Planeta czerwonych oczu - Michał Podgórski

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Aren

Na dźwięk alarmu mężczyzna poderwał się gwałtownie i z całej siły uderzył barkiem w wystającą ze ściany metalową poręcz. Natychmiast złapał się za rękę, rozcierając obolałe miejsce.

- Niech cię szlag! Mówiłem, żebyś dała mi spokój! - zawołał, mając przy tym pełną świadomość tego, że Sara nie da mu spokoju.

- Jesteś zmęczony. Pora spać - oznajmił stanowczo kobiecy głos dobiegający z jednego z głośników zamontowanych w pomieszczeniu.

- Morda w kubeł! - warknął Aren w odpowiedzi. - Dlaczego choć raz nie posłuchasz i się nie zamkniesz?

- Dbam o ciebie. Wypiłeś za dużo. Jutro będziesz miał kaca.

- Jutro! - prychnął mężczyzna. - Jakie znowu jutro? Widzisz tu jakieś słońce, do cholery? - Machnął ręką, wskazując okno, za którym rozciągał się nieskończony ocean gwiazd.

- Przypominam ci, że według standardowego ziemskiego kalendarza biologicznego twój organizm wciąż funkcjonuje w dwudziestoczterogodzinnym rytmie dobowym...

- A niech cię! - Aren chwycił stojący przed nim na blacie plastikowy kubek i cisnął nim z całej siły w stronę wbudowanego w ścianę głośnika.

Zaległa cisza.

- Au - odpowiedziała wreszcie Sara beznamiętnym głosem.

- Nawet nie potrafisz udawać - stwierdził, wyciągając z szafki kolejny kubek.

- Wiem.

System Automatycznej Regeneracji Astronautów, w skrócie SARA, sztuczna inteligencja wbudowana w jego pojazd, była jedynym głosem, jaki słyszał od miesięcy. Były chwile, gdy naprawdę go irytowała, w gruncie rzeczy jednak cieszył się, że podczas samotnej podróży miał chociaż tę imitację towarzystwa. Nalał sobie syntetycznego piwa z wystającego ze ściany automatu.

- Ostatnie i idę spać - oznajmił, patrząc na głośnik. Tym razem odpowiedziała mu cisza.

Uniósł kubek do ust, upijając łapczywie solidny łyk. Syntetyczny alkohol smakował zaskakująco dobrze, choć Aren nie miał nigdy okazji pić prawdziwego. Szczerze wątpił w to, by gdziekolwiek go jeszcze produkowano. W odległych koloniach zdarzały się oczywiście miejsca, gdzie pędzono bimber, ale rozsądny człowiek starał się unikać tego paskudztwa.

Mężczyzna nie stronił od mocniejszych trunków, aczkolwiek te dość poważnie wyniszczały organizm i biorąc pod uwagę długotrwałą podróż, miał ich zwyczajnie dość. Nie wspominając o tym, że gdy po nie sięgał, Sara stawała się wyjątkowo uciążliwa.

Aren przeklinał w duchu dzień, w którym zdecydował się wziąć udział w programie Horyzont. Spośród całej gamy programów naukowych ten był zdecydowanie najgorszy. Polegał on na tym, że Federacja wysyłała małe statki na niezwykle długie ekspedycje mające na celu zbadanie planet, które rokowały istnienie na nich życia. Ludzkość skolonizowała już kilka układów, odwiedziła setki planet, wciąż jednak nie udało się potwierdzić, czy gdziekolwiek poza Ziemią istniało życie. Wprawdzie wielokrotnie znajdowano skamieniałości czy ślady bakterii, ale nigdy dotąd odkrywcom nie udało się natrafić na planetę zasiedloną żywymi stworzeniami. Badacze obserwowali setki tysięcy planet w galaktyce, badając ich budowę, skład atmosfery, odległość od najbliższej gwiazdy, temperaturę. Gdy któraś z planet była obiecująca, wysyłano tam ekspedycję złożoną z zespołu naukowców wyposażonych w odpowiednie zasoby, by w razie potrzeby mogli ją skolonizować. Kilka takich projektów się udało. Warunki do kolonizacji były sprzyjające i przy niewielkiej terraformacji ludzie zasiedlali kolejne planety. Przywożono na nie rozmaite gatunki roślin i zwierząt właściwe danemu ekosystemowi. W programie Horyzont chodziło jednak o zbadanie planet, co do których nie było wielkich nadziei na odnalezienie na nich życia, ale ich parametry mieściły się w przyjętej skali. Wysyłano więc masowo niewielkie statki, obsadzane jak najmniejszą załogą, ograniczając przy tym środki konieczne do utrzymania ekspedycji. Ewentualne straty również były w takim wypadku niewielkie.

Gdy pewnego dnia życie Arena wywróciło się do góry nogami, zdecydował się na desperacki krok i dołączył do programu. Z wykształcenia był biologiem, hobbystycznie trenował sztuki walki, zatem kwalifikacja do programu nie stanowiła dla niego wyzwania. Prawdę mówiąc, wymagania były tak niskie, że brano w zasadzie każdego, może oprócz wyjątkowo zdegenerowanych, zaburzonych osobników albo byłych przestępców. Program Horyzont nie należał do szczególnie prestiżowych, a udział w nim nie gwarantował owocnej kariery w żadnej z naukowych organizacji. Budżet Horyzontu od lat był okrajany przez władze, więc w jego uczestnikach widziano raczej desperatów niż obiecujących, ambitnych odkrywców. Trudno było się temu dziwić, skoro program od początku swojego istnienia nie przyniósł żadnych sukcesów. Życia pozaziemskiego nie odkryto i nic nie wskazywało na to, by miało się to kiedykolwiek wydarzyć.

