Pismo. Magazyn Opinii 01/2020 - Marcin Wicha, Piotr Polak, Salcia Hałas, Bronka Nowicka

Kup ebooka

10.00 zł
8.29 zł (8,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OPOWIADANIE

Psie niebo

tekst SALCIA HAŁAS Pamięci lekarza weterynarii Artura Ławeckiego oraz zwierząt, które umarły.

Wieje zimnym, mądry panie doktorze od zwierząt. Wieje, bo styczeń. Wieje od trzech dni. To ten rodzaj wiatru, który wprawia w lęk, w drżenie, zwiększa liczbę wypadków drogowych i samobójstw. Cały dzień dzisiaj myślę o panu. Od trzech dni mam niespokojne sny.

Dzisiaj przyśniły mi się szynszyle i węże. Podobne do tych piaskowych, co pan je miał u siebie, w gabinecie, tyle że w tym śnie te węże były ciemniejsze, miedzianobrązowe. I dużo mniejsze, a cienkie jak padalce. Ale może to dlatego, że świeżo wyklute, takie małe były. Żeby się nie rozlazły wszędzie, mieszkały w pustym garnku na psie jedzenie. A ja je uśmierciłam przez pomyłkę. Bo potrzebowałam garnka, żeby suce ugotować. Więc przełożyłam je do rondla z zastygłym sosem pieczeniowym na spodzie. I te węże nażarły się tego sosu i umarły.

Nie wiem, czy to możliwe. Po pierwsze, czy by tak od razu umarły? A po drugie, czy węże dałyby w ogóle radę zjeść sos? Wąż połyka w całości, ale czy zlizuje? Czy tylko sss syczy? Potem przyszedł pies, ale wcale nie zwracał uwagi na te martwe węże, tylko za czymś węszył. Może szukał tego sosu. A na koniec z szafy wyszły szynszyle. Pierwsza oczywiście Szosza, z tą swoją miną a la wojownicza księżniczka.

Po tamtym psie zostały mi kłaki, smycz i blaszana miska. Zostały kłaki, mimo że pies umarł prawie rok temu. Ale sam pan wie, jak to jest. To był owczarek z podszerstkiem. Jak się czesało jesienią albo wiosną, to można było z tej starej sierści, co z psa wyszła, ukleić drugiego psa. Nie da się tego sprzątnąć do końca, bo fruwa, wbija się w dywan, osiada na szafach. Nie mówiąc już o kłakach szylich. Lekkie jak moher, jak puch, do wszystkiego czepliwe. Szyli też już nie ma, szyle też umarły. Będę teraz żyła z tymi wszystkimi kłakami. Do śmierci. Nie wiadomo, które czyje, bo teraz wzięłam jeszcze nowego psa. Kłaczy się tak samo jak stary, bo też jest z podszerstkiem, wygląda trochę jak miniaturowy owczarek niemiecki, tyle że na krótkich łapach, czarny podpalany. Cieszyłam się, że jak czarny, to tych włosów nie będzie tak widać. Czarnych nie widać, ale podszerstek ma szarobiały. No i znowu, kłaki wszędzie.

Ja sobie nawet kupiłam specjalną rolkę odkłaczającą, są takie rolki, w markecie można kupić. Ciągnie się taką rolką po ubraniu i te kłaki się do niej przyczepiają. No, ale co? Odkłaczę się i zanim zdążę wyjść, zakłaczę się z powrotem. Bo przecież te kłaki wprawione w ruch lecą w powietrze i osiadają. W Krakowie raz jak byłam. Z mamą się umówiłam, na kulturalną wycieczkę, kina, teatry, bez psa. Wyciągam z torby rzeczy, świeżo prane, i co widzę? Pies, którego już nie ma, a jest, jakąś swoją częścią. Wszystko zakłaczone. To się odkłaczyłam, idziemy do teatru, w teatrze siadamy, i co? Pies jest z powrotem.

