Plaże inwazji w Normandii. Pejzaż i historia - Andrzej Łapiński

Kup ebooka

40.00 zł
30.80 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Normandia przyciąga w osobliwy sposób. Tę niejednokrotnie zasłyszaną we Francji opinię potwierdziły również moje doświadczenia. Początkowo sadziłem, iż podobnie Francuzi określają każdy z popularnych wśród turystów region kraju i jako wytrawni plenerowi turyści mają ku temu uzasadniony powód. Nic dziwnego, kraj nad Sekwaną natura obdarzyła obfitością przyrodniczo-geograficznej różnorodności, z której czerpią garściami na długo przed rozpoczęciem oficjalnego sezonu wakacyjnego. Dla każdego coś miłego i to w skali wzbudzającej zwykle kłopotliwy wybór, ot embarras de choix [franc. "zakłopotanie wyborem" - przyp. red.], nużący ból głowy z powzięciem decyzji, dokąd tym razem i którym to dziełom natury dać się duchowo obezwładnić. Rozważania na temat Normandii raczej nie wzbudzą takiej rozterki; przeciwnie, kto z Francuzów nie odwiedził krainy Normanów do tej pory, z pewnością to wnet uczyni. Dwie zasadnicze okoliczności stanowią ku temu powód: plenerowe walory nadmorskiej krainy obejmującej ramionami Zatokę Sekwańską (Baie de la Seine) i przebogaty aspekt jej historii z wyraźnie zarysowaną cezurą 6 czerwca 1944 roku. Tego dnia Normandia stała się kolebką nie tylko wyzwolonej i scalonej po wojennym rozdarciu Francji, ale i odrodzonej Europy. Dziesięciolecia po inwazji armii sprzymierzonych pamięć o tamtych dniach nawet o jotę nie straciła na znaczeniu i co istotne, młode pokolenia nie tylko europejskich nacji ochoczo obierają ten kierunek swoistej turystycznej pielgrzymki, przydającej letnim wakacjom rześkiego powiewu duchowej refleksji. Owej sugestywnej dwoistości doświadczyłem w Normandii podczas dokumentacji do książki. Podczas intensywnej podroży z niezbędnym namiotem potwierdziłem tam swoje wyobrażenia i oczekiwania drzemiące we mnie od młodości, kiedy to podświadomość uwodziło samo romantyczne brzmienie słowa "Normandia". W podróży nie doszukiwałem się jedynie pierwiastków turystycznej atrakcyjności tamtejszego wybrzeża, intensywnie zmieniającego barwną optykę słynnych kąpielisk w zależności od cyklów morza i stopnia letniego przepełnienia. Nie chodziło mi też o wymarzoną do rozmyślań relaksującą ciszę, spowijającą przestrzenie bezludnych wydm, rozwiewaną szelestem szorstkich traw, ani o przyjemność czerpania głęboko do płuc powiewów wiatru podrywających się na krawędziach wysokiej falezy, skąd wzrok wydaje się sięgać daleko poza morski widnokrąg. Było jeszcze coś, co prowadziło mnie tam intuicyjnie i niczym duchowy kompas wiodło od miejsca do miejsca: to wyczuwalne fluidy intrygującej, normandzkiej historii, tradycji i kultury, zakonserwowane w kamiennych murach dosadnych domostw, posiadłości i pałaców, których oryginalnej architektury i mentalnego charakteru na darmo by szukać w innych rejonach Francji. Nie rozmiłowałem się w aurze tutejszych miast, choć każde jest enklawą poruszającej historii, ale osobliwych pierwiastków szukałem poza nimi, bowiem prawdziwa Normandia, zakorzeniona w minionych wiekach, to Normandia prowincjonalna, oddzielona przestrzenią łąk od ośrodków nadmorskiego wypoczynku, egzystująca niejako na uboczu; cicha, skąpana w zieleni i kwiatach, dostojna i zadbana, pielęgnująca znamiona współczesności przesiąknięte konserwatywnym dziedzictwem przeszłości. Klucząc w podróży między oboma światami - zrelaksowaną aurą nadmorza i osadami, wioskami i miasteczkami potomków Normanów - śledziłem losy i ślady alianckiego desantu 6 czerwca roku 1944 wiedziony wskazówkami niepozornego w treści przewodnika Patrice'a Boussela Guide des Plages du Débarquement, nabytego przypadkowo na prowincjonalnym jarmarku nieopodal Chartres. Owe ślady i wspomnienie epokowej inwazji w Normandii troskliwie zachowano, otoczono opieką, obdarzono najwyższym poważaniem i wyeksponowano w sposób godny podziwu. Ich trasą poprowadzi niniejsza wycieczka.

Wydarzenia alianckiego desantu w Normandii to przedsięwzięcie imponujące i zwrotne w dziejach historii ludzkości. Frazę tę powtórzę raz jeszcze na wstępie następnego rozdziału, bowiem na palcach jednej ręki z trudem doliczymy się równie skomplikowanych operacji militarnych zaplanowanych na tak niebotyczną skalę, wykorzystującą tak gigantyczną liczbę sprzętu, dokonanych z tak niebywałą determinacją i w równie krótkim czasie, i co najważniejsze, zgodnie z jej założeniami radykalnie i z powodzeniem odmieniającą katastroficzny kurs historii. Warte będzie to ponownego zaznaczenia.

Militarny rozmach alianckich działań zapoczątkowanych 6 czerwca 1944 roku i ich wynik przebudowujący każdy aspekt europejskiej sceny politycznej to powody, dla których normandzka przygoda powinna znaleźć się w karnecie polskiego turysty doceniającego w podróżach nie tylko przymioty krajobrazowego piękna, ale i osadzone w nim intrygujące wątki owej przeszłości. Współczesności nadają one głębszej, humanistycznej i edukacyjnej treści. Co więcej, klimat proponowanej wycieczki bez wątpienia przebiegnie w aurze wielodniowej, aktywnej, urozmaiconej eskapady.

Z kadrów dokumentalnych filmów z okresu inwazji spoglądają twarze młodzieńców w brytyjskich i amerykańskich hełmach; spadochroniarze poprawiają sobie nawzajem ciężki ekwipunek i usadawiają się w wąskich kadłubach samolotów transportowych i szybowców; żołnierze jednostek pieszych palą nonszalancko przed kamerą, beztrosko uśmiechają się w jej kierunku; barki desantowe płyną bryzgane morskimi falami i fontannami pobliskich eksplozji; żołnierze brną do francuskiego brzegu w wodzie po pas, w niej giną pierwsi z nich, inni padają na piasku nieopodal. Tempo kadrów nie zwalnia, gdy widzimy ich sumiennie opatrywanych przez sanitariuszy, transportowanych do polowych szpitali bądź spoczywających na uboczu, nieruchomo, z twarzami okrytymi białym suknem czy skrawkami munduru. Potem znowu uśmiechy do kamery i nadal beztrosko wydmuchiwany dym papierosowy, jakby w międzyczasie nic istotnego się nie stało. Niewidoczna pozostaje też głęboka zmiana dokonana w sfilmowanych kolumnach marszowych, które podczas kolejnych dni i tygodni walk o Normandię, w obliczu niepomiernych ran, kalectwa i śmierci, zmieniły się w "kompanie braci" - tymi słowami weterani tych wydarzeń opisywali duchową wspólnotę zawiązaną we własnych szeregach. Wycieczka poprowadzi tropami owych młodzieńców. Znajdziemy na niej także ślady polskich żołnierzy i chociaż nie lądowali w pierwszej fazie operacji Overlord, to podczas kolejnych normandzkich batalii zapisali się w pamięci Francuzów wielkim i głęboko docenionym bohaterstwem. Wizyta na największym w Europie Zachodniej polskim cmentarzu wojskowym w Urville-Langannerie zakończy wieloetapową trasę wycieczki.

Przebieg wydarzeń Dnia-D i przytoczone epizody w Plażach inwazji w Normandii są opisane w sposób ramowy, bez wnikania szczegółowo w ich skomplikowaną materię historyczną. To podejście zamierzone i uzasadnione. Gdyby autor zdecydował się na dogłębne zbadanie ich natury, kładąc główny nacisk na dobór warstwy dokumentacyjnej, książka stałaby się jedynie kolejnym poligonem ścierających się sprzecznych nierzadko poglądów i punktów widzenia na ów pamiętny dla świata dzień. Cóż, niejednokrotnie bezpośredni uczestnicy walk i świadkowie prezentowali odmienne stanowiska w ocenie tego samego wydarzenia. Owo "badawcze" podejście skutecznie przesłoniłoby niezwykle ważkie przesłanie zawarte w książce, a jest nim zachęta do wielce relaksującej, krajobrazowej przygody o interesującym podłożu edukacyjnym, prowadzącej do zakątków normandzkiego wybrzeża, gdzie owi młodzi alianccy żołnierze stawiali pierwsze kroki, wnieśli pierwsze powiewy wolności, które też odsłaniając się przed ich oczami, dla wielu pozostały ostatnimi kadrami tak wcześnie przerwanego życia... W naszych sercach ponownie je im przywrócimy.

Aspekt wojny to jedna strona proponowanej przygody. Drugi, równie istotny, równorzędny, to wspomniana przed chwilą aktywna turystyka krajoznawcza, zmierzająca do poznania serca Normandii, dokładniej departamentu Dolnej Normandii (Basse-Normandie). Obydwie tematyki wspaniale się uzupełniają: ciekawość historii i miejsc inwazji jest pretekstem do eksploracji nie tylko modnego i świetnie zagospodarowanego turystycznie wybrzeża morskiego, ale w równej mierze wyśmienitą okazją do wniknięcia w głąb normandzkich regionów Calvados i Manche oraz zetknięcia się ze wzorowo zachowanym światem ich tradycji i unikalnej kultury. Uosabia ją już wspomniana, świetnie zachowana, zamaszysta architektura ziemskich posiadłości i przestronnych budynków wiejskich, wykonywanych z tego samego, jasnego kamienia wapiennego, który osłonecznionym normandzkim wioskom i osadom nadaje iście śródziemnomorskiego kolorytu i temperatury. Owe zabudowania osłaniają mury z tego samego budulca wznoszące się nierzadko na wysokość trzech-czterech metrów, prowadzące zaś pomiędzy nimi drogi przenoszą nas w realny świat późnego średniowiecza. Wizualna nowoczesność normandzkich miasteczek i wiosek jest wprawnie limitowana, a w oczy rzuca się nawyk dbałości o pielęgnowany detal i zachowany zabytek. Nierzadko urbanistyczna przestrzeń przywołuje na myśl scenografie do filmowych baśni. Nie inaczej wygląda niespieszny rytm miejscowego życia dyktowany tradycyjnymi przerwami na poobiednią sjestę. Przygotujmy się więc na urzędy, sklepy i recepcje campingów zamknięte we wczesnych godzinach popołudniowych.

Wstępem do marszruty każdego z siedmiu etapów wycieczki jest fraza ­Kilka słów przed wyruszeniem w trasę..., zawierająca zwięzły opis mających tam miejsce działań militarnych. Dodatkowe informacje i szczegóły pojawiają się przy okazji wskazywanych postojów i miejsc istotnych dla przebiegu wydarzeń w Normandii. Dotyczy to epizodów walk, krótkiej charakterystyki niemieckich umocnień obronnych, zarekomendowania ekspozycji muzealnych itp.

Zaprezentowana trasa poszczególnych etapów nie unika dróg podrzędnych, niekiedy bocznych, nawet polnych; wręcz przeciwnie: poszukuje na nich większego zasobu ciekawostek obyczajowych i krajobrazowych podnoszących smak wycieczki. Obaw nie powinny więc wzbudzić wąskie dróżki wiodące równinami pól.

Wytłuszczona czcionka podkreśla obowiązujące w danym momencie kierunki podróży, tzn. numery dróg i miejscowości docelowych, do których aktualnie zmierzamy. Wytłuszczona kursywa dotyczy głównie nazw ulic, którymi w danej chwili podążymy, natomiast zwykła kursywa oznacza informacje dodatkowe, jak np. nazwy obiektów istotnych dla zachowania orientacji w terenie. Wyróżnienia te pozwalają łatwiej dostrzec w tekście kluczowe słowa dla płynnego przebiegu wycieczki.

W przypadku opisanych obiektów pamięci, pomników i tablic pamiątkowych, stanowiących przewodni wątek wycieczki, widnieją również wytłuszczone nazwy francuskie zawarte w nawiasach. To niejako milowe kamienie naszej podróży.

Powtarzane w akapitach z regularną monotonnością zwroty typu "po x km...", "około x km dalej...", "na pierwszym skrzyżowaniu..." czy też "rondo opuścimy x zjazdem", nie są skutkiem szczupłego zasobu słów, ale prostym, schematycznym sposobem klarownego zorientowania w terenie, uświadomienia dystansów na najbliższych odcinkach i utrzymania właściwego kierunku podróży. Podobnie z np. logicznie niefortunnym sformułowaniem "skrzyżowanie przecinamy na wprost" używanym z rozmysłem, by tym dobitniej podkreślić zalecany kierunek jazdy.

Niemal każda miejscowość na trasie wycieczki oraz każdy obiekt istotny dla opowieści o Dniu D jest opatrzony koordynatami GPS. Przyda się nam on na wypadek zmiany proponowanej trasy wycieczki w rezultacie dowolnego wyboru czy też w przypadku jej zgubienia (np. nieprzewidziane objazdy itp.). Współrzędne GPS widnieją przy nazwach miast spodziewanych na trasie i wskazują centrum aglomeracji lub lokalizację interesującego nas tam obiektu, tak więc koordynaty miejscowości i miejsca naszego zainteresowania mogą się pokrywać. Pamiętajmy jednak, że GPS posiada tyle samo zalet, co wad, a niepoparte mapą kierowanie się jego wskazaniami może wyprowadzić na manowce. W celu utrzymania historycznej logiki wycieczki zalecam więc trzymanie się kolejności tekstowych objaśnień przejazdów. Niewątpliwie wspomoże nas w tym mapa regionu, którą nabędziemy na większych stacjach benzynowych w Normandii i tamtejszych księgarniach. W celu utrzymania płynności podróży sugeruję, by osoba towarzysząca odczytywała kierowcy kolejne wskazówki prowadzące krok po kroku od miejsca do miejsca lub też wcześniejsze nagranie fragmentów trasy na dyktafon i odsłuchiwanie ich na bieżąco podczas podróży.

Opis trasy wycieczki zawiera wskazania kierunków na rondach i skrzyżowaniach, ale należy wziąć pod uwagę, iż infrastruktura francuskich dróg to materia niezwykle żywa i nieustannie modernizowana. Z tego powodu może się zdarzyć, iż opisane w tekście niektóre klasyczne skrzyżowania dróg i ulic zastąpiono w międzyczasie układem ronda. Nie powinno to jednakże dezorientować, bowiem kierunki i cyfrowe oznaczenia tras pozostają te same. Miejmy też świadomość, iż historia D-Day to nie miniona przeszłość, ale i dzisiejsza codzienność, ponieważ podczas kolejnych rocznic desantu pojawiają się nowe pomniki i inauguruje się pamiątkowe tablice tamtych wydarzeń, stopniowo także zmienia się otoczenie dotychczasowych miejsc pamięci: zarządy miejskie i gminne nieustannie dbają o ich wyróżnienie, wzbogacając np. o pomocne panele informacyjne, historyczne eksponaty plenerowe itp. Ich braku w opisie proszę nie uważać za uchybienie autora.

Poszczególne etapy wycieczki nie określają niezbędnego czasu na ich pokonanie. Pozostawmy to indywidualnym preferencjom i dysponowaniu czasem zgodnym z potrzebami i oczekiwaniami. Regiony Calvados i Manche oferują niezliczone atrakcje aktywnego bądź pasywnego wypoczynku, których pokusy nie uda się uniknąć, tak więc dłuższy, najmniej kilkunastodniowy przedział czasu poświęcony proponowanej wycieczce jest raczej pewny.

Z zamiłowania do wakacji pod namiotem autor poleca tę formę wycieczki na plaże inwazji, jednakże proszę wziąć pod uwagę, iż zadowalająca liczba campingów, satysfakcjonujących zarówno oszczędnych, jak i poszukujących kosztowniejszej wygody w plenerze, nie jest gwarancją uzyskania miejsca pod namiot ot tak "prosto z drogi". Wakacyjny sezon w Normandii to wielce popularna, międzynarodowa marka sama w sobie. Dla pewności zalecana jest więc wcześniejsza, zwykle bezpłatna rezerwacja. Strona internetowa www.campingfrance.com pomoże dokonać tego zabiegu, proponując menu w językach: francuskim, angielskim, niemieckim i hiszpańskim.

Życzę Państwu wycieczki obfitującej w miłe sercu przygody, pozytywne doznania i poszerzoną wiedzę. Życzę, by na ścieżkach dalekich od utartych szlaków Normandii niezawodnie prowadził Państwa kompas ciekawości i wtórował mu szelest migawki fotograficznego aparatu.

Andrzej Łapiński

Chartres, Francja

Przed inwazją

Alianci

Inwazja 6 czerwca roku 1944 w Normandii należy do niewielu dokonań na przestrzeni ludzkości, którego określenie "zwrotnym w dziejach historii" nie wzbudzi dyskusji. Sukces militarny aliantów stał się przełomowym w rozbiciu pożerającej świat dyktatury faszyzmu. Front sprzymierzonych, niczym lemiesz buldożera, zepchnął hitleryzm do jego kolebki i w Norymberdze oddał pod sąd autorów największej ludzkiej tragedii współczesnej Europy. Na fakt ten należy jednak spojrzeć dużo szerzej, bowiem powodzenia całej operacji Overlord nie można rozpatrywać w oderwaniu od wydarzeń na froncie wschodnim, gdzie ofensywa radziecka nieustannie uginała słabnące linie Wehrmachtu w seriach krwawych, niekończących się walk. Związanie tam kolosalnej liczby 157 dywizji niemieckich rokowało strategiczne powodzenie operacji na drugim krańcu Europy. Od wybuchu wojny niemiecki sztab generalny sumiennie rozważał karty rozgrywane przy pokerowym stole II wojny światowej i nie sądził, by po tragicznych dla USA skutkach poprzedniej, kraj ten miałby najmniejszą ochotę ponownie wtrącić się do porządkowania europejskiego bałaganu. Japoński atak na Flotę Pacyfiku w Pearl Harbour spalił te oczekiwania na panewce: Stany wkroczyły na scenę światowej wojny i rozpoczęły intensywny proces zbrojeń. Chociaż dla prezydenta Roosevelta batalia na Pacyfiku nosiła status priorytetu, to jasne było, że wnet amerykańska potęga zagrozi strategicznej pozycji Niemiec. Wzmocnienie zachodnioeuropejskiej flanki Wehrmachtu stało się więc dla Hitlera koniecznością, a wybrana metoda - wznoszone od 1943 roku umocnienia Muru Atlantyckiego - zdawały się ponad miarę spełniać wszelkie wymagania obrony w przypadku inwazji z terenu Wielkiej Brytanii. Morska bariera i wybrzeże usiane fortyfikacjami napawały Führera pewnością siebie na tyle wysoką, by obronę odcinka wybrzeża Holandii i Francji powierzyć "tylko" 59 dywizjom.

U progu lata 1944 roku Wehrmacht i Rosjanie ścierali się niczym dwa potężne młyńskie koła, gdy rankiem 6 czerwca na plaże Normandii wybiegli alianccy żołnierze. To nie tylko dzień wielkiej ulgi dla okupowanej Francji i nadziei dla Europy, ale przede wszystkim długo oczekiwana otucha dla Armii Czerwonej i odpowiedź sprzymierzonych na naciski Stalina o uruchomienie frontu zachodniego. Rozbicie na Białorusi, na początku tego samego lata, Grupy Armii Środek rozkruszyło militarną spójność III Rzeszy i wprowadziło ją w wir wydarzeń, których odśrodkowe siły nie pozwoliły utrzymać pod kontrolą. Doceniając bojową determinację niemieckich jednostek i dyscyplinę, którą Wehrmacht zachowywał w ekstremalnych sytuacjach, alianci na długo przed inwazją wprowadzili strategię długoterminowego kruszenia jego wojennego zaplecza. Regularne bombardowania newralgicznych rejonów Niemiec dezorganizowały wojenny przemysł III Rzeszy i osłabiały jej zdolność do odbudowy strat ponoszonych zarówno na frontach, jak i na zapleczu. Poza tym związano ją zażartymi walkami we Włoszech, usidlając tam silne jednostki tak teraz potrzebne gdzie indziej. Pozytywnie wyklarowała się też sytuacja na morzu, bowiem przewaga Royal Navy nad Kriegsmarine, uzyskana w rezultacie ofiarnej bitwy o Atlantyk, to kolejny z atutów prowadzący do sukcesu największej w dziejach wojen morskiej operacji desantowej. Nosiła ona kryptonim Neptun i stanowiła pierwszą fazę operacji Overlord - strategii ataku prowadzącego do wyzwolenia Normandii i rejonów północno-zachodniej Francji. Flota 6 939 okrętów wojennych i statków handlowych sprzymierzonych bander, w przewadze angielskich, amerykańskich i kanadyjskich, ale i francuskich, norweskich, polskich, greckich i holenderskich, stworzyła inwazyjną armadę, której świat w takiej skali pewnie już nie zobaczy.

