Pismo. Magazyn Opinii 07/2019 - Marcin Wicha, Tove Jansson, Paweł Sołtys

Kup ebooka

10.00 zł
8.29 zł (8,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OPOWIADANIE

Nigdy więcej Capri!

tekst TOVE JANSSON przełożyła JUSTYNA CZECHOWSKA

Hotelowy gong wzywający na obiad zadźwięczał po raz trzeci. Nastąpiło kilka chwil ciszy, w których znudzeni, lecz dobrze wychowani turyści czekali za drzwiami, by nie wyjść na zbyt głodnych - a potem nagle korytarze i schody wypełniły się zniecierpliwionym gwarem. W jednym momencie tłum wmaszerował do jadalni, szczęśliwy, że wreszcie będzie miał co robić.

Restauracja ta być może nie wydawałaby się tak całkiem ponura, gdyby z uporem nie próbowała udawać, że jest czymś więcej niż zwykłą jadłodajnią. Nad wejściem, w ramie ozdobionej secesyjnym ornamentem, przedstawiającym lilie wodne, naga dziewica bawiła się z wężem, a wokół niej najróżniejsze anemicznie nadprzyrodzone postaci grały na fletach. Na przeciwległej ścianie powieszono Ich pierwsze spotkanie w nazbyt bengalskim blasku księżyca.

Siedząca naprzeciwko swego zaczytanego w gazecie męża pani Grönros szczerze nie znosiła zupy, męża, w ogóle całego Capri. Nie mogła pojąć, dlaczego te malowidła tak potwornie ją irytują. Po prostu czuła, jak z niej drwią. Naśmiewają się, ponieważ dała się nabrać na całą tę przeklętą wyspę, na której z dnia na dzień miała coraz silniejsze wrażenie, że się ją szufladkuje jako kolejny, numerowany okaz w podróży poślubnej. Wiedziała, że wszyscy siedzący przed Ich pierwszym spotkaniem są nowożeńcami. Rodziny usadzono na środku sali, natomiast samotnych turystów rozważnie wciśnięto w okienne wykusze, plecami do ściany.

Dlaczego, na Boga, nie pojechali na Wyspy Kanaryjskie, do Estonii albo do Marsylii, gdziekolwiek, gdzie wszystko nie było tak potwornie świadomie ustawione a la tourist? I czy Albert nie mógłby jej zabrać do zwykłej włoskiej knajpy, gdzie romantyczności nie trzeba wieszać na ścianach ani egzekwować na rachunku, bo ta po prostu unosi się w powietrzu, jest w spaghetti - pani Grönros sama nie wiedziała - ale atmosfera jest tam, zupełnie naturalnie, nie trzeba się jej wstydzić ani czuć się jak idiota.

"Grochówka" - rozmyślała ironicznie pani Grönros. Klopsiki i Mehlspeise mit Schlagsahne. Rzetelnie, obficie i śmiertelnie nudno. Dookoła higienicznie i biało w aryjski sposób, a pośród importowanych jeden przecudnej urody włoski kelner, dalej te wszystkie dziko romantyczne obrazy, aby człowiek ani na moment nie tracił przyjemnej świadomości, że znajduje się na jednej z najpiękniejszych wysp na ziemi.

Spojrzała na męża. On także miał przypiętą etykietkę Capri. Sandały na korkowej podeszwie, spodnie tego samego rodzaju co noszone przez rybaków, szeroki czerwony szal owinięty w pasie. Czysty kołnierzyk i krawat z The Gentleman, butiku położonego na esplanadzie w ich rodzinnym mieście, nadawały całości kulturalnego pokostu. "I ośmieszały go" - pomyślała.

Nie żeby miała coś przeciwko romantyczności, wcale nie! Uwielbiała prymitywność, dzikie i dziewicze rzeczy, to, co... no, naturę. Biedni Włosi! Tylko pomyśleć, jaki szczęśliwy, prosty żywot wiedli na tej rajskiej wyspie, żywot oparty na darach ziemi i morza... i jeszcze ten uprzejmy Munthe, który był dla nich jak ojciec - dla tych brązowych, pięknych, temperamentnych i co tam jeszcze, a potem przyjechali tacy turyści, wszystko im popsuli, ze wszystkiego zrobili banał...

Pan Grönros nachylił się nad stolikiem i poklepał ją po dłoni.

