie brakowało też lwowskich "batiarów", asystowała wojskowej kapeli krok w krok na całej trasie przemarszu. W austriackich mundurach szli ich ojcowie lub bracia, krewni, przyjaciele, koledzy bądź znajomi".
Adam zapamiętuje, jak po przejściu orkiestry tumany kurzu wiszą w ciepłym letnim powietrzu i czuć ostrą woń, którą zostawiają za sobą konie.
Przyroda go fascynuje, chce jej poświęcać jak najwięcej czasu. Jest jednak pewna przeszkoda: "Szkoła, jak zmora, zaciemniała mi radość chłopięcego życia - będzie wspominał Królikiewicz. - W pogodny, letni dzień trudno mi było w jej murach usiedzieć spokojnie. Do nauki, szczerze mówiąc, nie miałem sentymentu ani wielkiej ochoty".
Ma ochotę czy nie ma, uczyć się musi. Rodzice chcą wykształcić wszystkich ośmiu synów na inżynierów. Czar przyrody Adam może poznawać, pomagając w gospodarstwie. Przy domu Królikiewiczowie prowadzą ogród z warzywami i owocami, na pobliskich polach mają uprawy, a w zagrodzie - dwie krowy, kilka świń, trochę drobiu, a także psa na łańcuchu i kota.
Karol Królikiewicz nie chce zatrudniać do pomocy nikogo spoza rodziny. Synów wychowuje twardą ręką - o tym, jak bolesna może być kara za nieposłuszeństwo, przekonują się nieraz. Gdy starsi dorastają, jeden po drugim z ulgą opuszczają dom.
Rok po zapozowaniu do wspólnej fotografii Karol Królikiewicz umiera, a głową rodziny oraz "wykonawcą sprawiedliwych wyroków matki" zostaje najstarszy z obecnych w domu synów.
------
Jest jeszcze drugi Adam ze Lwowa, młodszy od Królikiewicza o siedem miesięcy. Najpierw batiar, potem andrus, bo tak na ulicznych łobuzów mówi się w Krakowie. W 1905 roku jego ojciec Fryderyk Papée, wcześniej zastępca dyrektora Biblioteki Uniwersyteckiej we Lwowie, zostaje nowym dyrektorem Biblioteki Jagiellońskiej. Adam musi zmienić miasto i gimnazjum, ale nie zmienia zainteresowań. Należą do nich: kopanie piłki z kolegami, wycieczki w góry, podpalanie ogłoszeń w westybulu szkoły, rozlewanie cuchnących płynów podczas lekcji, przypinanie na tablicy wywieszek z epitetami na profesorów, wytupywanie towarzyszących im praktykantów, a także burdy w parkach i w dzielnicy żydowskiej.
Ma trzynaście lat, gdy trafia na kurendę o kursie szermierki, który w sali gimnazjum Świętej Anny prowadzi dwudziestosześcioletni Konrad Winkler, teoretyk sztuki i początkujący malarz.
Siedemdziesiąt lat później Adam Papée opowiada w audycji radiowej: - Kiedy wróciłem do domu i powiedziałem to ojcu, popatrzył tak na mnie troszkę z boku i powiedział: "No, właściwie to tak jesteś trochę słaby... Może by ci się przydało? No, to się może zapisz".
Na kursie nikt na nowego chłopaka nie zwraca uwagi. Jedyny sposób, by coś się zmieniło, to pilne treningi. Wkrótce na dawne zainteresowania będzie miał nieco mniej czasu i sił.
Jest akurat rok 1908. Czy inspiracją dla Adama Papée mogły być rozgrywane wtedy igrzyska olimpijskie w Londynie? Jeśli tak, przemilcza to we wspomnieniach.
Tymczasem organizatorzy sportowej imprezy nadają jej godną rangę. Podczas uroczystości otwarcia zawodnicy pierwszy raz idą w defiladzie. Do historii przechodzi zdanie biskupa Pensylwanii wypowiedziane podczas mszy w katedrze Świętego Pawła: "W tych igrzyskach nie tak ważne jest zwycięstwo, jak sam udział". Pierre de Coubertin rozwinie tę myśl w jedną z głównych zasad igrzysk.
W olimpijskim turnieju tenisowym Austrię reprezentuje Felicja Pietrzykowska (w oficjalnym raporcie jako "F. Pietrikowski"). Prawdopodobnie jest zawodniczką jednego z klubów austriackich, bo przed 1909 roku polskich klubów tenisa ziemnego w Galicji jeszcze nie ma. Stanisław Polakiewicz, wiceprezes Polskiego Komitetu Igrzysk Olimpijskich, w pierwszej polskiej książce poświęconej ruchowi olimpijskiemu pisze o innym zawodniku z igrzysk w Londynie: "Trzecim w konkursie skoków pływackich był zawodnik ze Stanów Zjednoczonych nazwiskiem Gajdzik. Wiadomości o tym żadnych nie ma, ale wolno przypuszczać, że był to najprawdopodobniej Polak, naturalizowany jako obywatel Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej". Sto lat później wciąż przywołuje się "Jerzego Gajdzika" jako pierwszego "polskiego" medalistę. Wiadomo już jednak, że George Gaidzik był w najlepszym razie Amerykaninem polskiego pochodzenia. Urodził się w 1885 roku w Chicago.
[...]