Aren nie przejmował się tym, że nie czeka go naukowa kariera. Nawet szczególnie nie zależało mu na odnalezieniu pozaziemskiego życia. Wiedział, że to niemożliwe. Wielokrotnie jednak zastanawiał się nad tym, jakim cudem życie powstało tylko na Ziemi, skoro we wszechświecie są niezliczone ilości galaktyk, układów gwiezdnych i planet. Czytał oczywiście o paradoksie Fermiego, ale pełne zrozumienie tego fenomenu przekraczało jego zdolności poznawcze. Kiedyś, jako młody naukowiec, głęboko wierzył w to, że ludzkości uda się nawiązać kontakt z obcą cywilizacją. Osiągnęli już przecież tak wiele. Udało im się na przykład przekroczyć prędkość światła, co według zasad starej fizyki było niemożliwe. A jednak, po dokonaniu odkrycia umożliwiającego wykorzystanie splątania kwantowego do celów transportowych, ludzkość przeżyła ogromny skok cywilizacyjny. Na potęgę zaczęły powstawać silniki wykorzystujące tę niezwykłą technologię. Rządy państw masowo wysyłały załogi w rozmaite części galaktyki. Po latach agresywnej kolonizacji, nad którą nikt właściwie nie panował, kilka potężniejszych krajów zjednoczyło się, tworząc Federację. Organizacja ta zdominowała pozostałe państwa i zmonopolizowała podróże kosmiczne. Zanim jednak do tego doszło, rodzaj ludzki zasiedlił setki planet i asteroid, zakładając na nich samowystarczalne kolonie. Jako młody chłopak Aren z wypiekami na twarzy zaczytywał się w opowieściach z czasów dzikiej kolonizacji. Marzył o tym, że kiedyś wyruszy na poszukiwania i będzie pierwszym, który nawiąże kontakt z obcą cywilizacją. Później jego losy potoczyły się swoim torem, zaś obecnie jako zrezygnowany, wypalony czterdziestolatek miał gdzieś życie pozaziemskie.

W zasadzie miał gdzieś jakiekolwiek życie, również swoje. Zapisując się do programu Horyzont, miał oczywiście świadomość, że bardzo wielu jego uczestników nigdy nie powróciło z ekspedycji. Wiedza ta zupełnie go nie przerażała - wręcz przeciwnie. Aren miał dość ludzi, dość znanego mu świata. Wizja samotnej podróży trwającej długie miesiące, może nawet lata, spodobała mu się do tego stopnia, że gdy tylko pojawiła się możliwość dołączenia do programu, od razu z niej skorzystał. I rzeczywiście, początek podróży przyniósł mu ulgę. Mężczyzna mógł wreszcie odpocząć od wszystkiego, co zostawił za sobą, a także przemyśleć to, co wydarzyło się w jego życiu. Można powiedzieć, że było to oczyszczające doświadczenie. Niestety, już po kilku tygodniach siedzenia i wpatrywania się w gwiazdy zrozumiał, że popełnił błąd, a upragniona samotność zaczęła się stawać nieznośna.

Sara była koszmarną towarzyszką. Nie dało jej się zaprogramować tak, by odpowiadała na potrzeby pasażera. Był to zresztą celowy zabieg. System nie miał bowiem za zadanie potakiwać astronaucie i spełniać jego zachcianki. Polecono mu, aby nie zgadzał się z astronautą, wprowadzał go w irytację, a nawet prowokował do konfliktów. Podobno takie rozwiązanie było korzystniejsze dla zdrowia pasażera, pozwalało mu utrzymać koncentrację i pomagało nie zwariować. Z początku Arenowi trudno było docenić wspaniałomyślność twórców Sary, jednak po kilku miesiącach polubił ich małe sprzeczki. Może rzeczywiście pomagały mu pozostać przy zdrowych zmysłach.

Podróż trwała już rok i siedem miesięcy. W tym czasie udało mu się przeskanować trzy planety, na których oczywiście nie wykrył żadnych śladów życia. Dane, które zebrał, były niewystarczające, by otrzymał za nie sensowne wynagrodzenie. Ponadto powrót na ojczystą planetę zająłby kolejne dwa lata, a w miejscu, które kiedyś nazywał domem, nic go nie czekało. Postanowił więc lecieć dalej. Kontynuując podróż, miał przynajmniej jakiś cel, jakkolwiek mętny i odległy. Zawsze bowiem była następna planeta, którą należało sprawdzić.

Program promował tego typu decyzje, płacąc odpowiednio za większą liczbę przeskanowanych planet. Organizatorom Horyzontu zależało na nieprzerwanej eksploracji kosmosu. Instytuty badawcze wysyłały oczywiście rozmaite sondy bezzałogowe, obecność człowieka miała jednak w założeniu ułatwić ewentualny pierwszy kontakt z obcą cywilizacją. Aren nie bardzo rozumiał tę logikę, ale w końcu zaakceptował fakt, że zasady programu opracowali mądrzejsi od niego.

- Nie miałeś iść spać, trutniu? - Głos Sary wyrwał go z rozmyślań. Musiała zauważyć, że od dłuższego czasu wpatruje się pustym wzrokiem w gwiazdy. Przed nim stał opróżniony kubek. Po piwie nie było śladu.

