Rozdział 1
1
Leżała na ziemi i jęczała z bólu. Tom patrzył na nią i stał jak
zamurowany. Mogłaby być jego babcią. Co on ma teraz zrobić? - zadawał
sobie pytanie. Co zmalował Dingo? Podczas poprzednich spacerów po
okolicy nigdy nie rozrabiał ani nie zrywał się ze smyczy. Tom rozejrzał
się w poszukiwaniu wsparcia. Kobieta pojękiwała dalej i zaciskała zęby,
próbując powściągnąć krzyki. Kiedy chciał pomóc jej wstać, powstrzymała
go gestem ręki i przestrzegła, by jej nie dotykał. Hałasy zaniepokoiły
Aarona, sąsiada z dołu, który zawsze dopytywał o Dinga, dlatego teraz
wyszedł z mieszkania. Nie minęło parę chwil, a pochylał się nad
staruszką i pytał, gdzie ją boli, lecz od razu się zorientował, że
sytuacja się nie poprawia, i zadzwonił z komórki po pogotowie.
- Nie wolno nam jej ruszać - tłumaczył Aaron. - Poczekamy tu z nią do
przyjazdu karetki.
Staruszka nadal wiła się z bólu. Tom był ogromnie skonsternowany i nie
wiedział, co zrobić, a dręczyło go poczucie winy. Chciał pomóc, by
zadośćuczynić za to, co zrobił Dingo.
Kobieta skierowała uwagę Toma na swoją torebkę i zwróciła się do niego:
- A ty, młodzieńcze, nie stercz tu jak kołek! Wyjmij z mojej torebki
telefon i poszukaj Amosa. Zadzwoń do niego - przykazała, z trudem
dobywając słowa wśród fal cierpienia.
Tom pochylił się, by wykonać polecenie.
- Przynieść ci wody? Szybko się uwinę, dobrze?
- Nie, nie chcę wody - odparła szeptem. - Zadzwoń po prostu do Amosa.
Tom wyszukał numer w kontaktach i zatelefonował. Nikt nie odbierał, więc
dzwonił raz po raz.
- Gdzie ta karetka? - rzucił Aaron niecierpliwie.
- Może powinienem jednak przynieść jej wody i zaprowadzić Dinga do domu?
- zapytał Tom.
- Okej, ale pospiesz się - poprosił Aaron. - Wiesz, kto to, prawda?
- Nie, nie znam jej - powiedział Tom. - Spotkaliśmy się pierwszy raz.
- To Nina. Przeżyła Holokaust. Wyjątkowa kobieta.
Wiedza ta nie poprawiła Tomowi humoru ani nie zmniejszyła jego
zawstydzenia.
Gdy wrócił ze szklanką wody, usłyszał zbliżające się syreny karetki
pogotowia. Nina była niemal nieprzytomna i nie dała rady napić się ze
szklanki. Ambulans zatrzymał się na ulicy tuż przy miejscu, gdzie
kobieta upadła. Tylne drzwi się otworzyły i dwaj ratownicy położyli
nosze na chodniku. Szybko i zręcznie przenieśli Ninę do samochodu,
wypytując Aarona, co dokładnie się wydarzyło. Mężczyzna skinął w stronę
Toma.
- Ja nie widziałem, jego spytajcie. Był tu, gdy się przewróciła -
wyjaśnił.
Tom opowiedział im, że Dingo bardzo prędko biegł i ledwie musnął
kobietę, praktycznie jej nie dotknął, a ona się przewróciła. Tomowi było
przykro, bardzo przepraszał i zapewnił, że pojedzie z nimi do szpitala,
by pomóc.
- Nie, nie ma potrzeby - odparł ratownik, mierząc puls i ciśnienie
staruszki. - Jedziemy, ale czy ktoś dał znać rodzinie? - zapytał, a potem dosunął nosze do środka samochodu. - Musimy ich powiadomić.
Powiedz im, żeby przyjechali na pogotowie w Tel Hashomer.