Zdobycie 6 czerwca 1944 wysuniętych przyczółków w Normandii i umocnienie się aliantów w pasie wybrzeża to jeszcze nie zwycięstwo, a jedynie jego kruchy, o niczym nieprzesądzający zalążek. Walczące tam jednostki wymagały regularnego zaopatrzenia sprzętowego i uzupełnień w ludziach, dostarczanego noc i dzień kanałami żeglugowymi i powietrznymi; potrzebowano dostępu do nowych lotnisk polowych i portowych przystani, rozwiniętej siatki polowych szpitali, bezpiecznej ewakuacji rannych do Anglii, kolosalnych ilości paliwa... O te wszelkie aspekty prowadzenia wojny w najdrobniejszych detalach zadbano w opracowaniach operacji Overlord. Równie szczegółowe dyspozycje, jednakże dotyczące podwyższonej gotowości bojowej na wypadek ataku z terenu Wysp Brytyjskich, dowództwo niemieckie rozesłało dużo wcześniej do wszystkich garnizonów odpowiedzialnych za niezawodność gniazd oporu w strukturze Altantikwall - Muru Atlantyckiego. W zgodnych opiniach dowódców odcinków dopilnowano tu wszystkiego, choć w wielu obiektach prace kontynuowano.

Jak pokazały kolejne dni i tygodnie, finałowe powodzenie w bitwie o Normandię to nie tylko heroizm żołnierzy na pierwszej linii frontu, budzonych każdego dnia do kolejnej serii zmagań z niemal pewną śmiercią, piszących w przerwach walk sentymentalne listy do bliskich, za chwilę zmagających się z wrogiem w wymianie ognia na odległość lub nierzadko w brutalnej walce wręcz; Normandia to także hart ducha tysięcy ludzi ze służb na odległym zapleczu frontu, wytrwałości marynarzy na pozornie bezpiecznym już morzu i lotników każdej z formacji podrywanych co chwilę do lotów podczas dnia i nocy - wszyscy oni, bez wyjątku, stawili czoła ciągłemu niebezpieczeństwu, skrajnemu napięciu, poczuciu odpowiedzialności i potrzebie nadludzkiego wysiłku porównywalnego z heroizmem żołnierzy na pierwszej linii ognia. Obraz współgrających wtedy ze sobą odczuć trwogi i radości, aktów barbarzyństwa i bohaterstwa, bezsilności i nadnaturalnych czynów doskonale opisuje porównanie Normandii do współczesnego Armagedonu, gdzie starły się ówczesne moce Dobra i Zła. Poprzedziły go wzajemne podchody i taktyczne rozgrywki mające zwieść przeciwnika w jego strategicznych analizach. Tu i tam szpiegowano, obserwowano, wnikliwie badano najdrobniejsze szczegóły ujawniające słabe punkty adwersarza. Obliczu czysto wojskowych posunięć towarzyszyły też nie mniej poważne manewry polityczne.

Dnia 12 lutego roku 1944 naczelny dowódca Alianckich Ekspedycyjnych Sił Zbrojnych, generał Dwight Eisenhower, otrzymał polecenie wejścia do Europy i podjęcia, wraz z sojusznikami, operacji militarnych prowadzących do rozbicia III Rzeszy. Dzień ten wieńczył trzyletni okres dyplomatycznych, międzypaństwowych uzgodnień wiodących do scementowania wspólnej, międzynarodowej decyzji. Wynikały z niej gigantyczne, wielorakie wyzwania: ekonomiczne to przemodelowanie całego sektora przemysłu zbrojeniowego Anglii i Stanów Zjednoczonych, militarne natomiast to niezbędne przejęcie szlaków morskich i powietrznych między USA i Wielką Brytanią będących pod kontrolą Kriegsmarine i Luftwaffe. Zadanie klęski wilczym stadom U-Bootów podczas bitwy o Atlantyk miało przełomowe znaczenie. Pod koniec roku 1943 Wehrmacht osłabł również na lądzie i w powietrzu, a potencjał industrialny Niemiec topniał z każdym kolejnym nalotem na okręgi przemysłowe. W tym czasie działania Japończyków na Dalekim Wschodzie i Pacyfiku zmusiły Amerykanów i po części też Brytyjczyków do przerzucenia tam znacznych sił. Nie można było też dłużej zwlekać z podjęciem wojskowej współpracy z ZSRR, bowiem Stalin nalegał na uruchomienie drugiego frontu odciążającego jego wyczerpane armie.

Sprzymierzeni z jednej strony jednoczyli się ideą walki ze wspólnym wrogiem, z drugiej - zasadniczo różnili koncepcjami jej poprowadzenia. Narady sztabowe każdego niemal szczebla służyły ścieraniu się buńczucznej i imperialnej postawy Brytyjczyków i amerykańskiego woluntaryzmu, ale, co najważniejsze, w słownych potyczkach nie tracono z pola widzenia naczelnego celu, a przynajmniej nie tracili go Franklin Delano Roosevelt i Winston Churchill. Po dokonaniu inwazji w Afryce Północnej w listopadzie 1942 przyszli alianci spotkali się w styczniu roku następnego w Casablance i naszkicowali zarys epokowej operacji planowanej na rok 1944. Funkcję COSSAC - Szefa Sztabu Dowództwa Wojsk Sprzymierzonych (Chief of Staff to the Supreme Allied Commander) powierzono wtedy brytyjskiemu generałowi Frederickowi Morganowi. Podczas konferencji w Waszyngtonie obie strony zatwierdziły stan liczebny wojsk i zakres wyposażenia oddanych do dyspozycji generała Morgana. W trybie pilnym przygotował on wstępny projekt operacji o kryptonimie Overlord. Jego autorzy zyskali obustronny i nieograniczony dostęp do wszelkich tajemnic wojskowych dotyczących nie tylko operacji morskich dokonanych do tej pory, ale również aktualnie toczonych, w tym też planowanych. Wnikliwie przeanalizowano wszelkie aspekty świeżej w pamięci operacji Jubilee - nieszczęsnego Rajdu na Dieppe z sierpnia 1943 roku, zakończonego zdziesiątkowaniem kanadyjskiej dywizji.

Pod uwagę brano trzy możliwe rejony desantu we Francji: najbliższe z Anglii plaże Pas-de-Calais, Normandię i wybrzeże Bretanii, która jako pierwsza odpadła ze względu na zbyt duże oddalenie. Pas-de-Calais wyeliminowano w drugiej kolejności, jako pomysł strategicznie zbyt oczywisty. Pozostała Normandia z plażami regionu Calvados i Manche oraz atutem dużego portu morskiego Cherbourg. Pierwsza zatwierdzona koncepcja alianckiego dowództwa zakładała desant w obrębie Zatoki Sekwańskiej z udziałem 3 dywizji wspieranych jednostkami spadochronowymi na każdym skrzydle. Bez sensownej odpowiedzi natomiast pozostawały dwa istotne pytania: jak zagwarantować całej operacji tak wielką liczbę jednostek pływających oraz kto personalnie będzie nią dowodził? Konsensus osiągnięto w grudniu roku 1943: na stanowisko dowódcy Alianckich Sił Ekspedycyjnych w Europie powołano generała Dwighta Eisenhowera, natomiast podległe mu rodzaje wojsk objęli Brytyjczycy: siły lądowe powierzono generałowi Bernardowi Montgomery'emu (Bernard Montgomery został awansowany do stopnia marszałka dopiero w dniu 1 września roku 1944, tak więc w opisie działań czasu inwazji w Normandii będziemy posługiwać się jego aktualnym wtedy stopniem generalskim), morskie - admirałowi Bertramowi Ramsayowi, lotnictwo przejął marszałek Trafford Leigh-Mallory. Sugestie Montgomery'ego wniosły istotne poprawki do planu operacji Overlord i na początku roku 1944 siły desantowe powiększono o dodatkowe trzy dywizje piechoty. Teatrem nadchodzącej bitwy miało stać się normandzkie wybrzeże podzielone na pięć sektorów. Skrajny, wschodni sektor Sword Beach wyznaczał port Ouistreham. Dalej na zachód, po przestrzenie półwyspu Cotentin, wydzielono kolejno Juno Beach, Gold Beach, Omaha Beach i Utah Beach.

Brytyjski marszałek, sir Alan Francis Brooke, szef imperialnego sztabu generalnego, wielce niepokoił się o przebieg oczekiwanych wydarzeń. W przede­dniu inwazji zapisał: "Ciężko mi, jak myślę o tej operacji. W najlepszym wypadku będzie ona daleka od oczekiwań większości ludzi niedoceniających wszystkich trudności. Co gorsza, może stać się ona największą klęską tej wojny"1.

W Dniu D alianci ruszali za kanał pewni, iż zadbali o wszystko; Niemcy w tym czasie uszczelniali Altantikwall, upewniając się o jego niezawodności.

Wehrmacht

W porównaniu z zaangażowaniem potencjału militarnego na froncie wschodnim siły Wehrmachtu na zachodzie Europy wydawały się mocno uszczuplone, co naturalnie nie świadczyło o ich niezdolności powstrzymania zamorskiej interwencji. Naczelne Dowództwo Zachód (Oberkommando West), czyli formacje Wehrmachtu we Francji, Belgii i Holandii, miał pod sobą Feldmarschall Karl von Rundstedt. Oficer starej daty, mocno zniechęcony do Hitlera i nazywający go "nadętym czeskim kapralem" - epitetem, jaki Führerowi ukuł prezydent Republiki Weimarskiej, marszałek Paul von Hindenburg. Rundstedtowi zarzucano, iż niezbyt ambitnie dbał o techniczny poziom podległych mu jednostek. Szef jego sztabu, general Günther Blumentritt, często ubolewał nad niedostatkiem pojazdów zmotoryzowanych, bowiem w szerokim zakresie dywizje zachodnie nadal używały konnych zaprzęgów. Co więcej, naloty alianckie regularnie dewastowały tu infrastrukturę obronną i zaplecze armijne, w efekcie czego spadły rezerwy paliwa, amunicji i części zamiennych do uzbrojenia. Paraliżowane linie komunikacyjne wydłużały okresy uzupełnień i napraw zniszczonego sprzętu, niejednokrotnie je wręcz uniemożliwiając. Niedostatek pojazdów mechanicznych wymuszał na oddziałach pieszych długie i wyczerpujące marsze, co w rezultacie odbijało się na aktualnej sprawności bojowej. Inny aspekt stanu niemieckiego wojska na Zachodzie to ściągnięte tu do odbudowania jednostki mocno przetrzebione przez Rosjan. Niedobór w ludziach kompensowano w nich poborem wśród jeńców wojennych podbitych krajów lub oficjalnie zwerbowanych cywilów, tworząc odesłane później do Francji tzw. Osttruppen - pułki i bataliony złożone w przewadze z żołnierzy rosyjskich, gruzińskich, Ukraińców czy też Polaków. Przykładem jest 21 batalionów "rosyjskich", podległych 7 Armii Wehrmachtu (7. Armeekorps). Zastrzeżenia wzbudzały również inne aspekty uzbrojenia pozostające pod zarządem Oberkommando West, w tym artyleria nabrzeżna, która po części stanowiła bolączkę całego Muru Atlantyckiego. Wielu sugerowało nowocześniejsze dozbrojenie w tej kwestii, wskazując na wysoki współczynnik obsadzenia go bronią ciężką wyprodukowaną jeszcze na długo przed I wojną światową, jak i zbyt różnorodną, zdobytą podczas kampanii w Polsce, Francji, Norwegii i Rosji. Przeciwwagę tak widzianych minusów w atlantyckiej linii fortyfikacji stanowiły natomiast świetnie wyekwipowane jednostki pancerne SS stacjonujące w prowincji Calvados w ostatnich dniach wiosny roku 1944. Przekonanie o pewności niemieckich pancerniaków wynikało tu z przeświadczenia o wysokiej sprawności i skuteczności własnego sprzętu, a wysokie morale płynęło z uroków sielskiego, normandzkiego krajobrazu, tutejszej kuchni i nieprzebranych zapasów calvadosu - tradycyjnego tutaj i doskonałego jabłkowego brandy.

Niemal wszyscy niemieccy generałowie Oberkommando der Wehrmacht - Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu - wskazywali rejon plaż Pas-de-Calais jako optymalny dla alianckiego ataku na Europę. Zaledwie kilku z nich nie podzielało tej opinii i przestrzegało przed Normandią, ale nie wpłynęło to na zmianę błędnych ocen. Przy Pas-de-Calais mocno obstawał sam Adolf Hitler, choć momentami wydawał się podzielać sugestie mniejszości. Na wszelki wypadek zdecydował, że Feldmarschall Erwin Rommel - sławny Lis Pustyni - uda się do Normandii w celu inspekcji umocnień Muru Atlantyckiego. Ambicjonalne tarcia między marszałkami Rundstedtem i Rommlem, wynikające z odmiennych taktyk wobec hipotetycznego desantu w Normandii, zmusiły Führera do przejęcia na siebie uprawnień wyłącznego dysponowania podległych im do tej pory doborowych jednostek pancernych SS. Okoliczność ta odegrała fundamentalną rolę w przebiegu wydarzeń pierwszego dnia batalii o normandzkie plaże.

Wymienione bolączki armii niemieckiej we Francji, choć ukazują jej słabe punkty, to w najmniejszym stopniu nie przesłaniają atutów, a właśnie one wzbudzały wysokie obawy alianckiego wywiadu. Znaczna liczba niezwykle groźnych dział Flak kalibru 88 mm (Flugzeugabwehrkanone) i pułki czołgów Pantera (Panzerkampfwagen V Panther) oraz Tygrysów (Panzerkampfwagen VI Tiger) stanowiły oręż nie tylko niebezpieczny, ale przede wszystkim nieobliczalny, w doświadczonych rękach wysoce śmiercionośny. Nieustannie akcentowano fanatyzm, nieustępliwość i brawurę niemieckich żołnierzy. Bonaparte twierdził, że jeden wprawiony w walce żołnierz wart jest dziesięciu bez bitewnego doświadczenia. Owych "wprawionych", głównie wysokiej klasy podoficerów, Wehrmacht posiadał w dużej liczbie i wciąż szkolił nowych, na bieżąco zaprawiając ich w boju. W okresie wiosny roku 1944 wprowadził w szeregi dużo więcej doświadczonych walką podoficerów panujących nad zamętem pola bitwy, aniżeli udało się to Anglikom i Amerykanom. Innymi słowy front wschodni, pomimo ponoszonych tam strat, rekompensował ubytki wartkim dopływem chętnych do walki rekrutów i bardzo intensywnie wzmacniał szarże podoficerskie, niezwykle ważne w przełomowych fazach bitew. Rzutowało to na sprawność, z jaką armia niemiecka zabliźniała rany i zwierała szyki żołnierzy gotowych do walki do ostatniego naboju. Do takich należeli między innymi Michael Wittmann, samotnie rozbijający swoim Tygrysem natarcie brytyjskiej 7 Dywizji Pancernej (7th Armoured Division) oraz Hans von Luck, którego postawa skomplikowała przebieg alianckiej ofensywy Goodwood. Kilka słów więcej na temat obu niemieckich oficerów powiemy na siódmym etapie wycieczki.

Mur Atlantycki liczył prawie 3 900 kilometrów długości, mając początek w Norwegii (Festung Norwegen), opatrywał plaże Holandii, Belgii i Francji i kończył się na granicy francusko-hiszpańskiej. Podczas inspekcji Muru na początku roku 1944 Rommel doszedł do wniosku, że istniejące instalacje obronne nie są wystarczające i należy je wzmocnić, a nawet rozbudować. Organizacja Todt zabrała się za budowę kolejnych Widerstandsnests - punktów oporu składających się z mniejszych lub większych zespołów żelbetowych bunkrów, usytuowanych w linii wybrzeża i w głębi lądu. Wyposażono je w armaty ciężkiej i lekkiej artylerii polowej, działa przeciwpancerne, ufortyfikowane stanowiska ciężkich karabinów maszynowych, moździerzy. Gniazda oporu otaczały pola minowe i przeszkody terenowe paraliżujące animusz natarcia piechoty i pojazdów pancernych wroga. Te ostatnie kapitulować miały również na linii masywnych murów przeciwczołgowych bądź przeciwczołgowych dołów. Jednostkom morskim zagrażały gęsto rozsiane miny pływające, bezpośredni zaś pas wybrzeża, rytmicznie odsłaniany i zalewany wodami przypływów, zapełniono lasem pochylonych ku morzu pali z ładunkami wybuchowymi, tworzących zaporę do niszczenia nawodnych jednostek pływających. Na ryzyko poważnych zniszczeń wystawiono alianckie szybowce desantowe eskadr transportowych, bowiem drągi i pale, nazwane "szparagami Rommla" (niem. Rommelspargel), wbijano tysiącami na przestrzeniach pół i łąk, ograniczając do minimum tereny potencjalnych lądowisk. Na bezpośrednim zapleczu normandzkiego Muru zalano gigantyczne przestrzenie łąk i pól, tworząc bagniste akweny i tym samym kolejny sektor terenowych przeszkód nie do przebycia. Aby sprostać tak solidnie "nafaszerowanej" niespodziankami obronie wybrzeża, alianci zmuszeni zostali do przygotowania nietypowych rozwiązań i zapewnienia nowatorskich odmian sprzętu zmechanizowanego zdolnego do stawienia czoła wszelkim formom ufortyfikowania i naturalnym przeszkodom terenowym.

Bunkier obserwacyjny baterii WN48 / Longues-sur-Mer

Pole widzenia bunkra obserwacyjnego baterii WN 48 / Longues-sur-Mer

Brytyjczycy i Amerykanie rozszyfrowali niemieckie i japońskie systemy kodowe i mieli nieskrępowany wgląd w treści depesz dyplomatycznych między Berlinem i Tokio. W skali wojskowej to nieoceniony atut, służący uprzedzaniu działań wroga i nieustanne ustawianie go w narożniku. Abwehrze - niemieckiemu wywiadowi - los już tak szczęśliwie nie sprzyjał, ale bez dyskusji można przyjąć tezę, iż gdyby Wehrmacht dysponował szerszym zakresem informacji wywiadowczych, powstrzymałby aliantów na plażach Normandii. Głębiej posunięta infiltracja środowisk brytyjskiego społeczeństwa przez wywiad Abwehry dałaby jej z pewnością wystarczający zasób informacji prowadzących do właściwych konkluzji. Brytyjski kontrwywiad w dużym stopniu panował nad bezpiecznym obiegiem informacji wojskowych i do tego dysponował obszerną wiedzą o niemieckiej siatce wywiadowczej na Wyspach. Co więcej, zdemaskowanie jej przebiegło bardzo "umiejętnie", a przeciągnięty na drugą stronę agent o pseudonimie Garbo - Hiszpan Juan Pujol - karmił wkrótce Abwehrę informacjami utwierdzającymi sztab generalny Rzeszy o spodziewanej inwazji w rejonie Pas-de-Calais. Kontrolowany, sukcesywny wypływ tym szlakiem "tajnych" danych wpleciono w przygotowania operacji Overlord. Również Niemcy nie pozostawali w tyle, montując obraz własnej infrastruktury obronnej nie zawsze zgodny ze stanem faktycznym. Dezinformacja i podstęp w okresie wiosny 1944 stały się więc dla obu stron orężem nie mniej ważnym, jak nowoczesny rodzaj broni oddany w ręce żołnierzy. Jak pokazały późniejsze wydarzenia, to właśnie drobiazgowo przygotowane i szeroko posunięte zwiedzenie legło u podstaw alianckiego sukcesu w Normandii, a wprowadzenie niemieckiej machiny wojennej na fałszywy trop okazało się majstersztykiem. Doskonałym przykładem walki wywiadów, dezinformacji i gry pozorów okazała się operacja Fortitude, przeprowadzona na niespotykaną do tej pory skalę. Na jej potrzeby stworzono zupełnie nową, niezwykłą armię - amerykańską 1 Grupę Armijną (First United States Army Group), wyposażoną w setki czołgów, pojazdów opancerzonych, armat i samolotów transportowych, szybowców... Wywiad Rzeszy skrupulatnie analizował dane o jej rozmieszczeniu i aktywności, nie orientując się, iż wielkim nakładem czasu i sił studiuje amerykański sprzęt bojowy wykonany z elementów nadmuchiwanych, sklejki i materiałów pokryciowych, wiernie oddających wygląd prawdziwego sprzętu zmechanizowanego. First United States Army Group rozlokowano w dziesiątkach baz rozprzestrzenionych na wybrzeżu naprzeciw Calais. Tysiące makiet regularnie przenoszono z miejsca na miejsce, symulując manewry i ruchy jednostek szykujących się do większej akcji. Zintensyfikowana komunikacja radiowa między nimi sugerowała podniesiony stan gotowości bojowej, a mianowanie jej szefem generała Pattona (przeniesionego tu karnie między innymi za spoliczkowanie żołnierza), w opinii niemieckiego sztabu najgroźniejszego z alianckich dowódców, bezsprzecznie dowodziło desantu kierowanego na Pas-de-Calais. Podobne przedsięwzięcie dywersyjne, nazwane Fortitude Nord, przeprowadzono w Szkocji, gdzie usadowienie fikcyjnej 4 Armii sugerowało również inwazję na Norwegię.

