Zbliżało się południe. Deszcz
lekko uderzał w szyby w barze. Znowu to samo miejsce, ten sam
barman, ci sami klienci. Poza jednym nieznanym mi turystą, który
zamiast do centrum zawędrował do naszej, zapomnianej przez Boga,
dzielnicy. Prędzej czy później dostanie po ryju, a jego plecaczek,
zegareczek i ten młodzieńczy, pełen ufności uśmieszek, znikną
gdzieś w ciemnej, przepastnej uliczce.
Co za dziura. Wziąłem jeszcze jeden duży łyk rozwodnionego piwa,
po którym następnego ranka będę miał srakę, którą kiedyś mądry
Karolek Bukowski nazwał kac-kupą. Położyłem na barze pięciozłotówkę
i wyszedłem. To jedyny plus tej dziury. Piwo za piątaka. Czas było
wracać do pracy. Robota czekała.
W każdym przyzwoitym kraju, robota detektywa wiązała się z
szacunkiem, dużymi dochodami i okularami przeciwsłonecznymi. W
naszej zapyziałej Polsce zostały jedynie okulary. Wszedłem do biura
i zatrzasnąłem za sobą drzwi. Kiedy dziesięć lat temu zaczynałem
rozkręcać ten interes, to w najśmielszych snach nie sądziłem, że
będę po takim czasie tu gdzie jestem. Stary, rozpadający się,
postkomunistyczny barak. Na pierwszym piętrze miałem biuro. Duże
słowo. Znacznie większe niż ta zapyziała klitka. Jedno okienko.
Okratowane i to gustownie, w takie kółeczka, w które jak się
wpatrywałem to myślałem, że zaraz pierdolca dostanę. Kto to w ogóle
wymyślił. Kółeczkowa kurwa krata. Debil.
Na ścianie miałem dwie niezbędne oznaki, że jestem zajęty pracą.
Kalendarz, w którym zaznaczałem wiele istotnych faktów z mojego
życia. Kropeczka to było zwalenie konia, krzyżyk to sex, a
kwadracik to sprawy zawodowe. Od kwadracików mniej było tylko
krzyżyków. Za to cały kalendarz obsrany był kropkami jak muszym
gównem.
Drugim atrybutem, mojej równie emocjonującej jak obserwowanie
muszek na zasranej szybie pracy, była mapa miasta. Kilka kolorowych
pinezek wciśniętych byle gdzie, tak dla picu, żeby klienci byli pod
wrażeniem. Klienci kurwa. Jacy klienci. Nikt tu nie zagląda, chyba
że komornik. Najczęściej zresztą wyskakiwaliśmy potem razem na
piwko, no bo co by miał mi zabrać? Nigdy nic nie miałem. A facet z
niego zawsze był całkiem w porządku, więc można było się
dogadać.
No dobra, pora wziąć się do roboty. W tych wszystkich
szmatławych amerykańskich kryminałach, które czytałem zanim
postanowiłem wejść w ten biznes, zawsze detektyw przez cały dzień
popijał łiskacza. A skąd ja niby miałbym wziąć forsę na
pierdolonego łiskacza? Piwko z rana i jakoś do obiadku trzeba było
wytrzymać. No więc do roboty. Czas, żeby postawić kolejną kropkę na
kalendarzu. Zabrałem się ochoczo do pracy z pomocą, wymęczonej już
przeze mnie, playmate września. Zawsze lepsza była niż te
pseudo-gwiazdeczki telewizyjne, które tak chętnie się rozbierały na
okładkach. Nie rozumieją głupie siksy, że kariery nie robi się
pokazując dupę i cyce, tylko ciężką pracą do kurwy nędzy. Jak my
wszyscy, zwykli ludzie pracy. Pięć minut. Drobny przykurcz lewej
dłoni, i nowa kropka oznaczała, że zacząłem swój dzień pracy.