- Jedz zupę, maleńka. O czym tak rozmyślasz?

- O niczym. Zresztą nie lubię niemieckich zup. Nie po to przyjechałam do Włoch, żeby jeść niemiecką zupę.

- Moja maleńka, zupa jest wyśmienita. Naprawdę smaczna.

- Nie mów do mnie cały czas ma-leń-ka! Brakuje mi atmosfery. To wszystko tutaj wokół, u nas też to jest... Zupa! Matko!

- Ależ rybciu, nie rozumiem, o co ci chodzi? Człowiek musi przecież jeść. Potem wyjdziesz na dwór i popatrzysz sobie na atmosferę.

- Świetnie wiesz, o co mi chodzi. Nie musisz ironizować! Uważam, że to idiotyczne jechać na Capri i najpierw jeść niemiecką kolację, potem siedzieć w amerykańskim barze, a na końcu we francuskim kabarecie albo skandynawskiej kawiarni... Pragnę Włoch, a nie międzynarodowego bigosu upichconego na cygańskiej muzyce, tyrolskich strojach i czym tam jeszcze.

- Naprawdę mają tu cygańską orkiestrę? - zdziwił się pan Grönros. - O tym nie wiedziałem.

- Ach! - wybuchła jego żona, która miała już gulę w gardle. - Dlaczego zawsze musisz być taki? W ogóle mnie nie rozumiesz!

Zapadła cisza. Cudnej urody kelner zabrał zupę pani Grönros, podczas gdy ona nadal rozmyślała. Miała ochotę pożyć w prymitywy sposób. Łowić ryby, może popływać pod skałami. Jeść spaghetti i pić wino z prostymi ludźmi, zaprzyjaźnić się z nimi. Stanąć na Monte Solaro, podziwiać, jak słońce zachodzi nad Anacapri. Anacapri? Ależ tak - tam powinny ostać się resztki autentycznego włoskiego ducha, prawdziwej romantyczności. Czy nie mogliby się tam przenieść?

Myśl ta nią zawładnęła. Żadnego pustego życia na plaży, żadnych godzin straconych na przepełnionej turystami piazzy, żadnych sprzedawców pamiątek ani przewodników, jedynie zdrowa egzystencja w zapomnieniu, tylko z Albertem, w jakiejś malowniczej wiosce rybackiej.

Prawie się wzruszyła, gdy nachylając się nad klopsikami, wprowadzała męża w genialność swego planu. Ale on nadal nie rozumiał:

- Anacapri? Na co, u licha? Po co miałbym się wysilać dla niewygody? Sama przecież mówiłaś, że mamy to u nas. Ja tu odpoczywam, wyłączam się, rozumiesz? Cieszę się, że połowa Capri staje na głowie, by zaserwować mi wszystko w przyjemnej formie, w elegancki sposób...

- Z dyskretnie złożonym na pół rachunkiem - wtrąciła pani Grönros ironicznie.

- Do diabła, miałbym nie płacić za te luksusy? Już sama świadomość, że autochtoni chodzą wokół mnie, turysty, na palcach, i cały czas się starają, żeby było mi dobrze, samo to wiele dla mnie znaczy. W domu nawet kot nie...

- No nie wiem! - ostro przerwała mu pani Grönros. - Na palcach! Ciekawe! Raczej cię oszukują. Potworni obcokrajowcy, którzy oszukują zarówno tych biednych Włochów, jak i nas!

- Ależ rybciu! Co na Boga masz na myśli, mówiąc "tych biednych Włochów"? W końcu to oni serwują nam i Capri, i rachunki?

- Nie ci prości Włosi, Albercie. Te dobre, spontaniczne duszyczki, które żyją tak, jak żyli sto lat temu, zanim turyści zniszczyli ich wyspę!

- I twierdzisz, że znajdziemy tych ludzi w Anacapri?

Pokiwała głową, wyprostowana, gotowa do ataku. Przez chwilę patrzyli na siebie, wyczekując. Oczami wyobraźni zobaczył swój żywot w Anacapri - nudny i niewygodny. Bez ciepłej wody w kranie. Bez uprzejmego portiera. Bez wypastowanych pantofli. Być może konina, muchy... ptaki, cholera wie. Upał, tam na górze z pewnością panuje upał. Autochtoni będą się na niego wykrzywiać - tu jest przynajmniej mężczyzną, którego stać na to, by przewieźć żonę przez całą Europę i pokazać jej perłę Morza Śródziemnego (za co nie była wdzięczna). Głośno oznajmił swą decyzję:

- Nie. Absolutnie tam nie pojadę.

