Pismo. Magazyn Opinii 04/2019 - Ida Linde, Jakub Małecki, Adam Bodnar, Maciej Robert

Kup ebooka

10.00 zł
8.29 zł (8,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OPOWIADANIE

Mama mordercy (fragment)

tekst IDA LINDE przełożyła JUSTYNA CZECHOWSKA

Koszmary mojego chłopca zaczęły się w zwykły dzień. Siedziałam na kanapie, porządkując papiery, a on był w łazience, głos miał jakby zamknięty w puszce, kiedy powiedział: - Stałem na łące pełnej rumianków, ciało miałem miękkie od słońca. - Wstałam z kanapy i spytałam przez zamknięte drzwi łazienki: - Co robiłeś na łące? - Chodziłem sobie, gdy nagle nadleciało wielkie stado. - Co to były za ptaki, kruszynko? - Milczał, a ja, czekając, zdzierałam z drzwi łuszczący się plastik. W końcu się odezwał: - Szukałem schronienia, ale w rumiankach nie dało się ukryć, więc w końcu sroki mnie zadziobały.

Dzień później jadłam kanapki z serem na podwórku pod pracą. Świeciło wątłe słońce. Przyglądałam się gołębiom siedzącym w rzędzie na dachu jak nieczytelne znaki, zbyt daleko. Koleżanka z pracy siedziała obok mnie na niebieskiej ławce, ale żadna z nas nie miała ochoty na rozmowę, to ładne, kiedy dwie osoby pragnące milczeć chcą dzielić się chwilą. W redakcji panował gwar, który narastał w ciągu dnia jak fale, najpierw coraz bardziej, a potem zanikał, zostawiając nieco piany, może wodorostów i poszczerbionych muszelek, a zaraz znów się rozpędzał i rozbijał o plażę.

Następny koszmar opowiedział przy kolacji. Mój chłopiec patrzył na telewizor u sąsiadów, sekundnik na błyszczącym zegarku stukał, a on powiedział: - Mamo, musiałem się zająć pudełkiem z kociętami, maleńkimi, ślepymi. - Spojrzałam na jego dziecięce dłonie i powiedziałam: - Jak miękko. - Nie - odparł - bo je zgubiłem, a kiedy zacząłem szukać, zapomniałem, ile ich było, znalazłem tylko trzy, które włożyłem do pudełka. - I tak dobrze - pocieszyłam go. Przypomniał mi się kotek, którego miałam w dzieciństwie i który uciekł, i ile lat czekałam, aż wróci. - Co zrobiłeś z pudełkiem, kruszynko? - Włożyłem pod łóżko, zapomniałem dać im jeść i pić, więc kocięta zaczęły się kurczyć, zrobiły się szare, kiedy chciałem je podnieść, zostały z nich mysie płody bez futerka.

Bycie samotną urastało do problemu, kiedy mój chłopiec coraz bardziej się ode mnie oddalał. Coraz częściej w mieszkaniu byłam tylko ja, bez niego nadającego kierunek. Nie mogłam też wyjść, zostawałam w domu na wypadek, gdyby wrócił, nie powinien przecież wracać do pustego mieszkania. Nie było nic do roboty, kiedy byłam tylko ja, mogłam oczywiście posprzątać, ale już było czysto, mogłam popracować, przeczytać to, co jest do przeczytania, albo rozwiązać krzyżówkę, ale co to za życie. Nie było nikogo, kto przeszkadzałby mojemu bytowi. Potrzebowałam odgłosu drugiego człowieka, a nie przebywania w grobowej ciszy. Ale nie mogłam też zaprosić nikogo w tym oczekiwaniu, byłby to jakiś rodzaj zdrady, mój chłopiec mógłby się poczuć zastąpiony. Wydawało mi się, że wiedziałam, co oznacza zdrada, co potem okazało się nieprawdą.

Długo czekałam na mojego chłopca, trudno powstrzymać się od zadzwonienia do niego, to ważne, by pozostawić przestrzeń, zaufanie. Nie stawiać mojej potrzeby bliskości ponad jego potrzebę bycia niezależnym. Krążyłam między kanapą, oknem a kuchennymi szafkami. Starałam się nie myśleć o ciele, tylko powtarzać trójkątny wzór na parkiecie. Mogłam napić się wina, żeby trochę się uspokoić, ale chciałam być trzeźwa, jeśli okazałoby się, że coś mu się stało. W końcu mój chłopiec odziedziczył koszmary po mnie, byłam o tym przekonana. Jak w pewien sposób przepełzły do niego przez te wszystkie lata, kiedy co noc spaliśmy obok siebie, maleńkie ciało gorące od snu, które mogło rozłożyć się przy mnie jak krzyż, bez obaw.

