Prolog. Królowa nocy
Prolog
Królowa nocy
Śnił o piekle.
To był bardzo dobry sen, zapewne dlatego, iż był pierwszym od trzech
wieków i zarazem ostatnim, jaki kiedykolwiek miał mu się przyśnić.
Wokół niego szalały płomienie; słyszał ich huk, ryk pożaru, który
ogarniał cały świat i jego samego. Czuł piekący ból w każdym skrawku
skóry lizanym przez zabójczy żar. Nie ma już odwrotu ani ucieczki. Nie
miał również sił na to, by podnieść się i schronić przed tym
obezwładniającym gorącem, które zdawało się atakować go od zewnątrz i jednocześnie trawić od środka. Umysł przekornie wypełniły obrazy dawno
niewidzianych miejsc: neapolitańska zatoka, półmroczna alkowa, złote
loki rozrzucone na poduszce, uchylające się powieki i w końcu turkusowe
oczy wypełnione światłem.
Nagle jednak sen się zmienił.
Leżał nagi w nieznanym pomieszczeniu tonącym w mroku, na niewygodnym
łóżku, przygnieciony do starego, wysłużonego materaca, którego sprężyny
wbijały mu się w plecy, ciałem jakiejś cudownie pięknej diablicy.
Musiała nią być, skoro pochłonął go piekielny żar. Nigdy nie wierzył w piekło, a przynajmniej nie w takie, jakim straszono go za młodu. Przez
ostatnie dekady żył w piekle samotności i zwątpienia; po latach
bezsensownej tułaczki każda wizja piekła zdawała mu się atrakcyjniejsza
niż pusta wegetacja.
Takiej wersji jednak się nie spodziewał.
Diablica ujeżdżała go energicznie, odrzuciwszy do tyłu głowę. Śmiała się
dziko zmysłowym, ochrypłym śmiechem, który przechodził w przeciągłe
jęki, gdy posuwiście pracowała biodrami. Przytrzymywała ozdobioną trupią
główką wojskową czapkę, która spadała jej na oczy, zgniatając burzę
kruczoczarnych loków powiewających przy każdym zamaszystym ruchu, a ruchy te rozlewały się po jego ciele jak kojący balsam, gasząc falami
rozkoszy potworny ból poparzonego ciała.
Jeśli tak właśnie wyglądało piekło, nie miał nic przeciwko spędzeniu w nim wieczności.
Zaczynał jednak tracić świadomość.
Turkusowe oczy z jego wspomnień zamknęły się i nagle jakby całe światło
świata zgasło.
Sen gwałtownie się urwał, jak przepalona filmowa klisza, i zapadła
całkowita, nieprzenikniona ciemność.
Pieśń słowika
Pieśń słowika
To było piekło.
Świat stał się właśnie tym, przeobraził się w coś gorszego nawet od
piekła, którym straszono go, gdy był małym chłopcem.
Spodziewał się wszystkiego, co zapowiadano: płomieni, demonów,
potępieńczych jęków, jednak to, co zgotowali sobie wzajemnie ludzie,
przechodziło najkoszmarniejsze wyobrażenia.
Przetrwali rewolucję lutową i październikową, uciekając w głąb kraju,
ale na to, co działo się wokół nich, nie mógł już dłużej patrzeć, nie
mógł słuchać niemilknącego łoskotu i kanonady pocisków. Miał dosyć
ukradkowego dobijania konających z głodu, miał dosyć udawania, że to, co
dzieje się w mieście, jest normą podczas wojny.
Wojna...
Wspólnie przetrwali pierwszą wielką wojnę na kontynencie i miał
wrażenie, że od jej zakończenia minęła zaledwie chwila, a momentami
zdawało mu się nawet, iż w ogóle nie było pomiędzy dwiema wielkimi
wojnami ani dnia pokoju, że świat tonął w salwach dział i huku
wybuchających bomb nieprzerwanie od dziesięcioleci.
Nie odnajdował się w świecie pełnym przemocy, choć przecież sam był jej
narzędziem. Powoli gubił siebie, kawałek po kawałku, gubił gdzieś tę
wrażliwość, która pozwalała mu trwać, która wypełniała noce pięknem,
która sprawiała, że pobłażał swoim zmysłom i egzystował na pograniczu
jawy i snu, wyśnionego dla niego dawno temu przez kogoś innego.
Teraz tego kogoś już przy nim nie było.
Nie potrafiła pomóc mu oswoić się ze zbyt szybko zmieniającym się
agresywnym światem, w którym z trudem odnajdowała miejsce dla samej
siebie. Byli jak dwa zbłąkane zwierzęta, nierozumiejące tego, co działo
się wokół nich, zapędzone w zasadzkę, z której nie potrafiły uciec. I chociaż zdawało się jej, że wciąż go kocha, niemal tak intensywnie, jak
wówczas, gdy zobaczyła go po raz pierwszy, nie potrafiła przekuć tego
wyimaginowanego przecież uczucia na czyny, nie potrafiła zrobić nic, co
pomogłoby im pogodzić się z zastaną rzeczywistością, na którą nie mieli
najmniejszego wpływu.
Przez lata tęskniła i czekała, idealizując go w marzeniach, a gdy w końcu zjawił się w jej progu, czar prysł. Okazał się kapryśny,
humorzasty i arogancki, po kilku latach nie była w stanie znieść jego
towarzystwa, jego wyniosłości, marudzenia, ciągłych narzekań.
Pielęgnowane przez dekady wyobrażenia rozwiały się jak poranna mgła nad
Newą.
