Pieśń Lodu i Ognia. Tom 2. Starcie Królów (edycja ilustrowana) - George R.R. Martin

Kup ebooka

63.00 zł
48.51 zł (42,21 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

BERNARD CORNWELL

"Splendor tego widowiska: nadrzeczne pole wypełniły namioty, przed wejściem do każdego z nich wisiała tarcza rycerza, długie szeregi jedwabnych proporców powiewały na wietrze, a w stalowych mieczach i pozłacanych ostrogach odbijało się słońce".

Witajcie w Westeros, wyimaginowanym świecie stworzonym z niezrównaną biegłością przez George'a R.R. Martina. Wystarczy jedno spojrzenie na pole turniejowe, by się zorientować, że to miejsce nie jest dla nas obce. Przypomina świat arturiańskich romansów, w których rycerskie ideały osiągnęły swój szczyt, a wielkie zamki, potężne cytadele i królewskie dwory pełne są monarchów, arystokratów i rycerzy oraz ich dam. Gdy odwiedzamy Westeros, o oszołomienie przyprawiają nas wyniosłe wieże Harrenhal, dekadenckie luksusy Qarthu czy potężna morska forteca Żelaznych Ludzi. Mieszkańcy tych romantycznych miejsc dorównują wspaniałością im samym. Kobiety są odziane w gronostajowe futra i piaskowy jedwab, a złowrogich mężczyzn spowijają utwardzone skóry i stal. Jak Brienne z Tarthu mówi Catelyn "w pieśniach wszyscy rycerze są dzielni, dziewczęta piękne, a słońce nigdy nie przestaje świecić".

Ale pieśni kłamią. George R.R: Martin stworzył świat pełen romantycznych rycerskich ideałów, ale większość jego mieszkańców uczynił potworami, pełnymi chciwości, ambicji i okrucieństwa.

Jak mówi nam Davos Seaworth "ten świat jest beznadziejnie zwichrowany". Nie wszystkie postacie są potworami, ale w Pieśni Lodu i Ognia - cyklu, którego drugim tomem jest Starcie królów - uczciwość rzadko spotyka się z nagrodą. Ci, którzy czytali pierwszą powieść, Grę o tron, z pewnością pamiętają lorda Eddarda Starka. Był on rycerskim, honorowym człowiekiem, wiernym mężem i lojalnym doradcą króla, ale w chwili, gdy zaczyna się Starcie królów, jego głowę nadziano już na palik na murach Czerwonej Twierdzy w Królewskiej Przystani, by stała się pokarmem dla wron. Tak właśnie wygląda prawda o Westeros. Warstewka rycerskiego honoru jest bardzo cienka, a zdradę wysysa się z mlekiem matki.

Jak powszechnie wiadomo, George R.R: Martin powiedział, że Pieśń Lodu i Ognia jest luźno oparta na wydarzeniach wojny dwóch róż, równie dobrze jednak mógł wybrać na swój model dowolną wojnę stoczoną w średniowiecznej Europie. Wszystkie te konflikty toczyły się na urokliwym tle, pełnym wspaniałych zamków należących do arystokratów i eterycznego piękna wyniosłych katedr. Tamta epoka również w teorii wyznawała rycerskie ideały. Geoffrey Chaucer opiewa ideał "rycerza szlachetnego i prawego", ale w roku 1415 syn poety, Thomas, dowodził kontyngentem żołnierzy podczas najazdu Henryka V na Francję, który doprowadził do bitwy pod Azincourt. Ludzie, którzy w niej walczyli, wychowywali się na rycerskich legendach, ci z nich, którzy posiedli umiejętność czytania, znali traktaty o wszelkich moralnych cnotach, a Kościół nakłaniał ich do okazywania miłosierdzia, lecz mimo to, jak określił to sir John Keegan, podczas bitwy zachowywali się "jak rzeźnicy". Gdy zbliżał się koniec konfliktu, Anglicy trzymali w niewoli setki Francuzów. Wszyscy oni dali parol, ale król Henryk, przekonany, że nieprzyjaciel spróbuje kolejnego ataku, obawiał się, że nieuzbrojeni jeńcy mogą uderzyć na jego siły od tyłu, rozkazał więc wszystkich zamordować. Tak też zrobiono.

Rycerskie ideały spotkały się z rzeczywistością w błocie i krwi pod Azincourt. Czterdzieści sześć lat po tej rzezi, podczas wojny dwóch róż, stoczono bitwę pod Towton w północnej Anglii. Niedawno archeolodzy odkryli tam groby pokonanych. Specjalista od medycyny sądowej przyjrzał się szkieletom i odkrył przerażającą prawdę. Niektórzy z zabitych bali się w chwili śmierci tak bardzo, że zaciskali zęby z siłą wystarczającą do ich połamania. To właśnie jest świat, który opisuje George R.R. Martin, choć upiększa swój opis przepychem średniowiecznego dworu.

- Jeśli chcesz, by twoi ludzie byli ci wierni, muszą bać się ciebie bardziej niż wroga - mówi Cersei i jej okrucieństwo nas fascynuje. Westeros uwodzi nas swą złożonością i choć często również nas przeraża, nie przestajemy czytać, ponieważ Pieśń lodu i ognia jest przede wszystkim opowieścią, a my jesteśmy w rękach mistrza narracji, którego wyobraźnia dorównuje wielkością jego wizji. Dla powieściopisarza stworzenie całego świata nie jest łatwym zadaniem, nawet jeśli ten świat wydaje się nam znajomy. Jeszcze trudniej jest przekonać czytelnika, że ten wymyślony świat jest realny. Niemniej Westeros istnieje naprawdę, w całej swej chwale i grozie, dzięki talentowi George'a R.R. Martina. Serial telewizyjny wspaniale pokazał nam ten świat, ale poczucie realności rodzi się ze szczegółów, a te szczegóły pochodzą z książek. Każdy czytelnik znajdzie w Starciu królów jaką scenę, która zapadnie mu w pamięć. Dla mnie była to głodująca staruszka, która wracała chyłkiem do domu, trzymając za ogon zdechłego kota, mającego się stać jej kolacją. Nie wiemy, kim była ta kobieta, nie pojawia się już nigdy w sadze, ale jej obecność dodaje realności wyimaginowanego światu.

Nic nie jest proste, a prawie nic nie jest prawdą - mówi nam Tyrion. Dla wielu z nas właśnie ten nadzwyczajny, subtelny karzeł stał się najlepszym przewodnikiem po wojnach o Żelazny Tron, niemniej jest on tylko jedną z wielu zapadających w pamięć postaci. Fabuła i szczegóły to za mało, nawet w rękach mistrza, ale Pieśń lodu i ognia ma tyle wyrazistych postaci, że można by nimi obsadzić kilkanaście telewizyjnych seriali. Cersei i Jaime, Daenerys i Jon Snow, Arya i Ogar - ta lista mogłaby zająć całą stronę, a wszyscy oni - dobrzy, źli i zdezorientowani - są wartościowymi elementami gigantycznej sagi stworzonej przez Martina. To fantastyczne postacie i cały cykl należy do gatunku fantasy, lecz choć czasami tej nazwie nadaje się pogardliwy wydźwięk, nie ma do tego żadnego powodu. Utopia była tworem wyobraźni, podobnie jak Las Ardeński Szekspira, Wyspa Liliputów i Śródziemie Tolkiena. Powieści historyczne, jakie ja pisuję, próbują otworzyć przed nami okno prowadzące w przeszłość, natomiast powieści "fantasy" z pewnością są zwierciadłem, w którym odbija się nasza teraźniejszość. Nie ma nic dziwnego w tym, że Pieśń Lodu i Ognia, pełna opisów okrucieństwa, chciwości oraz ambicji, spotkała się z tak przychylnym przyjęciem. Witajcie w naszym świecie.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

PROLOG

Ogon komety przecinał blask jutrzenki niczym czerwona szrama krwawiąca ponad turniami Smoczej Skały, rana zadana różowopurpurowemu niebu.

Maester stał na wystawionym na podmuchy wiatru balkonie, z dala od swych komnat. Tu właśnie przybywały po długim locie kruki. Ptaki splamiły swymi odchodami wznoszące się po obu jego stronach kamienne chimery wysokości dwunastu stóp, przedstawiające piekielnego ogara i wiwernę. Dwie z otaczającego starożytną fortecę tysiąca. Gdy przybył na Smoczą Skałę, niepokoił go widok groteskowych, kamiennych posągów, z biegiem lat przyzwyczaił się jednak do nich. Uważał je teraz za starych przyjaciół. Obserwowali we trójkę niebo, pełni złych przeczuć.

Cressen nie wierzył w znaki. Mimo to... choć był już stary, nigdy w życiu nie widział komety, która byłaby choć w połowie tak jasna lub miała taki kolor, straszliwy kolor krwi, płomieni i zmierzchu. Zastanawiał się, czy patrzyły już na taką jego chimery. Były tutaj znacznie dłużej od niego i będą tu nadal stały, gdy jego już od dawna nie będzie. Gdyby kamienne języki umiały mówić...

Cóż za głupota. Stał wsparty o mur, w dole fale uderzały z hukiem o brzeg, a pod palcami czuł szorstki, czarny kamień. Mówiące chimery i wieszcze znaki na niebie. Jestem stojącym nad grobem, do cna zdziecinniałym starcem.

Czyżby będąca owocem wieloletnich starań mądrość opuściła go wraz ze zdrowiem i siłą? Był maesterem, uczył się w wielkiej Cytadeli Starego Miasta i tam też otrzymał swój łańcuch. Jak to możliwe, że głowę wypełniały mu przesądy, jakby był ciemnym parobkiem?

A jednak... a jednak... kometę było już widać nawet za dnia, z gorących szczelin Smoczej Góry wznoszącej się za jego plecami buchała jasnoszara para, a wczoraj rankiem biały kruk przyniósł wiadomość z samej Cytadeli. Choć z dawna jej oczekiwano, wzbudziła wielki strach. Lato dobiegło końca. Omeny się mnożyły i nie sposób już było ich ignorować.

Co to wszystko znaczy? - miał ochotę zawołać.

- Maesterze Cressenie, mamy gości. - Pylos mówił cicho, jakby tylko z najwyższą niechęcią przerywał starcowi medytację. Gdyby wiedział, jakie bzdury wypełniają jego myśli, krzyczałby wniebogłosy. - Księżniczka chce zobaczyć białego kruka. - Przestrzegający zawsze form Pylos nazywał ją teraz księżniczką, jako że jej pan ojciec był królem. Królem dymiącej skały otoczonej wielkim, słonym morzem, niemniej jednak królem. - Chce zobaczyć białego kruka. Jest z nią błazen.

Starzec odwrócił twarz od jutrzenki, wspierając się dłonią o wiwernę dla zachowania równowagi.

- Pomóż mi dojść do krzesła, a potem ich wpuść.

Pylos wziął go pod rękę i wprowadził do środka. W młodych latach Cressen był dziarskim piechurem, lecz zbliżał się już osiemdziesiąty dzień jego imienia i nogi miał słabe, a chód niepewny. Przed dwoma laty przewrócił się i złamał sobie biodro, które nie zrosło się prawidłowo. W zeszłym roku, gdy zachorował, ze Starego Miasta przysłano Pylosa, który przybył zaledwie kilka dni przed tym, nim lord Stannis zamknął wyspę... powiedzieli, że ma mu pomagać w pracy, Cressen znał jednak prawdę. Pylos miał go zastąpić, gdy umrze. Nie miał mu tego za złe. Ktoś będzie musiał zająć jego miejsce, i to prędzej, niżby tego pragnął...

Pozwolił, by młodszy mężczyzna posadził go za księgami i papierami.

- Przyprowadź ją. Nie uchodzi kazać damie czekać.

Machnął słabo ręką, nakazując Pylosowi się pośpieszyć, choć sam nie był już do tego zdolny. Skórę miał pomarszczoną i usianą plamkami, tak cienką, że dostrzegał pod nią pajęczyny żył i kształt kości. Dłonie strasznie mu się teraz trzęsły, choć kiedyś były tak pewne i zręczne...

Gdy Pylos wrócił, dziewczyna przyszła z nim, nieśmiała jak zawsze. Za nią zdążał błazen, jak zwykle podskakując dziwacznie bokiem i powłócząc nogami. Na głowie miał hełm wykonany ze starego wiadra, zwieńczonego jelenim porożem, z którego zwisały krowie dzwonki. Kiedy skakał, rozbrzmiewały, każdy innym głosem: klang-a-dang bong dong ring-a-ling klong klong klong.

- Kto odwiedza nas tak wcześnie, Pylosie? - zapytał Cressen.

- To ja i Plama, maesterze - odparła, mrugając powiekami niewinnych, niebieskich oczu. Jej twarz nie należała niestety do urodziwych. Po ojcu odziedziczyła wysuniętą, kwadratową szczękę, po matce fatalne uszy, a do tego szpeciła ją pozostałość po szarej łuszczycy, która omal nie zabrała dziewczynki, kiedy była jeszcze niemowlęciem. Dolną połowę jednego policzka i znaczny fragment szyi pokrywała spękana, łuszcząca się skóra. Mięśnie pod nią były sztywne i martwe, a usiane czarnymi i szarymi plamami ciało twarde jak kamień. - Pylos powiedział, że możemy obejrzeć białego kruka.

- Zaiste, możecie - odparł Cressen. Jakby kiedykolwiek jej czegoś odmówił. Odmówiono jej już zbyt wielu rzeczy. Na imię miała Shireen. W następny dzień swego imienia ukończy dziesięć lat i była najsmutniejszym dzieckiem, jakie widział w życiu. Jej smutek jest dla mnie wstydem - pomyślał starzec. To kolejny dowód mojej porażki.

- Maesterze Pylosie, bądź taki dobry i przynieś go z ptaszarni dla lady Shireen.

- Z przyjemnością. - Pylos był uprzejmym młodzieńcem. Liczył sobie nie więcej niż dwadzieścia pięć lat, lecz zachowywał się z taką powagą, jakby ukończył sześćdziesiąt. Gdyby tylko miał w sobie więcej humoru, więcej życia. Tego właśnie było tu potrzeba. Posępne miejsca wymagały radości, nie powagi, a Smocza Skała z całą pewnością była posępna. Samotną cytadelę otaczało burzliwe morskie pustkowie, a za nią czaił się cień dymiącej góry. Maester musiał się udać tam, dokąd mu kazano, dlatego Cressen przybył tu ze swym panem przed dwunastoma laty. Służył mu dobrze, choć nigdy nie kochał Smoczej Skały i nie czuł się tutaj jak w domu. Ostatnio, gdy budził się z niespokojnych snów, w których zawsze ważną rolę grała kobieta w czerwieni, często nie wiedział, gdzie się znajduje.

Błazen odwrócił wytatuowaną w pstrokaty wzór głowę, patrząc na Pylosa, który wspinał się po stromych, żelaznych schodach wiodących do ptaszarni. Zabrzmiały dzwonki.

- W podmorskiej krainie ptaki mają łuski zamiast piór - rzekł, pobrzękując. - Wiem to, wiem, tra-la-lem.

Nawet jak na błazna Plama wyglądał żałośnie. Być może kiedyś potrafił jednym ciętym żartem wywoływać huragany śmiechu, lecz morze odebrało mu tę umiejętność, wraz z większością rozumu i wszystkimi wspomnieniami. Był miękki i otyły, dręczyły go drgawki oraz tiki i często gadał od rzeczy. Teraz śmiała się z niego tylko księżniczka i ją jedną obchodziło, czy będzie żył, czy też umrze.

Brzydka dziewczynka, żałosny błazen i do towarzystwa maester... nad taką historią można się tylko rozpłakać.

- Usiądź przy mnie, dziecko. - Cressen przywołał ją skinieniem. - Jeszcze za wcześnie na wizyty. Dopiero przed chwilą wzeszło słońce.

- Miałam złe sny - oznajmiła Shireen. - O smokach. Przyszły mnie pożreć.

Odkąd maester Cressen sięgał pamięcią, dziecko prześladowały koszmary.

- Mówiliśmy już o tym - zaczął łagodnym tonem. - Smoki nie mogą wrócić do życia. Wykuto je z kamienia, dziecinko. W dawnych czasach nasza wyspa stanowiła najdalej wysuniętą na zachód placówkę wielkich Włości Valyriańskich. To Valyrianie wznieśli tę cytadelę. Dysponowali dawno już przez nas zapomnianymi umiejętnościami kształtowania kamienia. Wszędzie, gdzie dwa mury stykają się pod kątem, zamek musi mieć wieże. Wymagają tego względy obronne. Valyrianie ukształtowali baszty na podobieństwo smoków, by twierdza budziła przerażenie swoim wyglądem. Z tego samego powodu ukoronowali mury tysiącem chimer zamiast zwykłego blankowania. - Ujął delikatną różową rączkę dziewczynki w słabą, pokrytą plamami dłoń i uścisnął ją lekko. - Widzisz więc, że nie ma czego się bać.

Shireen nie dała się przekonać.

- A co z tym okropieństwem na niebie? Podsłuchałam, jak Dalla i Matrice rozmawiały przy studni. Dalla mówiła, że słyszała, kiedy kobieta w czerwieni powiedziała mamie, iż to smoczy oddech. Jeśli smoki oddychają, to chyba znaczy, że wracają do życia?

Kobieta w czerwieni - pomyślał skwaszony Cressen. Nie wystarcza jej, że wypełniła swym szaleństwem głowę matki. Musi jeszcze zatruć sny córki. Skarci ostro Dallę, powie jej, żeby nie powtarzała takich bzdur.

- To tylko kometa, dziecinko. Gwiazda z ogonem, która zgubiła drogę na niebie. Niedługo zniknie i za naszego życia już jej więcej nie zobaczymy. Sama się przekonasz.

Skinęła odważnie głową.

- Matka mówiła, że biały kruk oznacza, że już po lecie.

- To prawda, pani. Białe kruki przylatują tylko z Cytadeli. - Palce Cressena powędrowały ku łańcuchowi, który miał na szyi. Każde jego ogniwo wykonano z innego metalu. Symbolizowały różne opanowane przez niego gałęzie wiedzy i razem tworzyły łańcuch maestera, symbol jego zakonu. Gdy był dumny i młody, nosił go bez wysiłku, teraz jednak wydawał mu się ciężki, a dotyk metalu nieprzyjemnie chłodził jego skórę. - Są większe i inteligentniejsze od innych kruków. Hoduje się je po to, by przenosiły najważniejsze wiadomości. Ten przyniósł nam pismo mówiące, że zebrało się Konklawe, które rozważyło meldunki napływające od maesterów z całego królestwa oraz dokonane przez nich pomiary, i ogłosiło, iż wielkie lato dobiegło wreszcie końca. Trwało dziesięć lat, dwa księżyce i szesnaście dni. Nikt z żyjących nie pamięta równie długiego.

- Czy zrobi się teraz zimno?

Shireen była dzieckiem urodzonym w lecie i nigdy nie zaznała prawdziwego chłodu.

- Z czasem - wyjaśnił Cressen. - Jeśli bogowie będą łaskawi, ześlą nam ciepłą jesień i dobre żniwa, żebyśmy mogli się przygotować do nadchodzącej zimy.

Prostaczkowie utrzymywali, że długie lato zapowiada jeszcze dłuższą zimę, maester nie widział jednak powodu, by straszyć dziecko podobnymi opowieściami.

Plama poruszył dzwonkami.

- W podmorskiej krainie zawsze trwa lato - zaintonował. - Syreny noszą we włosach nenymony i tkają suknie ze srebrzystych wodorostów. Wiem to, wiem, tra-la-lem.

Shireen zachichotała.

- Chciałabym mieć suknię ze srebrnych wodorostów.

- W podmorskiej krainie śnieg pada do góry - kontynuował błazen - a deszcz jest suchy jak pieprz. Wiem to, wiem, tra-la-lem.

- Naprawdę spadnie śnieg? - zaciekawiło się dziecko.

- Naprawdę - potwierdził Cressen. Ale modlę się, by zdarzyło się to dopiero za wiele lat i żeby nie utrzymał się długo. - Ach, wrócił Pylos z ptakiem.

Shireen krzyknęła radośnie. Nawet Cressen musiał przyznać, że kruk wygląda imponująco. Był biały jak śnieg i większy od największego jastrzębia, a lśniące, czarne oczy świadczyły, że to nie zwyczajny albinos, lecz prawdziwy biały kruk z Cytadeli.

- Chodź - zawołał. Ptak rozpostarł skrzydła, wzbił się w powietrze z głośnym furkotem i wylądował na stole obok maestera.

- Przyniosę ci śniadanie - zaproponował Pylos. Cressen skinął głową. - To jest lady Shireen - oznajmił krukowi. Ptak uniósł, a potem opuścił jasny łebek, jakby w pokłonie.

- Lady - zakrakał. - Lady.

Dziewczynka rozdziawiła usta z wrażenia.

- Umie mówić!

- Tylko kilka słów. Mówiłem ci, że to mądre ptaki.

- Mądry ptak, mądry człowiek, bardzo mądry błazen - odezwał się Plama przy akompaniamencie dzwonków. - Oj, bardzo, bardzo mądry błazen. - Zaczął śpiewać. - Cienie przyszły tańczyć, panie, tańczyć, panie, tańczyć, panie - nucił, przeskakując z nogi na nogę. - Cienie tu zostaną, panie, zostaną, panie, zostaną, panie.