W końcu przyszedł do domu, zrzucił buty w przedpokoju, ale starannie odwiesił czapkę z daszkiem na odziedziczony drewniany wieszak. Nie mogłam się powstrzymać, więc krzyknęłam: - Gdzieś ty był? - Odpowiedział rozbawiony: - W lepszych częściach miasta!

Kiedy wszedł do pokoju, dostrzegłam, jak urósł, poza tym pocałował mnie lekko w policzek. Zapach kryształowego, pełnego obietnic wiosennego powietrza. Wziął szklankę wody i zaczął opowiadać, oparty o drzwi do swojego pokoju: - Jestem sam w sklepie spożywczym, regały są niezwykle wysokie, a alejki nieskończone. Szukam cię, wołam cię, mamo, ale ty nie odpowiadasz, myślę, że mnie porzuciłaś. I nagle rozpoznaję twój brązowy płaszcz na końcu alejki, zaczynam biec z wózkiem, bardzo głośno hałasuje, waham się i zwalniam. Kiedy podchodzę bliżej, widzę, że szukasz czegoś w zamrażarce, ale zamierasz, odwracasz się do mnie powoli, twoja twarz jest zasuszona. Policzki zapadnięte, nie masz zębów, oczy są zgaszone. Ale to nie ty, tylko ja tam stoję z opakowaniem mrożonego groszku w dłoni i myślę, że oto umieram przez to, że widzę siebie jako śmierć.

Spojrzałam na jego potargane włosy, zaczątek zarostu w postaci meszku, policzki jeszcze zaróżowione od wiosny na zewnątrz, w najwyższym stopniu żywe. - Musisz się przespać - powiedziałam - jest późno. - Tak, to snu potrzebuję, przecież jestem nastolatkiem - odparł z wykrzywionym uśmiechem i zamknął za sobą drzwi do pokoju.

Ponieważ moje koszmary przeniosły się na chłopca, przestałam śnić. Noce to tylko miniony czas. Po przebudzeniu zabierałam się za to, co przerwałam wieczór wcześniej albo zaczynałam od początku, trudno dostrzec różnicę. Zawsze najpierw firanki, potem lampy i ekspres do kawy. Fajnie, że mój chłopiec zrobił się na tyle duży, żeby też pić kawę. Było to coś, co mogliśmy robić razem na długo po tym, jak skończyliśmy z wyklejankami i zabawą w chowanego. Mieliśmy co dzielić. Więc kiedy przygotowałam dwie filiżanki zamiast jednej, palce tańczyły ze szczęścia, kiedy odmierzały, rozlewały. Błogosławiona chwila przy stole w kuchni, kiedy dmuchając i siorbiąc, rozbudzaliśmy się szczególnym żarem kawy.

W pracy wszystko szło swoim trybem, ludzie mieli o czym gadać. Redakcja poruszała się jak ta maszyneria, którą stanowiła. Myślałam o kolegach z pracy jak o zębatych kołach, większość z nich nosiła zresztą metaliczne kolory. Ołówkowe spódnice i marynarki. Ja jak zwykle miałam na sobie lękliwie gołębiobłękitną sukienkę o za długich rękawach. Szary blezer. Schudłam i cały czas było mi zimno. "Może to znak, że się starzeję - pomyślałam pod prysznicem - że to, co wcześniej ułożyło się jako zapasowy tłuszcz, teraz znikało w zastraszającym tempie". Macica, która nigdy nie była i nie będzie miejscem, które coś nosi. Mojego chłopca nosiłam w sercu i na rękach. Mogło też chodzić o słynny wiek przejściowy, choć nic nie miało przechodzić w coś innego, sądziłam wówczas, że jestem i pozostanę taka sama.

Po pracy koledzy znów wrzeszczeli w pokoju mojego chłopca. I ten niepohamowany chichot. Czasem czułam się wykluczona za coraz częściej zamkniętymi drzwiami, ale tego popołudnia było takie piękne światło. Podczas gdy oni dorastali, ja siekałam kapustę i marchew. Wszystko było na swoim miejscu. Nie mieścili się przy rozkładanym stole, musieli zjeść na podłodze w jego pokoju, ja siedziałam w kuchni, nalałam sobie kieliszek wina i przysłuchiwałam się ich tajemniczym szmerom.