Co wieczór patrzyła, jak jego czarna sylwetka znika w unoszącym się nad
ulicą wilgotnym smogu. Stąpał, nie zostawiając śladów na śniegu. Co
wieczór miała nadzieję, że nad ranem już nie wróci, a potem, gdy
pierwsze tchnienie świtu zaczynało rozjaśniać horyzont, z niespokojnie
bijącym sercem wyczekiwała go w oknie.
Wracał jednak, gdyż nie miał dokąd pójść.
Żyli obok siebie, niejako skazani na własne towarzystwo, początkowo
skrycie, a potem już jawnie nim rozczarowani. Nie potrafiła zaleczyć
rany, która ziała w jego sercu, zadana jego własną ręką. Była jak
dziecko, domagające się od niego atencji i opieki, którymi nie mógł i nie chciał jej otoczyć.
Załamała się zupełnie w chwili, w której car i jego rodzina zostali
zamordowani przez bolszewików. Tak bardzo chciała im pomóc, choć
przecież wiedziała, że nic nie może zrobić. Uciekli razem w obawie przed
zdemaskowaniem i odkryciem jej powinowactwa z carską rodziną. Żałowała,
że wszyscy uwierzyli w to kłamstwo, w którym żyła tak długo, aż stało
się prawdą. Pragnęła już tylko zapaść się pod ziemię, zasnąć i nigdy się
nie obudzić, a on nie miał siły ani ochoty na leczenie jej bólu, tak
dogłębnie pogrążony we własnym.
Gdyby wiedział, jak potoczą się losy miasta, nigdy nie wróciłby z nią do
Petersburga. Nie było już Petersburga, miasto stało się Leningradem.
Gubił się wśród politycznych perturbacji, których przez całe swoje życie
starał się unikać. Nie obchodziły go rewolucje, nie obchodziły go
strajki, demonstracje, przewroty i przejęcia władzy. Nie obchodziły go
wojny i oblężenia. To nie był jego świat. Świat muzyki i sztuki, w którym spędził dzieciństwo i młodość, przepadł bezpowrotnie, pożarty
przez maszyny śmierci.
Miał wrażenie, że jeśli pozostanie tutaj, z nią, to zapomni, kim jest,
zapomni, co jest dla niego ważne, kogo tak naprawdę kocha, co trzyma go
przy życiu.
Musiał wrócić do Wiednia.
Ta sama siła, która wchłonęła całą Austrię w trzewia Rzeszy, odcięła
teraz od świata miasto, które było jego domem przez ponad cztery dekady.
Czy istniała jakakolwiek szansa na to, by wydostał się z oblężonego
Leningradu i dotarł do Wiednia przez szarpane wojną kraje, znikające z mapy jeden po drugim? Czy po drodze była jeszcze jakaś Polska, która w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat wykwitła na mapie niby osobliwy
kwiat, uważany przez świat za wymarły? Wizja podróżowania przez te
nieznane mu tereny, wśród ludzi mówiących dziwacznymi językami, z widmem
zostania rozerwanym na strzępy przez minę przeciwpiechotną czy zbłąkaną
serię z karabinu maszynowego, napełniała go zgrozą. Jeszcze większym
przerażeniem przepełniał go jednak sposób, w jaki teraz żyli, w ginącym
z głodu mieście, będącym niegdyś centrum wszechświata.
Musiał wrócić do Wiednia.
Gdyby choć przez chwilę przypuszczał, że świat zmieni się w piekło,
nigdy nie zdecydowałby się na samotną tułaczkę, którą podyktowała mu
duma i jakiś trudny do zdefiniowania impuls, nakazujący wyrwanie się z wyimaginowanej niewoli. Przekonał się bowiem dogłębnie, że ta ucieczka
była największym błędem, jaki kiedykolwiek popełnił. A teraz widział aż
nazbyt wyraźnie, czym jest prawdziwa niewola.
Musiał naprawić ten błąd, musiał wrócić i odszukać swój dom, jeśli ten
jeszcze stał, a w nim odnaleźć miłość swojego życia. Miał jednak gorzkie
przeświadczenie, że być może miłość ta wypaliła się wraz z wojenną
pożogą, jeśli w ogóle jeszcze biło serce, w którym się tliła. W jego
sercu tliła się przez cały czas, a w miarę gdy świat wokół zaczynał
coraz intensywniej płonąć, i w nim na nowo rozgorzał ogień namiętności,
o którym bezskutecznie próbował zapomnieć.
Ucałował na pożegnanie kobietę, która przez ostatnie lata była jego
powiernicą, siostrą, matką i oblubienicą, po czym odszedł w noc
rozświetlaną co chwilę łuną wojennej pożogi, zdecydowany przejść pieszo
przez każdą napotkaną linię frontu, jeśli tylko będzie to konieczne.
Patrzyła za jego ciemną wysoką sylwetką i wiedziała, że tym razem już
nie wróci. Musiała nauczyć się nie tęsknić tylko po to, by w chwilach, w których ich spojrzenia się spotykały, odwracać wzrok.
A on, bez względu na wszystko, musiał dotrzeć do Wiednia.
I. Królowa nocy
I
Królowa nocy
Otworzył oczy.
Niski sufit nad jego głową pokrywała łuszcząca się farba, przypominająca
kępy porostów na korze starego drzewa. Nie sposób było nazwać koloru
ścian pomieszczenia znajdującego się w suterenie, jak się od razu
zorientował. Jedyne okienko, tuż pod sufitem, zasłaniała pokryta
czarnymi plamami pleśni kotarka z wyliniałego aksamitu o równie
nieokreślonej barwie. Wszystko wokół miało jakiś niedefiniowalny odcień
kurzu i woniało rozkładem.