Informacje o Normandii spływały do brytyjskiego wywiadu w najróżniejszy sposób i w tej materii wykazano sporo pomysłowości. Przykładem są apele emitowane przez BBC do brytyjskich słuchaczy o przysłanie widokówek ze spędzonych tam przedwojennych wakacji. Porównania z aktualnymi zdjęciami lotniczymi potrafiły wiele powiedzieć. La Résistance - francuski ruch oporu - ze swojej strony notowała postępy prac na Murze Atlantyckim, śledziła ruchy jednostek okupacyjnych w rejonie nadmorza i sprawozdawała o ich posunięciach na dalszym zapleczu. Zdjęcia lotnicze prowincji Calvados i Manche trafiały na stoły alianckich analityków rozbierających na czynniki pierwsze szczegóły obiektów obronnych i przeszkody terenowe. Zgodnie z analizami sugerowano sztabowi użycie jednostek określonego typu i specjalistycznego sprzętu. Nocami na normandzkich plażach wyłaniali się z morza nurkowie i odwiertami pobierali z nich próbki gruntu dla oceny trwałości podłoża, tak niezbędnej dla desantu ciężkiego sprzętu pancernego. W pozyskiwaniu informacji nie pomijano nawet najdrobniejszych nowinek. Wreszcie nastąpił dzień, kiedy machina inwazji nie mogła już być zatrzymana, a o chwili włączenia jej pierwszego biegu miał zdecydować nie generał Eisenhower, a meteorolog.

W przeddzień desantu alianci dysponowali większością niezbędnych informacji służących najlepszemu z możliwych przygotowaniu epokowej kampanii. Dnia 5 czerwca roku 1944 o godzinie 23.15 radio BBC nadało drugą część strof "Piosenki jesiennej" (Chanson d'automne) Paula Verlaine'a, skierowaną do francuskiego ruchu oporu. La Résistance otrzymała sygnał ruszenia tak długo oczekiwanej inwazji.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1 A. Brooke, War Diaries 1939-1945, Phoenix Press 2002, s. 554 (pod datą 5 czerwca 1944). Wszystkie cytowane fragmenty zostały przetłumaczone przez autora.

Etap pierwszy - Bitwa o mosty

Kilka słów przed wyruszeniem w trasę

Wieloetapową wycieczkę śladami historii walk na plażach Normandii proponuję rozpocząć w Caen - mieście o strategicznym znaczeniu dla obu walczących podczas wojny stron: dla aliantów był to klucz do powodzenia dalszej kampanii na terenie Francji i Europy Zachodniej, klucz do bram III Rzeszy; dla Niemców natomiast - najważniejszy z rygli blokady utrzymującej sprzymierzonych w pasie plaż Normandii, gdzie pomimo pierwszych sukcesów i zepchnięcia wroga do defensywy ich pozycja strategiczna nadal wydawała się krucha i nie do końca wyklarowana. Aby przełamać ów stan niepewności w bitwie o Normandię, by zagwarantować pozycję bezsprzecznie nadrzędną wobec nieprzyjaciela, obie strony nie przebierały w środkach i każda z nich płaciła z góry monetą najdroższą - życiem żołnierzy. Paradoks polegał na sile klinczu, którego nie można było popuścić; na szalach historii wolność i demokracja niepewnie ważyły się ze śmiercionośną dyktaturą. Nieprzemijającym rachunkiem wystawionym potomności w tamtych dniach są starannie utrzymane cmentarze wojenne Normandii, które jeszcze przez kolejne dziesięciolecia będą świadczyć o największej ofierze złożonej w imię odniesionego tutaj zwycięstwa. Na płytach nagrobnych wojskowych cmentarzy, niczym na kartach tragicznej powieści, czytamy nazwiska niezapomnianych bohaterów, idących odważnie i z uśmiechem, jak pokazują dokumentalne filmy, na spotkanie z wojennym przeznaczeniem. Nasza podróż tymi samymi szlakami powiedzie w zgoła odmienny sposób; historia da nam asumpt do intensywnej, normandzkiej przygody krajobrazowej, a pejzaże rozbudzą apetyt na niuanse historii. Poruszmy więc na chwilę jej skarbiec i poznajmy fakty z najdalszej przeszłości Caen, które zrodziło się z przemożnego pragnienia władzy jednego z normandzkich książąt - Wilhelma. Jego życie to pasmo zwątpień i słabości młodości, której doświadczał, nosząc przydomek Bękarta, po późniejszą sławę budzącego respekt księcia, następnie zdobywcy Anglii i jej króla.

Zamek książęcy w Caen / Château Ducal de Caen

W roku 1060 Wilhelm ukończył budowę Château1 Ducal - zamku książęcego - wokoło którego rozkwitało Caen. Sześć lat później zebrał flotę, popłynął na Wielką Brytanię. Dnia 14 października 1066 roku pokonał w bitwie pod Hastings króla Harolda II, który legł na polu walki. Narodził się nowy władca Anglii - Wilhelm Zdobywca - Guillaume le Conquérant, jak nazywali go Normanowie, i William the Conqueror dla Saksonów. Zamek książęcy przetrwał od tamtych czasów, stanowiąc rezydencję nie tylko dla normandzkich książąt, ale i angielskich królów. Rozbudowali go do formatu jednej z największych fortyfikacji obronnych Europy. Upływ wieków manipulował przeznaczeniem zamku, który z prestiżowej roli fortecy królewskiej zredukowano niegdyś do roli rekruckich koszar. Dawną świetność fortecy spostrzegamy z daleka w potędze jej murów i baszt; inne jej zachowane atuty należy wyśledzić podczas interesującego spaceru do ich wnętrza. Przekraczając bramy fortecy, odkryjemy przestrzenie oddane architekturze średniowiecznej przeszłości: odrestaurowanemu kościołowi Świętego Grzegorza z początku XI wieku (Église Saint-Georges), ruinom barbakanu zniszczonemu w roku 1793, murom Starego Pałacu (Le Vieux Palais), la terrasse d'artillerie... Historyczne sale oddano ekspozycjom Musée de Normandie i Musée des Beaux-Arts (Muzeum Sztuk Pięknych), okolicznościowym wystawom wielorakiej tematyki, wypełniono gwarem tematycznych spektakli. Pomimo mocno zaakcentowanej tu współczesności, teren château to miejsce nieustannych prac renowacyjnych i czynnych poszukiwań archeologicznych, bowiem skarbnica jego tajemnic na długo jeszcze pozostanie niespenetrowana.

Zatem w drogę!

Wycieczkę do plaży inwazji w Normandii rozpocznijmy więc w historycznym sercu Caen, u stóp Château Ducal de Caen, przy rozległej fontannie na ulicy Esplanade de la Paix (49.188781, -0.363807), oddzielającej wjazd do château od kompleksu nowoczesnych budynków Université de Caen. Aby tam dojechać, należy okrążyć zamek, kierując się wskazaniami na Ouistreham / Car Ferry.

Od momentu, kiedy miniemy budynki uniwersytetu po lewej stronie i ruin zamku po prawej, kierujmy się na wprost, przetnijmy skrzyżowanie na światłach i podążmy Rue Léon Lecornu. Nitka ulicy, która wnet zmieni się w Avenue Georges-Clemen­ceau, poprowadzi nas prosto na dystansie prawie 2 km. Wskazany kierunek to nadal Ouistreham / Car Ferry. Osiągniemy rondo, które opuścimy 2 zjazdem, wjeżdżając na dwupasmową trasę D 515 / Ouistreham / Car Ferry. Przejedziemy pod mostem trasy krajowej N 814 i trzymajmy się lewej strony drogi.

Po około 6 km zauważymy tablicę informującą o zjeździe na Bénouville 800 m dalej. Pojawi się również interesująca nas nazwa Memorial Pegasus.

Zjedziemy na trasę D 514 / Bénouville. Po wjechaniu w granice Bénouville, na rondzie prosto, 2 zjazd w kierunku Ranville.

Avenue du Commandant Kieffer prowadzi prosto do historycznego mostu Pegaza - Pegasus Bridge / Pont de Pégasus (49.242527, -0.274584) - przerzuconego nad kanałem Caen (Canal de Caen a la Mer). Przejedźmy na drugą stronę kanału i skręćmy w pierwszą ulicę na lewo, na parking Muzeum Pegasus (Mémorial Pégasus) (49.242958, -0.271905).

Wróćmy pieszo przez most.

Po drugiej stronie kanału Caen znajdują się dwie restauracje. Na frontowej ścianie Café Gondrée widnieje tablica pamiątkowa o treści: "Pierwszy dom we Francji wyzwolony w ostatniej godzinie 5 czerwca 1944 roku przez Oxfordshire and Buckinghamshire Light Infantry z 6 Brytyjskiej Dywizji Powietrzno­desantowej pod dowództwem majora R. Johna Howarda" (informacja na tablicy wydaje się mglista, bowiem w końcówce nocy 5 czerwca spadochronowa jednostka desantowa dopiero startowała z terenu Anglii, a zrzut rozpoczął się krótko po północy 6 czerwca - o tym dalej). Po drugiej stronie ulicy szwedzkie działo przeciwlotnicze Bofors 40 mm jest niejako punktem orientacyjnym restauracji Les 3 Planeurs (Trzy Szybowce). Bywalcy Bénouville zdziwią się, bowiem wcześniej odnajdywali tu angielski czołg Centaur IV - zabytek dni inwazji. Nie odszedł on jednakże w niepamięć, przeciwnie, pieczołowicie odrestaurowany i jak nowy, prosto z linii zbrojeniowego zakładu, trafił do parkowej ekspozycji Mémorial Pégasus. Spójrzmy na most, zanim przejdziemy przez rzekę i odkryjemy unikalne eksponaty muzeum.

Café Gondrée / Bénouville

Pegasus Bridge (49.242475, -0.274409)

Most zwodzony w Bénouville wybudowano w 1934 roku. W tej kategorii mostów była to konstrukcja unikalna pod względem systemu unoszenia trapu mostu. W roku 1960, ze względu na poszerzenie koryta wodnego kanału de Caen, most przedłużono o pięć metrów. W roku 1993 zastąpiono go nowym i wygodniejszym, zachowując jednakże zewnętrzną sylwetkę zabytkowego. Doświadczony wojną most zdemontowano i złożono na spoczynek niespełna sto metrów dalej, by pewnego dnia, za symbolicznego jednego franka, przekazać zabytek powstałemu muzeum Mémorial Pegasus.

Most Bénouville był pierwszym mostem we Francji zdobytym podczas inwazji. Popularniejsza jego nazwa to Pegasus Bridge (franc. le Pont Pégase). Nadano mu ją na cześć wyzwolicieli - spadochroniarzy brytyjskiej 6 Dywizji Powietrznodesantowej (6th Airborne Division), na której rękawach mundurów widniał emblemat uskrzydlonego Pegaza. Wzięli oni udział w operacji desantowej o kryptonimie Deadstick, o kilka godziny poprzedzającej inwazję wojsk alianckich na plaże Normandii. Jej cel zakładał opanowanie mostów Bénouville na rzecznym kanale Caen oraz oddalonego o 500 metrów mostu Ranville na rzece Orne. Dla brytyjskich oddziałów desantowych, lądujących w Dniu D na Sword Beach, stanowiły one w późniejszej fazie bitwy o Normandię jedyną możliwość szybkiego rozwinięcia działań militarnych w kierunku wschodnim. Po przejęciu obiektów rola spadochroniarzy wydawała się jeszcze trudniejsza: za wszelką cenę musieli odeprzeć spodziewane kontrataki niemieckie, a mosty utrzymać do chwili nadejścia posiłków z pobliskiej Sword Beach. Odbicie mostów przez Wehrmacht groziło kontratakiem na lewe skrzydło desantujących aliantów i w konsekwencji zniweczeniem założeń operacji Overlord. Trudność planu Deadstick pomnażały wcześniejsze doniesienia wywiadu o minerskim okablowaniu mostu w Bénouville zaobserwowanym przez członków Résistance, najwyraźniej w celu jego zniszczenia. Desant poprzedziły więc miesiące szczegółowych przygotowań ataku na ten obiekt w oparciu o zdjęcia lotnicze i szczegółową makietę mostu.

Dnia 5 czerwca 1944 roku o 22.56 z bazy RAF-u Tarrant Rushton w południowej Anglii, bombowce typu Halifax wyholowały nad kontynent 6 szybowców transportowych typu Horsa ze 181 żołnierzami 6 Dywizji Powietrznodesantowej (6th Airborne Division). Podstawę grupy uderzeniowej stanowili spadochroniarze Kompanii D 2 Batalionu pułku Lekkiej Piechoty Oxfordshire & Buckinghamshire (Oxfordshire & Buckinghamshire Light Infantry). Formacja minęła kanał La Manche siedem minut po północy, a desant nad Bénouville rozpoczął się dziewięć minut później, o 00.16 6 czerwca. Pomimo ciemności i powały chmur bezbłędnie osiągnięto miejsce zaplanowanego lądowania. Pierwszy szybowiec znieruchomiał zaledwie 50 metrów od mostu Bénouville, dwa kolejne niecałe 100 metrów dalej. Misją dowodził major John Howard, cywilnie oficer policji z Oxfordu.

Załogę mostu Bénouville stanowiło 50 żołnierzy z 736 Pułku Grenadierów 716 Dywizji Piechoty Wehrmachtu (736 Grenadier-Regiment 716 Infanterie-Division). Niemal wszystkich zaskoczono we śnie. Trzymający wartę Gefreiter Helmut Romer był przekonany, że pobliski hałas to spadający ogon bądź skrzydło angielskiego bombowca zestrzelonego nad Caen i fakt ten zbagatelizował. Oprzytomniał, dostrzegając z przerażeniem nadbiegających napastników o twarzach poczerniałych farbą maskującą. Wszczął alarm, ale na skuteczną obronę było za późno. Część spadochroniarzy skierowała się do bunkra u wjazdu na most i unicestwiła go dwoma granatami wrzuconymi do wnętrza; czterdziestu innych wbiegło na most z zadaniem zabezpieczenia jego przeciwległego krańca. W tym samym czasie saperzy przecinali przewody detonacyjne. Jak się potem okazało, Niemcy mostów nie zaminowali. Odpowiedzialny za ich ochronę Major Hans Schmidt nie zrobił tego w obawie przed groźbą sabotażu miejscowych partyzantów. Przeznaczone do tego celu ładunki wybuchowe spoczywały w pobliskim blokhauzie.

Akcja zajęcia mostu Bénouville trwała tylko 10 minut. 12 skoczków raniono, poległo dwóch ludzi: starszy żołnierz Fred Greenhalgh utonął w pobliskim stawie, gdy jego szybowiec przełamał się na pół i wpadł do wody - to pierwsza ofiara śmiertelna inwazji - natomiast porucznik Den Brotheridge zmarł śmiertelnie raniony w wymianie ognia na moście. Porucznik był pierwszym żołnierzem alianckim zabitym z ręki wroga w ramach operacji Overlord. Major Howard założył stanowisko dowództwa w domu należącym do rodziny Gondrée. Stamtąd, zgodnie z ustaleniami, radiotelegrafista Edward Tappenden wielokrotnie wysłał płynącym ku Sword Beach okrętom desantowym lakoniczną wiadomość: "Ham and Jam" ("szynka i konfitury"). W istocie zawierała ona kluczową dla operacji informację, bowiem słowo "szynka" oznaczało zdobycie mostów (także tego na rzece Orne), a "konfitury", iż nie są uszkodzone. Brytyjscy spadochroniarze umocnili pozycje wokoło mostu Bénouville. Oczekiwano niemieckiego kontrataku. Planowane wsparcie oddziału Lorda Lovata miało nadejść dopiero za kilkanaście godzin. Teraz należało trzymać się tu za wszelką cenę.

Nocna kanonada obudziła pobliską kwaterę dowodzenia Wehrmachtu. Początkowo sądzono tam, że to nocne ćwiczenia ochrony mostów, ale kolejne napływające informacje potwierdziły obecność wroga. O godzinie 1.20 wydano rozkaz odbicia mostów i niecałą godzinę później czołgi stacjonującego w pobliskim Cairon 192 Pułku Grenadierów Pancernych (192 Panzergrenadier-Regiment) dotarły w okolice mostu Bénouville. Pierwszy z nich, ten na czele kolumny, trafiono granatnikiem przeciwpancernym PIAT - jedynym w posiadaniu brytyjskiej kompanii. Pozostałe czołgi wycofały się i co dziwne, wówczas Niemcy nie podjęli kolejnego, bezpośredniego ataku i ograniczyli się do ostrzału z broni maszynowej i moździerzy. Podczas następnych kwadransów ginęli kolejni skoczkowie i zliczono wielu rannych. Niektórymi plutonami dowodzili teraz kaprale.

Wraz ze świtem wzrosło zagrożenie ze strony niemieckich snajperów ostrzeliwujących most niemal z każdego kierunku. Żniwo zbierał snajper z dachu pobliskiego Château Bénouville, nota bene dobrze zakamuflowanej komórki Résistance. Do jego wyeliminowania Anglicy użyli początkowo zdobyte działo przeciwpancerne, ale z powodu obecności w pałacu cywilów major Howard zaprzestał nim ostrzału.

Około 9.00 rano od strony Ouistreham nadpłynęły dwie kanonierki Kriegsmarine i otworzyły ogień z 20 mm działek. Spadochroniarze unieszkodliwili pierwszą z nich, niszcząc sterówkę granatem z PIAT-a. Druga łódź wycofała się. Godzinę później nad mostem Bénouville pojawił się Junkers 88 i w locie nurkowym celnie zrzucił bombę, jednakże ta nie eksplodowała; odbiła się od przęsła i wpadła do kanału. O 10.30 dowódca 84 Korpusu Armii (84 ­Armeekorps), General Erich Marcks, wydał rozkaz ataku 21 Dywizji Pancernej w kierunku rzeki Orne, lecz wnet rozkaz ten został odwołany przez zwierzchnictwo 7 ­Armii. Szczęśliwie dla Brytyjczyków kolejne decyzje niemieckiego dowództwa, często wzajemnie się wykluczające, obniżyły skuteczność dość nieporadnie podejmowanych działań odwetowych.

W operacji Overlord udział wzięły jednostki niemal wszystkich państw koalicji antyhitlerowskiej. Nie zabrakło Szkotów. Niewątpliwie najpopularniejszym spośród nich był dowódca szkockich komandosów - Lord Lovat - i jego nieodstępny dudziarz, Bill Millin. Dnia 6 czerwca o 7.30 rano podległa lordowi 1 Brygada Specjalna (1st Special Service Brigade) zeszła pod ostrzałem na plażę Sword na odcinku portowego miasta Ouistreham. Jej zadaniem było zluzowanie kompanii majora Howarda. Podczas przedzierania się przez plażę Lovat nakazał Millinowi grać Let's play Highland Laddie. Zdarzenie dobrze zapamiętał Maurice Chauvet, zmarły w 2010 roku weteran desantu na Sword Beach. Chauvet należał do 1 Batalionu Strzelców Morskich (1er Bataillon de Fusilier Marins) sił zbrojnych Wolnych Francuzów (Forces Françaises Libres - FFL). Batalion uformował kapitan korwety Phillip Kieffer i jednostka przeszła do historii pod nazwą Commando Kieffer. Komando wchodziło w skład Brygady Specjalnej Lorda Lovata. Zgodnie ze wspomnieniami Chauveta, w chwili, gdy Millin nacisnął na dudy, na kilkadziesiąt sekund zamarł niemiecki ostrzał w tej części plaży.