Aren parsknął.

- Ty nawet nie wiesz, co to jest truteń. - Z braku lepszego pomysłu postanowił podjąć kolejną bezsensowną utarczkę słowną ze sztuczną towarzyszką.

- Truteń to samiec pszczoły miodnej, którego jedynym zadaniem jest...

- Zapładnianie królowej! - zawołał Aren, niemal wybuchając śmiechem.

Sara zamilkła na chwilę.

- Zgadza się.

- Nie wyczułaś sarkazmu?

Kolejna pauza.

- Chodzi ci o to, że nie ma tu żadnej królowej?

- Jakaś ty błyskotliwa. - Mężczyzna znów się uśmiechnął. Wstał od stołu, by nalać sobie kolejne piwo. Zanim Sara zdążyła zaprotestować, zwrócił się do niej:

- Może ty zostaniesz moją królową?

Z głośnika wydobyło się coś, co przypominało parsknięcie.

- Dobrze wiesz, że nie mogę. Ale jeżeli chcesz, możemy pobawić się w...

- Dobra, zamknij się w końcu. - Machnął ręką, przerywając jej.

Sara dała mu spokój, dzięki czemu mógł wrócić do spokojnego spożywania trunku. Nie zauważył nawet, kiedy zmorzył go sen.

*

O tym, że poprzedniego dnia wypił za dużo, Aren przekonał się boleśnie, gdy obudziło go nieznośne brzęczenie alarmu. Coraz głośniejszy dźwięk pulsował w rytm migreny, która rozsadzała mu głowę. Piwo może i było syntetyczne, ale wywoływane przez nie efekty - jak najprawdziwsze.

Mężczyzna chciał zakląć i zwyzywać bezduszną towarzyszkę za włączenie alarmu, szybko jednak zrezygnował z tego pomysłu. Wydawanie z siebie dźwięków najpewniej spotęgowałoby ból. Z trudem zwlókł się z łóżka, zastanawiając się, jak do niego trafił. Otworzył jedną z szafek w kajucie i gorączkowo zaczął szukać w niej tabletek przeciwbólowych. Początkowo nie mógł ich znaleźć, więc co chwila syczał, wściekły na siebie, na Sarę i na cały wszechświat. Wreszcie jednak wygrzebał właściwą buteleczkę i łyknął końską dawkę leku. Teraz wystarczyło poczekać, aż medykament zacznie działać.

Usiadł na łóżku i podparł głowę, masując skroń.

- Wstawaj! - ponagliła go Sara.

- Czego chcesz? - wycharczał ciszej, niż zamierzał.

- Musisz natychmiast to zobaczyć!

- Nie mam ochoty na twoje gierki. - Aren był naprawdę wściekły. Czterdzieści lat na karku i nadal potrafił upić się jak dzieciak. Alkohol był jednak jedyną sensowną rozrywką podczas długiej, samotnej podróży.

- Przyjdź do kokpitu albo alarm stanie się głośniejszy! - odezwała się Sara, modulując głos tak, by wyrazić zdenerwowanie.

- Niech cię piekło pochłonie, parszywy robocie - syknął Aren, po czym wykrzesał z siebie ostatnie pokłady energii i wstał z łóżka.

Choć statek nie był duży i od kokpitu dzieliło go kilkadziesiąt metrów, dotarcie tam zajęło mu znacznie dłużej niż zwykle. W głowie mu szumiało, zaś nogi miał jak z waty. Wreszcie znalazł się w przeszklonym pomieszczeniu i zwalił się ciężko na fotel kapitański.

Wielki ekran przed nim rozbłysnął i ukazała się na nim planeta wraz z numerem referencyjnym T-PL-84906 oraz danymi, których nie miał siły przeczytać.

- Co to jest? - zapytał szorstko. - I wyłącz ten przeklęty alarm!

Sara spełniła jego życzenie, przerywając irytujące brzęczenie.

- Powiesz mi wreszcie, na co patrzę? - spytał.

- Przeskanowaliśmy tę planetę pod kątem występowania istot żywych.

- Wielka mi rzecz. Skanujemy setki planet.

- Tym razem wynik jest pozytywny.

Aren otworzył szerzej oczy, co tylko spotęgowało ból głowy. Całkowicie go jednak zlekceważył.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - wychrypiał.

- Rozumiem, że twoje zdolności intelektualne są obecnie przytłumione, pozwól więc, że powiem wprost: diagnostyka wykazała, że na tej planecie występuje życie. Zamieszkują ją osobniki różnych gatunków.

Mężczyzna ponownie złapał się za głowę. Tym razem nie w celu poskromienia kaca. Nie mógł uwierzyć w to, co słyszy. Co prawda Sara potrafiła czasem z niego żartować, ale w kwestiach dotyczących celu ich podróży zawsze pozostawała poważna. Dłuższą chwilę zajęło mu dojście do siebie po usłyszeniu tych rewelacji.

- Może system się pomylił? - zapytał wreszcie.

- To niemożliwe - odpowiedź Sary była stanowcza.

- Przecież sama mówiłaś, że istnieje ryzyko błędu w obliczeniach.

- Tak, ale jest niewielkie. Prawdopodobieństwo wynosi zaledwie promil. W dodatku mieliśmy już taką sytuację kilka tygodni temu. Wtedy rzeczywiście algorytm popełnił błąd. Szybko go naprawiłam. Kolejna taka pomyłka w tak krótkim czasie jest wykluczona.

