Nocami wyobrażała sobie siebie jako różne dzikie zwierzęta. To przychodziło do niej samo. Bez tego marzenia nie mogła zasnąć. Najbardziej lubiła być ptakami, jakimikolwiek, nawet gołębiami, w końcu nawet gołębie mogą wzbić się na chwilę w powietrze.
- Proszę wstać - usłyszała. To był głos męski, przytłumiony, ale głośny, jak mowa księdza. Chodnikiem zbliżały się w jej stronę dwie sylwetki. Nagle zabolały ją oczy. Światło latarki było ostre jak nóż.
- Wstań - usłyszała po raz kolejny. Chciała odpowiedzieć, że jej ciężko. Od zimna mięśnie zaczęły jej sztywnieć. Chwilę trwało, zanim skutecznie rozkazała swoim stawom podnieść ją do góry.
- Już sobie idę - powiedziała, uprzedzając pytanie, co tu robi. Stojąc, jeszcze bardziej czuła swój własny smród. To nie było tylko bycie brudną, to było coś, co nosiła od zawsze w środku, a co teraz wyciekało z niej porami na zewnątrz.
- Nigdzie nie idziesz. - Mężczyzna miał na sobie czarny mundur ciasno opinający ciało i był wielki jak olbrzym z bajki. Druga postać mogła być kobietą, ale była niewiele mniejsza od niego. Szeptała coś do trzymanego w dłoni urządzenia. Poza nimi na ulicy nie było nikogo. Zimno zaczynało gasić światła w oknach kamienic. Nie wiał wiatr, to zimno było statyczne, zawieszone w powietrzu jak niewidzialna girlanda z kłującej waty szklanej.
- Nigdzie nie idę - powtórzyła po nim.
- To znaczy tak, idziesz.
Kobieta odłożyła urządzenie.
- Idziesz z nami - powiedziała.
- Gdzie? - zapytała ona, a wtedy mężczyzna wyciągnął pałkę i z całej siły trzasnął ją w bok, aż przewróciła się na ziemię.
Zabolało jakby ktoś oblał ją wrzątkiem.
Ojciec lubił bić matkę, sprawiało mu to przyjemność. To nie była furia, tylko rozrywka, jak krzyżówki. Miał na to różne patenty. Zmieniał je w zależności od samopoczucia. Plastikowe wiadro z wyszczerbioną krawędzią, wąż od prysznica, ciężki i stary pilot od telewizora, pompka do roweru. Różne rzeczy. Dziwne rzeczy.
Ojciec lubił bić matkę; z nią, córką, robił co innego. Od tego, co robił, nie chce się już żyć. By zamknąć wszystko, wystarczy niewiele odwagi. Tyle, co wstać z fotela po długim siedzeniu.
Gdy ojciec przychodził i kładł się na niej, wyobrażała sobie, że jest małym, jadowitym pająkiem, który wchodzi mu do ucha.
- Zabierzmy ją na piątkę - powiedziała kobieta. Nie do niej, do mężczyzny. Mężczyzna mlasnął, a mlaskanie w jego języku musiało oznaczać zaprzeczenie, bo odpowiedział:
- Na piątce za luźno.
Już rozumiała prawie wszystko. Czy to jest wciąż lepsze niż tamto? Czy jest sens zadawać sobie takie pytania w długą zimową noc? Podnieśli ją do pionu, jakby była szmacianą lalką, pchnęli przed siebie, gdzieś w ciemność ulicy. Wszystko zlewało się w plamy - światła miasta, światła auta, które wyglądało jak wielka, czarna metalowa kostka.
Szła powoli. Obejmowała się ramionami.
Było w niej dużo strachu, ale też myśli o tym, że gdy już dojdą do auta, w środku przez chwilę będzie jej cieplej.
Że to, co mówili kobieta i mężczyzna, te dziwne, przytłumione zdania, bijące w ciemność jak pięści, oznaczało nie tylko ból, ale też ciepło.
- Dlaczego oni nigdy nie uciekają? - zapytał mężczyzna.
