Żar był nie do zniesienia. Powodował powstawanie na skórze pęcherzy, które swędziały, gdy pękały. Przerażonym wzrokiem wpatrywała się w swoje dłonie, na których zaczęły się pojawiać ścięgna i kości, bo skóra powoli się topiła. Usłyszała krzyk matki. Krzyk, który wdzierał się głęboko w jej gotujący się mózg. Nie mogła poruszyć nogami, jakby wrosły w ziemię. I wtedy go zobaczyła. Villadsa. Szedł otępiały po omacku, a płomienie tańczyły dokoła niego. Chciała krzyczeć, żeby uciekał, żeby jechał z powrotem do Kopenhagi i nie wracał stamtąd, ale paliło ją gardło i cały przełyk aż do żołądka. Z jej ust dobywały się jedynie płomienie, jakby była smokiem. Nagle została wciągnięta w to piekło. Stawiała opór, próbowała się czegoś uczepić, ale nie było nic, czego mogłaby się trzymać. Wołała Villadsa. Wołała też matkę, ale sama była w ogniu, który zmienił się we wściekłego czerwonego potwora o pełnych nienawiści oczach i syczącym języku, dosięgnął jej i zaczął ją spalać, kawałek po kawałku. Krzyczała.
Liv usiadła roztrzęsiona na łóżku. Obudził ją jej własny krzyk. Z czoła spływał pot i gdy próbowała otrzeć twarz, poczuła, że spociły jej się dłonie.
Na zewnątrz było ciemno, a czerwone cyfry budzika pokazywały godzinę pierwszą trzydzieści pięć. Z wolna odzyskała kontrolę nad oddechem. To był tylko sen, mimo że taki rzeczywisty. Koszmary senne powróciły. To była jego wina. Johana Boje. Położyła się z powrotem na mokrym od potu prześcieradle. Kołdra leżała na podłodze, ale było jej tak gorąco, że nie podniosła jej. Wpatrywała się w sufit, przerażona i pełna obaw, że koszmar powróci, jeśli tylko zamknie oczy.
Musiała jednak zasnąć, bo gdy zadzwonił budzik, obudziła się, drżąc. Z trudem podniosła się na łóżku i niemal przewróciła, gdy wstała i potknęła się o leżącą na podłodze kołdrę. Budzik stał na regale pod ścianą, więc musiała wstać, aby go wyłączyć. Gdyby stał obok łóżka, wyłączyłaby go po prostu i spała dalej. Dlaczego w ogóle ustawiła go tak wcześnie? Dotarło do niej, że tego dnia miała wolne. Zamierzała pojechać do Randers, gdzie o dwunastej trzydzieści była umówiona na badania krwi w szpitalu. Jeszcze mnóstwo czasu. Nagle zrobiło jej się zimno, bo była ubrana jedynie w majtki. W nocy było jej tak gorąco, że zrzuciła z siebie przepoconą koszulę nocną. Musiała wziąć prysznic. Czuła, że brzydko pachnie.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.