Rozdział I
Dzisiejszego poranku Mateusz śpieszył się, by
wyjść z pawilonu, leżącego na skraju lasu, w którym od miesiąca
zamieszkiwał z żoną i z dziećmi; był w obawie opóźnienia się z
przybyciem na dworzec kolei żelaznej, codziennie go wiozącej o
godzinie siódmej z Janville do Paryża. Była teraz już godzina wpół
do siódmej, a z pawilonu do Janville miał przeszło dwa kilometry
pieszej drogi. Koleją jechał trzy kwadranse, a z paryskiego dworca
kolei Północnej miał jeszcze conajmniej drugie trzy kwadranse, by
stanąć na bulwarze Grenelle; tym sposobem przybywał do biura
zaledwie o godzinie wpół do dziewiątej.
Na szczęście dzieci dziś spały, gdy je pocałował na
pożegnanie; inaczej, byłyby go zatrzymały, zarzucając mu rączki na
szyję, śmiejąc się, szczebiocząc, całując. Wracając z ich pokoju do
sypialni, zastał Maryannę, swoją żonę, jeszcze w łóżku, ale już się
przebudziła i wstawała. Pobiegła teraz ku oknu, odsłoniła firankę i
wesołe, majowe słońce opromieniło całą jej młodzieńczą postać.
Miała lat dwadzieścia cztery, on był o trzy lata od niej starszy i
bardzo w niej rozkochany.
- Wiesz, moja droga, bardzo się śpieszę, boję się, że
spóźnię się na pociąg. Więc myślisz, że starczysz dziś z
pieniędzmi? Masz zaledwie trzydzieści susów? Wszak masz tyle?
Maryanna się roześmiała, a śliczną była z obnażonemi
ramionami, cała opłynięta długiemi zwojami bujnych czarnych włosów.
Pomimo, że żyli w ciągłym niedostatku, pozostała równie wesołą, jak
w pierwszym roku po zamążpójściu, gdy miała lat siedemnaście, a on
dwadzieścia. Odtąd, dochowali się aż czworga dzieci.
- Dziś jest ostatni dzień miesiąca, zatem wieczorem
przywieziesz mi swoją pensyę. Jutro poopłacam drobne długi w
Janville. Nie lubię być winną małżeństwu Lepailleur, bo, dając mi
na kredyt mleko i jaja, robią minę zaniepokojoną, jakby w obawie,
że ich okradnę... Ale mam na dziś trzydzieści susów, więc bądź o
nas spokojny, mój najdroższy, wyprawimy sobie hulankę, co się
zowie!
Mówiąc, śmiała się i podawała mu ramiona do pożegnalnych
pocałunków, jak zwykle każdego poranku.
- No, idź, idź kiedy ci tak pilno... Wieczorem będę na
ciebie czekała na moście.
- Nie, nie, połóż się wcześnie, nie czekaj na mnie. Wiesz,
że dzisiaj wrócę późno, bo w najlepszym razie, jeżeli zdążę wsiąść
do wagonu o kwadrans przed jedenastą, to przyjadę do Janville o
wpół do dwunastej w nocy. To dzień będę miał dzisiaj. Obiecałem
państwu Morange, że będę u nich na śniadania w południe, a
wieczorem Beauch?ne wyprawia obiad jednemu ze swoich klieatów i
muszę dotrzymywać im towarzystwa. Zatem, nie czekaj dziś na mnie,
połóż się wcześnie do łóżka i śpij, to czas nie będzie ci się
dłużył...
Potrząsnęła figlarnie główką, nie zobowiązując się żadnem
przyrzeczeniem. A po chwili rzekła:
- Ale nie zapomnij wstąpić do właściciela i powiedz mu, że
deszcz zalewa w pokoju dzieci. Pan Seguin du Hordel, jest
milionerem, ale kiedy nam wynajął pawilon za sześćset franków
rocznie, to niech dba, jak każdy inny kamienicznik, by lokatorom
woda nie płynęła na głowy z sufitu.
- Dobrze, żeś mi przypomniała, byłbym zapomniał. Pójdę do
niego, możesz być spokojna, że pójdę.
Objął żonę ramionami, tulił do siebie i całował, zapominając
o naglącej godzinie wyjścia. Śmiała się, głośno go nawzajem
całując. Nigdy dość nacieszyć się sobą nie mogli, miłując się
całkowitością zdrowia i młodości ciał swoich, których jedność
zlewała się z jednością dusz ich obojga.
- Idź już sobie, idź mój najdroższy. Ach, pamiętaj także
powiedzieć Konstancji, że obiecała przyjechać tu do nas której
niedzieli z Maurycym, pierwej nim wyjedzie gdzie na letnie
miesiące.
- Dobrze, dobrze, powiem jej. A więc, do widzenia, żegnaj mi
jedyna.
Jeszcze raz odedrzwi zawrócił, porwał ją w objęcia, mocno do
siebie przycisnął, ucałował i uciekł z pokoju, by nie uledz nowej
pokusie pieszczoty.
W Paryżu przestrzeń pomiędzy dworcem kolei Północnej a
bulwarem Grenelle, przebywał zwykle omnibusem, lecz gdy w domu było
tak jak dzisiaj tylko trzydzieści susów, szedł do biura piechotą.
Prawda, że drogę miał piękną przez ulicę Lafayette, obok Opery,
przez Wielkie Bulwary, ulicę Royale, a przeciąwszy plac Zgody szedł
bulwarem Cours la Reine, mostem Alma i nadbrzeżem d'Orsey.
Zakład przemysłowy pana Beauch?ne znajdował się na samym
końcu nadbrzeża d'Orsay, pomiędzy ulicą de la Féderation a bulwarem
Grenelle. Jeden z rogów czworobocznego gruntu rozległej
posiadłości, wysuwał się ka rzece i stał na nim ładny, obszerny
pałacyk, wystawiony przez Leona Beauch?ne, ojca Aleksandra, teraz
niejszego właściciela. Z balkonów był daleki widok po za Sekwanę,
na wzgórza Passy, pokryte domami i zielonością, na prawo zaś, tuż
blizko na wysokie wieże pałacu Trocadero, zaś bliżej jeszcze, bo
wzdłuż ulicy de la Féderation, ciągnął się ogród, otaczający
niewielki domek, niegdyś siedlisko rodziny Beauch?ne, gdy skromnie
mieszkając i oszczędnie żyjąc, pracą zdobyli majątek. Z tylu, po za
ogrodem, znajdowały się budynki fabryczne, składy, podszopia,
mnóstwo starych, nizkich budowli, nad któremi sterczały dwa
wysokie, murowane kominy. Od strony bulwaru Grenelle, posesya
kończyła oię grubym marun bez żadnego okna. Zakład przemysłowy
Beauch?ne wyrabiał przeważnie maszyny i narzędzia rolnicze,
począwszy od najprostszych, do najbardziej złożonych. Prócz
kilkuset mężczyzn, codziennie tutaj pracujących, fabryka
zatrudniała przeszło pięćdziesiąt kobiet, polerowniczek.