Dudy Billa Millina / Muzeum Mémorial Pégasus / Bénouville

Trzynaście godzin po desancie brytyjscy spadochroniarze w Bénouville również nie kryli zdziwienia, gdy w przerwach między wybuchami doszły ich dźwięki szkockiego instrumentu. Tutaj również na krótko zastygł niemiecki ostrzał. Lord Lovat, w swoich tradycyjnie noszonych do boju welurowych spodniach i kurtce, ze strzelbą myśliwską przewieszoną przez ramię, wkraczał do Bénouville na czele szkockiego regimentu. Obok Millin, dmący melodię Blue bonnets over the border. Do czerwonych beretów Howarda dołączyli dokładnie o godz 13.02, mając 2 minuty opóźnienia wobec założeń planu, za co Lovat przeprosił.

Powiedzmy parę słów o cywilach i powróćmy jeszcze na moment do wydarzeń z tamtej nocy. Kanonada na moście wyrwała ze snu George'a i Teresę Gondrée. Z okna kawiarni, której byli właścicielami, obserwowali walkę tuż obok. Rykoszety na murach domu zmusiły przerażoną rodzinę do szukania pewniejszego schronienia. Z córkami zeszli do piwnicy. Rano nie potrafili natomiast ukryć łez radości. George wykopał 99 butelek szampana ukrytych w ogrodzie i świętował ze spadochroniarzami, natomiast Teresa uściskała każdego po kolei, a ciemnej farby ich kamuflażu nie zmyła z policzków przez kilka następnych dni. Najstarsza z córek państwa Gondrée, Arlette, po latach przejęła kawiarnię. Nadal odwiedza ją wielu weteranów operacji Deadstick; z okazji kolejnych rocznic widywano tu przy kawie majora Johna Howarda. Niestety, nieporozumienia z Arlette spowodowały, iż weterani Kompanii D odwiedzają już tylko Les 3 Planeurs. Maurice Chauvet twierdził, że pierwszym domem oswobodzonym w nocy 6 czerwca nie był ten należący do rodziny Gondrée, jak przytaczają zwykle historyczne źródła, ale właśnie Les 3 Planeurs.

Po drugiej stronie drogi, pod daszkiem tuż przy moście, umieszczono tablicę, na której widnieje symbol jednostki wyzwolicieli i napis "Pegasus ­Bridge". Pod nim tekst w językach angielskim i francuskim stwierdza: "6 Brytyjska Dywizja Powietrznodesantowa wylądowała tutaj w nocy z 5 na 6 czerwca 1944 roku jako szpica wyzwolicielskich wojsk sprzymierzonych". Oryginalna tablica z okresu wojny znajduje się w muzeum.

W tym miejscu drobna informacja łącząca most Pegasus z naszym krajem: most identycznej konstrukcji, jedyny zwodzony most kolejowy w Polsce, w rzeczy samej europejski unikat, przerzucono w roku 1936 nad odnogą Odry - rzeką Regalicą. Most mierzy 261 metrów długości i składa się z trzech przęseł, z których zwodzone jest jedno o długości 17 metrów i wadze 163 ton. Funkcjonowanie jego doskonale wyważonej konstrukcji nośnej zapewnia silnik o mocy jedynie 32 koni mechanicznych. Wyjeżdżając ze Szczecina Autostradą Poznańską A31, mińmy kąpielisko Dziewoklicz i 400 metrów przed mostem Gryfitów skręćmy w prawo w polną drogę. Polski Pegasus Bridge znajduje się 800 metrów dalej.

Muzeum Pegasus (Mémorial Pégasus) (49.242390, -0.272239) zainaugurowano w roku 2000. Pamiątkową ekspozycję poświęcono 6 Dywizji Powietrznodesantowej (6th Airborne Division), której spadochroniarze pierwsi poczuli pod butami francuską ziemię, szczególnie zaś koncentruje się na jednostce przybyłej w trzech szybowcach i jej spektakularnej akcji opanowania i utrzymania mostu w Bénouville. Broń ręczna, pojazdy wojskowe, tablice poglądowe, zdjęcia i archiwalne dokumenty, autentyczne mundury wojskowe i osobiste przedmioty żołnierzy zgromadzone w budynku muzeum czynią ekspozycję niezwykle interesującą i wyczerpującą w tematyce wydarzeń Dnia D. Każdy z eksponatów, nawet najdrobniejszy, ma własną historię i kryje dramatyczne przeżycia żołnierza, do którego należał. Ze zrozumiałych względów uwagę gości przyciągają sławne dudy Billa Millina (Cornemuse de Bill Millin) stanowiące jedną z perełek zbioru2.

W opinii historyków najcenniejszym okazem muzeum, poza wieloma bezcennymi, jest historyczny most w całości wyeksponowany w muzealnym parku, a oko i zainteresowanie przyciągną inne militarne rarytasy, jak wspomniany już przy Les 3 Planeurs angielski czołg Centaur IV. Pojazd ten należał do jednostki pancernej Royal Marines Armoured Support i brał udział w desancie 6 czerwca 1944 roku na plażę Sword w okolicy La Br?che d'Hermanville. Jednostka ta składała się z dwóch pułków, z których jeden przydzielono do brytyjskiej 50th Division, natomiast drugi włączono do 3rd Canadian Division. Czołg obsługiwało 5 ludzi i dysponował haubicą kalibru 95 mm. Bojowe przeznaczenie czołgów tego typu podczas ataku 6 czerwca miało polegać na ich wsparciu ogniowym jedynie w początkowej fazie lądowania i nie dalej, jak kilometr w głębi lądu, bowiem nie dysponowały one odpowiednią strukturą dowodzenia i zaplecza technicznego. W rzeczywistości w akcji pozostały o wiele dłużej, ponieważ ogień utrzymywały przez okres 15 dni, docierając w rejony oddalone od wybrzeża o niemal 15 kilometrów. Widoczna na czołgowej wieżyczce biała podziałka stopniowa służyła zewnętrznemu obserwatorowi, na przykład dowódcy baterii artylerii lądowej, do podawania załodze czołgu parametrów kontowych określanego celu i skierowania tam ostrzału.

Kolejne zajmujące eksponaty to chociażby amerykański pojazd półgąsienicowy M3A1, których podczas wojny wyprodukowano ponad 40 000 sztuk; angielskie działa: 25-funtowe działo polowe Ordnance i działo kalibru 150 mm. Nie mniej unikalne eksponaty to egzemplarz rewolucyjnego, wojskowego mostu Baileya (Bailey Bridge), imponująca replika transportowego szybowca Horsa oraz, w ochronnej gablocie, pokaźny, oryginalny fragment kadłuba zachowanego od ostatniej wojny. Plenerowa ścieżka prowadzi do tablic pamiątkowych z nazwiskami poległych żołnierzy 2nd Battalion Oxfordshire & Buckinghamshire Light Infantry, miniemy pomnik ku czci porucznika Dena Brotheridge'a, pomnik brygadiera Jamesa Hilla, który pomimo zadanych ran dowodził walką 3 Brygady Spadochronowej (3rd Parachute Brigade).

Eksponaty muzeum Mémorial Pégasus / Bénouville

Historyczny most Pegasus w plenerowej ekspozycji muzeum Mémorial Pégasus / Bénouville

Po drugiej stronie Avenue du Commandant Kieffer, naprzeciw wjazdu do muzeum, odnajdziemy równie interesujące miejsca, bowiem tuż za mostem, przy rzece, na stanowisku ogniowym, przyjrzyjmy się niemieckiemu działu przeciwpancernemu chroniącemu onegdaj most w Bénouville. To właśnie to działo angielscy spadochroniarze wykorzystali do ostrzału pobliskiego zamku Bénouville. Przy ścieżce prowadzącej w głąb łąki umieszczono pomnik majora Johna Howarda oraz płyty wskazujące miejsca lądowań trzech szybowców (Mémorial John Howard / Lieu d'atterrissage des 3 planeurs).

Mémorial Pégasus - adres: Avenue du Major Howard, 14860 Ranville.

Muzeum czynne jest od 1 lutego do 31 marca w godz. 10:00-17:00; od 1 kwietnia do 30 września w godz. 9:30-18:30; od 1 października do 15 grudnia w godz. 10:00-17:00. Placówka zamknięta jest w dniach od 16 grudnia do 31 stycznia. Bilety wstępu: dorośli - 7,50 euro, studenci i młodzież - 5,00 euro, dzieci poniżej 8. roku życia - wstęp wolny.

Mosty Pegasus i Ranville zostały wpisane w roku 1972 na listę miejsc i obiektów o wybitnym znaczeniu dla historycznego dziedzictwa Francji, podobnie Café Gondrée (1987).

Ruszamy w drogę. Opuszczamy teren Memorial Pegasus i skręcamy w lewo w Avenue du Commandant Kieffer.

Rondo przetnijmy na wprost, 2 zjazd, kierunek D 514 / Ran­ville.

Most Ranville na rzece Orne znajduje się niecałe 200 m dalej. To jedna z dwóch jego nazw, która pochodzi od miejscowości, do której teraz zmierzamy.

Most Ranville praktycznie bez walki zajęła Kompania D, 2nd Battalion Oxfordshire & Buckinghamshire Light Infantry przybyła nad Normandię na pokładach dwóch innych szybowców. Niemiecka załoga po prostu zbiegła. 6 Pluton dowodzony przez porucznika Denisa Foxa posłał za uciekinierami jedynie krótką serię z automatu. Dalsze wydarzenia na moście opisał we wspomnieniach bohater tej akcji, porucznik Henry John Sweeney, dowodzący 5 plutonem: "Zorientowałem się, że most został całkowicie opanowany. Wchodząc na niego, wiedziałem, że ktoś już tu był przede mną, jednakże wtedy miałem to okropne odczucie, że idę po moście, który zaraz pod nogami wyleci w powietrze. Pognałem przezeń z duszą na ramieniu i zatrzymałem się trochę zawiedziony, bo przecież wszystko, czego teraz dokonaliśmy, miało służyć zabiciu wroga, zadźganiu go, wyleceniu samemu w powietrze lub coś w tym rodzaju a tu, po drugiej stronie mostu, nie było nic innego, jak tylko wyraźnie dostrzegalna sylwetka Denisa Foxa"3.

5 pluton nie tracił czasu na okopanie się wokoło mostu. Ledwie to ukończyli, usłyszeli stłumione, zbliżające się od strony południowej głosy czterech, tak się wydawało, mężczyzn: "Odpowiedzieli na nasze wezwanie, co brzmiało, jakby byli Niemcami, więc otworzyliśmy ogień i zabiliśmy ich. Odnaleźliśmy ich rankiem. Niestety, jednym z nich był [brytyjski] spadochroniarz"4. Trafionym przez własnych żołnierzy był skoczek-zwiadowca, pathfinder z 22nd Independent Parachute Company, zatrzymany przez żołnierzy 21. Panzer-Division i właśnie prowadzony na przesłuchanie.

Wnet okopanych wokoło mostu spadochroniarzy doszedł odgłos nadciągającej w mroku nocy walki. Sweeney kontynuuje: "Usłyszeliśmy chrzęst silników i hałas czegoś, co brzmiało jak nadjeżdżający pojazd ciężki... Pomyślałem: No to do boju! To pierwszy atak czołgowy! Rozkazałem gotowość. Nieopodal wyłoniły się przyćmione, żółte światła, zbliżał warkot silnika z przydźwiękiem klekotu gąsienic. [...] Pojawił się oficerski pojazd półgąsienicowy w asyście motocyklisty. Ukryci w rowach po obu stronach drogi wyczekaliśmy, aż nas miną i wtedy otworzyliśmy ogień"5. Skutecznie ostrzelano wtedy pojazd Schützenpanzerwagen Sd.Kfz.251 - najpopularniejszy ówcześnie w Wehrmachcie półgąsienicowy transporter opancerzony. Niemcy padli zabici bądź ranieni. Pojmano Majora Schmidta dowodzącego tym tak strategicznie ważnym dla obu stron odcinkiem, Przybył tu ze zwiadem z własnej kwatery dowodzenia w Ranville, zaniepokojony rozbudzonym nocą rozgardiaszem.

Trzeci z szybowców Horsa przewidzianych do akcji na moście Ranville mylnie osiadł 12 kilometrów na północ od Bénouville i spadochroniarze dowodzeni przez porucznika Maddena zmuszeni zostali do ryzyka długiego przemarszu przez niemieckie linie. Szczęśliwie bez strat dołączyli do własnej kompanii. Most z czasem przyjął nazwę Horsa Bridge, oficjalnie nadaną mu w roku 1971. Po lewej stronie drogi, tuż przed mostem, zauważymy tablicę pamiątkową (St?le Horsa Bridge) (49.240413, -0.267178) wspominającą akcję jego zdobycia w noc z 5 na 6 czerwca 1944 roku.

Próby zniszczenia przez Niemców mostów w Bénouville i Ranville nie zakończyły się wraz z sukcesem operacji Deadstick. Obronione i zabezpieczone, chwilowo niezagrożone, w pełni drożne funkcjonowały od tej chwili niczym aorta przetaczająca alianckie wzmocnienia w sprzęcie i ludziach, konsolidujących z poświęceniem i bez zwłoki przestrzeń przyczółka na wschód od rzeki Orne. Szczególną misję niemieckie dowództwo zleciło tzw. Kampfschwimmer, jednostce ludzi-żab, nowo powołanej w strukturach Kriegsmarine. Zniszczenie owych mostów było pierwszym zadaniem, jakie zlecił jej admirał Hellmuth Heye, który między innymi od kwietnia roku 1939 do września 1940 piastował funkcję kapitana ciężkiego krążownika Admiral Hipper. Z jego wyboru akcję poprowadził Oberlejtant Hans-Friedrich Prinzhorn. Nocą z 22 na 23 czerwca 1944 roku dwie grupy nurków, każda po trzech, zeszły do wody godzinę przed północą: pierwsza do kanału Caen, druga do rzeki Orne. Każda dysponowała morską torpedą o wadze 800 kilogramów. Owe, dostosowane do wyporności morskiej wody, w słodkiej szły niemal jak kamień na dno i aby zapewnić im stosowną wyporność, a tym samym "sterowność", przymocowano do nich puste kanistry. Detonatory ustawiono na 5.30 rano. Nurkowie podążający kanałem dotarli do celu pomimo trudności w transportowaniu torpedy. W mroku nocy, w kompletnie dochowanej ciszy umocowano ją do filara i trójka zawróciła, by jeszcze tej nocy powrócić do bazy w Caen. Podstawa mostu eksplodowała zgodnie z czasomierzem, natomiast zupełnie niezgodnie z oczekiwaniami zleceniodawców. Ku ich zaskoczeniu w drzazgi obrócono konstrukcję innego, "nieprzewidzianego" mostu. Okazało się, że narada przedoperacyjna skupiła się na detalach dostarczonego nurkom szkicu, na którym nie naniesiono innego, mniejszego mostu, poprzedzającego ten główny, docelowy. Drugiej ekipie nurków nocna pora wróżyła znacznie więcej stresu i gorączki obaw, których nie studziły wody rzeki. Na samym progu misji, krótko po zejściu do wody i ustabilizowaniu torpedy w rzecznym nurcie z powodu niedyspozycji z ekipy odpadł jeden z pływaków. Dwaj pozostali nie położyli jednakże uszu po sobie i potęgując wysiłek, pchnęli torpedę przed siebie. Bez większych przeszkód osiągnęli rejon mostu Ranville i niezauważeni przytwierdzili doń destrukcyjny ładunek. Zawrócili i bez najmniejszego plusku skierowali się w górę rzeki. Niestety, dotychczasowy wyczyn wyczerpał siły płetwonurków i nie byli w stanie podołać silnemu nurtowi Orne. Noc, w której ciszy rozległ się miły ich uszom huk eksplodującego mostu, okazała się zbyt krótka, by osiągnęli choćby najdalsze, bezpieczne przedmieścia Caen. W szarówce świtu odnaleźli zarośnięty odpływ z pobliskich zabudowań wiejskich i przyczaili się tam, przeczekując kolejne fale obławy na dywersantów. Do Caen powrócili dopiero następnej nocy, kontynuując tym razem odwrót mniej wyczerpującym korytem sąsiedniego kanału.

Błędem jest sądzić, że w ramach operacji Overlord spadochroniarze z Bénouville i Ranville należeli do pierwszych, którzy osiągnęli grunt francuskiej ziemi. Do sukcesu operacji Deadstick potrzeba było jeszcze kogoś. Dnia 5 czerwca 1944 roku o godzinie 22.00 sześć dwusilnikowych maszyn typu Albemarle poderwało się z lotniska Harwell w hrabstwie Berkshire. Na pokładzie każdej z nich miejsce zajęło dziesięciu skoczków - zwiadowców (pathfinders) z 22 Niezależnej Kompanii Spadochronowej (22nd Independent Parachute Company). Ich specjalność to wskazanie stref lądowania i zrzutu spadochronowego pilotom spodziewanych tutaj wkrótce maszyn transportowych i szybowców. Owo "oświetlenie" to wizualne wskazanie konkretnego obszaru przez włączenie w ostatniej chwili lamp rozstawionych w kształcie litery T bądź naprowadzenie radionamiarowe za pomocą rozmieszczenia nadajników AN/PPN-1A Beacon, popularnie zwanych Eureka. Wybrani do misji pathfinders to ochotnicy, a nałożone na nich zadanie to oznaczenie trzech stref zrzutów spadochronowych (Drop Zones) oznaczonych kolejno: N w okolicy Ranville przewidzianej do lądowania brytyjskiej 5th Parachute Brigade, V w pobliżu Varaville (5 kilometrów na południe od Cabourg), gdzie spodziewano się brytyjskiego 9th Parachute Battalion i 1st Canadian Parachute Battalion, oraz K w sąsiedztwie Sannerville i Touffréville (3 kilometry na zachód od Troarn), dokąd zamierzano posłać 3rd Parachute Brigade wraz ze spadochroniarzami 8th Parachute Battalion. Okolice wymienionych stref zrzutu pojawią się w trakcie wycieczki i zasygnalizujemy je w odpowiednim momencie. Pathfinders jako pierwsi zmuszeni zostali do stawienia czoła przeciwnościom, z jakimi w pełnej skali musieli sobie radzić spodziewani wkrótce nad Normandią spadochroniarze głównego zrzutu. Owych przeciwności, krzyżujących, a niekiedy całkowicie paraliżujących zwiadowcom wypełnienie drobiazgowo nakreślonych zadań było wiele, a główne to kapryśne warunki atmosferyczne w nocy, konieczne zmiany kursu niosących ich samolotów transportowych unikających ostrzału przeciwlotniczego oraz połacie mgieł dezorientujące w dostatecznym zidentyfikowaniu właściwego miejsca ich skoku. W efekcie pathfinders lądowali "na ślepo", z dala od przewidzianych stref własnych zadań. Kilku z nich nieszczęśliwie wylądowało w pobliżu stanowisk niemieckich i trafiło do niewoli, inni zlokalizowali się kilka kilometrów od celu, próbując określić położenie przy pomocy kompasów, lub, jak kapitan Anthony Windrum, miejscowymi drogowskazami. Również jeden z samolotów niosący oświetlaczy dla strefy K zrzucił ich w rejonie N, w okolicy Ranville. Nieświadomi pomyłki ustawili tu swoje nadajniki i urządzenia świetlne, część - pośród dorodnych upraw rolnych, czyniąc je słabo dostrzegalnymi z powietrza. W rezultacie elementy 3rd Parachute Brigade i 8th Parachute Battalion zmierzające z głównym zrzutem do Drop Zone K osiadły w rejonie N, nim pół godziny później dotarli tu dopiero pathfinders odpowiedzialni za ten rejon i oświetlili go zgodnie z oczekiwaniami. Ponadto kłopoty zwiadowcom mnożyła utrata zagubionego sprzętu bądź uszkodzonego przy lądowaniu, i tak na przykład oświetlacze strefy V oświetlili ją jedynie dwoma zachowanymi, zielonymi latarniami. Inni pathfinders zrzuceni zbyt daleko na wschód, pozbawieni szansy osiągnięcia celu, pod presją czasu i brzemieniem odpowiedzialności uruchomili światła i transmitery tam, gdzie akurat dotarli - w okolicach lasu Bavent (le Bois de Bavent).

