Plemię Morbusa - Rafał Kulak

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (8,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Podobno pierwsi byli Kreatorzy. Istoty niezmierzonej potęgi, których możliwości wykraczały poza granice rozumienia. Sensem i celem ich bytu, było nieograniczone żadnymi barierami tworzenie. Zawieszeni w swoim uniwersum, nie znając wartości czasu, formowali materię stałą, gazową i ciekłą, oraz niezliczone formy pośrednie. Osnową dla ich działania, była nie mająca początku, ani końca przestrzeń - do tej pory próżna.

Kreatorzy choć potężni, nie byli jednak wszechmogący. W szale tworzenia nie mogli niczego cofnąć, zmienić, czy zniszczyć. Nad raz powołanym bytem, tracili kontrolę i tak pojawił się chaos.

Niezliczone ilości tworów oddziaływały na siebie, współistniały, przenikały, lub kolidowały. Pojawiło się światło z rozbłysków zderzających ze sobą bolidów. Jedne unicestwione, zamienione w mgławice cząstek, inne umierały powoli, w żarze niekończących się eksplozji. Jeszcze inne, ukształtowane i oszlifowane przez kosmiczne wiatry, tworzyły zespoły i układy.

Jeden z Kreatorów, zwrócił się ku z pozoru nieistotnej perle zawieszonej wśród nieskończoności skał, skupisk cieczy i gazów. Zawęził swoją uwagę do tej właśnie drobiny, nadając jej nazwę Terris i nie dbając więcej o pozostały bezmiar wszechświata, stworzył na niej materię ożywioną.

Mijały eony, podczas których Kreator tworzył na Terris kolejne formy życia. Jedne pozostawione same sobie szybko ginęły bez śladu, inne trwały dłużej, by po pochłonięciu współżyjących, pochłonąć i unicestwić samych siebie.

Stwórca nie znał pojęć jakimi są zniecierpliwienie, czy zniechęcenie. Tworzył dalej, każde "nieudane" dzieło zastępując kolejnym.

Wreszcie zdawałoby się, że powołał do życia doskonałość. Dwa, zależne od siebie, współistniejące w symbiozie organizmy: herban i animali. Obdarzone zdolnością prokreacji, wkrótce zapełniły oddany im świat.

Poddając się procesom ewolucji, dzieląc na gatunki, dostosowując i udoskonalając, zachowały równowagę, będącą warunkiem przetrwania.

Kreator, dostrzegając prawidłowość swojego dzieła, stworzył istotę trzecią - homos.

Homos nie podzielił się wzorem swoich poprzedników na tysiące gatunków. Zamiast tego, zaczął w ogromnym tempie ewoluować. Bardzo szybko podporządkował sobie herban i animali, wykorzystując do tego nieosiągalne dla nich zdolności mentalne.

Pomimo pojawienia się nowego, inteligentnego bytu, równowaga nie została zachwiana. Homos, nazywający później samego siebie człowiekiem, rozumiał, że życie w symbiozie zapewnia przetrwanie.

Kreator, który tworząc swoje ostatnie dzieło zawarł w nim pierwiastek samego siebie, całą swoją uwagę skupił właśnie na nim.

Człowiek nie zawiódł swojego stwórcy. W coraz doskonalszym umyśle, uświadamiał sobie, że istnienie zawdzięcza nieznanej potędze - praojcu, któremu zresztą zaczął oddawać cześć, modląc się, budując świątynie i składając ofiary.

Jednak porządkiem tego, zdawałoby się idealnego świata, zachwiać miał czynnik, który paradoksalnie gwarantował przetrwanie. Prokreacja.

Człowiek, z uwagi na swoją dominację, nie miał właściwie naturalnych wrogów. Jego rosnącą liczebność weryfikowały jedynie warunki naturalne, oraz sporadyczne, nieprzewidziane okoliczności. Pomimo rozwiniętego umysłu, nie zdawał sobie sprawy z zagrożenia. Ale Kreator, dla którego czas stanowił zupełnie inna miarę, wiedział, że za niespełna sto pokoleń, liczba ludzi osiągnie skalę, która stanie się zgubą dla świata roślin, zwierząt i w końcu dla niego samego.

Stwórca postanowił ocalić swoje dzieci. Nie mogąc niczego zmienić, ani zredukować, stworzył aurum - szlachetny kruszec mający szczególne właściwości oddziaływania.

Ludzie z czasem pojęli wartość tego daru. Po jego wpływem, szybko pojawiły się do tej pory nieznane cechy, mające być najgorszymi jakie kiedykolwiek będą towarzyszyć istocie ludzkiej. Chciwość, zazdrość i ich konsekwencja - nienawiść.

Na początku efekty były sporadyczne. Drobne zatargi, potyczki, mordy. Wkrótce jednak pojawiły się wojny.

Kreator "odetchnął z ulgą". Jego dzieci były ocalone. Populacja w miarę regularnie redukowana, nie mnożyła się już tak jak wcześniej. Równowaga wróciła do świata ziemi.

Niestety nie trwało to długo. Ludzie pojęli, że wzajemne zabijanie, nie sprzyja gromadzeniu bogactw, które dawno nimi zawładnęły. Zaniechali eksterminacji, a niczym niepohamowana prokreacja, znów przyczyniła się do lawinowego wzrostu liczebności. Wizja zagłady ponownie zawisła nad ziemią. Ale kreator nie poddawał się. Chcąc przeprowadzić skuteczną interwencję, zrobił to, co było sensem jego istnienia - tworzył.

Gdyby wtedy zdał sobie sprawę z następstw swojego dzieła, przenigdy by do niego nie przystąpił, pozwalając raczej na powolną śmierć ukochanego skrawka kosmosu.

Twór, który powołał, aby ostatecznie ocalić świat ludzi, nie był ani żywy, ani martwy. Morbus - jedyny prawdziwy wróg ludzkości. Plugawy, cyniczny byt, działający podstępnie i zdradziecko. Z założenia miał ograniczać zdolność rozmnażania, a także sprowadzać przedwczesną śmierć.

Dostawszy się do żywego świata, pozbawiony jakiejkolwiek kontroli, rozpełzł się mnożąc z niewyobrażalną szybkością i zaatakował.

Już w pierwszym stuleciu, mierząc miarą ludzką, zabrał więcej istnień, niż wszystkie dotychczasowe wojny razem wzięte.

Każdy z jego pomiotów działał niezależnie. Bytując obok ludzi, rozsiewał swoje plugawe ziarno szerząc ból, niemoc i w końcu śmierć.

Ludzie, nieświadomi obecności śmiertelnego wroga, początkowo wierzyli, że to boska kara za popełnione grzechy. Później, wraz z rozwojem intelektualnym, przyczynę upatrywali w truciznach niewiadomym sposobem pojawiających się w powietrzu. Wreszcie nauczyli się odczytywać znaki i rozpoznawać objawy, aby móc się bronić. Prymitywne z początku metody i środki nie przynosiły praktycznie żadnych efektów. Jednak z czasem, umysł wspomagany wolą przetrwania sprawił, że obrona stawała się coraz bardziej skuteczna. Rozwinęła się ogromna gałąź nauki służąca zapobieganiu, rozpoznawaniu i leczeniu chorób.

Medycyna ostatecznie położyła kres masowym epidemiom wyludniającym całe miasta. I choć wróg nie zaprzestał swojej aktywności, to widmo hekatomby zostało zażegnane.

Ale dzieci Morbusa, nazywane później siewcami, albo morfami, przyczajone w swoich płaszczyznach równoległego świata zwanego Erebem, uczyły się i mutowały, bezustannie szukając sposobności skutecznego ataku.

Kreator przekonał się, że człowiek - jego najdoskonalsze dzieło, przetrwa dzięki sile umysłu. Jednak będąc świadkiem bliskiej i zdawałoby się nieuchronnej zagłady, zdawał sobie sprawę, że bestia, którą powołał do życia, może jeszcze unieść swój niszczycielski łeb. Aby temu zapobiec, powołał na ziemi kolejne istoty - septorów, z zadaniem tropienia i eliminowania poszczególnych siewców, emanujących swoimi plugawymi wyziewami.

Septorowie pozornie nie różnili się od ludzi, wśród których od tej pory mieli żyć. Jednak żaden człowiek, który dostałby się do Erebu, nie byłby w stanie stawić czoła nawet najsłabszej z bestii Morbusa. Dlatego Kreator wyposażył Septorów w optymalne cechy fizyczne, oraz mentalne, spotykane nie tylko wśród ludzi, ale również i zwierząt.

Oto historia jednego z nich.