Dobry panie doktorze od zwierząt, strasznie mi pana brakuje, czy pan wie, że nie wykasowałam pana z telefonu? Jakoś nie mogę. Mimo że dwa lata z okładem minęły. Przecież wiem, że nie mogę do pana zadzwonić. Że już mi pan nie pomoże, nie wyleczy żadnego z moich zwierząt. Zdiagnozował pan lamblie u szynszyli po trzech dniach, trzy dni trzeba było czekać tylko dlatego, że tyle trwała analiza szylej kupy. Ja w zakaźnym w Gdyni u ludzkiej doktor czekałam ponad pół roku. Mimo że pierwsze, co powiedziałam, jak przyszłam, to to, że moja szyla ma lamblie i też się mogłam zarazić. Ludzka doktor przez pół roku kierowała mnie na wszelkie badania. Podejrzewała między innymi boreliozę, kocią glistę i jeszcze kazała mi robić badania na stwardnienie rozsiane. Kocią glistę, mimo że nie miałam kota. I dopiero jak zachorowała, i przyszedł inny lekarz, udało mi się wyprosić skierowanie na lamblie. Panu, panie doktorze, takie rzeczy się nie zdarzały.

Bo, pamięta pan, mnie pan też leczył. Zaraz po tym, jak się poznaliśmy, pomógł mi pan na bolesny uraz kostki. W cenie wizyty koszatniczki, czyli prawie za darmo. Za koszatniczkę brał pan dziesięć złotych, a czasami nic. Zapytałam dlaczego, a pan odpowiedział, że takie małe zwierzęta są tanie. Zdarza się, że jak zachorują, to ludzie je wyrzucają. Więc, żeby temu zapobiec. I że odbija pan sobie na psach. Co było nieprawdą, psy też pan leczył tanio. Kiedy się poznaliśmy, kawałek czasu temu, trudno było znaleźć kogoś, kto się zna, kto wie, jak się leczy gryzonie. Zanim trafiłam do pana, byłam raz z koszatniczką u weta, który właśnie wrócił ze szczepienia krów przeciw be-es-e. I jak zobaczył koszatniczkę, to spytał, co to jest. A potem powiedział, że nie wie, czy ma w ogóle taką igłę. A pan umiał wyciąć śwince morskiej torbiel z jajnika, a szczurowi guza mózgu. Pierwszy raz byłam u pana z biegunką u szynszyli, w głębokiej rozpaczy, bo szyla została sklasyfikowana jako przypadek beznadziejny. Poprzednia wet powiedziała, że szyla może umrzeć, a jedynym lekiem jest podawanie dużej ilości koli. Kupiłam puszkę i poiłam szylę strzykawką. Była coraz słabsza, a biegunka wciąż trwała.

Namiar na pana znalazłam w internecie. Pisali, że jest pan wet z powołania, z sercem do zwierząt. Przyszłam i powiedziałam: niech pan ratuje, szyla umiera. Pamiętam, jakie oczy pan wtedy zrobił i powiedział, że u tych zwierząt biegunka jest częsta, ale łatwa do zwalczenia nifuroksazydem. I że picie koli pomoże szyli ubiegać się o obywatelstwo amerykańskie, ale biegunki nie wyleczy. Wtedy pana pokochałam.

Mimo że dał pan tylko jeden zastrzyk i wypisał receptę, wizyta trwała ponad pół godziny. Opowiedział pan dokładnie o metabolizmie szyli, a dodatkowo jeszcze o norkach, wiewiórkach i lotopałankach. Zalecił pan zmianę karmy oraz podawanie przez kilka dni rozgniecionego groszku. Żeby uzupełnić błonnik i florę. Powiedział pan też, że gdyby mi się przydarzyło coś takiego jak szynszyli, to sama mogę ten nifuroksazyd zastosować. Tyle że nie muszę potem jeść groszku. Kiedy się przydarzyło, zastosowałam. Pomogło. Za uratowanie życia i opowieści wziął pan dwadzieścia złotych. A kiedy przyszłam do pana z psem, wcale pan sobie na psie nie odbił.