Tom przypomniał sobie, że trzyma w ręku komórkę Niny, więc przepisał
numer Amosa i schował ją do torebki, którą odłożył na nosze. Ratownicy
wsiedli do ambulansu - jeden usiadł obok Niny, a drugi zamknął drzwi.
Równie szybko jak przybyli, tak odjechali z wyciem syren prosto do
szpitala Tel Hashomer.
* * *
Kiedy Tom po raz pierwszy przyjechał do mieszkania w Ramat Gan, do
którego przeprowadził się z rodzicami z domu na wsi w Galilei, był
zszokowany. Nie potrafił sobie wyobrazić życia tutaj - w tym szarym,
gwarnym miejscu. Nie ma mowy, myślał sobie, gdy zobaczył małe,
trzypokojowe mieszkanie na czwartym piętrze. Przywykł do rozległej
przestrzeni, pól - żółtych latem, fioletowych wiosną, zielonych zimą.
Takiego dziecka jak on nie można zamknąć w ścianach małego mieszkanka w mieście. Dorastał wśród krów i indyków hodowanych przez ojca. Zawsze
otaczały go psy, na ogół takie, na które natknął się tu czy tam i adoptował - ku niezadowoleniu jego matki Eleanor, nie przepadała ona
bowiem za wiejskim życiem. To Eleanor nalegała, by wygrzebali się z bagna farmy pochłaniającej cały ich czas i energię, a praktycznie nic
niedającej w zamian. Tom sądził, że matkę interesuje wyłącznie wygoda -
pragnęła łatwego życia i kupy forsy. Przypuszczał, że to jego ojciec
ostatecznie będzie musiał wyrzec się swoich wartości tylko po to, by
matka mogła stwierdzić: "Doskonale, moim zdaniem naprawdę poprawiła się
nasza jakość życia". Wypowiedziałaby to z tym swoim śmiesznym "R", bo
Eleanor pochodziła ze Stanów Zjednoczonych i przeprowadziła się tutaj z Filadelfii, czyli - jak mawiała - z Philly.
Zdaniem Toma natomiast nie nastąpiła najmniejsza poprawa. Wręcz
przeciwnie, uważał, że oderwano go od wszystkiego, co w życiu przyjemne.
Od pierwszej chwili, gdy przestąpił próg nowego mieszkania, nie zapałał
do niego sympatią. Nie znosił czuć się zatrzaśnięty we wnętrzu budynku z tyloma piętrami i był przeświadczony, że cała ta przeprowadzka ze wsi do
miasta miała na celu wyłącznie uniknięcie sporów między rodzicami. Może
teraz przestaną się kłócić.
Tata Toma podjął pracę jako księgowy w szpitalu Tel Hashomer, gdzie
osiem godzin dziennie, niekiedy dziewięć, musiał przesiadywać w biurze w jednym z takich nowych budynków na terenie zespołu szpitalnego. Nawet
nie narzekał, że większość dni spędza w malutkim biurze w nowym gmachu,
uwięziony pod świetlówkami, praktycznie nie widując słońca. Eleanor
również nie marudziła. Nie przeszkadzało jej, że pracuje jako asystentka
do spraw medycznych jakiegoś kardiochirurga z Ameryki, umawia pacjentów
i przekazuje im wyniki badań. Dla niej liczyło się tylko to, że teraz,
jeżeli zechce, może jechać autobusem albo swoim małym suzuki do miasta
na koncert czy spektakl, i nie złościła się już na tatę, że trwoni czas
na rolnictwo. W mieście mógł zdobyć porządną pensję, nie martwiąc się o choroby drobiu czy mszyce na grejpfrutach.
Najbardziej złościło Toma, że nie skonsultowali się z nim w sprawie
przeprowadzki i w ogóle nie wzięli go pod uwagę. W nowym miejscu nie
miał żadnych przyjaciół. Czuł się zupełnie sam w nieznajomym świecie.