W nocy słyszałam, że mój chłopiec płacze przez sen, zajrzałam do jego pokoju. Leżał w pozycji embrionalnej i skomlał jak jakieś zwierzątko z tym swoim już wydłużonym ciałem. Płacząca żyrafa. Usiadłam na brzegu łóżka i pogłaskałam go po policzku, to już nie brzoskwinia, chropowaty. Głaskałam go dokładnie tam, gdzie rósł, tak że się obudził. Popatrzył na mnie zdziwiony, a potem przyciągnął do siebie moją dłoń i ułożył ją sobie pod policzkiem. Łzy ściekały na zielone prześcieradło. - Wciągało mnie, mamo - powiedział - do środka ziemi, było tam pusto jak w wiecznej przestrzeni, a potem wyleciałem przez szary otwór.

Czując ciężar jego głowy, spytałam: - Nie było siły przyciągania? - Przewiercała mnie absolutna samotność.

Musiałam zamknąć powieki, żeby się nie rozpłakać, kiedy mówił dalej, chciałam je zszyć grubymi nićmi: - To uczucie przecięło mi rdzeń, mamo, a potem płyn wyciekł w wieczność.

Następnego dnia moje utykanie znów się pogorszyło, ledwo wstałam z łóżka, łupało w stopie i promieniowało do karku. Mój chłopiec musiał zaparzyć kawę, podał mi ją na kanapę i się uśmiechnął: - Teraz to ja się tobą opiekuję! - Rozśmieszyło nas to, pomógł mi założyć rajstopy, był tak delikatny, nie wiedziałam, czy wolno mi tak myśleć o moim chłopcu, ale i tak, gdy wiązał mi buty, pomyślałam, że pewnego dnia będzie cudownym kochankiem.

Trudno było z utykaniem dotrzeć do domu, po wyjściu z autobusu przysiadłam na chwilę na ławce. Po chodniku goniły się dwa szczury, poczułam o nie dziwną zazdrość, że były dwa, aż się musiałam roześmiać z własnej samotności. Być zazdrosną o szczury, kiedy w domu mam mojego chłopca. To nowe budownictwo wygnało je z podziemia, nikt nie wiedział, że pod dawnym terenem wojskowym, gdzie miały powstać nowe wieżowce, były kloaki, że niezlęknione i tłuste szczury będą ganiać między podwórkami. Zaczęłam powoli iść, minęłam plac zabaw, gdzie zdjęto huśtawki, a reszta wyglądała jak szkielet, iść do tego, co uciułałam, by stworzyć własny świat.

Mój chłopiec znów płakał w nocy, a ja siedziałam na brzegu łóżka. Leżał przyciśnięty do ściany, przyglądałam się jego plecom, wszystkim maleńkim mięśniom przylegającym do kręgów i łopatek. Potrząsnęłam nim lekko, żeby wybudził się z płaczu: - Co ci się śniło, kruszynko? - Odpowiedział z twarzą w poduszce: - Siedziałem w samolocie, który się rozbił. - To straszne - odparłam. - Spadaliśmy powoli, miękko i cicho osuwaliśmy się przez powietrze, a potem przez morze. - Nie próbowałeś się stamtąd wydostać? - Próbowałem, gdy samolot ułożył się już na dnie morza, uwolniłem się z ciała i dałem się porwać prądom, ale wtedy zobaczyłem własną twarz w środku samolotu, miała przerażoną minę.

Gdy mój chłopiec znów usnął, siedziałam u niego, licząc jego oddechy do stu. Słyszałam, jak sąsiad spuszcza wodę. Człowiekowi się wydaje, że jako jedyny nie śpi, a wtedy zawsze jest ktoś jeszcze. Tam po drugiej stronie. Ostrożnie położyłam rękę na ścianie, żeby niezauważenie pogłaskać to człapiące ciało. Po jakimś czasie słychać było wodę, sąsiad brał tuż obok prysznic, woda mogła się polać przez ścianę, na mnie, mogłam siedzieć w morzu, utonąć. Z kuchni zobaczyłam, że ktoś jeszcze nie śpi w bloku naprzeciwko, kobieta siedziała przy stole w kuchni wpatrzona prosto przed siebie, ręce złożone, może pracowała do późna i właśnie wróciła do domu, zastanawiała się nad życiem, którym żyje. Wstała, otworzyła okno i zapaliła papierosa. Powoli wydmuchiwała dym w opustoszały wieczór.