Rybcia Grönros usłyszała pewność w jego głosie. W desperacji spojrzała na swój pudding, zapłonął w niej bunt, po czym rzekła:

- W takim razie pojadę sama. Zobaczymy, kto miał rację.

RZECZYWIŚCIE TO ZROBIŁA. Rozstali się jeszcze tego samego popołudnia, nieco zaskoczeni i zdezorientowani, oboje z poczuciem ulgi i przyszłego triumfu. Patrzył za nią, jak oddala się, podskakując na ośle. Też pomysł, kiedy są i auta, i dorożki. Właściciel osła trzymał go mocno za ogon - wyglądało to żałośnie. Pan Grönros potrząsnął głową, po czym poszedł na swoją five o'clock tea na piazzy.

I tak minął tydzień. Ich wolność była bezgraniczna, całkowicie pozbawiona momentów irytacji. Myśleli o sobie z niejakim współczuciem, posłali nawet do siebie po liściku, w którym napisali, jak im dobrze.

U pana Grönrosa wyczyszczono plażę, hotelowe śniadania wzbogacono o prawdziwe masło, zaproponowano mu piękniejszy pokój, na piazzy ustawiono nowe przeciwsłoneczne parasole; środek sezonu, orkiestra kameralna i wszelkie możliwe atrakcje. Pani Grönros natychmiast nawiązała duchowy kontakt z ludem, według tego, co sama pisała, prowadziła ten rodzaj egzystencji, którą nasz Pan stworzył nam u zarania dziejów.

Rzecz jasna w jej raju był także pewien Adam. Ale jej zainteresowanie nim ograniczało się do takiego, które człowiek poświęca wdzięcznemu przedmiotowi studium; był reprezentantem dobroci, spontaniczny Włoch, nietknięty przez inwazję turystów i tym podobne nowoczesne ohydztwa.

Nie wiadomo, co signor Lucio myślał o swej platonicznej przyjaciółce. Kiedy podeszła do niego w falującym stroju, nasmarowana olejkiem, z kwiatkiem wetkniętym we włosy, mrugnął, zaczął gwałtownie gestykulować, ucałował jej dłoń, zapewniając, że jest podobna do Afrodyty.

Zaprowadził ją na Monte Solaro, do wszystkich niedostępnych miejsc, na usiane kwiatami ścieżki, podsadzał ją na skały, wyjaśniał, opowiadał legendy, śpiewał jej, dyskutował o polityce. A wszystko w zachwycająco prymitywny sposób, nigdy nie nosił kołnierzyków, butów ani innych przeszkadzających atrybutów kultury. Pani Grönros była przeszczęśliwa. Głównie dlatego, że tak szybko udało jej się wrócić na łono pierwotnego życia i że została zaakceptowana przez jego przedstawiciela.

I właśnie dlatego tak bardzo się oburzyła, kiedy pewnego dnia nakryła Lucia na kłamstwie. Wmówił jej, że rekiny gromadzą się podczas pełni i tańczą u wejścia do Groty Azurro, co sezon w Marina Grande pożerają pół tuzina turystów oraz że niemal cała tutejsza ludność to analfabeci.

Pani Grönros natychmiast napisała o tym mężowi. Po części dlatego, by pochwalić się wiedzą na temat zjawisk zachodzących na wyspie, takich, które umykają zwykłemu turyście, po części dlatego, że rzeczywiście obawiała się, że Albert może zostać pożarty. Pan Grönros zaśmiał się, po czym odpowiedział naprędce: to zwykłe plotki, jego portier ma znacznie lepsze rozeznanie.

Wygrana męża ją rozzłościła, zażądała od Lucia wyjaśnień. Leżeli pod drzewkiem oliwnym, między nimi butelka chianti i kawałek sera. Słońce zachodziło dokładnie tak, jak to sobie wyobrażała, Lucio obierał dla niej pomarańcze i nazywał ją "Afrodytą" - wszystko było nieskończenie piękne.

Ale ją oszukał. Dlaczego?

- Madonna mia - odparł rozbawiony. - Czyż nie tego właśnie pani oczekuje? Sam uznałem, że to świetna historia, ta z rekinami. Pani też się spodobała, czyż nie?

