przypieczętowane pocałunkiem...
- Myślisz, że powinnam podarować tę rzeźbę pani McLean?
- Edie Carls wskazała wypchaną, niekształtną torbę przewieszoną przez ramię.
Baby Carls zajrzała podejrzliwie do konopnego worka. W środku dostrzegła różową jak guma do żucia misę, bez wątpienia jeden z ostatnich projektów artystycznych matki. Obok przemknął z rykiem autobus miejski i zielona lniana sukienka Baby, kupiona za dziesięć dolarów na straganie przy Central Parku, wydęła się wokół jej szczupłych kolan. Baby wzruszyła ramionami.
- Nie chcę, żeby cię wyrzucili - gderała Edie, gdy przechodziły przez Wschodnią Dziewięćdziesiątą Trzecią, kierując się w stronę szkoły dla dziewcząt Constance Billard.
Teoretycznie Baby była wciąż uczennicą tej małej, elitarnej, wymagającej mundurków szkoły, do której kiedyś uczęszczała jej matka. Ale kiedy zarwała kilka godzin pracy społecznej na rzecz szkoły, które miała odbyć za zakłócanie lekcji francuskiego, dostała tygodniowy "urlop". Okazało się, że tak określa się w ekskluzywnej prywatnej szkole zawieszenie. Przez cały ten tydzień wysiadywała na ławce w Central Parku, popijając czaj, czytając Nabokowa i czekając, aż jej nowy znajomy J.P. Cashman skończy zajęcia w szkole średniej Riverside. Popołudnia spędzali w Central Parku na zabawach z jego trzema psami, czytaniu na głos książek i długich, burzliwych rozmowach o dzieciństwie. Ale teraz Baby przygryzła nerwowo dolną wargę pociągniętą wiśniową szminką. A jeśli rzeczywiście ją wyleją?
Jeszcze tydzień temu niczego bardziej nie pragnęła. Podczas gdy jej brat Owen i siostra Avery od razu poczuli się na Manhattanie jak w domu, Baby, najmłodsza i najbardziej niezależna z trojaczków Carls, czuła się po prostu... zagubiona. Była chora z tęsknoty za ich ruderą w Siasconset na wyspie Nantucket i za swoim chłopakiem Tomem Devlinem. Dlatego zrobiła to, co wtedy wydawało się jedynym rozsądnym wyjściem z sytuacji - specjalnie wpakowała się w kłopoty w szkole w nadziei, że jej matka się zorientuje, jak bardzo nie pasuje do Constance Billard i Nowego Jorku. Ale kiedy zaskoczyła Toma, zjawiając się bez uprzedzenia na Natucket, i odkryła, że nie tylko ostro przypala, ale i ją zdradza, spojrzała przychylniej na Nowy Jork. Zwłaszcza gdy J.P., chłopak, którego spisała wcześniej na straty, biorąc za zepsutego snoba z Upper East Side, przyleciał na Nantucket helikopterem ojca prosić ją, żeby wróciła na Manhattan.
Baby westchnęła i odgarnęła z wysokiego czoła ciemną, falującą grzywkę. Nie wiedziała, co zrobi, jeśli ją wyleją. Żadna ze szkół na Manhattanie na pewno jej nie przyjmie, może poza Darrow, małą szkołą w Village, gdzie wszyscy uczniowie, od przedszkola do ostatniej klasy, uczyli się w tym samym pomieszczeniu. Zmarszczyła nos, wyobrażając sobie, jak razem z pięciolatkami maluje palcami, słuchając Joni Mitchell. Owszem, miała artystyczną duszę, ale nie aż tak.
I całe szczęście.
Edie otworzyła z hukiem ciemnoniebieskie drzwi Constance Billard i równoważące czakry srebrne wisiorki na jej szyi zadzwoniły o siebie.
- Zaczekaj. - Edie przytrzymała drzwi córce, zręcznie przerzucając konopny worek z jednego chudego ramienia na drugie. Zdjęła jeden z wielkich, paskudnych, kleksowatych naszyjników. - Załóż go na szczęście - rozkazała z błyskiem w niebieskim oku.
Baby uśmiechnęła się niewyraźnie i zapięła wisiorek na szyi. Wyglądał jak ameba, powiększona milion razy pod mikroskopem.
- Tędy - wymamrotała, prowadząc mamę pustymi, wyfroterowanymi korytarzami. Panowała niesamowita cisza, bo wszyscy byli na ostatniej lekcji.