- Och, Sturmbannführer...! - Usłyszał gdzieś spod swojej pachy. - Nie
spodziewałam się pana wizyty, ale doprawdy, spisał się pan... po
oficersku...
Czyj to był głos?
Ból odbierał mu jasność myślenia, miał wrażenie, że ktoś polewa jego
ciało wrzątkiem. Paliła go twarz i dłonie, a śniade ramię spoczywające
na jego piersi odczuwał jak rozpaloną do czerwoności sztabę żelaza.
Uniósł się na łokciach, a na wpół leżące na nim kobiece ciało zsunęło
się na zarzucony jakimiś szmatami, będącymi niegdyś zapewne pościelą,
materac.
- Już idziesz? - Ciało uniosło się jak poderwane oddolnym podmuchem i jego oczom ukazała się diablica ze snu, piękność z burzą kruczoczarnych
loków, wciąż przykrytych opadającą na kocie oczy esesmańską czapką i twarzą upadłej bizantyjskiej Madonny.
Kobieta przeciągnęła się, czapka spadła ze stukotem na podłogę, a nad
jego twarzą zatańczyły krągłe, jędrne piersi. Jej skóra miała piękny
ciepły kolor, właściwy ludziom południa Europy.
Albo Cyganom.
Opadła na niego i poczuł się tak, jakby ktoś żywcem obdzierał go ze
skóry. Z trudem powstrzymał cisnący się do gardła zbolały jęk. Syknąwszy
z bólu, wyswobodził się z usiłujących opleść go ramion i wstał z trudem,
rozglądając się po niewielkim pokoiku.
Dobrze, że nie stracił ostrości wzroku, choć odnosił wrażenie, że ma w oczodołach żarzące się węgle.
Pod oknem stało krzesło i rozklekotany stolik, zarzucony poszczerbionymi
naczyniami, z których resztki jedzenia zdawały się wychodzić o własnych
siłach.
- Przepraszam za bałagan... - Kobieta wygramoliła się z łóżka. - Zazwyczaj
oficerowie zapraszają mnie na kolacje i... śniadania do swoich kwater, ale
pan, majorze, pojawił się tak nagle tuż przy moim... eee... apartamencie,
zdawał się pan taki zagubiony...
- Przestań - odrzekł cicho, podchodząc do stojącej w kącie szafy.
Do uchylonego skrzydła drzwi było przymocowane pęknięte lustro i poczuł
zalewającą go nagle falę paniki na widok swojego odbicia. Ona oczywiście
nie mogła nic dojrzeć w niemal całkowitej ciemności, na swoje szczęście
zresztą.
Nie miał już twarzy.
W jej miejscu znajdowała się maska spękanej, zwęglonej skóry; rana
zbiegała w dół na kształt trójkąta, spalony był każdy fragment ciała,
który nad ranem wyłaniał się spod rozchełstanej koszuli. Koszuli nie
miał już na sobie, był całkowicie nagi, z groteskową spaloną maską
zamiast twarzy, z ranami na piersi i dłoniach. Włosy pozostały jednak
nienaruszone: krótkie i sztucznie rozjaśnione. Spod zwęglonych powiek,
których nie był w stanie do końca zamknąć, patrzyły na niego rozszerzone
bólem jasnozielone oczy.
- Mam tu gdzieś świecę... - Kobieta podeszła po omacku do stolika i błądziła po nim dłońmi w poszukiwaniu ogarka. Dostrzegł go i dyskretnie
odsunął poza jej zasięg.
- Nie zapalaj - rzekł, a jego głos wydał mu się zgrzytem gwoździa po
blasze. - Bolą mnie oczy.
- Jak chcesz, majo...
- Nie nazywaj mnie tak! - Dotknął swojej twarzy, obserwując jednocześnie
odbicie kobiety w lustrze. Ubierała się zręcznie w jakąś niedorzeczną
suknię, połyskującą w ciemności garniturem tanich cekinów, pełnym
ubytków.
- A jak mam pana nazywać? Nie powiedział mi pan, jak ma na imię.
- Arapaggio - odrzekł bezwiednie, zanim ugryzł się w język. To nie było
imię odpowiednie dla esesmańskiego oficera. Jak się teraz nazywał?
Schmidt? Salzmeier? Ach, tak, von Meurer... Było jednak za późno na
kłamstwo.
- Arapaggio? Jesteś Włochem? Wyglądasz na Niemca. Jesteś taki na wskroś...
aryjski - szepnęła, a jej głos nabrał chropawej, uwodzicielskiej
zmysłowości.
Znał ten typ dziwek.
Prosperowały, obsługując oficerów wysokich rangą, podkładały się
mordercom, jakby byli najzwyklejszymi w świecie klientami. Wzięła go za
takiego właśnie oficera. A za kogo niby miała wziąć? Przecież jeszcze
kilka godzin wcześniej miał na sobie mundur, a w kieszeni dokumenty
potwierdzające stopień wojskowy i tożsamość.
Poczuł do niej nić sympatii, niewystarczającą jednak, aby ocalić ją od
śmierci z jego ręki. Im prędzej się jej pozbędzie, tym lepiej.
- Posłuchaj mnie... - rzekł cicho, manipulując niepewnie przy swojej
twarzy, nie bardzo zdecydowany, czy dotykać jej, czy nie. Skóra
łuszczyła się płatami przypominającymi farbę na suficie. - Jak się tu
znalazłem? - szepnął, zdzierając jej fragment z policzka.