Przy każdym słowie podrzucał głowę z głośnym brzękiem zdobiących poroże dzwonków. Biały kruk zerwał się z wrzaskiem do lotu i przysiadł na żelaznej poręczy schodów wiodących do ptaszarni. Shireen skurczyła się nagle.

- W kółko to wyśpiewuje. Mówiłam mu, żeby przestał, ale mnie nie słucha. Boję się tej piosenki. Każ mu przestać.

Jak miałbym to zrobić? - zastanowił się starzec. Kiedyś mogłem uciszyć go na zawsze, ale teraz...

Plama trafił do nich jako chłopiec. Wspominany przez wszystkich z miłością lord Steffon odnalazł go w Volantis, za wąskim morzem. Król - dawny król Aerys II Targaryen, który w owych dniach nie był jeszcze tak bardzo szalony - wysłał jego lordowską mość na poszukiwanie żony dla księcia Rhaegara, jako że chłopak nie miał sióstr, które mógłby poślubić.

- Znaleźliśmy nadzwyczajnego błazna - pisał Steffon do Cressena na dwa tygodnie przed powrotem z bezowocnej misji. - To jeszcze chłopiec, ale jest zwinny jak małpka i bystry jak tuzin dworaków. Umie żonglować, opowiadać zagadki, zna sztuczki magiczne i potrafi ładnie śpiewać w czterech językach. Wykupiliśmy go z niewoli i mamy nadzieję przywieźć ze sobą. Robert będzie nim zachwycony, a błazen może z czasem nauczy śmiechu nawet Stannisa.

Cressen ze smutkiem wspominał ów list. Nikt nie nauczył Stannisa śmiechu, a już zwłaszcza młody Plama. Niespodziewanie rozszalał się sztorm i Zatoka Rozbitków dowiodła, że słusznie nosi tę nazwę. Dwumasztowa galera "Władczyni Wichrów" rozpadła się w zasięgu wzroku od zamku. Dwaj najstarsi synowie lorda, stojący na blankach, ujrzeli, jak statek ojca uderza o skały i znika pod wodą. Razem z lordem Steffonem Baratheonem zginęło stu wioślarzy i marynarzy oraz jego pani żona. Przez długie dni każdy kolejny pływ pokrywał plażę pod Końcem Burzy nowym stosem rozdętych topielców.

Chłopca wyrzuciło na trzeci dzień. Maester Cressen zszedł na dół z całą resztą, by pomóc w rozpoznawaniu zwłok. Gdy znaleźli błazna, był nagi. Skórę miał białą, pomarszczoną i oblepioną mokrym piaskiem. Cressen pomyślał, że to kolejny trup, lecz gdy Jommy złapał nieszczęśnika za kostki, by powlec go do wozu, chłopiec wykaszlnął wodę i usiadł. Jommy aż po kres swych dni przysięgał, że skóra Plamy była zimna i mokra.

Nikt nigdy nie wyjaśnił, jak to się stało, że błazen przeżył w morzu całe dwa dni. Rybacy opowiadali, że syrena nauczyła go oddychać wodą w zamian za jego nasienie. Plama nie mówił nic. Bystry, dowcipny chłopak, o którym pisał lord Steffon, nie dotarł do Końca Burzy. Fale wyrzuciły na brzeg kogoś zupełnie innego - młodzieńca o zniszczonym ciele i umyśle, który ledwie był w stanie mówić, nie wspominając już o opowiadaniu dowcipów. Jego wygląd nie pozwalał jednak na wątpliwości. W Wolnym Mieście Volantis panował zwyczaj tatuowania twarzy niewolników i służących, a oblicze chłopaka od szyi aż po włosy pokrywała charakterystyczna dla błaznów czerwono-zielona szachownica.

- Ten nieszczęśnik jest obłąkany i cierpi ból. Nie przyniesie pożytku nikomu, a już najmniej sobie - zawyrokował stary ser Harbert, który był wówczas kasztelanem Końca Burzy. - Najlepiej by było podać mu kubek makowego mleka. Bezboleśnie zapadnie w sen i koniec. Pobłogosławiłby was za to, gdyby miał rozum.

Cressen nie chciał się jednak na to zgodzić i jego zdanie przeważyło. Nawet dziś, po tak wielu latach, nie potrafił powiedzieć, czy jego sprzeciw wyszedł Plamie na dobre.

- Cienie przyszły tańczyć, panie, tańczyć, panie, tańczyć, panie - śpiewał błazen, kołysząc głową. Dzwonki dźwięczały. Bong dong, ring-a-ling, bong dong.

- Panie - zaskrzeczał biały kruk. - Panie, panie, panie.

- Błazen śpiewa, co mu się spodoba - powiedział maester zaniepokojonej księżniczce. - Nie powinnaś przejmować się jego słowami. Jutro może sobie przypomnieć inną pieśń i tej już nigdy nie usłyszymy.

Lord Steffon napisał: ładnie śpiewa w czterech językach.

Do komnaty wszedł Pylos.

- Maesterze, wybacz.

- Zapomniałeś o owsiance - zauważył rozbawiony Cressen. To było zupełnie niepodobne do młodzieńca.

- Maesterze, nocą wrócił ser Davos. Mówili o tym w kuchni. Pomyślałem sobie, że zechcesz natychmiast się o tym dowiedzieć.

- Davos... mówisz nocą? Gdzie jest?

- U króla. Spędzili razem większą część nocy.

Były czasy, gdy lord Stannis obudziłby go bez względu na porę, by wysłuchać jego rady.

- Powinien był mnie zawiadomić - poskarżył się Cressen. - Powinien mnie obudzić. - Puścił dłoń Shireen. - Wybacz, pani. Muszę porozmawiać z twym panem ojcem. Pylosie, posłuż mi ramieniem. W tym zamku jest stanowczo zbyt wiele schodów. Mam wrażenie, że co noc dodają kilka nowych, po to tylko, żeby mi zrobić na złość.

Shireen i Plama ruszyli za nimi, lecz dziewczynka szybko się znużyła żółwim tempem starca i pomknęła naprzód. Błazen potruchtał chwiejnym krokiem za nią. Jego krowie dzwonki dźwięczały jak opętane.

Schodząc po spiralnych schodach Wieży Morskiego Smoka, Cressen przypomniał sobie po raz kolejny, że zamek to nie miejsce dla ludzi wątłego zdrowia. Lord Stannis przebywał w Komnacie Malowanego Stołu, na szczycie Kamiennego Bębna, centralnego donżonu Smoczej Skały. Nadano mu tę nazwę dlatego, że podczas burz jego starożytne mury głośno dudniły. Aby tam dotrzeć, musieli minąć galerię, potem środkowy i wewnętrzny mur, których strzegły chimery, oraz czarne, żelazne bramy, a wreszcie wdrapać się na schody tak długie, że Cressen nie chciał nawet o nich myśleć. Młodzieńcy pokonywali jednym krokiem po dwa stopnie, lecz dla starca o chorym biodrze każdy stopień stanowił udrękę. Niemniej lord Stannis z pewnością do niego nie zejdzie, maester pogodził się więc z losem. Cieszył się z tego, że miał chociaż Pylosa do pomocy.

Wlokąc się galerią, minęli szereg wysokich, łukowatych okien, za którymi rozciągał się widok na dziedziniec zamkowy, mur kurtynowy oraz leżącą dalej wioskę rybacką. Stojący na dziedzińcu łucznicy ćwiczyli strzelanie do beczek w rytm okrzyków: nałożyć, naciągnąć, strzał. Strzały furkotały niczym stado zrywających się do lotu ptaków. Po murach chodzili strażnicy, którzy spoglądali pomiędzy chimerami na obozujące na zewnątrz wojska. Poranne powietrze wypełniał dym z ognisk. Trzy tysiące zbrojnych zasiadło do śniadania pod chorągwiami swych lordów. Za rozległym obozem widać było pełne statków kotwicowisko. Żadnej jednostce, która przez ostatnie pół roku zbliżyła się na odległość wzroku do Smoczej Skały, nie pozwolono odpłynąć. Okręt lorda Stannisa, trójpokładowa, trzystuwiosłowa wojenna galera "Furia" wydawała się niemal mała w porównaniu z niektórymi opasłymi karakami i kogami, które kotwiczyły wokół niej.

Pełniący straż pod Kamiennym Bębnem żołnierze znali maesterów z widzenia i pozwolili im wejść.

- Zaczekaj tu - polecił Cressen Pylosowi, gdy już znaleźli się wewnątrz. - Lepiej będzie, jeśli pomówię z nim sam.

- To długa wspinaczka, maesterze.

Cressen uśmiechnął się.

- Myślisz, że o tym zapomniałem? Wspinałem się na te schody tak często, że znam z nazwy każdy stopień.

W połowie drogi pożałował swej decyzji. Zatrzymał się, by odetchnąć i choć na chwilę złagodzić ból biodra. Wtem usłyszał odgłos szurających po kamieniu butów i stanął twarzą w twarz z ser Davosem Seaworthem, który schodził na dół.

Był to niewysoki mężczyzna o plebejskim pochodzeniu wyraźnie wypisanym na pospolitej twarzy. Miał na sobie wyświechtany, zielony płaszcz pokryty plamami z soli i morskiej piany oraz wyblakły od słońca, pod nim zaś brązowy wams i spodnie, harmonizujące kolorem z oczyma i włosami. Z szyi zwisał mu na rzemyku mieszek z wytartej skóry. Krótką brodę upstrzyły liczne plamki siwizny, a na okaleczonej lewej dłoni miał skórzaną rękawicę. Ujrzawszy Cressena, zatrzymał się natychmiast.

- Ser Davosie - odezwał się maester. - Kiedy wróciłeś?

- Przed świtem. To moja ulubiona pora.

Opowiadano, że nikt nie potrafi kierować statkiem po ciemku nawet w połowie tak dobrze, jak Davos Krótkoręki. Nim lord Stannis pasował go na rycerza, był najbardziej osławionym i nieuchwytnym przemytnikiem w całych Siedmiu Królestwach.

- I?

Mężczyzna potrząsnął głową.

- Twe ostrzeżenia okazały się słuszne. Nie powstaną, maesterze. Nie dla niego. Nie darzą go miłością.

Nie - pomyślał Cressen. I nigdy go nie pokochają. Jest silny, utalentowany, sprawiedliwy... zaiste, aż nierozsądnie sprawiedliwy... ale to nie wystarczy. I tak było zawsze.

- Rozmawiałeś ze wszystkimi?

- Ze wszystkimi? Nie. Tylko z tymi, którzy zechcieli mnie przyjąć. Również szlachetnie urodzeni mnie nie miłują. Zawsze pozostanę dla nich cebulowym rycerzem. - Zacisnął w pięść okaleczone palce lewej dłoni. Stannis odrąbał mu niegdyś końcówki wszystkich palców poza kciukiem. - Dzieliłem się chlebem z Gulianem Swannem i starym Penrose'em, a Tarthowie zgodzili się spotkać ze mną w gaju o północy. Pozostali... no cóż, Beric Dondarrion zaginął, niektórzy mówią, że nie żyje, a lord Caron jest z Renlym. Zwie się teraz Bryce'em Pomarańczowym z Tęczowej Gwardii.

- Tęczowej Gwardii?

- Renly powołał własną Gwardię Królewską - wyjaśnił były przemytnik - ale tych siedmiu nie nosi bieli. Każdy ma własny kolor. Ich lordem dowódcą został Loras Tyrell.

To właśnie był pomysł, jaki mógł przyjść do głowy Renly'emu Baratheonowi. Nowy, wspaniały zakon rycerski, noszący nowe, przepyszne szaty. Już jako chłopiec uwielbiał jaskrawe kolory i kosztowne tkaniny, a także zabawy.

- Patrzcie na mnie! - krzyczał, biegnąc ze śmiechem przez korytarze Końca Burzy. - Patrzcie na mnie, jestem smokiem. Patrzcie na mnie, jestem czarodziejem. Patrzcie na mnie, jestem bogiem deszczu.

Łobuziak z rozczochranymi, czarnymi włosami i roześmianymi oczyma był teraz dwudziestojednoletnim mężczyzną, lecz nadal uwielbiał zabawy. Patrzcie na mnie, jestem królem. Cressen westchnął ze smutkiem. Och, Renly, Renly, kochany dzieciaku, czy ty wiesz, co robisz? I czy obeszłoby cię to, gdybyś wiedział? Czy poza mną jest ktoś, komu zależy na Stannisie?

- Jaki powód odmowy podali owi lordowie? - zapytał Davosa.

- No cóż, niektórzy powtarzali gładkie słówka, inni mówili prosto z mostu, jedni oferowali usprawiedliwienia, drudzy obietnice, a byli też tacy, którzy po prostu kłamali. - Wzruszył ramionami. - W ostatecznym rozrachunku słowa to tylko wiatr.

- Nie mogłeś dać mu nadziei?

- Tylko fałszywą, a tego bym nigdy nie uczynił - odparł Davos. - Usłyszał ode mnie prawdę.

Maester Cressen wspomniał dzień, gdy po zakończeniu oblężenia Końca Burzy Davosa pasowano na rycerza. Lord Stannis utrzymał zamek przez niemal rok, choć miał nieliczny garnizon, a przeciw sobie potężne zastępy lordów Tyrella i Redwyne'a. Odcięto nawet drogę morską. Dzień i noc strzegły jej galery Redwyne'a, pływające pod burgundową banderą Arbor. W Końcu Burzy dawno już zjedzono wszystkie konie, zniknęły psy i koty, a obrońcom zostały jedynie rzodkiew i szczury. Wreszcie nadeszła noc, gdy księżyc był w nowiu, a czarne chmury przesłoniły gwiazdy. Pod osłoną ciemności przemytnik Davos przemknął się przez kordon Redwyne'a i ominął skały Zatoki Rozbitków. Jego stateczek miał czarne żagle, czarny kadłub, czarne wiosła oraz ładownię pełną cebuli i solonych ryb. Nie było to wiele, pozwoliło jednak obrońcom dotrwać do chwili, gdy Eddard Stark dotarł do twierdzy i położył kres oblężeniu.

Lord Stannis nagrodził Davosa wspaniałymi ziemiami na Przylądku Gniewu, małą twierdzą oraz tytułem rycerskim... rozkazał też jednak, by obcięto mu końcówki wszystkich palców lewej dłoni, aby ukarać go za długoletnie paranie się rzemiosłem przemytnika. Davos wyraził na to zgodę pod warunkiem, że Stannis sam będzie trzymał nóż, twierdząc, że nie zgodzi się przyjąć kary z rąk sługi. Lord użył rzeźnickiego tasaka, by ciąć szybko i pewnie. Davos wybrał dla swego nowo założonego rodu nazwisko Seaworth, a na jego chorągwi widniał czarny statek na jasnoszarym tle - z cebulą na żaglach. Były przemytnik lubił mawiać, że lord Stannis wyświadczył mu przysługę, gdyż miał dzięki niemu mniej paznokci do czyszczenia i przycinania.

Nie - pomyślał Cressen. Taki człowiek nie dałby nikomu fałszywej nadziei ani nie złagodziłby trudnej prawdy.

- Ser Davosie, prawda bywa gorzkim napojem, nawet dla kogoś takiego jak lord Stannis. On myśli tylko o powrocie na czele armii do Królewskiej Przystani, o zmiażdżeniu wrogów i o odzyskaniu tego, co słusznie mu się należy. A teraz...

- Jeśli wyruszy z tak szczupłymi siłami na Królewską Przystań, z całą pewnością zginie. Ma za mało żołnierzy. Powiedziałem mu to, ale wiesz, jaki jest dumny. - Davos uniósł skrytą w rękawicy dłoń. - Prędzej mi palce odrosną, niż ten człowiek usłucha rozsądnej rady.

- Zrobiłeś wszystko, co mogłeś - odparł z westchnieniem starzec. - Muszę teraz dodać mój głos do twojego.

Wznowił powolną wspinaczkę.

Azyl lorda Stannisa Baratheona był wielką, okrągłą komnatą o ścianach z nagiego, czarnego kamienia. Były tam cztery wysokie, wąskie okna, skierowane na cztery strony świata. Pośrodku stał wielki stół, któremu komnata zawdzięczała swą nazwę - masywna bryła malowanego drewna, wyrzeźbiona na rozkaz Aegona Targaryena w dniach przed Podbojem. Malowany Stół miał ponad pięćdziesiąt stóp długości, a szerokości w najszerszym miejscu chyba ze dwadzieścia pięć, w najwęższym zaś niespełna cztery. Cieśle Aegona ukształtowali go na podobieństwo krainy Westeros, wycinając starannie wszystkie zatoki i półwyspy, aż wreszcie żaden z brzegów stołu nie był prosty. Na powierzchni, pociemniałej po trzystu latach pokostowania, wymalowano Siedem Królestw, tak jak wyglądały w czasach Aegona: rzeki i góry, zamki i miasta, jeziora i lasy.

W komnacie było tylko jedno krzesło, ustawione dokładnie w tym miejscu, w którym przy wybrzeżu Westeros znajdowała się Smocza Skała. Umieszczono je na podwyższeniu, by ten, kto na nim siedział, lepiej widział blat. Na krześle zasiadał człowiek odziany w obcisły skórzany kaftan oraz spodnie z brązowej wełny. Gdy maester Cressen wszedł do komnaty, mężczyzna podniósł wzrok.

- Wiedziałem, że przyjdziesz, starcze, bez względu na to, czy cię wezwę, czy nie.

W jego głosie nie było śladu ciepła. Rzadko je w nim słyszano.

Stannis Baratheon, lord Smoczej Skały i z łaski bogów prawowity dziedzic Żelaznego Tronu Siedmiu Królestw Westeros, był barczysty i żylasty. Jego twarz przywodziła na myśl garbowaną skórę, suszoną na słońcu tak długo, aż stała się mocna jak stal. Mówiąc o nim, ludzie używali słowa "twardy". Mieli rację. Choć nie ukończył jeszcze trzydziestego piątego roku życia, na głowie pozostał mu tylko wąski pasek czarnych włosów, który biegł za uszami niczym cień korony. Jego brat, zmarły król Robert, w ostatnich latach życia zapuścił brodę. Maester Cressen nigdy go z nią nie widział, opowiadano jednak, że była dzika, gęsta i splątana. Jakby na przekór, Stannis przyciął zarost bardzo krótko. Jego kwadratową szczękę i kościste, zapadnięte policzki pokrywał tylko niebieskoczarny cień. Brwi miał gęste, a oczy wyglądały jak otwarte rany, ciemnobłękitne niby morska toń nocą. Usta mogłyby doprowadzić do rozpaczy nawet najzabawniejszego z błaznów. Były stworzone do gniewnych grymasów i ostro wypowiadanych rozkazów. Składały się tylko z wąskich, bladych warg oraz zaciśniętych mięśni. Zapomniały, jak się uśmiechać, a nigdy nie umiały się śmiać. Czasami, gdy noc była wyjątkowo cicha i spokojna, maester Cressen wyobrażał sobie, że słyszy, jak lord Stannis na drugim końcu zamku zgrzyta zębami.

- Kiedyś kazałbyś mnie obudzić - poskarżył się starzec.

- Kiedyś byłeś młody. Teraz jesteś stary i schorowany. Potrzebujesz więcej snu. - Stannis nigdy się nie nauczył łagodzić swych wypowiedzi, ukrywać uczuć ani schlebiać ludziom. Mówił to, co myślał, a ci, którym to się nie podobało, mogli sobie iść precz. - Wiedziałem, że wkrótce i tak się dowiesz, co miał do powiedzenia Davos. Zawsze tak się dzieje, prawda?

- W przeciwnym razie na nic bym ci się nie przydał - odparł Cressen. - Spotkałem Davosa na schodach.

- Pewnie wygadał ci wszystko? Szkoda, że nie uciąłem mu języka razem z palcami.

- Byłby wtedy kiepskim posłem.

- I tak spisał się marnie. Lordowie burzy nie ruszą palcem w mojej sprawie. Podobno mnie nie lubią, a fakt, że słuszność jest po mojej stronie, nic ich nie obchodzi. Tchórzliwi będą siedzieli za swymi murami, żeby się przekonać, w którą stronę wieje wiatr i kto najpewniej zatriumfuje. Odważni opowiedzieli się już za Renlym. Za Renlym! - warknął, jakby to imię było dla niego trucizną.

- Twój brat jest lordem Końca Burzy już od trzynastu lat. Ci ludzie są jego zaprzysiężonymi chorążymi...

- Jego chorążymi - przerwał mu Stannis - choć powinni należeć do mnie. Nie prosiłem o Smoczą Skałę. Nie chciałem jej. Zgodziłem się przybyć na wyspę tylko dlatego, że tu czaili się wrogowie Roberta, a on rozkazał mi się z nimi rozprawić. Zbudowałem dla niego flotę i wykonałem czarną robotę, spełniłem obowiązek młodszego brata wobec starszego. Renly powinien to samo uczynić dla mnie! I jak podziękował mi Robert? Mianował mnie lordem Smoczej Skały, a Koniec Burzy wraz z płynącymi z niego dochodami oddał Renly'emu. Koniec Burzy, który jest własnością rodu Baratheonów już od trzystu lat. Zgodnie z prawem, gdy Robert zasiadł na Żelaznym Tronie, zamek powinien przypaść mnie.

Żal wżarł się głęboko w duszę Stannisa, który nigdy nie czuł go tak mocno, jak w tej chwili. To właśnie było przyczyną jego słabości. Smocza Skała, choć stara i potężna, miała tylko garstkę niewiele znaczących lenników, których kamienne, wyspiarskie posiadłości liczyły sobie zbyt mało ludności, by dostarczyć Stannisowi potrzebnej mu armii. Nawet przy wsparciu najemników, których sprowadził zza wąskiego morza, z wolnych miast Myr i Lys, armia obozująca pod murami była zbyt słaba, by zgnieść potęgę rodu Lannisterów.