- Może nie wiedzą, co się dzieje?
MATKA PEWNEGO DNIA miała już dość bicia i wniosła o rozwód. Ojciec, o dziwo, zgodził się. Nie miał dochodów, nie było jak go wyeksmitować, tak więc sąd zobowiązał go do podpisania umowy: on wyprowadza się z mieszkania, ona zrzeka się alimentów. Matka przystała na te warunki, ojciec lokalu nie opuścił. Za to w niedzielę wieczór zgotował im kolację dziękczynną.
"Ale wam, kurwa, podziękuję", powiedział. Włączył bardzo głośno telewizor, żeby sąsiedzi nie słyszeli. Wszystko sobie przygotował. Był zadowolony z obrotu spraw. Miał za co je karać.
Szarpnął ją za włosy i pokazał matce, co do tej pory robił z córką na osobności. Trwało to długo. Tyle, ile może trwać sto lat. Był trzeźwy.
Matka wyła jak pies, ale piosenkarz w telewizorze wył jeszcze głośniej.
Następnego dnia jakby nie było. Nie wstała z łóżka. Nie umiała, zapomniała, jak to się robi. Było zupełnie cicho i ciężko. Ktoś chodził po mieszkaniu. Była jak sparaliżowana. Nie chciało jej się ani jeść, ani pić. Ktoś chodził po mieszkaniu i miała nadzieję, że to zabójca.
- Zawsze wiedzą - odparł mężczyzna. - Po prostu nie mają już siły.
- Albo są tak głupi - powiedziała kobieta.
Zaczęła biec.
Ciało nie dawało sobie zbyt wiele nadziei, było zdziwione, że biegnie w stronę przeciwną do ciepła. Niemal czuła, jak dobiegają do niej, łapią ją, przewracają na ziemię. Nie umiała biec.
Tupot ich butów był ciężki i miarowy, wsłuchiwała się w niego jak w rytm melodii na lekcjach tańca, kiedy nie można pomylić kroków. Między kamienicami był parkan z siatki; doskoczyła do niego, przez chwilę myślała, że zamarznięte mięśnie pękną jak stare liny, ale jednak pokonała ogrodzenie i wylądowała po drugiej stronie; stopy w cienkich trampkach i gołe dłonie dotknęły chrzęszczącej kołdry potłuczonego szkła. Z dłoni zaczęła płynąć krew. Krew była ciepła. Dziewczyna zerwała się, zaczęła biec dalej.
Huk wdarł się w zimną i ciemną ciszę, na moment wszystko wzbiło się do góry. Ale ona biegła dalej.
Wbiegła w ciemną alejkę. Poczuła, jak coś łapie ją za rękaw swetra, jedna dłoń, potem druga, potem trzecia, ciach, jakby jakaś wieloręka istota próbowała wciągnąć ją do swoich ust, ale to nie były usta, to była brama, i dała się przewrócić, i w coś wepchnąć, w suchy, ale miękki szelest, w słony papier, w dziwny smak.
- Cicho bądź - usłyszała wyraźny szept tuż przy swoim uchu. Szept miał swój zapach, był to zapach tanich, pudrowych cukierków ze szkolnego sklepiku, które czasami zjadała na przerwach.
Kroki ustały, ale wiedziała, że oni wciąż tam są. Jednak to, co przeżywała teraz, było ważniejsze, ciekawsze, silniejsze. Po raz pierwszy czyjeś ciało przycisnęło się do niej, nie chcąc jej skrzywdzić. Czyjeś ciało chciało jej pomóc. Chciało z nią rozmawiać.
Teraz wydawało bezgłośne polecenia, które rozumiała w lot. Teraz kazało jej być nieruchomo. Leżeli zagrzebani w stercie liści, kartonów i śmieci. Jakieś dwa metry od nich leżał ktoś jeszcze, przyjaciel, druga para rąk, które wciągnęły ją w to schronienie.