Do fabryki i do biur wchodziło się bramą, od ulicy de la
Fédération. Brukowane, olbrzymie podwórze było zwykle pokryte
czarnym, węglanym pyłem, a rynsztokami odpływała ku ściekom,
gorąca, parująca woda. Z wysokich kominów buchały gęste kłęby
dymów, a z nad dachów, z zakrzywionych rur, wydobywała się biała
para, idąca od maszyn, napełniających powietrze przygłuszonem
warczeniem. Ziemia, ściany i dachy drżały natężoną siłą ruchu,
panującego wewnątrz budynków.
Wielki zegar na środkowej fasadzie wskazywał pięć minut po
wpół do dziewiątej, gdy Mateusz przeszedłszy pod bramą, skierował
się podwórzem do pracowni rysowniczej, której był głównym
zarządzającym. Pracował tutaj od lat ośmiu. Miał lat
dziewiętnaście, gdy skończywszy techniczne wykształcenie, wstąpił
jako rysownik do zakłada Beauch?ne, otrzymując miesięcznie sto
tranków pensyi. Ojciec jego, Piotr Froment, mając z żony swej,
Maryi, czterech synów: Jana, Matensza, Marka i Łukasza, pozostawił
im wolność obrania sobie zawodu, wymagając wszakże, by każdy znał
dokładnie jakieś rzemiosło.
Ody Mateusz wstąpił do zakładu Beauch?ne, jako rysownik,
było to w rok po śmierci Leona, ojca teraźniejszego właściciela,
który dopiero co ożenił się z Konstancyą, córką bogatego fabrykanta
obić papierowych. Mateusz był więc pod rozkazami człowieka bardzo
jeszcze młodego, zaledwie o lat pięć starszego od siebie. Bywając u
niego w domu, poznał Maryannę, szesnastoletnią, ubogą kuzynkę
Aleksandra, a w rok później został jej mężem.
Maryanna od dwunastego roku życia była wychowywana w domu i
na łasce swego stryja, Leona Beauch?ne. Brat jego, Feliks, po wielu
niepowodzeniach, przeniósł się z żoną i z córką do Algeryi;
założone tu rolne gospodarstwo poszło pomyślnie, lecz nagle
wybuchły rozruchy pomiędzy krajowcami, kolonię splądrowali, budynki
spalili, mieszkańców wymordowali, tylko Maryanna cudem pozostała
przy życiu, a jedynem miejscem przytułku dla sieroty był dom stryja
Leona, który do końca życia okazywał względem niej szczere
przywiązanie. Maryanna rosła w towarzystwie nieco ociężałego
Aleksandra i młodej jego siostry Serafiny, dziewczyny narwanej i
złej, lecz która na szczęście, prawie zaraz, dom rodzicielski
opuściła, uciekłszy, mając zaledwie lat osiemnaście, z jakimś
baronem de Lowetzow, baronem autentycznym, ale oszustem i
awanturnikiem. By skandal zakończyć, wydano Serafinę za niego zamąż
z posagiem trzystu tysięcy franków. Zaraz po śmierci ojca i
Aleksander się ożenił. Poślubił on Konstancyę nie z miłości, ale
dla pieniędzy, jedynie dla tego, że wniosła mu gotówką pół miliona
franków. Od tej chwili Maryanna poczuła się obcą w tym domu przy
swej nowej kuzynce, kobiecie oschłego serca i despotycznego
charakteru. Lecz Mateusz był tutaj, a już po kilku miesiącach
znajomości, pokochali się wzajemnie, nie tą gwałtowną, namiętną
miłością, rzucającą kochanków w objęcia, lecz miłością, opierającą
się na serdecznem przywiązaniu, szacunku i pewności szczęścia z
wzajemnego daru samych siebie, a co w tych warunkach rzeczywiście
stanowi nierozerwalne małżeństwo. Z radosnem upojeniem pobrali się
nie mając grosza majątku, ale wieczyste bogactwo serc sobie
oddanych. Mateusz otrzymał podwyższenie pensyi, zarabiał teraz
dwieście franków na miesiąc, Aleksander dał mu przytem do
zrozumienia, że z czasem, w dalekiej przyszłości, może mieć
nadzieję zostania wspólnikiem zakładu.
Powoli Mateusz zaczął się stawać nieodzownie potrzebnym w
fabryce, która przeszła kryzys grożący upadkiem. Posag, jaki ojciec
musiał wypłacić dla kupienia męża swojej córce, inne grube wydatki,
spowodowane rozrzutnością i lekkomyślnością Serafiny, zmusiły go do
zmniejszenia obrotowego kapitału w zakładzie. Gdy umarł,
spostrzeżono, iż przez niedbałość, wzorem wielu innych, nie zrobił
testamentu, Serafina zaś natychmiastowo i natarczywie dopominała
się u brata spłaty przypadającego na nią działu, pragnąc go
zrujnować i zmusić do sprzedania fabryki. Zarobiony przez ojca
majątek, łatwo mógł się teraz zmarnować, nieledwie w niwecz
obrócić. Aleksander Beauch?ne po wielu latach nie mógł spokojnie
myśleć o dniach trwogi, jakie wtedy przeżywał. Zdołał wreszcie
zgromadzić dość pieniędzy, by zaspokoić żądania siostry, lecz
poderwał swój kredyt i dla oczyszczenia się z zaciągniętych długów,
ożenił się z Konstaucyą, kobietą brzydką, nieledwie że wstrętną dla
niego, jako dla mężczyzny i tak płaską, chudą, że jeszcze przed
ślubem nazywał ją "suchą kością". W kilka lat później interesa
fabryki stały świetnie, przynosząc zdwojone dochody, a Mateusz,
który był jednym z najgorliwszych i najzdolniejszych
współpracowników, został mianowany głównym rysownikiem z pensyą
czterech tysięcy dwustu franków rocznie.
Morange, główny buchalter, którego biuro było w sąsiedztwie,
wyjrzał, usłyszawszy nadejście Mateusza, zasiadającego przed
rysowniczym stołem i zawołał:
- Panie Froment, a nie zapominaj, że dziś w południe jesteś
zaproszony do nas na śniadanie!
- Pamiętam, pamiętam, kochany panie Morange. Wyjdziemy ztąd
razem.
Mateusz zabrał się do przeglądania planu młockarni parowej
swojego pomysłu, która obok wielkiej prostoty, posiadała cenne
strony praktyczne. Pracował nad nią oddawna, a dziś właśnie po
południu miał ją oglądać pan Firon Badinier, bogaty właściciel
ziemski, ze środkowych okolic Francyi.