- Robert cię skrzywdził - zaczął ostrożnie maester Cressen - miał jednak swoje powody. Smocza Skała od dawna była siedzibą Targaryenów. Potrzebował tu silnego mężczyzny, a Renly był tylko dzieckiem.

- I nadal pozostaje dzieckiem - oznajmił Stannis. Głośne echa jego gniewu wypełniły pustą komnatę. - Złodziejskim dzieckiem, które chce ukraść mi koronę. Co takiego uczynił, by zasłużyć na tron? Siedzi sobie na radzie i żartuje z Littlefingerem, a na turniejach przywdziewa wspaniałą zbroję i pozwala, by lepsi od niego strącali go z konia. Oto cały mój brat Renly, który uważa, że powinien zostać królem. Pytam cię, za co bogowie pokarali mnie braćmi?

- Nie wiem, jakie są intencje bogów.

- Mam wrażenie, że ostatnio w ogóle mało wiesz. Kto jest maesterem Renly'ego? Być może powinienem posłać po niego. Jego rady mogłyby przynieść mi więcej pożytku. Jak sądzisz, co rzekł ów maester, kiedy mój brat postanowił skraść mi koronę? Jakiej rady udzielił temu zdradzieckiemu pomiotowi naszego rodu?

- Zdziwiłbym się, gdyby lord Renly pytał kogokolwiek o radę, Wasza Miłość.

Najmłodszy z trzech synów lorda Steffona wyrósł na mężczyznę śmiałego, lecz nieostrożnego, którym kierował bardziej impuls niż rozsądek. Pod tym względem, tak jak pod wieloma innymi, Renly był podobny do swego brata Roberta, a zupełnie niepodobny do Stannisa.

- Wasza Miłość - powtórzył z goryczą władca Smoczej Skały. - Drwisz ze mnie, tytułując mnie jak króla, a czego królem jestem? Smocza Skała i kilka wysepek na wąskim morzu, oto całe moje królestwo. - Zszedł z podwyższenia i stanął obok stołu. Jego cień padał na ujście Czarnego Nurtu oraz las, w którym wznosiła się obecnie Królewska Przystań. Zamarł w bezruchu, rozmyślając o królestwie, które pragnął zdobyć. Było tuż obok, lecz jednocześnie bardzo daleko. - Mam dziś spożyć kolację z moimi lordami chorążymi, ilu ich tam mam. Z Celtigarem, Velaryonem, Bar Emmonem i całą tą garstką. Prawdę mówiąc, to żałosna banda, ale tylko tyle zostawili mi bracia. Ten lyseński pirat Salladhor Saan przedstawi mi listę długów, które muszę mu spłacić, Morosh Myrijczyk będzie mnie ostrzegał przed pływami i jesiennymi wichrami, a lord Sunglass mamrotał pobożne bzdury o woli Siedmiu. Celtigar zechce się dowiedzieć, którzy z lordów burzy przyłączą się do nas. Velaryon zagrozi, że zabierze swe pospolite ruszenie do domu, jeśli natychmiast nie ruszymy do ataku. Co mam im powiedzieć? Co winienem teraz uczynić?

- Twoimi prawdziwymi wrogami są Lannisterowie, panie - odparł maester Cressen. - Gdybyś połączył siły z bratem...

- Nie będę pertraktował z Renlym, dopóki każe się tytułować królem - odparł Stannis niedopuszczającym sprzeciwu tonem.

- W takim razie nie z Renlym - ustąpił maester. Jego pan był uparty i dumny. Gdy raz podjął decyzję, nic nie mogło jej zmienić. - Możesz się też sprzymierzyć z innymi. Syna Eddarda Starka ogłoszono królem północy. Stoi za nim cała potęga Winterfell i Riverrun.

- To nieopierzony chłopak i kolejny fałszywy król - skontrował Stannis. - Czy mam się pogodzić z rozbiciem królestwa?

- Z pewnością lepsze jest pół królestwa niż nic - przekonywał go Cressen. - Jeśli pomożesz mu pomścić śmierć ojca...

- Dlaczego miałbym mścić Eddarda Starka? Nic dla mnie nie znaczył. Och, Robert z pewnością go kochał. Kochał go jak brata. Ile razy to od niego słyszałem? To ja byłem jego bratem, nie Ned Stark, ale nikt by się tego nie domyślił, biorąc pod uwagę, jak mnie traktował. Obroniłem dla niego Koniec Burzy. Dzielni ludzie marli z głodu na moich oczach, podczas gdy Mace Tyrell i Paxter Redwyne ucztowali w zasięgu wzroku od murów. I czy Robert mi podziękował? Nie. Podziękował Starkowi, który przegnał oblegających, gdy nam zostały już tylko szczury i rzodkiew. Na rozkaz Roberta zbudowałem flotę i w jego imieniu zdobyłem Smoczą Skałę. Czy uścisnął mi dłoń i powiedział: "Dzielnie się spisałeś, bracie. Cóż bym uczynił bez ciebie?". Nie. Oskarżył mnie o to, że pozwoliłem Willemowi Darry'emu wykraść Viserysa i dziewczynkę, jakbym mógł temu zapobiec. Przez piętnaście lat zasiadałem w jego radzie, pomagając Jonowi Arrynowi zarządzać królestwem, podczas gdy Robert pił i chędożył dziwki, ale czy po śmierci Jona brat mianował mnie swym namiestnikiem? Nie, natychmiast pogalopował do swego drogiego przyjaciela Neda Starka i jemu zaoferował ten zaszczyt. Co prawda, marnie na tym obaj wyszli.

- Co się stało, to się nie odstanie, Wasza Miłość - rzekł maester Cressen łagodnym tonem. - Wielce cię skrzywdzono, lecz przeszłość to proch, a jeśli połączysz siły ze Starkami, przyszłość może jeszcze należeć do ciebie. Są też inni, z którymi możesz poszukać porozumienia. Co z lady Arryn? Z pewnością pragnie sprawiedliwości, jeśli to królowa zamordowała jej męża. Ma młodego syna, dziedzica Jona Arryna. Gdybyś zaręczył z nim Shireen...

- Chłopak jest słaby i chorowity - sprzeciwił się Stannis. - Nawet jego ojciec to widział. Prosił mnie, bym wziął go pod opiekę na Smoczej Skale. Służba w charakterze pazia mogłaby mu pomóc, ale ta przeklęta lannisterska wiedźma otruła lorda Arryna, nim zdążyliśmy zawrzeć umowę, a teraz Lysa ukrywa chłopaka w Orlim Gnieździe. Zapewniam cię, że nigdy już się z nim nie rozstanie.

- W takim razie musisz wysłać Shireen do Orlego Gniazda - nalegał maester. - Smocza Skała jest zbyt ponura dla dziecka. Błazen niech popłynie z nią, żeby miała przy sobie jakąś znajomą twarz.

- Znajomą i ohydną. - Stannis zmarszczył czoło z namysłem. - Niemniej... może warto by spróbować...

- Czy prawowity pan Siedmiu Królestw musi błagać o pomoc wdów i uzurpatorów? - zabrzmiał ostry kobiecy głos.

Maester Cressen odwrócił się i pochylił głowę w ukłonie.

- Pani - przywitał ją, zły, że nie usłyszał, kiedy wchodziła.

Lord Stannis skrzywił się.

- Nigdy nikogo o nic nie błagam. Nie zapominaj o tym, kobieto.

- Słyszę to z przyjemnością, panie. - Lady Selyse dorównywała wzrostem mężowi. Była chuda, miała wąską twarz, odstające uszy, ostry nos i cień wąsów na górnej wardze. Co dzień je sobie wyskubywała i regularnie przeklinała, lecz zawsze odrastały z powrotem. Oczy miała jasne, a usta zastygłe w grymasie surowości. Jej głos ciął ostro jak bicz i teraz zrobiła z niego użytek. - Lady Arryn jest ci winna wierność, podobnie jak Starkowie, twój brat Renly i cała reszta. Jesteś ich prawowitym królem. Nie godzi się, byś ich błagał i targował się z nimi o to, co słusznie ci się należy z łaski boga.

Powiedziała "boga" nie "bogów". Kobieta w czerwieni zawładnęła jej sercem i duszą, sprawiła, że odwróciła się od bogów Siedmiu Królestw, tak starych, jak i nowych, i czciła tylko tego, którego zwano Panem Światła.

- Twój bóg może sobie zatrzymać swą łaskę - rzucił lord Stannis, który nie podzielał żarliwej wiary żony. - Potrzebuję mieczy, nie błogosławieństw. Czy masz gdzieś ukrytą armię, o której nic mi nie mówiłaś?

W jego głosie nie było czułości. Stannis zawsze czuł się skrępowany w obecności kobiet, nawet własnej żony. Gdy wyruszył do Królewskiej Przystani, by zasiadać w radzie Roberta, zostawił Selyse na Smoczej Skale, razem z ich córką. Pisał rzadko, a odwiedzał ją jeszcze rzadziej. Raz czy dwa razy do roku spełniał swój obowiązek w małżeńskim łożu, lecz nie sprawiało mu to satysfakcji, a synowie, których ongiś pragnął, nigdy się nie narodzili.

- Moi bracia, stryjowie i kuzyni mają wojska - oznajmiła Selyse. - Ród Florentów stanie pod twymi sztandarami.

- Ród Florentów może zgromadzić w najlepszym razie dwa tysiące mieczy. - Powiadano, że Stannis zna siłę każdego rodu w Siedmiu Królestwach. - Poza tym, pokładasz w tych swoich braciach i stryjach znacznie więcej wiary niż ja, pani. Ziemie Florentów leżą za blisko Wysogrodu, by twój pan stryj zechciał się narazić na gniew Mace'a Tyrella.

- Jest inny sposób. - Lady Selyse podeszła bliżej. - Wyjrzyj przez okna, panie. Oto znak, na który czekałeś, pojawił się na niebie. Jest czerwony, a czerwień to barwa ognia, barwa gorejącego serca prawdziwego boga. To jego sztandar. Jego i twój! Spójrz, jak łopocze na niebie niczym gorący smoczy oddech. Ty jesteś panem Smoczej Skały. To znaczy, że twój czas nadszedł, Wasza Miłość. Nie ma nic pewniejszego. Jest ci pisane odpłynąć z tej skały, jak ongiś uczynił to Aegon Zdobywca, by rozbić w puch wszystkich wrogów, tak jak on. Powiedz tylko słowo i uznaj moc Pana Światła.

- A ile mieczy on mi da? - zapytał Stannis.

- Ile tylko będziesz potrzebował - obiecała jego żona. - Na początek miecze Końca Burzy i Wysogrodu oraz wszystkich ich lordów chorążych.

- Davos mówił co innego - sprzeciwił się Stannis. - Wszyscy oni poprzysięgli wierność Renly'emu. Miłują mego uroczego młodszego brata, tak jak ongiś kochali Roberta... a mnie nigdy nie darzyli miłością.

- To prawda - zgodziła się. - Ale gdyby Renly umarł...

Stannis zmrużył oczy, wpatrując się w swą żonę. Wreszcie Cressen poczuł się zmuszony odezwać.

- Nie wolno o tym nawet myśleć, Wasza Miłość. Bez względu na to, jakie głupstwa popełnił Renly...

- Głupstwa? Ja nazywam to zdradą. - Stannis ponownie zwrócił się ku żonie. - Mój brat jest młody i silny, a do tego otaczają go liczne zastępy i ci jego tęczowi rycerze.

- Melisandre zajrzała w płomienie i zobaczyła tam jego śmierć.

Cressena poraziła groza.

- Bratobójstwo... panie, to niewyobrażalne zło... proszę cię, wysłuchaj mnie.

Lady Selyse przyjrzała mu się uważnie.

- A co ty mu powiesz, maesterze? Że może zdobyć pół królestwa, jeśli padnie na kolana przed Starkami i sprzeda córkę Lysie Arryn?

- Wysłuchałem już twej rady, Cressenie - oznajmił lord Stannis. - Teraz posłucham, co ona ma do powiedzenia. Możesz odejść.

Maester Cressen ugiął sztywne kolano. Oddalając się powoli, czuł na plecach spojrzenie lady Selyse. Kiedy zszedł na dół, ledwie trzymał się na nogach.

- Pomóż mi - poprosił Pylosa.

Po powrocie do swych komnat Cressen odesłał młodzieńca, wyszedł, utykając, na balkon, stanął między chimerami i wpatrzył się w morze. Jeden z okrętów Salladhora Saana mknął po szarozielonych wodach, poruszając wiosłami. Śledził galerę wzrokiem, aż skryła się za przylądkiem.

Gdyby tylko moje obawy mogły zniknąć równie łatwo. Czy żył tak długo po to tylko, by doczekać się czegoś podobnego?

Przyjmując łańcuch, maester wyrzekał się nadziei na dzieci, Cressen jednak często czuł się jak ojciec. Robert, Stannis, Renly... gdy gniewne morze zabrało lorda Steffona, wychował trzech synów. Czy sprawił się aż tak źle, że teraz pozabijają się nawzajem na jego oczach? Nie wolno mu do tego dopuścić.

W sercu całej tej sprawy kryła się kobieta. Nie lady Selyse, lecz ta druga. Słudzy zwali ją kobietą w czerwieni, bojąc się wypowiadać jej imię.

- Ja nazwę ją po imieniu - powiedział Cressen piekielnemu ogarowi z kamienia. - Melisandre.

Melisandre z Asshai, czarodziejka, władczyni cieni i kapłanka R'hllora, Pana Światła, Serca Ognia, Boga Płomieni i Cienia. Nie można pozwolić, by jej szaleństwo wydostało się poza Smoczą Skałę.

Po jasności poranka własne komnaty wydawały mu się mroczne i ponure. Starzec drżącymi dłońmi zapalił świecę, po czym zaniósł ją do umieszczonej pod schodami do ptaszarni pracowni, gdzie na półkach stały w równych szeregach maści, lekarstwa i eliksiry. Na najniższej półce, za szeregiem pękatych słoiczków z balsamami, znalazł szklaną fiolkę barwy indygo, nie większą niż jego mały palec. Gdy nią potrząsnął, coś w niej zagrzechotało. Cressen zdmuchnął warstewkę kurzu, po czym wrócił do stołu. Osunął się na krzesło, wyciągnął zatyczkę i wysypał z naczynka jego zawartość. Tuzin kryształków, nie większych od nasion, upadło na pergamin, który czytał. Lśniły w blasku świec niczym klejnoty. Były tak intensywnie fioletowe, że maesterowi przemknęła przez głowę myśl, iż nigdy dotąd nie widział, jak naprawdę wygląda ten kolor.

Łańcuch, który miał zawieszony na szyi, wydał mu się nagle bardzo ciężki. Dotknął lekko jednego z kryształków koniuszkiem małego palca. Taki drobiazg, a sprawuje władzę nad życiem i śmiercią. Sporządzano je z pewnej rośliny, która rosła na wyspach Morza Nefrytowego, na drugim końcu świata. Jej liście suszyło się, a potem namaczało w miksturze złożonej z wapna, słodzonej wody oraz pewnych rzadkich korzeni z Wysp Letnich. Potem można je było wyrzucić, eliksir zaś należało zagęścić popiołem i zaczekać, aż się skrystalizuje. Proces był powolny i trudny, a składniki kosztowne i niełatwe do zdobycia. Alchemicy z Lys potrafili jednak produkować tę substancję, podobnie jak Ludzie Bez Twarzy z Braavos... a także maesterzy jego zakonu, choć poza murami Cytadeli o tym nie wspominano. Cały świat wiedział, że maester wykuwał srebrne ogniwo swego łańcucha, gdy poznał sztukę uzdrawiania, świat wolał jednak nie pamiętać, że ci, którzy umieją leczyć, potrafią również zabijać.

Cressen nie pamiętał już, jaką nazwę nadali liściowi Asshai'i ani jak lyseńscy truciciele zwali kryształ. W Cytadeli nazywano go po prostu dusicielem. Jeśli rozpuszczono go w winie, sprawiał, że mięśnie ludzkiego gardła zaciskały się mocniej niż pięść, zamykając światło tchawicy. Twarz ofiary podobno robiła się fioletowa jak kryształki, które stały się przyczyną jej śmierci, lecz tak samo przecież wyglądało oblicze człowieka, który zadławił się przy jedzeniu.

Dzisiejszej nocy lord Stannis wydawał ucztę dla swych chorążych, pani żony... i kobiety w czerwieni, Melisandre z Asshai.

Muszę odpocząć - nakazał sobie maester Cressen. Po zmierzchu będę potrzebował siły. Dłonie nie mogą mi zadrżeć, a moja odwaga musi być niezachwiana. To straszliwy uczynek, trzeba go jednak popełnić. Jeśli bogowie istnieją, z pewnością mi wybaczą. Ostatnio sypiał bardzo źle. Drzemka pozwoli mu wypocząć przed czekającą go próbą. Powlókł się znużonym krokiem ku łożu. Nawet gdy zamknął powieki, widział blask komety, który rozjaśniał mrok jego snów, czerwony, gorejący i pełen jaskrawego życia.

Być może to moja kometa - pomyślał ospale na chwilę przed zapadnięciem w drzemkę. Krwawy omen, zapowiedź morderstwa... tak jest...

Gdy się obudził, było już zupełnie ciemno. Komnatę wypełniał mrok, a jego rwało we wszystkich stawach. Usiadł z wysiłkiem, dręczony bólem głowy, ścisnął w dłoniach laskę i podniósł się chwiejnie. Jest bardzo późno - pomyślał. Nie wezwali mnie.

Zawsze wzywano go na uczty. Siadywał na honorowym miejscu, blisko lorda Stannisa. Ujrzał przed oczyma twarz swego pana, nie mężczyzny, lecz chłopca, który stał w zimnym cieniu, gdy na jego starszego brata padały promienie słońca. Cokolwiek by uczynił, Robert zrobił to już przed nim i to lepiej. Biedny chłopak... to dla niego musi się teraz pośpieszyć.

Maester znalazł kryształy tam, gdzie je zostawił. Zsypał je z pergaminu. Nie miał wydrążonego pierścienia, jakich podobno używali truciciele z Lys, lecz w luźne rękawy jego szaty wszyto niezliczone kieszenie, wielkie i małe. Ukrył w jednej z nich kryształki dusiciela i otworzył drzwi.

- Pylosie? Gdzie jesteś? - zawołał. - Pylosie, potrzebuję twej pomocy - powtórzył, nie usłyszawszy odpowiedzi. Znowu cisza. Bardzo dziwne. Cela młodego maestera znajdowała się tuż za zakrętem schodów i Pylos powinien z łatwością go usłyszeć.

W końcu Cressen musiał zawołać służących.

- Szybciej - ponaglał ich. - Spałem za długo. Na pewno już ucztują... piją... ktoś powinien mnie obudzić.

Co się stało z maesterem Pylosem? Doprawdy tego nie pojmował.

Znowu musiał przejść przez długą galerię. Przez wielkie okna wpadał z szeptem nocny wiatr, niosący ostrą woń morza. Na murach Smoczej Skały i w położonym pod nimi obozie płonęły migotliwe pochodnie. Widział też setki ognisk, zupełnie jakby na ziemię spadł fragment rozgwieżdżonego firmamentu. Nad tym wszystkim lśniła kometa, czerwona i złowróżbna. Jestem za stary i zbyt mądry, żeby bać się takich rzeczy - przekonywał sam siebie maester.

Drzwi Wielkiej Komnaty wprawiono w paszczę kamiennego smoka. Cressen polecił sługom, by zostawili go u wejścia. Lepiej będzie, jeśli wejdzie sam. Nie może wydać się słaby. Wsparty ciężko na lasce maester wdrapał się na kilka ostatnich stopni i wszedł, utykając, między zębiska. Dwóch wartowników otworzyło przed nim ciężkie, czerwone drzwi, wypuszczając na zewnątrz nagły strumień hałasu i światła. Cressen zagłębił się w smoczej paszczy.

I natychmiast usłyszał przebijający się przez klekot noży i talerzy śpiew Plamy:

- ...tańczyć, panie, tańczyć, panie.

Towarzyszył mu brzęk dzwonków. To była ta sama straszliwa pieśń, którą śpiewał rano.

- Cienie tu zostaną, panie, zostaną, panie, zostaną, panie.

Za niżej ustawionymi stołami tłoczyli się rycerze, łucznicy i kapitanowie najemników, którzy odrywali kawały czarnego chleba i maczali je w duszonej rybie. Nie słyszało się tu głośnego śmiechu ani ochrypłych krzyków, które ujmowały godności ucztom wydawanym przez innych ludzi. Lord Stannis nie pozwalał na podobne ekscesy.

Cressen ruszył ku podniesieniu, na którym zasiadali lordowie i król. Musiał ominąć Plamę szerokim łukiem. Błazen tańczył, pobrzękując krowimi dzwonkami, i nie widział ani nie słyszał maestera. Przeskakując z nogi na nogę, Plama wpadł nagle na starca, wytrącając mu z rąk laskę. Obaj runęli na sitowie. Komnatę wypełnił nagły huragan śmiechu. Z pewnością wyglądało to komicznie.

Plama leżał na nim, przyciskając malowaną, błazeńską gębę do jego twarzy. Zgubił gdzieś swój hełm z cynowanej blachy z porożem i krowimi dzwonkami.