Wyobrażała sobie, że jest kretem. Że oczy zarosły jej cienką, różową błoną. Że jest pokryta miękką i gęstą czarną sierścią, która w dotyku przypomina roztarty między palcami puch dmuchawca. Że siedzi w wykopanym przez siebie tunelu i właśnie najadła się tłustą dżdżownicą. Że to przyciśnięte do niej ciało to dobra, ciepła ziemia. Dobre ciało. Drugie ciało.
- Kurwa - powiedziała kobieta, światło latarki fruwało bezładnie po bocznej uliczce. Widziała je, a właściwie bardziej czuła, tak jak czuje się wnętrze swoich powiek po zamknięciu oczu.
- Jak ty potwornie śmierdzisz - powiedział szept. Te słowa sprawiły, że poczuła, jak kąciki ust idą jej do góry, i to było najdziwniejsze ze wszystkiego.
- Wyjątkowy szczur. Rano jej poszukamy. Chodź - powiedział mężczyzna.
- Nienawidzę, gdy uciekają - powiedziała kobieta.
- Chodź. Pojedziemy na hot dogi. Chodź.
Usłyszała, jak odchodzą, i chciała się poruszyć, ale nie mogła, bo ciało przyciskało ją dalej do siebie, bardzo mocno. I dopiero, gdy tamci oddalili się na bezpieczną odległość, to drugie ciało pozwoliło jej wydać z siebie dźwięk, delikatny i cichy, dźwięk, który równie dobrze mógł być odgłosem polującego kota.
WIECZOREM DO POKOJU weszła matka i podała jej na talerzu kilka kanapek z salcesonem. A ona doszła do wniosku, że będzie tak leżeć, patrzeć na te kanapki, obserwować, jak się psują.
- Uciekaj - poprosiła matka, stawiając talerz, ale ona dalej leżała w łóżku.
Ojciec czuł się świetnie, jadł i spał tak dobrze, jak nigdy. Pogwizdywał, krojąc sobie kotleta na dziesiątki drobnych kawałków, wpatrując się w teleturniej. Hasła quizu dotyczyły zagadnień przyrodniczych. Ona wciąż leżała w łóżku. Drugiego wieczoru, gdy zasnął przed telewizorem, przyszła do niej matka.
- Ubierz się i wyjdź z domu - powiedziała.
- Chodź ze mną.
- Już za późno - odparła matka i zaczęła wpychać jej chleb do ust, na siłę, palcami, a ona na to pozwalała, dopiero teraz płacząc. Znała matkę bardzo dobrze i w tej chwili zrozumiała, co ona chce zrobić.
- Nie, nie za późno - powiedziała, a raczej poprosiła. Dłonie matki były szorstkie i sztywne. Letnie, jakby w połowie martwe. Oczy matki były za to martwe całkowicie. W korytarzu stał brudny plastikowy pojemnik. Ostatni raz widziała go w samochodzie ojca.
- Przecież masz broń, z pracy.
To było najdziwniejsze zdanie, jakie wypowiedziała w życiu. A matka odpowiedziała jeszcze dziwniejszym:
- Nie, nie tak. Trzeba to wszystko wypalić.
Pokiwała głową, a matka powiedziała:
- Sama sobie poradzisz. Jedź do innego miasta.
Dała jej sweter. Była wczesna jesień.
- Pojedź ze mną.
Matka pokręciła głową.
- GRATULACJE. Właśnie uciekłaś Sprzątającym - powiedział cukierkowy szept.
Nie chciała jeszcze pytać i było to mądre. Wstawanie trwało bardzo długo. Było jej cieplej. Mięśnie były miękkie. Głowie od razu zachciało się spać. Ale oni pchnęli ją do przodu. Przeszli przez podwórko, potem weszli w bramę, z niej trafili na kolejne podwórko. Co chwilę się zatrzymywali, nasłuchując, czy nikt nie idzie. W końcu znaleźli się na klatce schodowej, na której pachniało zasikanym drewnem i gumolitem, i tym czymś, co wycieka ze starej baterii.
Usłyszała ciche pstryknięcie i bardzo blade światło zalało klatkę, i wtedy ich zobaczyła.