Dnia 6 czerwca, dziesięć minut przed pierwszą w nocy w rejonach zrzutów N, V i K rozpoczął się zasadniczy desant głównych sił brytyjskiej 5 Brygady Spadochronowej (5th Parachute Brigade). To pierwsze bojowe zadanie jednostki utworzonej w roku 1943 w ramach 6th Airborne Division. Praktycznie podzieliła ona kłopoty pathfinderów i lądowanie pociągnęło za sobą katastrofalne rozproszenie jednostki w terenie. Pomimo lądowania niedaleko Ranville rozrzut ludzi był tak duży, że do 3.00 nad ranem zebrano niewiele ponad połowę jej stanu osobowego. Pół godziny później w jednym z 49 szybowców wylądował tu generał Richard Gale, pierwszy tak wysokiej rangi dowódca brytyjski na wyzwalanej ziemi francuskiej. Pieszo powędrował do opanowanego w międzyczasie Ranville, gdzie założył stanowisko dowodzenia.

Brytyjczycy rozpatrzyli wszelkie, nawet najdrobniejsze detale planowanych działań w Normandii i z rękawa można by sypać stosownymi innowacjami użytych tam sprzętów bojowych. Wiele z nich omówimy dalej na trasie wycieczki. Wykorzystali również wszelkie dostępne możliwości osłony żołnierzy przed zagrożeniem, a jedną z nich warto przytoczyć przy okazji działań jednostek spadochronowych. Chodzi o żołnierza dwóch imion: Briana vel Binga z 13 Batalionu Spadochronowego Lancashire (13th Lancashire Parachute Battalion). W kronice jednostki zapisał się odwagą i duchem walki, które doceniono odznaczeniem. Brian czy Bing? Kwestia imienia wyjaśni się za chwilę. Na razie pozostańmy przy Bingu.

Binga włączono do programu szkolenia spadochronowego i wiele musiał sobie przyswoić, by w końcu włączono go do czynnej służby. Wyuczona specjalność - saper; nabyta umiejętność - identyfikowanie min na polu walki. W Dniu D skoczył nad Ranville i jak reszta batalionu lądował w ogniu artylerii przeciwlotniczej. Od tej chwili trwał niezmiennie na pierwszej linii frontu, nieustannie skuteczny w swojej misji. Bez uszczerbku dla zdrowia doczekał końca walk o Normandię. Potem na krótko wrócił na tyły i kilka tygodni przed końcem wojny skakał ponownie, tym razem już nad III Rzeszą, gdzie przemierzył bitewny szlak do plaż Bałtyku. Jak widać pułkowa "13" nie każdemu przesądzała o fatalnym losie. Dwa lata po wojnie Binga, jako jedynego w oddziale, odznaczono medalem z brązu za, jak to formalnie ujęto, conspicuous gallantry - wyróżniającą się waleczność. Lecz medal to nie jedyny z czynników wyróżniających Binga w batalionie; drugi to sylwetka, bowiem Bing był... mieszanką alzackiego owczarka i collie.

Briana - to "cywilne" imię owczarka - włączono do śmiałego eksperymentu poprzedzającego Dzień D - wyszkolenie tzw. paradogs - psów-spadochroniarzy (parachute dogs) przyuczonych do tropienia min różnego rodzaju, udziału w patrolach, rozpoznawaniu nieprzyjaciela i alarmowaniu o jego obecności. Ich późniejsza, czysto sentymentalna rola batalionowych maskotek wypełniała się dopiero "po godzinach".

Ideę czteronożnych żołnierzy rozwinął kapral Ken Bailey, obdarzony zamiłowaniem do zwierząt i weterynaryjną wiedzą. W roku 1941 powierzono mu War Dog Training School w Hertfordshire w Anglii, natomiast ministerstwo obrony zajęło się rekrutacją czworonogów: radio zachęcało posiadaczy psów do "oddelegowania" swoich pupili dla potrzeb wojny. W jej trudnych warunkach liczba chętnych pozbycia się zwierzęcia okazała się dużo większa od spodziewanej i w pewnym momencie "psia szkoła" przypominała psi przytułek. Bohaterów typowano więc pośród sierot. Na tej bazie sformowano pierwszy "zespół".

Ken Bailey zanotował w dzienniku: "Jednym z psów wybranych do treningu jest dwuletni Bing - mieszaniec owczarka alzackiego i collie - którego właścicielka, pani Betty Fetch, nazywała Brian. Jak mówiła, po oszczenieniu był najsłabszym z miotu, a późniejszy niedostatek wojny skazywał go na najgorszy los"6. Bailey wspomina jeszcze dwa owczarki alzackie wskazane do szkolenia: Monty i Ranee. Wszystkie świetnie spisały się jako paradogs, przede wszystkim Ranee - jedyna suczka-spadochroniarka podczas drugiej wojny światowej.

Oswajanie zwierząt z hałasem i tubalnymi dźwiękami otworzyło pierwszy etap szkolenia. W bazie Larkin Garrison opiekunowie z psami zajmowali na kilka godzin miejsca w ładowniach samolotów transportowych z włączonymi silnikami. Psy stopniowo oswajano z zapachem prochu i materiałów wybuchowych. Mistrzowskie lekcje to wyrobienie w zwierzęciu odpowiedniego zachowania pod ostrzałem, nawyku "chłodnego" zachowania w chwili pojmania przez wroga jego przewodnika, sztuki powalania przeciwnika na ziemię. Na tym skupiły się dwa pierwsze miesiące instruktażu. Po nich nastąpiły prawdziwe loty.

Dla paradogs idealne okazały się spadochrony do zrzutu miniaturowych, 32-kilogramowych motocykli Excelsior Welbike zaprojektowanych specjalnie do zadań powietrznodesantowych7. Zwierząt przed planowanym zrzutem nie karmiono i nie podawano im wody. Czyniono to dopiero po wylądowaniu, by łaknienie i wyrobiony odruch warunkowy zachęcał je do spiesznego opuszczenia maszyny w locie. W kwietniu roku 1944 Bailey oddał pierwszy skok z suczką Ranee. Zabrał na tę okoliczność kilogram mięsa. Podczas lotu Ranee spokojnie leżała u stóp instruktora, uważnie obserwując wyskakujących żołnierzy. W końcu nadszedł czas i wyskoczyli. Bailey zanotował: "Mój spadochron się otworzył i ustawiłem się do linii lotu. Pies znajdował się nieco wyżej i 30 metrów ode mnie. Jego spadochron lekko się obracał. Ranee rozglądała się trochę zdziwiona, ale nie przestraszona. Krzyknąłem do niej, a ona spojrzała na mnie i mocno zamachała ogonem. Wylądowała przede mną; rozluźniona i zadowolona. Podczas lotu nie okazała zniecierpliwienia ani obawy przed zbliżająca się ziemią. Upadła i przetoczyła się, ale zaraz wstała i rozglądała się. Osiadłem 40 metrów dalej i natychmiast do niej pobiegłem, uwolniłem ją z uprzęży i podałem jej mięso"8.

Z każdym kolejnym skokiem zwierzęta nabywały obycia i rutyny, doświadczenia, które procentowało opuszczaniem przez nie samolotu nawet bez potrzeby sugestywnego podpychania w przestwór wiatru huczącego w otwartych drzwiach.

Dnia 5 czerwca 1944 roku spadochroniarze 13th Lancashire wystartowali o godzinie 23.30. O 1.10 samoloty nadleciały nad Normandię. Zadanie batalionu to zabezpieczenie okolic strefy zrzutu N (DZN) oraz okolic mostów na kanale Caen i rzece Orne, zdobytych już przez żołnierzy Oxfordshire and Buckinghamshire Light Infantry. Misja przebiegała relatywnie bez zakłóceń. Maszyny wleciały w strefę spodziewanego ostrzału. Otworzono drzwi samolotu, przez które wtargnął świst powietrza przytłumiony hukami. Kabinę rozświetlały rozbłyski pocisków przeciwlotniczych Flak, a linie pocisków smugowych krzyżowały się wokoło kadłubów transportowców, trzęsących się teraz niczym ciężarówki na wybojach. Bailey leciał z Bingiem i jak zwykle przygotowywali się do skoku na końcu kolejki. Nadszedł ten moment i instruktor skoczył bez zawahania, natomiast pies przestraszył się hałasu w takiej skali i zawrócił od drzwi. Ukrył się w kącie maszyny. Podobno to lotnik koordynujący skoki zdjął słuchawki, podniósł Binga i po prostu wyrzucił na zewnątrz. To nie koniec psich perypetii. Lądowanie przyniosło czworonogowi kolejny stres: zawisł na drzewie wysoko nad ziemią. Minęły dwie długie godziny, zanim zauważyli go "koledzy" z batalionu i ściągnęli na ziemię. Brian potrzebował opatrzenia dwóch głębokich ran odniesionych najpewniej od odłamków pocisków moździerzowych.

Dalsza psia służba w 13th Lancashire przydała Brianowi i innym psom uznanie w odszukiwaniu min i niebezpiecznych pułapek. Czym podczas akcji charakteryzowało się zachowanie czworonożnych wywiadowców? Otóż kilka sekund wystarczyło im zwykle na obwąchanie podejrzanego miejsca i zlokalizowanie niebezpieczeństwa. Siadały tam i wytrwale, z satysfakcją, oczekiwały nadejścia przewodnika. Pomagały również patrolom lokalizować większe bądź mniejsze zgrupowania nieprzyjaciela w pobliżu, ostrzegać swoich o zagrożeniu nieopodal. Instynktownie wyczuwały niemieckich żołnierzy, "obcych" wywąchiwały w powiewach powietrza, a "swoich" do czujności zmuszały nagłym przywarciem do ziemi i intensywnym wpatrywaniem się w wiadomy im punkt otoczenia. Wielu alianckich żołnierzy zawdzięczało swoje zdrowie i życie ich nieomylnemu instynktowi i przezornej wierności.

Niestety, smutny los często dotykał samych ratowników. Wspomniany wcześniej Monty został ciężko poraniony w Dniu D, a Ranee zagubiła się podczas inwazyjnego desantu i więcej jej nie widziano. Zastąpiono je później innymi psami-spadochroniarzami i wnet związały się one przyjaźnią z Brianem.

Wiemy, że Brian przetrwał wojnę, a nadane mu 29 marca roku 1947 odznaczenie to Dicken Medal - zwierzęcy Victoria Cross - najwyższe brytyjskie uhonorowanie zwierzęcia za, tutaj cytat: "[...] wyróżniającą się waleczność i poświęcenie obowiązkom podczas służby w którymkolwiek rodzaju Sił Zbrojnych lub jednostce obrony cywilnej"9. W wyróżnieniu Briana napisano: "Ten patrolowy pies został przydzielony do 13th Lancashire Parachute Battalion. Wraz z batalionem lądował w Normandii jako wykwalifikowany spadochroniarz z wymaganą liczbą wykonanych skoków"10.

Związek zwierzęcia i jego opiekuna w warunkach pełnienia honorowego, nieustannie zagrożonego śmiercią frontowego obowiązku to relacja dwóch skrajnie odmiennych światów, w której lojalność i bezwarunkowe oddanie sobie z równą siłą płoną po obu stronach. Najsmutniejsze, gdy razem odchodzą, tak jak skoczkowie 9th Parachute Battalion z 6th Airborne Division - owczarek alzacki Glen i jego przewodnik, dziewiętnastoletni szeregowiec Emile Servais Corteil. W Dniu D razem skakali nad Normandią prosto w hekatombę wrogiego ostrzału przeciwlotniczego i lądowania na zalanych terenach, gdzie życie straciło 192 ludzi ich batalionu, skierowanego tu celem opanowania niemieckiej baterii artyleryjskiej w Merville. Emile i Glen szczęśliwie przeżyli i odliczyli się w zebranej grupie jedynie 150 żołnierzy z liczby 700 stanu początkowego batalionu. Poza ofiarami na moczarach reszta pozostawała zagubiona w terenie. Jak potoczyły się późniejsze losy bohaterskiego, osłabionego batalionu dowiemy się wnet na dalszym odcinku tego etapu wycieczki, podczas pobytu w Merville-Franceville. Tymczasem pozostańmy z Emile'em i jego czworonożnym podopiecznym maszerującymi polami w pieszej kolumnie gotowej realizować nałożone zadanie. W pewnej chwili pojawiły się myśliwce bombardujące Typhoon RAF-u i bez wahania skierowały lot w tę stronę, sądząc, iż to niemieckie rezerwy piesze oddelegowane do obrony wybrzeża. Ciężkie bombardowanie swoich - friendly fire, o którym jeszcze wspomnimy podczas wycieczki - kosztowało życie kolejnych ludzi brytyjskiego batalionu, w tym Emile'a i Glena. Mocno utrwalone w mentalności brytyjskich spadochroniarzy poczucie looking after their own - "nigdy nie zostawiamy swoich" - sprowadziło ocalałych skoczków batalionu niedługo z powrotem, gdy okolica ucichła po walkach. Odnaleźli młodzieńca i psa w jednym z kraterów. Nadal łączyła ich smycz mocno zaciśnięta w dłoni Emile'a. Szeregowego Corteila i skoczka Glena pochowano w jednym grobie na wojennym cmentarzu w Ranville. Złożymy tam wizytę.

Nie sądźmy, iż II wojna światowa zamknęła rozdział dzielnego udziału psów w kolejnych wojnach, które ciężko je doświadczają, ale zarazem podnoszą relacje zwierząt z ich opiekunami i żołnierzami do rangi bojowego braterstwa. Dnia 5 kwietnia 2016 w Londynie miejsce miała uroczystość przyznania sześćdziesiątego siódmego już z kolei Dicken Medal. Bohaterem wydarzenia był 12-letni owczarek niemiecki, suczka Lucca, a medal "odebrała" w uroczystej atmosferze protokołu honorowego, przy udziale swojego pierwszego opiekuna-przewodnika, sierżanta Christophera Willinghama. Jak podkreślono we wniosku US Marines, podczas sześciu lat służby i ponad 400 patrolach dokonanych w Iraku (dwie tury) i Afganistanie (jedna tura) Lucca, z narażeniem życia, w niestrudzonym odszukiwaniu w terenie materiałów wybuchowych, min i bomb uchroniła od ran i śmierci tysiące żołnierzy nie tylko US Army. Lucca tak dobrze wywiązywała się ze swojej roli, iż podczas jej inspekcji żaden z żołnierzy prowadzonego przez nią patrolu nie zginął i nie odniósł ran w wyniku eksplozji bomby pułapki. Podczas ostatniej, afgańskiej, misji w prowincji Helmand w marcu 2012 roku Lucca - jej przewodnikiem był wtedy kapral Juan Rodriguez - wytropiła 14-kilogramową bombę ukrytą na poboczu drogi. Suczka przystąpiła do węszenia kolejnego ładunku w pobliżu i druga bomba eksplodowała. Urwało jej przednią lewą łapę, a klatkę piersiową pokryły głębokie oparzenia. Kapral Rodriguez wspominał: "Widziałem, jak starała się powstać. Podniosłem ją i pobiegłem w osłonę pobliskich drzew. Na poranioną łapę założyłem opaskę uciskową i wezwałem sanitariuszy"11. Przywołano wojskowy helikopter i po 10 minutach US Marines zabrali Luccę do szpitala polowego. Amputowano to, co z łapy zostało, i psa otoczono troskliwą opieką. Gdy stan zdrowia psa ustabilizował się, wojskowym lotem suczkę przetransportowano do bazy wojskowej w Niemczech, gdzie stopniowo doszła do siebie otoczona opieką specjalistów, przy nieustannej też obecności kaprala Rodrigueza. W krytycznym dla zwierzęcia okresie kapral nie odstępował jej i wiele nocy przesypiała z łbem opartym na jego kolanach. Swoje oddanie dla Lucci wyraził on słowami: "Przy wielu okazjach ratowała moje życie. Musiałem pokazać, że byłem tam z nią, gdy mnie potrzebowała"12. Wyleczona suczka powróciła do Stanów Zjednoczonych, do Kalifornii, i wnet została adoptowana przez sierżanta Willinghama. "Będąc jeszcze poranioną, nie utraciła swojego dobrego usposobienia i przemiłej natury" - wyznał on po londyńskiej uroczystości odznaczenia suczki medalem o trójkolorowej wstędze. "Lucca jest bardzo inteligentna, lojalna i posiada niezwykły zapęd do poszukiwania. Ona sama jest jedynym powodem, dla którego postanowiłem wprowadzić ją do mojej rodziny, i jestem szczęściarzem, że mogłem służyć wraz z nią. Poza jej niezwykłą zdolnością do wykrywania [materiałów wybuchowych, zagrożeń itp. - wtrącenie autora] Lucca dodawała ducha żołnierzom, z którymi współdziałaliśmy. W przerwie między misjami spuszczałem ją z szelek i pozwalałem na zabawy i harce z żołnierzami. Ze względu na jej usposobienie, zachowanie i sprawność wykazywaną w roli psa poszukiwawczego Lucca zyskiwała przyjaciół wszędzie tam, gdzie się pojawiała. Dzisiaj rozpieszczam ją, jak tylko potrafię, na jej dobrze zasłużonej emeryturze"13.

Dickin Medal upamiętnia bohaterów czworonogich i skrzydlatych. Gołąb nazwany The Duke of Normandy (Normandzki Książę) to najpewniej najsławniejszy z gatunku tych ostatnich. Lądował w klatce w Dniu D ze skoczkami 6th Airborne Division w pobliskim nam rejonie zrzutu. Spadochroniarze wypuścili lotnego posłańca o godzinie 6.00 rano z przyczepionym do jego kończyny zbiorem informacji o wykonaniu zleconego im zadania. Prawie 27 godzin później ptak, jako pierwszy ze wszystkich ówcześnie wypuszczonych we Francji, dotarł do "swojego" gołębnika na londyńskiej ulicy Frithville Gardens (dzielnica Shepherds Bush), a właściciel wiadomość natychmiast przekazał do War Office - brytyjskiego Ministerstwa Obrony. Powiemy, że 27 godzin to dość długo, jak na lot sprawnego "pocztowca" na dystansie z Normandii do stolicy Anglii, ale wiedzmy, że zwierzęciu nie pomogły ani szczęśliwie niecelne strzały doń niemieckich snajperów świadomych roli skrzydlatych "posłańców", ani wisząca w powietrzu zawiesina dymów wszelkiego pochodzenia i huków, ani też siła przeciwnych wiatrów wiejących nad kanałem. Drugie "ale" to pewnie pytanie, czemu posiłkowano się średniowieczną metodą słania gołębi, skoro dysponowano radiem, krótkofalówkami, ogólnie zaawansowanym postępem w komunikowaniu się na odległość. Otóż musimy wiedzieć, że w tamtej fazie Dnia D przestrzegano ciszy radiowej i stąd nadal niezbędną okazała się dobra kondycja pocztowych gołębi.

The Duke "przyjął" Dickin Medal 8 stycznia roku 1947. Wnet o ptasim odznaczeniu zapomniano, po prostu medal Normandzkiego Księcia przepadł na dekady. Pewien kolekcjoner przypadkowo odnalazł go w starym pudełku pełnym okolicznościowych odznak, które w całość nabył za parę pensów. Nie przywiązywał doń większej wagi, zanim nie obejrzał programu BBC z serii Antiques Roadshow poświęconego edycjom Dickin Medal. Wydobył pamiątkę na światło dzienne i przedłożył domowi aukcyjnemu Bosley's do licytacji. Dnia 3 lipca roku 2013 medal Księcia znalazł nabywcę oferującego 8 000 brytyjskich funtów.