Czas mijał mi i mojemu chłopcu jak wszystkim innym. Dalej pracowałam, w niektóre dni z łatwością, w inne z chandrą. Kiedy ktoś pytał, co słychać, zganiałam przeważnie na pogodę, bo trudno było znaleźć dokładniejsze słowa na to, co się działo. Na życie. Czasem w piątki wieczorem wychodziłam na miasto ze znajomymi z pracy, ponieważ mój chłopiec i tak był z kolegami. Zjadaliśmy kolację w restauracji przy tej samej ulicy, przy której pracujemy, tak by cień wielkiej redakcji nadal nas łączył. Bo tak naprawdę nic innego nie kryło się za tym, że to właśnie my piliśmy tam razem wino. Każdy z nas mógł wstać, wyjść i nigdy nie wrócić, po miesiącu czy dwóch nawet byśmy nie pamiętali, że śmialiśmy się z tych samych żartów i czule musnęliśmy się dłońmi, zanim, zataczając się, ruszyliśmy przez noc w kierunku domów. W autobusie wzruszyłam się tym, że ludzie tak się postarali. Naszyjnik, woda po goleniu. Jak wszyscy stali przez moment przed lustrem i próbowali dostrzec w sobie możliwe piękno. Ja miałam szminkę, krwawiące usta, to jej używałam wśród ludzi jako ochronę i zaproszenie. Wszystko było i miało nadal być podwójne.

Kiedy wróciłam do domu po jednym z tych piątkowych wieczorów, mój chłopiec nie był w swoim pokoju, ale siedział przy stole, gapiąc się przed siebie. Nie zareagował, że wróciłam, więc usiadłam naprzeciwko, żeby wmusić się w jego spojrzenie, ale on dalej patrzył jakby obok mnie. Spytałam: - Coś się stało? - Mamo, jesteśmy w sklepie, a ty coś ukradłaś. - Co ukradłam? - Może tampony, nieważne, kiedy wychodzimy ze sklepu, widzę, że ubrana na biało ekspedientka nas śledzi. Ty idziesz dalej, ale ja skręcam, żeby się schować w jakiejś komórce, ale ekspedientka nie śledzi już ciebie, tylko otwiera moją kryjówkę. - Co się wtedy dzieje, kruszynko? - Duszę ją.

Instynktownie chwyciłam się za szyję, mój chłopiec to zobaczył. Teraz wbił we mnie wzrok, ale zabrakło mi słów. Przestałam mieć wrażenie, że to moje mieszkanie, to teraz obca przestrzeń, nie mogłam nawet sięgnąć po szklankę. Nalać sobie czegoś. Pójść do łazienki. Byłam przykuta do krzesła, którego poduszki nigdy nie wymieniłam. - Nic nie powiesz? - spytał. Rękę miałam nadal na szyi, a język przyciśnięty do suchego podniebienia. - Nie - odparłam - nic nie powiem. - Parsknął, po czym wstał tak szybko, że przewrócił krzesło i poszedł do pokoju. Siedziałam w miejscu, marzyłam, żeby móc się kontrolować, żeby móc się poruszyć, ale nie opuszczał mnie strach przed jego palcami wokół mojej szyi. Kiedy w końcu udało mi się wstać, podniosłam jego krzesło i spostrzegłam, że w oparciu jest małe pęknięcie, jeśli drewno by żyło, wypłynęłaby ciecz.

Tej nocy bałam się usnąć. Mój chłopiec nie wychodził już do mnie, a ja siedziałam na brzegu kanapy i gapiłam się w jego drzwi. Ze środka nie docierały żadne odgłosy. Może już spał, a ja nie, jak gdy był mały, zadanie mamy to strzec jego bytu. Niezostawianie go samego ani w dzień, ani w nocy. Różnica jest taka, że wtedy bałam się, że umrze, liczyłam każdy oddech, kładłam dłoń na jego kruchej klatce piersiowej, żeby upewnić się, że ta się unosi i opada, a teraz bałam się własnej śmierci. Nie że rzeczywiście mógłby mnie zabić, a może dokładnie tak myślałam.