Dobry panie doktorze, ile to już lat? Znaliśmy się przez dwie koszatniczki, dwie szynszyle i prawie całego psa. Suka przeżyła pana o rok. W ludzkich latach rok, w psich siedem. Zaraz jak pan umarł, poważnie zachorowała i rok później też umarła, ale wcale nie na płuca i serce, tylko na coś zupełnie innego. Opowiem panu, to długa historia, ale jest zima, wieczór, do nocy mam czas, a pan ma przecież całą wieczność. Pamięta pan, to był piesek usterka, roku nie było, żeby jej się coś nie przyplątało. Pamięta pan? Zaczęło się, jak miała pół roku. Zima, sikam psem, patrzę i widzę krew na śniegu. Przestraszyłam się i od razu do pana zadzwoniłam. Dopytał pan, czy to nie cieczka, i kazał przyjechać.

Na uesgie wyszły kamienie w pęcherzu. Potem były kolejno międzycieczkowe krwawienia, wchłonięta ciąża, ropomacicze, zapalenie trzustki, cysta na wątrobie. Tak to rok po roku szło. W międzyczasie zmieniał się klimat, przyspieszał świat. Coraz bardziej wiało, coraz mniej padało, umarły koszatniczki. Tylko szynszyle trzymały się dobrze.

W branży zoologicznej dokonywał się szybki postęp, ludzie mieli coraz więcej zwierząt, bo taka moda przyszła, a pan był coraz smutniejszy i coraz bardziej zmęczony. Bo pan naprawdę kochał te mniejsze istnienia. A ludzie, wiadomo, różnie. Brali, a potem nie leczyli albo w chorobie porzucali. Już pan nie opowiadał ze światłem w oczach o zwyczajach zwierząt. Opowiadał pan, jak z psem przychodzili i mówili: trzeba uśpić, bo się wyjazd zagraniczny trafił i nie ma ani jak zabrać, ani z kim zostawić. Trzeba uśpić, bo stary już i posikuje. Trzeba uśpić, bo czas już na nowego, ten już się nie bawi jak kiedyś, dzieci się nudzą, śmierdzi mu z pyska. Opowiadał pan, jak nie leczyli psa, a jak się pogorszyło, to wyrzucili go, bo śmierdział, wyrzucili go do ogrodu i w tym ogrodzie na zimnie umierał, a robaki żywcem go jadły. I o kocie, co mu rak zjadł całą szczękę, tak że ten kot nie mógł jeść i umierał z głodu. A jak wzywali do uśpienia, to zarzekali się, że to się wszystko dopiero wczoraj stało. Wiele było takich przypadków i opowieści. Nie brzydził się pan zaropiałych, parchatych zwierząt, tylko niegodziwości ludzkiej, a dotykał jej pan dzień po dniu. W międzyczasie powstawały nowe gabinety, co najmniej jeden wet w każdej dzielnicy. Robił się z tego niezły biznes. A pan o zwierzętach wiedział wszystko, ale, bez urazy, w biznesie pan sobie słabo radził. Banner z reklamą panu zarósł ałyczą. A w tej piwnicy, co ją pan wynajmował, śmierdziało, bo wilgoć szła od fundamentów. Pana doświadczenie, pana wiedza w tej sytuacji niewiele znaczyły. I mimo że brał pan też nocne dyżury w klinice, wciąż jeździł pan tym prastarym golfem. No nie, przepraszam, pod koniec kupił pan sobie motor, przepraszam, motocykl.

