Plaga - Michael Grant
47.90 zł
38.31 zł
(47,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Stał przygotowany na skraju tafli szkła. Boso. Utrzymywał idealną równowagę. Jedna stopa przed drugą. Ręce rozłożone po bokach. Teraz tak wyglądała gra.
Tafla szkła opadała coraz niżej i niżej, przez całą wieczność. Jak migocząca, prześwitująca zasłona.
Górna krawędź szkła była cienka, do tego stopnia, że mogła go skaleczyć, gdyby się pośliznął, przewrócił albo wykonał zbyt gwałtowny krok. Była delikatną wstęgą tęczy, odbijającą jasne czerwienie, zielenie i żółcie.
Po jednej stronie szkła - ciemność. Po drugiej - jaskrawe, zatrważające kolory.
Widział rzeczy znajdujące się na prawo, pod prawą ręką, tuż poza zasięgiem palców. Tam na dole byli jego mama, tata i siostra. Były tam również poszarpane krawędzie i ostre dźwięki, które sprawiały, że chciał zakryć uszy dłońmi. Kiedy spojrzał na te rzeczy, na tych ludzi, chybotliwe, niematerialne domy, meble o ostrych brzegach, dłonie ze szponami i zakrzywione nosy, a także wpatrujące się intensywnie ślepia i krzyczące paszcze, aż chciał zamknąć oczy.
Ale to nie podziałało. Widział je nawet przez zaciśnięte powieki. I słyszał. Jednak nie rozumiał ich dzikich, pulsujących barw. Czasami ich słowa wcale nie były słowami, tylko jasnymi, kolorowymi jak papuzie pióra włóczniami, wystrzelającymi z ich ust.
Matka, ojciec, siostra, nauczyciel, inni. Ostatnio tylko siostra i inni. Mówili różne rzeczy. Niektóre słowa pojął. Pete. Petey. Mały Pete. Znał te określenia. Czasem były też delikatne wyrazy, jak mięciutkie kociaki albo poduszki, które płynęły od jego siostry, i dzięki nim przez jakiś czas czuł spokój, aż do następnego przenikliwego wrzasku, kolejnego ataku ostrych kolorów.
Po lewej stronie, daleko poniżej tafli szkła, znajdował się zupełnie inny świat. Milczące, przypominające duchy postaci dryfowały w ciszy, zabarwione odcieniami szarości. Żadnych twardych krawędzi, żadnych donośnych dźwięków. Żadnych okropnych kolorów, które sprawiały, że chciał zacząć krzyczeć. Było tam ciemno i bardzo, bardzo cicho.
Tam na dole znajdowała się delikatnie świecąca kula, niczym słabe, zielone słońce. Czasami do niego sięgała. Macka. Mgła. Dotykała go, kiedy starał się utrzymać równowagę, jedna stopa za drugą, ręce rozłożone po bokach.
Spokój. Cisza. Nicość. Szeptała do niego te myśli.
Czasami grała. W grę.
Pete lubił gry. Tylko ta lewa strona grała tak, jak on chciał; partie musiały być rozgrywane na jego zasadach, zawsze tak samo, niezmiennie. Ale ostatnia gra, w którą Pete grał z Ciemnością, okazała się brutalna i zbyt jaskrawa. Nagle zaatakowała go niczym strzały wbite w mózg. Zniszczyła grę.
Tafla szkła wtedy pękła. Ale teraz znowu była cała, a on balansował na szczycie. Jakby było mu przykro, łagodne, zielone słońce powiedziało swoim szepczącym głosem: Zejdź do mnie na dół i zagrajmy.
Po drugiej stronie - tej wzburzonej, brzęczącej, trudnej stronie - jego siostra, jej twarz jak napięta maska pod żółtymi włosami, różowe usta, błyszczące bielą zębów i głośne. Popychała go rękami jak młotami.
- Przekręć się. Muszę wyjąć spod ciebie to prześcieradło. Jest całe przemoczone.
Pete zrozumiał niektóre z tych słów. Wyczuł ich twardość.
Ale jeszcze bardziej poczuł coś innego. Jakąś dziwność. Obcość. Coś niewłaściwego, głębokiego, jak pulsująca, muzyczna nuta, smyczek przeciągnięty po strunach, który odciągnął jego uwagę od lewej i prawej strony, a nawet od tafli szkła, na której balansował.
To coś pochodziło z miejsca, do którego nigdy nie zaglądał: z jego wnętrza.
Teraz Pete popatrzył w dół, na swoją postać, jakby wyszedł z siebie i dryfował w powietrzu. Spojrzał na własne ciało, zaintrygowany nim. Tak, to był nowy głos, uporczywy ton, wymagający, bardziej nieodparty nawet niż delikatne pomruki Ciemności czy brzęczące słowa jego siostry. Jego ciało domagało się uwagi, odciągając go od tej gry polegającej na balansowaniu na tafli szkła.
- Pocisz się - powiedziała jego siostra. - Jesteś rozpalony. Zmierzę ci temperaturę.