Odetchnął z ulgą, odkrywszy pod spodem blade, delikatne ciało, pulsujące
pod jego palcami. Odrzucał martwe tkanki na podłogę, w końcu temu
zapyziałemu pomieszczeniu nic już nie mogło bardziej zaszkodzić.
Zdecydowany był za kilka chwil puścić tę ruderę oraz jej mieszkankę z dymem.
- Znalazłam pana na balkonie, tuż przed świtem. Zdaje się, że za dużo
pan wypił... Wracałam z hotelu, tu niedaleko, za rogiem. Założę się, że
balowałam z pana przełożonymi! - Zaśmiała się, a ten dźwięk spłynął
dreszczem po jego kręgosłupie. Nie musiała nic robić, żeby doprowadzać
jego zmysły do szaleństwa, nawet teraz, gdy był w tak opłakanym stanie.
Miał ochotę posiąść ją raz jeszcze, zanim pozbawi ją życia i podpali tę
melinę.
Teraz już nie miał wątpliwości, że jej dzika jazda na jego ciele była
retrospekcją, a nie snem.
- Masz jakieś imię? - zapytał, złuszczając skórę z dłoni, jakby
zdejmował rękawiczki.
- Józefina - odparła, unosząc kształtną nogę i oblekając ją w pocerowaną
pończochę. Bez trudu ubierała się po ciemku, jak to dziwka.
- Józefina... - mruknął, schylając się po koszulę. Gdzieś w pobliżu łóżka
walały się bryczesy i kurtka od munduru.
No tak, stał się majorem. Tak na wszelki wypadek.
Długo szukał wystarczająco podobnego do siebie oficera. Przywłaszczył
sobie jego mundur, dokumenty, tożsamość. Przywłaszczył sobie jego życie,
dosłownie i w przenośni. Zaprzyjaźnione dziwki obcięły i rozjaśniły mu
włosy, tak że podobieństwo stało się uderzające. I choć nigdy nie musiał
faktycznie odgrywać przed ludźmi zamordowanego esesmana, czuł się
bezpieczny i anonimowy, przemykając w ciemności odziany w mundur
zwycięzcy.
Nie był zwolennikiem nazistowskiej ideologii, nie był zwolennikiem
żadnej ideologii. Faszyzm odrzucał go, a pompatyczna oprawa wojny
napawała wstrętem. Eksterminacja całych nacji była złem, którego nawet
jego wielowiekowy umysł nie potrafił zrozumieć i usprawiedliwić, a przecież pamiętał czasy inkwizycji. Krematoryjny dym do złudzenia
przypominał swąd stosów.
Ten konflikt zbrojny musiał się jednak wkrótce skończyć, jak wszystkie
poprzednie, których był świadkiem. Nauczyły go one jednego - zawsze
stawać po stronie, na którą przechylała się szala zwycięstwa. A w danym
momencie wszystko wskazywało na to, iż to właśnie Niemcy wygrają tę
wojnę.
Józefina uniosła się z barłogu, odziana w suknię, której czasy
świetności dawno już minęły, i ponownie podeszła do stolika w poszukiwaniu świecy. Tym razem jej tego nie utrudniał, bo odzyskał już
twarz. I choć zregenerowane pod poparzeniami ciało bolało tak, że
zaciskał szczęki, wyglądał całkiem normalnie.
Schylił się po spodnie i naciągnął je, zanim zapaliła świecę. Wsunął
nogi w oficerki, myśląc, jak bardzo spodobałyby się Lotharowi.
Postanowił mu je sprezentować, gdy zakończy już te idiotyczne
przebieranki, gdy zakończy się ta idiotyczna wojna. Jego przyjaciel z pewnością uznałby tę maskaradę za szalenie zabawną.
- Majorze Arapaggio... - szepnęła kobieta, unosząc ze stołu nóż i ukrywając go za podwiązką.
Była odważna, to trzeba jej było przyznać. Potem zapaliła świecę,
pocierając zapałką o ścianę.
Czuł jej zdenerwowanie, gdy obserwowała, jak zakłada koszulę; niby od
niechcenia szczotkowała włosy, nie spuszczając z niego wzroku. Jej dłoń
drżała nieznacznie. Z pewnością przeszukała jego kieszenie i znalazła
dokumenty, w których widniało nazwisko Friedrich von Meurer. Stała się
czujna, odkrywając, że kłamał.
- Majorze Arapaggio... - powtórzył po niej, sięgając po kurtkę. Miał
nadzieję, że nie znalazła ukrytego w sekretnej kieszeni sztyletu. -
Brzmi idiotycznie, prawda? - Wsunął rękę do rękawa. - Nie jestem żadnym
majorem. Zabiłem tego drania, po czym ukradłem jego mundur i papiery. -
Skoro i tak zamierzał ją zabić, równie dobrze mógł powiedzieć jej
prawdę. Czuł, jak powietrze gęstnieje od napięcia między nimi. -
Nienawidzę esesmanów... - Zniżył głos do szeptu.
Poczuł w ustach posmak krwi Friedricha von Meurera, jego ostatnie
tchnienie smakowało jak doprawione pieprzem.
- A ty podkładasz się im z taką swobodą... - dokończył, postępując krok do
przodu.
Stężała, odkładając szczotkę i błyskawicznie sięgając pod sukienkę.