- W podmorskiej krainie ludzie przewracają się do góry - oznajmił. - Wiem to, wiem, tra-la-lem.

Zachichotał, stoczył się z Cressena, zerwał na nogi i odtańczył krótki taniec.

Maester postanowił zrobić dobrą minę do złej gry. Uśmiechnął się słabo i spróbował wstać, lecz biodro bolało go tak bardzo, że przez chwilę bał się, iż znowu je sobie złamał. Poczuł, że czyjeś mocne dłonie ujęły go pod ramiona i postawiły na nogi.

- Dziękuję, ser - wyszeptał, odwracając się, by zobaczyć, który z rycerzy pośpieszył mu z pomocą.

- Maesterze - rzekła lady Melisandre. W jej niskim głosie pobrzmiewała muzyka Morza Nefrytowego. - Powinieneś na siebie uważać.

Jak zwykle była od stóp do głów odziana w czerwień. Miała na sobie długą, luźną suknię z jedwabiu jaskrawego jak ogień. Rozcięte rękawy i głębokie wycięcia w gorseciku ukazywały ukrytą pod spodem ciemniejszą tkaninę o barwie krwi. Złotoczerwony kołnierz był ciaśniejszy niż łańcuch maestera i zdobił go jeden wielki rubin. Jej włosy nie były pomarańczowe czy rudoblond, jak zwykle u rudych ludzi. Miały intensywny kolor miedzi i lśniły w blasku pochodni. Nawet oczy miała czerwone... lecz skórę białą i gładką, nieskazitelną i jasną jak śmietana. Była szczupła i pełna gracji, wyższa niż większość rycerzy. Piersi miała pełne, talię wąską, a twarz o kształcie serca. Mężczyzna, którzy raz ją ujrzał, nie odwracał szybko wzroku. Nawet maester. Wielu utrzymywało, że jest piękna. Nie była piękna, lecz czerwona. Straszliwa i czerwona.

- Dzię... dziękuję, pani.

Duszę Cressena wypełnił szept strachu. Ona wie, co zapowiada kometa. Jest mądrzejsza od ciebie, starcze.

- Człowiek tak wiekowy musi patrzeć pod nogi - powiedziała uprzejmie. - Noc jest ciemna i pełna strachów.

Znał te słowa. Pochodziły z jednej z modlitw jej religii. To nieważne. Mam własną wiarę.

- Tylko dzieci boją się ciemności - odpowiedział. W tej samej chwili jednak usłyszał, że Plama znowu zaczął śpiewać.

- Cienie przyszły tańczyć, panie, tańczyć, panie, tańczyć, panie.

- Oto jest zagadka - ciągnęła. - Mądry błazen i głupi mędrzec.

Schyliła się, podniosła z podłogi hełm Plamy i nałożyła go Cressenowi. Kubeł z cynowanej blachy opadł mu aż na uszy. Zabrzęczały krowie dzwonki.

- Ta korona pasuje do twego łańcucha, lordzie maesterze - oznajmiła. Wszędzie wokół mężczyźni wybuchnęli śmiechem.

Cressen zacisnął usta, ze wszystkich sił starając się powstrzymać wściekłość. Uważała go za słabego, bezradnego starca. Nim noc dobiegnie końca, przekona się, że była w błędzie. Może i był stary, lecz nadal pozostawał maesterem z Cytadeli.

- Nie potrzebuję żadnej korony poza prawdą - odpowiedział, zdejmując błazeński hełm.

- Są na świecie prawdy, których nie uczą w Starym Mieście.

Odwróciła się od niego, zamiatając czerwonym jedwabiem, i ruszyła ku stołowi na podwyższeniu, gdzie zasiadał król Stannis z królową. Cressen wręczył Plamie ozdobiony jelenimi rogami hełm i podążył za nią.

Na jego miejscu siedział maester Pylos.

Starzec mógł tylko zatrzymać się i wbić w niego wzrok.

- Maesterze Pylosie - odezwał się wreszcie. - Nie... nie obudziłeś mnie.

- Jego Miłość rozkazał, bym pozwolił ci odpocząć. - Pylos miał przynajmniej tyle przyzwoitości, by się zaczerwienić. - Powiedział mi, że jesteś tu zbyteczny.

Cressen przesunął spojrzenie po rycerzach, kapitanach i lordach, którzy siedzieli w milczeniu. Lord Celtigar, postarzały i skwaszony, miał na sobie płaszcz, który zdobiły kraby z czerwonych granatów. Przystojny lord Velaryon wybrał jedwab koloru morskiej zieleni. U gardła miał konika morskiego z białego złota, który harmonizował barwą z jego długimi, jasnymi włosami. Lord Bar Emmon, tłusty, czternastoletni chłopak, miał na sobie fioletowy aksamitny strój, obszyty białym foczym futrem. Ser Axell Florent wyglądał pospolicie nawet w rdzawym odzieniu i lisim futrze. W naszyjniku, bransolecie i pierścieniu pobożnego lorda Sunglassa pyszniły się kamienie księżycowe, a lyseński kapitan Salladhor Saan lśnił niczym słońce, spowity w szkarłatne atłasy, złoto i klejnoty. Tylko ser Davos wolał prosty strój - brązowy wams i zielony wełniany płaszcz - i tylko on spojrzał mu w oczy z litością.

- Jesteś chory i miesza ci się w głowie. Na nic mi się nie przydasz, starcze. - Wydawało się, że to głos lorda Stannisa, ale to było niemożliwe, niemożliwe. - Od tej pory mym doradcą będzie Pylos. Już teraz zajmuje się krukami, jako że nie możesz wspiąć się do ptaszarni. Nie chcę, żebyś przypłacił życiem służbę dla mnie.

Maester Cressen zamrugał powiekami. Stannis, mój panie, mój smutny, markotny chłopcze, synu, którego nigdy nie miałem, nie możesz mi tego zrobić, czy nie wiesz, jak bardzo o ciebie dbałem? Żyłem dla ciebie i miłowałem cię bez względu na wszystko. Tak jest, miłowałem cię, bardziej nawet niż Roberta czy Renly'ego, bo to ty byłeś niekochany i najbardziej mnie potrzebowałeś.

- Jak rozkażesz, panie - rzekł jednak tylko. - Ale... ale jestem głodny. Czy nie ma dla mnie miejsca przy twym stole?

U twego boku, powinienem zasiadać u twego boku...

Ser Davos dźwignął się z ławy.

- Poczuję się zaszczycony, jeśli maester spocznie obok mnie, Wasza Miłość.

- Jak sobie życzysz.

Lord Stannis odwrócił się i powiedział coś do Melisandre, która zasiadała na honorowym miejscu po jego prawej stronie. Po lewej siedziała lady Selyse, która rozciągała usta w uśmiechu jasnym i kruchym jak jej klejnoty.

Za daleko - pomyślał otępiały Cressen, patrząc na miejsce, w którym siedział ser Davos. Przemytnika dzieliła od stołu na podwyższeniu połowa lordów chorążych. Żeby wrzucić jej dusiciela do kielicha, muszę podejść bliżej. Ale jak to zrobić?

Gdy maester ruszył powoli wokół stołu do Davosa Seawortha, Plama znowu się rozbrykał.

- Tutaj my jemy ryby - oznajmił radosnym tonem, wywijając dorszem niczym berłem. - A w podmorskiej krainie ryby jedzą nas. Wiem to, wiem, tra-la-lem.

Ser Davos przesunął się na bok, żeby zrobić Cressenowi miejsce na ławie.

- Wszyscy powinniśmy dziś przywdziać błazeńskie stroje - stwierdził przygnębiony, gdy starzec usiadł. - Bo całe to przedsięwzięcie jest godne błaznów. Kobieta w czerwieni zobaczyła w swych płomieniach zwycięstwo i Stannis zamierza zgłosić pretensje do tronu, nie zważając na brak żołnierzy. Obawiam się, że nim się od niej uwolnimy, każdy z nas zobaczy to, co widział Plama. Dno morza.

Cressen wsunął dłonie w rękawy, jakby chciał je ogrzać. Jego palce wyczuły pod wełną twarde kryształki.

- Lordzie Stannisie.

Stannis odwrócił się od kobiety w czerwieni, lecz to lady Selyse udzieliła mu odpowiedzi.

- Królu Stannisie. Zapominasz się, maesterze.

- Jest stary i pamięć mu nie dopisuje - burknął król. - O co chodzi, Cressenie? Słucham cię.

- Jeśli twa flota ma wyruszyć do boju, bezwzględnie musisz zawrzeć sojusz z lordem Starkiem i lady Arryn...

- Z nikim nie zawrę sojuszu - odparł Stannis Baratheon.

- Światło nie może być sprzymierzeńcem ciemności - dodała lady Selyse, ujmując jego dłoń.

Stannis skinął głową.

- Starkowie chcą ukraść połowę mego królestwa, tak samo jak Lannisterowie skradli mi tron, a mój słodki brat miecze i grody, które prawnie należą się mnie. Wszyscy są uzurpatorami i moimi nieprzyjaciółmi.

Utraciłem go - pomyślał zrozpaczony Cressen. Gdyby tylko mógł w jakiś sposób podejść niezauważony do Melisandre... musiał tylko na chwilę dostać się w pobliże jej pucharu.

- Jesteś prawowitym dziedzicem swego brata Roberta, prawdziwego władcy Siedmiu Królestw, króla Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi - mówił zdesperowany - lecz mimo to nie możesz liczyć na to, że odniesiesz triumf bez pomocy sojuszników.

- Ma sojusznika - oznajmiła lady Selyse. - R'hllora, Pana Światła, Serce Ognia, Boga Płomieni i Cienia.

- Bogowie to w najlepszym razie niepewni sprzymierzeńcy - nie ustępował starzec. - A moc tego boga tu nie sięga.

- Tak sądzisz? - Melisandre odwróciła głowę. Rubin na jej szyi zalśnił w blasku ognia i przez chwilę wydawał się jasny jak kometa. - Jeśli opowiadasz takie głupstwa, maesterze, może powinniśmy znowu nałożyć ci koronę.

- Tak - zgodziła się lady Selyse. - Hełm Plamy. To odpowiednie nakrycie głowy dla ciebie, starcze. Rozkazuję ci go przywdziać.

- W podmorskiej krainie nikt nie nosi kapeluszy - odezwał się Plama. - Wiem to, wiem, tra-la-lem.

Oczy lorda Stannisa niknęły w cieniu krzaczastych brwi. Poruszył bezgłośnie szczęką, zaciskając usta. Kiedy się gniewał, zawsze zgrzytał zębami.

- Błaźnie - warknął wreszcie. - Moja pani żona wydała ci rozkaz. Daj Cressenowi swój hełm.

Nie - pomyślał stary maester. To nie jesteś ty. Ty tak nie postępujesz. Zawsze byłeś sprawiedliwy, zawsze twardy, lecz nigdy okrutny. Nigdy. Nie wiedziałeś, co to drwina, tak samo jak nie wiesz, co to śmiech.

Plama zbliżył się tanecznym krokiem przy akompaniamencie dzwonków. Maester siedział bez słowa, gdy błazen wsuwał mu na głowę ceber ozdobiony jelenimi rogami. Pochylił głowę pod jego ciężarem. Zadźwięczały dzwonki.

- Być może powinien od dziś wyśpiewywać swe rady - zaproponowała lady Selyse.

- Posuwasz się za daleko, kobieto - skarcił ją lord Stannis. - To stary człowiek, który dobrze mi służył.

I będę ci służył aż do końca, mój słodki panie, mój nieszczęsny, samotny synu - pomyślał Cressen, który nagle ujrzał przed sobą szansę. Stał przed nim puchar ser Davosa, nadal do połowy wypełniony kwaśnym, czerwonym winem. Znalazł w rękawie twardy kryształek i - ściskając go między kciukiem a palcem wskazującym - sięgnął po kielich.

Muszę to zrobić gładko i zręcznie. Nie mogę się teraz pomylić - modlił się. Bogowie okazali mu przychylność. Już po chwili palce miał puste. Jego dłonie od lat nie były tak pewne, ich ruchy nawet w połowie tak płynne. Davos dostrzegł, co zrobił, ale poza nim nikt. Cressen był tego pewien. Ściskając puchar w ręku, podniósł się z ławy.

- Być może rzeczywiście zachowałem się jak błazen. Lady Melisandre, czy zechcesz wychylić ze mną kielich wina ku czci twego boga, Pana Światła? Wznieść toast za jego moc?

Kobieta w czerwieni przyjrzała mu się uważnie.

- Jak sobie życzysz.

Czuł, że wszyscy patrzą na niego. Davos wyciągnął rękę i złapał go za rękaw palcami skróconymi przez lorda Stannisa.

- Co chcesz zrobić? - wyszeptał.

- Coś, co trzeba uczynić - odparł maester Cressen. - Dla królestwa i dla duszy mego pana.

Odtrącił dłoń Davosa. Kropelka wina spadła na sitowie.

Melisandre spotkała go obok stołu na podwyższeniu. Oczy wszystkich gości skierowały się na nich, Cressen jednak widział tylko ją. Czerwony jedwab, czerwone oczy, czerwony rubin u gardła, czerwone wargi rozciągnięte w lekkim uśmieszku. Położyła rękę na jego dłoni i otoczyła nią kielich. Skórę miała bardzo ciepłą w dotyku, jakby trawiła ją gorączka.

- Nie jest jeszcze za późno, by wylać to wino, maesterze.

- Nie - wyszeptał ochryple. - Nie.

- Jak sobie życzysz. - Melisandre z Asshai wzięła puchar z jego rąk i wychyliła go niemal do dna. Gdy zwróciła kielich Cressenowi, w środku pozostało tylko pół łyku wina. - Teraz ty.

Dłonie mu drżały, lecz nakazał sobie być silnym. Maester z Cytadeli nie może się bać. Wino było kwaśne. Wypuścił z palców pusty puchar, który roztrzaskał się na podłodze.

- Jego moc tu sięga, mój panie - rzekła kobieta. - A ogień oczyszcza.

Rubin u jej gardła zamigotał czerwonym blaskiem.

Cressen próbował jej odpowiedzieć, lecz słowa uwięzły mu w gardle. Gdy rozpaczliwie usiłował zaczerpnąć tchu, jego kaszel przeszedł w przerażający, słaby świst. Na szyi zacisnęły mu się żelazne palce. Padł na kolana. Nie przestawał potrząsać głową, odrzucając Melisandre, jej moc, jej magię i jej boga. Dzwonki na porożu zabrzmiały: błazen, błazen, błazen, a kobieta w czerwieni obrzuciła go spojrzeniem pełnym litości. W jej szkarłatnych oczach tańczyły płomienie.

ARYA

W Winterfell wołali na nią "Arya Końska Gęba" i myślała wówczas, że nic nie mogłoby być gorsze. Teraz jednak jedna z sierot, Lommy Zielona Łapka, przezwał ją "Kostropatym Łbem".

Jej głowa faktycznie wydawała się w dotyku kostropata. Gdy Yoren zawlókł ją do zaułka, myślała, że chce ją zabić, lecz ponury starzec przytrzymał ją tylko mocno, ścinając sztyletem skołtunione włosy. Pamiętała całe garście brudnych, brązowych kłaków niesionych wiatrem po brukowcach w stronę septu, pod którym zginął jej ojciec.

- Zabieram z miasta mężczyzn i chłopców - warknął Yoren, gdy ostra stal zadrapała jej głowę. - Siedź spokojnie, chłopcze.

Kiedy skończył, jej czaszkę pokrywały tylko szczecina i nieliczne kępki włosów.

Potem oznajmił jej, że nim dotrą do Winterfell, będzie chłopcem, sierotą o imieniu Arry. - Przy bramie nie powinniśmy mieć kłopotów, ale trakt to coś całkiem innego. Czeka cię długa podróż w nieciekawym towarzystwie. Tym razem wiozę na Mur trzydziestu mężczyzn i chłopców, i niech ci się nie zdaje, że są tacy, jak ten twój bękarci brat. - Potrząsnął nią. - Lord Eddard kazał mi wyszukać ich sobie w lochach, a tam nie znalazłem małych paniątek. Połowa tej bandy w mgnieniu oka wydałaby cię królowej w zamian za ułaskawienie i może jeszcze kilka srebrników. Pozostali zrobiliby to samo, tylko najpierw by cię zgwałcili. Dlatego lepiej trzymaj się od nich z dala i chodź odlewać się do lasu, tak żeby nikt nie widział. Sikanie będzie najtrudniejsze, więc nie pij więcej, niż musisz.

Tak jak zapowiadał, opuścić Królewską Przystań było łatwo. Lannisterscy strażnicy przy bramach zatrzymywali wszystkich, lecz Yoren zawołał jednego z nich po imieniu i żołnierz przepuścił ich wozy skinieniem dłoni. Nikt nawet nie spojrzał na Aryę. Szukali wysoko urodzonej dziewczynki, córki królewskiego namiestnika, a nie chuderlawego chłopaka z obciętymi włosami. Odjeżdżała stamtąd bez żalu. Chciałaby, żeby Czarny Nurt wystąpił z brzegów i zalał całe miasto, Zapchlony Tyłek, Czerwoną Twierdzę, Wielki Sept i tak dalej, a także wszystkich mieszkańców, zwłaszcza księcia Joffreya i jego matkę. Wiedziała jednak, że tak się nie stanie. Zresztą w mieście była teraz Sansa i ona również by się utopiła. Przypomniawszy sobie o tym, Arya doszła do wniosku, że lepiej modlić się o powrót do Winterfell.

Yoren mylił się jednak co do sikania. To nie ono przysparzało jej najwięcej kłopotów, lecz Lommy Zielona Łapka i Gorąca Bułka. Sieroty. Yoren zwabił garstkę uliczników obietnicą jedzenia i butów. Resztę znalazł w łańcuchach.

- W Straży potrzebują dobrych ludzi - oznajmił im, gdy ruszali w drogę - ale będą musieli zadowolić się wami.

Wygarnął z lochów również garstkę dorosłych - złodziei, kłusowników, gwałcicieli i im podobnych. Najgorsi byli trzej mężczyźni, których znalazł w najgłębszej ciemnicy. Nawet on z pewnością się ich bał, gdyż trzymał ich skutych w wozie i przysięgał, że całą drogę na Mur spędzą w kajdanach. Jeden z nich nie miał nosa, a tylko ziejącą dziurę w miejscu, gdzie go ucięto, a drugi był obrzydliwie tłusty i łysy, miał zaostrzone zęby, ropiejące wrzody na policzkach i oczy o wyrazie pozbawionym śladu człowieczeństwa.

Wyjechali z Królewskiej Przystani pięcioma wozami wyładowanymi towarami, które wieźli na Mur. Były wśród nich skóry i bele materiału, surówka w gąskach, klatka z krukami, księgi, papier i inkaust, bela kwaśnego liścia, dzbany oliwy oraz skrzynie z lekarstwami i korzeniami. Każdy z wozów ciągnięty był przez cały zaprzęg koni pociągowych. Yoren kupił też dwa rumaki pod wierzch oraz pół tuzina osłów dla chłopców. Arya wolałaby prawdziwego konia, lecz lepszy był osioł niż jazda w wozie.

Mężczyźni nie zwracali na nią uwagi, lecz z chłopcami miała mniej szczęścia. Była dwa lata młodsza od najmłodszego z nich, a do tego znacznie od nich niższa i chudsza. Lommy i Gorąca Bułka uznali, że milczy dlatego, iż się boi, jest głupkowata albo głucha.

- Popatrz no na ten miecz, który nosi Kostropaty Łeb - odezwał się pewnego ranka Lommy, gdy wlekli się traktem, mijając sady i pola pszenicy. Nim przyłapano go na kradzieży, był uczniem farbiarza i ręce aż po łokcie miał pokryte zielonymi cętkami. Jego śmiech przypominał porykiwanie osłów, na których jechali. - Skąd taki śmieć ma miecz?

Arya przygryzła wargę zasępiona. Widziała tył wyblakłego, czarnego płaszcza Yorena. Stary jechał przed wozami, była jednak zdecydowana nie błagać go o pomoc.

- Może to mały giermek - wtrącił Gorąca Bułka. Jego matka przed śmiercią zajmowała się piekarstwem. Całymi dniami pchała po ulicach swój wózek, wołając: "Gorące bułki, gorące bułki!". - Maciupci giermek jakiegoś ważnego lorda.

- A gdzie tam. Popatrz tylko na niego. Założę się, że to wcale nie prawdziwy miecz tylko blaszana zabawka.

Arya wściekała się, gdy żartowali sobie z Igły.

- To wykuta w zamku stal, ty głupku - warknęła, odwracając się w siodle, by łypnąć na nich spode łba. - Lepiej trzymajcie gęby zamknięte na kłódkę.

Obaj chłopcy zabuczeli drwiąco.

- A skąd masz taki oręż, Kostropata Gębo? - zainteresował się Gorąca Bułka.

- To jest Kostropaty Łeb - poprawił go Lommy. - Pewnie go ukradł.

- Nieprawda! - krzyknęła. Igłę dał jej Jon Snow. Może i musiała tolerować to, że nazywali ją Kostropatym Łbem, ale nikomu nie pozwoli mówić, iż Jon jest złodziejem.

- Jeśli jest kradziony, moglibyśmy mu go zabrać - ciągnął Gorąca Bułka. - W końcu i tak nie jest jego własnością. Przydałby mi się taki miecz.

- No to zrób to - podpuścił go Lommy. - Pokaż, co potrafisz.