Drzwi od gabinetu pryncypała otworzyły się i wszedł
Aleksander Beauch?ae. Był wysokiego wzrostu o twarzy rumianej,
wązkiom czole i wypukłych oczach. Miał nos wielki, usta o grubych
wargach i wielką, czarną brodę, bardzo starannie utrzymaną, równie
jak włosy, które zaczesywał w tył, by przysłonić łysinę dość
znaczną, zwłaszcza jak na człowieka, mającego zaledwie lat
trzydzieści dwa. Od samego rana nosił tużurek, wszedł paląc cygaro,
a silny organ jego głosu, ruchliwość, wesołość, czynność,
świadczyły o dobrym stanie zdrowia. Był egoistą nieżałującym
pieniędzy na swoje przyjemności, a pieczę o dobre procentowanie
kapitału za pomocą pracy innych, uważał za najważniejszy cel życia.
- Plan gotowy... Wszak tak?... Pan Firon Badinier powtórnie
napisał, donosząc, że przyjdzie dzisiaj o godzinie trzeciej. Wszak
ci mówiłem, że cię wezmę do restauracyi na obiad, który mu
wyprawiam?... Takich panów, jak on najskuteczniej się popycha do
dania dobrych obstalunków, gdy się im postawi przednie wina za
stołem. W domu nie mogę urządzać takich przyjęć, bo Konstancya tego
nie lubi... Czyś uprzedził Maryannę, że dziś później wrócisz do
siebie na wieś?...
- Tak, powiedziałem jej, że wyjadę z Paryża dopiero o trzy
kwadranse na jedenastą.
Beauch?ne rzucił się ociężale na krzesło.
- Ach, wiesz, jestem zmordowany! Byłem wczoraj na obiedzie w
mieście i położyłem się spać o godzinie pierwszej w nocy. A wstałem
jak zwykle, wiedząc, że mam mnóstwo roboty od samego rana. By żyć w
takich warunkach, trzeba mieć żelazne zdrowie!
Beauch?ae rzeczywiście bardzo czynnie zajmował się swoim
zakładem. Dawał dowody niepospolitej energii, a przytem posiadał
spryt do przeprowadzania korzystnych interesów. Zrana, pierwszy był
na nogach, wszystko widział, wszystko umiał powiedzieć i dzięki
zapobiegliwości, corocznie zdwajał cyfrę swoich dochodów. Jednakże
od pewnego czasu zaczynało mu dokuczać znużenie. Obok pracy
zawodowej lubił hulanki, o niektórych mówił jawnie, inne zaś
starannie ukrywał, lecz wracał z nich zmęczony i "bokami wtedy
robił", jak sam się wyrażał.
Wpatrzył się w Mateusza.
- Dzielnie wyglądasz... Powiedz mi, jak się urządzasz, by
nigdy po tobie nie znać było zmęczenia?...
Mateusz stał teraz przed swoim stołem i rzeczywiście
wyglądał zdrowo i silnie, jak młody dąb pełem żywotnych soków. Był
wysoki, szczupły, czoło miał wyniosłe, w kształcie wieży, co było
charakterystycznem znamieniem rodu Froment. Gęste włosy nosił
krótko przystrzyżone, równie jak brodę, zakończoną szpiczasto. Oczy
miał głęboko osadzone, jasne, żywe, a zarazem myślące i prawie
zawsze uśmiechnięte. Był to człowiek czynny i rozważny, pełen
prostoty, pełen wesołości i wielkiej dobroci.
- O ja! - odrzekł śmiejąc się - dobrze wygłądam, bo prowadzę
się statecznie.
Beauch?ne zaprotestował.
- Nie mów tego! Ty się wcale statecznie nie prowadzisz!
Najlepszy dowód żeś zdążył już być ojcem czworga dzieci, mając lat
dwadzieścia siedem! A na początek wystąpiłeś z bliźniętami! Twój
Błażej i Dyonizy jednego dnia się urodzili! A zaraz, niedługo
zjawił się Ambroży, a niedawno Rózia! Już nie licząc córeczki,
która umarła zaraz po przyjściu na świat, gdyby nie to, miałbyś ich
teraz pięcioro! Nie, mój kochany, to nie ty, ale ja statecznie się
prowadzę! mam tylko jednego syna i jako człowiek rozsądny, nie chcę
mieć więcej dzieci!
Był to zwykły temat fartów ze strony Beauch?ne.
Niejednokrotnie oburzał się nawet na młode małżeństwo nie mające
majątku, a płodzące coraz liczniejsze potomstwo, co nazywał
skandaliczną niedorzecznością.
Mateusz zbywał to śmiechem, nieodpowiadając, jak zwykle.
Wtem wszedł do biura ojciec Moineaud, robotnik, którego nazywano
"ojcem", chociaż miał zaledwie lat czterdzieści trzy. Był nizki,
barczysty, o głowie okrągłej, o karku potężnym, jak u byka, o
twarzy i rękach zniszczonych ćwierćwiekową, ustawiczną i ciężką
pracą mechanika. Przyszedł zawiadomić pryncypała o wynikłej
trudności w zestawieniu budującej się żniwiarki. Lecz ten, nie
dając mu przyjść do słowa, wzburzony przeciwko zbyt licznym
familiom, spytał:
- A ty, ojcze Moineaud, ile masz dzieci?
- Siedmioro, proszę pana, a troje mi umarło - odpowiedział
robotnik, nieco zadziwiony tem niespodziewanem pytaniem.
- Więc, gdyby tamci żyli, miałbyś dziesięcioro! Ładna
czereda! Jakże w takich warunkach ludzie mają nie zdychać z głodu!
Moineaud roześmiał się z wesołością paryzkiego robotnika,
żyjącego z dnia na dzień, a którego jedynem używaniem jest
pieszczota z żoną, zwłaszcza po wypiciu paru dodatkowych kieliszków
wina. Dzieciska się sypały sam nie wiedział kiedy, a kochał je
wszystkie, zwłaszcza dopóki nie wyfrunęły z rodzicielskiego domu.
Wreszcie dzieci wcześnie zaczynają zarabiać zwiększając dochody
rodziny. Na zakończenie swoich wywodów, rzekł to, co uważał za
rzeczywistą prawdę:
- Proszę pana to nie ja, ale moja żona je fabrykuje!
Wszyscy trzej się roześmieli, a gdy Moineaud wreszcie
objaśnił, co go sprowadziło do biura, poszli razem, by osobiście
się przekonać, jaką poprawkę należało zrobić w żniwiarce. Już
weszli na korytarz, lecz Beauch?ne, zamiast iść prosto, otworzył
drzwi do pracowni kobiet, by jak zwykle rzucić i tutaj okiem na
robotę. Pracownia składała się z obszernej, długiej sali, w której
polerowniczki, ubrane w długie, czarne, wełniane bluzy, siedziały
dwoma rzędami przy warsztatach i przygotowane przez siebie sztuki,
podawały do oszlifowania. Prawie wszystkie były młode, wiele
pomiędzy niemi było ładnych, lecz przeważnie miały w sobie coś
pospolitego, gminnego. Czuć było tutaj woń zwierząt i jełkiej
oliwy.