Ostatnim bohaterem listy uhonorowanych Dickin Medal w momencie pisania książki jest koń Reckless - klacz wyścigowa rasy mongolskiej w służbie wojskowej w 5th Marine Regiment, 1st US Marine Division. Tylko kilka słów o niej, bo warto. W październiku roku 1952 na torze wyścigowym w Seulu, Koreańczyk sprzedał ją amerykańskiej armii za sumę 250 dolarów. Pilnie potrzebował pieniędzy na protezę nogi dla siostry. Marines wyszkolili klacz do zadań konia jucznego; do wielu też rzeczy przyzwyczaili: traktowana jak członek jednostki bojowej swobodnie poruszała się więc po terenie koszar, miała wolny wstęp do wojskowych namiotów, gdzie zwykle przebywała podczas zimnych nocy; jadała wszystko, co się żołnierzom trafiło, w tym jajecznicę, popijała coca-colę, nie gardziła piwem... Proza codziennej służby wojskowej podczas wojny koreańskiej nie nastrajała już do takiej beztroski: Reckless niestrudzenie transportowała wojskowe zaopatrzenie, w tym amunicję, przenosiła rannych ostępami górzystego terenu znajdującego się w przestrzeni nieustannej wymiany ognia. Należała do istot niezwykle inteligentnych; mówiono, że w lot chwyta ludzkie potrzeby. Błyskawicznie zapamiętywała też przemierzane trasy dostaw i potem już sama, bez opiekuna, chodziła z zaopatrzeniem do jednostek rozrzuconych na odcinkach gorejącego frontu. Imponującym osiągnięciem Reckless stało się w marcu roku 1953 samodzielne pokonanie tylko jednego dnia pięćdziesięciu jeden różnorodnych kursów do strefy frontowej podczas tak zwanej Bitwy o przyczółek Vegas (Battle for Outpost Vegas) w pięciodniowym starciu Amerykanów z Chińczykami w końcowej fazie koreańskiej wojny. Chociaż dwukrotnie raniona, przetrwała w epicentrum konfliktu i tego samego roku awansowano ją do stopnia kaprala, a w roku 1954 do rangi sierżanta. W międzyczasie jako pierwszy koń wzięła udział w desancie morskim swojego korpusu. Czy na te słowa uśmiechamy się z niedowierzaniem, z powątpiewaniem kręcimy głową na udokumentowane fakty? Słuchajmy dalej: Reckless dwukrotnie odznaczano medalami Purple Hearts - to za odniesione rany, następnie uhonorowano Marine Corps Good Conduct Medal - odznaczenie za "honorable and faithful service" - honorową i oddaną służbę wojskową w wymiarze nie krótszym niż trzy lata; partycypowała w nadaniu jej jednostce prestiżowego Presidential Unit Citation - odznaczenia przyznawanego za bezprzykładne bohaterstwo okazane w obliczu uzbrojonego wroga... To nie koniec: słynny amerykański magazyn "Life" przyznał Reckless miejsce w zestawieniu 100 największych bohaterów Ameryki. Zadbano o jej podróż z Azji do USA, gdzie uczestniczyła w dorocznych balach swojego Marine Corps, a także wzruszała w licznych programach telewizyjnych. W roku 1959 dowódca US Marine Corps awansował ją do stopnia staff sergeant. Podczas całej służby w Marines Reckless ocaliła życie tysięcy żołnierzy, a sama dała je czterem źrebiętom. Odeszła w maju roku 1968, a 26 czerwca roku 2013 jej pomnik ofiarowano Narodowemu Muzeum Marine Corps w Quantico. Sierżant Reckless odznaczono pośmiertnie: 28 lipca roku 2016 "odebrała" swój Dickin Medal.

Ranville (49.231275, -0.257687)

Na rondzie po przekroczeniu rzeki ponownie skręćmy w 2 zjazd wskazany przez drogowskaz D 37 / Ranville.

Rue du Stade prowadzi nas w kierunku centrum miasteczka.

Mińmy pierwsze napotkane skrzyżowanie z Rue de la Vallée.

Po lewej stronie wyłoni się boisko piłkarskie. Skręćmy w prawo w ulicę Sente Morey odchodzącą dokładnie naprzeciw boiska.

Dojedziemy do skrzyżowania przy terenie kościoła i skręćmy przed nim w lewo, w Rue Des Airborne.

Osiągniemy centralny placyk Ranville przy budynku poczty i merostwa (Mairie) - siedziby lokalnych władz. Kontynuujmy wycieczkę w prawo, wzdłuż muru parafii i zaparkujmy przed cylindryczną bryłą niegdysiejszego młyna, na małym parkingu vis a vis wejścia na cmentarz wojskowy.

Podczas walk w tym rejonie widoczny budynek XIII-wiecznego kościoła doznał poważnych uszkodzeń. Nadal można na nim dostrzec ślady po kulach. Wewnątrz podziwiać możemy witraż dedykowany 6th Airborne Division (Vitrail 6e Division Aéroportée) znajdujący się we wnęce po prawej stronie ołtarza. Przy murze przykościelnego cmentarza parafialnego odnajdziemy grób porucznika Brotheridge'a, a tuż za nim tablicę pamiątkową ofiarowaną przez rodzinę Gondrée, wspominającą tragiczny los angielskiego żołnierza (Plaque 1er soldat anglais tué). Kolejną tablicę pamiątkową poświęcono 13 Batalionowi Spadochronowemu (13th Parachute Battalion), dowodzonemu przez porucznika Luarda, który wyzwolił Ranville (Plaque 13e Bataillon de Parachutistes).

Najważniejszym obiektem pamięci w Ranville jest jednakże War Cemetery - brytyjski cmentarz wojskowy (Cimeti?re britannique) (49.231275, -0.257687) sąsiadujący z cmentarzem parafialnym. Spoczywa tu 2 151 żołnierzy brytyjskich, 76 kanadyjskich, 1 żołnierz polski, 1 Australijczyk i 1 Belg. Dwa groby mieszczą szczątki żołnierzy nieznanych. Pochowano tutaj także 322 żołnierzy niemieckich. Pochowany w Ranville pułkownik Jerzy Levittoux pełnił funkcję szefa sztabu 1 Dywizji Pancernej generała Stanisława Maczka i zginął podczas niemieckiego nalotu w dniu 18 lipca roku 1944 podczas misji prowadzącej do nawiązania kontaktu z brytyjską pancerną 1st Armoured Division. Jerzego Levittoux uznano za pierwszego żołnierza 1 Dywizji poległego na normandzkiej ziemi. Grób pułkownika jest dziewiąty w czwartym szeregu po lewej stronie od wejścia. Płyta nagrobna wyróżnia się spośród pozostałych, bowiem jej górna krawędź, owalna na pozostałych, jest mocniej ścięta, jakby "zaostrzona".

Z pewnością nie zapomnieliśmy Emile'a Servais Corteila i Glena. Spoczywają w kwaterze 1A, rząd G, grób 13. Na płycie nagrobnej żołnierza czytamy: "Had you known our boy, you would have loved him too. Glen, his paratroop dog was killed with him" ("Gdybyś znał naszego chłopca, też byś go pokochał. Glen, jego pies spadochroniarz, zginął razem z nim"). To prawdopodobnie jedyny grób na świecie kryjący bohaterów historii, żołnierza i jego czworonożnego podopiecznego.

Pośród bohaterów zapisanych na gładkich licach piaskowca cmentarza Ranville dostrzeżemy też nazwisko majora MacLeoda. Kanadyjczyk spoczywa w grobie oznaczonym symbolami VA B 1. Nazwisko dzielnego majora pojawi się wnet na stronach tej książki.

Przy naszym małym parkingu naprzeciw cmentarza, na murku poświęconym 6th Airborne Division (Monument 6e Division Aéroportée), widnieje zestawienie jednostek wchodzących w jej skład oraz plansza obrazująca działania dywizji podczas pierwszych dni walk.

Uwagę niewątpliwie przyciąga zabytkowa baszta młyna, na którego zamurowanym wejściu umieszczono tabliczkę dedykowaną żołnierzom belgijskiej Brygady Piron (Plaque Brigade Piron) poległym w sierpniu roku 1944.

Za basztą, na niepozornej ławeczce, umieszczono tabliczki w języku angielskim i francuskim poświęcone poległym w walkach w Normandii spadochroniarzom szkockiego pułku (Plaque parachutistes écossais). Ofiarodawcą jest legendarny generał Alistair Pearson, uważany za najlepszego dowódcę w historii tego pułku. Obok, na murku, umieszczono tablicę wspominającą majora Charlesa Strafforda - członka sztabu 6th Airborne - publicysty i odważnego oficera zdeterminowanego w organizowaniu dla żołnierzy na linii frontu spotkań kulturalnych i informacyjnych.

Na dziedzińcu merostwa (Mairie) na Rue Des Airbornes, przy wejściu do biblioteki miejskiej (Biblioth?que Municipale), umieszczono pomnik dowódcy 6th Airborne Division, generała Richarda Gale (St?le General Gale).

Ranville opuszczamy, podążając wzdłuż Rue Des Airbornes.

Rue Des Airbornes łączy się z Rue du Général de Gaulle przy wypielęgnowanym zieleńcu z wystrzyżoną z krzewów nazwą miasta. Skręćmy tutaj w prawo i zgodnie ze wskazaniem kierujmy się na D 37 / Troarn.

Po 2 km, w osadzie Le Mesnil de Bréville, osiągniemy skrzyżowanie (T) z D 513, na którym skierujemy się w lewo, kierunek Cabourg / Troarn.

Po około 800 m skręćmy w prawo na wskazane D 37 / Troarn.

Do kolejnego rozjazdu odliczmy niecałe 2,5 km.

Po lewej stronie miniemy tereny lasu Bavent i przejedziemy przez miejscowość La Grand Bruyére.

Oddziały brytyjskiej 1 Brygady Specjalnej (1st Special Service Brigade) nie przypuszczały, że dane będzie im toczyć długotrwałą walkę pozycyjną w okopach, bardziej właściwą dla statycznej taktyki I wojny światowej aniżeli dla wyszkolonych komandosów. Na długie tygodnie po Dniu D las Bavent pozostawał terenem nierozstrzygniętego boju toczonego na swoistej ziemi niczyjej między liniami angielskich i niemieckich okopów oddalonych od siebie niekiedy niemal na rzut kamieniem. Rozstrzygnięcie na korzyść angielskich komandosów nastąpiło dopiero 17 sierpnia 1944, w dniu rozpoczęcia ofensywnej operacji Paddle zmuszającej siły niemieckie do odwrotu z Francji. Tamtej nocy Brytyjczycy ruszyli na niemieckie okopy uzbrojeni w lekką broń i większy niż zwykle zapas amunicji. Wczesnym rankiem nadciągnęli ze wsparciem Francuzi z N° 4 Commando, lecz jak się okazało, do cna zdewastowaną przestrzeń lasu Wehrmacht opuścił chwilę przedtem.

Walczył tu wspomniany w Ranville najbardziej poważany wśród brytyjskich komandosów- brygadier Alistair Stevenson Pearson - doskonały dowódca i strateg, żołnierz niezastąpiony na polu bitwy, odznaczony najwyższymi medalami za bohaterstwo i waleczność. Wsławił się w bitwie o Francję (1940), uczestniczył w tajnych operacjach w Tunezji (1942), trzeci medal DSO (Distinguished Service Order) otrzymał za dokonania podczas inwazji Sycylii. W nocy z 5 na 6 czerwca został ranny w rękę podczas lądowania w okolicy lasu Bavent, lecz kontynuował dowodzenie i wypełniał zadania powierzonej misji. Czwarty DSO otrzymał za bohaterstwo okazane podczas bitwy o Normandię.

Osiągniemy skrzyżowanie z nadbiegającą z prawej strony drogą D 37c. Nasza dotychczasowa D 37 odbiega w lewo, ale my kierujmy się na skrzyżowaniu prosto, zgodnie z oznaczeniem Touf­fréville, dokąd mamy około 1,5 km. Wiodąca tam droga nosi nazwę stosowną do sielskiego pejzażu okolic: Rue de la Butte Verte - Droga Zielonego Pagórka.

Po około 600 m miniemy po prawej stronie Camping Bois et Marais.

W Touffréville (49.190978, -0.225379), na niesymetrycznym skrzyżowaniu z wysepką, skierujmy się w lewo na D 227 / Sannerville, do której to miejscowości jest tylko kilkaset metrów.

Kres zabudowań Touffréville odsłania po prawej równinę pól sięgającą horyzontu. Chociaż tak samo uśpiona i niema, jak nocą z 5 na 6 czerwca 1944, trudna dzisiaj do zidentyfikowania przez niezorientowanych w temacie, wiedzmy, iż to sięgający niemal przedmieść Sannerville południowy obszar strefy zrzutu K, której przeciwległy kraniec rysuje się dwa kilometry dalej za naszymi plecami, na północ od Touffréville, które właśnie opuściliśmy. Dwie grupy pathfinders wyskoczyły z samolotu dwadzieścia minut po północy z zadaniem jej oznaczenia. Jak pamiętamy z wcześniejszego odcinka trasy, jedna wylądowała w Ranville, druga natomiast nie miała tyle szczęścia: sześciu ludzi utonęło w zalanej przez Niemców dolinie rzeki Dives. Ocalało tylko czterech. Dzięki szczęśliwym podmuchom wiatru przebyli w powietrzu przestrzeń nad rozlewiskiem i po wylądowaniu kontynuowali zadanie. Jeden z nich, strzelec Patrick O'Sullivan, został trafiony kulą podczas rekonesansu. Strzały padały z rejonu, który mieli oświetlić. W powstałej sytuacji pozostali trzej ustawili lampy na polu zboża, gdzie akurat dotarli. Na nic więcej nie było już ani sposobu, ani czasu. W mroku nocy niósł się już z oddali tubalny ryk silników setek samolotów transportowych.

Na pierwszym rondzie w granicach Sannerville ponownie skręt w lewo zgodnie ze wskazanym na Sannerville (49.177703, -0.222205).

Główną Rue de la Libération przejedźmy przez centrum miasteczka i na rondzie skręćmy w prawo - 1 zjazd na D 675 w kierunku Caen.

Po 500 m miniemy po prawej stronie serwis Renault, a zaraz za nim, po przeciwnej stronie drogi, za malowniczą ruiną gotyckiego portalu, parkowy trawnik prowadzi na brytyjski cmentarz wojskowy Banneville-la-Campagne (Cimeti?re britannique de Banneville-la-Campagne) (49.176425, -0.229937).

Osobliwą, przydrożną "bramą" u początku trawiastej ścieżki prowadzącej do cmentarza jest samotnie wyrysowany na tle drzew malowniczy, smukły portal zniszczonego po Rewolucji Francuskiej XI-wiecznego opactwa Saint-Martin de Troarn. Portal opactwa przeniesiono tu w XIX wieku i posłużył wjazdową bramą do prywatnej posiadłości Château de Banneville.

Brytyjski cmentarz wojenny w Banneville-la-Campagne

Na początku lipca 1944 roku w Normandii Amerykanie ponosili ciężkie straty, szczególnie w walkach o ważny węzeł komunikacyjny Saint-Lô. Nie odciążyły ich działania jednostek brytyjskich i, jak mówiono w gronie amerykańskich starszych oficerów, winna temu była "powolność" działań generała Montgomery'ego w obszarze Caen. Bernard Montgomery - dowódca alianckich sił lądowych w Normandii - zaliczył do tej pory kilka frontowych niepowodzeń i w pewnym sensie dmuchał na zimne, opóźniając terminarz przyjętych planów. Poirytowany niepochlebnymi opiniami brytyjski generał zwołał 10 lipca 1944 naradę, w której uczestniczyli między innymi amerykańscy generałowie Bradley, Dempsey oraz dowódca Pierwszej Armii Kanadyjskiej (First Canadian Army), generał Henry "Harry" Crerar. Montgomery przedstawił do zatwierdzenia założenia nowej, ofensywnej operacji Goodwood. Pomimo wahań co do dowódczych zdolności Brytyjczyka, jego plan zaaprobowano, a do realizacji generał otrzymał zapewnienie pokaźnego wsparcia z powietrza i morza. Zdawało się, że 18 lipca nasilone bombardowania i nieustanny, intensywny ostrzał artylerii lądowej i morskiej wręcz zmiotą niemieckie linie z powierzchni ziemi. Faktycznie okupantowi sprowadzono na głowy prawdziwe piekło i choć w pył obrócono niektóre jego formacje, na przykład zdziesiątkowane zostały stacjonujące na południe od Banneville-la-Campagne Tygrysy z 503 Schwere Panzer-Abteilung, dowodzone przez 24-letniego Lejtnanta Richarda Freiherra von Rosena - tylko 8 z jego czołgów udało się utrzymać w walce - to Niemcy kataklizm przetrwali i natarcie Montgomery'ego ponownie trafiło na żelazny opór kosztujący go życie 4837 Brytyjczyków poległych, rannych lub pojmanych oraz stratę 140 czołgów i kolejnych 174 poważnie uszkodzonych. W końcu Banneville-la-Campagne wyzwoliły wozy pancerne Guards Armoured Division.

Na brytyjskim cmentarzu Banneville-la-Campagne spoczywa 2175 żołnierzy, z których 2150 to Brytyjczycy, 11 Kanadyjczyków, 5 żołnierzy z Polski, 5 Australijczyków, 2 Nowozelandczyków i 2 żołnierzy nieznanych. Większość z nich poległa podczas działań wojennych między drugim tygodniem lipca i końcem sierpnia 1944 roku, głównie podczas owej operacji Goodwood i walk w kotle Falaise. Polscy żołnierze to załoga samolotu, który rozbił się w trakcie wykonywania misji w dniu 18 kwietnia roku 1943. Ich groby znajdują się w sektorze środkowym, w 18 rzędzie (6B). Na płytach nagrobnych, pod godłem RAF, widnieją polskie nazwiska i pełnione funkcje.

Troarn (49.182388, -0.181519)

Kolejnym punktem na szlaku naszej wycieczki jest teraz Troarn oddalone o około 3 km.

Zawróćmy i udajmy się do centrum Sannerville, skąd nadjechaliśmy, a tam, na znanym nam już rondzie kierujmy się prosto.

Kierunek Troarn utrzymujmy na kolejnych rondach napotkanych na naszej trasie.

Przejedziemy też pod wiaduktem autostrady A 13.

Troarn srodze ucierpiało podczas walk w 1944 roku, bowiem 70% miejskiej substancji legło w gruzach.

Duże rondo miejskie przy charakterystycznym wysokim krzyżu opuśćmy 2 zjazdem kierującym na Centre Ville.

Route de Rouen przeprowadzi nas prostym kursem przez całe miasto.

Po lewej stronie miniemy kościół i drogą w dół skierujmy się poza granice miasta.

1,5 km dalej dojedziemy do mostu na rzece Dives (49.184276, -0.164562).

Niegdyś bujne listowie krzewów przesłaniało tabliczkę z nazwą rzeki; dzisiaj trawa tu wystrzyżona, krzew wypielęgnowany, a szutrowy parking przed mostem po stronie prawej zapewnia wygodny postój. Na białym postumencie widnieje tabliczka z wyrazami hołdu dla brytyjskich spadochroniarzy. W czym rzecz? Kim jest wymieniony na niej major? O tym kilka słów dalej.

Celem misji brytyjskiej 3 Brygady Spadochronowej (3rd Parachute Brigade) było w tym przypadku nie ocalenie mostów, jak to miało miejsce w Bénouville i Ranville, a zniszczenie, jeszcze przed świtem 6 czerwca, czterech z nich na rzece Dives - operacja konieczna, by wschodnią flankę Brytyjczyków na Sword Beach zabezpieczyć przed niemieckim kontratakiem.

Major Tim Roseveare dowodził 3 Szwadronem Saperów Królewskich (3rd Squadron Royal Engineers) odpowiedzialnym za zniszczenie mostu na wschód od Troarn, na drodze do Saint-Samson i Dozulé (D 675). Kilka minut przed pierwszą w nocy spadochroniarze wylądowali szybowcami na północ od lasu Bavent. Zebrano sześciu oficerów i czterdziestu żołnierzy. Przejrzano dostępny sprzęt i materiały wybuchowe. Pobliski drogowskaz wskazał 7 kilometrów do Troarn. Czas naglił. Roseveare i porucznik David Breesen wybrali siedmiu saperów (resztę oddziału wysłali z podobnym zadaniem w kierunku mostów Robehomme i Bures) i wsiedli do jeepa z przyczepą załadowaną ładunkami wybuchowymi. Prowadził Roseveare. W drodze w koła samochodu wplątał się drut kolczasty jednej ze staranowanych zasieków i z czasu akcji stracili cenne 20 minut. Nad głowami przelatywały bombowce. Eksplozje dochodziły z daleka, ale i alianckie bomby wybuchały tuż obok; dało się słyszeć świsty pocisków morskiej artylerii. O 4.30 dotarli do zabudowań Troarn. Pech - na motocyklu pojawił się Niemiec i otworzył ogień. Uciszyli go z automatu, ale hałas zaalarmował posterunki. Nie przerwano akcji, przeciwnie, zdarzenie mocno zmotywowało Anglików. Brawurowo ruszyli w zabudowania Troarn. Jeep przeładowany ośmioma ludźmi i przyczepą z połową tony materiałów wybuchowych - leżał na nich saper Peachey - nie rozwinął więcej, jak 30 km na godzinę. Wyobraźmy sobie tylko te sceny: strzelano do nich zewsząd, a Ang­licy odpowiadali z broni maszynowej. Tył osłaniał Peacheya, ostrzeliwując z Brena. Cud, ale niemiecka kula nie trafiła żadnej skrzynki z materiałami wybuchowymi. Drugi cud - bez strat przedarli się aż za miasto, lecz na pochyłości drogi z przyczepy spadł Peachey. Pojmano go rannego. Jeep dotarł nad rzekę i przekonano się, że most nie jest chroniony. Jego wysadzenie stało się rutynowym popisem saperskich umiejętności. Działo się to niemal o wschodzie słońca. Roseveare z ludźmi porzucili jeepa i pieszo przez pola oddział wycofał się w kierunku Le Mesnil. Pośród łąk napotkano miejscowego chłopa dojącego krowę. Oznajmili mu, że wreszcie jest wolny, ale ten nie okazał nawet odrobiny radości. Roseveare miał podobno podsumować wydarzenia tego dnia słowami, iż do dowództwa dotarli umorusani i wyczerpani, atakowani przez Niemców, bombardowani przez RAF, ostrzeliwani przez US Navy i całkowicie zignorowani przez Francuzów. Brawurowa akcja na moście w Troarn przyniosła majorowi zaszczytny Distinguished Service Order - brytyjskie odznaczenie podkreślające wybitne zasługi na polu walki. Linia frontu w okolicy Troarn utrzymywała się do 18 lipca, kiedy przełamała ją ofensywa Goodwood, jednakże miasto jeszcze miesiąc pozostało w rękach niemieckich.