Szept o zapachu cukierków była kobietą, ale bardzo dziwną, chudą i bez piersi, z długimi włosami w kolorach ozdób sylwestrowych, z namalowaną na twarzy maską, błyszczącymi brwiami, w samych dżinsowych spodniach, z brudnymi dłońmi uwalanymi smarem. Szept wyglądała jak papuga, jak kolorowa i brzydka prostytutka. Obok stał chłopak, w starym, za dużym, czerwonym dresie, ogolony na łyso. Z nosa zwisał mu ogromny, okrągły, cienki kolczyk. Na czole miał wytatuowaną różę.
Widywała takich ludzi w telewizji. Podobnych do nich. Prezenterka z dumą ogłaszała, że znowu przyłapano ich na nielegalnej aktywności i wysłano do fabryki albo obozu naprawczego.
- Wiesz, co oni robią? - zapytała Szept, ale jej głos już nie był szeptem, był mocnym i twardym głosem dorastającego chłopaka.
- Nie jestem stąd - odpowiedziała cicho.
- To skąd jesteś, słonko, z Kalifornii? - zapytała Szept, teraz z kolei głosem nabzdyczonej aktorki ze starego filmu. Chłopak zaczął się śmiać.
Wyobrażała sobie, jak to jest być papugą. Zastanawiała się, czy papugi widzą swoje własne kolory.
- Chodź - powiedziała Szept.
Szła za nimi dalej, bardzo długo. Z korytarza wyszli na kolejne, ciemne, małe i brudne podwórko, a z podwórka trafili w kolejny korytarz, i tak w kółko, kamienice, podwórka i aleje tworzyły niekończący się labirynt. Jednak ten labirynt się zmieniał, im dalej szli, tym bardziej wszystko stawało się wyraźniejsze, prawdziwsze, bardziej ożywione, dźwięczne; z ciemności wyrastały kolejne szepty, jak czarne kwiaty; gdzieś z oddali słychać było zdania wypowiedziane w języku, którego nie rozumiała, uderzenia w dłonie, ciche klaśnięcia.
Tu, gdzie była w tej chwili, żyli ludzie.
Wyobrażała sobie teraz, że jest nietoperzem.
- Na pewno znajdziesz jednego dobrego człowieka. Na pewno - powiedziała jej matka, jej głos był głuchy i pęknięty.
Założyła sweter i cienkie trampki. Nie miała innych butów. Matka polewała mieszkanie cieczą z kanistra, powolnymi ruchami święcącego dom księdza. Trochę cieczy trafiło na kwiaty. Trochę na drewnianą boazerię. Trochę na buty. Najwięcej na usypaną na korytarzu ścieżkę z podartych gazet. Na uśmiechnięte, kolorowe twarze. Do połowy rozwiązane krzyżówki.
- Idź. - Matka wypchnęła ją z mieszkania.
Odwróciła się, by więcej na matkę nie patrzeć - wszystko w niej zgasło i ten widok był okropny.
Potem stała przed blokiem, wpatrując się w ogień w oknach mieszkania - wyglądało to tak, jakby ktoś nagle zapalił w środku najjaśniejsze światło świata.
Nie płakała. Czuła się inaczej, czuła, jakby się najadła. To było właściwe. Miała tylko nadzieję, że matkę nie bolało długo.
- Spokojnie, oni się tu nie zapuszczają, boją się - powiedział chłopak.
- Kto? - zapytała. Zrozumiała, że biorą jej szybki i rwany oddech za oznakę strachu.
- Sprzątacze - wyjaśniła Szept. - Boją się, że ich zjemy. Bez obaw, kiedyś nas wypalą.
- Ale jeszcze nie dziś. - Chłopak zapalił kolejne światło na kolejnym korytarzu. Tym razem było czerwone. Z ciemności wyłoniła się pokryta miękkim, czerwonym pluszem podłoga. Napisy i rysunki na klatce schodowej, zrobione farbą i mazakami, plakaty i nalepki zlane w kolorową breję obrazków, zdjęć, liter. I balony, pełno kolorowych balonów. I sztuczne kwiaty. I serpentyny. I kolorowa siatka, przyczepiona do sufitu.