Uchwycił bez trudu jej nadgarstek, gdy zręcznie zamierzyła się do
zadania ciosu. Gdyby był Friedrichem von Meurerem, pewnie udałoby jej
się wbić ostrze w jego szyję. Doskonale wiedziała, co robi, działała z zaskoczenia, z pewnością już zabijała w ten sposób.
Ale nie tym razem.
- Wyglądasz na Cygankę... - szepnął, przygniatając jej ciało do swojej
twardej piersi. Sapnęła, tracąc oddech i upuściła nóż, który z głuchym
brzękiem upadł na brudną drewnianą podłogę. - Nie brzydzą się kłaść na
tobie? Według nich jesteś istotą niższą.
- A ty się nie brzydziłeś, Aryjczyku? - wydusiła z siebie, mrużąc oczy.
- Wolę dawać im dupy, niż dać się zabić, jak reszta mojej rodziny! -
syknęła, po czym plunęła mu w twarz.
Była tak niedorzecznie odważna, nawet w obliczu śmierci!
- Nawet nie wiesz, co zrobiłaś, sprowadzając mnie z tego balkonu... -
szepnął, schylając się i podnosząc nóż, wciąż nie wypuszczając jej z uścisku. Patrzyła na niego rozszerzonymi strachem i wolą życia oczyma.
Były piękne, ciemne, w kształcie migdałów. Włożył nóż do jej dłoni. -
Chciałem się zabić, Józefino... - rzekł, odchylając głowę do tyłu, a gdy
błyskawicznym ruchem uniosła rękę i zagłębiła ostrze w jego szyi,
dokończył, choć miał przecież paść martwy: - Zmieniłem jednak zdanie...
Pieśń słowika
Pieśń słowika
Nie było przecież możliwe, by dojrzał jego oczy z tak dużej odległości.
A przecież patrzył w nie, gdy połyskiwały w ciemności loży, jak
podświetlone szmaragdy.
Nigdy wcześniej nie widział tak intensywnie zielonych oczu. Nigdy nie
widział takiego ognia w niczyim spojrzeniu.
Przechadzał się po scenie, usiłując nie okazać zniecierpliwienia w oczekiwaniu na swoją arię. Orkiestra starała się, jak mogła, ale
przecież nikt nie przychodził do opery po to, aby słuchać orkiestry.
Liczyły się tylko solowe głosy.
Odczuwał każdy centymetr swego ciała intensywniej niż zazwyczaj.
Fiszbiny gorsetu oplatały talię jak sztywne, chłodne palce, utrzymując
go w niepokojącym uścisku, jednocześnie odbierającym oddech i przydającym mu mocy. Przyzwyczaił się, w końcu nie pierwszy raz miał na
sobie ciężką, niewygodną suknię. Na scenie trzeba było zarówno
olśniewająco wyglądać, jak i nieskazitelnie brzmieć.
Lakierowana skóra trzewików wbijała się w jego stopy, a piana koronki
łaskotała ramiona przy każdym ruchu. Czuł ciężar sznurów pereł w misternie utrefionych włosach, ciężar warstw bielizny i sutych spódnic.
Lepkość czernidła na powiekach była drażniąca, podobnie jak dym lamp na
rampie. Puder zdawał się pokrywać jego twarz grubą, nieelastyczną
skorupą, odczuwał to tak, jakby miał na twarzy szczelnie przylegającą
maskę.
To idealne przebranie uczyniło z niego kobietę, choć przecież pod
warstwami makijażu i suknią wcale nią nie był.
To wszystko było tylko złudzeniem, teatralną sztuczką, mającą przekonać
publiczność o tym, że stojący przed nimi sopranista stał się na potrzeby
przedstawienia płochą Julią, która za chwilę zacznie wyśpiewywać arię o swej nieszczęśliwej miłości. Przez te kilka godzin oni wszyscy w to
wierzyli. On również w to wierzył.
Publika była o tym przekonana, ludzie wstrzymywali oddechy, czekając, aż
to przecudnej urody dziewczę otworzy usta i rozpocznie swą tęskną pieśń.
Mężczyźni pochylali się na krzesłach, porzucając niedojedzone kolacje i karty, kobiety zaś wstrzymywały ruchy wachlarzy lub wręcz przeciwnie,
zaczynały szaleńczo nimi machać. Sala zamarła w oczekiwaniu, bojąc się,
czy głos tej nieziemsko pięknej istoty zdoła dorównać jej urodzie. A trzeba przyznać, że garderobiane wyjątkowo się postarały, w końcu to
była premiera.
Nie obchodziło go, co ci wszyscy ludzie sobie pomyślą. Był pewien
zarówno swej urody, jak i trenowanego od lat głosu. Nastał wieczór jego
debiutu i zamierzał uczynić go wieczorem swego triumfu.
Jednak w chwili, gdy dojrzał te oczy wysoko ponad rzędami krzeseł,
wszystko inne straciło znaczenie. Miał wrażenie, że tłum ludzi pokrytych
krzykliwym makijażem i nie zawsze prawdziwymi klejnotami, odzianych w niedorzeczne peruki, zlanych duszącymi pachnidłami, mającymi ukryć odór
niedomytych ciał, rozpłynął się wraz z dymem świateł rampy.
Zdawało mu się, że chłonie to spojrzenie przez całą wieczność, a przecież trwało zaledwie ułamek sekundy, nim maestro uniósł rękę, po
czym zaintonował na klawesynie pierwsze takty arii.
Zamknął oczy i uderzył w pierwszy dźwięk z mocą, która zdziwiła nawet
jego samego. Krystaliczny głos uniósł się pod sklepienie i zdawało się,
że nie tylko publika, ale i ściany jęknęły z rozkoszy, słysząc go.