To był jeden z tych martwych, zastygłych dni, które zostają po świętach Bożego Narodzenia do Nowego Roku. Zadzwoniłam umówić się z psią wątrobą na uesgie. Nie odebrał pan. Oddzwonił pan dopiero za kilka dni, to się wcześniej nie zdarzało. Powiedział pan, że trzeba poczekać, na razie na badanie umówić się nie da, bo ukradli uesgie, włamali się w Boże Narodzenie i wynieśli wszystko. I że może za miesiąc, jak się pan pozbiera, sprzęt jakiś od nowa ogarnie, to pan będzie z powrotem. Był pan dziwnie spokojny. A przecież stracił pan dorobek całego życia. Powiedziałam tylko, że bardzo współczuję, i że poczekam. Zadzwoniłam znowu, za miesiąc. Pan nie odebrał, pomyślałam, że i tak Wielkopolską jadę, to w Gryfa skręcę, zobaczę. Dzień był styczniowy, ciemny i ponury. Mokry śnieg padał, wiatr wiał, czarne gałęzie topoli drapały niebo. Nie chciało się wysiadać z samochodu. Tylko suka się cieszyła, że idziemy. Ona zawsze się cieszyła, jak do pana szła, bo mimo że czasem robił pan rzeczy przykre, zawsze miał pan też dla dzielnych pacjentek pyszne kulki.

Gabinet był zamknięty na głucho, a przed wejściem palił się znicz. Suka zastygła w pół machnięcia ogonem.

Już zrozumiałam, ale jeszcze się łudziłam. Zadzwoniłam do lecznicy, w której brał pan dyżury. Zapytałam. Recepcjonistka zaczęła płakać. Nie ma i nie będzie. Straszny wypadek, doktor rozbił się na motorze. Już po pogrzebie.

Już wcześniej konsekwentnie rozpadał mi się świat. Ale odkąd pan umarł, zaczął rozpadać się jeszcze szybciej. Zaraz po panu zginęła Szosza, ta moja ukochana szynszyla. To też był wypadek, przewróciło się na nią krzesło. A zaraz potem zachorował pies.

Znalazłam nowego weta, trzy ulice dalej, na dzielni, nowo otwarty gabinet, małżeństwo, młodzi, wet i wetka, on leczy psy i koty, a ona wszystko inne, głównie gryzonie, ma specjalizację z dzikich zwierząt i zajęczaków. Tamtego roku trzeba było nieraz i codziennie chodzić, więc ta bliskość topograficzna okazała się błogosławieństwem. Zaczęło się niewinnie, od infekcji dróg oddechowych i kataru. Śmieszne to było, mimo że niehigieniczne, kichała z odrzutem, miotała flupami po całym dywanie.

Nie wiedziałam, że pies może mieć katar. U psa katar się zdarza, powiedział ten nowy wet i zalecił podawać antybiotyk, podskórnie, przez pięć dni. Dobrze, że mnie pan zmusił, żebym się nauczyła robić zastrzyki. To był dopiero początek zastrzyków w tamtym roku. Z każdym dniem robiło się lepiej, a po pięciu dniach suka wyzdrowiała. Miesiąc później, w Wielkanoc, poszłyśmy na spacer, na łąki, było gorąco. Kwiecień i od razu taki upał, z zimowej kurtki na krótki rękawek. Zziajała się jakoś dziwnie, zmęczyła. Może to przez ten upał, myślałam. Ale żeby aż tak? Za piłeczką nie pobiegła. A przecież biegła za piłeczką ZAWSZE.

Dyszała i się kładła. Przestraszyłam się, chciałam do pana zadzwonić. Ale pana już nie było, mądry panie doktorze od zwierząt.

