Rozdział 1
ANTOINETTE
Tykanie zegara odbijało się od ścian głuchym echem. Można było odnieść wrażenie, że poza srebrnym wahadłem, kiwającym się rytmicznie na boki, cały świat zastygł w miejscu. Kruki na dworze ucichły, korytarzem nie niosły się żadne głosy. Antoinette tkwiła więc w ciszy. Zaciskała do bólu palce na podłokietnikach fotela i wpatrywała się w stojący naprzeciwko zegar. Nie miała pojęcia, jak długo tkwi w tej pozycji. W przeciwieństwie do spokoju, który otaczał ją na zewnątrz, w jej głowie trwała burza. Myśli walczyły z głosami kotłującej się w niej magii. Zostawił ją, szeptały niektóre. Nie mógł jej zostawić, przekonywały inne. Ona sama próbowała uwierzyć w to, że już za moment jej uszu dobiegnie chrobot kół powozu wtaczającego się na dziedziniec, a chwilę później poczuje na skórze subtelne muśnięcie mocy Fiyonna.
Odzwyczaiła się od słuchania własnego głosu. Zbyt długo przemawiały do niej inne. Teraz jednak próbowała przekonać samą siebie w myślach, że wszystko będzie w porządku.
Choć trudno było Antoinette nazwać arcyksięcia przyjacielem, przywykła do tego, że znajdował się na wyciągnięcie ręki. W Zimowym Pałacu przez większość czasu dzielił ich jedynie blat stolika ustawionego pod oknem, gdy więc teraz niespodziewanie oddalił się bez słowa, poczuła niepokój.
Coś swędziało ją pod skórą i nie było to przyjemne wrażenie.
- Wróci - szepnęła, przełamując ciszę. - Na pewno.
Antoinette puściła podłokietniki i wyprostowała palce. Poczuła, jak krążenie wraca do jej dłoni. Szczypta magii wystarczyła, by wyczuć strażników stojących przed jej drzwiami. Nie opuścili posterunku.
Nie byli już jednak na korytarzu sami.
W stronę jej apartamentu zmierzało właśnie kilka osób. Magiczne źródło jednej z nich płonęło jasno i wyraźnie. Antoinette miała już okazję je poznać.
Podniosła się w momencie, w którym otworzyły się drzwi. Odwróciła jedynie głowę i złożyła przed sobą ręce. Czekała, aż strażnicy wpuszczą do środka królową Ingvild i towarzyszących jej gwardzistów, którzy bez słowa weszli do salonu, krocząc za jej wysokością jak cienie, po czym zajęli miejsca pod ścianami.
Ingvild uśmiechnęła się do Antoinette i usiadła w jednym z foteli obitych niebieskim pluszem. Wydawała się całkowicie spokojna, a jej postawa była nienaganna - plecy trzymała idealnie prosto, szyję miała wyciągniętą, podbródek lekko uniesiony w górę. Królowa chwyciła za leżący na stoliku dzwonek i zdecydowanie nim potrząsnęła. Chwilę później drzwi do apartamentu ponownie się otworzyły.
- Napijemy się herbaty - oświadczyła jej wysokość, gdy służąca stanęła w progu.
Skrzypnięcie drewna, kliknięcie klamki i już jej nie było.
- Te pokoje należały w przeszłości do Kruczych Wiedźm - powiedziała Ingvild, rozglądając się po pomieszczeniu. - Uznaliśmy zgodnie, że nie powinniśmy lokować cię nigdzie indziej.
Jeden z głosów syknął ostrzegawczo, czym zaskoczył Antoinette. Królowa musiała zauważyć, jak się wzdryga.
- Coś nie tak? - zapytała, a wraz z jej słowami spłynęła na Antoinette fala ulgi. Mięśnie w jej ciele powoli się rozluźniały. Zdenerwowanie, które ją ogarnęło w chwili, w której wyczuła magię Ingvild na korytarzu, nagle zaczęło ją opuszczać.
Jej magia nie dała się jednak na to nabrać.
Głosy rozszalały się na dobre, niemalże warczały między sobą w staropółnocnym. Jeden z nich, ten znajdujący się najbliżej jej ucha, wrzucił w myśli dziewczyny wyraźne słowo.
Oszustka. Nie kłamczyni.