Teraz mogło być tylko gorzej. Bo to co mnie najbardziej
wkurwiało w tej robocie to to, że żadnej roboty najczęściej nie
było. Wiecie jak to jest siedzieć na swojej otyłej dupie cały
dzień, i nic. Dosłownie nic. Siedzisz tak, gapisz się w ścianę,
albo te kurewskie okrągłe kraty, i wiesz że, jeśli czegoś nie
zmienisz, to po prostu oszalejesz. Większość szaleje, ale nie ja.
Ja jestem profesjonalistą i znoszę ciężary tej roboty jak
zawodowiec z trzeciego pokolenia, czy jak to się tam mówi. I tak
sobie rozmyślałem nad własnym losem, kiedy nagle coś wreszcie
zaczęło się dziać. I nie miało to nic wspólnego z faktem, że
właśnie się spuściłem. Siedziałem przy biurku, wycierałem sobie
fiuta chusteczką, która kiedyś służyła do czyszczenia okularów
przeciwsłonecznych, i nagle słyszę pukanie. Słyszę pukanie, a to
zawsze oznacza zmianę w życiu. Tylko nigdy nie wiadomo jak
wielką.
Zapiąłem rozporek, i kurwa przyciąłem sobie włosy, no normalnie
myślałem, że ocipieje. Wyrwałem chyba z cały pęk. No, ale taka
karma. Zebrałem się w sobie i zawołałem pewnym siebie głosem.
- Wejść!
No i wszedł. Ja pierdolę, mały, łysy Chińczyk. W moim biurze, w
Warszawie, w pięknym kraju Polska, stał mały, kurduplowaty i łysy
jak dynia na hałolingi Chinolec. To nie mogło oznaczać nic dobrego.
Ogólnie nie mam nic do Żółtków, tylko tyle tego się kurwa
rozpleniło i robotę przyzwoitym białym ludziom zabiera, że czasem
myślę, że nie wydolę i ich wszystkich wyjebię z tego kraju, ale do
tego łysonia akurat nic nie miałem. Nasz klient, nasz pan.
- Siadaj pan. - mówię do małego. Ten siada.
- Czym mogę służyć? - pytam się gościa. Ale tym razem nie
nawiązaliśmy już tak dobrej współpracy jak za pierwszym zdaniem.
Nastała więc długa, krępująca i bardzo żółta cisza.
- Pan mówi w ogóle po Polsku? - spytałem, bo tak sobie myślę, że
jak nie, to szkoda mojego czasu i gościa po prostu wywalę na te
łysą mordę, a jak mówi, to obsłużę z kulturą, bo znaczy się, że
stara się wtopić w nasze społeczeństwo.
Żółty zebrał się w sobie i wyjąkał.
- Ta ak. Ja mówije. - to już wiedziałem, że jesteśmy w domu.
Pytam się dalej niziołka.
- W czym mogę w takim razie pomóc? Bo mam sporo roboty i nie mam
czasu na pierdoły.
Taki tekst zawsze dobrze robi, bo stawia cię ponad klientem.
Jesteś ktoś, a on tylko pęta się tobie pod nogami i może łaskawie
schylisz się do niego i go poratujesz. Lubie to uczucie.
- Ha rac.
- Co kurwa?
- Ha rac.
- Ha rac?
- Ta ak. Ha rac.
- No dobra, kurwa. Co to jest Ha rac?
- Ha rac.
- Harac? Haracz?
- Ta ak. Ha rac.
- Dobra. Mały, jak myślisz, że ci zapłacę haracz, to się grubo
mylisz. Ja jestem, kurwa królem tej ulicy. Spytaj kogokolwiek o
Maksymiliana Talkowskiego i powiedzą ci, że to koleś. Więc spadaj i
nie zawracaj mi głowy tą twoją żółtą jakuzą.
- Ja Ha rac.
- Ty Haracz?
- Ja ha rac.
Musiałem chwilę odsapnąć. Ta rozmowa wykończyła mnie
intelektualnie. Zazwyczaj tyle myślówy to mam przez cały tydzień, a
tutaj mózg się lasuje, a nadal nie wiem o co kolesiowi biega.