Edie szła za nią, jej niemodne sandały Birkenstock kłapały na świeżo wypolerowanej marmurowej posadzce. Zatrzymały się przed ciężkimi dębowymi drzwiami, na których wielkie złote litery układały się w onieśmielający napis "Dyrektor".
- Pamiętam to miejsce - Edie zmierzwiła już i tak splątane brązowe włosy córki. - Sama spędziłam tu sporo czasu, będąc uczennicą.
Baby kiwnęła głową. Trudno jej było wyobrazić sobie własną matkę, niekonwencjonalną artystkę, w stanowiącej część mundurku sztywnej krepowej spódnicy do kolan, nawet jako nastolatkę. Spojrzała na tablicę na ścianie, na której wyryto imiona dawnych przewodniczących klas. Jej siostra, Avery, zabiłaby, żeby się na niej znaleźć. Baby cieszyła się, że nie przewidziano specjalnej tablicy dla czarnych owiec. Na pewno jej imię znalazłoby się na pierwszym miejscu.
Chyba że ten zaszczyt przypadł już w udziale jej matce.
- Baby Carls? - Sekretarka o strąkowatych włosach podniosła głowę i zmierzyła ją wzrokiem, mrużąc oczy z dezaprobatą. Baby skinęła jej i uśmiechnęła się słabo. Serce waliło jej w piersi.
- Proszę od razu do środka... Pani McLean spodziewa się pań. - Sekretarka zamrugała i z powrotem wbiła wzrok w komputer. Zaczęła walić wściekle w klawiaturę, z pewnością powiadamiając resztę wykładowców, że zakłócająca lekcje francuskiego, olewająca prace społeczne, bojkotująca szczotkę do włosów Baby Carls wróciła.
Nadszedł dzień sądu!
- A, dziękuję za przybycie. - Pani McLean wstała zza wielkiego dębowego biurka, gdy Edie i Baby weszły do środka. Miała na sobie czarne spodnium za małe o dwa rozmiary. Guzik w połowie długości marynarki wisiał na jednej nitce niczym mały koala uczepiony eukaliptusa.
- Usiądź - poleciła, prawie popychając Baby na granatową kanapkę. Aksamitny materiał był sztywny i drapał od spodu jej gołe nogi.
- Pani McLean, jestem matką Baby, Edie - chwyciła dłoń dyrektorki i potrząsnęła nią energicznie. - To miło, że znalazła pani czas na spotkanie z nami. Proszę, zrobiłam to dla pani - oznajmiła, grzebiąc w konopnej torbie. Wyciągnęła z niej nieforemną różową misę i z brzękiem postawiła do góry dnem na biurku pani McLean. Na spodzie misy było niewielkie wybrzuszenie.
Na dużej, piegowatej twarzy pani McLean odmalowało się zaskoczenie. Pewnie była przyzwyczajona, że matki zagrożonych uczennic rzucają jej na biurko czeki, a nie bezkształtną ceramikę własnej roboty.
- Dziękuję za... to, pani Carls.
- Och, proszę mi mówić Edie! Ale widzę, że nie pasuje do wystroju - odkryła ze smutkiem Edie, przenosząc wzrok z rzeźby na utrzymane w bieli, czerwieni i granacie wyposażenie gabinetu.
- Hm, nic nie szkodzi. - Pani McLean usadowiła się z powrotem na dębowym krześle. - Do rzeczy. Wiem, że Baby...
- Pani McLean urwała, a jej twarz szmacianej lalki wykrzywił kwaśny grymas. Dyrektorka szkoły pełnej dziewcząt o imionach takich jak Beatrice i Madison dała jasno do zrozumienia, że uważa imię Baby za niestosowne. Ale to przecież nie wina dziewczyny, że jej matka, zaskoczona, że urodziła trojaczki, a nie bliźnięta, zamiast imienia wpisała "Baby" na jej świadectwie urodzenia. Podobno Edie zawsze chciała nadać córce bardziej oficjalne imię, ale przy swoim luźnym podejściu do życia jakoś nigdy się tym nie zajęła. Ponieważ Baby była najmłodszym dzieckiem w rodzinie, na dodatek tak drobnym, imię przylgnęło do niej na dobre. - Wiem, że Baby była wychowywana w dość, hm, niekonwencjonalny sposób - podjęła pani McLean. - Co najprawdopodobniej przyczyniło się do trudności z zaaklimatyzowaniem się w Constance w pierwszym tygodniu szkoły. Miałam nadzieję, że podczas tygodniowego "urlopu" będzie miała czas zastanowić się nad swoim zachowaniem, podczas gdy my zadecydujemy o jej przyszłości i czy przyszłość ta będzie związana z Constance Billard, czy nie. - Pani McLean ostrożnie zepchnęła nieforemną misę na skraj biurka. Przednie zęby dyrektorki były umazane rdzawą szminką i nagle Baby poczuła wobec niej coś w rodzaju współczucia. Może pani McLean czuła się w Constance równie nieswojo jak Baby. - A zatem, Baby, czy wolny tydzień okazał się owocny?