- Ależ Lucio, przecież to nieprawda!

- Och, magari, czymże jest prawda? Jeśli dajemy wam Capri takie, jakie jest, nie chcecie go.

- No, a ofiara dziękczynna, towarzysz podróży, który zjechał ze zbocza, i Munthe, który w święta zaprasza wszystkich na lody, to też kłamstwo?

Lucio skrzywił się zażenowany, po czym rozciągnął się na trawie.

- Carissima, zrobiłem, co w mojej mocy. Myśli pani, że chcę ją oszukać?

- Ależ to właśnie pan zrobił!

- Przeciwnie! Tylko ze względu na panią przez tydzień chodziłem boso i się nie goliłem! Myśli pani, że każę pani płacić za nic?

- Pieniądze! - wybuchła pani Grönros przerażona.

- Och nie, proszę tak nie mówić! Tylko prezencik, maleńki gest, żeby pokazać, że doceniła pani moje towarzystwo. Nie jestem jak reszta przewodników! Jestem taktowny, dobrze wychowany. Wiem, jak traktować signoriny, z delikatnością, ubarwić im życie, upiększyć.

Pani Grönros spojrzała na chianti, ser i wianek, który trzymała na kolanach, na nienaganny widok - i nagle zatęskniła za domem. Zatęskniła za pudrowaniem nosa, za tym, by znów móc nosić pończochy, za wyszkolonymi kelnerami i herbatą na tarasie. Zatęskniła za Albertem.

Wstała gwałtownie, wytrzepała sukienkę i zerwała z włosów kwiaty. Lucio obserwował ją z zainteresowaniem, nieruchomo.

- Ebbene, signorina?

- Wieczorem się rozliczymy - mruknęła. Nawet na niego nie spojrzała, tylko ruszyła samotnie w stronę wioski.

PAN GRÖNROS STAŁ PRZED HOTELEM, spoglądał to za oddalającą się w kierunku piazzy dorożką, to na monety, które trzymał w dłoni. Niech to szlag. Powinien był już dawno nauczyć się odróżniać liry od soldi. Niemożliwe, żeby jazda z plaży przy Marina Grande do Germanii kosztowała więcej niż pięć lirów. Góra pięć lirów.

Gapił się na błyszczącą w słońcu szosę, białe mury i opadające na nie ciężkie kiście wyzywająco fioletowych kwiatów, na zakurzone palmy. Aż nagle zawołał rozzłoszczony:

- Ej! Halo, ty oszuście! - i rzucił się biegiem, mocno ściskając monety w dłoni. Z triumfem pokazał je woźnicy.

- Policz, bardzo proszę - błąd, co?!

- To pan się pomylił - odparł tamten, spokojny o swoją przewagę. - Dwa czy jeden lir być może nie robią różnicy komuś, kto ma ich dużo, ale mnie owszem. Zresztą Madonna mnie opuści, jeśli spróbuję choć raz oszukać jakiegoś biednego turystę! Sami się tak potwornie oszukują, że grzechem byłoby się nimi nie zaopiekować. No, ruszaj już, Michel Angelo!

- Wstyd - rzucił pan Grönros głośno do szosy i palm. - Zaopiekować się, co? - a potem przeklął pod nosem: - Niech to diabli!

Hotelowy piccolo otworzył uważnie drzwi, wołając:

- Guten Tag, dyrektorze Grönros! Warm, nich?

Portier posunął się w swej zawodowej gorliwości o krok dalej, do komentarzy na temat pogody dorzucił pytanie dotyczące kąpieli doktora Grönrosa. Na schodach doktor minął pucybuta i sprzątaczkę. Oboje przyznali, że jest bardzo gorąco.

Przytaknął nieco zmęczony. W pokoju wymieniono ręczniki, wstawiono świeże kwiaty, a pudełka i flakoniki toaletowe ustawiono z nienaganną symetrią. Rzecz jasna wszystko to oznaczało kolejne napiwki. I co z tego? Uprzejmość, wygoda, szacunek. Usiadł na brzegu łóżka i spojrzał na przecudny krajobraz obramowany markizą na tarasie.

Poczuł niewielki niepokój spowodowany doskonałością tego wszystkiego. Jakież to było miłe - przyłapać woźnicę na oszustwie. Przebiegł wzrokiem po bezosobowym, wytapetowanym na biało pokoju. Wszystko idealne.