- Zatem... co robimy? - zapytał Aren, choć doskonale wiedział, co należy zrobić.

- Ty tu jesteś kapitanem.

W normalnych okolicznościach wyśmiałby to stwierdzenie, wszak cóż to za kapitan bez załogi? Teraz jednak poziom jego ekscytacji przekraczał normę. Aren poczuł dreszcz emocji, jakiego nie doświadczył od bardzo dawna, a być może nigdy.

- Ustaw kurs. Lądujemy.

*

Przez następną godzinę Aren dochodził do siebie, podpięty do kroplówki z elektrolitami i minerałami odżywczymi. Zazwyczaj nie korzystał z tej przyspieszonej metody regeneracji, którą oferował statek, ale teraz sytuacja była wyjątkowa. Potrzebował jak najszybciej odzyskać pełną sprawność zarówno fizyczną, jak i umysłową, czekało go bowiem doświadczenie, którego jak dotąd nikomu w historii ludzkości nie było dane przeżyć. Miał nawiązać kontakt z obcymi formami życia i nie mógł, do cholery, robić tego na kacu! Inna sprawa, że Aren nie wiedział jeszcze, z kim lub czym będzie miał do czynienia. Wstępne badania sondy pracującej na statku wykazały jedynie, że na planecie o sygnaturze T-PL-84906 - mężczyzna pomyślał, że trzeba będzie nadać jej jakąś nazwę i ten zaszczyt zapewne przypadnie jemu jako odkrywcy - występują liczne formy wielokomórkowego życia. Nie wiedział jeszcze, czy są to morskie stworzenia, jakieś inne zwierzęta, czy istoty myślące albo zdolne do stworzenia cywilizacji. Wszystkiego miał się dowiedzieć na miejscu, chociaż pogłębiony skan powinien dostarczyć mu więcej informacji, jeszcze zanim wyląduje na planecie.

Wraz z życiodajnymi płynami sączącymi się niemrawo do jego krwioobiegu przez rurkę podłączoną do aparatury medycznej wracały mu siły, a także narastała ekscytacja.

- Masz coś nowego? - rzucił znacznie pewniejszym głosem niż poprzednio.

- Jeszcze nie. Uzbrój się w cierpliwość - odpowiedział system, kontynuując skanowanie. - Ale radzę przygotować się do lądowania.

Aren mruknął coś pod nosem i odłączył kroplówkę. Czuł się już znacznie lepiej. Błogosławiona medycyna - pomyślał.

Opuścił stanowisko medyczne i udał się do magazynu, gdzie znajdował się odpowiednio zaprojektowany strój - skafander lekki, wygodny i dopasowany do ciała w taki sposób, by nie krępować ruchów. Strój był wyposażony w nanotechnologię, na przykład maska tlenowa miała miliardy drobnych dronów, które dostosowując się do warunków zewnętrznych, zwiększały lub zmniejszały ilość tlenu w skafandrze, a gdyby jego użytkownik znalazł się w atmosferze przypominającej ziemską, odcinały ją zupełnie. Dodatkowo ubranie było wyposażone w sztuczną inteligencję, która monitorowała stan zdrowia noszącego je i potrafiła wdrożyć podstawowe procedury ratujące życie, włącznie z resuscytacją krążeniowo-oddechową. Chroniło organizm zarówno przed wychłodzeniem, jak i przegrzaniem, a także zapewniało zabezpieczenie przed urazami mechanicznymi. Aren przyglądał się przez chwilę temu cudowi techniki. Kombinezon był wart fortunę, ale czy będzie w stanie uchronić go przed wszystkimi potencjalnymi zagrożeniami, które czekały go na nowo odkrytej planecie? Tego nie dało się przewidzieć. Ubrał się i skonfigurował strój tak, by ten dopasował się do jego postury i parametrów motorycznych.

Sięgnął do znajdującej się nieopodal szafy pancernej, w której spoczywał krótki karabinek laserowy. Sprzęt był niewielki i poręczny, stanowił jednak śmiercionośną broń. Aren miał nadzieję, że nigdy nie będzie musiał go użyć, a jednocześnie nie wyobrażał sobie, że mógłby nie wziąć go ze sobą. Na powierzchni planety mogły czekać na niego dzikie, agresywnie nastawione zwierzęta albo nawet... wolał na razie nie rozważać najgorszych scenariuszy.

Niczego więcej nie musiał przygotowywać. Na wyposażeniu statku był plecak z zawartością skompletowaną idealnie na taką okazję. Plecak, którego nigdy nie spodziewał się użyć. Zawierał rozmaite przyrządy pomiarowe, narzędzia, pożywienie i wodę. Aren wyjął plecak z szafy i wraz z całym ekwipunkiem skierował się do kokpitu.

Gdy zasiadł w fotelu pilota, zarys planety był już wyraźnie widoczny za przednią szybą. Pozostawało tylko czekać.

- Mam dla ciebie nowe informacje - zagaiła Sara, gdy już rozsiadł się wygodnie.

- Zamieniam się w słuch.

- Planeta jest skalista. Zdecydowanie bardziej skalista niż większość zamieszkiwanych przez ludzi światów.

- Co przez to rozumiesz?

- Poziom gleb jest krytycznie niski. Miejsca, na których cokolwiek mogłoby wyrosnąć, są nieliczne.

- Ale jest tam woda?