Gorąca Bułka kopnął osła i podjechał do Aryi.

- Hej, Kostropaty Łbie, dawaj ten miecz. - Włosy miał jasne jak słoma, a ze spalonej słońcem twarzy złaziła mu skóra. - I tak nie umiesz się nim posługiwać.

Umiem - mogłaby powiedzieć Arya. Zabiłam już kiedyś chłopca, takiego grubasa jak ty. Dźgnęłam go w brzuch i umarł. Ciebie też zabiję, jeśli nie dasz mi spokoju. Zabrakło jej jednak odwagi. Yoren nic nie wiedział o chłopcu stajennym i bała się tego, co mógłby jej zrobić, gdyby o nim usłyszał. Była przekonana, że niektórzy z mężczyzn w karawanie również mieli na sumieniu zabójstwa, a już z pewnością ci trzej, którzy jechali skuci kajdanami, ich jednak nie poszukiwała królowa, trudno więc było to porównywać.

- Popatrz na niego - ryczał Lommy Zielona Łapka. - Założę się, że znowu się rozbeczy. Będziesz beczeć, Kostropaty Łbie?

Ostatniej nocy płakała przez sen. Śnił jej się ojciec. Rankiem oczy miała czerwone i suche. Nie mogłaby przelać ani jednej łzy więcej, nawet gdyby zależało od tego jej życie.

- Raczej zleje się w portki - zasugerował Gorąca Bułka.

- Dajcie mu spokój - odezwał się chłopak o potarganych, czarnych włosach, który jechał za nimi. Lommy nazywał go Bykiem z uwagi na jego ozdobiony rogami hełm, który cały czas polerował, lecz nigdy go nie zakładał. Zielona Łapka bał się szydzić z Byka, który był od niego starszy i wysoki jak na swój wiek. Miał też szeroką pierś i silnie umięśnione ramiona.

- Lepiej oddaj Gorącej Bułce miecz, Arry - ciągnął Lommy. - Bardzo chce go dostać. Kiedyś skopał chłopaka na śmierć. Założę się, że z tobą zrobi to samo.

- Zwaliłem go na ziemię i kopnąłem w jaja. Kopałem go tak długo, aż umarł - przechwalał się Gorąca Bułka. - Wykończyłem go w trymiga. Jaja mu pękły, a kutas zrobił się czarny. Lepiej daj mi ten miecz.

Arya wyjęła zza pasa miecz ćwiczebny.

- Możesz dostać ten - zaproponowała, chcąc uniknąć bójki.

- To zwykły patyk.

Podjechał bliżej i spróbował złapać rękojeść Igły.

Kij Aryi przeciął ze świstem powietrze, uderzając w ośli zad. Zwierzę wierzgnęło z głośnym rykiem i Gorąca Bułka zleciał z jego grzbietu. Dziewczynka zeskoczyła ze swego osła i dźgnęła w brzuch grubasa, który właśnie próbował się podnieść. Chłopak chrząknął i klapnął ciężko na ziemię. Potem smagnęła go w twarz. Nos trzasnął głośno jak złamana gałąź. Z nozdrzy popłynęła krew. Gorąca Bułka zawył. Arya odwróciła się błyskawicznie ku Lommy'emu Zielonej Łapce, który siedział na ośle, rozdziawiając usta.

- Ty też chcesz dostać miecz? - wrzasnęła. Nie chciał. Zasłonił twarz zielonymi dłońmi i pisnął głośno, błagając, by go zostawiła.

- Za tobą! - krzyknął Byk. Arya znowu się odwróciła. Gorąca Bułka dźwignął się na kolana. W dłoni ściskał duży, kanciasty kamień. Pozwoliła mu nim cisnąć i uchyliła się przed pociskiem. Potem rzuciła się na przeciwnika. Uniósł dłoń, lecz odtrąciła ją. Zdzieliła go w policzek, a potem w kolano. Spróbował ją złapać, ale wymknęła się tanecznym krokiem, uderzając go drewnianym mieczem w tył głowy. Padł na ziemię, po czym podniósł się i zatoczył w jej kierunku. Opaloną na czerwono twarz miał usmarowaną ziemią i krwią. Arya płynnym ruchem przyjęła postawę wodnego tancerza i czekała na atak. Gdy grubas się zbliżył, skoczyła naprzód i trafiła go prosto między nogi, tak mocno, że gdyby drewniany oręż był ostro zakończony, wyszedłby z jego ciała między pośladkami.

Kiedy Yoren odciągnął ją od niego, Gorąca Bułka leżał na ziemi, a portki miał brązowe i cuchnące. Płakał głośno, gdy miecz Aryi spadał na niego raz za razem.

- Dość tego - ryknął czarny brat, wyrywając jej z rąk drewno. - Chcesz zabić tego głupka? - Gdy Lommy i niektórzy z pozostałych zaczęli piszczeć, stary nakrzyczał również i na nich. - Zamknijcie gęby albo ja wam je zamknę. Jeśli to się powtórzy, przywiążę was za wozami i powlokę na Mur. - Splunął. - Ciebie dotyczy to szczególnie, Arry. Chodź ze mną, chłopcze. I to już.

Wszyscy gapili się na nią, nawet trzech zakutych w kajdany mężczyzn siedzących w głębi wozu. Ten gruby zgrzytnął zaostrzonymi zębiskami i zasyczał, lecz Arya go zignorowała.

Stary zaciągnął ją do rosnącego z dala od gościńca gąszczu, ani na chwilę nie przestając mamrotać.

- Gdybym miał choć krztynę rozsądku, zostawiłbym cię w Królewskiej Przystani. Słyszysz mnie, chłopcze? - To ostatnie słowo zawsze wywarkiwał szczególnie gwałtownym tonem, by mieć pewność, że je usłyszy. - Ściągaj portki. No jazda, nikt cię tu nie zobaczy. Szybko. - Arya wykonała polecenie z naburmuszoną miną. - Chodź tu, pod dąb. O, tak. - Objęła pień ramionami i przycisnęła twarz do szorstkiej kory. - A teraz krzycz. I to głośno.

Nie zrobię tego - pomyślała nieustępliwie, lecz gdy Yoren uderzył ją kijem po nagich udach, krzyk wyrwał się z jej ust mimo woli.

- Myślisz, że to bolało? - zapytał stary. - To co powiesz na to?

Pręt przeszył ze świstem powietrze i Arya wrzasnęła po raz drugi, czepiając się drzewa, żeby nie upaść.

- Jeszcze raz.

Trzymała się mocno, przygryzając wargi. Gdy usłyszała świst, wzdrygnęła się, a po ciosie zawyła głośno i podskoczyła w górę. Nie będę płakać - pomyślała. Nie będę. Jestem Starkiem z Winterfell. Naszym znakiem jest wilkor, a wilkory nie płaczą. Poczuła spływającą po lewej nodze cienką strużkę krwi. Uda i pośladki płonęły jej od bólu.

- Może to przyciągnie twoją uwagę - oznajmił Yoren. - Jeśli jeszcze raz użyjesz kija przeciw któremuś ze swych braci, otrzymasz dwa razy więcej ciosów, niż mu zadasz. Jasne? A teraz się ubieraj.

To nie są moi bracia - pomyślała Arya, podciągając spodnie. Wiedziała jednak, że lepiej nie mówić tego na głos. Drżącymi dłońmi zapięła pas i zawiązała sznurówki.

Yoren przyjrzał się jej.

- Boli cię?

Spokojna jak stojąca woda - powiedziała sobie, tak jak uczył ją Syrio Forel.

- Trochę.

Splunął.

- Tego piekarczyka boli bardziej. To nie on zabił twojego ojca, dziewczynko, ani nie ten złodziej Lommy. Bijąc ich, nie przywrócisz mu życia.

- Wiem - mruknęła naburmuszona Arya.

- Jest jednak coś, czego nie wiesz. To nie tak miało być. Kiedy już kupiłem i załadowałem wozy i byłem gotowy do odjazdu, przyszedł do mnie mężczyzna, który przyprowadził mi chłopca. Dostałem od niego też wypchaną sakiewkę i wiadomość, mniejsza o to, od kogo. Powiedział, że lord Eddard ma przywdziać czerń. Jak ci się wydaje, skąd się tam wziąłem? Tylko coś poszło nie tak.

- Joffrey - wydyszała Arya. - Ktoś powinien go zabić!

- I ktoś to uczyni, ale z pewnością nie ja ani nie ty. - Yoren rzucił jej drewniany miecz. - Znajdź w wozie kwaśny liść - powiedział, gdy wrócili na trakt. - Jak go chwilę pożujesz, ból złagodnieje.

Rzeczywiście nieco jej pomógł, choć smakował obrzydliwie, a ślina wyglądała po nim jak krew. Mimo to cały dzień - a także dwa następne - Arya musiała iść na piechotę. Ciało zbyt ją bolało, by mogła dosiadać osła. Gorąca Bułka był jednak w gorszym stanie. Yoren musiał przestawić kilka beczek, żeby chłopak mógł się położyć z tyłu wozu na workach z jęczmieniem. Gdy tylko koła podskakiwały na kamieniach, jęczał głośno. Lommy Zielona Łapka nie oberwał ani razu, lecz mimo to omijał Aryę szerokim łukiem.

- Gdy tylko na niego spojrzysz, zawsze się kuli - poinformował ją Byk, kiedy szła obok jego osła.

Nie odpowiedziała mu. Bezpieczniej będzie z nikim nie rozmawiać.

Nocą leżała na cienkim kocu rozciągniętym na twardej ziemi, wpatrzona w wielką, krwawą kometę. Była wspaniała i przerażająca zarazem. Byk nazywał ją Czerwonym Mieczem. Twierdził, że wygląda jak świeżo wykuty, rozgrzany do czerwoności oręż. Gdy Arya spojrzała na nią pod odpowiednim kątem, również dostrzegała to podobieństwo. Kometa nie była jednak nowym mieczem, lecz Lodem, orężem jej ojca, wykutym z falistej valyriańskiej stali. Natomiast czerwień była jego krwią, która zbroczyła ostrze, gdy ser Ilyn, królewski kat, uciął mu głowę. Yoren kazał jej w owej chwili odwrócić wzrok, dziewczynka była jednak przekonana, że Lód z pewnością wyglądał wówczas tak, jak ta kometa.

Gdy w końcu zasnęła, śniła o domu. Królewski trakt po drodze do Muru przebiegał obok Winterfell. Yoren obiecał, że ją tam zostawi i nikt się nie zorientuje, kim była. Gorąco pragnęła zobaczyć się z matką, Robbem, Branem i Rickonem... ale najczęściej myślała o Jonie Snow. Żałowała, że nie mogą dotrzeć do Muru przed Winterfell, by mógł zmierzwić jej włosy i nazwać "siostrzyczką". Powiedziałaby mu: "Tęskniłam za tobą", a on w tej samej chwili rzekłby jej to samo. Zawsze wpadali sobie w słowo. To uszczęśliwiłoby ją bardziej niż cokolwiek na świecie.

SANSA

Poranek dnia imienia króla Joffreya był pogodny i wietrzny. Wysoko na niebie przemykały chmury, przez które prześwitywał długi ogon wielkiej komety. Sansa spoglądała właśnie na nią z okna swej wieży, gdy przyszedł ser Arys Oakheart, który miał zaprowadzić ją na turniej.

- Jak sądzisz, co ona zwiastuje? - zapytała go.

- Chwałę twego narzeczonego - odparł bez chwili wahania ser Arys. - Widzisz, jak jasno goreje na niebie w dzień imienia Jego Miłości, jakby sami bogowie rozwinęli sztandar na jego cześć? Prostaczkowie zwą ją Kometą Króla Joffreya.

Z pewnością tak właśnie mówili Joffreyowi. Sansa nie była jednak przekonana.

- Słyszałam, jak słudzy nazywali ją Smoczym Ogonem.

- Król Joffrey zasiada na tronie Aegona Smoka, w zamku wzniesionym przez jego syna - odparł ser Arys. - To on jest smoczym dziedzicem. A karmazynowy to kolor rodu Lannisterów. To kolejny znak. Kometę zesłano po to, by obwieściła wstąpienie na tron króla Joffreya. Nie wątpię, że oznacza to, iż rozbije swych wrogów.

Czy to prawda? - zastanowiła się. Czy bogowie mogliby być tak okrutni? Jednym z wrogów Joffreya była teraz jej matka, a drugim jej brat Robb. Jej ojca stracono z rozkazu króla. Czy Robb i pani matka też będą musieli zginąć? Kometa rzeczywiście miała czerwoną barwę, lecz Joffrey był nie tylko Lannisterem, lecz również Baratheonem, a herbem tego rodu był czarny jeleń na złotym tle. Czy bogowie nie powinni zesłać Joffreyowi złotej komety?

Sansa zamknęła okiennicę i odwróciła się gwałtownie od okna.

- Wyglądasz dziś bardzo pięknie, pani - pochwalił ją ser Arys.

- Dziękuję, ser.

Wiedząc, że Joffrey zażąda, by stawiła się na urządzany na jego cześć turniej, poświęciła swej twarzy i strojowi bardzo wiele starań. Przywdziała suknię z jasnofioletowego jedwabiu, a na włosy założyła siatkę ozdobioną kamieniami księżycowymi, którą dostała od Joffreya. Suknia miała długie rękawy i pozwoli jej ukryć sińce na ramionach. To również zawdzięczała Joffreyowi. Gdy się dowiedział, że Robba ogłoszono królem północy, wpadł w przerażający szał i kazał ser Borosowi ją zbić.

- Idziemy?

Ser Arys posłużył jej ramieniem i pozwoliła, by wyprowadził ją z komnaty. Jeśli już musiał jej towarzyszyć któryś z królewskich gwardzistów, wolała, żeby to był ten. Ser Boros był wybuchowy, ser Meryn zimny, bała się dziwnych, martwych oczu ser Mandona, a ser Preston traktował ją jak nierozgarnięte dziecko. Arys Oakheart był uprzejmy i rozmawiał z nią serdecznie. Kiedyś nawet sprzeciwił się, gdy Joffrey rozkazał mu ją uderzyć. Zrobił to w końcu, lecz cios był znacznie słabszy niż zadawane przez ser Meryna czy ser Borosa, a do tego chociaż spróbował jej bronić. Pozostali bili ją bez zmrużenia oka... poza Ogarem, lecz jemu Joffrey nigdy nie kazał jej karać. Miał od tego pozostałych pięciu.

Włosy ser Arysa były jasnobrązowe, a twarz całkiem niebrzydka. Dziś wyglądał naprawdę olśniewająco. Przywdział biały jedwabny płaszcz, umocowany na barku zapinką o kształcie złotego liścia, a na tunice miał z przodu wyszyty lśniącą, złotą nicią rozłożysty dąb.

- Jak sądzisz, kto dziś zdobędzie nagrodę? - zapytała go, gdy schodzili ze schodów.

- Ja - odparł z uśmiechem ser Arys. - Boję się jednak, że ten triumf nie przyniesie mi radości. Turniej będzie mały i nędzny. W szranki stanie nie więcej niż czterdziestu zbrojnych, wliczając w to giermków i wolnych. Niewielki to zaszczyt wysadzać z siodeł gołowąsów.

Sansie przemknęło przez głowę, że poprzedni turniej wyglądał zupełnie inaczej. Król Robert urządził go na cześć jej ojca. Z całego królestwa ściągnęli wielcy lordowie i sławni rycerze. Wszyscy w mieście zeszli się ich oglądać. Pamiętała splendor tego widowiska: nadrzeczne pole wypełniły namioty, przed wejściem do każdego z nich wisiała tarcza rycerza, długie szeregi jedwabnych proporców powiewały na wietrze, a w stalowych mieczach i pozłacanych ostrogach odbijało się słońce. Całymi dniami rozbrzmiewał dźwięk trąb i tętent kopyt, a noce wypełniały uczty i pieśni. To były najniezwyklejsze dni w jej życiu, teraz jednak wydawały się Sansie wspomnieniem z innej epoki. Robert Baratheon nie żył, podobnie jak jej ojciec, którego ścięto jako zdrajcę na schodach Wielkiego Septu Baelora. W krainie było teraz trzech królów, za Tridentem szalała wojna, a gród pełen był zdesperowanych ludzi. Nic dziwnego, że turniej Joffa musieli urządzić za potężnymi kamiennymi murami Czerwonej Twierdzy.

- Jak myślisz, czy przyjdzie królowa?

Sansa zawsze czuła się bezpieczniej w obecności Cersei, która trzymała syna w cuglach.

- Obawiam się, że nie, pani. Rada musi omówić pilne sprawy. - Ser Arys ściszył głos. - Lord Tywin zamknął się ze swą armią w Harrenhal, zamiast przyprowadzić ją do miasta, tak jak rozkazała królowa. Jej Miłość jest wściekła.

Umilkł na widok kolumny lannisterskich gwardzistów, która przemaszerowała obok. Żołnierze mieli karmazynowe płaszcze i hełmy ozdobione podobiznami lwów. Ser Arys lubił plotkować, ale wyłącznie wtedy, gdy był pewien, że nikt go nie usłyszy.

Na międzymurzu cieśle wznieśli galerię i szranki, lecz prezentowały się bardzo mizernie, a do tego szczupły tłumek gapiów wypełniał zaledwie połowę miejsc. Większość widzów stanowili zbrojni w złotych płaszczach Straży Miejskiej albo karmazynowych płaszczach Lannisterów. Lordów i dam została na dworze tylko garstka. Lord Gyles Rosby o poszarzałej twarzy kasłał w różową, jedwabną chustkę. Po obu bokach lady Tandy zasiadły jej córki - spokojna, nudna Lollys oraz pyskata, złośliwa Falyse. Jalabhar Xho o skórze czarnej jak heban był wygnańcem, który nigdzie indziej nie znalazł azylu, a lady Ermesande niemowlęciem siedzącym na kolanach mamki. Krążyły plotki, że wkrótce wydadzą ją za jednego z kuzynów królowej, by Lannisterowie mogli zagarnąć jej ziemie.

Król siedział pod karmazynowym baldachimem z jedną nogą przerzuconą niedbale przez rzeźbione, drewniane ramię fotela. Za nim miejsca zajęli księżniczka Myrcella i książę Tommen. W głębi królewskiego pawilonu straż pełnił Sandor Clegane. Dłonie wsparł na pasie do miecza. Na szerokich ramionach miał biały płaszcz Gwardii Królewskiej, spięty wysadzaną klejnotami broszą. Śnieżnobiała szata wyglądała nieco nienaturalnie na tle brązowej wełnianej bluzy oraz nabijanego ćwiekami skórzanego kubraka.

- Lady Sansa - oznajmił krótko Ogar na jej widok. Jego głos brzmiał szorstko jak dźwięk tnącej drewno piły. Blizny po oparzeniach na twarzy i szyi sprawiały, że kącik ust drgał mu podczas mówienia.

Księżniczka Myrcella skinęła tylko nieśmiało głową na dźwięk jej imienia, lecz mały, tłuściutki książę Tommen zerwał się natychmiast z miejsca.

- Sanso, słyszałaś? Mam dziś wziąć udział w turnieju. Matka powiedziała, że mogę.

Miał dopiero osiem lat. Przypominał Sansie jej brata, Brana. Byli w tym samym wieku. Bran został w Winterfell. Choć był kaleką, nic mu nie groziło.

Oddałaby wszystko za to, by być teraz z nim.

- Boję się o życie twojego przeciwnika - oznajmiła z powagą Tommenowi.

- Jego przeciwnik będzie wypchany słomą - rzekł Joff, wstając z fotela. Król przywdział pozłacany napierśnik, na którym wyryto ryczącego lwa, jakby spodziewał się, że w każdej chwili może ich wciągnąć wir wojny. Ukończył dziś trzynaście lat. Był wysoki jak na swój wiek i miał zielone oczy oraz złote włosy Lannisterów.

- Wasza Miłość - powiedziała, dygając uprzejmie.

Ser Arys pokłonił się nisko.

- Wybacz mi, Wasza Miłość - rzekł. - Muszę się przygotować do wstąpienia w szranki.

Joffrey skinął od niechcenia dłonią, pozwalając mu odejść. Obejrzał uważnie Sansę od stóp do głów.

- Cieszę się, że założyłaś moje kamienie.

A więc król postanowił grać dziś galanta. Sansa poczuła ulgę.

- Dziękuję ci za nie... i za twe czułe słowa. Życzę ci szczęśliwego dnia imienia, Wasza Miłość.

- Siadaj - rozkazał Joff, wskazując jej puste miejsce obok siebie. - Słyszałaś? Żebraczy Król nie żyje.

- Kto?

Sansa przez chwilę przestraszyła się, że chodzi mu o Robba.

- Viserys. Ostatni syn obłąkanego króla Aerysa. Już od czasów poprzedzających moje narodziny wałęsał się po Wolnych Miastach, każąc się tytułować królem. Matka mówi, że Dothrakowie w końcu go ukoronowali. Płynnym złotem. - Parsknął śmiechem. - Nie sądzisz, że to bardzo zabawne? W herbie miał smoka. To prawie tak, jakby tego twojego zdradzieckiego brata zabił jakiś wilk. Jak już go złapię, może rzucę go na pożarcie wilkom. Czy mówiłem ci, że mam zamiar wyzwać go na pojedynek?

- Chciałabym to zobaczyć, Wasza Miłość. - Nie masz pojęcia, jak bardzo. Powiedziała to chłodnym, uprzejmym tonem, lecz Joffrey zmrużył powieki, próbując zdecydować, czy miała to być drwina. - Wstąpisz dzisiaj w szranki? - zapytała pośpiesznie.