Nagle się wzdrygnął. Jakieś żyjątko pełzło po lustrze, maleńkie i czarne. Ostrożnie się zbliżył. Nie. To nie było to, co sądził, tylko jakaś mucha. Zabił ją zawiedziony, sprawdził, czy ciepła woda nie strajkuje, czy opróżniono kosze na śmieci - a następnie znów usiadł na łóżku, by oczekiwać kolacji.

To doprawdy idiotyczne, cała ta sprawa z rybcią w Anacapri. Ciekawe, jak jej się żyło w prymitywnych warunkach. W listach brzmiało to jak bajka...

Ale ten Giovanni czy jak mu tam! Który wmawiał jej masę głupot o tańcu rekinów i lodowych przyjęciach u Munthego! Zdaje się, że całe dnie spędza w towarzystwie tego "przedstawiciela duszy ludu". Pan Grönros siedział na brzegu łóżka i był coraz bardziej wściekły. Słuszne rozgoryczenie - na niedociągnięcia w hotelu czy oszustwo - mogłoby mu pomóc, ale ta złość, którą sam sobie w pewien sposób zgotował, była po prostu nieprzyjemna i głupia.

Dokładnie o ósmej zadźwięczał gong. W wybuchowym nastroju odnalazł swój stolik, obecnie umieszczony w rzędzie samotników, w taktownym zagłębieniu. Siedział teraz nad zupą, szczerze nienawidząc Ich pierwszego spotkania. Miał nadzieję, że stek będzie przypalony, że zacznie padać, że kelner potknie się, niosąc wazę z zupą.

Ale wszystko przebiegało perfekcyjnie, jak zwykle. Przy puddingu podszedł kamerdyner i z tajemniczym uśmieszkiem szepnął, że dziś ma dla szanownych gości specjalną, maleńką niespodziankę. Aby mogli się poczuć jak u siebie, poproszono słynną osobę o aryjskim pochodzeniu o zaśpiewanie w parku kilku nordyckich pieśni.

Pan Grönros wyraził zachwyt ze skrzywionym uśmiechem. A jutro, ciągnął kamerdyner, zostanie zorganizowana wycieczka do Positano. Szanowni goście nie muszą się o nic troszczyć; wszystko załatwiła dyrekcja, szybko i wygodnie. Koszty, bagatela, spontanicznie dodamy je do rachunku. Jeszcze raz się uśmiechnął, dyskretnie podniósł z podłogi serwetkę pana Grönrosa, eleganckim gestem poprawił kwiaty w wazonie i pospiesznie się oddalił.

Pan Grönros gwałtownie wstał od puddingu. Od razu wiedział, jak bardzo nie znosi, kiedy się go transportuje niczym paczkę "tą stroną do góry", kiedy się nim zajmują, karmią, nadskakują. Miał ochotę być szorstki, coś stłuc. A jeszcze lepiej, gdyby ktoś był wobec niego naprawdę bezczelny. Odepchnął piccola i sam otworzył hotelowe drzwi - mocno. Ruszył w stronę Anacapri.

SPOTKALI SIĘ MNIEJ WIĘCEJ W POŁOWIE DROGI. Przez moment siedziała oszołomiona w dorożce, po czym wyskoczyła z niej i głośno rozpłakała się ze szczęścia w jego ramionach. Niczego nie wyjaśniali, o nic nie pytali.

Pan Grönros powiedział tylko: - Do domu, co? - na co ona natychmiast odparła: - Tak - i nigdy więcej Capri!

Późną wiosną 1939 roku Tove Jansson podróżowała samotnie po Włoszech, gdzie z dnia na dzień coraz wyraźniej odczuwała politycznie napiętą atmosferę. Trafiła między innymi na przepełnioną turystami wyspę Capri. Zainteresowanego czytelnika odsyłamy do książki Listy Tove Jansson w przekładzie Justyny Czechowskiej, wydanej przez Marginesy w 2016 roku. Opowiadanie powstało w 1939 roku po powrocie autorki do domu, w polskim przekładzie ukazuje się po raz pierwszy.

? Tove Jansson 1939, Moomin Characters ?

TOVE JANSSON (1914-2001), fińska pisarka szwedzkojęzyczna, wybitna malarka i ilustratorka. Autorka powieści i zbiorów opowiadań, m.in. Lato, Wiadomość, Słoneczne miasto czy Córka rzeźbiarza. Znana na świecie jako twórczyni serii o Muminkach.