Antoinette uniosła wzrok. To nie był pierwszy raz, gdy czuła się w ten sposób w towarzystwie Ingvild. Wciąż pamiętała jej urodzinowy bal, kiedy to królewska para podeszła do niej i pani Oesterberg, by podziękować za ich pracę. Antoinette nigdy dotąd nie była tak blisko królowej, choć mieszkała w Gnieździe od urodzenia. Bała się wtedy, bo nie wiedziała, czego powinna się spodziewać. W momencie, w którym Ingvild otworzyła usta, całe jej ciało rozluźniło się, a strach zniknął bez śladu. Dokładnie to samo działo się teraz. Nie miała wątpliwości, że królowa była obdarzona magicznym talentem, jednak nie miała pojęcia o tym, jak on działa.
- Co to jest? - zapytała cicho Antoinette. - Co mi robisz?
Ingvild mrugnęła kilkukrotnie, jakby coś wpadło jej do oka.
- Nie masz się czego obawiać. Dar przekazywany w mojej rodzinie nie ma destrukcyjnego charakteru. Jest wręcz przeciwnie. - Spojrzała na Antoinette otwarcie, dając znać, że nie ma nic do ukrycia. - Wyczuwam twoje zdenerwowanie, a nie ma powodu, byś się martwiła.
Przez krótką chwilę mierzyły się spojrzeniami. Antoinette czuła się jak spłoszone zwierzę, które królowa próbuje udobruchać. Siedziała na brzegu fotela, odsunięta od jej wysokości, jak tylko się dało, ze sztywnymi rękoma i ciasno złożonymi nogami. Spokój, którym Ingvild próbowała ją nasycić, rozpłynął się w powietrzu jak dym na wietrze. Jak gdyby głosy, świadome już obcej mocy, uodporniły się na jej działanie.
- Chciałam porozmawiać z tobą na osobności. - Ingvild westchnęła, orientując się, że niewiele uda się jej osiągnąć magią. - Nie byłam pewna, co od ciebie usłyszę w trakcie obiadu. Zastanawiałam się, czy nie będziesz się czuła... - zawiesiła na chwilę głos - ...zagubiona.
W głowie Antoinette rozdzwonił się alarm. Co miała na myśli?
- Wiem, jakie wrażenie może sprawiać mój mąż, szczególnie w towarzystwie swojego brata - dokończyła jej wysokość. - Dlatego też zależało mi, żeby porozmawiać z tobą sam na sam.
- O czym? - spytała bez ogródek Antoinette.
- Na początku chciałam zapytać, jak się czujesz?
- Apartament jest piękny i jestem bardzo wdzięczna...
- Nie chodziło mi o to, czy podobają ci się pokoje, choć i to miło słyszeć.
Ingvild przerwała, gdy do pokoju wróciła służąca z herbatą. Antoinette przez chwilę miała nadzieję, że może uda jej się znów ujrzeć Brionę, lecz tacę przyniosła nieznana jej kobieta. Po chwili królowa wróciła do tematu.
- Miałam przyjemność spędzić trochę czasu z kimś, kto dopiero w wieku dojrzałym odkrył dar, którym obdarzył go Los. Wiem więc, jakie niesie to za sobą konsekwencje - mówiła, dodając do filiżanki z herbatą kilka kostek cukru. - Pamiętam zmieszanie tej osoby. Wielu rzeczy musiała uczyć się od nowa. I choć jej moc była zupełnie inna niż twoja, podejrzewam, że możesz się czuć podobnie zagubiona.
- Tak - odparła Antoinette, zaskoczona, że jej głos brzmi tak słabo. - Uczyłam się całą zimę.
- Pod okiem Fiyonna.
Antoinette kiwnęła głową, po czym sięgnęła po filiżankę, by zająć czymś ręce.
- Czy był dla ciebie wsparciem? - zapytała Ingvild nagle, po czym zacisnęła wargi, jakby od razu pożałowała, że zadała to pytanie.
- Bez niego niczego bym nie wiedziała.
- Nie zrozum mnie źle, wiem po prostu, że Fiyonn potrafi być niekiedy... bardzo wymagający.
Atmosfera w pokoju momentalnie zgęstniała. Czy to o nim tak naprawdę chciała rozmawiać?, pytała samą siebie w duchu Antoinette. To o to chodziło? Pragnęła pytać o Fiyonna, by dowiedzieć się, co robił z dala od Gniazda i stolicy?
- Okazał mi bardzo dużo zrozumienia i cierpliwości - rzuciła Antoinette, po czym upiła łyk gorącej herbaty. Wyraz twarzy Ingvild był nieodgadniony. - Uczył mnie bez przerwy każdego dnia.