Tutaj wszystko należało planować z wyprzedzeniem. Nie mógł po prostu
wybrać się na boisko do koszykówki i spotkać z kolegami - matka musiała
go zapisać do klubu koszykówki, jakby był małym dzieckiem. W domu
przywykł, że spod samego domu rozciąga się widok na podwórze i wszystkie
pola. A jeśli miał ochotę, zawsze mógł wsiąść na rower i przejechać po
torach kolejowych, by odwiedzić babcię, osobę znaną i lubianą w wiosce,
która mieszkała w domku w cieniu wielkich eukaliptusów.
A teraz? Babcia pochowana, Tom mieszka z dala od wioski, a w małym
mieszkaniu na czwartym piętrze czuje się jak w potrzasku. Gdyby chociaż
miał rower jak inne dzieci z jego klasy, może udałoby mu się poznać
kolegów i dokądś z nimi pojechać.
- Tutaj nie ma miejsca na rower - orzekł tato. - A jeżeli przypniesz go
na zewnątrz, to ukradną.
W takim razie co my tu mamy? - zapytywał sam siebie. Tylko cztery ściany
i widok, czego nie omieszkała podkreślać matka.
- Nigdy wcześniej się nie nudziłeś - mówiła Eleanor. - Zawsze
znajdowałeś sobie jakieś zajęcie - stwierdzała, próbując zachęcić syna
do działania.
- Bo zawsze było co robić - odpowiadał. - Tu nic nie ma.
- W takim razie czegoś poszukaj. Możesz czytać książki jak kiedyś -
mówiła mama. - Możesz opisać naszą przeprowadzkę do miasta w dzienniku.
Zawsze dobrze ci wychodziły wypracowania.
Lecz Tom nie miał ochoty na nic podobnego. Najlepsze, co mu wyszło, to
Dingo, jego dziki pies. Początkowo Eleanor stanowczo się sprzeciwiała
zabraniu Dinga.
- Oszalałeś? Zmuszać psa, i to dzikiego jak Dingo, by się męczył w mieszkaniu? W mieście nie trzyma się tylu psów, a miejskie pieski na
ogół są drobne i dobrze wyszkolone - powiedziała, lecz się myliła. Na
samej ich ulicy w Ramat Gan było pełno psów, nawet dużych, które
mieszkały z właścicielami w niewielkich mieszkaniach na wyższych
piętrach. Właściciele ciągle je wyprowadzali na spacery, by się
wybiegały i pozbyły trochę energii. Ostatecznie Eleanor dała się
przekonać. Tom jej przypomniał, że Dingo go kiedyś ocalił - że to pies
nie tylko lojalny, lecz także gotów zrobić wszystko, co konieczne, by
wybawić właściciela z tarapatów.
Tom nigdy nie zapomni, że Dingo uratował go przed żmiją. Stworzenie
sunęło ku gołej stopie Toma i Dingo je zauważył. Natychmiast zatopił
zęby w karku żmii, tuż przy łbie, tak że nie mogła zaatakować, i zabił
ją, a przy tym ocalił chłopaka. Tom nigdy nie zapomni niepokoju matki,
gdy wrócił z Dingiem do domu, a z silnych szczęk psa zwisał martwy wąż.
Pełna ulgi i wdzięczności powiedziała, że Tom zawdzięcza Dingowi życie.
Chłopak dostał psa od ojca na bar micwę i stał się chyba wtedy
najszczęśliwszym chłopcem na świecie. Dingo był kundlem - mieszańcem
golden retrievera z pointerem. Z powodu swego usposobienia i żółto-białego umaszczenia w szare łaty kojarzył się Tomowi z dzikim
australijskim psem dingo. Rozpierała go energia, musiał więc dużo biegać
na zewnątrz. Tutaj w Ramat Gan, gdy Tom zabierał go do parku albo
biegali po szlaku z dala od domu, i widział, że Dingo jest szczęśliwy i beztroski, sam również na moment zapominał, że mieszkają w małym
mieszkaniu na czwartym piętrze, i po prostu czuł się szczęśliwy.