Zaczęli wchodzić po schodach, aż dotarli do celu.
Korytarz był cały w lustrach. Gdy ktoś zapalał papierosa, żar rozszczepiał się w nieskończoną strugę gwiazd. W mieszkaniu było pełno ludzi. A może tylko odbijali się w tych lustrach i wcale nie było ich aż tak wielu?
Po chwili zaczęła odróżniać prawdziwych ludzi od ich odbić. Dojrzała kolejną dziewczynę, grubą jak jej marzenie na przystanku, w obcisłym, przezroczystym stroju, z brwiami niczym czarne sznury. I inną dziewczynę, z twarzą całą we fluorescencyjnej farbie. I nagiego chłopaka w śmiesznej, plastikowej masce psa. Gdy zobaczyła jego nagość, odwróciła twarz.
- Jesteśmy jak flamingi - powiedziała Szept. - To są moje flamingi.
Nie zrozumiała.
- Gdy flamingi nie chcą się rozmnażać, otacza się je lustrami. Wtedy chętniej kopulują, bo myślą, że jest ich więcej.
Udała, że rozumie, pokiwała głową.
- Trzeba ją umyć. - Łysy chłopak wskazał na nią palcem. - Trzeba ją umyć, bo strasznie śmierdzi.
- Tak. Śmierdzę - powiedziała to zwykłym, spokojnym głosem, bo było to oczywiste i nie zamierzała za to przepraszać. Gdy wymówiła te słowa, coś oderwało się jej od gardła, kawałek starego śluzu.
I wtedy wszyscy ci ludzie stojący w korytarzu z luster zaczęli bić brawo, a w samych lustrach odbiło się coś, czego nie było naprawdę, jakby ktoś podświetlił je z drugiej strony kolorowym światłem - wielki, różowy fajerwerk. To było piękne i zaczarowane.
A potem podeszli do niej wszyscy, aby się jej przyjrzeć.
- Uciekła Sprzątaczom - powiedział chłopak.
- Nie jesteś stąd - stwierdziła gruba dziewczyna, a ona przytaknęła. Z pokoju wyszło jeszcze kilka innych osób. Mężczyzna w stroju żołnierza. Człowiek o nieokreślonej płci, obwieszony setkami małych łańcuchów. Widząc ją, przystawali, a dopiero potem robili krok w jej stronę.
- Jesteś piękna - powiedział ktoś.
- Jak masz na imię? - zapytał ktoś inny.
Nie odpowiedziała, a z dziury w jej trampkach wypełzł mały, tłusty robak. Nikt go nie zauważył, ale ona wiedziała, że przyszedł do niej wtedy, gdy była kretem.
Potem leżała w starej, metalowej wannie, pełnej różowej wody, która wyglądała i pachniała jak owocowy budyń. Łazienka była wysoka, z sufitu zwisał oklejony cekinami manekin.
Wyobrażała sobie, że jest barwną tropikalną rybą, która zjada łodygi lilii wodnych i tańczy w ciepłej wodzie, szybka i zwinna. Wyobrażała sobie, jak idzie spać, jak zapada się w ciepły muł. Widziała, jak pod wpływem brudu z jej ciała woda nabiera coraz ciemniejszego odcienia.
Od dziewczyny z brudną twarzą dostała stary, czysty ręcznik i miskę kolorowej zupy, z warzyw, jakich nie jadła nigdy w życiu. Potem usiadła w wielkim pokoju, razem z innymi, w pokoju wyłożonym kocami; Szept tańczyła do bardzo głośnej, mechanicznej muzyki, która brzmiała jak powoli rozpadająca się budowla, a oni wszyscy patrzyli. Potem ktoś inny połykał ogień i wypuszczał w powietrze płonące koła i serca.
- Gdy będą nas palić - powiedziała Szept - w powietrze polecą właśnie takie serca.