W sobotę do domu wmaszerowali koledzy mojego chłopca. W przedpokoju wielkie buciory, rozdziawione jak czarne dziury. Przywitali się i grzecznie uśmiechnęli, ich także widziałam, jak rosną. Jeden z nich grał w koszykówkę, jego długie nogi ledwo mieściły się w naszym mieszkaniu, jedna dziewczynka miała silny głos, od jej śmiechu wibrowały ściany. Pamiętam, że jej rodzice wyprowadzili się za granicę, a ona mieszka sama, nie będąc do tego wystarczająco dojrzałą, był jakiś dysonans między nierównym ciałem a powagą w oczach. Mój chłopiec opowiadał, że żeby dawać sobie radę, rano, przed lekcjami, pracuje w szkole jako sprzątaczka. - Chciałabyś, żebym i ja zaczął pracować? - spytał, jakby nagle chciał dokładać się do gospodarstwa, ale odmówiłam. Wtedy sądziłam, że jeszcze przyjdzie czas, że będzie pracował.

Pomyślałam, że przygotuję jedzenie dla dzieci, które niebawem skończą szkołę i wybiegną do własnych wyborów. Że dostaną ziemniaczaną zapiekankę z wędzoną wieprzowiną. Może poczęstuję ich winem, o ile to nie za wcześnie, ich rodzicom mogłoby się to nie spodobać. Ale nie znalazłam noża, żeby móc dalej rozmyślać, krojąc. Szukałam w szufladach, zawsze było go widać, bo trochę błyszczał. Ani w zlewie. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio go użyłam. Może mój chłopiec? Zapukałam ostrożnie do jego drzwi. Bez odpowiedzi, ale coś było słychać. Niewyraźne mruczenie. Zapukałam mocniej, a wtedy odpowiedział głos, który tak dobrze znałam: - Co jest? - Mogę wejść? - Zrobiło się cicho, a potem otworzył drzwi, zasłaniając całym ciałem widok: - Co jest? - Zastanawiam się tylko - zaczęłam, a potem spojrzałam na jego stopy: - Dlaczego masz dwie różne skarpetki? - Chyba nie mówisz poważnie - odparł i już chciał zamknąć drzwi, ale chwyciłam klamkę. Zdziwienie między nami. - Nie, zastanawiam się tylko, czy widziałeś gdzieś nóż? - Dalej patrzył na mnie zdziwiony, jakbym mówiła w języku, którego nie zna, po czym powiedział: - Nie, nie widziałem noża, zostaw nas w spokoju.

Dziwne uczucie, ścielić kanapę, kiedy znajomi byli u mojego chłopca, nie mogłam przecież tam leżeć, kiedy będą wychodzili do domu, bezbronna. Moja śpiąca twarz otwarta, nagie ciało pod cienką koszulą. Piersi. Więc siedziałam w kuchni, czekając, aż wyjdą, nie przygotowałam kolacji, zrobiłam kanapeczki. Prawie jak tartinki, samotne przyjęcie. Ale ponieważ długo siedzieli, a ja miałam następnego dnia pracować, w końcu się położyłam. Pierścionek pod poduszką. Ostatnią rzeczą, o jakiej pomyślałam przed zaśnięciem, było to, że żywi mają obowiązki wobec żywych.

W redakcji mówiono o cięciach, mieli zmniejszyć produkcję. Wiele osób się niepokoiło, ale ja czułam się pewnie i dlatego byłam powściągliwa. Pracowałam intensywnie w milczącej mgle, która przetaczała się przez biuro i po wszystkich pomarańczowych książkach. Przyjeżdżałam tu wcześniej niż pozostali, więc popołudniami mogłam wcześniej wychodzić do domu, żeby mieć z nimi jak najmniej wspólnego.

Po powrocie do domu weszłam do pokoju mojego chłopca. Inny zapach, starszy. Ubrania przewieszone przez oparcie i skarpetki na podłodze. Na biurku kartka z planem ostatniego dnia w liceum, świętowanie, mieliśmy się spotkać na szkolnym podwórku. Podeszłam do pościelonego łóżka i ostrożnie podniosłam poduszkę. Nic tam nie było. Otworzyłam szafę i wysunęłam szufladę z koszulkami, delikatnie dotknęłam ich ręką. Stałam na środku podłogi, wsłuchując się w odgłosy z przedpokoju, w razie gdyby przyszedł, nie rozumiałam, czego szukam. Przejechałam stopą po dywanie, pod spodem nic nie było. Dłonią błądziłam po półce nad łóżkiem, ale tam też nie było noża. W chwili, gdy wyszłam z jego pokoju, otworzył drzwi wejściowe: - Cześć, kruszynko! - Zbadał mnie wzrokiem: - Co cię tak rozbawiło? - Nic - zająknęłam się - no tak, to już jutro. - Rzucił się na kanapę, była dla niego za mała, powiedział: - Kupiłem garnitur! - Skąd miałeś pieniądze? - Dostałem od kolegi, jest cholernie bogaty. - Widziałam, jak mój chłopiec się nurza, w ustach poczułam niesmak: - Co to za kolega? - E, nie znasz go - jego trzepocząca nonszalancja - czy byłabyś tak dobra i ugotowała mi kaszkę?