Król zmarszczył brwi.

- Pani matka powiedziała, że to mi nie uchodzi, jako że turniej urządza się na moją cześć. W przeciwnym razie z pewnością bym zwyciężył. Prawda, psie?

Usta Ogara zadrżały gwałtownie.

- Z tą bandą? Czemu by nie?

Sansa przypomniała sobie, że to on odniósł triumf w turnieju ku czci jej ojca.

- A ty będziesz dziś walczył, panie? - zapytała go.

- Nie warto nawet brać w rękę miecza - odparł Clegane ociekającym pogardą głosem. - To turniej komarów.

Król parsknął śmiechem.

- Mój pies głośno szczeka. Być może powinienem rozkazać mu stanąć do walki z dzisiejszym zwycięzcą. Na śmierć i życie.

Joffrey bardzo lubił zmuszać ludzi do walki na śmierć i życie.

- Miałbyś o jednego rycerza mniej.

Ogar nigdy nie złożył ślubów rycerskich. Jego brat był rycerzem, a on go nienawidził.

Zabrzmiały trąby. Król rozsiadł się wygodnie na fotelu i ujął dłoń Sansy. Ongiś serce zabiłoby jej mocno z tego powodu, lecz było to jeszcze przed dniem, w którym w odpowiedzi na prośbę o łaskę sprezentował jej głowę ojca. Jego dotyk budził w niej teraz odrazę, wiedziała jednak, że nie może jej okazać. Znieruchomiała.

- Ser Meryn Trant z Gwardii Królewskiej - obwieścił herold.

Ser Meryn wyjechał na pole z zachodniej strony. Był odziany w lśniącą, białą zbroję i dosiadał białego jak mleko rumaka o długiej, siwej grzywie. Jego płaszcz ciągnął się z tyłu niczym połać śniegu, a kopia miała dwanaście stóp długości.

- Ser Hobber z rodu Redwyne'ów z Arbor - zaśpiewał herold. Przez wschodnią bramę przebiegł kłusem kary ogier w burgundowo-błękitnym rzędzie. Siedzący na nim rycerz dzierżył kopię pomalowaną w pasy tych samych kolorów, na tarczy zaś miał kiść winogron - herb swego rodu. Bliźniacy Redwyne byli przymusowymi gośćmi królowej, podobnie jak Sansa. Zastanawiała się, komu przyszło do głowy, by kazać im wystąpić w turnieju. Z pewnością nie zgłosili się sami - pomyślała.

Na znak mistrza ceremonii przeciwnicy pochylili kopie i spięli konie ostrogami. Przyglądający się im zbrojni oraz siedzący na galerii lordowie i damy wznieśli kilka okrzyków. Rycerze starli się na środku placu z głośnym trzaskiem drewna i stali. Obie kopie, biała i pasiasta, rozpadły się w drzazgi jedna po drugiej. Hobber Redwyne zachwiał się pod wpływem wstrząsu, lecz jakoś zdołał utrzymać się w siodle. Obaj zawrócili wierzchowce pod szrankami, odrzucili złamane kopie i wzięli z rąk giermków następne. Ser Horas Redwyne, bliźniak ser Hobbera, krzyknął coś do brata, by dodać mu odwagi.

Przy drugim przejeździe ser Meryn trafił jednak kopią w sam środek piersi ser Hobbera, który spadł z siodła i runął z łoskotem na ziemię. Ser Horas zaklął szpetnie i popędził do sponiewieranego brata, by pomóc mu opuścić pole walki.

- Marni z nich rycerze - orzekł król Joffrey.

- Ser Balon Swann ze Stonehelm w Czerwonej Strażnicy - rozległ się głos herolda. Hełm ser Balona zdobiły szeroko rozpostarte białe skrzydła, a na jego tarczy walczyły dwa łabędzie, czarny i biały. - Morros z rodu Slyntów, dziedzic lorda Janosa z Harrenhal.

- Ach, jaki hardy prostak - wrzasnął Joff tak głośno, że usłyszano go na połowie dziedzińca. Morros był zaledwie giermkiem i to od niedawna. Trudno mu było utrzymać kopię i tarczę. Sansa wiedziała, że kopia jest bronią rycerzy, a Slyntowie są nisko urodzeni. Lord Janos był jedynie komendantem Straży Miejskiej i dopiero Joffrey uczynił go lordem Harrenhal i członkiem rady.

Mam nadzieję, że spadnie z konia i okryje się wstydem - pomyślała z goryczą. Że ser Balon go zabije. Gdy Joffrey skazał jej ojca na śmierć, to ser Janos uniósł za włosy uciętą głowę lorda Eddarda, by pokazać ją tłumowi i królowi, podczas gdy Sansa krzyczała, zalewając się łzami.

Morros miał na sobie płaszcz w czarno-złotą szachownicę, narzucony na czarną zbroję, inkrustowaną złotym wzorem o kształcie spirali. Tarczę zdobiła okrwawiona włócznia, którą jego ojciec wybrał na herb ich nowo powstałego rodu. Młodzieniec sprawiał jednak wrażenie, że nie bardzo wie, do czego służy tarcza. Gdy ruszył naprzód, kopia ser Balona trafiła prosto w jego godło. Morros wypuścił broń z rąk, bez powodzenia usiłując zachować równowagę w siodle. Spadając, zaplątał jedną nogę w strzemię i spłoszony wierzchowiec powlókł go aż pod szranki, tłukąc mocno jego głową o ziemię. Joff zabuczał pogardliwie. Przerażona Sansa zadała sobie pytanie, czy bogowie wysłuchali jej mściwej modlitwy. Gdy jednak słudzy uwolnili nogę Morrosa Slynta, okazało się, że młodzieniec jest zlany krwią, ale żyje.

- Tommenie, wybraliśmy ci niewłaściwego przeciwnika - powiedział król do swego brata. - Słomiany rycerz walczy lepiej od tego.

Potem przyszła kolej na ser Horasa Redwyne'a. Sprawił się lepiej od brata, pokonując podstarzałego rycerza, którego rumak miał rząd wyszywany w srebrne gryfy na tle niebiesko-białych pasków. Choć staruszek prezentował się wspaniale, walczył raczej kiepsko. Joffrey wykrzywił usta.

- To marne widowisko.

- Ostrzegałem cię - zgodził się Ogar. - Komary.

Król zaczynał się nudzić. Zaniepokoiło to Sansę. Spuściła wzrok. Postanowiła, że bez względu na wszystko zachowa spokój. Gdy Joffrey Baratheon popadał w zły nastrój, każde nieopatrzne słowo mogło sprowokować u niego atak szału.

- Lothor Brune, wolny w służbie lorda Baelisha - krzyknął herold. - Ser Dontos Czerwony, z rodu Hollardów.

Wolny - niski, nienoszący herbu mężczyzna w powgniatanej zbroi - natychmiast pojawił się u zachodniej bramy, lecz jego przeciwnika nigdzie nie było widać. Wreszcie na arenę wybiegł truchtem kasztanowaty ogier spowity w karmazynowe i szkarłatne jedwabie, ser Dontos jednak na nim nie siedział. Przyszedł dopiero po chwili. Przeklinał i zataczał się. Miał na sobie napierśnik, hełm z pióropuszem i nic poza tym. Jego nogi były blade i chude. Gdy pognał za koniem, męskość podskakiwała mu obscenicznie. Gapie ryczeli i wykrzykiwali obelgi. Ser Dontos złapał wreszcie wierzchowca za uzdę i spróbował go dosiąść, lecz zwierzę nie chciało stać spokojnie, a rycerz był tak pijany, że jego stopa nie mogła trafić w strzemię.

Tłum wręcz wył ze śmiechu... ale król nie. W oczach Joffreya pojawił się wyraz, który Sansa świetnie pamiętała, taki sam, jak w Wielkim Sepcie Baelora, w dzień, gdy skazał na śmierć lorda Eddarda Starka. Wreszcie ser Dontos Czerwony dał za wygraną, usiadł na ziemi i ściągnął ozdobiony pióropuszem hełm.

- Przegrałem - krzyknął. - Przynieście mi trochę wina.

Król wstał.

- Całą beczkę z piwnic! Rozkazuję go w niej utopić.

Sansa wciągnęła głośno powietrze.

- Nie. Nie możesz tego zrobić.

Joffrey odwrócił głowę.

- Co powiedziałaś?

Nie mogła uwierzyć własnym uszom. Czyżby oszalała? Sprzeciwiła mu się w obecności połowy dworu? Nie chciała nic mówić, ale... ser Dontos był pijany, głupi i niezdarny, lecz nie chciał zrobić nic złego.

- Powiedziałaś, że nie mogę tego zrobić? Dobrze słyszałem?

- Błagam - mówiła. - Chodziło mi tylko o to... to przynosi pecha, Wasza Miłość... zabić człowieka w dzień imienia.

- Łżesz - rzucił Joffrey. - Jeśli tak ci na nim zależy, powinienem cię utopić razem z nim.

- Wcale mi na nim nie zależy, Wasza Miłość. - Słowa wylewały się z niej rozpaczliwym strumieniem. - Możesz go sobie utopić albo ściąć mu głowę, tylko... zabij go jutro, jeśli chcesz, ale proszę... nie dzisiaj, nie w dzień swego imienia. Nie mogłabym znieść myśli, że ściągniesz na siebie pecha... to okropny pech, nawet dla królów, wszyscy bardowie tak twierdzą.

Joffrey skrzywił się. Wiedziała, że przejrzał jej kłamstwa. Drogo mu za to zapłaci.

- Dziewczyna ma rację - wychrypiał Ogar. - To, co człowiek zasieje w dzień imienia, zbiera przez cały rok.

Jego głos brzmiał zupełnie bezbarwnie, jakby Clegane'owi było obojętne, czy król mu uwierzy. Czy z tym pechem to mogła być prawda? Sansa nie miała pojęcia. Powiedziała to, co przyszło jej do głowy, rozpaczliwie pragnąc uniknąć kary.

Przygnębiony Joffrey przesunął się na fotelu i wskazał niedbałym gestem na ser Dontosa.

- Zabrać tego błazna. Każę go zabić jutro.

- To rzeczywiście błazen - zgodziła się Sansa. - A dostrzegając to, dowiodłeś własnej mądrości. Lepiej się nadaje na trefnisia niż na rycerza. Powinieneś przebrać go w pstrokaty strój i uczynić z niego swego błazna. Nie zasługuje na łaskę szybkiej śmierci.

Król przyglądał się jej przez chwilę.

- Może nie jesteś taka głupia, jak mówi matka. Słyszałeś moją panią, Dontosie? - zawołał, podnosząc głos. - Od dzisiaj jesteś moim nowym trefnisiem. Masz spać z Księżycowym Chłopcem i przywdziać błazeński strój.

Ser Dontos, który otarłszy się o śmierć, wytrzeźwiał natychmiast, padł na kolana.

- Dziękuję, Wasza Miłość. I tobie, pani. Dziękuję.

Odprowadziło go dwóch lannisterskich strażników. Mistrz ceremonii zbliżył się do królewskiego pawilonu.

- Wasza Miłość - zapytał - czy mam wezwać nowego przeciwnika dla Brune'a, czy też zapowiedzieć następną walkę?

- Ani jedno, ani drugie. To komary, nie rycerze. Skazałbym ich wszystkich na śmierć, ale dzisiaj jest dzień mojego imienia. Turniej skończony. Niech wszyscy znikną mi z oczu.

Mistrz ceremonii pokłonił się, lecz książę Tommen nie był tak posłuszny.

- Miałem walczyć z człowiekiem ze słomy.

- Nie dzisiaj.

- Ale ja chcę walczyć!

- Nic mnie to nie obchodzi.

- Matka mi pozwoliła.

- To prawda - poparła go księżniczka Myrcella.

- Matka mu pozwoliła - zadrwił król. - Nie bądźcie dziecinni.

- Jesteśmy dziećmi - oznajmiła wyniosłym tonem Myrcella. - Mamy prawo być dziecinni.

Ogar ryknął śmiechem.

- Święta prawda.

Joffrey był pokonany.

- Proszę bardzo. Nawet mój brat nie mógłby sprawić się gorzej niż ci rycerze. Mistrzu, przynieś manekin, Tommen chce zostać komarem.

Chłopiec krzyknął radośnie i pobiegł się przygotować, przebierając tłustymi nóżkami.

- Życzę ci szczęścia - krzyknęła za nim Sansa.

Osiodłano kucyka księcia, a na drugim końcu areny, pod szrankami, ustawiono manekin. Przeciwnik Tommena był wykonanym ze skóry wojownikiem wielkości dziecka. Wypchano go słomą i umieszczono na obrotowym czopie. W jednej ręce trzymał tarczę, a w drugiej obity skórą buzdygan. Ktoś ozdobił jego głowę parą jelenich rogów. Sansa przypomniała sobie, że takie same nosił na hełmie ojciec Joffreya, król Robert... ale również jego stryj, lord Renly, brat Roberta, który wstąpił na ścieżkę zdrady i ogłosił się królem.

Dwóch giermków nałożyło księciu zdobną, srebrno-karmazynową zbroję. Hełm miał zwieńczony wysokim, czerwonym pióropuszem, a na tarczy baraszkowały lew Lannisterów i jeleń w koronie, herb Baratheonów. Giermkowie pomogli chłopcu dosiąść kucyka, a ser Aron Santagar, dowódca zbrojnych Czerwonej Twierdzy, wręczył mu srebrny miecz o stępionym czubku i klindze w kształcie liścia, wykonany tak, by pasował do dłoni ośmiolatka.

Tommen uniósł wysoko oręż.

- Casterly Rock! - krzyknął wysokim, chłopięcym głosem, kopnął kucyka piętami i popędził po ubitej ziemi w stronę manekina. Lady Tanda i lord Gyles dodawali mu odwagi ochrypłymi okrzykami. Sansa wsparła ich własnym głosem. Król pogrążył się w ponurym milczeniu.

Tommen zmusił kucyka do szybkiego truchtu, zamachnął się z wigorem mieczem i uderzył dziarsko w tarczę przeciwnika. Manekin zakręcił się i książę oberwał zdrowo w tył głowy obitym skórą buzdyganem. Spadł z siodła. Gdy uderzył o ziemię, jego nowa zbroja zaklekotała jak stare garnki. Miecz wypadł chłopcu z dłoni, a kucyk pocwałował przed siebie. Widownia ryknęła wzgardliwym śmiechem. Najgłośniej i najdłużej śmiał się król Joffrey.

- Ojej - krzyknęła księżniczka Myrcella. Wypadła z pawilonu i pobiegła do brata.

Sansa poczuła, że ogarnia ją dziwna, uderzająca do głowy odwaga.

- Powinieneś pójść z nią - powiedziała królowi. - Twój brat mógł zostać ranny.

Joffrey wzruszył ramionami.

- No i co z tego?

- Powinieneś pomóc mu wstać i powiedzieć, że świetnie się sprawił.

Nie mogła się dziś powstrzymać.

- Spadł z siodła i runął na ziemię - wskazał król. - To znaczy, że sprawił się kiepsko.

- Popatrz - przerwał mu Ogar. - Chłopcu nie brak odwagi. Spróbuje jeszcze raz.

Giermkowie pomagali księciu Tommenowi dosiąść kucyka.

Gdyby to Tommen był starszym bratem, nie Joffrey - pomyślała Sansa. Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby wyjść za niego.

Dźwięki, które rozległy się przy bramie, zaskoczyły wszystkich. Zgrzytnęły łańcuchy i uniesiono kratę, po czym wielka brama uchyliła się z piskiem żelaznych zawiasów.

- Kto im kazał ją otwierać? - warknął Joffrey. W mieście panowały niepokoje i bram Czerwonej Twierdzy nie otwierano od wielu dni.

Spod unoszonej kraty wyłoniła się kolumna jeźdźców. Towarzyszył im brzęk stali i stukot kopyt. Clegane zbliżył się do króla, wspierając jedną dłoń na rękojeści miecza. Goście mieli poobijane zbroje, byli brudni i wynędzniali, lecz powiewał nad nimi sztandar Lannisterów - złoty lew na karmazynowym tle. Kilku z nich nosiło czerwone płaszcze i kolczugi lannisterskich zbrojnych, więcej jednak było wolnych i najemników, zakutych w najróżniejsze fragmenty zbroi i najeżonych ostrą stalą... byli tam też inni, monstrualne dzikusy rodem z opowieści Starej Niani, tych najstraszniejszych, które uwielbiał Bran. Byli odziani w wyświechtane futra i utwardzane skóry, włosy mieli długie, a brody zmierzwione. Niektórym głowy lub ręce spowijały okrwawione bandaże, innym zaś brakowało oczu, uszu bądź palców.

Pośrodku grupy, na wielkim, rdzawokasztanowatym wierzchowcu siedział w nietypowym, wysokim, obejmującym go z przodu i z tyłu siodle brat królowej, karzeł Tyrion Lannister, którego zwano Krasnalem. Zapuścił brodę, by ukryć cofnięty podbródek. Twarz porastała mu teraz nastroszona plątanina żółto-czarnych, twardych jak druty włosów. Na plecach miał cieniokocie futro, czarne w białe pasy. Wodze trzymał w lewej dłoni, gdyż prawą rękę miał w białym, jedwabnym temblaku. Wyglądał równie groteskowo, jak podczas ich poprzedniego spotkania w Winterfell. Wypukłe czoło i oczy różnej barwy czyniły go najbrzydszym człowiekiem, jakiego Sansa w życiu widziała.

Mimo to Tommen spiął kucyka ostrogami i pogalopował ku niemu, krzycząc z radości. Jeden z dzikusów, wielki niezgrabny mężczyzna, tak zarośnięty, że prawie nie było widać jego twarzy, porwał chłopca z siodła razem ze zbroją i postawił na ziemi przed jego wujem. Tyrion klepnął go w naplecznik i Tommen zaniósł się śmiechem, który odbijał się echem od murów. Sansa ze zdumieniem zauważyła, że obaj są tego samego wzrostu. Myrcella pobiegła za bratem. Karzeł objął ją w talii i zakręcił nią wokół siebie, aż zapiszczała głośno.

Postawił ją na ziemi, pocałował lekko w czoło i powlókł się ku Joffreyowi. Tuż za nim szli dwaj jego ludzie: najemnik o czarnych włosach i oczach, który poruszał się jak skradający się kot, oraz wychudły młodzieniec o pustym, pozbawionym gałki ocznej oczodole. Grupę zamykali Tommen i Myrcella.

Karzeł opadł przed królem na jedno kolano.

- Wasza Miłość.

- To ty - rzucił Joffrey.

- To ja - zgodził się Krasnal. - Choć jako wujowi i starszemu wiekiem należałoby mi się grzeczniejsze powitanie.

- Mówili, że nie żyjesz - odezwał się Ogar.

Niski mężczyzna obrzucił rosłego uważnym spojrzeniem. Karzeł jedno oko miał zielone, drugie czarne, a z obu wiało chłodem.

- Rozmawiam z królem, nie z jego kundlem.

- Cieszę się, że nie zginąłeś - odezwała się księżniczka Myrcella.

- Podzielam twoją opinię, dziecinko. - Tyrion zwrócił się w stronę Sansy. - Pani, przykro mi z powodu ciosów, które cię spotkały. Bogowie doprawdy są okrutni.

Sansa nie miała pojęcia, co na to odpowiedzieć. Jak mogło mu być przykro? Czy z niej drwił? To nie bogowie byli okrutni, lecz Joffrey.

- Tobie również składam wyrazy współczucia z powodu twej straty, Joffreyu - ciągnął karzeł.

- Jakiej straty?

- Twojego królewskiego ojca. No wiesz, taki duży, gwałtowny mężczyzna z czarną brodą. Na pewno go sobie przypomnisz, jeśli się postarasz. Był królem przed tobą.

- Ach, jego. Tak, to bardzo smutne. Zabił go dzik.

- Tak ci powiedzieli, Wasza Miłość?

Joffrey zmarszczył brwi. Sansa poczuła, że powinna coś powiedzieć. Jak zwykła mawiać septa Mordane? "Uprzejmość jest zbroją damy". Tak jest.

- Przykro mi, że moja pani matka wzięła cię do niewoli, panie - rzekła, przywdziawszy ową zbroję.

- Bardzo wielu ludziom jest przykro z tego powodu - odparł Tyrion. - A niektórym zrobi się znacznie bardziej przykro, nim z nimi skończę... mimo to dziękuję ci. Joffreyu, gdzie mogę znaleźć twoją matkę?

- Jest na spotkaniu mojej rady - odpowiedział król. - Twój brat Jaime ciągle przegrywa bitwy. - Obrzucił Sansę gniewnym spojrzeniem, jakby to ona była temu winna. - Starkowie wzięli go do niewoli, straciliśmy Riverrun, a teraz jej głupi brat każe się tytułować królem.

Karzeł uśmiechnął się szelmowsko.

- Ostatnio bardzo wielu ludzi każe się tytułować królami.

Joffrey nie wiedział, co na to odrzec. Wyraźnie zbity z pantałyku, obrzucił Tyriona podejrzliwym spojrzeniem.

- Tak. No cóż, cieszę się, że nie zginąłeś, wuju. Czy przywiozłeś mi jakiś dar na dzień imienia?

- Przywiozłem. Swój rozum.

- Wolałbym głowę Robba Starka - zauważył Joff, spoglądając chytrze na Sansę. - Tommen, Myrcella, idziemy.

