Jagodzianki Mistrza Polikarpa
Być w Augustowie i nie odwiedzić cukierni Polikarpa to tak, jakby w Rzymie nie odwiedzić papieża! Piszę to zdanie i za głowę się łapię, gdyż
w poprzedniej książce nie znalazłem wystarczająco dużo czasu, by mistrza
Polikarpa odwiedzić. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina!
Polikarp Augustyniak. Człowiek legenda. Człowiek jagodzianka.
Mistrza Polikarpa zastajemy za ladą. W sklepie rybnym.
- Co najsłynniejszy cukiernik Augustowa robi w sklepie rybnym? - wołam
od progu.
- Proszę pana, ja mam przecież rybę w imieniu - wyjaśnia mistrz
Polikarp. - Ekspedientka dziś zachorowała, przyszedłem na zastępstwo.
Prowadzi nas na zaplecze. Jesteśmy w Augustowie, więc ze ścian zerkają
na nas głowy zębatych szczupaków.
- Jagodzianki - przechodzę od razu do rzeczy. - To pan sprowadził je do
Augustowa?
- Tak - odpowiada Polikarp i w zasadzie rozmowa mogłaby się już
zakończyć, ale ona dopiero się zaczyna i mamy przed sobą kwadrans
wspaniałych opowieści. - Może po domach gospodynie coś tam robiły. Ale w niewielkich ilościach i nie tego typu. Nie wiem, czy lepsze, czy gorsze,
ale na pewno nie takie, jak my robimy. Prawdziwe jagodzianki, którymi
zasłynęliśmy nie tylko w kraju, ale również dalej, dalej poza granicami
- opowiada cukiernik z rybą w imieniu.
- Jak to się zatem wszystko zaczęło? - pytam.
- Przypadek sprawił - pan Polikarp wzdycha głęboko. - A może to tak
miało być? Nie wiem. Ale na tutejszych terenach odkryłem prawdziwe
piękno. Najlepszą jagodę! Takiej nigdzie indziej nie próbowałem. I nawet
nie chcę. Ta tutaj, z naszych okolicznych lasów, jest wprost
niepowtarzalna!
- Rośnie w Puszczy Augustowskiej - mówię. - I ma pan swoich ludzi,
którzy tam idą i zbierają.
- Tak jest, już trzecie pokolenie dla mnie zbiera - potwierdza mistrz
Polikarp. - Już 50 lat bez przerwy, nie ma jednego dnia, abym nie robił
jagodzianek. Codziennie u mnie są. Po sezonie w niedużych ilościach, to
jest rzecz normalna. Ale w sezonie robimy wszystko, aby kto tylko
przyjedzie, mógł jagodziankę kupić. I każdy mi od razu opowiada o tej
jagodziance.
- Co opowiadają? - pytam.
- Same superlatywy - mówi mistrz Polikarp. - Nie ma złego słowa. Choć
często też mówią: "Przydałaby się większa". Teraz taki czas nastał, że
każdy chce duże i tanie. Ale to już nie będzie ta jagodzianka.
- Pan jagodzianki spróbował w Warszawie i przywiózł ją tutaj - mówię.
- Tak, ale to było przypadkiem - odpowiada mistrz Polikarp. - Na bazarze
Różyckiego panie handlowały pyzami i flakami. Gospodynie domowe wołały:
"Pyzy, pyzy gorące!". W koszyczkach nosiły, bo to nie można było
przecież handlować, przykryte ściereczką. Na boku się to kupowało. Z jagodzianką było podobnie. Zawinięte gdzieś w gazetę. Bo ganiano
sprzedawczynie. Śledzono, aby tylko ukrócić ten handel. Nie wolno było
tak po prostu. Zarejestrować trzeba. Warunki stworzyć. Ale taka babcia,
jak miała 60 czy 70 lat, będzie zakład otwierała?
Spróbowałem i zobaczyłem, że to jest dobre. I gdy przyjechałem do
Augustowa, pomyślałem: "Spróbuję i ja". Tym bardziej, że w mieście i okolicach jest dostępny produkt. I te babcie starsze z wnuczkami swoimi
zbierały i przynosiły do mnie. Za szklaneczkę jagód płaciłem dwa złote.
Ile z tej szklanki można zrobić? No, ale nie było dnia, abym kilku
szklanek nie kupił. Te babcie, które dla mnie początkowo zbierały, to
już nie żyją. Czasem się modlę za nie, niech im ziemia lekką będzie, że
mi pomagały. Potem zbierały ich córki i wnuczki. Gdy teraz przychodzą
sprzedać jagody, to jak rodzina. Jak przyniesie w koszyczku, to aż chce
się patrzeć. Czyściutkie, nierozmazane, bo ręcznie zbierane. Takie, jak
się należy. Bo jak się zbiera takimi podbierakami, grzebieniami takimi,
to jagoda jest rozgnieciona. Albo już 25 czerwca przynoszą. I są jeszcze
niedojrzałe. Przebierać trzeba. Tymczasem ja mam certyfikat ministra. I bardzo receptury przestrzegam! Syn chciał troszeczkę to zmienić: "Tata,
a może to czy tamto?". Nie! Dopóki żyję, ona taka zostanie. Przy tej
recepturze, którą mam. Nie można nic zmieniać. Nic! Jeszcze jest jeden
argument do tej jagodzianki, że ona jest taka, a nie inna. To bardzo
dobre zboże. A ze zboża - bardzo dobra mąka. No i jajka. I przede
wszystkim serce. Ja serce mam chore, ale bez serca jagodzianka nie
wyjdzie. Musi być serduszko włożone. To w każdej jednej dziedzinie.
Jeśli oddajesz całego siebie, to na pewno wyjdzie.
- To pana zdjęcie? - pokazuję na fotografię na ścianie.
- To mój ojciec - odpowiada mistrz Polikarp. - Obok moje zdjęcie ślubne.
Pod kościołem Świętej Anny w Warszawie. Bo ja nie jestem stąd.
Flancowany augustowiak. Ale teraz nie zamieniłbym tego miasta na żadne
inne. Jak przyjechaliśmy tu po raz pierwszy, to były takie papiloty do
ciastek. I postanowiliśmy z żoną, że wyrabiamy te papiloty i wracamy do
Warszawy. Ale papilotów może sto zrobiliśmy i zostaliśmy. Miasto
przyjazne jest dla nas, a my też chyba jesteśmy dla miasta potrzebni.
Augustyniak w Augustowie! Mnie naprawdę wszyscy znają. Jak przyjeżdżają,
to pytają nie o jagodzianki, tylko o moje zdrowie. W rodzinie nieraz
nikt się nie spyta, a klient przychodzi i mówi: "Jak dobrze, że pana
widzę!". I to mnie buduje!
Pracownia cukiernicza
- Polikarp Augustyniak
ul. Nowomiejska 1, Rynek Zygmunta Augusta 13, Augustów
tel.: 87 644 67 31, 87 643 36 83
Kawiarnia Zachodnia
Trzykrotna Zdobywczyni Złotego Widelca. Ogólnopolskiej akcji promującej
polską kuchnię. Tytuł "Kawiarni Roku" i tytuł "Manager Roku" dla
właścicielki Grażyny Zalewskiej. Kawiarnia Zachodnia. Ulica Zachodnia.
Daleko poza centrum Białegostoku.
- Nie przesadzajmy - śmieje się Grażyna Milewska. - Nowe Miasto to w zasadzie drugie centrum. Wybraliśmy je z pełną świadomością.
Przemyśleliśmy tę decyzję. Liczymy na stałych gości. Firmy, które nas
otaczają i mieszkańców okolicznych domów. Tych, którzy nas znają i do
których my zwracamy się po imieniu.
- No dobra, policzmy zatem stoliki - rozglądam się po wnętrzu pełnym
obrazów. Bo Kawiarnia Zachodnia to miejsce, które organizuje wystawy
podlaskich twórców, spotkania autorskie i pokazy filmowe. - Raz, dwa,
trzy, cztery... dziewięć. Naliczyłem dziewięć.
- Stolików jest jedenaście - uśmiecha się Grażyna Milewska. - Latem
otwieramy też paryski ogródek.
I nagle wszystko staje się jasne. Paryż. Tu każda dzielnica ma swoje
centrum. Tu w każdej dzielnicy dzieje się coś ciekawego. I nie ma sensu
pchać się do zatłoczonego śródmieścia. Smakosze zaś pokonują nieraz
dziesiątki lub setki kilometrów, by zjeść w miejscu wskazanym przez
przewodnik Michelin.
- "Gościmy naturalnie" to nie jest tylko frazes - mówi Grażyna Milewska.
- My naprawdę poszukujemy produktów zdrowych i lokalnych. Nasi dostawcy
są jawni. Często zachęcam gości, by pytali, skąd pochodzi dany składnik.
Warzywa dostarcza pani Jagoda. Moja sąsiadka zza płotu. Wiem, bo widzę
na własne oczy, jak prowadzi swój ogródek. Ogórki kiszone przechowuje na
przykład w studni. Kisi dla nas też kapustę. W tym roku obrodziły
buraki, więc mamy w menu sporo buraków. Ale sok z buraków, też
kiszonych, przywozi pani Ania z Czarnej Wsi Kościelnej, która dostała za
ten sok ogólnopolską nagrodę.
- Opisałem ją w poprzedniej książce - mówię z dumą.
- Wiem, czytałam. Parę miejsc wspomnianych nawet odwiedziłam - mówi
Grażyna Milewska. - Ale wszystkiego pan nie opisał. Agnieszka Prymaka
robi znakomite herbatki. Maliny mamy spod Szczuczyna od państwa
Orłowskich. Mąkę bierzemy prosto z młyna. Nie było jeszcze przypadku,
byśmy kupowali mąkę w sklepie. Jeździmy po nią do braci Górskich. Jest
ze starych odmian zbóż. Zero jakichkolwiek dodatków. I robimy na niej
wszystko. Ciasta, naleśniki i pierogi. Można też ją u nas kupić. W workach 5 i 10 kg. Tak się sprzedaje we młynie. Szybko schodzi, bo jest
po prostu dobra. Sałatę i jajka mamy od Radka. Firma "Stworzone z natury". Przenośne kurniki - słyszał pan?
- Słyszałem, kurnik jest na kółkach i po pewnym czasie przesuwa się w drugie miejsce, gdzie nadal jest trawa - mówię.
- Właśnie tak, kury wydziobują trawę raz na łące, raz w cieniu pod lasem
- mówi Grażyna Milewska. - Takich dostawców do naszej kawiarni mam chyba
ze czterdziestu.
- Ale żeby wodę sprowadzać aż z Ciechocinka?! - pytam.
- Wodę solankową głębinową - wyjaśnia Grażyna Milewska. - Początkowo pan
z Ciechocinka myślał, że to żart i nie za bardzo chciał ją wysyłać. Ale
ona bardzo dobrze u nas schodzi. Sporo osób bierze ją do domu. Po
chorobach lub po wysiłku fizycznym, kiedy spada potas lub magnez, to
wszystko nią sobie uzupełnimy. Albo w sezonie zimowo-wiosennym, gdy
jesteśmy osłabieni. Ona na ciepło jest trochę słona. My ją podajemy
schłodzoną z sokiem z lokalnego pigwowca. Smakuje znakomicie.
- Pigwowiec z Grajewa? - dopytuję.
- Tak jest. Od pana Poślednika - uśmiecha się Grażyna Milewska.
- No to zajrzyjmy do karty - mówię. - Flaczki wege? Tatar z marchewki?
- Nasze dania nie są klasycznie tradycyjne. Chcemy je pokazywać w nowej
odsłonie. Flaczki są z boczniaka - wyjaśnia Grażyna Milewska. -
Natomiast tatar... Marchewki naprawdę są orzeźwiające i chrupiące.
Polecam!
Zachodnia Kawiarnia&Bistro
- Grażyna Milewska
ul. Zachodnia 2F, Białystok
tel. kom.: 570 580 773, 791 919 158
FB: Kawiarnia Zachodnia - restauracja - obiady i śniadania
Świniożerca na parkingu
Miałem zły dzień. Najpierw jakiś stary dziadyga stojący tuż przede mną
wykupił całą słoninę!
- Panie, ulituj się! - mówię. - Ja też po słoninę. Zostaw pan trochę dla
mnie.
Takiego! Wziął trzy połcie! 1,8 kilograma na wadze wyskoczyło! Na nic
moje błagania! Że to dla sikorek. A żeby mu ta słonina zjełczała!
Poszedłem więc kupić pestki słonecznika. Pestki pięknie popakowane.
Worki po 5 kg stoją przed sklepem. Biorę worek, wchodzę do środka, a tam
kolejka. Nawet nieduża. Ale same stare baby i dziady. "Uspokój się!
Uspokój! Będzie dobrze!" - powtarzałem w myślach.
Idę z zakupami przez parking. Na samym końcu widać napis: "Burger
podlaski od Masterchefa". Toż ja właśnie tutaj! I w tym właśnie celu!
- Pan sobie życzy? - pyta Mariusz z food trucka.
- Pan co poleca? - odpowiadam, któż bowiem, jak nie kucharz, zna
najlepiej swoje potrawy?
- Ja to jestem klasyczny świniożerca - uśmiecha się Mariusz. - Polecam
burgera z podwójnym bekonem.
- Ja jednak poproszę klasycznego burgera - odpowiadam, bo przyjechałem
tu na wołowinę.
- Będzie za 10 minut - uśmiecha się Mariusz. - Akurat zdąży zrobić pan
zakupy.
O matko, ciotko i wujku! Tylko nie to! Dość już tych upokorzeń! Dość już
walk ze starymi dziadami! Ale 10 minut stać na wietrze też się nie
uśmiecha. Poszedłem do ogrodniczego po nasiona bazylii. Gdy wróciłem,
Mariusz kończył właśnie dwa burgery. Tuż przed okienkiem z nogi na nogę
przestępował jakiś facet w czapce.
- Zajebiste sosy! Próbował pan? Prawdziwa petarda! - ekscytował się.
Człowieku, nie dziś! Proszę! Nie każ mi dziś odpowiadać!
Wziąłem swoje pudełko. Burger w bułce z warzywami zawinięty w papierek,
obok frytki. Grube i zestrugane niczym dłutem. Wszystko stąd, z giełdy.
Legenda głosi, że Mariusz, gdy przychodzi rano do pracy, to odwiedza
stoisko z mięsem z Turośni Kościelnej, odbiera tam świeżo zmieloną
wołowinę, potem idzie do straganu z warzywami. Sałata, cebula, pomidory.
Ziemniaki - zawsze irga. Umyte. Nie obierane. Będą podwójnie blanszowane
i dopiero potem smażone. Co zapewni im chrupkość.
Siadam przy stołach zbitych z europalet.
- Może poduszkę? - pyta Mariusz.
- I kołderkę też poproszę - odpowiadam.
W dni takie jak ten najlepiej zawinąć się w kołderkę i po prostu
przeczekać. Kołdry jednak nie dostanę. Siedzę zatem na poduszce i wcinam
burgera.
- Dobry? - pyta Mariusz, ale nie czeka na odpowiedź. - Przepraszam,
muszę skoczyć po ogórki.
Wsiada do auta i odjeżdża. Siedzę sam pod food truckiem na wielkim
asfaltowym parkingu pełnym aut. Z widokiem na betonową halę, gdzie
spotkało mnie dziś tyle nieprzyjemności.
Siedzę i się uśmiecham. Nieprzyjemności? Dajcież spokój! Czasem tak w życiu bywa. Siedzę i jem soczystą wołowinę. Przypomina mi się bar na
bazarze La Boqueria w Barcelonie. Ileż tam ludzi było od samego rana! Na
miejsce przy barze trzeba było czekać i walczyć o nie łokciami. Owoce
morza przygotowywane wprost na oczach klientów. Wino musujące pite z samego rana. Ach! Paryż na Zachodniej, Barcelona na Andersa! Czy ja
czasem nie przesadzam? W Barcelonie i morze, i palmy. Tymczasem tu
asfaltowy parking pełen aut. Skąd wziąłeś to porównanie?! Skąd?! Bo co
robi na tym parkingu tak znakomity kucharz? Zwycięzca jednego z programów kulinarnych? Widziałeś jego uśmiech pełen szczęścia? No, skąd
się wziął? Skąd?!
Sosy spływają mi po wąsach. Z tymi wąsami sam wyglądam jak ten dziad od
słoniny. Wraca Mariusz.
- Nie dałem serwetki? Ale wiocha! - mówi.
- Ogórki kupił pan na giełdzie? - pytam.
- Nie, w Selgrosie - Mariusz otwiera słoik. - Proszę spróbować.
Praktycznie nie czuć octu. Chciałem sam robić, ale to jest food truck.
Sanepid mógłby się przyczepić.
- Ale buraka sam pan piecze do burakburgera? - pytam.
- Tylko niech pan nikomu nie mówi - Mariusz rozgląda się z niepokojem.
Sanepid czuwa!
Mastertruck by Mariusz Kisiel
ul. Gen. W. Andersa 40, Białystok
tel. kom.: 790 211 901
Podlasie jak malowane
Jak się zaczęło? W szkole podstawowej narysowałem ołówkiem poczet królów
polskich. Myślałem więc o supraskim Liceum Sztuk Plastycznych. Ale mama
mówi: "Dobrze się uczysz. Gdzie tam będziesz do Supraśla jeździł?". No
to poszedłem do liceum białoruskiego w Bielsku. Lubiłem bardzo historię,
więc chciałem do klasy ogólnej. Ale znów mówią, że tam same spady idą.