Ugotowałam owsiankę, bo i tak nie mieliśmy noża, zjedliśmy ją z dżemem z borówek i mlekiem. Grudki wyglądały jak substancja mózgowa. Nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia, słuchaliśmy, jak przez uchylone okno wpada świergot ptaków i kłótnia dwojga dzieci w piaskownicy na podwórku. Śliczna melodia codzienności akompaniowała naszemu jedzeniu. Zastanawiałam się, czy pamięta, jak to było, gdy był mały, jak blisko siebie byliśmy, że siedział mi na kolanach, gdy próbowałam włożyć do tych usteczek bananowy mus. Ale nie chciałam pytać. Nie chciałam przypominać, że w niektórych sprawach czas decyduje za nas, chciałam zostawić go w spokoju. Miał skończyć szkołę, a dalej nie wiedzieliśmy nic. Sztuka życia w niepewności to sztuka, której nie nauczyłam się szczególnie dobrze, ale niebawem miałam musieć ją opanować.

Krążyłam po mieszkaniu, podczas gdy mój chłopiec przymierzał w swoim pokoju garnitur. Wkrótce zakończy to, co wybrało za niego społeczeństwo, i będzie decydował samodzielnie. Nie wiedziałam, co miałoby to być, nie chciałam się do tego przyznać, ale czułam, że się go boję. Tego, do czego był zdolny. Ten chłopiec, który niebawem stanie się mężczyzną, ze wszystkim, co to oznacza. Zaczęłam sprzątać, przetarłam szmatką parapet. Ciało miałam ociężałe i powolne, jakby grawitacja mocniej ciągnęła je ku ziemi. Podwinęłam rękawy sukienki i otworzyłam piekarnik, chciałam i tam wytrzeć, ale brud się wgryzł, ręce szybko zrobiły się świecące od tłuszczu. Usiadłam więc przy stole z tym moim zbyt długim ciałem i zastanawiałam się, czy mogłabym być kimś innym. Czy coś mogłam zrobić inaczej, żeby mój chłopiec stał się kimś innym. Czy może był dokładnie taki, jaki miał być, to, co było w nim, należało do niego, a nie do mnie. Wyszedł z pokoju: - Dlaczego tu tak siedzisz? - Nie wiem - odparłam - akurat teraz nic nie wiem. - Mamo - odezwał się czule - musisz wiedzieć, co zrobisz z własnym życiem, niedługo będziesz przecież dorosła! - Zaśmiałam się. Cudownie było nie musieć się bać, chciał dobrze. To mój chłopiec zawsze płakał, gdy przez przypadek mnie skrzywdził. Kiedy postawił mi krzesło na stopie, zaczepił zamkiem o moje włosy. Podeszłam do niego, dotknęłam jego długiego ciała i się przytuliliśmy. Staliśmy tak objęci. Potem mnie puścił i powiedział: - Wyjdę na chwilę, nie czekaj na mnie. - Dobrze - odparłam - potrzebuję odpoczynku, jutro wielki dzień.

Kiedy nadszedł ten dzień, stałam na szkolnym podwórzu pośród innych rodziców, część z nich przyszła w dużych grupach, z rodzeństwem i kuzynami. Byłam sama, ale i tak trzymałam piękny plakat z jego imieniem ozdobionym zawijasami. Pomogła mi jedna z graficzek w pracy, ta z grubym końskim ogonem i piersiami wystającymi spod koszulki, nie mogłam przestać się gapić, podczas gdy wycinała zdjęcie mojego chłopca. Podszedł w garniturze, podał mi kopertę i lekko przytulił. Przez chwilę staliśmy w gwarze, potem poszliśmy do pobliskiej kawiarni. Zamówiłam tort marcepanowy i szwarcwaldzki. Kiedy kasjerka chciała je zapakować, powiedziałam: - Nie, zjemy je na miejscu. - Zdziwiona uniosła wyskubane brwi i podała nam dwie łyżeczki. Mój chłopiec opowiedział, że dyrektor przemawiał, a ta dziewczyna o mocnym głosie zaśpiewała piosenkę o przyszłości. Jedliśmy, aż nas zemdliło, zostawiliśmy rozpaćkane resztki na tortowym papierze. W powietrzu czuć było lekki deszcz, który kładł się na ludziach niczym brokat. Mój chłopiec miał się spotkać z przyjaciółmi, a ja postanowiłam wrócić do domu na piechotę. Nigdzie się nie spieszyłam, miałam mnóstwo czasu i zero pojęcia, co z nim zrobić.