Regulamin nakazywał milczenie podczas roboty. Ale wszystkie
paplały pomiędzy sobą. Glosy milkły dopiero w chwili, gdy wchodził
pryncypał. Lecz teraz jedna z robotnic, mając głowę odwróconą w
przeciwną stronę, nie wiedziała o jego obecności i w dalszym ciąga
zajadle kłóciła się z inną. Były to dwie siostry i właśnie córki
ojca Moineaud. Eufrazya, młodsza, ta, która teraz krzyczała była
chudą, siedemnastoletnią dziewczyną o jasnych, wypłowiałych
włosach, o twarzy długiej, szpiczastej, była brzydka i zła; starsza
zaś, Norma, miała lat dziewiętnaście, włosy blond, złotawego
koloru, płeć białą jak mleko, była tłusta, tęga, o rozrosłych
ramionach i biodrach, o twarzy młodością jaśniejącej jak słońce, o
czarnych oczach błyszczących z pod kędzierzawej powodzi
rozwiewających się pukli, był to świeży paryzki buziaczek ponętny
krasą, jak wiosna.
Chytrością powodowana Norina nie dała znaku siostrze o
przybyciu pryncypała, ciesząc się, że Eufrazya, z którą bezustannie
się sprzeczała, zostanie teraz złapana na gorącym uczynku. I
rzeczywiście, dopiero za odezwaniem się Beauch?ne'a zamilkła. Był
on bardzo surowy w obejściu z robotnicami wiernym pozostając
teoryi, że pryncypał jest zgubiony, jeżeli się śmieje i żartuje w
pracowni kobiet. Pomimo, że uchodził za człowieka wiele
pozwalającego sobie po za domem, nigdy nie zdołano spostrzedz, by
wyróżnił, chociażby chwilowo którą z młodych dziewczyn, pracujących
u niego w zakładzie.
- Cóż to znaczy? - zawołał. - Proszę milczeć panno
Eufrazyo... Prowadzisz się panna nieprzyzwoicie, przekraczasz
przepisy, będziesz więc miała wytrącone dwadzieścia susów kary, a
jeżeli jeszcze kiedy się to powtórzy, to przez tydzień nie będzie
ci wolno przyjść do roboty.
Dziewczyna z przerażeniem odwróciła się ku mówiącemu. Dusząc
się ze złości, rzuciła mściwym wzrokiem na siostrę, lecz ta
spokojnie uśmiechnięta, ufna w swoją urodę, patrzała wprost na
pryncypała, pewna, że nic jej nie może zarzucić. Oczy się ich
spotkały i zatrzymały w sobie przez chwilę. Beauch?ne się odwrócił
i z czerwieńszemi policzkami rzekł do wszystkich:
- Gdy tylko dozorczyni wyjdzie, chociażby na chwilę, gadacie
jak sroki. Radzę wam, byście się strzegły, bo kara was nie minie.
Moineaud stał milcząc, obojętny, jakby nie były jego
córkami, te dwie robotnice, z których jedną ukarano, bo druga, na
przekorę siostrze, nie przestrzegła jej o wejściu pryncypała.
Przeszedłszy wzdłuż pracownię, trzej mężczyźni wyszli,
pozostawiając po za sobą głuche milczenie wśród monotonnego
warczenia małych toczydeł.
Załatwiwszy się z trudnościami, zaszłemi przy zestawieniu
żniwiarki, wydawszy różne rozporządzenia, Beauch?ae powrócił do
swego prywatnego mieszkania, zabrawszy z sobą Mateusza, który
chciał złożyć zaproszenie Konstaucyi, jak ma to zaleciła Maryanna.
Owęglone budynki zakładu były połączone z wytwornym pałacykiem
szeroką oszkloną galeryą. Znaleźli Konstancyę w saloniku, wybitym
żółtym atłasem. Siedziała przy kanapie, na której leżał Maurycy,
jedyny i ukochany jej siedmioletni synek.
- Czy on chory? - zapytał Mateusz, witając się.
Chłopczyk był silnie zbudowany, bardzo podobny do ojca, lecz
z dolną szczęką więcej rozwiniętą. Leżał teraz blady, z
nabrzmiałemi i nieco podsiniałemi powiekami. Matka, owa "sucha
kość" była nizkiego wzrostu brunetką, o brzydkiej cerze i już
zwiędnięta, pomimo, że miała dopiero lat dwadzieścia sześć. Patrząc
na syna z egoistycznem zadowoleniem, odpowiedziała:
- O, nie! on nigdy nie choruje! Ale narzeka na ból w nogach.
Więc położyłam go na kanapie, by się wyciągnął i czekam na doktora
Boutan, bo napisałam do niego wczoraj wieczorem, prosząc by
przyszedł dziś rano.
- Ach te kobiety! - zawołał Beauch?ne, wybuchnąwszy
śmiechem. Zawsze się muszą o coś niepokoić. Dość spojrzeć, by
wiedzieć, że nasz chłopak jest mocny i zdrów, jak rzadko które
dziecko! Obciąłbym kogo znaleść, ktoby mi za przeczył!
W tejże chwili nadszedł doktor Boutan. Był niski, tłusty z
oczyma przenikliwemi i patrzącemi rozumnie, twarz miał wygoloną,
dobrą, a lat musiał mieć około czterdziestu. Zbliżywszy się do
dziecka, zbadał je dokładnie, zeskultował i rzekł ze zwykłą sobie
łagodnością, ale z powagą:
- Nic mu nie grozi, nie mu nie jest. Rośnie. A blady jest,
bo przebył zimę w Paryżu, w zamkniętych pokojach, nabierze zdrowej
cery, gdy przez kilka miesięcy będzie na wsi, na świeżem powietrzu.
- A co? nie mówiłem! - zawołał Beauch?ne tryumfująco.
Konstancya trzymała w dłoniach rączkę swego syna, który znów
się położył i jakby ze zmęczenia przymknął powieki. Zadowolona ze
słów doktora, uśmiechała się, stając się mniej brzydką. Zaś doktór
rozsiadł się na fotela, lubiąc gawędzić w przyjaznych sobie domach.
Był akuszerem i leczył przeważnie kobiece choroby i dziecinne,
przywykł, że go uważano za naturalnego spowiednika, znał wszystkie
tajemnice i w każdej rodzinie u klijentów był jakby u siebie. Był
przy połogu Konstancyi oraz przy wszystkich połogach Maryanny.
Mateusz stał dotąd, nie mając sposobności wywiązania się z
polecenia, danego przez żonę. Odezwał się teraz:
- Jeżeli ma pani niedługo wyjechać na wieś, to może pierwej
zechce pani nas odwiedzić. Może w tę niedzielę? Moja żona pragnie
pani pokazać nasze obozowisko.