Znikąd pomocy, wszystko dookoła pozamykane. W całodobowej lecznicy na dyżurze technik. Na forum piszą, że to może być babeszjoza. Ten nowy z żoną na wyjeździe, zapytałam esemesem, co robić. Czekać do jutra, jak się nie pogarsza, przyjść z samego rana. Nie pogarszała się, stabilnie źle się czuła. Co robić, dobry panie doktorze, co robić, pytałam pana całą noc. Ten krótki oddech, co to może być? Może coś zżarła na tym spacerze? Może się czymś struła? Ale nie widziałam, żeby coś żarła. Trzy kilometry dalej na tej drodze jest składowisko odpadów. Może stamtąd coś się wydostało? Może przeniknęło do wody? Może się zatrutej wody napiła? Tak przeżyłyśmy do rana. Na drugi dzień rano nowy wet pobrał krew. Wyniki były wieczorem i żadnych odchyleń nie wykazały. Parametry wątrobowe lekko podwyższone, ale u psa w tym wieku, z chorą wątrobą, to norma, jakby była trucizna, to by te parametry poszybowały. Trzeba zrobić więcej badań. Tydzień trwało ustalanie przyczyn, bo trzeba było czekać na rentgen, ekagie i uesgie u specjalisty radiologa. Przez ten tydzień dostawała antybiotyk i furosemid. Była stabilna, ale straciła całą radość życia, wyraźnie cierpiała, cały czas bardzo zmęczona, z trudem łapała oddech. Po badaniach u radiologa wyszedł zespół płucno-sercowy. Wada serca mogła być wcześniej, bezobjawowa, niezdiagnozowana, doszła niewydolność oddechowa, ta wcześniejsza infekcja mogła być początkiem. Spytałam, ile mamy czasu. Od pół roku do półtora najdłużej. Przecież to nie jest stary pies. Ma dopiero dziewięć lat. Te owczarki są długowieczne, piętnaście, szesnaście lat to u nich norma. Cóż, takie rzeczy się zdarzają.

Zaprowadziłam sukę do domu. Sama, w lesie, zawyłam.

Dostała leki, eurespal na rozszerzenie dróg oddechowych i enkorton. Po kilku dniach mimo sterydu zaczęła się pogarszać. Walczyła o każdy oddech, wachlowała brzuchem, od wysiłku zbierała się w tkankach woda, pojawiał się obrzęk, coraz trudniej jej było oddychać. Mechanizm kolisty, powiedziałaby babka Szwajcerowa. W nocy nie spała, bo się dusiła. Ja też nie spałam. Słuchałam, czy oddycha, i pytałam, co robić, mądry panie doktorze, co robić? Panie doktorze, to moja przyjaciółka najlepsza. Nie mogę patrzeć, jak ona się męczy, jak nie może złapać powietrza. Całą noc łazi jak błędna, bo szuka, gdzie więcej tlenu, albo leży na boku i dyszy z otwartymi oczami. A w dzień też nie śpi prawie w ogóle. Co robić, szukać innego weta? Może do psiego kardiologa? No ale ten nowy mówi, że serce wadliwe, ale nienajgorsze, że zasadniczy problem jest gdzie indziej. Mówi, że suka może być mało powietrzna, że po tej infekcji mogły się jej porobić zrosty w płucach. I że prócz podawania sterydu i środków takich jak eurespal nic więcej nie da się zrobić. Pogarszała się z dnia na dzień. W końcu pogorszyła się tak, że nie wstawała, nie miała apetytu, przewracała się przy siusianiu, nie miała siły robić kupy. Dobry panie doktorze, nie ma co czekać, trzeba będzie uśpić, ona się tylko męczy. To moja przyjaciółka, nie mogę jej tego zrobić, leży na kocyku i nie ma siły podnieść łba.