Do świtu 6 czerwca spadochroniarze 3 Batalionu uporali się z pozostałymi mostami na rzece Dives. Chwila wahania okazała się tragiczna dla niemieckiego wartownika przy moście na drodze z Varaville do Grangues (dzisiejsza D 27). Dwa tygodnie wcześniej jego 2 Batalion poddano niezapowiedzianym ćwiczeniom, mającym na celu sprawdzenie ochrony mostu. Ów strażnik nie dał się wtedy zaskoczyć i odpowiedział ogniem, kładąc trupem dwóch własnych ludzi i wielu raniąc. Mając w pamięci tamto zdarzenie, w noc desantu odruchowo powstrzymał reakcję i poległ od bagnetu brytyjskiego komandosa. Most zniszczono.

Współczesna sceneria okolicy mostu pod Troarn znacznie różni się od tej sprzed ponad siedemdziesięciu lat: choć nurt rzeki jest równie senny, jak wtedy, i takie same trawy porastają nadbrzeżną łąkę, to pobliska, współczesna zabudowa osady Saint-Samson odebrała miejscu aurę ciszy i odizolowania, które panowały tu podczas bohaterskiej misji majora Roseveare. Wydarzeniu dedykowano umieszczoną tutaj tablicę pamiątkową o treści: "Tablicę tę umieściło społeczeństwo Troarn 5 czerwca 1986 ku czci majora J.C.A. Roseveare'a i jego ludzi, którzy bohatersko wysadzili ten most o świcie 6 czerwca 1944". (St?le Major Roseveare).

Zawróćmy do Troarn.

Na pierwszym skrzyżowaniu za kościołem skręćmy w prawo zgodnie z oznaczeniem D 95 / Bures-sur-Dives / Varaville.

Podczas prawie 9-kilometrowej trasy do Varaville towarzyszyć nam będą grząskie tereny doliny rzeki Dives, gdzie na zalanych przez Niemców obszarach tonęli spadochroniarze. Droga nosi nazwę Route des Marais (Droga nad Bagnami) i trzymajmy się tej nazwy, gdy pojawi się na oznaczeniach.

Przejedziemy pod wiaduktem autostrady A13. Las Bavent pozostawimy po lewej stronie. Pośród pól napotkamy jedyny rozjazd ze skrawkiem zieleni pośrodku - tutaj prosto. Drogowskaz w tym miejscu nie rzuca się w oczy, ale zauważymy go w gęstwinie po lewej stronie drogi.

Wjedziemy do przeuroczej miejscowości Petiville (49.241864, -0.175487). Kierujmy się tu na D 95 / Varaville.

Przed samochodem pojawi się bryła kościoła mocno zniszczonego podczas działań wojennych. Obok niego ukwiecony budynek merostwa (Mairie). Zatrzymajmy się na chwilę na parkingu po prawej stronie ulicy.

Przed murem kościoła, pośród ukwieconego klombu, widnieje marmurowy pomnik z tekstem w złotych literach przywołującym żołnierzy z 3 Komando 1 Brygady Specjalnej (Monument N° 3 Commando, 1st Special Service Brigade) (49.241884, -0.175474) dowodzonej przez pułkownika Petera Younga, którzy osadę oswobodzili w dniu 17 sierpnia roku 1944. Tuż obok pomnika, na murze po stronie lewej, tablica upamiętnia nazwiska trzech mieszkańców poległych za ojczyznę.

Varaville (49.251664, -0.162391)

Na przedmieściu Varaville dojedziemy do dużego skrzyżowania z drogą D 513. Po jego prawej stronie zauważymy obelisk dedykowany żołnierzom kanadyjskiego 1st Canadian Parachute Battalion (Monument 1er Bataillon parachutiste canadien) (49.251664, -0.162391), którzy walczyli i ginęli w okolicach Varaville w pierwszych dniach inwazji w Normandii. Potem, okopani w niedalekiej wiosce Le Mesnil, stawiali czoła furii licznych kontrataków Wehrmachtu. Zanim w kilku słowach nawiążemy do historii tutejszych zmagań bitewnych, spójrzmy przed siebie: za kurtyną żywopłotu i koron drzew po drugiej stronie drogi D 513, poprzecznej do naszej obecnej D 95, rozpościerają się pola, którym nadano symbol V strefy zrzutu.

Trzecim celem głównego desantu brytyjskich spadochroniarzy było Varaville na wschód od rzeki Orne. W ramach brytyjskiej 3rd Parachute Brigade lądował tu 1st Canadian Parachute Battalion. Zadanie Kanadyjczyków to wykluczenie z walki stacjonującego w miejscowości niemieckiego garnizonu z siedzibą w Château de Varaville i zniszczenie zarówno pobliskiego mostu na rzece Divette, jak i aktywnej tam wrogiej stacji radiowej. Oddziały wylądowały w odległości niemal 10 kilometrów od celu, wielu komandosów wiatr zniósł nad tereny zalane przez Niemców, gdzie tonęli obciążeni sprzętem. Pół godziny po północy w przewidzianej strefie zrzutu Varaville odnalazło się jedynie 30 spadochroniarzy z oczekiwanych tu ponad 100. W dodatku w terenie odnaleziono tylko niewielką partię sprawnego sprzętu i cięższego uzbrojenia. Kompania C z 1st Canadian Parachute Battalion pod dowództwem majora Hugh Murraya MacLeoda niezwłocznie skierowała się do Varaville. Nieoczekiwanie na południe od miasteczka ludzie MacLeoda znaleźli się pod bombami ­RAF-u, zupełnie pomyłkowo zrzuconymi tu w ogromnej liczbie. Szczęśliwie nie poniesiono strat. Około 1.00 w nocy spadochroniarze dokonali szturmu i po zaciętej wymianie ognia zakleszczyli niemiecki garnizon stacjonujący w tutejszym zamku. Tutaj strat nie udało się uniknąć, a co gorsze śmiertelnie raniono samego majora. W walce pomagali mieszkańcy miasteczka: opatrywano rannych spadochroniarzy, podawano im napoje; jednemu z Francuzów dano wojskowy beret i karabin i wnet udało mu się trafić trzech niemieckich snajperów. O 8.30 rano Niemcy wywiesili białą flagę i w związku z brakiem własnego lekarza poprosili Kanadyjczyków o zabranie rannych. Kapitan Hanson wyraził zgodę, po czym dwóch gefrajtrów wypchnęło na drogę wóz z kilkoma rannymi; obok utykali kolejni. Dotarli niemal do umocnień Kanadyjczyków, gdy karabin maszynowy z niemieckiego umocnienia nieoczekiwanie ostrzelał własny konwój rannych, zabijając kilku z nich. Kanadyjczycy oniemieli, ale zaraz potem odgłos niedalekiej eksplozji wzbudził ich głośne "hurra!" - to dzięki odwadze sierżanta Daviesa most na Divette przestał istnieć, stwarzając tym samym poważny problem dla niemieckiego kontrataku. Około 10.00 kapral Hartigan postanowił radykalnie zabrać się za problem i biorąc na ramię moździerz, okopami przedarł się w pobliże owego stanowiska niemieckiego ckm-u. Moździerz ustawił tam w pozycji poziomej i odpalił pocisk. Poskutkowało. Niemcy ponownie wywiesili białą flagę, oznaczającą tym razem poddanie 43 żołnierzy Wehrmachtu - niemal dwukrotnie więcej aniżeli rozbrajający ich Kanadyjczycy. Bitwa o Varaville dobiegła końca. Z rąk Niemców uwolniono pojmanego nocą dowódcę plutonu moździerzowego, który tuż po północy pechowo wylądował przy niemieckich umocnieniach, oraz kaprali MacKenziego i Mowata. Obu hitlerowcy oswobodzili w nocy ze zwojów drutu kolczastego zamkowych zasieków. Wczesnym popołudniem 6 czerwca Kanadyjczyków zluzowała brytyjska jednostka zmotoryzowana. Jednakże marsz do Le Mesnil daleki był od wytchnienia. Nieliczna kompania, niemal nieustannie pod ostrzałem, eskortowała Niemców pojmanych w Varaville. Na odcinku 5 km drogi prowadzącej wzdłuż zachodniego skraju lasu Bavent jej żołnierze trzy razy wymienili ogień, pojmując do niewoli kolejnych 8 hitlerowców. Tuż przed 18.00 Dnia D kapitan Hanson dotarł do Le Mesnil, łącząc się z brytyjskim batalionem i kończąc swoją misję. Bez wątpienia w głębi serca przygniatała go dusząca świadomość straty spadochroniarzy kompanii C, młodzieńców jeszcze przecież, a jakże odważnych, bohaterskich, jak dwudziestopięcioletni major MacLeod, który fatalnie raniony w wyniku eksplozji pocisku skonał w Varaville na jego kolanach.

Merville (49.270153, -0.196393)

Od pomnika kanadyjskich skoczków skręćmy w lewo na wskazane Caen. Pojedziemy wzdłuż południowej flanki Drop Zone V.

Po około 3 km nie przeoczmy skrętu w prawo na D 95A / Gonneville-en-Auge / Merville-Franceville.

Po około 2 km od skrętu miniemy Gonneville-en-Auge i około 400 m dalej nasza D 95A doprowadzi do skrzyżowania z trasą D 223. Skierujmy się w prawo na Merville-Franceville.

Pierwsza napotkana osada 1 km dalej to Descanneville, blisko sąsiadujące z Merville.

Na niepozornym skrzyżowaniu w Descanneville skręćmy w lewo na wskazane Merville-Franceville / Cabourg.

Po około 400 m skręćmy w lewo na oznaczone kierunkowskazem Musée de la Batterie Merville.

Po 150 m Avenue de la Batterie de Merville doprowadzi do doskonale zachowanego kompleksu bunkrów baterii artyleryjskiej Mer­ville (Musée de la Batterie Merville) (49.270153, -0.196393).

Artyleryjska bateria w Merville o niemieckim oznaczeniu kodowym WN 01 (skrót niemieckiego słowa Widerstandsnest oznaczającego gniazdo oporu), dowodzona przez Oberlejtanta Raimunda Steinera, chroniła dostępu do portu Ouistreham i stwarzała bezpośrednie zagrożenie najwyższego stopnia dla desantu w obszarze Sword Beach. Aliancki wywiad donosił, że 4 żelbetowe bunkry o ścianach grubych na 2 metry osłaniają działa o kalibrze 150 mm, obsługiwane przez załogę 130 ludzi. Pozostałe zidentyfikowane obiekty baterii to bunkier dowodzenia, blokhauzy mieszkalne i magazyny wszelkiego rodzaju. Obiekt osłaniały działka przeciwlotnicze Flak oraz 15 gniazd ciężkich karabinów maszynowych rozmieszczonych wokoło. Całość obejmowała pole minowe i zasieki. W celu unicestwienia, czy choćby nawet osłabienia baterii Merville, bombardowano ją już od marca 1944, ale cel nie został osiągnięty: zdjęcia lotnicze pokazały, że na liczbę 1000 lejów tylko 50 znalazło się w obrębie baterii, z czego 2 bomby trafiły bunkry działowe, nie czyniąc jednakże pożądanego zniszczenia. Decydujący nalot setki bombowców Lancaster nastąpił więc w nocy z 5 na 6 czerwca, kiedy spuszczono tam 400 ton bomb. Niestety nadal bezskutecznie.

Doceniając strategiczne znaczenie baterii Merville, alianci poczynili szczególnie staranne przygotowana do jej wyeliminowania. W Anglii, na poligonie wojskowym w Newbury, na podstawie zdjęć lotniczych odtworzono kopię terenu otaczającego baterię wraz z najdrobniejszymi obiektami ważnymi ze strategicznego punktu widzenia. Dzień i noc ludzie pułkownika Terence'a Otwaya ćwiczyli tam różne warianty rozwoju wypadków podczas szturmu, jednakże jednego nie mogli przewidzieć i rzeczywiście nie przewidzieli - lądowania, które w noc Dnia D stało się dalekie od założeń. Złożyło się na to wiele okoliczności: oświetleniowe Eureki nie działały poprawnie i piloci samolotów transportowych kluczyli, mylili się w przestrzeni, podobnie jak szybowce z żołnierzami i ciężkim sprzętem bojowo-transportowym, z których pięć z działami przeciwpancernymi i samochodami stracono już nad La Manche, liczne zaś rozbiły się o zaaranżowane przez Niemców przeszkody terenowe bądź naturalne, niemożliwe do ominięcia w warunkach nocy.

9 Batalion 6th Airborne Division, dowodzony przez Otwaya, lądował w okolicach Merville krótko po północy 6 czerwca. Zadaniem batalionu było opanowanie baterii Merville przed porannym desantem na niedalekiej Sword Beach. Trudności w fazie zrzutu rozproszyły oddziały; część spadochroniarzy wylądowała nawet 45 kilometrów od celu. Ostatecznie o 2.50 w punkcie zbiórki, 2,5 kilometra od Merville, zebrano zaledwie 150 ludzi w miejsce oczekiwanych 600, do tego tylko jedną czwartą odszukanej w terenie broni ciężkiej niezbędnej do misji. Pomimo przeciwności Otway kontynuował akcję. W chwili zbliżania się oddziału do osady Gonneville-sur-Merville (obecnie Gonneville-en-Auge) nadleciało 109 alianckich bombowców Lancaster i niespodziewanie, niemal na ich głowy, zrzuciło 382 tony bomb przeznaczonych na baterię w Merville. Wioskę starto z powierzchni ziemi. Pomimo sporego szoku ludzie Otwaya trwali w misji i przedarli się w okolicę Merville. O 4.30 rano 500 metrów od celu, Otway przystąpił do szturmu. Równocześnie na niebie pojawiły się dwa z trzech oczekiwanych szybowców ze wsparciem. Jeden wylądował 7 kilometrów dalej, drugi przeleciał nisko nad baterią, ściągając na siebie ostrzał dział przeciwlotniczych Flak, i rozbił się nieopodal, pociągając straty w ludziach. Trzeci, z powodu problemów, w ogóle nie wystartował z Anglii. Niezrażony Otway atakował: eksplodujące rury bangalor (ładunki wybuchowe umieszczone w łączonych ze sobą rurach; wynalazek angielskiego sapera z roku 1912 zastosowany pod indyjskim miastem Bangalore, stąd nazwa) wytyczyły bezpieczne ścieżki przez pole minowe i zasieki, jednakże reakcja hitlerowców przyniosła Brytyjczykom duże straty. Tylko 4 z kilkudziesięciu atakujących dobrnęło do bunkra nr 4 i zniszczyło go granatami wrzuconymi do wnętrza przez otwory wentylacyjne. Pozostałe opanowano między innymi granatami fosforowymi wrzuconymi do środka przez drzwi wejściowe, które lekkomyślnie pozostawiono otwarte do wentylacji podczas armatnich salw. W walce poległo 22 Niemców i prawie tylu też wzięto do niewoli. Reszta zbiegła. Pierwsze zaskoczenie po zajęciu obiektu - to działa i nie te spodziewane, ale mniejsze, czeskie, 100-milimetrowe starszego typu, jeszcze z okresu I wojny światowej. Przy pomocy dostępnych materiałów wybuchowych spadochroniarze przystąpili do ich niszczenia. Jak się wkrótce okazało, dokonali tego z różnym skutkiem. W tym samym czasie z rozkazu Steinera na baterię w Merville spadły pociski ostrzału odwetowego niemieckich baterii z Franceville-Plage tuż nieopodal. Przed 5.00 rano, nie otrzymawszy rozkazu dalszego utrzymania baterii Mer­ville, 75 spadochroniarzy Otwaya (do ataku przystąpiło 150) wyruszyło do kolejnego zadania: zajęcia wioski Le Plain. Mocno osłabiony batalion zdołał opanować tylko połowę osady. Z zadaniem uporał się jeszcze tego samego dnia, ale już ze wsparciem 1st Special Service Brigade Lorda Lovata.

Muzeum baterii Merville / Musée de la Batterie Merville

Historia baterii Merville ma ciąg dalszy, kłopotliwy dla dowództwa alianckiego. Wkrótce po odejściu Otwaya baterię ponownie przejęli żołnierze Stei­nera. Dwa działa udało się doprowadzić do sprawności. Z bunkra dowodzenia baterii Steiner nie widział Sword Beach i nie był w stanie skierować tam skutecznego ostrzału. Telefonicznie skontaktował się z obserwatorami 736 Regimentu Piechoty Wehrmachtu (736. Infanterie-Regiment), którzy z nabrzeżnego La Br?che na bieżąco podawali precyzyjnie namiary celów do chwili, kiedy ich namierzono i zneutralizowano. Dnia 7 czerwca bateria została ponownie zaatakowana przez dwa oddziały komandosów z N° 3 Commando (komando w sile batalionu stanowiące część 1st Special Service Brigade). Dzienny atak został odparty, a komando poniosło bardzo dotkliwe straty. Anglikom nigdy nie udało się całkowicie zniszczyć baterii Merville i pozostała ona w niemieckich rękach aż do 17 sierpnia 1944, gdy jednostki niemieckie rozpoczęły odwrót z Francji.

Muzeum baterii Merville / Musée de la Batterie Merville

Główna ekspozycja Musée Batterie Merville mieści się w bunkrze nr 1, najbliższym od głównego wejścia na obiekt, i nawiązuje do walk bohatersko toczonych o jego zdobycie. W sumie w czterech zagospodarowanych bunkrach niezwykle realistycznie przedstawiono wszelkie aspekty ataku angielskich żołnierzy z 9th Parachute Battalion na ufortyfikowany obiekt. Unikalna jest kolekcja broni lekkiej i ciężkiej, mundurów obu walczących stron, dokumentów i przedmiotów osobistych. W realistyczny sposób ukazano warunki służby niemieckiej obsady baterii i system jej funkcjonowania. W bunkrze nr 1 przejmująca aranżacja efektów świetlnych i dźwięku uzmysławiają atmosferę panującą w nim podczas angielskiego nalotu i szturmu. Okazałym eksponatem jest oryginalny samolot transportowy Douglas C-47 Skytrain użyty podczas inwazji w Normandii. Maszyna z Merville przebyła długą drogę nie tylko podczas wojny, ale też po jej zakończeniu. W Dniu D ów C47 brał udział w transporcie amerykańskich spadochroniarzy na półwysep Cotentin i uczestniczył w walkach aż do zakończenia wojny. W roku 1994 francuski oficer z ONZ-owskiego kontyngentu Niebieskich Hełmów odnalazł samolot tkwiący bezużytecznie na zapleczu lotniska w Sarajewie. Numery pozwoliły zidentyfikować maszynę i ku zaskoczeniu znawców wskazały na ekscytującą wojenną przeszłość. Zawiązano stowarzyszenie na rzecz sprowadzenia C-47 do Francji i zachowania go w standardzie muzealnym. Kampania o przejęcie samolotu zakończyła się sukcesem. Po przetransportowaniu C-47 do Francji maszynę poddano gruntownemu remontowi. Historyczny i odrestaurowany samolot oficjalnie oddano turystom 7 czerwca roku 2008.

Warte wszelkiego polecenia muzeum Baterii Merville - adres: Place du 9e Bataillon, 14810 Merville-Franceville-Plage - otwarte jest codziennie od 15 marca do 30 września w godz. 9:30-18:30 i od 1 października do 15 listopada w godz. 10:00-17:00. Wstęp: dorośli - 6,50 euro, dzieci i młodzież od 6 do 16 lat - 3,50 euro, dzieci poniżej 6 lat - wstęp wolny.

Miejmy świadomość, iż niemiecka obrona tego rejonu nie opierała się tylko na sile baterii Merville. Nabrzeże pobliskiego Franceville również obsadzono bunkrami gniazd oporu i choć w Dniu D bezpośrednio ich z lądu nie zaatakowano, to szkodą byłoby choć pobieżnie nie rzucić na nie okiem i nie przekonać się, czym jeszcze dysponował Wehrmacht w punkcie stycznym z sektorem Sword Beach.

