Każdy kolejny dzień przynosił kulinarną lekcję. Z czasem odkryłam takie rarytasy, o których jedzenie nigdy wcześniej bym siebie nie podejrzewała. Naturalnie na wszystko potrzebowałam czasu, nie od razu rzuciłam się na jedwabniki, psy, kokony, skorpiony, węże, myszy czy żółwie.
W Pekinie bardzo popularne jest spożywanie smażeniny na patyczkach - są to tak zwane człarsy. Pierwszym patyczkowym dziwactwem, którego spróbowałam, był skorpion. Bałam się, że wciąż jeszcze będzie miał jad, ale ślicznie uśmiechający się do mnie Chińczyk bez zęba powtarzał: mei wenti, mei wenti, czyli: "nie ma problemu", więc postanowiłam mu zaufać. Zwłaszcza że wspierały mnie jeszcze dwie koleżanki. Najwyżej szybko wezwą pomoc, jak zemdleję. Wesoły właściciel kramu z kulinarnymi specjałami nabił trzy skorpiony i z ciekawością przyglądał się temu, co stanie się dalej. Tymczasem my stałyśmy z trzema patyczkami i... nie było chętnej, która rozpoczęłaby tę ucztę. Postanowiłyśmy rzucić monetą, żeby zdecydować, która z nas wgryzie się w pajęczaka pierwsza. Trafiło na Vanię z Republiki Zielonego Przylądka. Ostra zawodniczka, nawet się nie skrzywiła, więc gdy nadeszła moja kolej, nie mogłam zawieść Polski. No i miałam już więcej odwagi, bo Vania wciąż żyła. Zatopiłam zęby w czymś ciepłym... I... całkiem smaczne... Taki czips ziemniaczany, tyle, że z odnóżami i ogonem. Może bardziej chrupiący. Mei-ling, pół Irlandce, pół Chince, nie przypadł on jednak zbytnio do gustu. "Smakuje jak smażony papier" - powiedziała. No to po co jeść papier, jak można coś bardziej pożywnego?
Po skorpionach przyszedł czas na wyższy poziom wtajemniczenia kulinarnego. Zresztą, skosztowanie owadów było nawet dość zabawne, bo wybiera się je, gdy jeszcze żyją. Wyglądają jakby się do siebie tuliły. Później zabawa się kończy: kładzie się je na grilla, czeka dwie minuty i... można ucztować. Nauczyłam się uważać na jedwabniki, bo można jeść jedynie ich wnętrze o kolorze szarym, to taka miałka papka konsystencją przypominająca serek homogenizowany. Wydłubuje się je małymi pałeczkami. Żółtej papki się nie spożywa, bo to odchody, które nie zostały wydalone przed śmiercią owada. Nie jada się również ich twardej brązowej skorupy, ale mój znajomy, Jack, dowiedział się o tym, gdy już mu chrzęściła pod zębami. Chińczycy uśmiali się wówczas do łez, bo oto Amerykanin zjadł nie tylko skorupę jedwabnika, ale i jego kupę. Jedwabniki mają ponoć bardzo dużo wartości odżywczych. Po połknięciu jednego stwierdziłam jednak, że witamin poszukam sobie gdzieś indziej.
Niedaleko mojego akademika należącego do Politechniki Pekińskiej znajdowała się koreańska restauracja. Często tam chodziłam, bo było blisko i niedrogo. Większość potraw była serwowana na surowo, pośrodku stołu stał ogromny grill. Podchodziło się do niego i kładło jedzenie na ruszcie, każdy pitrasił po swojemu. Można sobie było również usmażyć psa. Bo to właśnie Koreańczycy, a nie Chińczycy, słyną z jedzenia czworonogów. Znajomy Koreańczyk czuł się chyba trochę nieswojo, ale cierpliwie odpowiadał na moje pytania. Wiedział, że mnie i innym przedstawicielom Zachodu jedzenie psów wydaje się niedopuszczalne, bo przecież traktujemy je jak przyjaciół. Zadawał mi wciąż pytanie, czy uważam, że to naprawdę niehumanitarne. To, co nam wydaje się chore, gdzie indziej jest normalne. Dla nas barbarzyńskie, a tu jest to po prostu... inne. W Korei hoduje się psy, które potem są zabijane, by wylądować na czyimś talerzu. U nas to samo robi się przecież z kurami czy świńmi.
- Jedzenie psów ma głębokie podłoże historyczne, podyktowane było wojnami i głodem. Bo człowiek postawiony przed wyborem: albo zjem swojego psa, albo umrę z głodu, nie będzie się za długo zastanawiał - opowiadał Zhang Zi Rong. - A potem było to już tak normalne, że nikt nie widział w tym nic dziwnego. Psie farmy są w Korei normalnością. Powinniście kiedyś skosztować. Mięso jest naprawdę smaczne - dodał.
Wtedy jednak nie dałam się przekonać. Musiało minąć pół roku. I to był pies w zupie, a nie z grilla. Jak to jest jeść psa? Gdybym nie wiedziała, CO jem, powiedziałabym, że zupa była bardzo smaczna. Mięso było delikatne, o teksturze podobnej do cielęciny. Danie pachniało niemal jak polski rosołek, ale mózg odmawiał mi posłuszeństwa. I choć moje podniebienie zgadzało się i było zadowolone, to myśli pędziły jak myśliwski chart, z głębi trzewi podnosił się alarm, że coś tu jest nie tak.
Tego dnia po raz pierwszy spóźniłam się na popołudniowe zajęcia - musiałam pędem wrócić do akademika. Przez piętnaście minut szorowałam zęby, a zapach psiego mięsa czułam w ustach aż do następnego śniadania. Kiedy na zajęciach omawialiśmy słownictwo związane z jedzeniem, książkowe określenie: "psie mięso" pojawiało się tuż obok wołowiny, drobiu, wieprzowiny i ryb. Zamyśliłam się wówczas: ciekawe, dlaczego tak wielu Azjatów nie ma ładnych, białych zębów?