Królowa pokiwała powoli głową. Antoinette była niemal pewna, że jej słowa ją zaskoczyły. Miała przeczucie, że nie to spodziewała się usłyszeć.
- Spędziliście więc razem bardzo dużo czasu - stwierdziła Ingvild. - Wiem, że relacje między... - znów się zawahała - ... członkami rodziny królewskiej obdarzonymi magią kłamstw i Kruczymi Wiedźmami od zawsze były wyjątkowe. Zakładam, że w waszym przypadku też tak jest...?
Antoinette nie odzywała się. W pokoju zapadła cisza, królowa odstawiła z brzękiem filiżankę na spodek i nachyliła się nad dzielącym je stolikiem.
- Nie musisz się bać rozmawiać ze mną - powiedziała poważnie. - Nie mam żadnych złych zamiarów.
- Gwardziści niepozwalający mi opuścić pokoju sugerują coś innego.
Jej wysokość na krótką chwilę odwróciła od niej spojrzenie.
- Masz rację. Nie jesteś jednak więźniem. Moje zachowanie możesz uznać za naganne, ale obiecuję, że więcej się nie powtórzy. Straż odejdzie razem ze mną. Zostanie tylko jeden gwardzista. Dla bezpieczeństwa. - Pokiwała powoli głową, jakby sama do siebie. - Bardzo zależało mi na tym, by porozmawiać z tobą zaraz po zakończeniu posiłku. Musiałam mieć pewność, że uda nam się zobaczyć. Nie zmienia to faktu, że rozumiem twoje zarzuty.
Mówiła z pewnością i spokojem, którego Antoinette jej zazdrościła. Żadnego niepotrzebnego gestu, żadnej wyraźnej oznaki zdenerwowania. W trakcie obiadu Valiant zdawał się do pewnego stopnia udawać przychylność i zrozumienie. W jego słowach Antoinette nie wyczuwała fałszu, lecz była przekonana, że postawa króla wynikała z faktu, iż pragnął, by mu zaufała. Chciał pokazać, że jej wierzy, jednocześnie podkreślając, że jego pozycja jest wciąż wyższa niż jej. Może ktoś, kto nie obserwował małych gierek toczących się przy stołach w królewskim pałacu, by tego nie zauważył, lecz Antoinette już dawno temu nauczyła się zwracać uwagę na szczegóły.
- Antoinette. - Ingvild wymówiła jej imię z pieszczotliwą wręcz łagodnością. - Muszę wiedzieć, czy jest coś, o czym Fiyonn nie pozwolił ci mówić?
Nagle pierścień, który Antoinette nosiła na lewej dłoni, stał się ciężki.
- Obawiam się, że nie rozumiem - wydukała jedynie.
- Chodzi mi o to, czy są kwestie, które pragnęłaś poruszyć w rozmowie z Koroną, lecz obecność Fiyonna w trakcie obiadu ci to uniemożliwiła.
- Chcesz wiedzieć, czy mnie zastraszył?
Ingvild zamilkła. Jedynie po wyrazie jej oczu Antoinette zdołała odgadnąć odpowiedź królowej: sądziła, że ją zmanipulował. Zmusił do czegoś, czego nie chciała robić.
Dopiero po chwili zrozumiała, jak ważną rozmowę odbywa. Przed oczami stanął jej obraz Fiyonna rozgrywającego partię szachów. Ona i Ingvild grały właśnie przeciwko sobie, choć między nimi nie było planszy ani czarno-białych figur.
Jakże to sprytne z jej strony, pomyślała Antoinette. Czym innym była rozmowa z Fiyonnem albo Valiantem, a czym innym na pozór niewinna pogawędka przy herbacie z jej wysokością. Ona jednak sprawiała wrażenie prawdziwie przejętej. Grała lepiej niż jej mąż? A może rzeczywiście zależało jej na dobrym samopoczuciu Antoinette?
- Wiem, co masz na myśli - zwróciła się do królowej, patrząc prosto w jej różnokolorowe oczy. - Nie sądzę jednak, byś oceniała Fiyonna w odpowiedni sposób.
- A jaki jest odpowiedni?
Antoinette przełknęła ślinę.
- Rozumiem, dlaczego taki jest. I wiem, o co mu chodzi.