Merville-Franceville (49.278850, -0.203607)

Z parkingu muzeum baterii Merville wróćmy do głównej ulicy i skręćmy w lewo zgodnie ze wskazaniem Merville-Franceville.

Avenue Alexandre de Lavergne łączy Merville i Franceville, stąd wspólna nazwa gminy Merville-Franceville.

Na nieopisanym drogowskazami rozwidleniu dróg 300 m dalej kierujemy się w prawo.

Po niespełna 500 m osiągniemy skrzyżowanie (T) z parkingiem naprzeciw i skręćmy tu ponownie w prawo, następnie w pierwszą uliczkę w lewo.

Wjedziemy do centrum Franceville. Miniemy budynek merostwa (Mairie) i posterunek policji vis a vis.

Na rondzie kierujmy się w lewo, 3 zjazd na wskazane D 514 / Caen / Ouistreham / Car Ferry. Liczmy stąd dystans około 1 km do interesującego nas zjazdu w prawo.

Drogę niemal na skraju miasta dość łatwo minąć. Posłużmy się więc punktem orientacyjnym po prawej stronie - białą tablicą opatrzoną słowem Carolus, wskazującą wjazd na teren prywatnej posiadłości.

100 m dalej skręćmy w pierwszą w prawo Chemin de la Baie (49.274254, -0.213911) z tablicą wskazującą Face Baie, Le Port / Bar - Brasserie i nie najlepiej widoczną tabliczką z napisem La Redoute. Ponad kilometrowy odcinek Chemin de la Baie prowadzi przez rezerwat przyrody. Zakola terenowego parkingu wskazują początek pieszej wędrówki do masywnych bunkrów rozrzuconych na dużej przestrzeni wydm.

Zgodnie z koncepcją obrony wybrzeża okolic Franceville, ujścia rzeki Orne i kanału Caen oraz wzmocnienia wschodniego szańca portu w Ouistreham Niemcy umieścili po tej stronie rzeki Orne punkty oporu Stp 02 i Stp 05. Nomenklatura Wehrmachtu rozróżniała dwa symbole kodowe ufortyfikowanych umocnień Muru Atlantyckiego: gniazda oporu, owe Widerstandsnest (WN) oraz Stützpunkt (Stp) - punkty oporu, jednakże przeznaczenie obronne i struktura organizacyjna obu były takie same. Dostęp do zachowanych ruin Stp 05, noszącego również nazwę La Redoute, jest chroniony przepisami rezerwatu przyrody estuarium rzeki Orne (L'estuaire de l'Orne). Pod względem różnorodności konstrukcji bunkrów Stp 05 należy do najciekawszych obiektów obronnych Muru Atlantyckiego w Normandii. Całość umocnień zgrupowano nieopodal ukrytego wśród wydm fortu obronnego z roku 1779, gdzie prowadzą piesze ścieżki. Stąd określenie punktu oporu La Redoute. Na szczycie jednego z umocnień historycznego fortu Niemcy umieścili wieżyczkę czołgu. Siłę ogniową stanowiło niemieckie działo kalibru 75 mm, 3 działa Škody kalibru 47 mm (dwa z nich umieszczone w bunkrach typu H506, natomiast trzecie osłaniało przestrzeń na długości muru przeciwczołgowego) i trzy działa Flak 18 kalibru 37 mm. Bunkier typu H612 zapewniał ostrzał flankowy (amfiladowy) w poprzek ujścia rzeki. Ogniem kierowały dwa punkty obserwacyjne rozlokowane na linii wybrzeża. Stąd podawano namiary baterii Merville. Pozostałe bunkry służyły przestrzenią mieszkalną garnizonu artyleryjskiego oraz mieściły amunicję i ogólne zaopatrzenie. Do wieczora 7 czerwca N° 45 Commando starało się przejąć kontrolę nad Franceville i opanowało już północną rubież miasta, jednakże około godziny 21.00 ostrzał z ciężkiej broni maszynowej i moździerzy spowodował wyparcie stamtąd Brytyjczyków. Tak czy inaczej w tamtym momencie koncentrowali się oni głównie na działaniach po drugiej stronie Orne, wzmacniając tę flankę nadal wrażliwą na oczekiwane kontrataki niemieckie.

Z wydm L'estuaire de l'Orne wracamy do głównej drogi D 514. Włączając się w jej ruch, podejmijmy decyzję wyboru kierunku: rozważając relaks na plaży po dotychczasowej dawce wrażeń, może nawet perspektywę noclegu na jednym z campingów - skręćmy w lewo. (Campingi znajdują się we wschodnim rejonie Franceville.

Na znanym nam rondzie w centrum miasta kierujmy się prosto, 2 zjazd, w kierunku Cabourg / D 514. Ulica Route de Cabourg poprowadzi do campingów wskazanych przy ulicy. Powrót na szlak wznowionej wycieczki nastąpi tą samą trasą D 514 w kierunku Caen).

Kierując natomiast pojazd w prawo, podążymy ku kolejnej dawce wydarzeń rozegranych w rejonie zrzutów brytyjskiej 6th Airborne Division. Do końca tego etapu wycieczki liczmy stąd około 11 km.

Po 2 km podróży trasą D 514 w kierunku Caen wjedziemy w granice miejscowości Sallenelles (49.263441, -0.229876).

Zatrzymajmy się przy wjeździe do miasteczka, na parkingu pierwszego budynku po prawej stronie drogi. Strzałka wskazuje merostwo (Mairie). W głębi widnieją maszty flagowe.

N° 45 Commando dotarło tu wczesnym popołudniem 6 czerwca z rozkazem dalszego marszu na Merville, ale napotkało silny ogień ze strony punktu oporu Stp 05. Nazajutrz rano komandosi okopali się na południowym skraju Sallenelles i około południa, po ciężkiej walce, opanowali osadę. Wielu poległo; dowódca komanda, pułkownik Ries, i 16 oficerów poniosło rany, trzech innych zaginęło. O 13.00 odebrano rozkaz ponownego ataku na Franceville, a po odwrocie stamtąd rozkazano skierować się ponownie do baterii w Merville i utrzymać ją za wszelką cenę. Jak wiemy z pierwszego etapu wycieczki, baterię w Merville przejęto dopiero 17 sierpnia.

Dnia 12 czerwca N° 48 Commando Royal Marine, dowodzone przez pułkownika Moultona, weszło do Sallenelles i utknęło tu na długo, napotykając silny ogień wroga, głównie z ufortyfikowanego młyna Moulin du Buisson. Dalsze 70 dni ludzie pułkownika spędzili w okopach Sallenelles, gdzie nie tylko niemieckie moździerze i snajperzy, ale i francuskie komary dały się im mocno we znaki. Odsiecz nadeszła dopiero 16 sierpnia, niemal z początkiem ofensywy Paddle. To na ten dzień tak niecierpliwie oczekiwała oszczędzana dotąd belgijska 1st Infantry Brigade pod komendą majora (potem pułkownika) Jean-Baptist Pirona, krótko nazywana Brygadą Piron. W jej szeregach walczyli również Luksemburczycy. Przy wsparciu pojazdów opancerzonych brygada Pirona oswobodziła osadę, zluzowała N° 48 Commando i otoczyła opieką tutejszych mieszkańców, z których wielu głośno okazywało dezaprobatę dla przebiegu wydarzeń ostatnich dwóch miesięcy. Dnia 16 sierpnia 1944 w Sallenelles poległ pierwszy w Normandii żołnierz tej brygady, 20-letni Edouard Gérard.

Bunkier punktu oporu Stp 05 / Merville-Franceville

Przy merostwie Sallenelles umieszczono pomnik dedykowany Brygadzie Piron (Memorial Brigade Piron) (49.264542, -0.226786), natomiast płyta pamiątkowa Edouarda Gérarda (St?le Edouard Gérard) (49.263855, -0.228576) znajduje się 150 m dalej spaceru główną ulicą, po jej prawej stronie, na narożnym filarze muru ogrodzeniowego posesji nr 13.

Kontynuujemy podróż drogą D 514 w kierunku Caen.

Niecałe 2 km dalej wjedziemy w zabudowania osady L'Ecarde (49.250560, -0.244219), którą N° 4 Commando kapitana Kieffera zajęło 6 czerwca o godz.19.30.

Skupmy tutaj uwagę, ponieważ przy gospodzie Le Derby d'Epsom skręcimy w lewo na Amfreville-Bourg (49.249123, -0.235945). Skręt nie jest od tej strony wyraźnie oznaczony, bowiem drogowskaz stoi do nas "plecami".

Tuż po minięciu zabudowań rzućmy szeroko okiem w przestrzeń pól po prawej, które nocą z 5 na 6 czerwca 1944 stworzyły trzecią z zaplanowanych scen dramatycznego desantu spadochronowego 6th Airborne Division na wschód od koryta Orne. Tutejsza nosiła oznaczenie N i sięgała 2 km dalej w głąb pól, niemal po obrzeża Ranville.

Po około 500 m Rue Morice wprowadzi do Amfreville zdobytego z marszu przez komando Kieffera pół godziny później, tuż po opuszczeniu wioski L'Ecarde.

Amfreville (49.248802, -0.235992)

Jak wiemy, misja brytyjskiej 6th Airborne Division, przeprowadzona nocą z 5 na 6 czerwca, polegała na zabezpieczeniu wschodniej flanki Brytyjczyków desantujących na Sword. Innymi słowy, należało unieszkodliwić stanowiska ogniowe dział, moździerzy i ckm-ów, zabezpieczyć bądź zniszczyć określone mosty, odciąć środki łączności wroga, stawić czoła spodziewanemu kontratakowi... Z tymi zadaniami ruszyli do walki, mając w perspektywie bojowe warunki najcięższe z możliwych i nieprzewidywalne. Do świtu niemal wszystkie cele zostały osiągnięte, choć niektóre pozycje były nadal chwiejne. Tam właśnie kierowano 1st Special Service Brigade Lovata. Wzmocnienie najwrażliwszych odcinków frontu należało do jej prerogatyw. Wczesnym popołudniem Dnia D należące do niej N° 3 i N° 6 Commando przekroczyły od zachodu Pegasus Bridge i skierowały się do Amfreville, gdzie spodziewano się niemieckiego kontrataku. Około godziny 20.00, tuż obok, w wiosce Le Hauger, pozycje zajęło francuskie komando kapitana Kieffera będące elementem N° 4 Commando. Na ich rękawach widniał emblemat żaglowca przesłoniętego mieczem; w lewym rogu laterański krzyż; na głowach zielone berety noszone "po angielsku", przechylone na lewe ucho. Zaprojektował je jeden z nich, wspomniany już kapral Maurice Chauvet.

Dnia 8 czerwca nastąpił oczekiwany kontratak Wehrmachtu. Artyleryjski ostrzał nastąpił z wioski Bréville. W ciężkich walkach Niemców odparto, lecz niektóre oddziały musiały opuścić część zdobytych pozycji: i tak np. N° 44 Commando wycofało się ze stratami do Amfreville i w kościele spędziło na spoczynku noc z 8 na 9 czerwca.

O skali nieprzewidywalnego rozwoju wydarzeń w pierwszych dniach inwazji świadczy fakt, iż N° 4 Commando schodziło na Sword Beach przygotowane do boju trwającego najwyżej kilka dni. W rezultacie komando walczyło 82 dni bez wytchnienia i straciło w tym czasie połowę stanu osobowego.

Bréville-les-Monts (49.241219, -0.226684)

Wjeżdżając do Amfreville skręćmy w pierwszą uliczkę w prawo, tuż przed miejskim zieleńcem. W otulinie żywopłotu stoi pomnik poświęcony wyzwolicielom miasteczka, żołnierzom N° 3 Commando (St?le N° 3 Commando)(49.248802, -0.235992).

Kilkadziesiąt metrów dalej biały krzyż po lewej stronie zwraca uwagę na pomnik dedykowany żołnierzom 1 Brytyjskiej Brygady Specjalnej (Monument First Special Service Brigade) (49.247347, -0.235367), poległym w Normandii w czerwcu i lipcu 1944 roku.

Pozostawiamy kościół po lewej stronie i na dużym skrzyżowaniu skręcimy w prawo, w Rue Mesaise, będącą fragmentem trasy D 37B. Na trawniku po lewej stronie uwagę zwrócą białe barierki i pobielana, kamienna płyta poświęcona żołnierzom N° 6 Commando poległym w czerwcu i lipcu roku 1944 (St?le N° 6 Commando) (49.245340, -0.233662).

Rue Mesaise skręca w lewo i trzymajmy się jej głównej nitki prowadzącej prosto do pobliskiej miejscowości Bréville-les-Monts (49.241219, -0.226684).

Na terenie Bréville-les-Monts skręćmy w lewo przed kościelnym murem i zatrzymajmy się przed wejściem do kościoła (49.241219, -0.226684).

Przy miejscu postoju bramka prowadzi na teren cmentarza komunalnego, pośrodku którego zachowano ruiny starego kościoła zniszczonego podczas inwazji. Odnajdziemy tutaj dwa wojskowe groby: jeden przy południowym skraju nekropolii, drugi w pobliżu południowego muru ruin kościoła.

Na początku czerwca roku 1944 w Bréville stacjonowała jednostka 346. Infanterie-Division Wehrmachtu. W dniu inwazji wioska zyskała strategiczne znaczenie: jej położenie na wzniesieniu, między rzekami Orne i Dives, dawało jej jednostkom doskonałe pole obserwacji mostów i obiektów opanowanych już przez spadochroniarzy 6th Airborne. Zajęcie Bréville stało się więc kluczowe dla bezpiecznego lądowania aliantów na Sword Beach.

Dnia 7 czerwca w nocy 9th Parachute Battalion ze wsparciem 5th Battalion The Black Watch i jednostkami pancernymi otrzymał polecenie zajęcia wzgórza dominującego nad równiną Ranville. W rezultacie chodziło o zorganizowanie linii obrony uwzględniającej zamek Saint-Côme (Château Saint-Côme) i tereny lasu Mont (Bois de Mont). Nazajutrz dołączył tu 1 Kanadyjski Batalion Spadochronowy (1st Canadian Parachute Battalion). Między 10 a 12 czerwca w okolicach Bréville Wehrmacht podjął kontrataki skierowane w lukę między 1st Special Brigade i 3rd Parachute Brigade. Pierwsze odparto z dużą stratą wroga, zabijając 200 Niemców, a 150 biorąc do niewoli, lecz pomimo strat hitlerowcy zdołali przejąć wioskę i ponownie zagrozić brytyjskim przyczółkom. Co więcej, Niemcy odparli atak brytyjskiej 153rd Infantry Brigade, zadając jej pokaźne straty. Dnia 12 czerwca dwa kolejne niemieckie natarcia piechoty i czołgów zostały odparte przez 9th Parachute Battalion, kończący walki tylko z 200 ludźmi zdolnymi do noszenia broni. Nie lepiej miała się kondycja szkockiej 51st Highland Division. Obie strony odczuwały skrajne wyczerpanie. Wszystko, co pozostało Brytyjczykom w odwodzie, to mocno osłabiony spadochronowy 12th Yorkshire Parachute Battalion, wzmocniony przez 22nd Independent Parachute Company i batalion 12th Devonshire Regiment. Gdy przy wsparciu wozów pancernych Brytyjczycy ponownie ruszyli na Bréville, na ich linie spadły nieoczekiwanie pociski własnej artylerii, zabijając między innymi wszystkich wyższych oficerów 12th Battalion 12th Devonshire Regiment. Komendę nad całą jednostką musiał przejąć jeden z podoficerów. Fatalne zdarzenie nie rozwiało ducha walki Brytyjczyków i do wieczora, w bezpardonowej i krwawej walce wręcz, wyparli Niemców z wioski kosztem utraty 141 własnych ludzi. Tego samego dnia, obserwując przebieg walki, poważnie ranny został dowódca 1st Special Service Brigade, Lord Lovat. Philippe Kieffer - dowódca komandosów francuskiego 1 Batalionu Strzelców Morskich (1er Bataillon de Fusiliers Marins) wspominał: "Cmentarz Bréville, przeorany trzy dni wcześniej pociskami z dział floty, i stary zburzony kościół przypominają obraz Sądu Ostatecznego. W jednym miejscu widzę zwłoki w zielonym mundurze przewieszone przez murek; oczy pozbawione koloru, zakrwawione palce nadal zaciśnięte na karabinie z bagnetem, którym go przebito. Jego martwy przeciwnik, wyrośnięty blondyn w mundurze khaki, z kulą w plecach, jest nadal wyprostowany; oparty o marmurową płytę olbrzym nadal ściska karabin, jedną nogą tkwiąc w czeluści zapadniętego grobu"14. Tragiczny bilans poległych i ranionych w bitwie o Bréville to jeden spośród wysokich kosztów, jaki Brytyjczycy ponieśli, by kolejne etapy desantu na Sword przebiegły z możliwie najniższym parytetem strat.

Wracamy na dotychczasową trasę: tuż za kościołem skręćmy w prawo, w Rue du Mont Saint-Pierre, i ponownie w prawo, włączając się na D 223.

Na pierwszym skrzyżowaniu, przed maską pojazdu, dostrzeżemy Mémorial 6e Division Aéroportée (49.240238, -0.226144). Pomnik poświęcono mieszkańcom osady oraz żołnierzom 12th Yorkshire Battalion i 12th Devonshire Regiment poległym podczas walk o Bréville. 152 żołnierzy tych jednostek spoczywa na cmentarzu w Ranville.

Na skrzyżowaniu kierujemy się w lewo na wskazane drogowskazem D 223 / Ranville.

D 223 poprowadzi nas ponownie do Ranville, skąd kontynuujmy podróż do Bénouville.

Kończymy pierwszy etap wycieczki. Jeśli do tej pory nie zanocowaliśmy, proponuję zatrzymać się na wygodnym campingu w Bénouville, który doskonale spełnia warunki punktu wyjściowego do następnego celu eskapady - penetracji sektora Sword.

Ponownie przekroczymy Pegasus Bridge.

Na rondzie za mostem kierujmy się w prawo, 1 zjazd w kierunku D 35 / St-Aubin.

Po kilkuset metrach osiągniemy malowniczy Place du Commando N° 4. Po prawej miniemy kościół Notre-Dame z XII wieku (L'Église Notre-Dame) i skierujmy się w prawy odjazd rozwidlenia, tuż przy zabytkowych zabudowaniach XVII-wiecznej posiadłości Manoir Hastings - obecnie hotelu o wysokim standardzie i restauracji o wyszukanym menu.

Na rozwidleniu ze znakiem "stop" 100 m dalej kierujmy się w prawo, D 35c / Ouistreham / Car Ferry.

Za ostatnimi budynkami miasteczka widzimy oznaczenia zapraszające do skorzystania z wygód Les Hautes Coutures - czterogwiazdkowego campingu popularnego w tym regionie, w którym, jak stwierdza miejscowy slogan reklamowy, "[...] kulturowe dziedzictwo, historia i natura przeplatają się nawzajem". Dla nas atutem jest prosta stąd droga do Ouistreham i Sword Beach.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1 Le château (franc.) - zamek, pałac, fort w zależności od kontekstu

2 W języku polskim przyjęło się błędnie nazywać dudy kobzą, która to jest instrumentem strunowym.

3 http://www.pegasusarchive.org/normandy/tod_sweeney.htm, stan na 26.09.2018.

4 Tamże.

5 Tamże.

6 L. Backovic, The Heroic Paradogs of World War II, http://www.spiegel.de/international/zeitgeist/the-parachuting-dogs-of-the-british-army-in-world-war-ii-a-939002.html, stan na 26.09.2018.

7 Podczas wojny zakłady Excelsior wyprodukowały dla celów militarnych 3853 egzemplarze motocyki Welbike, natomiast po jej zakończeniu produkcja osiągnęła wynik dodatkowych 23 200 sztuk przeznaczonych dla kilentów cywilnych. Stał się on prekursorem bardzo popularnych później motorynek.

8 L. Backovic, The Heroic Paradogs of World War II, http://www.spiegel.de/international/zeitgeist/the-parachuting-dogs-of-the-british-army-in-world-war-ii-a-939002.html, stan na 26.09.2018.

9 Tamże.

10 http://www.dday.center/animals-in-combat.html, stan na 26.09.2018.

11 http://www.holidogtimes.com/images-of-the-ceremony-honoring-this-injured-military-dog-are-going-viral/#gs.InmNuAY, stan na 26.09.2018.

12 Tamże.

13 V. Heywood, PDSA Dickin Medal for hero girl Luca, https://dogsmonthly.co.uk/2016/04/05/pdsa-dicken-medal-hero-girl-lucca, stan na 26.09.2018.

14 P. Boussel, Guide des plages du débarquement, Presse de la Cité, Paris,1978, s. 54.