Zaczął żartobliwie opisywać odludny pawilon, w którym
zamieszkiwali, opowiadając, że już mają około tuzina talerzy i pięć
czarek do jaj na miękko. Beauch?ne znał pawilon i całą okolicę, bo
każdej zimy często tam polował, będąc jednym z akcyonaryuszów na
prawo polowania po rozległych lasach i pustkowiach, w ten sposób
pokaźne dających dochody właścicielowi gruntu.
- Séguin jest moim przyjacielem... Jadłem z nim śniadanie w
teraźniejszym waszym pawilonie. Ale to nie pawilon, tylko buda!
Konstancy a pogardliwie się uśmiechnęła nad nędzą takiej
rezydencyi, przypominając sobie, że coś jej o tem opowiadała pani
Séguin, Walentyna, jak ją nazywała. Tak, ów pawilon, to zupełna
rudera. Doktór odezwał się z uśmiechem:
- Pani Séguin jest jedną z moich pacyentek. Po ostatnim
połogu radziłem jej, by zamieszkała w tym pawilonie. Powietrze jest
tam wyborne i dzieci muszą rosnąć, jak grzyby po deszczu!
Beauch?ne parsknął śmiechem, zadowolony z okazyi do zwykłych
żartów.
- No, Mateuszu! strzeż się! Kiedyż będzie piąte?...
- Ach! toż to byłoby prawdziwem szaleństwem! zawoła
Konstancya z oburzeniem. Mam nadzieję, że Maryanna poprzestanie aa
tem, co jat ma... Inaczej, to byłoby grzechem nie do darowania.
Mateusz wiedział, o ile te słowa były skierowane do niego.
Konstancya drwiła wraz z mężem z niego i z Maryanny, litowała się
nad nimi, albo wprost gniewała, nie pojmując, jak można ii taką
lekkomyślnością skazywać się na biedę. Wszak urodzenie się Rózi,
ich ostatniego dziecka, zmusiło ich do wyprowadzenia się na wieś i
zamieszkania w norze, jak nędzarze. I pomimo takiej ostateczności
jeszcze chcą się dalej narażać na nieostrożność? Doprawdy możnaby
przypuścić, że się nie lękają piątego dziecka, chociaż nie mają
nic, ani jednego grosza kapitału, ani jednej piędzi ziemi pod
słońcem! Krygując się z wymuszoną pruderyą, dodała:
- Wreszcie, to byłoby wprost obrzydliwością... Gdy widzę
małżeńskie pary, wiodące za sobą bandę dzieciarni, odwracam się ze
wstrętem jak od pijaków. Jeden nałóg wart drugiego i niewiem, który
paskudniejszy!
Beauch?ne znów głośno się roześmiał, chociaż prawdopodobnie
miał on inne na to poglądy. Mateusz słuchał obojętnie. Mafyanna i
Konstaneya w niczem nie mogły się z sobą porozumieć, bo były pod
każdym względem od siebie odmienne, on zaś uśmiechem zbywał
wszystkie napaści, nie chcąc wywoływać sprzeczki, mogącej się
zakończyć zerwaniem stosunków a więc i utratą miejsca w zakładzie.
Naglony, by coś odpowiedział, rzekł:
- Ma pani słuszność, że to byłoby nierozsądnie.. Ale, jeżeli
piąte dziecko się urodzi, wszak nie będzie można je odesłać z
powrotem.
- Ale można się od niego zabezpieczyć! - zawołał Beauch?ne.
- Zabezpieczyć!... zabezpieczyć! - powtarzał doktór Boutan,
który dobrodusznie przysłuchiwał się rozmowie. Wszystkie sposoby,
jakie znam, są zbrodnicze i szkodliwe.
Beauch?ne zaczynał się zapalać, bo zdawało mu się, że
kwestyę tę, łączącą się z obniżającym się przyrostem ludności we
Francyi, znał bardzo gruntownie i rozstrzygał decydująco z miną
mówcy. Wiedząc, że Boutan jest zwolennikiem licznych familii,
odmówił mu głosu, żartując, że jako akuszer, nie może mieć w tym
kierunku bezinteresownej opinii. Przyzwał na pomoc pobieżnie znane
wieści o Malthusie, geometryczny przyrost ludności, a arytmetyczny
przyrost pożywienia, ziemię przeludnioną, a za dwa wieki i ogólny
pomór głodowy. Ludzie ubodzy sami sobie są winni, jeżeli
przymierają z nędzy, powinni umieć się ograniczyć i płodzić tylko
tyle dzieci, ile mogą wyżywić. Bogacze, którym bezzasadnie
przypisują krzywdzenie społeczeństwa, nietylko że nie są przyczyną
panującej nędzy, lecz przeciwnie, dają oni z siebie samych
przykład, ograniczając się w liczbie potomstwa, a tem samem
pouczając, jak powinien postępować każdy uczciwy obywatel kraju. Z
tryumfującą miną utrzymywał, że osobiście nic nie ma sobie do
wyrzucenia, bo dorabiając codzień majątku, ma spokojne sumienie, że
nie powiększy liczby nędzarzy, a zatem, niechaj każdy w ten sposób
postępuje! Nie warto dbać o nędzarzy, bo oni dobrowolnie w nędzę
się pogrążają!
Na próżno doktór wołał, że hipoteza Malthusa już nie ma
obecnie żadnej naukowej podstawy, że Malthus opierał swoje
obliczenia na możliwym przyroście, a nie na przyroście
rzeczywistym; napróżno doktór dowodził, że obecny kryzys
ekonomiczny pochodzi z wadliwego rozkładu bogactw, że przyczyną
nędzy jest ucisk, wywierany przez wszechwładny ustrój
kapitalistyczny, a że z dniem, kiedy praca zostanie prawidłowo
rozłożona i sprawiedliwie przez każdego wyzyskana, okaże się, że
ziemia jest w stanie wyżywić ludność dziesięć razy liczniejszą.
Beauch?ne uśmiechał się z pobłażliwą wyższością, nazywał te
dowodzenia mrzonkami, wreszcie, cóż go to może obchodzić? Był
zadowolony, że jest bogaty, a ci, którzy mają ochotę zdobyć
bogactwa, niechaj go naśladują!
- Zatem, zgadzasz się pan na koniec Francyi? - spytał
szyderczo Boutan. Przyrost ludności w Anglii, w Niemczech, w
Rossyi, wciąż się wzmaga, podczas gdy we Francyi również stopniowo
i stale się obniża. Liczebnie, już dziś jesteśmy na niższym rzędzie
państw europejskich; a liczba ma obecnie ważniejsze, aniżeli
kiedykolwiek znaczenie. Obliczono, że każda familia powinna mieć,
przecięciowe czworo dzieci, by ludność wzrastała, a tem samem
świadczyła o żywotnej sile narodu. Masz pań tylko jedno dziecko,
zatem jesteś złym patryotą!