- Oczywiście. Nawet całkiem sporo. Jest jednak zlokalizowana głównie pod ziemią, nie licząc sporadycznie występujących jezior i rzek.

- Flora?

- Uboga, choć rośliny, które wykryłam, mają niemal identyczną charakterystykę do tych znanych ludzkości.

- Ciekawe... - Aren nie wiedział jeszcze, co o tym myśleć.

- Podobnie z fauną. Dane wskazują na to, że stworzenia zamieszkujące tę planetę są równie pospolite.

Mężczyzna skrzyżował ręce na piersi. Przekazane przez Sarę wieści nie miały sensu. Jaka była szansa, że na drugim końcu galaktyki żyją takie same zwierzęta jak na Ziemi? Zwłaszcza że - jak wspomniał komputer - powierzchnia planety różniła się od tej, na której rozwijało się znane mu życie.

- Atmosfera?

- Jest trochę mniej tlenu, ale będziesz mógł swobodnie oddychać. W powietrzu nie wykryto szkodliwych substancji.

- A grawitacja?

- 0,85g. Poczujesz się lżejszy.

- Świetnie!

- Niech to nie uśpi twojej czujności. Teraz pora na główny news.

- Zamieniam się w słuch. - Aren oparł się o fotel, zaplatając ręce za głową.

- Trzy różne modele badawcze potwierdziły, że planetę zamieszkują istoty... człekokształtne.

Niemal zerwał się z fotela.

- Pokaż mi te dane!

- Proszę - odpowiedziała Sara, wyświetlając na ekranie ciąg znaków oraz trójwymiarowy model - do złudzenia przypominający człowieka. Aren wpatrywał się w niego przez dłuższy czas, nie wierząc własnym oczom.

- Co to za modele?

- Chcesz poznać nazwy encyklopedyczne?

- Nie. Powiedz mi, jak działają, jaka jest ich skuteczność, no wiesz... czy można im ufać.

- Modele analizują szczegółowy skład organizmu istoty i na jego podstawie dopasowują potencjalny szkielet, układ mięśni i tkanek. Mogą z dużym prawdopodobieństwem oszacować, że na przykład istoty chodzą na dwóch nogach...

- Oszacować?

- Tak. Powierzchnię planety spowija gęsta mgła, stąd wykonanie dokładnych zdjęć jest obecnie niemożliwe. Dlatego dostępne są jedynie szacunki na bazie tego, co wykryła sonda.

- Czyli reszty przyjdzie mi się dowiedzieć na miejscu?

- Na to wygląda. Lepiej się przygotuj. Nie jestem w stanie stwierdzić, na jakim poziomie rozwoju są te istoty.

O tym Aren nie zdążył jeszcze nawet pomyśleć. Jeśli mieszkańcy planety o sygnaturze T-PL-84906 przewyższali go technologicznie, mógł mieć problem. Jeśli zaś ich rozwój był, dajmy na to, na poziomie pierwotnym, także mogli nie zareagować na niego przyjaźnie. Szanse na to, że znajdują się na etapie cywilizacyjnym pozwalającym na swobodną i skuteczną komunikację, były niewielkie.

- Masz dla mnie jakieś rady?

- Na początku unikaj kontaktu. Wylądujemy w miejscu, gdzie nikogo nie ma. Rozejrzyj się po planecie. Gdy tylko wyczujesz zagrożenie, wróć na statek.

Aren podrapał się po brodzie. Jego głowę zaprzątały dziesiątki niedających się uporządkować myśli. Już za chwilę miał nawiązać kontakt z obcymi i, na co wskazywały wyniki badań, rozumnymi istotami. Mimo lat studiów, nauki, czytania fachowej literatury i wreszcie kursów przygotowawczych do programu Horyzont... nie był na to gotowy.

*

Gdy tylko statek wszedł w atmosferę, pojawiły się turbulencje, czyli zjawisko, którego trudno doświadczyć podczas podróży przez kosmiczną próżnię. Aren poczuł, jak zakręciło mu się w głowie. Dzięki regeneracyjnej kroplówce nie odczuwał już skutków kaca, a mimo to zebrało mu się na wymioty. Wstrzymał oddech i złapał się za brzuch w nadziei na to, że uda mu się zapobiec tragedii. Wydalenie z siebie treści żołądka w ten sposób, tuż przed pierwszym w historii spotkaniem z obcą cywilizacją, byłoby cokolwiek niefortunne. Po kilkunastu minutach, które dla niego były niczym wieczność, turbulencje ustały i organizm pilota się uspokoił. W dodatku mgła, która do tej pory ograniczała widoczność niemal do zera, zaczęła się przerzedzać.

Niedługo potem Aren całkowicie zapomniał o wcześniejszych trudach podróży, bowiem widoczność poprawiła się na tyle, że jego oczom ukazała się powierzchnia planety. Uczucie, które temu towarzyszyło, trudno przyrównać do czegokolwiek innego. Nawet wprawieni piloci doświadczali ekscytacji na widok nieznanego im lądu. Aren czytał kiedyś o żeglarzach, którzy w epokach starożytnych odkrywali nowe lądy na Ziemi. Zachwycał się tymi archaicznymi historiami, próbując odgadnąć, jakie wrażenia mogły towarzyszyć tym ludziom. Wreszcie, po raz pierwszy w życiu, miał okazję przeżyć coś podobnego i to doznanie było niesamowite.