- Tak - odparła Baby, rozglądając się po gabinecie.
- Proszę pani - dodała Baby i się zarumieniła. Niewiele brakowało, żeby jeszcze dygnęła.
Albo zasalutowała.Tak jest, pani McLean!
Nie była pewna, dlaczego tak bardzo chce zostać w Constance, ale przez cały ubiegły tydzień nie była w stanie myśleć o niczym innym. Choć wciąż tęskniła za Nantucket i jej nadmorskim pięknem, wyspa należała do przeszłości. Teraz jej domem był Nowy Jork.
Ciekawe, co - albo kto - sprawiło, że zmieniła zdanie?
- Tak... przejrzałam twoje oceny i podjęłam decyzję.
- Pani McLean skrzyżowała ramiona na obfitej piersi.
Baby nie uśmiechało się błaganie o możliwość powrotu do świata zdzirowatych dziewczyn z pasemkami z salonu Oscara Blandiego, gumkami do włosów od Gucciego i piórami Montblanc. Ale była na to przygotowana. Oblizała wargi i wbiła błyszczące ciemne oczy w mętnobrązowe oczy pani McLean.
- Pani...
- Baby wolno będzie zostać w Constance - przerwała jej dyrektorka.
Baby odetchnęła z ulgą.
- Ale żeby mi udowodnić, że jest w stanie przystosować się do obowiązujących tu surowych reguł, będzie musiała wykonać pracę społeczną na rzecz szkoły - ciągnęła pani McLean.
- Tym razem na serio. Ponieważ pochodzi z tak, hm, artystycznej rodziny, myślę, że mam dla niej odpowiednie zadanie...
- Pani McLean pochyliła się, jej obfite siedzenie zakołysało się w powietrzu, gdy szperała w lśniącej metalowej szafce. Kiedy się wyprostowała, podała Baby czarno-biały magazyn ze zdjęciem martwego gołębia na okładce. W poprzek biegły wielkie gniewne litery: "Zadra".
- To nasz uczniowski magazyn poświęcony sztuce. Jego założycielka i redaktorka ukończyła szkołę w ubiegłym roku.
- Pani McLean zmrużyła krowie oczy. - "Zadra" wymaga artystycznej wrażliwości i mam nadzieję, że zechcesz się nią zająć - dokończyła.
Edie klasnęła w dłonie, jak gdyby pani McLean powierzyła to zadanie jej, a nie jej córce.
Baby wzięła pisemko do ręki i przekartkowała. Mimo ostrej okładki w środku pełno było ckliwych wierszy o ślizgawce w Rockefeller Center i zapachu kwiatów wiosną. Nie widziała siebie w roli redaktorki. W przeciwieństwie do swojej siostry, która była teraz przedstawicielką uczennic przy radzie nadzorczej Constance, nigdy nie lubiła się angażować w życie szkoły.
- Tak się cieszę, że wszystko sobie wyjaśniłyśmy, Baby jest oczywiście wdzięczna za tę możliwość - odezwała się Edie. - Ale pora na mnie, muszę koniecznie wracać do mojej pracowni. - Pochyliła się i pocałowała Baby w czubek głowy. Baby poczuła od niej olejek eteryczny o zapachu paczuli. Uśmiechnęła się pod nosem, ale tak, żeby pani McLean nie zauważyła. Chaotyczność jej matki była tak przesadna, że mogła się wydawać niemal sztuczna.
- Oczywiście. - Pani McLean kiwnęła głową, jak gdyby rozumiała naglący charakter sztuki Edie. - Baby, zobaczymy się jutro z samego rana. I nie muszę chyba przypominać, że powinnaś włożyć mundurek - dodała.
- Oczywiście! Dziękuję, pani McLean - powiedziała Baby z wdzięcznością. Uśmiechnęła się i z uśmiechem na twarzy wyszła z gabinetu, a potem wybiegła z budynku przez ciemnoniebieskie drzwi. Oparła się o ścianę z czerwonej cegły, żeby dojść do siebie; wiedziała, że za chwilę zadzwoni dzwonek i ze środka wybiegną grupkami uczennice. Chociaż nie była zachwycona perspektywą reanimacji podupadłej uczniowskiej gazety, czuła się tak, jak gdyby uchyliła się przed kulą. Tak, ta szkoła była ciut sztywniacka i pełna nadętych panienek, ale odkąd Baby została wyrwana z korzeniami z Nantucket, w jej życiu brakowało stabilności, a teraz wszystko znów zaczynało się układać.
- Hej!
Baby odwróciła się i zobaczyła na rogu ulicy J.P. ubranego w spodnie khaki i granatowy blezer Riverside. W jednej ręce trzymał tęczowego loda, a w drugiej Blackberry.
Podobało jej się to, że J.P. wydaje się taki sztywny, chociaż wcale taki nie był. Nie, kiedy poznało się go lepiej. A teraz, kiedy miała oficjalnie zostać na Upper East Side, zamierzała poznać go o wiele lepiej.
- Lody dla uczczenia okazji? Wszystko poszło dobrze? - J.P. odgarnął nerwowo brązowe włosy opadające mu na oczy.
- Zostaję! - oznajmiła triumfalnie Baby. - Możesz powiedzieć psom, żeby się nie martwiły - droczyła się.
- Świetnie. - J.P. wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Nie chciałbym, żeby pod twoją nieobecność powróciły do złych nawyków. - Baby odruchowo popatrzyła na stopy J.P. Zanim zaczęła wychodzić z nimi na spacery, Nemo miał problemy emocjonalne i wypróżniał się na buty J.P. Dziś chłopak miał na sobie mokasyny z miękkiej skóry, które wyglądały jak skradzione z wystawy o rdzennych Amerykanach w Muzeum Historii Naturalnej, ale Baby wiedziała, że wybrał je w Barneys - tak jak wszystkie ciuchy - jego osobisty stylista.
Prosta zasada: im brzydsze buty facet nosi, tym są droższe.
Baby złapała loda i polizała go, delektując się zimną słodyczą na języku. Czuła ulgę i kręciło jej się w głowie. Nie była pewna, co ją bardziej cieszy - to, że zostaje w Constance, czy to, że J.P. specjalnie wyszedł wcześniej ze szkoły, aby zrobić jej niespodziankę.
W tej samej chwili zadzwonił dzwonek i przez ciemnoniebieskie drzwi wylały się na zewnątrz tabuny ubranych w mundurki dziewcząt o lśniących włosach. Wychodziły na chodnik albo stawały grupkami na schodach szkoły, plotkując. Kilka gapiło się na Baby i J.P., szepcząc coś za wymanikiurowanymi w salonie Bliss dłońmi.
Baby zauważyła, jak przez podwójne drzwi wychodzi ta zdzirowata balerina, eks-dziewczyna J.P., Jack Laurent. Gdy jej zielone oczy natrafiły na Baby, zatrzymała się, wyprostowana jak struna. Zadzierając lekko piegowaty nos, z lśniącymi, prostymi kasztanowymi włosami, pasowała bardziej na wybieg niż schody Constance Billard.
Baby wzruszyła ramionami i odwróciła się plecami do Jack, a przodem do J.P. Kogo w ogóle obchodzi Jack Laurent? Liczyło się tylko to, że to ona, Baby, cały ubiegły tydzień spędziła z uroczym chłopakiem, który z dnia na dzień stawał się coraz bardziej uroczy. I zamierzała spędzić w ten sposób cały nadchodzący rok.
Pod wpływem impulsu nachyliła się i przycisnęła usta do ust J.P. Jego oczy zrobiły się wielkie ze zdumienia, ale żarliwie odwzajemnił pocałunek. Baby oplotła go szczupłymi rękami. Gdy pocałowała chłopaka znowu, wzdłuż kręgosłupa przebiegł jej dreszcz. Ramiona, którymi ją obejmował, były silne, a usta smakowały jak eukaliptus.
- Dzięki za loda - wyszeptała, przerywając pocałunek, ale wciąż w jego objęciach. Po plecach znów przebiegł jej dreszcz. Łau. Dlaczego nie zrobiła tego wcześniej?
- Chodźmy stąd - wyszeptał chrapliwie J.P., ciągnąc ją za sobą w dół schodów. Baby złapała go za rękę i obijając się o siebie biodrami, ruszyli na zachód ku złocistemu słońcu i bujnej zieleni Central Parku.
Może czas zamienić koszulkę w bohomazy na T-shirt z napisem "I love New York"?