Poszłam znowu do tego nowego i mówię to, co panu teraz, że chcę ją uśpić,bo to nie życie, tylko wegetacja. To go wyrwało, mówi: nadejdzie ten czas, ale jeszcze nie teraz, jeszcze nie dziś. Mam pomysł, jest szansa, że zadziała. Spróbujemy sildenafilu, może ona pójdzie na sildenafil. Tylko niech się pani w aptece nie zdziwi, jak będą na panią patrzeć. Sildenafil to substancja czynna, a lek nazywa się Viagra. No i wtedy jeszcze odezwał się głos, czyli wetka z drugiego pokoju: dodaj jej jeszcze teospireks. Okazuje się, że Viagra, czyli sildenafil, oprócz tego, że powoduje wzwód, to u psów zmniejsza ciśnienie w płucach, w tych najmniejszych, najcieńszych naczyniach i przez to ułatwia oddychanie. Sorry, że ja to tak panu tłumaczę, ale to w weterynarii chyba nowość i nie wiem, czy pan się jeszcze na nią załapał, czy pan już wtedy nie żył. Pani w aptece mówiła, że używa się tego sildenafilu też do leczenia noworodków. Swoją drogą, niech pan to sobie wyobrazi, scena jak z dziwnego filmu w tej aptece. Zaryczana baba z półmartwym psem na rękach prosi o Viagrę.

Dzięki, ogromne dzięki, panie wynalazco Viagry, wielka wdzięczność za niebieskie tabletki, dołączam się do tych, co myśleli, że już nigdy, a mogą z powrotem, pies mi po dwóch ćwiartkach ożył. Po trzech dniach na viagrze z suką było już całkiem dobrze. Z rozpaczy przeszłam do euforii, ale na krótko, bo zaraz przyszła fala upałów. A taki upał, wiadomo, nie pomaga na trudności oddechowe. Co gorsza, w pogodzie mówili, że szybko się to nie skończy, że całe lato ma tak wyglądać, co było przerażające, bo mieliśmy dopiero czerwiec. Bałam się, jak my to z suką do września wytrzymamy. Ja co prawda zdrowa, ale w pracy, na zewnątrz, a ona z tymi swoimi biednymi płucami i sercem. Cały czas miało być około trzydziestu stopni, a miejscami miało dochodzić do trzydziestu pięciu. I to się, niestety, sprawdziło. Ani jednej chmurki, ani jednej kropli deszczu. Tylko straszliwy, czysty błękit. Znowu codziennie podawałam połówkę furosemidu na odwodnienie. Wiadomo, nie za dobrze, sód i potas spada, a to znów niebezpieczne dla serca. Ale nie było wyjścia. Jak nie podawałam, momentalnie napełniała się wodą jak gąbka, i nie mogła oddychać ani chodzić. Nie mówiąc o tym, panie doktorze, że taką nalaną ciężko było nosić, a przecież nie dałaby rady sama wejść na trzecie piętro. To długi pies, nieporęczny, nie da się go dobrze ułożyć, w dodatku nie lubi wysokości, nie współpracuje, jak pijak się przelewa. Upał zaczyna się od rana, o wpół do siódmej, jak wychodzę, jest już gorąco. Zabieram sukę ze sobą i kładę w cieniu pod krzakiem, ale koło południa nigdzie na zewnątrz nie daje się już wytrzymać. W mieszkaniu to samo. Okna zalepiliśmy już w maju srebrzystą folią, ale niewiele to dało, blok niezaizolowany, słońce do wieczora wprost w szyby świeci. Do tego nieduży metraż, a okna tylko z jednej strony i nie ma jak otworzyć na przestrzał. Jak już nie mogłam wytrzymać, otwierałam drzwi na klatkę, żeby był przeciąg, i żyliśmy jak w slamsie. Ale, tak samo jak w slamsie, tu to też mało pomaga.

Dalsza część artykułu dostępna w pełnej wersji

Rzecz gustu

CZYLI REDAKCJA "PISMA" POLECA W STYCZNIU:

1 stycznia 2020

Wszystkie wcielenia jelenia

Stołeczne Państwowe Muzeum Etnograficzne zaprasza na wystawę, której kuratorką jest Olga Drenda. Jeleń na wystawie reprezentowany będzie przez prace artystów nieprofesjonalnych, mieszczańską sztukę użytkową i jej późniejsze ludowe powidoki - figurki, obrazy i makaty, dekoracje ogrodowe i mieszkaniowe, przykłady współczesnego projektowania i ilustracji. Najmłodsza publiczność wejdzie w świat legend i mitów, przeżyje przygodę w zaczarowanym lesie w środku miasta, odkryje klasykę ilustracji, weźmie udział w grach i zabawach. Starsi wyruszą w podróż sentymentalną, na spotkanie ze współczesnymi i klasycznymi przykładami sztuki użytkowej. Wystawa prezentowana jest w przestrzeni Muzeum dla Dzieci. Można ją oglądać do 1 marca.