Kiedy tutaj jechała, w wagonie towarowym był z nią jeszcze jeden człowiek. Nie widziała go w ciemności. Wyskoczył wcześniej niż ona. Nie widziała jego twarzy, ale miała wrażenie, że jest stary. Powiedziała mu wszystko, bo słuchał w milczeniu i niewiele mówił, dał jej trochę twardego chleba.
- Wszędzie jest tylko gorzej - powiedział.
- To czemu pan jedzie tym wagonem? - zapytała.
- Uciekam - odpowiedział.
- No to fajnie, bo ja też uciekam - odparła.
On się zaśmiał, po raz pierwszy ktoś zaśmiał się serdecznie z tego, co powiedziała.
Nie od razu zrobiło jej się ciepło. Zimno się w niej kurczyło, teraz przypominało już tylko cienką nitkę biegnącą przez kręgosłup i żołądek, od karku do miednicy. Dali jej czyste ubrania - spraną koszulkę z godłem Polski i kolorowe spodnie, i grube skarpety, i starą męską kurtkę. Znowu objęła nogi ramionami, wciskając nos w kolana.
- Patrzysz na nas jak przestraszony pies - powiedziała gruba dziewczyna i dodała: - możesz mówić na mnie Mirelle.
- To piękne imię - odparła.
- A jak ja mam mówić na ciebie? - zapytała Mirelle.
- Jeszcze nie wiem - odpowiedziała po chwili.
Nigdy nikt tego nie robił. Nikt nigdy na nią nie reagował. Nie zatrzymał się przy niej dłużej, nie uważał jej za potrzebną. Sama nie umiała za bardzo mówić ani dłużej się komuś przyglądać, bo za każdym razem ogarniał ją lęk. Z tego powodu ludzie uważali ją za trochę głupią. Może to przez te małe oczy i szeroką twarz. "Alicja to jest trochę cofnięta", mówiły dzieci w szkole. "Alicja, najlepiej nie myśl za dużo", mówiła kierowniczka w sklepie z pasmanterią, podczas gdy ona stała i patrzyła na klawisze kasy fiskalnej, cyfry, których nigdy nie umiała połączyć w całość. "Alicja. Głupia, ale grzeczna. Zgrabna, ale brzydka".
"Alicja, takie ładne imię dla tak nijakiej osoby".
"Alicja", dyszał ojciec, a ona wyobrażała sobie, że jest pająkiem wchodzącym mu do mózgu.
A potem leżała pod kołdrami, na podłodze, wszystko pachniało środkiem do dezynfekcji, i wyobrażała sobie, że jest człowiekiem, bezbronnym, ale bezpiecznym, chudym, ale grubym, przywalonym kołdrami i kocami na podłodze obcego domu, który nagle stał się domem. Uszkodzonym, ale wciąż żywym. Człowiekiem, który potrafi uciekać i się chować, a to bardzo dużo.
I gdy tak leżała, znowu poczuła przy sobie obce ciało i zapach pylistych cukierków.
Silne i chude ręce przycisnęły ją do siebie, chcąc czegoś dobrego. Poczuła ciepło w żołądku. - Jak masz na imię? - zapytała Szept.
Nie odpowiedziała.
- Jak masz na imię? - Pytanie się powtórzyło.
- Nie mam imienia. Jestem wielorybem - odpowiedziała.
JAKUB ŻULCZYK (ur. 1983), pisarz i scenarzysta. Zadebiutował książką Zrób mi jakąś krzywdę... czyli wszystkie gry video są o miłości. Za Ślepnąc od świateł został w 2014 roku nominowany do Paszportu "Polityki". Za ostatnią powieść, Wzgórze psów (2017), otrzymał Nagrodę Literacką m.st. Warszawy oraz Literacką Nagrodę Warmii i Mazur. Współscenarzysta serialu Belfer.
Więcej na ten temat możesz posłuchać 2o listopada po godz. 8:00 na antenie
Warszawa 101,5 FM, Katowice 93,6 FM, Kraków 93,7 FM, Hel 107,8 FM oraz na www.chillizet.pl