Beauch?e wybuchnął, dławiąc się z gniewu:
- Ja! Ja mam być złym patryotą! ja, który zabijam się pracą,
ja, który sprzedaję moje maszyny nawet zagranicą! Prawda, że
pomiędzy naszymi znajomymi są tacy, którzy mogą sobie pozwolić
nawet na czworo dzieci, i ci, mogąc to uczynić, są do pewnego
stopnia winni, tego nie robiąc... Ale ja, ja nie mogę! znasz
doktorze różne okoliczności, które dostatecznie mnie tłomaczą. Ja,
w mojem położeniu nie mogę mieć więcej nad jedno dziecko.
Po raz sety przedstawił swoje przyczyny: przecież zakład o
mało co nie wyślizgnął mu się z ręki z powodu, że chciało
nieszczęście, by miał siostrę. Serafina szkaradnie względem niego
postąpiła: trzeba było jej dać posag, a po śmierci ojca zażądała
natychmiastowego równego działu. Wymagania siostry nieledwie że go
zrujnowały, a przynajmniej na długo powstrzymały rozwój pomyślnie
idącego przemysłowego przedsiębiorstwa. Nauczony doświadczeniem,
nie popełni on nieostrożności, jakiej się dopuścił jego ojciec!
Dając brata, albo siostrę swojemu jedynakowi, naraziłby go na
śmiertelne kłopoty, przez jakie sam ledwo że przebrnął! Nie! nie!
zanadto on dba o szczęście swojego dziecka, by go narazić na
podział spadku, do czego byłby przymuszony źle ustanowionemi
prawami! Maurycy będzie wyłącznym posiadaczem majątku, który
rozpoczęty przez dziadka, w dziesięcioro zostanie przysporzony
przez ojca. Tak, on kocha swojego syna, marzy dla niego o
bogactwie, o kolosalnych dochodach, bo tylko pieniądz dziś zapewnia
władzę.
Konstancya, nie wypuszczając ręki syna, patrzała na bladą
jego twarz ze wzrastającą pychą, z tą pychą dorobkiewiczów, dumnych
z posiadania pieniędzy, jak niegdyś szlachta ze starożytności rodu.
On, jej syn, niechaj będzie jedynym dziedzicem majątku rodziców, by
stać się potężnym i być królem, albo księciem w świecie
przemysłowym, dzierżącym pierwszeństwo w teraźniejszym ustroju
społecznym.
- Bądź spokojny, mój maleńki - rzekła pochylając się nad
synem. Nie będziesz miał, ani brata, ani siostry. Twoi rodzice
ciebie kochają i zabezpieczą cię od tego. A jeżeliby ojciec kiedy
chwilowo o tem zapomniał, to ja, twoja matka potrafię go
dopilnować.
Ostatnie słowa żony przywróciły mężowi zwykłą, hałaśliwą
wesołość. Dobrze on wiedział, że jest ona jeszcze zawziętszą od
niego w postanowieniu ograniczenia się ni jednem tylko dziecka. On
miał naturę brutalną, zmysłową i niezręcznie się stosował do
wymagań, otwierających mu małżeńską alkowę, szukał więc
realniejszych zadowolnień po za domem; ona musiała o tem wiedzieć,
lecz z pobłażliwością zamykała oczy.
Teraz i on się pochylił, by pocałować leżące dziecko.
- Czy słyszałeś malcze? Mama powiedziała prawdę, nie
pójdziemy szukać w kapuście ani brata, ani siostry dla ciebie!
A obróciwszy się w stronę doktora, dodał:
- Kobiety mają różne swoje sposoby, żeby ustrzedz się od
tego, czego nie chcą...
- Niestety! wiem coś o tem - odrzekł doktór łagodnie.
Niedawno leczyłem jedną, lecz niemogłem jej uratować, umarła.
Od tej chwili Beauch?ne stał się jeszcze hałaśliwiej wesoły,
podczas, gdy Konstancya, czując się obrażoną, udawała, że nie nie
rozumie. Mateusz nie wtrącał się do rozmowy, ale słuchał poważnie,
bo kwestya obniżania się przyrostu ludności we Francyi miała wielką
wagę w jego oczach. Wogóle kwestya ta wydawała mu się
najważniejszą, decydującą o całej ludzkości i świecie. Każdy krok
cywilizacyjnego postępu był spowodowany przyrostem ludności. Narody
podatniejsze rozwojowem ewolucyom szybko się rozmnażały, rozsypując
się po wszystkich zakątkach ziemi. A ewolucya jutrzejsza, ku
prawdzie i sprawiedliwości, czyż się ona nie uskuteczni pod naporem
warstwy najludniejszej, roboczego ludu, warstwy już dzisiaj płodnej
w rewolucyjny ferment najbliższej przyszłości.
Mateusz myślał nad tem często, lecz od bliższych dociekań i
jaśniejszego formułowania poglądów w tym kierunku, był
powstrzymywany ciągłemi drwinkami państwa Beauch?ne; nieraz czuł
się zakłopotany, wprost zawstydzony że ma aż czworo dzieci.
Najczęściej wszakże odczuwał w myśli dawane przez nich rady
przezorności i wierzył w dobro życia, w konieczność jego pełni, dla
pełni szczęścia. Każda istota rodzi się wyłącznie w celu tworzenia
istot sobie podobnych, przedłużania i przekazywania życia swojego
gatunku, a doznawana w tej funkcyi rozkosz, czyż nie jest tylko
zadowoleniem robotnika spełniającego swoje przeznaczenie.
Korzystając z chwilowej przerwy w rozmowie, spytał się
Konstancyi:
- Zatem w przyszłą niedzielę pani do nas przyjedzie do
Janville? Wszak możemy na to liczyć?...
Ledwo to wymówił, wszedł służący, oznajmiając, że jakaś
kobieta z dzieckiem na ręku, pragnie widzieć się z panią. Beauch?ne
wyjrzał, a poznawszy żonę ojca Moineaud, swojego mechanika, skinął,
by weszła. Doktór już się miał żegnać, lecz został jeszcze,
ciekawością powodowany.
Żona ojca Moineaud była nizką, krępą, czterdziestoletnią
kobietą, z wygląda przypominającą męża. Przedwcześnie sterana,
miała twarz szarą, oczy wyblakłe, włosy rzadkie i bezbarwne, usta o
zatraconym rysunku, a po za niemi brakujące, zepsute zęby. Liczne
połogi zniszczyły kształty jej ciała, stała się ociężałą i niedbałą
o swoją powierzchowność.
- Cóż moja dobra kobieto życzycie sobie odemnie? - zapytała
Konstancya.
Pani Moineaud była nieco wystraszona, niespodziewała się, że
zastanie tutaj tyle osób. Nie śmiała się odezwać, przypuszczając,
że będzie mogła się z panią rozmówić sam na sam.