Zdaniem Toma istnieją dwa rodzaje ludzi: tacy, którzy kochają psy, i tacy, którym są one obojętne. Działa to zresztą w dwie strony. Są takie
psy, które dla swojego właściciela zrobią wszystko, a są i takie, które
owszem, całkiem właściciela lubią, ale w ogień za nim nie pójdą.
Rozdział 2
2
Tej nocy, po incydencie z Niną i Dingiem, Tom nie mógł zasnąć. Rozmyślał
o rozmowie z Amosem i martwił się, że zostanie obarczony winą za upadek
Niny. Obawiał się, że Amos dojdzie do wniosku, iż Tom ponosi za to
odpowiedzialność, bo nie dość mocno trzymał psa.
- Dingo ogromnie się cieszył i ciągnął mnie - tłumaczył Tom. - Nie dałem
rady go powstrzymać - próbował się bronić, lecz szybko się zorientował,
że Amosa nie interesują detale. Zapytał po prostu, dokąd ma się udać, a gdy Tom powiedział, że na pogotowie w Tel Hashomer, i zaproponował, że
się z nim wybierze, Amos odparł, że nie ma takiej potrzeby - jedynie
członkom najbliższej rodziny wolno odwiedzać pacjentów.
Tom był zdenerwowany przy kolacji. Matka zwróciła na to uwagę.
- Wydajesz się przybity. Coś się stało w szkole? - zapytała.
Tom pokręcił głową.
- Możesz nam powiedzieć, jeśli coś się wydarzyło. Może pomogę?
- Sąsiadka z góry się przewróciła - wymamrotał Tom, prawie nie
poruszając wargami.
- A co to ma do ciebie? - zapytała Eleanor.
- Dingo ją potrącił i jest mi głupio, okej? - Łzy popłynęły mu po
policzkach.
- To na pewno nie twoja wina. Wypadki chodzą po ludziach. Może ona nawet
się na ciebie nie gniewa.
- Ale może się gniewa, bo Dingo to mój pies, a ja go nie powstrzymałem.
- Uspokój się, Tom - powiedziała matka i pogłaskała go delikatnie po
ramieniu. - Jeśli chcesz, możesz jej posłać kwiaty, gdy wróci do domu.
Gdy następnego ranka Tom zadzwonił do Amosa, by zapytać o Ninę, tamten
sprawiał wrażenie zmartwionego.
- Wczoraj ją operowano. Ma złamane biodro - wyjaśnił. - Musi poleżeć tu
na ortopedii jeszcze kilka dni, a potem czeka ją jeszcze półtora
tygodnia rekonwalescencji.
- Jak się teraz czuje? - zapytał Tom.
- Znieczulenie nadal działa, ale gdy zejdzie, pewnie znów ją będzie
bolało.
- Tak bardzo, bardzo mi przykro przez to, co się stało. Mój pies był
cały rozemocjonowany, przemknął obok niej i zupełnie nie uważał. Ledwie
ją musnął.
- Rozumiem - powiedział Amos, a Tomowi nieco ulżyło. - Wypadki chodzą po
ludziach.
- Kiedy mogę ją odwiedzić? - zapytał Tom.
- Zobaczymy, jak się będzie jutro czuła. Dzisiaj jeszcze nie wolno jej
przyjmować gości.
- Okej, to może jutro. Zadzwonię zapytać, czy można.
Cały dzień w szkole Tom się zadręczał. Myślał sobie, że gdyby mógł
porozmawiać ze staruszką i wytłumaczyć, co się stało, a ona by mu
wybaczyła, poczułby się lepiej. Nauczyciel geografii zwrócił uwagę, że
Tom wygląda na rozkojarzonego i nie śledzi przebiegu lekcji.
- Błądzisz gdzieś dzisiaj myślami - złajał chłopaka, ale Tom nie mógł
się skoncentrować. Myślał o tym, co czeka go dziś po południu. Pierwszy
raz pójdzie do klubu koszykówki w domu kultury. Od kilku dni nie mógł
się doczekać. Zdaniem ojca Tom powinien mieć okazję uprawiać ukochany
sport, może to złagodzi jego samotność w wielkim mieście.