Rzecz gustu,

CZYLI REDAKCJA "PISMA" POLECA W CZERWCU:

1, 2, 26 lipca 2019

Lato pod znakiem festiwali muzycznych

Upalne letnie wieczory najlepiej spędzić w towarzystwie przyjaciół, słuchając ulubionych artystów na żywo. W wakacje polecamy więc nadchodzące festiwale muzyczne. Fanom elektroniki - 14. edycję Audioriver, która potrwa od 26 do 28 lipca w Płocku. Miłośnikom mocniejszych gitarowych brzmień przypominamy o mającym miejsce na początku sierpnia Festiwalu Pol'and'Rock w Kostrzynie nad Odrą. A tym, którzy wolą muzyczną alternatywę, proponujemy udać się na weekend do Doliny Trzech Stawów na OFF Festival. Od 2 do 4 sierpnia zagrają tam między innymi Foals, Suede oraz Jarvis Cocker.

WIĘCEJ: polandrockfestival.pl off-festival.pl audioriver.pl

5 lipca 2019

Festiwal reportażu

Zapraszamy Was na kolejną edycję pierwszego w Polsce festiwalu reportażu. Warsztaty familijne, reportaż radiowy, wystawy fotografii, a przede wszystkich spotkania i rozmowy z wybitnymi polskimi reporterami. W tym roku uczestnicy festiwalu będą zastanawiać się nad tym, czy reportaż może nieść pomoc, czy potrafi wpływać na rzeczywistość. Gośćmi tegorocznej edycji będą m.in. Ewa Ewart, Justyna Kopińska, Olga Wiechnik, Juliusz Ćwieluch i Tomasz Sekielski.

WIĘCEJ: nonfiction.pl

6 lipca 2019

Alternatywnie po Gdańsku

Lato w mieście nie musi być nudne. Nawet jeśli wydaje się, że znamy je na wylot. Wiedzą o tym mieszkańcy i mieszkanki różnych dzielnic Gdańska. Podczas wakacji wcielą się w rolę Lokalnych Przewodników i Przewodniczek. Pokażą najciekawsze miejsca, opowiedzą nieznane historie i zabiorą w nieodkryte rejony: Zaspy, Biskupiej Górki, Dolnego Miasta, Nowego Portu, Oruni, Oliwy i Wyspy Sobieszewskiej. Spacery są bezpłatne.

WIĘCEJ: www.ikm.gda.pl/lokalniprzewodnicy

25 lipca 2019

Kino, które dotyka

Pomimo pozornego wyzwolenia wciąż otacza je kult i jest poddawane ciągłej dyscyplinie. Mamy obsesję na jego punkcie. Ciało - przedstawiane na wiele sposobów i we wszystkich swoich formach - jest głównym tematem tegorocznych Nowych Horyzontów. Miłośników kina z całej Polski zapraszamy więc do Wrocławia na 19. edycję największego letniego festiwalu filmowego. Odbędzie się ona między 25 lipca a 4 sierpnia pod hasłem: "Kino, które dotyka". Jak co roku na uwagę zasługuje również identyfikacja wizualna festiwalu. Tym razem nawiązuje do performansu Izabeli Chlewińskiej.

WIĘCEJ: nowehoryzonty.pl

TYMCZASEM // FELIETON

Przez

Minęło trochę czasu, chyba już można się przyznać. Lubię wybory. Lubię ciszę i poranne serwisy. - Głosowanie przebiega spokojnie. Halo, tu Kraków. Gdańsk. Lipce Reymontowskie. Zakonnice klauzurowe oddały głos o świcie. Miasta pójdą wieczorem. Nietrzeźwy członek zgubił klucze. Straż pożarna szuka zapasowych. Frekwencja rośnie.

Lubię to napięcie. - My już. My dopiero. My z rana. My po powrocie. Ktoś wziął zaświadczenie, ktoś się dopisał, bo tam rodzice, bo tam meldunek. Tyle ludzkich historii! Głosowanie jak pępowina, która nas łączy z dawnymi adresami.

Premier już wrzuca. Przywódca opozycji wrzuca w towarzystwie małżonki. A teraz - ekran rozbłyska - łączymy się z lokalem, gdzie wrzuca nasz chłopięcy prezydent, taki promienny i pełen entuzjazmu, gdy trzeba wykonać jakąś prostą czynność z użyciem długopisu.