Schodząc coraz niżej, zorientował się, że na powierzchni zdecydowanie dominował skalisty krajobraz. Z początku wyglądało to tak, jakby w ogóle nie było na niej wody, z czasem jednak udało mu się dostrzec kilka niewielkich akwenów i pojedyncze rzeki wijące się pomiędzy górskimi przełęczami. Równie skąpa była ilość terenów zalesionych oraz łąk. Gdzie okiem sięgnąć rozciągały się skaliste, wyjałowione przestrzenie, przetykane wysokimi górskimi szczytami. Musiał przyznać, że planeta nie sprawiała wrażenia przyjaznej rozwojowi inteligentnego życia, ale mogła posiadać jakieś niezwykłe zasoby naturalne ukryte pod ziemią. Nie mógł się doczekać, aż pozna bliżej faunę i florę tego miejsca.

Statek osiągnął na tyle niski pułap, że należało zacząć rozglądać się za odpowiednim terenem do wylądowania. Problem polegał jednak na tym, że górzysta, nierówna powierzchnia nie pozostawiała zbyt wiele płaskiej przestrzeni, by statek mógł bezpiecznie osiąść. Aren był więc zmuszony do długotrwałego krążenia i szukania choćby odrobiny nadającego się na lądowisko miejsca. Powoli stawało się to nużące i już niemal stracił wiarę w to, że takowe znajdzie. Zaczął myśleć, że będzie musiał wracać na orbitę, gdy wreszcie dostrzegł niewielką dolinę położoną u stóp sporego wzniesienia. Dolina tylko z początku była w miarę płaska, później zaś teren znów się wznosił i opadał niczym postrzępiona kora drzewa. Aren ocenił jednak, że powinno mu się udać tam wylądować. Wprowadził współrzędne do sytemu i niecierpliwie patrzył, jak autopilot wykonuje manewr. Kilkanaście minut później ryk silnika ustał i statek osiadł swobodnie na powierzchni planety.

Mężczyzna wstał z fotela, z zaskoczeniem stwierdzając, że nogi ma jak z waty. Najwyraźniej dopiero teraz zaczynał odczuwać stres, jaki towarzyszył mu przez cały czas. Poprawił skafander, sprawdził, czy wszystko znajduje się na swoim miejscu, włącznie z plecakiem oraz pistoletem u pasa, i ruszył w stronę wyjścia z pojazdu.

- Powodzenia - odezwała się Sara, która od wejścia w atmosferę pozostawała zaskakująco milcząca.

- Przecież będziemy mieli kontakt. - Astronauta zmarszczył brwi.

- Ale nie pomogę ci z dala od statku. Będziesz zdany na siebie.

Słowa te, choć wypowiedziane przez maszynę, wprawiły go w osłupienie i dały mu do myślenia. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak przydatnym narzędziem była Sara i że na pokładzie bardzo mu pomagała. Gdy jednak znajdzie się poza maszyną, będzie musiał polegać wyłącznie na sobie oraz sprzęcie, który zabierze. Uczucie to było obce i dalece niepokojące.

- Uważaj na siebie - dorzuciła Sara, na co Aren jedynie skinął głową.

Drzwi śluzy otworzyły się z obu stron. W atmosferze dekompresja nie była potrzebna, więc chwilę później mężczyzna postawił pierwszy krok na podeście opadającym na ziemię. Zanim zdecydował się zejść na dół, Aren stanął na szczycie trapu i niczym zdobywca objął wzrokiem okolicę. Nie była zbyt przystępna, zaś krajobraz był dokładnie taki, jak przedstawiał się z góry. Właściwie wyglądał nawet gorzej. Z wysuszonej, jałowej ziemi wyrastały pojedyncze kępy trawy, nieliczne drzewa były chore i bezlistne lub całkowicie wyschnięte. Całość dopełniał przygnębiający obraz wznoszących się wokół nagich skał oraz unoszących się nad nimi gęstych chmur. Krajobraz był iście apokaliptyczny i Arenowi przyszło do głowy, że ktokolwiek zamieszkuje tę okolicę, raczej nie ma zbyt wielu powodów, by cieszyć się życiem. Ta myśl wprawiła go w przygnębienie. Szybko jednak się z niego otrząsnął i górę wzięło pragnienie odkrywania nowego świata. Dziarsko zszedł z trapu i postawił stopę na powierzchni nowo odkrytej planety.

Kiedy już obszedł statek dookoła i zapoznał się z najbliższym krajobrazem, zaczął coraz śmielej spacerować po okolicy. Na razie nie dostrzegł żadnych śladów życia poza rosnącą gdzieniegdzie trawą. To zresztą już samo w sobie stanowiło potwierdzenie, że na planecie występuje przynajmniej roślinność. Zdecydował się skierować w dół doliny, gdzie góry zdawały się coraz niższe.

Ostrożnie stawiając kroki, Aren posuwał się naprzód. Oddalając się od statku, odczuwał coraz większy niepokój, jednocześnie przekonując się, że planeta, po której powierzchni przyszło mu stąpać, jest łudząco podobna do tych zamieszkiwanych przez ludzi. Jak dotąd nie odkrył żadnych przejawów egzotycznej roślinności, napotykając jedynie kępy traw, sporadyczne paprocie oraz porastający trawę mech. Nagle coś przykuło jego uwagę. Stanął jak wryty, uważnie przyglądając się miejscu, w którym odnotował szybki ruch. Przykucnął i zamarł w bezruchu, obserwując. Po chwili dostrzegł w skalnej rozpadlinie... jaszczurkę. Przyjrzał jej się uważnie i z całą pewnością stwierdził, że była to właśnie jaszczurka. Nie obca forma życia, nie jakiś mały kosmita, ale zwyczajna, ziemska jaszczurka koloru błota. Zwierzę zatrzymało się na chwilę, po czym zniknęło w malutkiej jaskini.