Sandor Clegane ociągał się jeszcze chwilę.

- Na twoim miejscu uważałbym na język, człowieczku - ostrzegł go, nim ruszył za swym suwerenem. Sansa została z karłem i jego potworami. Zastanawiała się gorączkowo, co jeszcze mogłaby powiedzieć.

- Masz ranną rękę - wykrztusiła wreszcie.

- Jeden z twych przyjaciół z północy zdzielił mnie morgenszternem podczas bitwy nad Zielonymi Widłami. Uratowałem się w ten sposób, że spadłem z konia. - Gdy spoglądał na jej twarz, jego uśmiech przerodził się w coś delikatniejszego. - Czy to żałoba po panu ojcu czyni cię tak smutną?

- Mój ojciec był zdrajcą - odparła natychmiast. - Mój brat i pani matka też są zdrajcami. - Tego odruchu nauczyła się szybko. - Jestem wierna memu umiłowanemu Joffreyowi.

- Nie wątpię. Tak samo wierna, jak jeleń otoczony przez wilki.

- Lwy - wyszeptała bez zastanowienia. Rozejrzała się wokół nerwowo, lecz w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby ją usłyszeć.

Lannister ujął jej dłoń i uścisnął ją lekko.

- Jestem tylko małym lewkiem, dziecko, i przysięgam, że cię nie rozszarpię. - Pokłonił się. - Musisz mi już jednak wybaczyć - dodał. - Mam do załatwienia pilne sprawy z królową i radą.

Sansa śledziła go wzrokiem. Jego ciało przy każdym kroku kołysało się ciężko z boku na bok, jakby był dziwolągiem pokazywanym w gabinecie osobliwości. Przemawia łagodniej niż Joffrey, ale królowa też używała pięknych słówek. To Lannister, jej brat i wuj Joffa. Nie jest mi przyjacielem. Kiedyś kochała księcia Joffreya z całego serca, a jego matkę, królową, podziwiała i ufała jej. Tę miłość i zaufanie odpłacili głową jej ojca. Sansa nigdy już nie popełni podobnego błędu.

TYRION

Odziany w chłodną, białą szatę Gwardii Królewskiej ser Mandon Moore wyglądał jak spowity w całun trup.

- Jej Miłość rozkazała, żebym nikomu nie pozwolił zakłócać obrad rady.

- To będzie tylko drobne zakłócenie, ser. - Tyrion wysunął z rękawa pergamin. - To list od mego ojca, lorda Tywina Lannistera, królewskiego namiestnika. Oto jego pieczęć.

- Jej Miłość nie chce, żeby jej przeszkadzano - powtórzył powoli ser Mandon, jakby Tyrion był głupkiem, który nie zrozumiał go za pierwszym razem.

Jaime mówił mu kiedyś, że Moore jest najgroźniejszym z królewskich gwardzistów - rzecz jasna, poza nim samym - ponieważ z jego twarzy nie sposób wyczytać, co za chwilę zrobi. Tyrionowi przydałaby się jakaś wskazówka. Gdyby doszło do walki, Bronn i Timett zdołaliby zapewne zabić rycerza, ale nie wróżyłoby mu to dobrze, gdyby zaczął swą działalność od pozbawienia życia jednego z obrońców Joffreya. Gdyby jednak pozwolił, by Moore go odesłał, co by się stało z jego autorytetem? Rozciągnął usta w uśmiechu.

- Ser Mandonie, poznaj moich towarzyszy. To jest Timett, syn Timetta, czerwona ręka Spalonych. A ten drugi to Bronn. Być może przypominasz sobie ser Vardisa Egena, który był kapitanem straży domowej lorda Arryna?

- Znam go.

Oczy ser Mandona były jasnoszare, dziwnie bezbarwne i pozbawione życia.

- Znałeś - poprawił go Bronn, uśmiechając się półgębkiem.

Ser Mandon nie raczył okazać po sobie, że to usłyszał.

- Tak czy inaczej, muszę zobaczyć się z siostrą i doręczyć jej list, ser - rzucił lekkim tonem Tyrion. - Czy będziesz tak uprzejmy i otworzysz te drzwi?

Biały rycerz nie odpowiadał. Tyrion miał już zamiar wedrzeć się do środka siłą, gdy ser Mandon usunął mu się nagle z drogi.

- Możesz wejść. Ale oni tu zostaną.

To drobne zwycięstwo - pomyślał Tyrion. Ale smakuje słodko. Przeszedł przez pierwszą próbę. Gdy wchodził do komnaty, czuł się niemal wysoki. Pięciu członków małej rady królewskiej przerwało nagle dyskusję.

- To ty - oznajmiła jego siostra Cersei tonem pełnym niedowierzania i niesmaku.

- Widzę teraz, od kogo Joffrey nauczył się uprzejmości.

Tyrion przystanął na chwilę, by popatrzeć na parę valyriańskich sfinksów, które strzegły drzwi. Starał się wywołać wrażenie niedbałej pewności siebie. Cersei potrafiła zwęszyć słabość, tak jak pies czuje strach.

- Skąd się tu wziąłeś?

Piękne zielone oczy siostry przyglądały mu się bez najmniejszego śladu miłości.

- Przywiozłem list od pana ojca.

Podszedł nieśpiesznie do stołu i położył na nim ciasno zwinięty zwój.

Eunuch Varys podniósł list i obrócił go w delikatnych, upudrowanych dłoniach.

- To bardzo uprzejme ze strony lorda Tywina. Jego lak ma wyjątkowo piękną, złotą barwę. - Varys przyjrzał się uważnie pieczęci. - Wygląda na autentyczną.

- Oczywiście, że jest autentyczna.

Cersei wyrwała mu list z rąk, złamała pieczęć i rozwinęła pergamin.

Tyrion przyglądał się, kiedy czytała. Zasiadała na królewskim miejscu - najwyraźniej Joffreyowi, podobnie jak Robertowi, rzadko chciało się przychodzić na spotkania rady - wdrapał się więc na fotel namiestnika. W końcu było to teraz jego miejsce.

- To jakiś nonsens - rzekła wreszcie królowa. - Mój pan ojciec przysłał mego brata, by zajął w radzie jego miejsce. Prosi nas, żebyśmy aż do chwili jego powrotu uważali Tyriona za królewskiego namiestnika.

Wielki maester Pycelle pogłaskał się po białej, fałdzistej brodzie i skinął z namaszczeniem głową.

- Chyba powinniśmy należycie go przywitać.

- Zaiste. - Pucołowaty, łysiejący Janos Slynt wyglądał jak żaba. Bardzo zadowolona z siebie żaba, która wdrapała się stanowczo zbyt wysoko. - Jesteś tu bardzo potrzebny, panie. Wszędzie szaleją bunty, na niebie widać ten straszliwy omen, na ulicach dochodzi do zamieszek...

- A czyja to wina, lordzie Janosie? - wybuchła Cersei. - To twoim złotym płaszczom zlecono utrzymanie porządku. A jeśli chodzi o ciebie, Tyrionie, lepiej byś się nam przysłużył na polu bitwy.

Krasnal parsknął śmiechem.

- Dziękuję bardzo, ale mam już dosyć bitew. Na fotelu siedzi mi się wygodniej niż na koniu, wolę też trzymać w dłoni puchar z winem niż topór. A jeśli chodzi o całe to gadanie o huku bębnów, blasku słońca odbijającym się w zbrojach i o wspaniałych rumakach, które tańczą i parskają, to od bębnów boli mnie głowa, słońce ogrzało moją zbroję tak, że upiekłem się w niej jak gęś na święto plonów, a te sławetne rumaki wszystko obsrywają. Co prawda, nie mam prawa się uskarżać. W porównaniu z gościnnością, jakiej zaznałem w Dolinie Arrynów, bębny, końskie łajno i gryzące pchły to czysta rozkosz.

Littlefinger parsknął śmiechem.

- Dobrze powiedziane, Lannister. To mi się podoba.

Tyrion uśmiechnął się do niego, przypominając sobie pewien sztylet o rękojeści ze smoczej kości i ostrzu z valyriańskiej stali. Muszę z nim o tym pomówić i to niezwłocznie. Zadał sobie pytanie, czy ten temat lord Petyr również uzna za zabawny.

- Pozwólcie, proszę, bym wspomógł was na miarę swych możliwości, choćby nawet były małe.

Cersei raz jeszcze przeczytała list.

- Ilu ludzi przyprowadziłeś?

- Kilkuset. Głównie własnych. Ojciec nie chciał się rozstawać ze swoimi. Ostatecznie ma na głowie wojnę.

- Na co nam się przyda taka garstka, jeśli Renly pomaszeruje na Królewską Przystań albo Stannis przypłynie tu ze Smoczej Skały? Prosiłam o armię, a ojciec przysłał mi karła. To król wyznacza namiestnika, za zgodą rady. Joffrey mianował nim naszego pana ojca.

- A on przekazał tę godność mnie.

- Nie wolno mu tego uczynić bez zgody Joffa.

- Lord Tywin stacjonuje ze swą armią w Harrenhal. Możesz z nim omówić tę sprawę - poradził jej uprzejmie Tyrion. - Panowie, czy zechcielibyście umożliwić mi rozmowę z siostrą na osobności?

Varys podniósł się z krzesła, uśmiechając się w charakterystyczny dla siebie, obłudny sposób.

- Z pewnością bardzo się stęskniłeś za słodkim brzmieniem jej głosu. Panowie, pozwólmy im, proszę, na chwilę rozmowy w cztery oczy. Kłopoty naszego królestwa mogą zaczekać.

Janos Slynt wstał z fotela z niepewną miną, a wielki maester Pycelle dźwignął się z niego ciężko, obaj jednak usłuchali eunucha. Ostatni był Littlefinger.

- Czy mam zlecić zarządcy, żeby przygotował komnaty w Warowni Maegora?

- Dziękuję, lordzie Petyrze, ale zajmę dawne pokoje lorda Starka w Wieży Namiestnika.

Littlefinger ryknął śmiechem.

- Masz więcej odwagi ode mnie, Lannister. Czy wiesz, jaki los spotkał dwóch ostatnich namiestników?

- Dwóch? Jeśli chcesz mnie przestraszyć, czemu nie powiesz czterech?

- Czterech? - Littlefinger uniósł brwi. - Czy namiestników, którzy sprawowali ten urząd przed lordem Arrynem, również spotkał fatalny koniec? Przyznaję, że byłem wówczas zbyt młody, by interesować się takimi sprawami.

- Ostatni namiestnik Aerysa Targaryena zginął, gdy zdobyto Królewską Przystań, choć wątpię, by zdążył się wprowadzić do wieży. Pełnił tę funkcję tylko przez dwa tygodnie. Tego, który był przed nim, spalono żywcem. Dwaj poprzedni zmarli na wygnaniu bez grosza przy duszy, a ich posiadłości skonfiskowano. Mimo to uważali, że mieli szczęście. Mam wrażenie, że mój pan ojciec był ostatnim namiestnikiem, który opuścił Królewską Przystań cały, zdrowy i bez żadnych strat.

- Fascynujące - rzucił Littlefinger. - To kolejne powody, dla których wolałbym nocować w lochu.

Twoje życzenie może się jeszcze spełnić - pomyślał Tyrion. Na głos powiedział jednak:

- Słyszałem, że odwaga i szaleństwo są kuzynami. Jeśli nad Wieżą Namiestnika wisi jakaś klątwa, modlę się o to, bym okazał się zbyt mały, żeby przyciągnąć jej uwagę.

Janos Slynt ryknął śmiechem, Littlefinger uśmiechnął się, a wielki maester Pycelle również docenił dowcip, kiwając z powagą głową.

- Mam nadzieję, że ojciec nie przysłał cię tu po to, byś zanudzał nas lekcjami historii - powiedziała Cersei, gdy już zostali sami.

- Jakże pragnąłem wreszcie usłyszeć twój słodki głos - odparł z westchnieniem Tyrion.

- A jak bardzo ja pragnęłam wyrwać temu eunuchowi język rozżarzonymi szczypcami - warknęła Cersei. - Czy ojciec postradał rozum? A może rzeczywiście sfałszowałeś ten list? - Przeczytała go jeszcze raz, z coraz większą irytacją. - Dlaczego przysłał mi ciebie? - Zmięła pismo w palcach. - Jestem regentką Joffreya i wydałam mu rozkaz!

- A on go zignorował - wskazał Tyrion. - Może sobie na to pozwolić, bo ma wielką armię. Zresztą nie jest pierwszy, prawda?

Cersei zacisnęła usta. Na jej policzki wypełzł rumieniec.

- Jeśli ogłoszę, że ten list jest sfałszowany i każę im zamknąć cię w lochu, to tego rozkazu nikt nie zignoruje, obiecuję ci.

Tyrion zdawał sobie sprawę, że stąpa po cienkim lodzie.

- Nikt - zgodził się uprzejmie. - A już szczególnie nasz ojciec. No wiesz, to ten człowiek, który ma armię. Ale czemuż to chcesz mnie zamykać w lochu, kochana siostro? Przecież przybyłem z bardzo daleka tylko po to, by ci pomóc.

- Niepotrzebna mi twoja pomoc. Rozkazałam, by przybył tu nasz ojciec.

- Tak - przyznał cicho. - Ale tak naprawdę chodzi ci o Jaime'a.

Jego siostra lubiła się uważać za chytrą, on jednak dorastał razem z nią i czytał z jej twarzy z taką łatwością, jakby była to jedna z jego ulubionych książek. W tej chwili wyczytał tam wściekłość, strach i rozpacz.

- Jaime...

- ...jest również i moim bratem - przerwał jej Tyrion. - Jeśli mnie poprzesz, obiecuję, że uwolnimy Jaime'a i sprowadzimy go tu bezpiecznie.

- Niby jak? - zapytała Cersei. - Młody Stark i jego matka raczej nie zapomną, że ścięliśmy lorda Eddarda.

- To prawda - potwierdził Tyrion. - Ale masz jeszcze jego córki, prawda? Starszą widziałem na turnieju, razem z Joffreyem.

- Sansę mamy - przyznała królowa. - Rozpuściłam pogłoski, że więzimy też młodszego bachora, ale to kłamstwo. Po śmierci Roberta kazałam Merynowi Trentowi ją pojmać, ale przeszkodził mu jej przeklęty nauczyciel tańca i dziewczynka uciekła. Od tej pory nikt jej nie widział. Zapewne nie żyje. Tego dnia zginęło bardzo wielu ludzi.

Tyrion liczył na to, że mają obie córki, uznał jednak, że będzie im musiała wystarczyć jedna.

- Opowiedz mi o naszych przyjaciołach z rady.

Cersei zerknęła w stronę drzwi.

- O co ci chodzi?

- Ojciec poczuł do nich nagłą niechęć. Kiedy odjeżdżałem, zastanawiał się, jak ich głowy wyglądałyby na murze obok głowy lorda Starka. - Pochylił się nad blatem. - Jesteś pewna, że są nam wierni? Ufasz im?

- Nikomu nie ufam - warknęła. - Są mi potrzebni. Czy ojciec sądzi, że nas oszukują?

- Tylko podejrzewa.

- Dlaczego? Czy wie o czymś?

Tyrion wzruszył ramionami.

- Wie, że krótkie panowanie twego syna okazało się jak dotąd długą serią błędów i katastrof. To sugeruje, że ktoś udziela Joffreyowi bardzo złych rad.

Cersei przyjrzała mu się uważnie.

- Joffowi nie brakowało dobrych rad. Zawsze miał silną wolę. A teraz został królem i jest przekonany, że ma prawo robić to, co mu się spodoba, a nie to, co mu każą.

- Korony dziwnie wpływają na głowy, na które je włożono - zgodził się Tyrion. - Ten cały interes z Eddardem Starkiem... to pomysł Joffreya?

Królowa skrzywiła się.

- Powiedziano mu, żeby ułaskawił Starka i pozwolił mu przywdziać czerń. Uwolnilibyśmy się od niego raz na zawsze i moglibyśmy zawrzeć pokój z tym jego synem, ale Joffowi zachciało się urządzić widowisko dla tłumu. Co miałam zrobić? Zażądał głowy lorda Eddarda w obecności połowy miasta. A Janos Slynt i ser Ilyn z radością spełnili jego rozkaz i ścięli Starka, nie pytając mnie o zdanie! - Zacisnęła dłoń w pięść. - Wielki septon twierdzi, że sprofanowaliśmy jego krwią Sept Baelora, a do tego okłamaliśmy go, utrzymując, że zamierzamy ułaskawić skazańca.

- Ma trochę racji - zauważył Tyrion. - A więc maczał w tym palce ten cały lord Slynt? Powiedz mi, kto wpadł na ten wspaniały pomysł, by przyznać mu Harrenhal i miejsce w radzie?

- Wszystko załatwił Littlefinger. Potrzebowaliśmy złotych płaszczy Slynta. Eddard Stark spiskował z Renlym i pisał do lorda Stannisa, proponując mu tron. Mogliśmy stracić wszystko. Niewiele brakowało. Gdyby Sansa nie opowiedziała mi o planach ojca...

- Naprawdę? - zapytał zdumiony Tyrion. - Jego własna córka?

Sansa zawsze wydawała się słodkim dzieciakiem, delikatnym i uprzejmym.

- Była ogłupiała z miłości. Dla Joffreya zrobiłaby wszystko. Ale później ściął jej ojcu głowę i nazwał to łaską. To położyło kres uczuciu.

- Jego Miłość posiada niezrównany dar zjednywania sobie poddanych - stwierdził Tyrion, uśmiechając się szelmowsko. - Czy wyrzucenie ser Barristana Selmy'ego z Gwardii Królewskiej to również był jego pomysł?

- Chciał obciążyć kogoś winą za śmierć Roberta - odrzekła z westchnieniem Cersei. - Varys zasugerował ser Barristana. Dlaczego by nie? W ten sposób Jaime został dowódcą gwardii i członkiem małej rady, a Joff mógł rzucić kość swemu psu. Bardzo lubi Sandora Clegane'a. Byliśmy gotowi dać Selmy'emu trochę ziemi i jakąś wieżę. To więcej, niż się temu staremu, nieudolnemu durniowi należało.

- Słyszałem, że ten stary, nieudolny dureń zabił dwa złote płaszcze Slynta, gdy próbowano go pojmać przy Błotnistej Bramie.

Jego siostra miała bardzo niezadowoloną minę.

- Janos powinien był wysłać więcej ludzi. Nie jest taki kompetentny, jak byśmy tego chcieli.

- Ser Barristan był lordem dowódcą Gwardii Królewskiej Roberta Baratheona - przypomniał jej z naciskiem Tyrion. - Z siedmiu gwardzistów Aerysa Targaryena żyją jeszcze tylko on i Jaime. Prostaczkowie uważają go za kogoś takiego, jak Serwyn od Zwierciadlanej Tarczy albo książę Aemon Smoczy Rycerz. Jak sądzisz, co się stanie, jeśli zobaczą ser Barristana Śmiałego u boku Robba Starka albo Stannisa Baratheona?

Cersei odwróciła wzrok.

- O tym nie pomyślałam.

- Ale ojciec pomyślał - stwierdził Tyrion. - Dlatego właśnie mnie tu przysłał. Mam położyć kres tym szaleństwom i zmusić twego syna do posłuchu.

- Nie ulegnie ci łatwiej niż mnie.

- Może i ulegnie.

- A niby dlaczego?

- Dlatego, że wie, iż ty nigdy nie zrobisz mu krzywdy.

Cersei zmrużyła oczy.

- Jeśli wydaje ci się, że pozwolę ci skrzywdzić mego syna, to chyba masz gorączkę.

Tyrion westchnął. Cersei go nie zrozumiała, co zdarzało się jej zbyt często.

- Joffrey jest ze mną równie bezpieczny jak z tobą - zapewnił ją. - Ale jeśli poczuje się niepewnie, może być bardziej skłonny do posłuchu. - Ujął jej dłoń. - W końcu jestem twoim bratem. Potrzebujesz mnie, nawet jeśli nie chcesz tego przyznać. Twój syn również mnie potrzebuje, o ile ma się utrzymać na tym brzydkim, żelaznym krześle.

Jego siostra była wyraźnie wstrząśnięta tym, że ośmielił się jej dotknąć.

- Zawsze byłeś sprytny.

- Na swój mały sposób - przyznał z uśmiechem.

- Może i warto by było spróbować... ale pamiętaj o jednym, Tyrionie. Jeśli zgodzę się uznać twój tytuł, z nazwy będziesz namiestnikiem królewskim, ale w rzeczywistości moim. Nim cokolwiek uczynisz, będziesz mnie wtajemniczał we wszystkie swe plany i niczego nie przedsięweźmiesz bez mej zgody. Zrozumiałeś?

- Och, tak.

- Zgadzasz się?

- Oczywiście - skłamał. - Jestem twój, siostro. - Dopóki będzie to dla mnie korzystne. - Ponieważ łączy nas teraz wspólny cel, nie powinniśmy mieć przed sobą tajemnic. Mówisz, że lorda Eddarda kazał zabić Joffrey, ser Barristana odesłał Varys, a lordem Slyntem uszczęśliwił nas Littlefinger. A kto zamordował Jona Arryna?

Cersei poderwała gwałtownie głowę.

- Skąd mam wiedzieć?

- Pogrążona w żałobie wdowa z Orlego Gniazda zdaje się sądzić, że winny jestem ja. Ciekawe, kto jej podsunął ten pomysł?