Po powrocie do domu usiadłam przy stole na miejscu mojego chłopca i zerkałam na telewizor sąsiada. Dwie kobiety poruszające się po czarno-białym krajobrazie. Miały włosy ciasno splecione, ale u jednej kosmyk po kosmyku wypadały, a druga próbowała delikatnie wczepić je palcami z powrotem w warkocz. Po jakimś czasie smak tortu opadł i nowy głód szarpnął ciałem. Chleb, masło i ser. Ale gdzie się podział nóż? W redakcyjnej kuchni były noże do krojenia owsianych ciasteczek, które przynosiłam ze sobą, więc go tam nie zabrałam. Czyżbym go przypadkiem wyrzuciła? Może leżał w obierkach po ziemniakach w zlewie i przez pomyłkę powędrował do śmietnika? Ale był duży, skaleczyłabym się, odcięła prawie całą końcówkę palca. W zamian wypiłam szklankę wody. Usiadłam przy stole z czerwonym dzbankiem i piłam jedną szklankę za drugą.

Kiedy tego wieczoru się położyłam, wyobrażałam sobie, co robi mój chłopiec, że siedzą na jakimś trawniku, ktoś miał z sobą w butelce przezroczysty alkohol. Może palili papierosy, pokasływali. A może wędrował samotnie przez miasto, zawsze miał w sobie jakiś upór. Myślałam, co teraz będzie robił. Nie wspomniał o studiach ani o żadnej pracy, ale poruszał się z taką pewnością siebie, że nie czułam, że mogę zapytać. U mnie też mógłby zostać, przez tyle lat przygotowywałam się na to, że mnie opuści, że jeśli miałoby to jeszcze potrwać, każdy moment traktowałabym jak luksus.

W pracy wciąż było niewesoło, zwolniono trzy osoby, a my, pozostali, mieliśmy przejąć dodatkowo ich zajęcia. Na moim biurku leżało mnóstwo stosów, za którymi się kryłam, wszystkie te podręczniki, które miały nauczyć innych decydujących rzeczy, a które mnie uczyły, że jeśli człowiek ma zajęte ręce, nie musi myśleć o czasie. Przestaliśmy wychodzić w piątki na miasto, unikaliśmy aspektu towarzyskiego, ale wciąż wymienialiśmy uprzejmości, zanim każde z nas nie powiedziało "Do jutra".

Ponieważ kiedy wracałam do domu, mojego chłopca nie było, nie wiedziałam, co robi całymi dniami, może sądził, że ma wakacje, chociaż już skończył szkołę, położyłam się na kanapie, żeby się zdrzemnąć. Żyłam jakimś nieżyciem, miałam mgliste wspomnienie, że kiedyś byłam we wspólnej melodii, najpierw z kochankiem, potem z chłopcem i kolegami z pracy. Dopiero, kiedy zadzwonił budzik, zorientowałam się, że usnęłam, na zewnątrz było ciemno, ale i tak wstałam. Zmierzch i ta jego melancholia. Starałam się zorientować, o co chodzi w wiadomościach, ale wzrok odbiegał cały czas od obrazków i koncentrował się na mieszkaniach sąsiadów. Wyglądało na to, że w niektórych domach przygotowywano kolację, znów poczułam głód, ale nie miałam siły na gotowanie. Spanie popołudniami jest zgubne dla rąk. Być może chciałoby mi się coś ugotować, gdyby mój chłopiec wrócił, zazwyczaj wprawiał mnie w ruch, ale jego nie było.