- Fakt, że jesteście ze sobą związani, nie oznacza od razu, że go rozumiesz - odparowała śmiało Ingvild. - O wielu sprawach jeszcze nie słyszałaś. Nie znasz go.
- I przyszłaś tu, by mi to udowodnić?
- Zależy mi na tym, byś poznała obie strony i mogła spojrzeć na niektóre kwestie bardziej obiektywnie. - Królowa pociągnęła łyk herbaty. - Może cię to zaskoczy, ale nie darzę Fiyonna nienawiścią. Jeśli naprawdę jesteś obdarzona magią kłamstw, wiesz, że mówię prawdę.
Głosy milczały, więc Antoinette pozwoliła jej mówić.
- Nie jestem pewna, czy wspominał ci o mnie. Wiem natomiast, że mówił o Valiancie. I mam też pewne wyobrażenie o tym, co ci o nim mówił. Przyglądam się im obu od dawna i słyszę dokładnie te same argumenty od lat. Zarzucają sobie odpowiednio bierność albo impulsywność, nazywają się zdrajcami i nieudacznikami. Raz różnią się tak bardzo, jak tylko się da, raz są jak dwie krople wody. Zauważyłaś to zapewne w trakcie obiadu. Musisz jednak zrozumieć, że choć sądzę, iż Fiyonn ma wiele racji po swojej stronie, nie jest w stanie zrealizować czegokolwiek, o czym mówi.
- Sądzisz więc, że to on powinien zasiąść na tronie, a nie twój mąż? - Antoinette zaryzykowała, wcinając się z pytaniem. Ingvild zastanawiała się przez chwilę, czym odrobinę ją zaskoczyła.
- W Gallawecie cenimy tradycję tak samo mocno jak tu. Nasze narody wcale się tak bardzo nie różnią. Więc tak, jakaś część mnie uważa, że to Fiyonnowi należała się korona. Jednakże zdrowy rozsądek podpowiada, że mimo wszystko nie powinien jej wkładać na głowę.
- Nie jest szalony - wtrąciła się Antoinette, czując, że nie da rady powstrzymać słów na jego obronę, cisnących się jej na język. - Wszyscy o tym mówią. Cały pałac, a pewnie też i cała stolica słyszała pogłoski o tym, że z arcyksięciem... coś jest nie tak. Ale ja tego wcale nie widzę. Nawet jeśli coś działo się z nim w przeszłości, to już minęło.
- Masz rację - przyznała Ingvild. - Dobrotliwy wpływ Czasu uleczył go. Nie wszystko się jednak zmieniło. Odkąd kilka lat temu wrócił z Krisgaldaru, gdzie przebywał u swojej ciotki, jego życie napędza żądza zemsty. Nie interesuje go nic poza skrzywdzeniem Vijandczyków tak, jak oni skrzywdzili jego.
Wpatrywały się w siebie nawzajem, lecz nie było między nimi napięcia. Przynajmniej nie takiego, jakiego Antoinette początkowo się spodziewała. Siedziały spokojnie i rozmawiały o władzy, której nie miały, a przynajmniej nie bezpośrednio. W Tesarycie nigdy nie było równości między królewskimi parami. Zawsze to dziedzic Corvusów stał na pierwszym miejscu. Ingvild, choć była tytułowana królową, musiała liczyć się z tym, że jej zdanie ma mniejszą wartość od słów Valianta. Jednak rozmowa, którą toczyła z Antoinette, zdradzała, że ich głos się liczył. Co więcej, ważne było, kogo popierały.
- Nie można pozwolić Fiyonnowi usiąść na tronie - kontynuowała cicho Ingvild, a każde słowo wypowiadała powoli i ostrożnie. - Jeśli wydarzy się inaczej, cały kontynent pogrąży się w wojnie, którą północ znów przegra. I nie będzie wtedy ani Krisgaldaru, ani Flugstadt, ani jakiegokolwiek innego tesaryckiego miasta. Bo jeśli nawet nie spłoną całkowicie, dostaną nowe imiona i nowe tożsamości.
Przed oczami Antoinette pojawił się obraz, który już widziała - ogień lejący się spomiędzy czarnych chmur i spływający po ścianach gór. Błyszczące w ciemności szmaragdowe oko...