- Dobra. Ty haracz. Czyli co to ma ze mną wspólnego?
- Ja ha rac. Nie lubi.
- No ja też nie, ale takie życie.
- Ja je da je. Ha rac nie da je.
- Błagam, mów pan wyraźniej i wolniej, albo jakoś inaczej, bo
nic kurwa nie kumam.
Żółty powtórzył i dopiero wtedy coś mi zaiskrzyło.
- Ja jeść daje? Haraczu nie daje? Tak?
- Ta ak.
- Dobra. Kumam. Masz jakąś śmierdzącą budę z żarciem i chcą od
ciebie haracz?
- Ta ak.
- No i po co z tym przychodzisz do mnie, mój mówiący inaczej
przyjacielu?
- Ty bi ha rac. Ja da je zloty.
- Końcówkę zrozumiałem i mi się nawet podoba, ale że co ja
haracz?
- Ty bi.
- Bij?
- Ta ak. Bi.
Wreszcie tego cholernego Żółtka zrozumiałem. Chciał, żebym pobił
tych od haraczu, w zamian za kasę. Co za bezczelność. Czy on ma
mnie za jakiegoś wykidajło? Jednak, co brak kultury i cywilizacji,
to brak. Żeby detektywa z uprawnieniami nie rozróżnić od tępego
mięśniaka. Masakra.
- Ja nie jestem wykidajło, tylko detektyw. - zacząłem mówić
głośniej żeby zrozumiał.
- Detektyw! Rozumiesz? Detektyw!
- Ta ak. Ty Bi.
Normalnie, już chciałem małego złapać za te jego portki,
podnieść wysoko nad głowę i przecisnąć przez okrągłą kratę, ale
wtedy stało się coś, co odmieniło moje spojrzenie na całą tę
sytuację. Chińczyk wyją z kieszeni zawiniątko i położył na stole
pięć stówek. Nie zmyślam. Pięć ślicznych stówek. Dokładnie tyle,
ile potrzebowałem na setkę piwek. Rozumiecie? Setka piwek w
papierze leżała na moim stole i uśmiechała się do mnie tymi
królewskimi pyszczkami.
- Dobra. To zaliczka, tak? - poszedłem na całość, mimo, że nawet
za mniej bym wziął taką robotę. Za pięć stówek można dać się obić
jakimś łysoniom, a potem relaksować się przy barze.
- Ta ak. Po owa.
- Połowa? Ok. Połowa mały. - dwie stówy piwek lśniły przed moimi
oczami wyobraźni, jak Święty Graal.
- To gdzie znajdę tych od haraczu?
- Ju tra. Ja je da je. Ty su kas.
Byłem w te klocki coraz lepszy. Pomyślałem, że jeszcze godzina
rozmowy z łysoniem, a będę go rozumiał jak rodowity Chińczyk.
- Ok. Jutro przy twojej budce z żarciem będę ich szukał. A gdzie
jest ta twoja buda?
Bałem się, że zajmie nam to kolejną godzinę, żeby rozkminić
gdzie ten kurdupel pracuje, ale okazał się zaskakująco sprytny.
Wstał i podszedł do mojej mapy. Wziął jedną pinezkę i wcisnął
dokładnie w skrzyżowanie dwóch małych uliczek, na tyłach lokalnego
bazaru. Ukłonił się, składając przy tym dłonie w pobożnym geście,
jakby modlił się do mnie, co wcale mi nie przeszkadzało, i
wyszedł.
Szybko sprawdziłem czy stówki są prawdziwe i schowałem do
kieszeni. Byłem bogaty. Świat stał przede mną otworem, wystarczyło
tylko dać się obić jakimś debilnym osiłkom i do końca miesiąca
byłem ustawiony. Nic w życiu nie jest za darmo. Trzeba chwytać
okazję gdy tylko się nam pokazuje.