- Weź coś do pisania. - Tam będzie. - W internecie pisali, że lepiej ze swoim. Najlepiej zielonym. - Skąd wezmę zielony? - Pożycz od dziecka.

Pożyczam. Długopis ma na końcu uśmiechniętą truskawkę. Pisze fioletowo. Z brokatem. Takiego nie macie, zbiry. Nie dostawicie nam drugiego krzyżyka.

Lubię ten spacer. Spotykamy sąsiadów. - To ich syn? Strasznie wyrósł. Ciekawe, na kogo głosuje? Z młodymi nie wiadomo. Widziałaś jego minę?

Lubię nurkować do mrocznej szkoły. Tam jak w sarkofagu. Jak w kapsule pamięci. Zapach pasty do podłogi. Godło, krzyż, puchary z dzielnicowych zawodów sportowych. Konająca roślina doniczkowa nawet nie wie, że jej gatunek stał się modny.

Lubię, gdy panie z komisji szukają naszej rubryczki. Lubię się podpisywać do góry nogami. Fajne te nowe nakładki.

Najbardziej lubię moment za zasłonką. Trochę jak na tarasie widokowym. Lęk i pokusa, żeby zrobić coś strasznego. Podobno istnieje osiem sposobów narysowania iksa. Nieważne. Rach-ciach truskawką. Teraz złożyć i wrzucić. Chlup do akwarium, złota rybko. Wiesz, co robić.

Lubię wieczór wyborczy. Lubię, gdy na trzy minuty przed końcem ciszy w telewizji pojawiają się słupki, jeszcze bez podpisów. Pulsują. Rosną i kurczą się na znak, że wszystko może się zdarzyć.

Dwudziesta pierwsza. Słupki zamierają. I ten nasz, kretyn, jak zawsze, potyka się tuż przed metą. Jeszcze podskakuje, staje na palcach, do rana całkiem sflaczeje.

- Popatrzmy, jak rozkładały się głosy - proponuje telewizor. Zaczynają się mapy. Znów jesteśmy Mikronezją. Nieszczęsnym Kiribati pożeranym przez ocean. Tuvalu połkniętym przez zmiany klimatyczne.

MY Z KIRIBATI ZAWSZE DOZNAJEMY SZOKU, gdy nie wydarzy się cud. Wierzymy wyłącznie w zwroty akcji i cudowne zbiegi okoliczności. Kiedy idzie jak zwykle, kiedy wszystko toczy się zgodnie z logiką i rachunkiem prawdopodobieństwa, czujemy się oszukani. Ruszamy na poszukiwanie winnych.

Wszystko przez lepieje. I w ogóle przez rymowane hasła wyborcze. Przez kampanie z aktorami. Przez poranki TOK FM.

Przez ikony wolności, festiwale wolności, śniadania wolności, rodzynki wolności, pralinki wolności, tramwaje wolności i konkursy na plakat poświęcony wolności. Przez kawę z mlekiem. A zwłaszcza przez Kawę Wolności ("Tonic espresso w atrakcyjnej cenie dziesięciu złotych z dołączoną karteczką przypominającą o wartościach ważnych dla każdego Polaka").

Przez dowcipnisiów z tłiterka, którzy piszą "funfel", "dziaders" i "wiadomix". Przez listy do redakcji "Wysokich Obcasów" nagradzane balsamem do ciała. Przez wywiady z Adamem Zagajewskim. Przez żarty z Adama Zagajewskiego. Przez nakładki na zdjęcia profilowe. Przez memy z Schopenhauerem. Przez e-maile zaczynające się od słowa "Drodzy".

(Wpisujcie swoje typy, kochani).

Wszystko przez nas. Zawsze przez nas. Najlepiej dokonajmy samorozwiązania i jedźmy na wakacje. Jesienią będzie inaczej. Zdarzy się cud, wiadomix.

rysunek ARKADIUSZ HAPKA

MARCIN WICHA (ur. 1972), grafik, projektuje okładki, plakaty, znaki graficzne. Pisarz. Nagrodzony Paszportem "Polityki" 2017 w kategorii literatura. Laureat Nagrody Literackiej Nike 2018 za Rzeczy, których nie wyrzuciłem.