- Fiyonn chce władzy, by zniszczyć Vijandę. Nie rozumie jednak, że to nie jest możliwe - ciągnęła Ingvild. - Jeśli Krucze Oko cię nie zabiło, to znaczy, że naprawdę jesteś dziedziczką rodu Corvidae. Nie zamierzam w to wątpić. Wierzę, że Los oddał Tesarythowi Kruczą Wiedźmę z jakiegoś powodu. Ale na pewno nie po to, by wręczyła Fiyonnowi koronę.
Zmierzchało, lecz powóz królewskiego brata nadal nie wrócił.
Po pokoju kręciły się służące, których Antoinette nigdy nie widziała. Przynosiły posiłki, pytały, czy czegoś sobie życzy. Antoinette, skulona na jednej z kanap, siedziałaby w ciemnościach, gdyby one nie rozpaliły w kominku i nie przyniosły świec. Po zmroku chłód odchodzącej zimy dał o sobie znać.
Gdy jedna z kobiet podeszła do okien, by zasunąć zasłony, Antoinette powstrzymała ją ruchem ręki.
- Jeszcze nie - poprosiła.
Kiedy zostawiły ją samą, podeszła do drzwi. Zgodnie z tym, co obiecała Ingvild, na korytarzu stał tylko jeden gwardzista. Z tak bliskiej odległości bez trudu wyczuwała jego źródło. Pulsowało lekko w rytmie jego serca, jak gdyby stworzone tylko po to, by podtrzymywać jego pracę. Antoinette położyła dłoń na klamce, lecz zawahała się.
To nie był czas na strach.
Przekręciła klamkę, po czym bez słowa skierowała się w stronę głównego korytarza. Następnie przecięła klatkę schodową i udała się do pokojów zajmowanych przez Fiyonna. Za sobą słyszała echo kroków gwardzisty.
Nikt nie strzegł drzwi prowadzących do apartamentu arcyksięcia. Gdy w nie zapukała, nie było odpowiedzi. Pod wpływem impulsu szarpnęła za złoconą gałkę, lecz okazało się, że drzwi były zamknięte na klucz.
Antoinette zacisnęła usta i powoli obróciła się na pięcie. Kiedyś sądziła, że Gniazdo nigdy nie milknie. Zawsze coś się działo, zawsze było coś do zrobienia. Tak przynajmniej było dawniej. Brak prywatności zamieniła na samotność, a ciągły gwar na martwą ciszę. Nasłuchiwała jeszcze przez chwilę, lecz w końcu udała się z powrotem do swojego pokoju. Na stole czekała na nią kolacja. Sięgnęła po sztućce bardziej z nudów niż z głodu.
Ponieważ nie miała gdzie podziać myśli, zaczęła się zastanawiać, co sądziła o niej królowa po rozmowie, którą odbyły. Antoinette nie była przygotowana na tę wizytę. Nie spodziewała się, że jej wysokość będzie starała się wpłynąć na jej poglądy. Ingvild nie miała żadnych koneksji rodzinnych z kimkolwiek spośród Wielkich Rodów, bo była córką królowej Gallawethu. Nie brała udziału w prywatnych utarczkach braci, a przynajmniej Antoinette nigdy o tym nie słyszała. Jej osąd wydawał się więc na pierwszy rzut oka najbardziej obiektywny. Była kimś, komu Antoinette mogłaby zaufać, kogo mogłaby posłuchać.
Jej rozważania przerwały dwa pytania, które raz za razem spychały wszystkie inne myśli na bok: Gdzie był Fiyonn? Dlaczego nie wrócił do pałacu?
Może Ingvild miała rację. Może Antoinette powinna była zadać mu więcej pytań i nie pozwolić na zignorowanie ich. Chociaż tyle był jej winien.
Nie jest sama, szepnął niespodziewanie jeden z głosów, a Antoinette obróciła gwałtownie głowę, posyłając w stronę drzwi o wiele więcej mocy, niż powinna.
Odetchnęła z ulgą, gdy ujrzała twarz Yrsy.
- Dlaczego wyglądasz tak, jakbyś zobaczyła ducha, Nette? - zapytała dziewczyna, uśmiechając się szeroko. - Mówiłam ci przecież, że przyjdę.
- Już raz widziałam i prawdopodobnie miałam bardzo podobną minę - odparła Antoinette, odkładając sztućce na bok.
Yrsa podeszła do stołu i położyła dłonie na oparciu jednego z krzeseł. Wpatrywały się w siebie przez dłuższą chwilę, po czym Yrsa rzuciła tylko:
- Opowiedz mi wszystko.