On jednak śpiewał tylko do właściciela tych szmaragdowych oczu w loży.
Nagle nie było ważne to, czy opera odniesie sukces, czy ten występ
rozpocznie jego spektakularną karierę, o której marzył od dekady, dla
której poświęcono jego nienarodzone dzieci i okaleczono jego ciało.
Liczyło się tylko to, by właściciel tych oczu zrozumiał, że tego
wieczoru śpiewa tylko dla niego i każdy banał przesłodzonego tekstu
staje się w jego pieśni najszczerszą prawdą, wyznaniem płynącym z głębi
serca. Nagle te wszystkie zapewnienia o dozgonnej miłości stały się
prawdziwe. I nie liczyło się to, że Julia za moment umrze.
Spektakl nabierał rozpędu.
Zwolennicy Canarella, primo uomo, odtwórcy głównej męskiej roli,
daremnie próbowali zagłuszać jego arie. Nie miał zamiaru pozwolić
przepędzić się ze sceny byle klakierom; wściekłość przydawała jego
anielskiemu głosowi nowej zmysłowości, która sprawiła, że w połowie
drugiego aktu wszelkie krzyki i gwizdy ucichły, a cała sala zgodnie
pochlipywała ze wzruszenia nad tragicznym losem kochanków.
Triumfował, choć daleko jeszcze było do końca.
Wciąż zerkał w stronę loży po lewej stronie i gdy pod koniec spektaklu
nie dojrzał w niej wpatrzonych w siebie zielonych oczu, poczuł pod
żebrami ukłucie paniki. Gorset zaczął go dusić i ledwie zdołał dokończyć
ostatnią arię, na szczęście najwymyślniejszą wokalną ekwilibrystykę miał
już za sobą. Krew odpłynęła mu z twarzy, gdy się kłaniał i miał
wrażenie, że za moment zemdleje.
Gdy kurtyna opadła, tłum muzyków i chórzystów rzucił się ku niemu. Nie
słyszał ich głosów, był półprzytomny ze zmęczenia i pobladły z wysiłku.
Brakowało mu tchu. Poklepywały i głaskały go jakieś dłonie, całowały
jakieś usta, tłum ludzi zdawał się podawać go sobie z rąk do rąk, aż w końcu wśród wiwatów i pełnych euforii pokrzykiwań dotransportowano go do
garderoby, gdzie usłużne ręce krawcowych i perukarek wyłuskały go z sukni i gorsetu, wyplątały perły z jego włosów i pomogły zmyć z twarzy
grubą warstwę makijażu.
Gdy został sam, nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać.
Przez ponad dekadę czekał na ten wieczór, a teraz nie potrafił napawać
się swoim niewątpliwym triumfem. Myślał tylko o tym, że wśród
przetaczającego się za kulisami tłumu nie było właściciela szmaragdowych
oczu, które rzuciły na niego urok podczas przedstawienia. Właśnie
spełniały się jego okupione krwią, potem i katorżniczą pracą marzenia, a on nie potrafił się tym cieszyć.
Narzucił na siebie koszulę i nowy, błękitny surdut, który kilka dni
wcześniej dostał od maestra Fioriego, uczącego młodszych chłopców, po
czym opadł na krzesło przed toaletką, chcąc jeszcze przez chwilę
odpocząć w ciszy, bez nachalnej obecności innych muzyków.
Bez lepkich spojrzeń Fioriego.
Choć to nie jego kompozycję dziś wystawiano, był na widowni. Nikt nie
chciał przegapić debiutu wschodzącej gwiazdy konserwatorium. O przedstawieniu już od kilku tygodni huczało w całym Neapolu.
Fiori był niezmiernie zdolnym wenecjaninem, który pojawił się w konserwatorium dwa lata wcześniej, nie miał jednak szans przebicia się,
póki żył stary grzyb Montini. I mimo tego, że utwory młodego kompozytora
były o wiele bardziej finezyjne niż banalne melodyjki starucha, Fiori
musiał cierpliwie czekać na jego ustąpienie. Albo zgon. Tak to już się
odbywało. Muzyczny światek rządził się mnóstwem niepisanych zasad, które
każdy aspirujący muzyk musiał jak najszybciej przyswoić.
Nie miał ochoty nikogo widzieć.
Uniósł wzrok i spojrzał na własne odbicie: blada, pokryta resztkami
pudru twarz, wilgotne, lepiące się do czoła włosy. Tylko w jego
ogromnych turkusowych oczach płonął ogień, taki sam, jaki dostrzegł w oczach tajemniczego mężczyzny w loży.
Otworzył drzwi i z przyklejonym do ust sztucznym uśmiechem podążył razem
z Montinim i kilkoma najbardziej zasłużonymi muzykami do garderoby
Canarella, primo uomo, aby mu pogratulować, choć wiedział przecież, że
był od niego lepszy. To jednak Canarello był gwiazdą, to jego nazwisko
wydrukowano największymi literami na afiszach i to on miał zgarnąć
większość pochwał i oklasków. Zamierzali udać się na przyjęcie do domu
jego mecenasa.
Nie miał na to najmniejszej ochoty.
W owych czasach posiadanie kochanka czy kochanki było niemal
obligatoryjne. Posiadanie kochanka czy kochanki tej samej płci stało się
modne. Jednakże to utrzymywanie kastrata sprawiało, że jego mecenas,
będący zwykle znudzonym zmysłowymi przyjemnościami starzejącym się
arystokratą, urastał w oczach społeczeństwa do prawie tak ważnej roli,
jaką podejmował na scenie jego podopieczny. Nie było istotne, czy miał
rodzinę, dzieci, czy może był duchownym.