Zjawisko to dało Arenowi do myślenia. Od wieków naukowcy zastanawiali się, jak wyglądałoby życie na obcej planecie o parametrach podobnych do ziemskich. Kilka planet posiadających atmosferę udało się skolonizować, ale całość tamtejszej fauny i flory pochodziła z Ziemi i przybyła tam razem z kolonistami w ramach terraformacji. Tutaj jednak sytuacja była inna. Według wszelkiej wiedzy, którą posiadał Aren, planeta T-PL-84906 nie była nigdy zasiedlona przez ludzi. Czyżby więc życie miało wszędzie wyglądać tak samo? Trudno było w to uwierzyć, choćby biorąc pod uwagę fakt, że biosfera samej Ziemi była niesłychanie różnorodna.

- Kosmiczna jaszczurko - powiedział Aren sam do siebie, wszak zwierzątko dawno już się ulotniło. - Nadaję ci unikalną nazwę. Od dziś będziesz godzillą.

Mężczyzna musiał powstrzymać wybuch śmiechu. Ten przypływ wesołości przypomniał mu o niedawnym kacu, po którym jego organizm już nie zdradzał śladów. Pomyślał, że może to zasługa tutejszego powietrza i obniżonej grawitacji i na jego twarzy zagościł uśmiech. W zasadzie poczuł się całkiem pewnie. Widok jednej małej jaszczurki sprawił, że Aren odzyskał odwagę, która od miesięcy była uśpiona i zamknięta w stalowo-aluminiowej puszce, przez twórców programu Horyzont nazwanej statkiem kosmicznym.

Godzilla. Sara byłaby dumna z nadanej przez niego nazwy.

Ruszył dalej. Towarzyszył mu dobry humor, zaś strach opuścił go niemal całkowicie. Wraz ze strachem zniknęła widocznie czujność, bo gdy zza skalnych wyłomów wyskoczyły uzbrojone w karabiny postacie, Aren wpadł w absolutny stupor.

Jego serce niemal stanęło, tętno spadło drastycznie. Z początku zupełnie nie rozumiał, co się dzieje. Później, gdy odzyskał nieco przytomności, cieszył się, że tak go zmroziło, bo w przeciwnym razie mógłby zrobić coś bardzo głupiego.

- Stać! - Tubalny głos poniósł się echem po skalnym kanionie.

Stać? No pewnie, że stać. Przecież stoję - myślał gorączkowo Aren. Nawet nie przyszło mu do głowy, żeby sięgnąć po zawieszony za pasem pistolet laserowy. Nie był przecież żołnierzem, do cholery!

- Wyjmij broń i rzuć ją na ziemię! Powoli!

Wyjmij broń i rzuć ją na ziemię. Powoli. Wyjmij broń... Jasna cholera, dlaczego ja to rozumiem? - Do Arena początkowo nie docierał sens sytuacji, w jakiej się znalazł. Dopiero gdy usłyszał więcej słów, zorientował się, że słyszy język angielski!

Jak to możliwe?!

Nie miał przecież ze sobą żadnego translatora. A nawet gdyby miał, to nie istniał translator, który na bieżąco tłumaczyłby język obcej, nigdy wcześniej niespotkanej cywilizacji. Do takiego przedsięwzięcia trzeba by zespołu uzdolnionych lingwistów, sprawnych algorytmów i ogromnej mocy obliczeniowej.

A jednak, cholera, ci goście mówią do mnie po angielsku.

Napastnicy najwyraźniej nie byli w takim szoku jak on, ponieważ gdy przez dłuższy czas nie reagował na ich polecenia, zaczęli powoli iść w jego stronę, zaś lufy ich karabinów niebezpiecznie zbliżały się do jego twarzy.

- Rzuć broń! - powtórzyli, tym razem bardziej stanowczo. Aren wciąż nie mógł wydusić z siebie słowa, ale pokiwał głową i wolno sięgnął po pistolet, chwytając go w taki sposób, by nie sprawiać wrażenia, że chce go użyć. Upuścił broń na ziemię i kopnął w ich stronę. Jeden z mężczyzn schylił się po nią i podnosząc, przyglądał się tak, jakby po raz pierwszy w życiu widział coś takiego. Korzystając z okazji, Aren również przyjrzał się ich karabinom. Wyglądały inaczej... dziwnie. Zupełnie jakby pochodziły z innej epoki. Modele wydały mu się nie tyle przestarzałe, co wręcz archaiczne. Sprawiały wrażenie, jakby nie były laserowe. Czy to możliwe? Broń na fizyczne pociski wycofano z produkcji ponad sto lat temu, a z wyposażenia armii wyszły jeszcze dawniej. Nie zmieniało to jednak faktu, że nadal była to śmiercionośna broń i nie miał ochoty przekonywać się na własnej skórze o jej sprawności.

- Masz coś jeszcze przy sobie? - zapytał jeden z mężczyzn.

Pokręcił głową, choć za chwilę tego pożałował, w plecaku miał bowiem nóż. Zanim jednak zdążył zareagować, podeszli i dokładnie obmacali jego skafander. Zdjęli mu również plecak, ale na razie nikt do niego nie zaglądał.