Gdy Antoinette skończyła mówić, było już bardzo późno. Obce pokojowe przyszły zabrać niedojedzoną kolację, pokręciły się po pokojach, spoglądając krzywo na Yrsę, udającą, że pomaga pannie Corvidae przygotować się do snu. Służące wymieniły spojrzenia, po czym w końcu zostawiły je same.
- I co teraz? - zapytała Yrsa, odkładając szczotkę do włosów na toaletkę.
- Muszę się dowiedzieć, dokąd się udał. Nie chcę pytać jej wysokości, a tym bardziej Valianta - odparła Antoinette.
- Sądzisz, że nie wiedzą, że opuścił pałac?
- Nie mam pojęcia. Ale przez chwilę musimy założyć, że tak jest. Może się okazać, że jutro rano, zanim się podniosę, Fiyonn będzie u siebie, ale...
- ...to do niego niepodobne - dokończyła za nią Yrsa.
A więc myślały o tym samym. W trakcie służby u Fiyonna Antoinette ani razu nie usłyszała od niego, że planuje opuścić pałac. Dotąd nie miał ku temu żadnego powodu. Co więc zmusiło go, by wyjechać z Gniazda akurat teraz?
Strach, który towarzyszył Antoinette od obiadu, mógł być całkowicie irracjonalny. Chciała jednak wykorzystać każdą możliwość, którą miała, by czegoś się dowiedzieć.
- Znajdę jedną z dziewczyn, które u niego sprzątają, i dowiem się wszystkiego, czego będę mogła. - Yrsa usiadła obok Antoinette na wąskiej ławeczce dostawionej do toaletki. - I jeszcze dziś złożę wizytę pani Oesterberg, żeby jej oświadczyć, że życzysz sobie, bym u ciebie służyła.
Antoinette parsknęła pod nosem.
- Pokojowe, które tu były, pewnie już jej o wszystkim doniosły.
- Na pewno.
Gdy patrzyły na siebie w lustrze, Antoinette po raz kolejny uderzyło to, że gdyby zmieniła koszulę nocną obszytą koronką na tę starą i wielokrotnie cerowaną, wyglądałyby dokładnie tak jak kiedyś. Ona i Yrsa, siedzące obok siebie tak, że żadnej wcale nie było wygodnie, bo zydel był na to zbyt mały. Jeszcze niedawno wszystko było normalne...
- Tęskniłam za tobą - szepnęła Antoinette. - Bardzo mi cię brakowało.
- Mnie ciebie też.
Yrsa westchnęła i spuściła wzrok. Antoinette znała tę minę.
- O co chodzi? - zapytała.
- Słyszałam, że pokłóciłaś się z mamą.
Żadna z nich tak naprawdę nie chciała przeprowadzać tej rozmowy. Obie wiedziały jednak, że nie mogą tego przemilczeć. Przed oczami Antoinette stanęła zbolała twarz kobiety, którą przez całe swoje życie nazywała matką. Nie było przeszkód, by czyniła to nadal. Behula dała jej jasno do zrozumienia, że wciąż ją kocha. Nie wyparła się jej. Ale jakaś głęboko skrywana dotąd część Antoinette wciąż odczuwała żal podszyty złością, który nie pozwalał jej tego uczucia odwzajemnić. Nie wiedziała, czy to magia kłamstw wywołuje w niej gniew, czy może po prostu potrzebowała czasu, żeby przywyknąć do nowej perspektywy.
- Wszyscy już wiedzą? - zapytała.
- Ci najbliżsi tak. Podejrzewam, że to tylko kwestia czasu, aż poniesie się dalej. Cholera wie, w jakiej formie.
Antoinette znała mechanizm przenoszenia plotki. Z każdym jej powtórzeniem historia odrobinkę się zmieniała, a ostatecznie rozrastała się do niewyobrażalnych rozmiarów. Podejrzewała, że dokładnie to samo stało się z historiami dotyczącymi Fiyonna.
- Nie wiem, co mam ci powiedzieć - rzekła. - Myślę, że nam obu jest ciężko.
- Behula nigdy nie miała nic złego na myśli.
- Wiem. - Antoinette zamknęła oczy i zacisnęła zęby, starając się powstrzymać to drażniące uczucie, które w niej rosło. - Załatwię to, ale jeszcze nie teraz. Najpierw muszę się dowiedzieć, gdzie jest Fiyonn.
A potem zadać mu kilka pytań, dopowiedziała w myślach.