Po południu zadzwonił znów do Amosa, który zapewnił, że Ninie się
poprawia. Tom może ją odwiedzić następnego dnia, pod warunkiem że
przyjdzie z osobą dorosłą, bo Amos nie był pewien, czy wpuszczą go
samego na oddział. Ale chłopiec nalegał, by zobaczyć się z Niną jak
najszybciej, a skoro jego ojciec pracował w szpitalu, to na pewno coś
wykombinują.
Następnego dnia ojciec czekał w głównym wejściu do szpitala, skąd
zaprowadził Toma na oddział ortopedyczny. Była to pierwsza wizyta
chłopaka w tym szpitalu, jeśli nie liczyć gabinetu ojca, i zaskoczyło
go, jak długie są tam korytarze. Jakbym błądził w labiryncie, pomyślał
sobie, gdy wreszcie dotarli do podwójnych drzwi oddziału.
Lekarz, który im otworzył, powiedział do Toma:
- Musisz wiedzieć, że na tym oddziale mamy mniej pacjentów, którzy leżą
w łóżkach w piżamach. Wielu ma gips aż po szyję, zobaczysz też pewnie
kończyny zawieszone z obciążeniami na rozmaitych konstrukcjach.
Młoda pielęgniarka, która podeszła do Toma i jego ojca, zapytała, czy są
członkami rodziny Niny, zaraz jednak sama sobie udzieliła odpowiedzi:
- Na pewno jesteś jej wnukiem, prawda? Widać rodzinne podobieństwo.
Ojciec Toma prędko sprostował, że nie należą do rodziny, lecz są
życzliwymi sąsiadami.
Gdy przechodząc korytarzem, zaglądali do sal, widzieli wiele
zawieszonych w powietrzu nóg, i Tom nagle się przestraszył, że Nina też
tak się będzie prezentować. Gdy jednak dotarli do sali numer dwieście
osiemnaście, z ulgą się przekonał, że staruszka leży pod kocem z nadrukiem ze szpitalnym logo. Jej lewa dłoń spoczywała na kocu, a do
wiotkiej ręki przytwierdzono kroplówkę. Bandaż mocno przytrzymywał igłę
w skórze. Jej twarz prezentowała się dobrze, Nina uśmiechnęła się nawet
do Toma.
- Oto i ów młodzieniec. Wiedziałam, że się pojawisz - powiedziała cicho.
- Tak smętnie wczoraj wyglądałeś. Nawet mnie się zrobiło ciebie żal.
- Tak, okropnie się czułem, kiedy się przewróciłaś. W dodatku to
wszystko przez Dinga. To dzikie zwierzę.
- Oj tak, dzikie - zaśmiała się Nina.
- Mnie także bardzo przykro z powodu tego, co się stało - dodał ojciec
Toma. - Jestem Reuben, ojciec Toma, mieszkamy po sąsiedzku na czwartym
piętrze.
- Tak, widziałam was, kiedy się wprowadzaliście. Taki byłeś zalatany, że
nie mieliśmy okazji porządnie się poznać.
- Tom to bardzo dobry chłopak, ale ogromnie kocha psy. Traktuje je jak
członków rodziny.
- Ja też kocham psy - wyznała Nina. - Mam nawet ciekawą opowieść o psie,
który mnie uratował. Nie potrącił mnie - zaznaczyła z uśmiechem. - Amos
już ją zna. - Odwróciła się w stronę swojego syna. - To ta historia o Ziggym, jak go nazywałam, to był dog niemiecki należący do komendanta
obozu. Cóż, tak czy owak, długo by opowiadać. Może kiedyś ktoś spisze tę
historię.
- Tom świetnie pisze. W sumie tylko z tego zbiera w szkole celujące
stopnie: z wypracowań - wspomniał Reuben, niecierpliwie przestępując z nogi na nogę. - Proszę wybaczyć, ale pracuję tu w szpitalu, w księgowości. Oderwałem się od zajęć w środku dnia i muszę wracać -
dodał. - Miło było cię spotkać i przekonać się, że dobrze się czujesz.