Zmieniłam sobie pościel na świeżą. Przez chwilę siedziałam na rozłożonej kanapie z dłońmi na kolanach. Poszłam do pokoju mojego chłopca i jemu też zmieniłam pościel. Otworzyłam szufladę jego biurka, nie wiedziałam, skąd we mnie ta pewność, że znajdę u niego nóż, ale w szufladzie leżało tylko kilka kartek. Paragon za garnitur, który naprawdę był tak niesamowicie drogi, że aż wstrzymałam oddech, i jeszcze ten rysunek, który ktoś z kolegów narysował, gdy byli mali. Włożyłam wszystko z powrotem do szuflady i umyłam zęby. Ale zaśnięcie przed powrotem mojego chłopca zdawało się niemożliwe, nie tylko dlatego, że chciałam się upewnić, że wrócił do domu, ale też że wciąż jestem człowiekiem. Więc dalej kręciłam się po domu, złożyłam kilka ubrań rzuconych na oparcie kanapy. Czekałam. Schowałam ubrania do szafy. Znów to porządkowanie przed śmiercią. Jeśli naprawdę bym teraz umarła, sprzątnięcie mnie trwałoby niecałą godzinę. Paszport, ważne numery telefonów i kody leżały w kopercie za ekspresem do kawy. Mój chłopiec o tym wiedział. Jeśli nie radziłby sobie z moją śmiercią, mógł po prostu przekazać komuś kopertę.

Ktoś zadzwonił do drzwi, gdy otworzyłam, stało tam dwoje policjantów. Zdążyłam pomyśleć, że mają na sobie grube mundury, że musi być im ciężko z tymi paskami. Policjant spytał, czy mogą wejść, a ja cofnęłam się w głąb mieszkania. Kanapa była już rozścielona, to wstydliwe, gdy wreszcie ktoś przyszedł, wskazałam im pospiesznie drogę do kuchni. - Proszę usiąść - odezwał się jeden z policjantów, ale uparłam się, żeby to oni usiedli przy stole. Szklanka i czerwony dzbanek wciąż tam stały od zakończenia szkoły mojego chłopca. Otoczyłam ciało ramionami, stojąc w kącie koło ekspresu do kawy, myślałam o kopercie z moją śmiercią leżącą za moimi plecami, czy miałam ją dać policjantom? - Mamy trudną wiadomość - powiedział ten sam, który spytał, czy mogą wejść. Jego głos był chropowaty, o głosie policjantki nic nie wiedziałam, może nie miała na to słów. Ale kto ma słowa na taką zbrodnię, pomyślałam, zanim dowiedziałam się, jaka zbrodnia została popełniona, ale mojego chłopca nie było w domu.

Na naszych miejscach siedziało dwoje obcych ludzi, co oznaczało, że nastąpiła jakaś zmiana. To, co było wcześniej, miało stać się czasem przed. Policjant z chropowatym głosem powiedział: - Popełnił zbrodnię, zatrzymaliśmy go w areszcie, a teraz musimy przesłuchać panią w sprawie syna. - To nie jest mój syn - odparłam. Policjantka, która wcześniej się nie odzywała, wyjęła z kieszeni kartkę, po czym powiedziała głosem splamionym dystansem: - Z kim pani mieszka? - Z moim chłopcem - odparłam. Przytaknęła, a potem kontynuowała ze wzrokiem wbitym w tamtą kartkę: - No więc, pani chłopiec popełnił zbrodnię i jest zatrzymany. - Aha - odparłam - a jaką zbrodnię popełnił? - Zamordował szesnastoletniego chłopca. - Aha - powtórzyłam. - Chcielibyśmy teraz postawić kilka pytań - odezwał się chropowaty głos. - Aha - powiedziałam - czy mogłabym najpierw ja postawić pytanie, bo mam tylko jedno, jak to zrobił? - Policjanci wymienili spojrzenie, dużo myślałam o tym spojrzeniu, czy oznaczało zdziwienie, czy może było po to, by uzgodnili, jak mają kontynuować, bo odparli niemal jednocześnie: - Udusił go. - Aha, a więc po prostu gdzieś podziałam ten nóż, teraz możecie zadać wasze pytania.

Powieść Idy Linde Mama mordercy ukaże się 26 kwietnia nakładem wydawnictwa LOKATOR.

IDA LINDE (ur. 1980), szwedzka pisarka, poetka, tłumaczka. W Polsce ukazały się: zbiór prozy poetyckiej Jeśli o tobie zapomnę, stanę się kimś innym oraz powieści Poleciały w kosmosNa północ jedzie się, by umrzeć. Autorką przekładów książek Idy Linde jest Justyna Czechowska.