- Nie mam pojęcia. Ten dureń Eddard Stark oskarżył mnie o to samo. Dał mi do zrozumienia, że lord Arryn podejrzewał albo... hmm, był przekonany...

- Że pieprzysz się z naszym słodkim Jaime'em?

Spoliczkowała go.

- Myślałaś, że jestem tak samo ślepy jak ojciec? - Tyrion potarł twarz. - Nie obchodzi mnie, z kim się zabawiasz... choć wydaje mi się trochę niesprawiedliwe, że rozkładasz nogi tylko dla jednego z dwóch braci.

Spoliczkowała go.

- Spokojnie, Cersei, żartowałem. Prawdę mówiąc, wolałbym ładną kurwę. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, co widzi w tobie Jaime, chyba że chodzi mu o własne odbicie.

Spoliczkowała go.

Uśmiechnął się, choć policzki mu poczerwieniały i piekły mocno.

- Jeśli nie przestaniesz, mogę się na ciebie rozgniewać.

To powstrzymało jej rękę.

- No i co z tego?

- Mam trochę nowych przyjaciół - wyznał Tyrion. - Nie spodobają ci się w najmniejszym stopniu. Jak zabiłaś Roberta?

- Zrobił to sam. My tylko mu pomogliśmy. Kiedy Lancel się zorientował, że Robert chce ścigać tego dzika, podał mu wzmocnione wino. Jego ulubiony gatunek, kwaśne czerwone, ale trzy razy mocniejsze niż zwykle. Ten wielki, śmierdzący dureń był zachwycony. Gdyby zechciał, mógł w każdej chwili przestać je żłopać, ale osuszył cały bukłak i kazał Lancelowi podać sobie następny. Resztę załatwił odyniec. Szkoda, że nie byłeś na uczcie, Tyrionie. Nigdy w życiu nie jadłam tak pysznego dzika. Upiekli go z grzybami i jabłkami. Miał smak triumfu.

- Siostro, doprawdy narodziłaś się po to, by zostać wdową. - Tyrion raczej lubił Roberta Baratheona, choć był on wielkim, zarozumiałym prostakiem... z pewnością między innymi dlatego, że jego siostra tak bardzo go nienawidziła. - Jeśli już skończyłaś mnie policzkować, to chyba sobie pójdę.

Zgramolił się niezgrabnie z fotela.

Cersei zmarszczyła brwi.

- Nie pozwoliłam ci odejść. Chcę się dowiedzieć, w jaki sposób zamierzasz uwolnić Jaime'a.

- Powiem ci, jak coś wymyślę. Intrygi są jak owoce. Potrzebują czasu, by dojrzeć. W tej chwili chciałbym przejechać się ulicami, żeby zobaczyć, jak stoją sprawy w mieście. - Wsparł dłoń na głowie strzegącego drzwi sfinksa. - Na pożegnanie chciałbym cię o coś poprosić. Zechciej dopilnować, by Sansie Stark nie stało się nic złego. Nie byłoby dobrze, gdybyśmy stracili obie córki.

Po wyjściu z komnaty obrad Tyrion pożegnał skinieniem głowy ser Mandona i ruszył długim korytarzem o łukowatym sklepieniu. Bronn podążył za nim, lecz Timetta, syna Timetta nigdzie nie było widać.

- Gdzie się podziała nasza czerwona ręka? - zapytał Tyrion.

- Timett poczuł potrzebę zbadania okolicy. Ci ludzie nie są stworzeni do czekania w korytarzach.

- Mam nadzieję, że nie zabije nikogo ważnego. - Barbarzyńcy sprowadzeni przez Tyriona z twierdz w Górach Księżycowych byli wierni na swój gwałtowny sposób, lecz jednocześnie dumni i skorzy do zwady. Chętnie odpowiadali stalą na zniewagi, rzeczywiste czy wyimaginowane. - Postaraj się go znaleźć. Dopilnuj też, by pozostałych zakwaterowano i dano im jeść. Umieść ich w koszarach za Wieżą Namiestnika, ale nie pozwól, żeby zarządca ulokował Kamienne Wrony obok Księżycowych Braci. Powiedz mu też, że Spaleni muszą mieć oddzielną salę.

- A dokąd ty się wybierasz?

- Wracam "Pod Pęknięte Kowadło".

Bronn uśmiechnął się bezczelnie.

- Potrzebujesz eskorty? Podobno na ulicach jest niebezpiecznie.

- Zwrócę się do kapitana straży domowej mojej siostry. Przypomnę mu, że jestem takim samym Lannisterem jak ona. Pora mu uzmysłowić, że składał przysięgę Casterly Rock, nie Cersei czy Joffreyowi.

Po godzinie Tyrion opuścił Czerwoną Twierdzę w towarzystwie dwunastu lannisterskich gwardzistów w karmazynowych płaszczach i ozdobionych lwami półhełmach. Gdy przejeżdżali pod unoszoną kratą, zauważył zatknięte na murze głowy. Poczerniały już od starej smoły i rozkładu, nie sposób więc było ich rozpoznać.

- Kapitanie Vylarr - zawołał. - Rano ma już ich tu nie być. Oddajcie je do oczyszczenia milczącym siostrom.

Podejrzewał, że dopasować czerepy do ciał będzie piekielnie trudno, trzeba jednak było to zrobić. Nawet podczas wojny należy przestrzegać pewnych form.

Vylarr się zawahał.

- Jego Miłość powiedział, że życzy sobie, by głowy zdrajców pozostały na murze, dopóki nie zajmie trzech ostatnich wolnych pali.

- Pozwól mi zgadnąć. Jeden jest przeznaczony dla Robba Starka, a dwa pozostałe dla lordów Stannisa i Renly'ego. Mam rację?

- Tak, panie.

- Mój siostrzeniec ukończył dziś trzynaście lat, Vylarr. Postaraj się o tym nie zapominać. Jeśli do rana te głowy nie znikną, jeden z pustych pali może mieć innego lokatora. Jasne, kapitanie?

- Dopilnuję tego osobiście, panie.

- Świetnie. - Tyrion wpił pięty w końskie boki i ruszył przed siebie kłusem, zmuszając czerwone płaszcze do podążenia za nim.

Powiedział Cersei, że chce się zorientować, jak stoją sprawy w mieście. Nie było to do końca kłamstwem. To, co ujrzał, bynajmniej go nie zachwyciło. Na ulicach Królewskiej Przystani zawsze było tłoczno i hałaśliwie, teraz jednak zawisła nad nimi aura niebezpieczeństwa, której nie pamiętał z poprzednich wizyt. Nieopodal Krosnowej leżał w rynsztoku nagi trup, którego ogryzały zdziczałe psy. Nikt nie przejmował się tym widokiem. Wszędzie widać było straże. Odziani w złote płaszcze i czarne kolczugi zbrojni chodzili dwójkami, a dłonie zawsze trzymali blisko uchwytów żelaznych pałek. Na targowiskach roiło się od obdartych mężczyzn, którzy wyzbywali się za bezcen swego dobytku... bardzo mało zaś było sprzedających płody rolne wieśniaków. Żywność - gdy już się ją znalazło - była trzykrotnie droższa niż przed rokiem. Jeden z handlarzy oferował pieczone na patyku szczury.

- Świeże szczury - krzyczał głośno. - Świeże szczury.

Z pewnością świeże gryzonie były lepsze od starych, zgniłych i cuchnących. Przerażające było jednak to, że wyglądały bardziej apetycznie od tego, co oferowała na sprzedaż większość rzeźników. Na Mącznej Tyrion przekonał się, że przed co drugim sklepem stoją zbrojni strażnicy. Przemknęło mu przez głowę, że w chudych czasach nawet dla piekarzy najemnicy są tańsi od chleba.

- Widzę, że są kłopoty z dostawami żywności - zagadnął Vylarra.

- To fakt - przyznał kapitan. - W dorzeczu trwa wojna, a w Wysogrodzie lord Renly gromadzi buntowników. Dlatego południowe i zachodnie trakty są zamknięte.

- A co uczyniła w tej sprawie moja kochana siostra?

- Podjęła kroki mające doprowadzić do odbudowania królewskiego pokoju - zapewnił go Vylarr. - Lord Slynt trzykrotnie zwiększył liczebność Straży Miejskiej, a królowa oddelegowała tysiąc rzemieślników do pracy nad umocnieniami. Kamieniarze wzmacniają mury, cieśle budują setki skorpionów i katapult, wytwórcy strzał produkują strzały, kowale kują miecze, a Cech Alchemików obiecał dziesięć tysięcy dzbanów dzikiego ognia.

Tyrion poruszył się nerwowo w siodle. Cieszył się, że jego siostra nie jest bezczynna, lecz dziki ogień był zdradziecką substancją, a dziesięć tysięcy dzbanów wystarczyłoby, żeby puścić z dymem całą Królewską Przystań.

- A skąd Cersei wzięła pieniądze na to wszystko?

Nie było tajemnicą, że król Robert wpędził koronę w straszliwe długi, a alchemicy raczej nie uchodzili za altruistów.

- Lord Littlefinger zawsze znajdzie jakiś sposób, panie. Nałożył podatek na tych, którzy chcą wjechać do miasta.

- Tak, to z pewnością poskutkowało - ocenił Tyrion.

Sprytne - pomyślał. Sprytne i okrutne. Dziesiątki tysięcy ludzi uciekały przed wojną, licząc na to, że znajdą bezpieczeństwo w Królewskiej Przystani. Widział ich na królewskim trakcie - matki z dziećmi i niespokojnych ojców, którzy kierowali pożądliwe spojrzenia ku jego koniom i wozom. Kiedy dotrą do miasta, z pewnością chętnie zapłacą podatek, by znaleźć się za jego bezpiecznymi murami... choć mogliby zmienić zdanie, gdyby usłyszeli o dzikim ogniu.

Gospoda "Pod Pękniętym Kowadłem" znajdowała się w zasięgu wzroku od murów, niedaleko Bramy Bogów, przez którą wjechali rankiem do miasta. Gdy znaleźli się na jej dziedzińcu, ze środka wybiegł chłopiec, który pomógł Tyrionowi zsiąść z konia.

- Zabierz swych ludzi do zamku - rozkazał karzeł Vylarrowi. - Ja spędzę noc tutaj.

Kapitan miał niepewną minę.

- Czy będziesz tu bezpieczny, panie?

- Jeśli tym się martwisz, kapitanie, dowiedz się, że gdy rankiem opuszczałem gospodę, pełno w niej było Czarnych Uszu. Nikt nie jest bezpieczny w obecności Chelli, córki Cheyka. - Tyrion ruszył kaczkowatym krokiem ku drzwiom. Niech Vylarr sam się głowi nad sensem jego słów.

Gdy wszedł do gospody, przywitał go huragan wesołości. Rozpoznał gardłowy chichot Chelli i delikatniejszą muzykę śmiechu Shae. Dziewczyna siedziała za okrągłym stołem ustawionym obok kominka, popijając wino w towarzystwie trzech Czarnych Uszu, którym kazał jej pilnować, oraz tłustego mężczyzny, zwróconego do niego plecami. Tyrion z początku sądził, że to oberżysta... lecz gdy Shae zawołała go po imieniu, intruz podniósł się ze stołka.

- Panie, tak się cieszę, że cię tu widzę - rzekł z miękkim uśmiechem eunucha na upudrowanej twarzy.

Tyrion aż się potknął z wrażenia.

- Lordzie Varysie, nie spodziewałem się cię spotkać w tym miejscu.

Niech go Inni porwą, jak zdołał tu trafić tak szybko?

- Wybacz mi to najście - poprosił Varys. - Poczułem nagłą potrzebę poznania twej młodej damy.

- Młodej damy - powtórzyła Shae, radując się tymi słowami. - To w połowie prawda, panie. Rzeczywiście jestem młoda.

Ma osiemnaście lat - pomyślał Tyrion. I jest kurwą. Jest jednak bystra, a w łożu zwinna jak kotka, ma wielkie, ciemne oczy, piękne, czarne włosy i słodkie, miękkie, głodne usteczka... i jest moja! Niech cię szlag, eunuchu.

- Mam wrażenie, że to ja dopuściłem się najścia, lordzie Varysie - odpowiedział, zmuszając się do uprzejmości. - Kiedy tu wszedłem, świetnie się bawiłeś.

- Lord Varys podziwiał zbiór uszu Chelli. Mówił, że musiała zabić wielu ludzi, by zdobyć taki naszyjnik - wyjaśniła Shae. Drażniło go, gdy dziewczyna tytułowała Varysa lordem tym samym tonem, jakim wypowiadała to słowo podczas ich miłosnych igraszek. - A ona odpowiedziała mu, że tylko tchórze zabijają pokonanych.

- Odważni darują przeciwnikowi życie, by miał szansę zmazać swój wstyd i odzyskać ucho - dodała Chella, niska, ciemnowłosa kobieta, której makabryczny naszyjnik składał się aż z czterdziestu sześciu skurczonych, suszonych uszu. Tyrion sam je kiedyś policzył. - Tylko w ten sposób wojownik może dowieść, że nie boi się swych wrogów.

Shae parsknęła śmiechem.

- I wtedy lord Varys wyznał, że gdyby był Czarnym Uchem, nie mógłby spać ze strachu przed jednouchymi ludźmi.

- Ja nigdy nie będę miał takiego problemu - wtrącił Tyrion. - Boję się swych nieprzyjaciół tak bardzo, że zabijam wszystkich.

Varys zachichotał.

- Napijesz się z nami wina, panie?

- Napiję się. - Tyrion usiadł przy Shae. Zrozumiał, co tu się przed chwilą stało, nawet jeśli Chella i dziewczyna nie potrafiły tego pojąć. Varys powiedział: "Poczułem nagłą potrzebę poznania twej młodej damy", znaczyło to jednak: "Próbowałeś ją ukryć, ale dowiedziałem się, gdzie przebywa i kim jest. Sam widzisz, że trafiłem tu bez trudu". Tyrion zastanawiał się, kto go zdradził. Oberżysta, chłopiec stajenny, strażnik przy bramie... czy któryś z jego ludzi?

- Zawsze staram się wracać do miasta przez Bramę Bogów - mówił Varys do Shae, nalewając wino do kielichów. - Płaskorzeźby na wieży bramnej są doprawdy przepiękne. Ich widok niezawodnie zmusza mnie do płaczu. Oczy... robią wrażenie, czyż nie? Kiedy człowiek przejeżdża pod unoszoną kratą, ma wrażenie, że ich spojrzenie podąża za nim.

- Nie zauważyłam tego, panie - odparła Shae. - Jeśli sobie życzysz, jutro przyjrzę się im uważniej.

Nie zadawaj sobie trudu, słodziutka - pomyślał Tyrion, obracając w dłoni pełny kielich. - Nic go nie obchodzą płaskorzeźby. Przechwalał się własnymi oczami. Chciał mi powiedzieć, że jego ludzie zawsze obserwują bramy i natychmiast dowiedział się o naszym przybyciu.

- Uważaj na siebie, dziecko - ostrzegł ją Varys. - W Królewskiej Przystani nie jest ostatnio zbyt bezpiecznie. Choć świetnie znam te ulice, trochę się bałem tu przyjść. W końcu jestem sam i nie mam broni. W tych mrocznych czasach wszędzie pełno jest wyjętych spod prawa ludzi, którzy noszą zimną stal, a serca mają jeszcze zimniejsze.

Miało to znaczyć: "Ja zjawiłem się tu sam i bez broni, lecz inni mogą przyjść z mieczami w dłoniach".

Shae roześmiała się głośno.

- Jeśli spróbują mnie zaczepiać, Chella poobcina im uszy.

Varys ryknął śmiechem, jakby nigdy w życiu nie słyszał nic zabawniejszego. Gdy jednak spojrzał na Tyriona, w jego oczach nie było wesołości.

- Ta młoda dama jest bardzo miła. Na twoim miejscu strzegłbym jej z wielką uwagą.

- Mam taki zamiar. Jeśli ktoś spróbuje ją skrzywdzić... no cóż, jestem za mały, żeby być Czarnym Uchem, i nie twierdzę też, że jestem odważny. Widzisz? Potrafię mówić tym samym językiem co ty. Jeśli uczynisz jej coś złego, skrócę cię o głowę.

- Pójdę już. - Varys wstał ze stołka. - Z pewnością czujesz się zmęczony. Chciałem cię tylko powitać w mieście, panie, powiedzieć ci, jak się cieszę z twego przybycia. Twój głos jest bardzo potrzebny w radzie. Widziałeś kometę?

- Jestem niski, nie ślepy - odparł Tyrion. Gdy jechał królewskim traktem, jej ogon zajmował pół nieba, a lśniła jaśniej niż sierp księżyca.

- Na ulicach zwą ją Czerwonym Wysłannikiem - ciągnął Varys. - Mówią, że jest heroldem króla, zapowiada ogień i krew. - Kastrat potarł upudrowane dłonie. - Czy mogę ci na pożegnanie zadać zagadkę, lordzie Tyrionie? - Nie czekał na odpowiedź. - W komnacie siedzi trzech wielkich ludzi, król, kapłan i bogacz, który ma złoto, a między nimi stoi najemnik, pozbawiony znaczenia człowieczek o podłym pochodzeniu i niewielkim rozumie. Każdy z możnowładców rozkazuje mu zabić pozostałych dwóch. Król mówi: "Zrób to, albowiem jestem twym prawowitym władcą", kapłan: "Zrób to, gdyż rozkazuję ci w imieniu bogów", a bogacz: "Zrób to, a całe to złoto będzie należało do ciebie". Powiedz mi, kto ocali życie, a kto zginie?

Pokłonił się nisko i opuścił gospodę z cichym tupotem odzianych w miękkie pantofle stóp. Kiedy wyszedł, Chella prychnęła głośno, a Shae zmarszczyła ładną buzię, zamyślona.

- Ocaleje bogacz, prawda?

Tyrion pociągnął łyk wina, pogrążony w zadumie.

- Może tak, a może nie. To zależy od najemnika. - Odstawił puchar. - Chodźmy na górę.

Musiała poczekać na niego na piętrze, gdyż nogi miała szczupłe i gibkie, Tyrion zaś krótkie, krzywe i obolałe. Gdy jednak wreszcie wlazł na schody, przywitała go uśmiechem.

- Stęskniłeś się za mną? - zapytała prowokującym tonem, ściskając mu dłoń.

- Straszliwie - przyznał. Miała tylko trochę ponad pięć stóp wzrostu, a mimo to musiał zadzierać głowę, by na nią patrzeć... lecz w jej przypadku to mu nie przeszkadzało. Wyglądała pięknie.

- W tej swojej Czerwonej Twierdzy cały czas będziesz za mną tęsknić - powiedziała, prowadząc go do swego pokoju. - Będziesz sobie leżał zupełnie sam w zimnym łożu w Wieży Namiestnika.

- To prawda. - Z chęcią zatrzymałby ją przy sobie, lecz zabronił mu tego ojciec. Rzekł: "Nie zabierzesz tej dziwki na dwór". Odważył się jedynie sprowadzić ją do miasta. Musiała zrozumieć, że swą władzę zawdzięczał wyłącznie lordowi Tywinowi. - Nie będziesz daleko - obiecał. - Dostaniesz dom, ze strażnikami i sługami, a ja będę cię często odwiedzał.

Zamknęła kopniakiem drzwi. Za brudnymi, wąskimi oknami widać było Wielki Sept Baelora wznoszący się na wzgórzu Visenyi, uwagę Tyriona pochłaniał jednak inny widok. Shae pochyliła się, złapała obrąbek sukni, zdjęła ją nad głową i odrzuciła na bok. Nie uznawała bielizny.

- Nie zaznasz wytchnienia - ostrzegła, stojąc obok niego, różowa, naga i piękna, z jedną ręką wspartą na biodrze. - Gdy tylko się położysz, będziesz myślał o mnie. Potem ci stanie, nie będziesz miał nikogo, kto by ci pomógł i nie zaśniesz, chyba że... - rozciągnęła wargi w łobuzerskim uśmiechu, który Tyrion tak bardzo lubił - ...sam sobie pomożesz.

- Nic już nie mów. Pocałuj mnie - rozkazał.

Czuł smak wina na jej wargach, małe, jędrne piersi przyciśnięte do jego ciała i palce sięgające do sznurówek spodni.

- Mój lwie - wyszeptała, gdy odsunął się od niej, by się rozebrać. - Mój słodki lordzie, lannisterski olbrzymie.

Pchnął ją na łoże. Kiedy w nią wszedł, krzyknęła tak głośno, że mogłaby obudzić nawet Baelora Błogosławionego w jego grobowcu. Jej paznokcie wyżłobiły mu na plecach krwawiące ślady. Ten rodzaj bólu sprawiał mu wielką przyjemność.

Ty głupcze - pomyślał potem, gdy leżeli na zapadającym się materacu pośród zmiętoszonej pościeli. Czy nigdy nie zmądrzejesz, karle? Jest kurwą, do licha. Kocha twoją sakiewkę, a nie twego kutasa. Pamiętasz Tyshę?

Gdy jednak przebiegł lekko palcami po jej sutce, zesztywniała pod jego dotykiem. Widział też na piersi Shae ślad w miejscu, gdzie ugryzł ją z namiętności.

- Co więc uczynisz, panie, teraz, gdy zostałeś królewskim namiestnikiem? - zapytała go, gdy objął dłońmi ciepłą, miękką pierś.

- Coś, czego Cersei z pewnością się nie spodziewa - wyszeptał, wtulając twarz w jej szczupłą szyję. - Zaprowadzę... sprawiedliwość.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki