Pływające krowy, czyli zdrowo zakręconego Podlasia i nie mniej zakręconej Suwalszczyzny część druga - Urszula Arter, Wojciech Koronkiewicz

Kup ebooka

34.99 zł

-
Proszę czekać

Jagodzianki Mistrza Polikarpa

Być w Augu­sto­wie i nie odwie­dzić cukierni Poli­karpa to tak, jakby w Rzy­mie nie odwie­dzić papieża! Piszę to zda­nie i za głowę się łapię, gdyż w poprzed­niej książce nie zna­la­złem wystar­cza­jąco dużo czasu, by mistrza Poli­karpa odwie­dzić. Moja wina, moja wina, moja bar­dzo wielka wina!

Poli­karp Augu­sty­niak. Czło­wiek legenda. Czło­wiek jago­dzianka.

Mistrza Poli­karpa zasta­jemy za ladą. W skle­pie ryb­nym.

- Co naj­słyn­niej­szy cukier­nik Augu­stowa robi w skle­pie ryb­nym? - wołam od progu.

- Pro­szę pana, ja mam prze­cież rybę w imie­niu - wyja­śnia mistrz Poli­karp. - Eks­pe­dientka dziś zacho­ro­wała, przy­sze­dłem na zastęp­stwo.

Pro­wa­dzi nas na zaple­cze. Jeste­śmy w Augu­sto­wie, więc ze ścian zer­kają na nas głowy zęba­tych szczu­pa­ków.

- Jago­dzianki - prze­cho­dzę od razu do rze­czy. - To pan spro­wa­dził je do Augu­stowa?

- Tak - odpo­wiada Poli­karp i w zasa­dzie roz­mowa mogłaby się już zakoń­czyć, ale ona dopiero się zaczyna i mamy przed sobą kwa­drans wspa­nia­łych opo­wie­ści. - Może po domach gospo­dy­nie coś tam robiły. Ale w nie­wiel­kich ilo­ściach i nie tego typu. Nie wiem, czy lep­sze, czy gor­sze, ale na pewno nie takie, jak my robimy. Praw­dziwe jago­dzianki, któ­rymi zasły­nę­li­śmy nie tylko w kraju, ale rów­nież dalej, dalej poza gra­ni­cami - opo­wiada cukier­nik z rybą w imie­niu.

- Jak to się zatem wszystko zaczęło? - pytam.

- Przy­pa­dek spra­wił - pan Poli­karp wzdy­cha głę­boko. - A może to tak miało być? Nie wiem. Ale na tutej­szych tere­nach odkry­łem praw­dziwe piękno. Naj­lep­szą jagodę! Takiej ni­gdzie indziej nie pró­bo­wa­łem. I nawet nie chcę. Ta tutaj, z naszych oko­licz­nych lasów, jest wprost nie­po­wta­rzalna!

- Rośnie w Pusz­czy Augu­stow­skiej - mówię. - I ma pan swo­ich ludzi, któ­rzy tam idą i zbie­rają.

- Tak jest, już trze­cie poko­le­nie dla mnie zbiera - potwier­dza mistrz Poli­karp. - Już 50 lat bez prze­rwy, nie ma jed­nego dnia, abym nie robił jago­dzia­nek. Codzien­nie u mnie są. Po sezo­nie w nie­du­żych ilo­ściach, to jest rzecz nor­malna. Ale w sezo­nie robimy wszystko, aby kto tylko przy­je­dzie, mógł jago­dziankę kupić. I każdy mi od razu opo­wiada o tej jago­dziance.

- Co opo­wia­dają? - pytam.

- Same super­la­tywy - mówi mistrz Poli­karp. - Nie ma złego słowa. Choć czę­sto też mówią: "Przy­da­łaby się więk­sza". Teraz taki czas nastał, że każdy chce duże i tanie. Ale to już nie będzie ta jago­dzianka.

- Pan jago­dzianki spró­bo­wał w War­sza­wie i przy­wiózł ją tutaj - mówię.

- Tak, ale to było przy­pad­kiem - odpo­wiada mistrz Poli­karp. - Na baza­rze Różyc­kiego panie han­dlo­wały pyzami i fla­kami. Gospo­dy­nie domowe wołały: "Pyzy, pyzy gorące!". W koszycz­kach nosiły, bo to nie można było prze­cież han­dlo­wać, przy­kryte ście­reczką. Na boku się to kupo­wało. Z jago­dzianką było podob­nie. Zawi­nięte gdzieś w gazetę. Bo ganiano sprze­daw­czy­nie. Śle­dzono, aby tylko ukró­cić ten han­del. Nie wolno było tak po pro­stu. Zare­je­stro­wać trzeba. Warunki stwo­rzyć. Ale taka bab­cia, jak miała 60 czy 70 lat, będzie zakład otwie­rała?

Spró­bo­wa­łem i zoba­czy­łem, że to jest dobre. I gdy przy­je­cha­łem do Augu­stowa, pomy­śla­łem: "Spró­buję i ja". Tym bar­dziej, że w mie­ście i oko­li­cach jest dostępny pro­dukt. I te bab­cie star­sze z wnucz­kami swo­imi zbie­rały i przy­no­siły do mnie. Za szkla­neczkę jagód pła­ci­łem dwa złote. Ile z tej szklanki można zro­bić? No, ale nie było dnia, abym kilku szkla­nek nie kupił. Te bab­cie, które dla mnie począt­kowo zbie­rały, to już nie żyją. Cza­sem się modlę za nie, niech im zie­mia lekką będzie, że mi poma­gały. Potem zbie­rały ich córki i wnuczki. Gdy teraz przy­cho­dzą sprze­dać jagody, to jak rodzina. Jak przy­nie­sie w koszyczku, to aż chce się patrzeć. Czy­ściut­kie, nie­roz­ma­zane, bo ręcz­nie zbie­rane. Takie, jak się należy. Bo jak się zbiera takimi pod­bie­ra­kami, grze­bie­niami takimi, to jagoda jest roz­gnie­ciona. Albo już 25 czerwca przy­no­szą. I są jesz­cze nie­doj­rzałe. Prze­bie­rać trzeba. Tym­cza­sem ja mam cer­ty­fi­kat mini­stra. I bar­dzo recep­tury prze­strze­gam! Syn chciał tro­szeczkę to zmie­nić: "Tata, a może to czy tamto?". Nie! Dopóki żyję, ona taka zosta­nie. Przy tej recep­tu­rze, którą mam. Nie można nic zmie­niać. Nic! Jesz­cze jest jeden argu­ment do tej jago­dzianki, że ona jest taka, a nie inna. To bar­dzo dobre zboże. A ze zboża - bar­dzo dobra mąka. No i jajka. I przede wszyst­kim serce. Ja serce mam chore, ale bez serca jago­dzianka nie wyj­dzie. Musi być ser­duszko wło­żone. To w każ­dej jed­nej dzie­dzi­nie. Jeśli odda­jesz całego sie­bie, to na pewno wyj­dzie.

- To pana zdję­cie? - poka­zuję na foto­gra­fię na ścia­nie.

- To mój ojciec - odpo­wiada mistrz Poli­karp. - Obok moje zdję­cie ślubne. Pod kościo­łem Świę­tej Anny w War­sza­wie. Bo ja nie jestem stąd. Flan­co­wany augu­sto­wiak. Ale teraz nie zamie­nił­bym tego mia­sta na żadne inne. Jak przy­je­cha­li­śmy tu po raz pierw­szy, to były takie papi­loty do cia­stek. I posta­no­wi­li­śmy z żoną, że wyra­biamy te papi­loty i wra­camy do War­szawy. Ale papi­lo­tów może sto zro­bi­li­śmy i zosta­li­śmy. Mia­sto przy­ja­zne jest dla nas, a my też chyba jeste­śmy dla mia­sta potrzebni. Augu­sty­niak w Augu­sto­wie! Mnie naprawdę wszy­scy znają. Jak przy­jeż­dżają, to pytają nie o jago­dzianki, tylko o moje zdro­wie. W rodzi­nie nie­raz nikt się nie spyta, a klient przy­cho­dzi i mówi: "Jak dobrze, że pana widzę!". I to mnie buduje!

Pra­cow­nia cukier­ni­cza - Poli­karp Augu­sty­niak ul. Nowo­miej­ska 1, Rynek Zyg­munta Augu­sta 13, Augu­stów tel.: 87 644 67 31, 87 643 36 83

Kawiarnia Zachodnia

Trzy­krotna Zdo­byw­czyni Zło­tego Widelca. Ogól­no­pol­skiej akcji pro­mu­ją­cej pol­ską kuch­nię. Tytuł "Kawiarni Roku" i tytuł "Mana­ger Roku" dla wła­ści­cielki Gra­żyny Zalew­skiej. Kawiar­nia Zachod­nia. Ulica Zachod­nia. Daleko poza cen­trum Bia­łe­go­stoku.

- Nie prze­sa­dzajmy - śmieje się Gra­żyna Milew­ska. - Nowe Mia­sto to w zasa­dzie dru­gie cen­trum. Wybra­li­śmy je z pełną świa­do­mo­ścią. Prze­my­śle­li­śmy tę decy­zję. Liczymy na sta­łych gości. Firmy, które nas ota­czają i miesz­kań­ców oko­licz­nych domów. Tych, któ­rzy nas znają i do któ­rych my zwra­camy się po imie­niu.

- No dobra, policzmy zatem sto­liki - roz­glą­dam się po wnę­trzu peł­nym obra­zów. Bo Kawiar­nia Zachod­nia to miej­sce, które orga­ni­zuje wystawy pod­la­skich twór­ców, spo­tka­nia autor­skie i pokazy fil­mowe. - Raz, dwa, trzy, cztery... dzie­więć. Nali­czy­łem dzie­więć.

- Sto­li­ków jest jede­na­ście - uśmie­cha się Gra­żyna Milew­ska. - Latem otwie­ramy też pary­ski ogró­dek.

I nagle wszystko staje się jasne. Paryż. Tu każda dziel­nica ma swoje cen­trum. Tu w każ­dej dziel­nicy dzieje się coś cie­ka­wego. I nie ma sensu pchać się do zatło­czo­nego śród­mie­ścia. Sma­ko­sze zaś poko­nują nie­raz dzie­siątki lub setki kilo­me­trów, by zjeść w miej­scu wska­za­nym przez prze­wod­nik Miche­lin.

- "Gościmy natu­ral­nie" to nie jest tylko fra­zes - mówi Gra­żyna Milew­ska. - My naprawdę poszu­ku­jemy pro­duk­tów zdro­wych i lokal­nych. Nasi dostawcy są jawni. Czę­sto zachę­cam gości, by pytali, skąd pocho­dzi dany skład­nik. Warzywa dostar­cza pani Jagoda. Moja sąsiadka zza płotu. Wiem, bo widzę na wła­sne oczy, jak pro­wa­dzi swój ogró­dek. Ogórki kiszone prze­cho­wuje na przy­kład w studni. Kisi dla nas też kapu­stę. W tym roku obro­dziły buraki, więc mamy w menu sporo bura­ków. Ale sok z bura­ków, też kiszo­nych, przy­wozi pani Ania z Czar­nej Wsi Kościel­nej, która dostała za ten sok ogól­no­pol­ską nagrodę.

- Opi­sa­łem ją w poprzed­niej książce - mówię z dumą.

- Wiem, czy­ta­łam. Parę miejsc wspo­mnia­nych nawet odwie­dzi­łam - mówi Gra­żyna Milew­ska. - Ale wszyst­kiego pan nie opi­sał. Agnieszka Pry­maka robi zna­ko­mite her­batki. Maliny mamy spod Szczu­czyna od pań­stwa Orłow­skich. Mąkę bie­rzemy pro­sto z młyna. Nie było jesz­cze przy­padku, byśmy kupo­wali mąkę w skle­pie. Jeź­dzimy po nią do braci Gór­skich. Jest ze sta­rych odmian zbóż. Zero jakich­kol­wiek dodat­ków. I robimy na niej wszystko. Cia­sta, nale­śniki i pie­rogi. Można też ją u nas kupić. W wor­kach 5 i 10 kg. Tak się sprze­daje we mły­nie. Szybko scho­dzi, bo jest po pro­stu dobra. Sałatę i jajka mamy od Radka. Firma "Stwo­rzone z natury". Prze­no­śne kur­niki - sły­szał pan?

- Sły­sza­łem, kur­nik jest na kół­kach i po pew­nym cza­sie prze­suwa się w dru­gie miej­sce, gdzie na­dal jest trawa - mówię.

- Wła­śnie tak, kury wydzio­bują trawę raz na łące, raz w cie­niu pod lasem - mówi Gra­żyna Milew­ska. - Takich dostaw­ców do naszej kawiarni mam chyba ze czter­dzie­stu.

- Ale żeby wodę spro­wa­dzać aż z Cie­cho­cinka?! - pytam.

- Wodę solan­kową głę­bi­nową - wyja­śnia Gra­żyna Milew­ska. - Począt­kowo pan z Cie­cho­cinka myślał, że to żart i nie za bar­dzo chciał ją wysy­łać. Ale ona bar­dzo dobrze u nas scho­dzi. Sporo osób bie­rze ją do domu. Po cho­ro­bach lub po wysiłku fizycz­nym, kiedy spada potas lub magnez, to wszystko nią sobie uzu­peł­nimy. Albo w sezo­nie zimowo-wio­sen­nym, gdy jeste­śmy osła­bieni. Ona na cie­pło jest tro­chę słona. My ją poda­jemy schło­dzoną z sokiem z lokal­nego pigwowca. Sma­kuje zna­ko­mi­cie.

- Pigwo­wiec z Gra­jewa? - dopy­tuję.

- Tak jest. Od pana Pośled­nika - uśmie­cha się Gra­żyna Milew­ska.

- No to zaj­rzyjmy do karty - mówię. - Flaczki wege? Tatar z mar­chewki?

- Nasze dania nie są kla­sycz­nie tra­dy­cyjne. Chcemy je poka­zy­wać w nowej odsło­nie. Flaczki są z bocz­niaka - wyja­śnia Gra­żyna Milew­ska. - Nato­miast tatar... Mar­chewki naprawdę są orzeź­wia­jące i chru­piące. Pole­cam!

Zachod­nia Kawiar­nia&Bistro - Gra­żyna Milew­ska ul. Zachod­nia 2F, Bia­ły­stok tel. kom.: 570 580 773, 791 919 158 FB: Kawiar­nia Zachod­nia - restau­ra­cja - obiady i śnia­da­nia

Świniożerca na parkingu

Mia­łem zły dzień. Naj­pierw jakiś stary dzia­dyga sto­jący tuż przede mną wyku­pił całą sło­ninę!

- Panie, uli­tuj się! - mówię. - Ja też po sło­ninę. Zostaw pan tro­chę dla mnie.

Takiego! Wziął trzy połcie! 1,8 kilo­grama na wadze wysko­czyło! Na nic moje bła­ga­nia! Że to dla siko­rek. A żeby mu ta sło­nina zjeł­czała!

Posze­dłem więc kupić pestki sło­necz­nika. Pestki pięk­nie popa­ko­wane. Worki po 5 kg stoją przed skle­pem. Biorę worek, wcho­dzę do środka, a tam kolejka. Nawet nie­duża. Ale same stare baby i dziady. "Uspo­kój się! Uspo­kój! Będzie dobrze!" - powta­rza­łem w myślach.

Idę z zaku­pami przez par­king. Na samym końcu widać napis: "Bur­ger pod­la­ski od Master­chefa". Toż ja wła­śnie tutaj! I w tym wła­śnie celu!

- Pan sobie życzy? - pyta Mariusz z food trucka.

- Pan co poleca? - odpo­wia­dam, któż bowiem, jak nie kucharz, zna naj­le­piej swoje potrawy?

- Ja to jestem kla­syczny świ­nio­żerca - uśmie­cha się Mariusz. - Pole­cam bur­gera z podwój­nym beko­nem.

- Ja jed­nak popro­szę kla­sycz­nego bur­gera - odpo­wia­dam, bo przy­je­cha­łem tu na woło­winę.

- Będzie za 10 minut - uśmie­cha się Mariusz. - Aku­rat zdąży zro­bić pan zakupy.

O matko, ciotko i wujku! Tylko nie to! Dość już tych upo­ko­rzeń! Dość już walk ze sta­rymi dzia­dami! Ale 10 minut stać na wie­trze też się nie uśmie­cha. Posze­dłem do ogrod­ni­czego po nasiona bazy­lii. Gdy wró­ci­łem, Mariusz koń­czył wła­śnie dwa bur­gery. Tuż przed okien­kiem z nogi na nogę prze­stę­po­wał jakiś facet w czapce.

- Zaje­bi­ste sosy! Pró­bo­wał pan? Praw­dziwa petarda! - eks­cy­to­wał się.

Czło­wieku, nie dziś! Pro­szę! Nie każ mi dziś odpo­wia­dać!

Wzią­łem swoje pudełko. Bur­ger w bułce z warzy­wami zawi­nięty w papie­rek, obok frytki. Grube i zestru­gane niczym dłu­tem. Wszystko stąd, z giełdy. Legenda głosi, że Mariusz, gdy przy­cho­dzi rano do pracy, to odwie­dza sto­isko z mię­sem z Turo­śni Kościel­nej, odbiera tam świeżo zmie­loną woło­winę, potem idzie do stra­ganu z warzy­wami. Sałata, cebula, pomi­dory. Ziem­niaki - zawsze irga. Umyte. Nie obie­rane. Będą podwój­nie blan­szo­wane i dopiero potem sma­żone. Co zapewni im chrup­kość.

Sia­dam przy sto­łach zbi­tych z euro­pa­let.

- Może poduszkę? - pyta Mariusz.

- I koł­derkę też popro­szę - odpo­wia­dam.

W dni takie jak ten naj­le­piej zawi­nąć się w koł­derkę i po pro­stu prze­cze­kać. Koł­dry jed­nak nie dostanę. Sie­dzę zatem na poduszce i wci­nam bur­gera.

- Dobry? - pyta Mariusz, ale nie czeka na odpo­wiedź. - Prze­pra­szam, muszę sko­czyć po ogórki.

Wsiada do auta i odjeż­dża. Sie­dzę sam pod food truc­kiem na wiel­kim asfal­to­wym par­kingu peł­nym aut. Z wido­kiem na beto­nową halę, gdzie spo­tkało mnie dziś tyle nie­przy­jem­no­ści.

Sie­dzę i się uśmie­cham. Nie­przy­jem­no­ści? Daj­cież spo­kój! Cza­sem tak w życiu bywa. Sie­dzę i jem soczy­stą woło­winę. Przy­po­mina mi się bar na baza­rze La Boqu­eria w Bar­ce­lo­nie. Ileż tam ludzi było od samego rana! Na miej­sce przy barze trzeba było cze­kać i wal­czyć o nie łok­ciami. Owoce morza przy­go­to­wy­wane wprost na oczach klien­tów. Wino musu­jące pite z samego rana. Ach! Paryż na Zachod­niej, Bar­ce­lona na Andersa! Czy ja cza­sem nie prze­sa­dzam? W Bar­ce­lo­nie i morze, i palmy. Tymcza­sem tu asfal­towy par­king pełen aut. Skąd wzią­łeś to porów­na­nie?! Skąd?! Bo co robi na tym par­kingu tak zna­ko­mity kucharz? Zwy­cięzca jed­nego z pro­gra­mów kuli­nar­nych? Widzia­łeś jego uśmiech pełen szczę­ścia? No, skąd się wziął? Skąd?!

Sosy spły­wają mi po wąsach. Z tymi wąsami sam wyglą­dam jak ten dziad od sło­niny. Wraca Mariusz.

- Nie dałem ser­wetki? Ale wio­cha! - mówi.

- Ogórki kupił pan na gieł­dzie? - pytam.

- Nie, w Sel­gro­sie - Mariusz otwiera słoik. - Pro­szę spró­bo­wać. Prak­tycz­nie nie czuć octu. Chcia­łem sam robić, ale to jest food truck. Sane­pid mógłby się przy­cze­pić.

- Ale buraka sam pan pie­cze do burak­bur­gera? - pytam.

- Tylko niech pan nikomu nie mówi - Mariusz roz­gląda się z nie­po­ko­jem.

Sane­pid czuwa!

Master­truck by Mariusz Kisiel ul. Gen. W. Andersa 40, Bia­ły­stok tel. kom.: 790 211 901

Podlasie jak malowane

Jak się zaczęło? W szkole pod­sta­wo­wej nary­so­wa­łem ołów­kiem poczet kró­lów pol­skich. Myśla­łem więc o supra­skim Liceum Sztuk Pla­stycz­nych. Ale mama mówi: "Dobrze się uczysz. Gdzie tam będziesz do Supra­śla jeź­dził?". No to posze­dłem do liceum bia­ło­ru­skiego w Biel­sku. Lubi­łem bar­dzo histo­rię, więc chcia­łem do klasy ogól­nej. Ale znów mówią, że tam same spady idą. Więc tra­fi­łem do klasy mate­ma­tyczno-fizycz­nej. O rany, jak ja się tam wymę­czy­łem! Ale zda­łem. I po matu­rze mówię sta­now­czo: "Nie! Chcę iść na ASP do Kra­kowa". Ale się nie dosta­łem. Więc ucie­kłem przed woj­skiem do stu­dium nauczy­ciel­skiego w War­sza­wie. Po dwóch latach wra­cam do Biel­ska Pod­la­skiego. Sie­dzę w parku i kum­pel mnie pyta: "Co robisz?". "Nic. Pew­nie zostanę nauczy­cie­lem" - odpo­wia­dam. A on mi na to, że Aka­de­mia Sztuk Pięk­nych w Miń­sku pro­wa­dzi nabór. Poje­cha­łem zatem ze swo­imi pra­cami do Miń­ska. Chcia­łem na wydział aran­ża­cji wnętrz, bo tam moi kum­ple stu­dio­wali. Ale powie­dzieli: "Coś za dużo Pola­ków na jed­nym wydziale" i tra­fi­łem na gra­fikę, design i reklamę. Po powro­cie do Pol­ski zro­bi­łem rajd po bia­ło­stoc­kich agen­cjach rekla­mo­wych. Był rok 1998, agen­cji praw­dziwy wysyp. Ale kum­pel namó­wił mnie na dru­kar­nię Cezar. Mieli wów­czas dział gra­ficzny. I jak zoba­czyli moje prace, powie­dzieli: "Odstaw kom­pu­ter. My potrze­bu­jemy gra­fika, który nam będzie ryso­wał ręcz­nie".

- Już 24 lata tam pra­cu­jesz. Nie myśla­łeś, aby pójść na swoje i utrzy­my­wać się z obra­zów?

- No tak. Pierw­szą wystawę zro­bi­łem razem z Jur­kiem Fie­do­ru­kiem, który też w Miń­sku Aka­de­mię koń­czył. Nosiła tytuł: "Mińsk Bia­ły­stok 22:00". Myśla­łem. Ale tro­chę się bałem. Mia­łem już kre­dyty. Trzeba utrzy­my­wać dom, rodzinę. I wtedy zna­la­złem w sza­fie mamy kawa­łek ręcz­nika obrzę­do­wego. Ktoś odciął wyszy­wany koniec od bia­łego płótna. Zabra­łem i powie­si­łem na ścia­nie mojej malut­kiej pra­cowni. Cho­dzi­łem koło tego ręcz­nika kilka lat. Patrzy­łem na Niego i mija­łem. Aż pew­nego dnia zaczą­łem malo­wać. Ale bez prze­ko­na­nia. No bo ręcz­nik jest wyszy­wany. Malo­wa­nie ręcz­nika? To było zbyt pro­ste. Zbyt banalne.

Ale któ­re­goś dnia przy­szli zna­jomi i bar­dzo im się to spodo­bało. Kiedy się zatem nada­rzyła oka­zja i odby­wał się zjazd absol­wen­tów bia­ło­ru­skiego liceum, i kiedy w biel­skim ratu­szu była wystawa ręcz­nika obrzę­do­wego, zapro­po­no­wa­łem, by zro­bić wystawę moich obra­zów. I tak się stało. I muzeum w Biel­sku zaku­piło całą moją wystawę. I poja­wiły się pro­po­zy­cje, abym nama­lo­wał murale. W restau­ra­cjach. I na Muzeum Bia­ło­ru­skim w Haj­nówce. Posy­pały się zamó­wie­nia. Pani Alina Dębow­ska, która jest naj­więk­szą znaw­czy­nią ręcz­nika na Pod­la­siu, zamó­wiła kolejne obrazy. O tema­tyce obrzę­do­wej. Więc tu masz kolęd­ni­ków, któ­rzy idą z gwiazdą. Tu masz sanie jadące do cer­kwi. To my z dziad­kiem. Wieś Sta­ce­wi­cze. Bo ja, cho­ciaż mia­stowy, z Biel­ska Pod­la­skiego, to wszyst­kie waka­cje i ferie na wsi. Tu masz wio­senne roz­topy na Narwi i rybaka w łódce. Most w tle pozna­jesz?

Zawsze naj­le­piej malo­wało mi się zimą. Wów­czas mniej trzeba cho­dzić wokół domu. Tym­cza­sem przy­szedł covid i tro­chę przy­du­sił. Leża­łem dobrych kilka tygo­dni. Potem wybu­chła wojna na Ukra­inie. Też mnie to pod­ła­mało. Ludzie ucie­kają, nie mają co jeść, giną, a ja mam obrazki poka­zy­wać? Ale życie toczy się dalej. Koń­czę zatem przy­go­to­wa­nia do wystawy. Na szta­lu­gach mam Matkę Boską Pod­la­ską. W rękach, zamiast prze­zro­czy­stego całunu, trzyma wyszy­wany ręcz­nik. Na dole wierzby i pod­la­skie świą­ty­nie. Meczet w Boho­ni­kach, kośció­łek i cer­kiewka. Wszystko drew­niane. I sznur dom­ków. Znów drzewa. I jesz­cze wplo­tłem w to sznur powra­ca­ją­cych pta­ków. I drew­niane zdo­bie­nie domów. Tak to wła­śnie wygląda.

Mirek Zdraj­kow­ski ul. Wypo­czyn­kowa 38, Gra­bówka tel. kom.: 607 795 706 FB: Pod­la­sie jak malo­wane