Mam nadzieję, że poznamy się lepiej w przyjemniejszych okolicznościach -
powiedział na odchodnym.
- Jeszcze zanim wydarzyła się historia z psem, który mnie ocalił -
zwróciła się Nina do Toma - zawsze naprawdę kochałam psy. Od maleńkości
- podkreśliła. - Teraz opowiem ci o moim pierwszym psie, albo właściwie
możesz sobie o nim poczytać, bo opisałam go w swoim notatniku. To
wspomnienia z mojego życia w Warszawie. Masz, może kiedyś o tym
napiszesz.
Wyjęła z torby stary brązowy notes. Zapisany był ciasnym, pochyłym
pismem. Poprosiła Toma, by czytał na głos.
Byłam dzieckiem. Wszyscy wołali na mnie Nina, oprócz mojej mamy i piastunki Ireny, które nazywały mnie Nineczką. Wiedliśmy wówczas dobre
życie, wtedy, przed wojną. Komu w ogóle wojna przyszłaby do głowy? Byłam
jedynaczką i skupiała się na mnie pełna uwaga rodziców i piastunki, więc
dosyć mnie rozpieszczano. Żyliśmy sobie we czwórkę w wielkim, pięknym
mieszkaniu przy ulicy Hipotecznej w Warszawie.
Latem, gdy miałam osiem i pół roku, całą rodziną pojechaliśmy na
wakacje w lasy na północ od Warszawy, do miejscowości turystycznej,
która nazywała się Urle. Gościliśmy w pensjonacie "Higiena" prowadzonym
przez niejaką Helenę. Miała pięknego psa, który wabił się Laluś. Od razu
się z nim ogromnie polubiliśmy. Bawiłam się z nim i przemierzaliśmy
razem leśne szlaki. Gdy ojciec zobaczył, jak bardzo go kocham, obiecał,
że da mi pieska.
Potem każdego dnia, kiedy wracałam ze szkoły, czekałam, by się
przekonać, czy tata dotrzyma słowa - może pies będzie na mnie czekał,
gdy dotrę do domu. Lecz mijały kolejne dni, a psa nie było, i codziennie
spotykał mnie zawód.
Nie cierpię, gdy nie dotrzymuje się obietnic, ale ufałam ojcu, który aż
do tej pory spełnił wszystkie przyrzeczenia, jakie mi złożył. Tymczasem
lato się skończyło i nastała jesień, żółte liście sypały się z drzew i zrobiło się zimno, a ja nadal, dzień po dniu, czekałam na psa.
W owym czasie szczerze ufałam ludziom i wierzyłam im na słowo.
Uwierzyłam też starej Cygance, chiromantce, do której zabrała mnie moja
piastunka Irena. Wydarzyło się to podczas tych samych wakacji w Urlach.
Wciąż pamiętam tę wizytę. Naprzeciwko mnie siedziała bezzębna starucha z najbardziej pomarszczoną twarzą, jaką widziałam w życiu. Ujęła mnie za
rękę, by odczytać z niej mój los, a gdy zobaczyła linię życia, zastygła.
"Będziesz długo żyła, Nino". Wiedziała nawet, jak się nazywam. Wszystko
o mnie wiedziała. "Dożyjesz dziewięćdziesięciu trzech lat. Nieważne, jak
złe i trudne przeżycia cię czekają, przetrwasz je wszystkie i dożyjesz
dziewięćdziesięciu trzech lat".
Nina rzuciła ze śmiechem:
- Ale troszkę się pomyliła. Niebawem skończę dziewięćdziesiąt cztery
lata i wszyscy się boją, że nie dożyję, ale patrz, siedzę tu teraz i śmieję się razem z tobą. Aż do tej chwili w każdej sytuacji, gdy się
zdawało, że przyszła na mnie kreska, a spotkało mnie takich wiele,
zawsze przypominałam sobie tę obietnicę i czułam, że ktoś na górze nade
mną czuwa.