WIĘCEJ: ethnomuseum.pl

9 stycznia 2020

Nieznany impresjonizm w Poznaniu: Manet, Pissarro i im współcześni

W poznańskim Centrum Kultury Zamek będzie można zobaczyć dwie kolekcje: ze zbiorów Ashmolean Museum w Oksfordzie oraz Muzeum Narodowego w Krakowie. Pierwsza z nich składa się z trzydziestu czterech grafik (akwaforty, litografie, akwatinty, suchoryty) i należy do najbardziej znaczącego archiwum impresjonistów poza Francją - Ashmolean Museum w Oksfordzie. Może się ono poszczycić niezrównaną kolekcją dzieł m.in. Camille'a Pissarro. Druga kolekcja to dziesięć prac nowoczesnej grafiki francuskiej z Muzeum Narodowego w Krakowie, z kolekcji Feliksa Jasieńskiego (1861-1929). Jasieński był miłośnikiem sztuki, muzyki i literatury, podróżnikiem, pisarzem i dziennikarzem, przyjacielem i mecenasem polskich artystów, wreszcie wybitnym kolekcjonerem i największym polskim darczyńcą muzealnym. Wystawa potrwa od 9 stycznia do 29 marca.

WIĘCEJ: ckzamek.pl

10-30 stycznia 2020

Nowy Teatr na Nowy Rok!

W styczniu na deskach warszawskiego Nowego Teatru wystawiane będą spektakle gigantów polskiego teatru, czyli Krystiana Lupy i Krzysztofa Warlikowskiego. Obaj mierzą się z klasykami literatury europejskiej: na początku miesiąca zobaczyć będzie można Proces na podstawie powieści Franza Kafki, koniec zaś należy do fenomenalnych Francuzów, inspirowanych W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta. Te dwa monumentalne wydarzenia to prawdziwa uczta dla oka i duszy!

WIĘCEJ: nowyteatr.org

30 stycznia 2020

Nauka słuchania w Lublinie

Osobisty Wymiar Muzyki to spotkanie o charakterze warsztatu, podczas którego uczestnicy dowiedzą się m.in. czym jest dysonans poznawczy w audio, czyli dlaczego słyszymy więcej, niż możemy usłyszeć, i z jakiego powodu podoba nam się muzyka, która nam się podoba? Nie zabraknie też zagadnienia dotyczącego muzykoterapii oraz analizy tego, co nauka ma wspólnego z muzyką. Uwaga: obowiązują zapisy. Spotkanie odbędzie się 30 stycznia w Próba Cafe.

zdjęcia materiały prasowe

TYMCZASEM // FELIETON

Hotel Beyoncé

W końcu się starzejemy. Zaczynamy robić te wszystkie fajne rzeczy, których mieliśmy nigdy, przenigdy, nie zrobić. Na przykład w tym roku kupiliśmy wakacje w biurze podróży. Nieodpowiedzialne, węglowe wakacje. Wszystko w pakiecie: samolot czarterowy, słomkowe kapelusze, tubki kremu od słońca, który rozlewa się w walizkach. Wakacje, po których można się skarżyć na forach, że światło nie działało, iguany biegały po ścianach, "animacje praktycznie nie istniały, a obsługa nie mówiła po polsku, co jako Polaka zwyczajnie boli".