Kastraci, mimo tego, że wykluczeni z małżeństwa przez Kościół, byli
jednocześnie postrzegani przez niego jako aniołowie, uświetniający
swoimi głosami msze w większości nie tylko włoskich świątyń. I tak samo
jak aniołowie tracili swoją cielesność, tracili swoją płciowość. Jako
istoty bezpłciowe pozostawali więc poza wszelkim cielesnym grzechem, a co za tym idzie, obcowanie z nimi nie piętnowało nikogo, nawet
duchownych, mających jakoby żyć w celibacie. Biblia wspominała wprawdzie
o zakazie spółkowania z mężczyznami, nic jednakże nie mówiła o istotach
pozostających poza jasną przynależnością do jednej lub drugiej płci.
Nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiał, choć podświadomie wiedział,
że i on wpadnie w końcu w ręce któregoś z tych lubujących się w wynaturzeniach "protektorów". Miał tylko nadzieję, że nie będzie to
stary biskup Pioggio, rozpaczający po niedawnym wyjeździe swojego
ostatniego pupila na koncerty na północ kraju. Montini niejednokrotnie
wspominał o tym, że należałoby złożyć mu wizytę, jednak on puszczał te
sugestie mimo uszu. Chciał sam osiągnąć sukces, ciężką pracą i talentem,
a nie pieniędzmi i koneksjami jakiegoś sprośnego starucha, w zamian
roszczącego sobie prawo do jego wdzięków. Sama myśl o tym, że mógłby
wylądować w łóżku takiego mecenasa, napawała go wstrętem.
Obawiał się, że pierwsze licytacje mogą rozpocząć się właśnie dzisiaj,
podczas przyjęcia, na które za moment mieli się udać. Wieczór był
ciepły, a bal odbywał się niedaleko opery, więc przeszli głośną,
hałaśliwą kawalkadą z gmachu teatru do pobliskiej willi mecenasa.
Canarello, odziany w brokatowy surdut, z niedorzecznie wielką peruką
zatkniętą na głowie, kroczył przodem i puszył się niby paw, machając do
zaczepiających go ludzi, wylewających się spomiędzy kolumienek
podpierających portyk przed wejściem. Trzeba było przyznać, że śpiewak
wciąż wyglądał imponująco, choć zaczynał się już zaokrąglać. Natura
obchodziła się z kastratami wyjątkowo okrutnie: najpierw wyrastali
wysocy i chudzi, by po kilku latach nabierać iście matronowych
krągłości.
Na szczęście on był jeszcze bardzo młody, a jego ciało nie zdążyło
rozwinąć nienaturalnych proporcji. Owszem, miał wyjątkowo długie
kończyny, pajęcze dłonie i rozrośniętą od nieustannego śpiewu klatkę
piersiową, ale nauczył się poruszać i gestykulować w ten sposób, by
uczynić z tych cech atuty.
Teraz też, idąc wśród tłumu rozentuzjazmowanych muzyków, starał się
stawiać nie za długie kroki i nie poruszać zbyt zamaszyście rękami. Na
szczęście nikt nie zwracał na niego zbytniej uwagi, ale przeczuwał, że
to się zmieni, gdy ludzie zorientują się, iż to właśnie on skrywał się
pod suknią i makijażem Julii.
Ledwie trzymał się na nogach, był zmęczony i głodny. Zamierzał pokręcić
się wśród gości, napić wybornego wina, z zamiłowania do jakiego znany
był mecenas Canarella, i wymknąć się do konserwatorium, zanim
komukolwiek przyjdzie do głowy wystawić go na licytację rozochoconym
arystokratom.
Wszystko wokół zdawało mu się snem.
Stał sztywno u boku napuszonego jak paw Canarella i z trudnym do ukrycia
obrzydzeniem przyglądał się, jak jego opiekun pieje z zachwytu nad
talentem swego wybitnego podopiecznego. Śpiewak tymczasem wdzięczył się
jak tresowana małpa. Cóż za farsa!
On sam kłaniał się i odpowiadał na pozdrowienia i pochwały, ale miał
wrażenie, że ktoś inny robi to za niego. Nieustannie rozglądał się w poszukiwaniu szmaragdowych oczu i pogrążał w coraz czarniejszej
rozpaczy, gdy godziny mijały, lecz wciąż ich nie dostrzegł.
Ten mężczyzna musiał być kimś przyjezdnym, kto odwiedził Neapol w sezonie operowym. Nie było przecież możliwe, by wcześniej przegapił
kogoś takiego. Z drugiej jednak strony dzisiejsze przyjęcie było w zasadzie jego debiutem w towarzystwie, dopiero miał zacząć się w nim
udzielać, o ile Montini w ogóle zamierzał zezwolić mu na takie rozrywki.
Znając starucha, mógł z całą pewnością stwierdzić, że nie zamierzał.
Musiał więc poużywać sobie tego wieczoru, ile tylko się da, choć tak
naprawdę wcale nie był w humorze do świętowania. Na szczęście Canarello
nie pozwolił na to, by ktokolwiek zapomniał, kto jest gwiazdą spektaklu
i goście szybko stracili zainteresowanie młodym odtwórcą roli Julii. On
sam nie zamierzał im się narzucać.
Po dwóch godzinach był już kompletnie pijany i gdy zegar wybił drugą,
zaczepił jakiegoś lokaja i zażądał odprowadzenia się do tylnego wyjścia.