Tom czytał dalej z notatnika Niny:
Od tamtych wakacji minął szmat czasu. Jesień przyszła i odeszła,
nastała zima. Przeminęło nawet Boże Narodzenie. W naszej rodzinie
tradycyjnie kupowało się prezenty na Gwiazdkę.
Rodzina ojca była całkowicie zeświecczona, niemal całkowicie
zasymilowana. Tata chodził do synagogi raz do roku na Jom Kipur, a i wtedy fatygował się wyłącznie przez wzgląd na moich dziadków od strony
matki. Miał nawet własne miejsce w Wielkiej Synagodze w Warszawie. Ja
też nie uczęszczałam do bożnicy. Poszłam może ze dwa razy w życiu na
Simchat Tora, radosną uroczystość, kiedy to tańczono z Torą i rozrzucano
cukierki.
Tak czy siak, psa nadal nie było i obawiałam się, że może tato tak
tylko powiedział i okaże się jedną z osób, które składają obietnice bez
pokrycia. Lecz pewnego ranka obudziłam się w swoim przytulnym pokoju z lalkami poukładanymi równiutko na parapecie. Zza wciąż półprzymkniętych
powiek zobaczyłam, że za oknem śnieg pada łagodnie i zbiera się na
gałęziach drzew. Czułam, że ktoś mnie obserwuje, a kiedy otworzyłam oczy
szerzej i ziewnęłam przeciągle, ujrzałam mamę siedzącą na skraju mojego
łóżka i tatę, który stał obok niej, w ręku zaś trzymał małego pieska o białej sierści. Piesek miał dużą brązową łatę na głowie, obejmującą
ucho, a na grzbiecie drugą, czarną. Myślałam, że mi się to śni.
Krzyknęłam radośnie: "Tato! Mamo! Wierzyć się nie chce". A potem dodałam
rozemocjonowana: "Daj mi go, daj go potrzymać, tato, jaki on słodki".
Wtedy mi się przypomniało, że właśnie są moje urodziny i kończę
dziewięć lat.
W koszuli nocnej chwyciłam pieska oburącz i przycisnęłam mocno do
piersi. Czułam ciepło jego ciałka i słodki zapach oddechu. Zawsze
kochałam psy. Ciągle przyprowadzałam do domu przybłędy z ulicy, ale mama
zawsze powtarzała, że teraz nie możemy ich zatrzymać. Tak bardzo
pragnęłam mieć psa. A teraz pierwszy raz miałam własnego pieska, który
będzie ze mną mieszkał, a ja będę go karmić i się nim opiekować.
Tata powiedział mi, że to foksterier szorstkowłosy, czyli angielski, i że ma szorstkie, kędzierzawe futro, inne niż druga odmiana foksteriera.
Nazwa tej rasy wzięła się stąd, że Brytyjczycy używali jej podczas
polowań na lisy. Mój piesek miał cztery miesiące, więc nadal był
szczeniaczkiem, i tata mówił, że musimy się nim opiekować jak
dzieckiem.
- Kupiłem go od kolegi z pracy, który wraz z rodziną przeprowadza się
do Ameryki - wyjaśnił tata.
- Wszyscy wyjeżdżają do Ameryki. Jakby tu było aż tak źle - rzuciła
mama.
- Są tacy, którzy widzą, co się dzieje z Żydami w Niemczech. To może
zdarzyć się niedługo również tutaj, dlatego są niespokojni - odparł
tata. Potem dodał: - Póki co nie musimy się bać. Mam dobrą pracę i niczego nam nie brakuje.
Położyłam pieska ostrożnie na podłodze. Widziałam, jak na mnie patrzy,
przekrzywiając łepek z boku na bok, jak gdyby nasłuchiwał czegoś swoimi
wielkimi uszami.
- Jak go nazwiesz? - zapytał mnie tata.
Zastanowiłam się chwilę, potem odpowiedziałam:
- Irys. Nazwę go Irys. - Przypomniała mi się książka o mitologii
greckiej leżąca na mojej nocnej szafce i bogini tęczy, o której czytałam
poprzedniej nocy. Uznałam, że to dla niego idealne imię.