Hotel był ogromny. Na ścianach wisiały zdjęcia z uroczystego otwarcia. Wyblakli politycy pewnie już odsiedzieli wyroki. Wszystko jeszcze działało, w windzie grała muzyka, kuchnia serwowała posiłki, a przecież czuło się już lekki niepokój. Rdza nadgryzała balustradę. Porosty atakowały tynk. Coś chlupało pod stopami. Coś syczało, skrzeczało, przebiegało z piskiem. Przyroda czuła, że niedługo odzyska swoje terytorium.

Czwartego dnia w jadalni pojawiła się dziewczyna z dredami. Kelner dyskretnie wskazał jej miejsce. Coś wyszeptał. Pomyślałem, że robi uwagi z powodu fryzury.

- One są ze sznurka - powiedziały dzieci, ponieważ dzieci zawsze wiedzą takie rzeczy.

- Ojej, ona ma Instagrama - powiedziały dzieci, ponieważ dzieci zawsze wiedzą takie rzeczy. - Ojej, to jej Instagram. Ojej, siedemnaście milionów followersów!

Już wiedzieliśmy, że nazywają ją brazylijską Beyoncé. W ostatnich latach zarobiła dziesięć milionów dolarów. Spotykała się z piłkarzem Manchesteru United, a podczas koncertów wykonywała zmysłowy taniec bikini, który stał się jej znakiem firmowym. Fani nagrywali własne zmysłowe tańce bikini i publikowali je jako hołd. (Prasa określiła jej pośladki mianem skarbu narodowego).

Wkrótce zamieściła swoje zdjęcie; pozowała nad hotelowym basenem, potem w hotelowym apartamencie.

- Patrz tu! - powiedziały dzieci.

- Tu?

- Nie tu - zgorszyły się dzieci. - Tu. Widzisz?

Pod brazylijską Beyoncé płaszczyła się błękitna poduszka. Rozpoznałem wzór z palmowych liści. W naszym pokoju leżała identyczna.

Poczuliśmy na sobie siedemnaście milionów spojrzeń. Byliśmy po drugiej stronie ekranu dotykowego, wśród piłkarzy Manchesteru United i okładek brazylijskiego wydania magazynu "Glamour".

Ten świat nas potrzebował. Byliśmy teraz kawałkiem puzzla, wypełniaczem, fragmentem tła. Byliśmy statystami niewymienionymi w napisach. Figurkami ze sklepu dla modelarzy (zestaw: księgowy z rodziną). Niezbędnym detalem, którego nie zauważą widzowie. Hołdem dla zawodowej rzetelności scenografa.

Następnego dnia nie zeszła na śniadanie. Kelnerzy zanieśli talerze wprost do jej pokoju. Zaraz pojawiły się zdjęcia.

- Pieczarki! A ty nie chciałaś! Serdelki! Jajko sadzone! Jadłem identyczne!

Ale to był już koniec. Na podjeździe zatrzymał się czarny samochód. Ktoś z ekipy wyniósł bagaże. Najodważniejsza recepcjonistka poprosiła o autograf. Trzasnęły drzwiczki.

- O! - krzyknęło dziecko - Jest nowe zdjęcie.

Brazylijska Beyoncé spoglądała w ocean. "Adeus amigos!" - brzmiał podpis.

- Poznajemy to miejsce - powiedziały dzieci, bo dzieci oglądają za dużo kryminałów. - Widać parasol i tabliczkę "Nie wchodzić na palmy". To musi być koło basenu, po prawej. Drugi, trzeci, nie, czwarty leżak.

Poszliśmy sprawdzić. W błękitnym materiale wciąż jeszcze było widać dołek. Krater po niewielkim meteorycie. Jedyny dowód, że przez chwilę istnieliśmy.

rysunek ARKADIUSZ HAPKA

MARCIN WICHA (ur. 1972), grafik, projektuje okładki, plakaty, znaki graficzne. Pisarz. Nagrodzony Paszportem "Polityki" 2017 w kategorii literatura za Rzeczy, których nie wyrzuciłem.