Więc trafiłem do klasy matematyczno-fizycznej. O rany, jak ja się tam
wymęczyłem! Ale zdałem. I po maturze mówię stanowczo: "Nie! Chcę iść na
ASP do Krakowa". Ale się nie dostałem. Więc uciekłem przed wojskiem do
studium nauczycielskiego w Warszawie. Po dwóch latach wracam do Bielska
Podlaskiego. Siedzę w parku i kumpel mnie pyta: "Co robisz?". "Nic.
Pewnie zostanę nauczycielem" - odpowiadam. A on mi na to, że Akademia
Sztuk Pięknych w Mińsku prowadzi nabór. Pojechałem zatem ze swoimi
pracami do Mińska. Chciałem na wydział aranżacji wnętrz, bo tam moi
kumple studiowali. Ale powiedzieli: "Coś za dużo Polaków na jednym
wydziale" i trafiłem na grafikę, design i reklamę. Po powrocie do Polski
zrobiłem rajd po białostockich agencjach reklamowych. Był rok 1998,
agencji prawdziwy wysyp. Ale kumpel namówił mnie na drukarnię Cezar.
Mieli wówczas dział graficzny. I jak zobaczyli moje prace, powiedzieli:
"Odstaw komputer. My potrzebujemy grafika, który nam będzie rysował
ręcznie".
- Już 24 lata tam pracujesz. Nie myślałeś, aby pójść na swoje i utrzymywać się z obrazów?
- No tak. Pierwszą wystawę zrobiłem razem z Jurkiem Fiedorukiem, który
też w Mińsku Akademię kończył. Nosiła tytuł: "Mińsk Białystok 22:00".
Myślałem. Ale trochę się bałem. Miałem już kredyty. Trzeba utrzymywać
dom, rodzinę. I wtedy znalazłem w szafie mamy kawałek ręcznika
obrzędowego. Ktoś odciął wyszywany koniec od białego płótna. Zabrałem i powiesiłem na ścianie mojej malutkiej pracowni. Chodziłem koło tego
ręcznika kilka lat. Patrzyłem na Niego i mijałem. Aż pewnego dnia
zacząłem malować. Ale bez przekonania. No bo ręcznik jest wyszywany.
Malowanie ręcznika? To było zbyt proste. Zbyt banalne.
Ale któregoś dnia przyszli znajomi i bardzo im się to spodobało. Kiedy
się zatem nadarzyła okazja i odbywał się zjazd absolwentów białoruskiego
liceum, i kiedy w bielskim ratuszu była wystawa ręcznika obrzędowego,
zaproponowałem, by zrobić wystawę moich obrazów. I tak się stało. I muzeum w Bielsku zakupiło całą moją wystawę. I pojawiły się propozycje,
abym namalował murale. W restauracjach. I na Muzeum Białoruskim w Hajnówce. Posypały się zamówienia. Pani Alina Dębowska, która jest
największą znawczynią ręcznika na Podlasiu, zamówiła kolejne obrazy. O tematyce obrzędowej. Więc tu masz kolędników, którzy idą z gwiazdą. Tu
masz sanie jadące do cerkwi. To my z dziadkiem. Wieś Stacewicze. Bo ja,
chociaż miastowy, z Bielska Podlaskiego, to wszystkie wakacje i ferie na
wsi. Tu masz wiosenne roztopy na Narwi i rybaka w łódce. Most w tle
poznajesz?
Zawsze najlepiej malowało mi się zimą. Wówczas mniej trzeba chodzić
wokół domu. Tymczasem przyszedł covid i trochę przydusił. Leżałem
dobrych kilka tygodni. Potem wybuchła wojna na Ukrainie. Też mnie to
podłamało. Ludzie uciekają, nie mają co jeść, giną, a ja mam obrazki
pokazywać? Ale życie toczy się dalej. Kończę zatem przygotowania do
wystawy. Na sztalugach mam Matkę Boską Podlaską. W rękach, zamiast
przezroczystego całunu, trzyma wyszywany ręcznik. Na dole wierzby i podlaskie świątynie. Meczet w Bohonikach, kościółek i cerkiewka.
Wszystko drewniane. I sznur domków. Znów drzewa. I jeszcze wplotłem w to
sznur powracających ptaków. I drewniane zdobienie domów. Tak to właśnie
wygląda.
Mirek Zdrajkowski
ul. Wypoczynkowa 38, Grabówka
tel. kom.: 607 795 706
FB: Podlasie jak malowane