Chciał wymknąć się niezauważony i wrócić do konserwatorium, po czym
zaszyć się w swoim pokoju i płakać w poduszkę. Wizja snucia się po
opustoszałych ulicach w poszukiwaniu kolasy wydawała mu się mało
atrakcyjna, biorąc pod uwagę fakt, że ledwo trzymał się na nogach,
wyszedł jednak na tylne schody, eskortowany przez obojętnego, na wpół
śpiącego służącego, i rozejrzał się za powozem.
Ten natychmiast podjechał, jakby woźnica tylko czekał nieopodal na jego
pojawienie się. Może faktycznie wyglądał takich gości, pragnących
wcześniej udać się na spoczynek? Bale zazwyczaj trwały do świtu.
Czarna lakierowana skrzynia wozu zakołysała się na resorach. Drzwiczki
powozu uchyliły się i ze środka wysunęła się biała dłoń, duża i silna,
która sugestywnym gestem zapraszała go do środka. Wahał się tylko przez
moment, choć przecież nie miał pojęcia, do kogo należała. Musiał jednak
wsiąść, po prostu nie był w stanie zwalczyć w sobie tego pragnienia.
Uchwycił wyciągniętą rękę i po chwili wpadł do wnętrza powozu, wprost na
kolana siedzącego w nim mężczyzny.
Gdy spojrzał w jego twarz, śmiejąc się półprzytomnie, zamarł ze
zdumienia. Odczuł niespodziewany i nagły spazm pożądania, który rozlał
się w dole jego brzucha na widok połyskujących w ciemności szmaragdowych
oczu.
To musiał być sen.
Mężczyzna patrzył na niego bez słowa, jego ciało zdawało się wykute z marmuru, siedział nieruchomo niby posąg. Powóz ruszył i szarpnięcie
konia sprawiło, że naparli na siebie jeszcze mocniej. Gorąco rozlało się
po całym ciele młodziutkiego sopranisty.
Miał ochotę od razu rzucić się na tajemniczego mężczyznę, przywrzeć
ustami do jego wąskich, zaciśniętych w nieodgadnionym grymasie warg,
wpleść palce w burzę długich, drobno kręconych loków koloru świeżej
rdzy, otaczających jego twarz niczym piana. Mężczyzna był młody, potężny
i w jakiś niepokojący sposób przystojny. Jego twarz była pełna
kontrastów: miał wyraziste, groźne oczy, szlachetny, nieco orli nos i wymownie uśmiechnięte usta. Widział to wszystko, jakby to oblicze
wyświetliło się pod jego powiekami, w końcu w powozie było kompletnie
ciemno. A może po prostu wyobraził go sobie, może chciał, by tak właśnie
wyglądał?
- Jedziemy do ciebie, panie? - wykrztusił w końcu, zastanawiając się,
jak smakowały jego usta, jakie w dotyku było jego nagie ciało, jak by to
było poczuć tę burzę loków między swoimi udami.
Takie zabawy nie były mu obce. Nie pierwszy raz wsiadł do powozu tylko
po to, by pozwolić wywieźć się do jakiegoś łóżka. Tym razem jednak
chciał, aby był to ostatni raz.
- Nie boisz się tak wozić z obcymi mężczyznami, Uccellino? - Głos jak
pomruk wulkanu wypełnił wnętrze powozu i zdawało się, że za moment je
rozsadzi. Cóż za wspaniały, złowrogi, zniewalający głos... Mężczyzna mówił
w dialekcie neapolitańskim twardo, z obcym akcentem.
- Nie jesteś obcy, panie... - odrzekł śpiewak cicho, sadowiąc się
wygodniej na jego kolanach. Czuł pod pośladkami jego silne uda i... o tak!
Mężczyzna natychmiast zareagował na jego bliskość. - Widziałem cię w loży, w operze... Podobał ci się mój występ?
- Zdradź mi swoje prawdziwe imię, Ptaszyno... - Usta mężczyzny zbliżyły
się do jego twarzy, poczuł ich muśnięcie na swoich. Zakręciło mu się w głowie od dotyku jego warg, były chłodne i gładkie.
- Moje imię...? - wydyszał, wbijając palce w sztywne rude loki. - Nazywaj
mnie, jak chcesz.
- Twoje imię, Uccellino...! - Mężczyzna oplótł go ramionami tak ciasno, aż
zabrakło mu tchu. - Wyjaw mi je!
- Sandro - szepnął w jego usta, czując, że nie zniesie dłużej tych
tortur. Pragnął oddać mu się natychmiast, w tym powozie, na twardym
skórzanym siedzeniu.
- Aleksander... - rozległo się w ciszy, wymruczane zmysłowo.
Włosy zjeżyły się na karku chłopaka, gdy usłyszał swoje imię
wypowiedziane w taki sposób. Skąd pochodził ten mężczyzna? Z pewnością
nie był Włochem! Nikt przedtem tak go nie nazywał, wiedział jednak, że
już nigdy nie przedstawi się ani nie pomyśli o sobie inaczej niż
"Aleksander".
Kiedyś, jeszcze jako mały chłopiec, bawił się na dworze podczas burzy.
Gdy piorun uderzył niebezpiecznie blisko, poczuł, jak wszystkie włoski
jeżą się na jego ciele. To było jedno z najwcześniejszych,
najintensywniejszych wspomnień. Teraz, słysząc swoje imię wypowiedziane
tym głosem, poczuł się dokładnie tak samo.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki