Plemię Morbusa - Rafał Kulak

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (8,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

II

Biegnąc w dół, mijał kolejne kondygnacje, pokonując rozpadliny i inne przeszkody, jakimi usiane były wypaczone przez Ereb szyby wind i klatki schodowe, centralnego budynku Subromu. Nie zważał na ostry ból, gdy przerzucony przez plecy miecz, co rusz zawadzał o sterczący z rany grot, a każdy oddech zdawał się palić żywym płomieniem.

Choć wydawało się to niemożliwe, przyspieszył, gdy oprócz wyraźnego śladu Verbeny, pojawiło się to, czego tak bardzo się obawiał - aura Siewcy.

Stwór musiał być niedaleko, a gdy wyczuł człowieka, z pewnością od razu ruszył tropem, niczym rekin podążający za najmniejszym nawet śladem krwi.

Septor targany najgorszymi przeczuciami, ryzykując skręcenie karku, pędził balansując na powyginanych poręczach, oscylując na granicy upadku.

Gdy dotarł do labiryntu podziemnych korytarzy, ślad dziewczyny z mocą pulsował w jego zmysłach, ale już nie musiał się nim kierować, ani równie mocną aurą Morfa. Teraz mógł już słyszeć - złowieszcze odgłosy szybkich uderzeń, chrzęst i chrobot pazurów i nagle krzyk - jeden, drugi, trzeci. Ostatni, krótki, gwałtownie urwany krzyk Verbeny, powiedział mu, że się spóźnił.

Szczątki roztrzaskanych drzwi, wyglądały, jakby pracowała nad nimi ręka krzepkiego drwala. Morf bez większego trudu sforsował tą barierę, żeby dostać się do środka.

Uriel zatrzymał się. Poczuł nagle ogarniającą go słabość, jakby rana, na którą do tej pory nie zważał, właśnie odbierała mu resztki sił. Jednocześnie dotarło do niego coś, czego jeszcze nie doświadczył - rozpacz. Rozpacz, że to wszystko z jego powodu, przez niego. Że zawiódł tą najbliższą istotę, która pierwsza wskazała mu drogę i wzbudziła tyle nieznanych uczuć. A on sprowadził na nią tylko śmierć.

Morf pastwił się jeszcze nad z pewnością martwą już ofiarą, a Uriel nie mógł zdobyć się na to, żeby tam wejść. Nie był na to gotowy. Jedno czego pragnął, to umrzeć wraz z nią.

Z trudem, jakby każdy ruch sprawiał ogromny wysiłek, sięgnął po wiszący na plecach miecz. Wydobył klingę, którą upuścił z brzękiem na ziemię i wszedł do środka.

Chociaż wewnątrz panowała ciemność, w niewielkim tylko stopniu rozpraszana przez docierającą tu przez roztrzaskane drzwi poświatę z korytarza, oczy septora dostrzegały każdy szczegół.

Pod przeciwległą ścianą, tyłem do wejścia stał Morf. Drobne ciało Verbeny, ginęło całkowicie pod pochylonym, szerokim korpusem. Monstrualne łapy, zbrojne w długie, proste pazury, raz za razem wznosiły się i opadały. Stwór pochłonięty masakrowaniem ciała, nawet nie zwrócił uwagi na wchodzącego Uriela. Ten, walcząc z samym sobą, nie skierował się wprost do bestii, chcąc jeszcze spojrzeć ostatni raz.

Idąc po łuku znalazł się nieco z boku...

To co zobaczył, sprawiło, że z szybkością błyskawicy, rzucił się z powrotem do wyjścia.

***

Drzwi chwiały się pod wściekłym naporem. Verbena początkowo sądziła, że to jakieś zwierzę, ale nie miała pojęcia, skąd wzięłoby się w podziemnych korytarzach biurowca i dlaczego z taką zajadłością starało się do niej dostać. Z tego co wiedziała, zwierzęta i owszem, znajdowały się na terenie korporacji. Trzymano je w celach doświadczalnych, ale były to raczej króliki i szczury, a nie jakiś pazurzaste monstrum, w dodatku wielkie i agresywne.

- Urielu, gdzie jesteś? - powiedziała na głos, rozglądając się rozpaczliwie po swoim więzieniu, choć wiedziała, że nie ma stąd innego wyjścia.

Wypowiedziane imię sprawiło, że doznała olśnienia.

- To dziwne, kłujące przy każdym oddechu powietrze... - myślała gorączkowo - Takie samo, jak wtedy, gdy Uriel zabrał mnie do tego strasznego świata. Wrogiego świata zwanego Erebem... Czyżbym była właśnie tutaj?!

Drzwi pękały poddając się kolejnym atakom.

- Uriel opowiadał o mieszkających w Erebie monstrach, a to musi być jedno z nich!

Nagłe przerażenie ścisnęło dziewczynę za gardło. Oto za chwilę drzwi runą, a ona zostanie wydana na pastwę najprawdziwszego potwora. Koszmar, w który wcześniej nie mogła uwierzyć, właśnie staje się rzeczywistością!

Verbena poczuła ogarniającą ją panikę. Jeszcze raz gorączkowo rozejrzała się po swoim więzieniu, choć wiedziała, że nie ma stąd ucieczki.

Nagle wzrok jej padł na stojącą pod ścianą, starą szafę pancerną, którą dostrzegła dzięki odrobinie docierającego przez popękane drzwi światła. Teraz przypomniała sobie, że widziała ją już wcześniej, gdy została tu zwabiona i uwięziona przez Ramzesa. Wtedy nawet nie przypuszczała, że będzie to jej ostatni bastion, a czas był najwyższy, bo rozległ się głuchy trzask rozpadającej się zapory i stwór wtargnął do środka.

Mimo, że Ereb zmienił strukturę stalowej szafy, służącej normalnie do przechowywania rzeczy wartościowych, to nadal była to masywna i solidna skrzynia. Verbena szarpnęła za na wpół otwarte drzwi, które na szczęście bez większego oporu rozwarły się na oścież.

Wewnątrz nie było zbyt wiele miejsca, ale przerażona dziewczyna zdołała tyłem wepchnąć się do środka i co najważniejsze przymknąć drzwi, bo już w następnej sekundzie, potężne uderzenie zatrząsało całą szafą, która gdyby nie stała wsparta o ścianę, z pewnością by się przewróciła.

Tym razem nie zdołała powstrzymać krzyku. Wrzasnęła na całe gardło, kontrapunktując kolejne uderzenia, próbującego się do niej dobrać stwora, który na szczęście nie był zbyt inteligentny, próbując rozwalić drzwi, zamiast po prostu je otworzyć. Wobec takiej siły i furii, dziewczyna nie zdołała by przytrzymać ich od środka. Zresztą nie miało to większego znaczenia, gdy stało się jasne, że prędzej czy później, potwór pokona i tę zaporę.

Verbena wrzasnęła raz jeszcze, gdy ściany szafy zaczęły kruszyć się i pękać, jakby wykonano je nie ze stali, a z wypalonej gliny.

***

Zwyczajne, ludzkie oko nie dałoby wiary, z jaką szybkością może poruszać się septor. Jeszcze przed chwilą złamany i pokonany wewnętrznie Uriel, skoczył niczym zwolniona sprężyna, chwytając porzucony na korytarzu miecz.

Zajęty swoją ofiarą Morf, wyczuł obecność łowcy dopiero, gdy szlachetna, damasceńska stal sejmitara, ukąsiła go w gruby, guzowaty kark.

Jeden cios miecza, nie mógł unieszkodliwić tych rozmiarów Morfa, ale z pewnością odwrócił jego uwagę, a o to głównie Urielowi chodziło.

Siewca wykręcił się do niespodziewanego napastnika tylko po to, by otrzymać kolejne cięcie w obwisłe, wolowate podgardle. Koniec miecza z ohydnym mlaśnięciem, rozpłatał gardło stwora, ciągnąc za sobą krople gęstej posoki.

Septor wiedział z doświadczenia, że mieszkańcy Erebu opornie rozstają się z życiem, a pozornie pokonany Morf, nadal może być śmiertelnie niebezpieczny, dlatego nie czekając na efekt, ciął jeszcze dwukrotnie, odrąbując mierzącą w niego szponiastą łapę i jeszcze raz poprawiając w kark, ciosem wyprowadzonym ze skrętu bioder, który niemal dekapitował stwora. Morf kłapnął jeszcze krokodylą paszczęką, po czym przewrócił się na bok i znieruchomiał.

Zamknięta w ciasnym wnętrzu szafy pancernej Verbena, ani myślała opuszczać swojej kryjówki, chociaż ataki potwora nagle ustały i zapadła cisza. Przerażona do granic, trzymała kurczowo drzwi, nawet wtedy, gdy usłyszała swoje imię.

- Verbeno - powróżył Uriel, - to ja. Już po wszystkim.

Słysząc znajomy głos, dotarło do niej przecież, że jest ocalona.

- Urielu, to ty? - zawołała i już po chwili przylgnęła mocno do septora, jakby bojąc się, że ten okaże się złudzeniem.

- Nic ci nie jest?

Odsunął ją na chwilę, przebiegł wzrokiem po twarzy i znów mocno przytulił.

- Przepraszam - szepnął - To przeze mnie... Mogłem przypuścić, że jest do tego zdolny...

Verbena chciała coś powiedzieć, ale ostatnie, skrajne przeżycia i ta nagła odsiecz, chwilowo odebrały jej mowę. Zamiast tego otarła łzy, które cisnęły się jej do oczu i pogładziła Uriela po twarzy.

- Nic ci nie zrobił? - spytał z troską, robiąc ruch głową w kierunku leżącego obok ścierwa Siewcy.

Wyglądało na to, że dziewczyna nie odniosła żadnych obrażeń, ale wolał się upewnić. Nawet niewielka rana zadana przez Morfa, mogła mieć fatalne skutki.

- Nnie...

Verbena powoli przychodziła do siebie.

- Jestem cała. Co to było? - spojrzała z odrazą na martwe cielsko.

- Morf - odparł Uriel, wzdragając się na myśl, co by się stało, gdyby stwór zdołał dobrać się do dziewczyny. - Duży - dodał. - Jeszcze takiego nie widziałem.

- Czyli jesteśmy w tym drugim świecie - Erebie, czy tak?

Uriel skinął potakująco głową.

- Ramzes mnie tu zwabił i przeniósł gdy byłam nieprzytomna - powiedziała to, o czym septor już wiedział. - On tu może wrócić - rozejrzała się z niepokojem.

- Nie wróci - powiedział cicho.

Verbena spojrzała Urielowi w oczy zgadując co się stało.

- I co teraz? - spytała po chwili milczenia - Na pewno będą go szukać.

- Nie znajdą. Zostanie tu na zawsze - dodał, widząc pytające spojrzenie dziewczyny. - Wynośmy się stąd - uciął temat - Nie powinnaś tu w ogóle trafić, a jesteś już zdecydowanie zbyt długo.

Ujął Verbenę za dłoń i zainicjował przeniesienie.

***

Zniknięcie szefa Subromu, nie od razu wywołało burzę. Ramzes, nie mający nad sobą żadnej zwierzchności, ani kontroli, nigdy nie zwykł o niczym uprzedzać, ani z czegokolwiek tłumaczyć. Dlatego nikogo nie dziwiła, ani nie niepokoiła jego nieobecność.

Mająca rozbudowany sztab zarządzający korporacja, pozornie funkcjonowała normalnym trybem. Jak każdego dnia, tłumy pracowników wjeżdżały i wyjeżdżały wszystkimi bramami Subromu.

Nieco zamieszania uczyniło nagłe pojawienie się grupy naukowców, wysłanych jakiś czas temu na daleką placówkę badawczą, którzy twierdzili, że wbrew własnej woli, zostali przetrzymywani w zamkniętym laboratorium, gdzie zmuszano ich do badań jakiś nieznanych organizmów.

Nie dano wiary temu, że za ich porwaniem stoi nie kto inny, jak nieobecny szef właśnie. Te nieprawdopodobne rewelacje, wzięto na karb przemęczonych pracą uczonych mózgów i nie zastanawiano się nawet nad tym, że wszyscy, co do jednego, twierdzili zgodnie to samo, opisując swoje więzienie i dziwne, nieznane stwory, które kazano im badać.

Wreszcie przecież wszczęto poszukiwania, które ma się rozumieć nie mogły przynieść żadnego rezultatu, gdyż trup Adrameleha spoczywał w jego własnym gabinecie, tyle, że w Erebie.

IV

Tym, co od razu rzuca się w oczy odwiedzającym tereny Skandlandu, jest niespotykane w tej części świata, bogactwo niczym nie skażonej przyrody.

Władze, a także zwykli obywatele zamieszkujący ten ogromny półwysep, znani byli ze swojego wręcz fanatycznego podejścia do ochrony środowiska naturalnego. Nawet wielkie i nowoczesne aglomeracje miejskie, utrzymywane były w równowadze cywilizacji z naturą, ciesząc oko licznymi parkami i ogrodami botanicznymi.

Ponadto, Skandland, od wielu lat, szczyci się najniższą gęstością zaludnienia, co bez wątpienia ma niebagatelny wpływ na niespotykaną nigdzie indziej świeżość powietrza i czystość wód.

Uriel znając upodobania Verbeny, zamiast "stugwiazdkowego" hotelu, wybrał bardziej kameralny, choć nie pozbawiony luksusowego wyposażenia dom z bali, nazywany tutaj hytte[1]. Dziewczyna aż klasnęła w dłonie, widząc rustykalną bryłę parterowego budynku z częściowo zadaszonym, obszernym tarasem.

Jadąc tutaj z Urielem wypożyczonym samochodem, miała już przedsmak wspaniałości tutejszego krajobrazu. Mimo to, teraz oniemiała, chłonąc otoczenie, jakie do tej pory mogła oglądać jedynie na folderach reklamowych biur podróży.

Wokół, jak okiem sięgnąć, królował krajobraz górzysty, w dolnych partiach podszyty wysokopiennymi sosnami i świerkami, a u góry, cieszący oko nagością skał i turni.

Gęstwina drzew okalała budynek z trzech stron, z wyjątkiem frontu, który wychodził na gładkie niczym lustro wody fiordu. Jej lazurowo-błękitny kolor, był tak wyrazisty i jaskrawy, że zdawał się nierealny.

Obramowany pionowymi ścianami skał, szeroki na kilkaset metrów fiord, ostrymi zakosami biegł w kierunku otwartego morza, by kilkadziesiąt kilometrów dalej, połączyć z nim swoje wody.

W zasięgu wzroku, widać było kilka małych wysp, w całości pokrytych zwartą zielenią, z której gdzieniegdzie tylko, wychylały nagie krawędzie skał.

- Wspaniałe - wyszeptała Verbena, nie spuszczając oczu z widoku.

- Wiedziałem, że ci się spodoba - nieco chełpliwie odezwał się Uriel, patrząc z satysfakcją na rozpromienioną dziewczynę. - Chodźmy zobaczyć dom - otworzył drzwi z zapraszającym gestem.

Verbena niechętnie posłuchała i z ociąganiem weszła do środka, nie chcąc jeszcze rozstawać się w widokami na zewnątrz.

Wnętrze przedstawiało się prosto i funkcjonalnie.

Za krótkim przedsionkiem, wyposażonym jedynie w szafę na nakrycia wierzchnie, znajdował się wielki salon z wygodną, rogową kanapą, przy której ustawiono niską, drewnianą ławę, przykrytą kolorowym obrusem, haftowanym w tutejsze, folklorystyczne wzory.

Naprzeciw, zainstalowany był pokaźny kominek z różowego kamienia, na okapie którego, stały rzeźbione w wielorybiej kości miniatury zwierząt - fok, jeleni i spinających się do skoku łososi.

Obok, zwykła, trzydrzwiowa szafa z lustrem. W głębi, kuchnia z "wyspą", oddzielona od salonu długim stołem z krzesłami, stanowiącymi jadalnię.

Za pełnymi, drewnianymi drzwiami, była sypialnia z podwójnym łóżkiem, nad którym wstawiono duże okno, dające widok na niebo.

Przyległa do sypialni łazienka, robiła wrażenie bajecznie kolorową mozaiką, jaka pokrywała całe jej ściany, od sufitu, aż do podłogi, oraz stojącą na środku, wielką, mosiężną wanną, z rustykalną, miedzianą armaturą.

Ale największe wrażenie robił taras, na który prowadziły bezpośrednio z salonu, zajmujące niemal cała ścianę, rozsuwane, szklane drzwi. Wychodził bezpośrednio na wody fiordu, tak, że jego najbardziej wysunięte pale, na których był wzniesiony, zanurzały się w wodzie.

Taras, zbudowany z impregnowanych desek, na wypadek kaprysów pogody, był w połowie zadaszony. W jego krytej części, stał niewielki stolik i pokryta miękkimi poduszkami, ratanowa kanapa. Poza tym, stał tam gazowy grill i barek na kółkach, a także specjalny stojak z różnego rodzaju wędziskami i innym sprzętem dla amatorów wędkowania w krystalicznie czystych wodach fiordu.

Część odkryta, wyposażona była jedynie w dwa ratanowe fotele i drabinkę, po której można było wejść do wody, gdyby komuś przyszła ochota popływać w lodowato zimnej wodzie, lub co bardziej wskazane, zanurzyć się, po wyjściu z sauny, która mieściła się tuż obok w niewielkiej przybudówce ze spadzistym dachem.

W innej, również zadaszonej i pozbawionej podłogi przybudówce, stała na wodzie łódź motorowa. W pełni wyposażona i z kluczykami w stacyjce.

Verbena po raz kolejny westchnęła z zachwytu, stojąc na tarasie i patrząc na czerwoną kulę słońca, powoli zbliżającą się do odległego horyzontu i odbijającą się krwawym blaskiem, od nieruchomego zwierciadła wody.

- Nie ma co, przyjemny widok - powiedział cicho Uriel, żeby nie płoszyć wrażenia i objął dziewczynę.

- Wspaniały - przyznała nie odwracając się.

- Będziesz mogła go podziwiać jeszcze wiele razy. O ile pogoda dopisze - dodał rzeczowo. - Tymczasem myślę, że trzeba pomyśleć o kolacji.

Wobec tych wizualnych wrażeń, dziewczyna w ogóle nie pomyślała o czymś tak trywialnym jak jedzenie, choć po długiej podróży z lotniska, zdążyła solidnie zgłodnieć. Już miała zaprotestować, gdy uprzedził ją Uriel.

- Możemy zjeść tutaj - powiedział łagodnie, odgadując jej intencje. - I pozwól, że ja zajmę się przygotowaniem kolacji.

Nie czekając na reakcję, pocałował ją lekko w policzek i ruszył do kuchni, pozostawiając Verbenę jej kontemplacjom.

***

Trzeba przyznać, że agencja zajmująca się wynajmem luksusowych domów, dbała o swoich wymagających klientów. Uriel z zadowoleniem stwierdził, że zaopatrzenie spiżarni zaspokoiło by nawet najbardziej wyszukane gusta.

Oprócz typowo regionalnych produktów, takich jak gravlax, czyli marynowanych w soli i cukrze płatów łososia, albo długo dojrzewającej szynki renifera, oko cieszył wybór różnego rodzaju serów, poukładanych na drewnianych półeczkach z załączonymi nazwami i krótkimi informacjami, dotyczącymi specyfiki produkcji i smaku.

W wielkiej szafie chłodniczej, odkrył prawdziwą obfitość wszelkiego rodzaju owoców morza w wersji mrożonej, lub świeżej, pakowanej próżniowo.

Całą osobną komorę, zapełniały przeróżne jarzyny i owoce - głównie cytrusowe.

Na dolnych półkach, leżały w rzędach butelki szampana, białego wina, oraz piwa. Nie zabrakło ma się rozumieć, pękatej i oszronionej butli tutejszej wódki.

Uriel zakrzątał się z wprawą zawodowego kucharza.