- To wasze ostatnie dziecko? - zapytał Beauch?ne, patrząc na
blade, mizerne niemowlę, które miała na ręku.
- Tak panie, to mój Alfredek... ma dziesiąty miesiąc...
musiałam go odstawić od piersi, bo mleko mi zanikło. Przed nim
miałam dziewięcioro, ale troje z nich umarło. Najstarszy Eugeniusz,
jest gdzieś na końcu świata, w Tonkinie. W zakładzie u państwa
pracują moje dwie najstarsze córki, Norina i Eufrazya... Troje mam
jeszcze w domu... Wiktor ma lat piętnaście... Cecylia dziesięć, a
Irma siedm... Myślałam, że Irma będzie ostatnią, bo przez kilka lat
przestałam znosić dzieci, jak kura jaja... Byłam z tego
zadowolona... Ale wtem, znów zaszłam w ciążę i urodził się ten
malec... Doprawdy, że w moim wieka, bo mam już lat czterdzieści,
możnaby się spodziewać spokoju pod tym względem, ale widocznie Bóg
nas opuścił, mnie i mojego męża.
Beauch?ne się roześmiał, mówiąc:
- A czy wiecie, co wasz mąż utrzymuje?... Oto powiada, że
nie on, ale wy dzieci fabrykujecie.
- Tak... to jego zwykłe gadanie... Naturalnie, że on nie
wielką ma przytem robotę... Ale ja, to co innego, i doprawdy
wyrzekłabym się całego tego kłopotu. W pierwszych latach po zamąż
pójściu strasznie się martwiłam, zachodząc w ciążę.. - Lecz cóż
było robić?... musiałam się poddać losowi... i nie opierałam się,
bo przecież nie chciałam, by mi się mąż włóczył za innemi
kobietami... Wreszcie, to poczciwy człowiek, pracowity, nie upija
się na zabój, jak tylu innych, więc kiedy w tem jednem ma
upodobanie, to przecież, jako żona, nie mogę go od siebie odpędzać.
Doktór Boutan, spokojnie na nią patrząc, zapytał:
- A czyście nie wiedzieli, że można męża nie odpędzać, ale
zachować pewne ostrożności?
- Proszę pana to nie zawsze można się z tem uładzić... Jak
mąż wróci do domu podchmielony, bo wypił parę szklanek wina za dużo
w towarzystwie kolegów, to wtedy sam nie wie, co robi... Wreszcie,
mój stary powiada, że to mu psuje całą przyjemność... Więc mu
ustępuję i niech się dzieje, co chce.
Odtąd doktór stawiał jej pytania, unikając spojrzeć w stronę
państwa Beauch?ne, lecz oczy jego błyszczały tajoną przekornością,
znać było, że się bawił umyślnem podtrzymywaniem zasad, które
dopiero co obalał, gdy je głosił bogaty właściciel zakładu,
oburzający się przeciwko niepowściągliwej płodności. Doktór udawał
teraz, że jest zgorszony i nieledwie że wymawiał pani Moineaud jej
dziesięcioro dzieci. Bo jakiż los mogła tym dzieciom zabezpieczyć?
Rodziła chłopców, by zgnili w koszarach, rodziła dziewczęta, by
zgniły w publicznych domach! a obciążając się tak liczną rodziną,
skazywała siebie i męża na ciągłą nędzę; chcąc módz zebrać jakie
takie oszczędności, nie można sobie na kark sprowadzać bandy
dzieciaków. Biedna kobieta ze smutkiem przyznawała, że słuszność
jest po jego stronie, ale co prawda, to ani jej, ani też jej mężowi
nigdy na myśl nie przyszło, by mogli uzbierać jakikolwiek majątek.
Moineaud przecież nie może się spodziewać, by go mianowano
ministrem! zatem jedno dziecko mniej albo więcej, nic w
rzeczywistości nie zmieniało ich materyalnego położenia, a nawet
spora gromada dzieci jest pomocą dla rodziców, bo wcześnie
zaczynają pracować i przynoszą do domu zarobione pieniądze.
Beauch?ne milcząc przechadzał się zwolna po pokoju.
Zapanował jakby jakiś chłód wzrastastający z każdą chwilą.
Konstancja, chcąc przerwać nieprzyjemne wrażenie, znów się
zapytała:
- Ale czegoście odemnie chcieli, moja dobra kobieto? Cóż
mogę dla was uczynić?...
- Ach, proszę pani, przyszłam ja z wielką prośbo... Jest to
coś, o co mój mąż nie śmiał prosić pana Beauch?ne... A ja myślałam,
że panią zastanę samą i poproszę, by się za nami wstawiła... Oto
pragniemy oboje i wielką wdzięczność mielibyśmy dla państwa, gdyby
nasz Wiktor mógł wstąpić do roboty do pańskiego zakładu.
- Ale on ma dopiero piętnaście lat - rzekł Beauch?ne. -
Poczekajcie, aż skończy lat szesnaście, prawo nie pozwala
wcześniej.
- Wiemy o tem. Ale możeby można coś skłamać?.. Bo tak bardzo
chcemy, aby Wiktor już pracował...
- Nie, moja kobieto, z prawem się nie żartuje... to jest
niemożliwe.
Łzy stanęły w oczach matki Wiktora, Przy słuchujący się
rozmowie Mateusz, czuł się teraz niezmiernie wzruszony. Ach,
nieszczęśni ci niewolnicy pracy! sami przychodzą żebrać, by ich
wyzyskiwano, gotowi kłamać, prawo opiekuńcze oszukać, pchani ku
temu głodem, nędzą!
Gdy stroskana pani Moineaud wyszła, doktór zaczął mówić o
pracy kobiet i dzieci. Zaraz od pierwszego połogu kobieta powinna
porzucać swoje zajęcie w fabryce, a nawet wcześniej, bo na kilka
miesięcy przed urodzeniem się dziecka inaczej szkodzi swojemu
zdrowiu, oraz zdrowiu niemowlęcia; chcąc go karmić, jest wraz z
niem przykuta w ciasnocie swojego mieszkania. Dzieci w tych
warunkach zrodzone i chowane, są zwykle anemiczne, często
niedołężne, a zbyt wcześnie zmuszone zarabiać, pracują po zniżonej
cenie i wywołują ogólną obniżkę płacy robotników. Zaczął się
zastanawiać nad płodnością najbiedniejszej warstwy ludności, która
nic nie ryzykując stracić, a nie mając możności rozwijania
ambitnych pożądań, rozmnaża się bez żadnej oględności. Cóż ztąd
wynika? Oto że coraz więcej jest głodomorów i ludzi buntujących się
przeciwko obecnemu ustrojowi społecznemu.