Irys wyrósł na ładnego psa, który uwielbiał ludzi, zwłaszcza dzieci, i towarzyszył mi wszędzie, oprócz szkoły i sytuacji, gdy wychodziłam z moją najlepszą przyjaciółką Barbarą, na przykład na spektakl albo do
cyrku. Później, gdy Polacy zaczęli nas szykanować, czułam się
bezpieczniej, idąc z Irysem niż sama, mimo że nie był szczególnie
groźnym psem. W sumie to był wręcz nieco tchórzliwy, bo kiedy zaczęły
się brutalne bombardowania Warszawy przez niemieckie samoloty, zawsze
uciekał i krył się pod moim łóżkiem. Może sądził, że go ochronię.
Nigdy nie zapomnę dnia, gdy rozpoczęły się bombardowania. Dzień
wcześniej poszłam z mamą kupić przybory szkolne do piątej klasy.
Wybrałyśmy zeszyty, ołówki, linijkę: wszystko, czego potrzebowałam. Lecz
następnego dnia zamiast iść do szkoły chowaliśmy się pod łóżkami i stołami. Tata został wcielony do polskiej armii, a Irena, moja polska
piastunka, już dla nas nie pracowała. Przez wycie Irysa oraz moje
wrzaski mama i jej siostra Ania odchodziły od zmysłów. Mama powiedziała,
że lepiej będzie, jeśli zamieszkamy z babcią i dziadkiem na ulicy
Pawiej. Tam i tak było więcej miejsca.
Irys słyszał świst bomb i wył, nim spadały. Pewnego dnia, gdy mama
poszła nadać list do taty, który był w wojsku, rozległ się gwizd, Irys
zaczął wyć, a ja krzyczeć, i ciocia Ania wyszła z kuchni, by mnie
uciszyć. Okazało się to bardzo szczęśliwym zrządzeniem losu, bo parę
chwil później spadła bomba i wszystkie kuchnie po tej stronie budynku
runęły jak kostki domina.
Później, kiedy mieszkaliśmy na ulicy Poznańskiej, w domu mojej drugiej
babci, któregoś dnia wróciłam do domu i zauważyłam, że coś jest nie tak.
Irys nie wyszedł się ze mną przywitać jak zawsze, nie skoczył na mnie,
gdy tylko przestąpiłam próg. Bałam się, że coś mu się stało. Zobaczyłam,
że mama i babcia są bardzo zasępione i wbijają wzrok w podłogę. Nie
chciały mi popatrzeć w oczy, gdy krzyknęłam:
- Zabiłyście Irysa! Oddajcie mi go!
Mama wybuchnęła płaczem.
- Nie miałyśmy wyboru, Nineczko, musiałam - powiedziała. - Naraziłby
nas na niebezpieczeństwo.
- Ale jak? Dlaczego? - wołałam. - Tak bardzo go kochałam, a jemu tak
trudno było znosić wszystkie te eksplozje.
Mama powiedziała, że właśnie przez to, że nie mógł wytrzymać wybuchów,
a my nie mogłyśmy mu ich wytłumaczyć.
Wybiegłam na podwórze, gdzie spotkałam Janka, synka dozorcy domu.
Powiedział mi, że widział, co się stało. Mama poprosiła polskiego
żołnierza, który był na podwórzu wraz z grupą innych, by zastrzelił psa.
Parę minut później Janek usłyszał strzał.
Poprosiłam Janka o pomoc i razem zaciągnęliśmy Irysa w miejsce, gdzie
do niedawna stał wysoki budynek - na rogu Alei Jerozolimskich i Poznańskiej - teraz zaś znajdował się tam potężny lej. Janek pomógł mi
go pochować i nakryć dziurę wielkim kamieniem. Scyzorykiem wyżłobił w kawałku drewna jego imię: "Irys", ale nie wiedzieliśmy, czy umieścić tam
krzyż, czy gwiazdę Dawida. Wiedziałam tylko, że pierwszy raz pojęłam, co
ludzie mają na myśli, gdy mówią o punkcie bez odwrotu.