- Pójdziesz z nami - oznajmił jeden ze zbrojnych, prawdopodobnie dowódca. Aren posłusznie wykonywał polecenia i już po chwili prowadzili go w dół doliny. Cały czas czuł wycelowane w siebie lufy karabinów.

Aren był tak zaaferowany, że nie zorientował się, ilu ich dokładnie było, przez co nie mógł stwierdzić, czy któryś z nich odłączył się od grupy. Jeśli tak, to było więcej niż pewne, że znajdą jego statek. Nie odszedł przecież daleko.

Tylko nie to - pomyślał. Odkrycie statku byłoby tragedią. Jeśli go uszkodzą, nigdy nie opuści tej planety. A ta, jak się okazało, nie była chyba specjalnie gościnnym miejscem.

Przez dobre kilkadziesiąt minut poruszali się szybkim tempem, przemierzając jałową dolinę. Roślinność nie zmieniała się ani o jotę, wciąż widział jedynie kępy suchych traw i jakieś badyle. Brakowało również jakichkolwiek zwierząt, nawet ptaków. Życie na tej planecie musiało być wyjątkowo ubogie, zaś krajobraz wciąż pozostawał równie przygnębiający, co na początku.

Wreszcie dotarli do kamienistych wzgórz, przez które prowadził szeroki na około dwa metry kanion. Szli zatem gęsiego. Dwóch mężczyzn idących z przodu zawiesiło karabiny na plecy. Ten będący najbliżej niego wciąż trzymał go na muszce. Trzech czy czterech pozostałych szło w bezpiecznej odległości za nimi. Bał się obejrzeć, by ich policzyć.

Żeby tylko nie znaleźli statku - myślał gorączkowo. Tempo, które narzucili, było dość dziarskie, widać było zresztą, że prowadzący go mężczyźni byli wysportowani i umięśnieni. Ubrani byli dość nietypowo, trudno mu było porównać ich stroje do czegokolwiek, co w życiu widział, jednak... nie różniły się aż tak bardzo od ziemskich. Być może mogły przypominać coś, co nosiło się kilkaset lat temu na jakiejś odległej kolonii. Skórzane kurtki i pasy, spodnie z miękkiego materiału, do tego szmaciane przepaski na barkach i nakrycia głowy przypominające ni to hełmy, ni to czapki. Czyżby byli czymś w rodzaju wojska? Ich stroje nie były jednolite, choć na przepaskach wyszyto symbole, których nie był w stanie rozpoznać. Ten, który się do niego wcześniej odzywał, miał ubranie wyraźnie lepszej jakości od innych. Symboli na jego przepasce również było więcej. Aren wywnioskował więc, że musiał to być ich dowódca.

Nic do niego nie mówili, nie rozmawiali także między sobą i ta cisza stawała się już nieznośna. Wreszcie postanowił przezwyciężyć strach i zapytał:

- Dokąd mnie prowadzicie?

Odpowiedziało mu milczenie. Ponowił więc pytanie, ale w zamian dostał tylko kuksańca w plecy. Postanowił, że więcej się nie odezwie, mając nadzieję, że tam, dokąd idzie, uzyska więcej informacji. W końcu gdyby chcieli go zabić, zrobiliby to od razu. A co, jeśli będą go brutalnie przesłuchiwać? Może będą chcieli poddać go wymyślnym torturom? A może nawet go zjedzą? Ciarki przeszły mu na samą myśl o tym, szybko jednak skarcił się w duchu za niepotrzebną fantazję. Będzie co będzie. Wiele wskazywało na to, że te istoty to zwykli... ludzie. W dodatku ludzie mówiący po angielsku, zatem chyba nie mogła to być żadna obca cywilizacja? Najpewniej są to jacyś bandyci, którzy przypadkowo znaleźli się na tej planecie, albo uciekinierzy... tylko skąd?

Kolonizacja na własną rękę nie tyle była surowo zakazana, co wymagała ogromnych środków, którymi nie dysponowały żadne pozapaństwowe organizacje. Planet takich jak ta, zdolnych samoistnie podtrzymać życie, było w galaktyce tragicznie mało, a te nadające się do terraformacji wymagały nie tylko potężnych nakładów finansowych, ale też technologicznych, a przede wszystkim czasu. Jeśli planeta, na której się obecnie znajdował, została kiedyś poddana kolonizacji, to niemożliwe, by nie widniała w bazie, do której miał dostęp. Zresztą gdyby widniała, algorytm nigdy by go tutaj nie skierował. Skąd zatem ci ludzie się tutaj wzięli? Jak to możliwe, by w tak ogromnym kosmosie trafił na... no właśnie - na kogo? Pytania się mnożyły, a odpowiedzi brakowało.

Szli dalej i Aren zaczął powoli się męczyć. Ostatnie miesiące spędził głównie na siedzeniu, jedzeniu i piciu alkoholu. Miał niewielką siłownię na statku, korzystał z niej jednak zdecydowanie za rzadko. Zaniedbany organizm zaczął dawać o sobie znać, a mężczyźni jak na złość nie chcieli zwalniać tempa marszu.

- Daleko jeszcze? - spytał.

- Zamknij się i idź. - Szybka odpowiedź zaskoczyła Arena, ale bynajmniej go nie ucieszyła. Dokąd go prowadzili? Kanion zdawał się ciągnąć w nieskończoność i nigdzie nie było widać śladów cywilizacji.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.