- Widzę do czego zmierzasz doktorze, zawołał Beauch?ne,
zatrzymując się w dotychczasowej przechadzce po saloniku. Pragniesz
złapać mnie na sprzeczności z samym sobą, chcesz, bym wyznał, że
Moineaud dobrze robi, płodząc liczne potomstwo, które ja wyzyskuję,
zapędzając do roboty w mojej fabryce, a że sam jestem egoistą,
zadawalniającym się jednym tylko synem, bo pragnę mu przekazać
majątek w całości, bez żadnego dzielenia się z rodzeństwem. Nie
wypieram się tego, bo tak jest rzeczywiście... Lecz nie ja jeden
postępuję w ten sposób! Francya już dzisiaj jest nazywana krajem
familii o synach jedynakach. Ale kochany doktorze, to kwestya
niesłychanie złożona, a pewien jestem, że racya jest po mojej
stronie.
Wdał się w nowe objaśnienia swoich przekonań. Bijąc się
pięścią w piersi, zapewniał, że jest liberałem, demokratą, gotowym
żądać radykalnych ulepszeń społecznych. Tak, ale kraj potrzebuje
żołnierzy a fabryki robotników, dobrze jest więc że są warstwy
ludności nie powstrzymujące się od licznego potomstwa. Ale klasy
będące czołem narodu, mają odmienne od tamtych obowiązki. Całe jego
rezonowanie dowodziło, iż rodziny bogate powinny przedewszystkiem
czuwać, by posiadany, zdobyty przez nie majątek nie marniał,
rozdrabniając się podziałami.
Mateusz zrozumiał teraz brutalną prawdę: kapitał, chcąc mieć
zapewnione zyski, pożądał płodności klas pracujących. Dla dobra
kapitalizmu trzeba, aby był nadmiar ludzi poszukujących pracy, bo
wtedy opłata robotników ulega obniżce. Spekulowanie tego rodzaju
wydało mu się, że odejmuje pracy całą jej szlachetność. Zamiast być
największem dobrem, stawała się najgorszą plagą i cierpieniem,
rakiem pożerającym cały organizm społeczny. W krajach równości
politycznej a nierówności ekonomicznej, przewaga kapitału, wadliwy
rozkład bogactw, wytwarza brak równowagi w przyroście ludności i
podczas, gdy posiadający ograniczają do jednego liczbę potomstwa,
drudzy, rozmnażają się w nieskończoność. Ztąd coraz potworniejsze
powstają warunki, coraz niesprawiedliwszy podział bogactwa. By temu
zaradzić i przywrócić równowagę, jedna jest tylko droga, a
mianowicie, sprawiedliwe szacowanie prac; każdej jednostki i
sprawiedliwa opłata każdego wysiłku. Inaczej rewolucja staje się
nieuniknioną. Każda godzina przedłużająca stan obecny śle coraz
groźniejsze zapowiedzi straszliwego kataklizmu, który zniesie
przestarzały ustrój społeczny, niepomny zapobieżeniu własnej
zagłady.
Beauch?ne sam tylko teraz mówił i tryumfował. Stawał się
myślicielem o szerokich poglądach. Zastanawiał się nad przyczynami
obniżania się przyrostu ludności we Francyi i winił o to alkoholizm
militaryzm, śmiertelność niemowląt, dodając, że wiele innych jest
jeszcze powodów. By temu zaradzić, proponował, jako niezawodne
środki: zmniejszenie podatków, cła akcyzne, w które nie wierzył,
rozciąglejszą swobodę przekazywania majątku, przejrzenie praw,
odnoszących się do instytucyi małżeństwa, dochodzenie ojcowstwa.
Boutan przerwał mu wreszcie:
- Żadne prawa i środki nic na to nie poradzą. Zmienić nam
należy nasze obyczaje, pojęcia o moralności i o pięknie. Jeżeli
Francya się wyludnia, to dla tego, że tak chce. Trzeba więc by
przestała tego chcieć. Praca to nie mała, bo wszystko od początku
należy przerobić.
Mateusz zawołał z zapałem:
- A więc wszystko przerobimy, ja od siebie rozpocząłem tę
robotę!
Konstancja z miną niezadowoloną uśmiechała się podczas tej
rozmowy. Odezwała się teraz wprost do Mateusza, że chociaż bardzo
pragnie odwiedzić ich w Janville, prawdopodobnie nie będzie miała
czasu tego uczynić przed odjazdem na całe lato. Przed odejściem,
doktór zbliżył się do kanapy, na której leżał rozdrzemany Maurycy i
poklepał go pieszczotliwie po twarzy. Beauch?ne jeszcze raz
zażartował mówiąc, do syna:
- Więc słyszałeś chłopcze?... rzecz postano wioną... Mama
idzie jutro na targ i kupi kapustę, byś miał siostrzyczkę.
Maurycy zaczął płakać i krzyczeć:
- Nie chcę!... nie chcę!
Konstancya zwykle sztywna i zimna, rzuciła się gorączkowo w
stronę syna, i całując go w głowę, zawołała:
- Uspokój się mój maleńki! Papo żartuje, wierzaj mi, że
tylko żartem tak powiedział. Nigdy, nigdy nie będziesz miał ani
siostrzyczki, ani braciszka, przysięgam ci, że nigdy!
Beauch?ne przeprowadzał doktora przez pokoje aż do sieni,
żartując, śmiejąc się, szczęśliwy ze swego życia, zadowolony z
siebie i z drugich, pewien, że zawsze potrafi tak wszystkiem
kierować, by miał najwyższą dozę osobistych przyjemności i coraz
większe dochody ze swego zakładu.
- Do widzenia, kochany doktorze... Wszak nie masz do mnie
urazy?... Wreszcie kto wie, może się odmienię, a przecież zawsze
można mieć dziecko, gdy się ma na to ochotę!
- Nie zawsze, nie zawsze! - odpowiedział Boutan, wychodząc.
Ostatnie jego słowa padły ostro, stanowczo, jakby rąbał
siekierą.
Konstancya trzymała czas jakiś syna na kolanach, a potem
postawiwszy go na nogi rzekła, by poszedł się bawić.
W kilka minut po wybiciu godziny dwunastej, Mateusz
spiesznie powracał z zakładu do swojego biura, by zabrać Morange'a,
jak to było pomiędzy nimi umówione. Dla skrócenia drogi przeszedł
przez pracownię kobiet. Sala była pusta, wszystkie już wyszły na
południowe śniadanie, wtem ujrzał tak niespodziewaną scenę, że
osłupiał na razie. Norina nie poszła z koleżankami i pochwycona
ramionami Beauch?ne'a zawisła w jego objęciach z głową w tył
odrzuconą, z omdlewającemi oczyma, nie broniąc się od pocałunków,
oddając mu swoje usta. On, jak zgłodniały samiec przyciskał ją
namiętnie całem ciałem, goniąc za rozkoszą niedostępną na łonie
żony. Szepnęli coś do siebie, zapewne umawiając się o schadzkę. Z
przerażeniem spostrzegli Mateusza, który szybko znikł, uciekając
niezadowolony, że pomimo woli stał się świadkiem tego sekretu.