Spis treści
ROZDZIAŁ 1. LOLO
ROZDZIAŁ 2. FRANK
ROZDZIAŁ 3. DRUŻYNA
ROZDZIAŁ 4. EKSPEDYCJA
ROZDZIAŁ 5. POWIERZCHNIA
ROZDZIAŁ 6. HOMO MINIMALIS
ROZDZIAŁ 7. GHULTOWN
ROZDZIAŁ 8. MIASTO MUTANTÓW
ROZDZIAŁ 9. ARENA
ROZDZIAŁ 10. KONSTRUKTOR
ROZDZIAŁ 11. JIMBIM
ROZDZIAŁ 12. ZAKON WYŻSZEJ ŚWIADOMOŚCI
ROZDZIAŁ 13. BERBERYS
ROZDZIAŁ 14. STEEL
ROZDZIAŁ 15. BRACIA JAKUZA
ROZDZIAŁ 16. KRYSZTAŁ MOCY
ROZDZIAŁ 17. ZNALEZISKO
ROZDZIAŁ 18. PIERWSZA AKCJA
ROZDZIAŁ 19. NOWA ARMIA
ROZDZIAŁ 20. SZABROWNICY
ROZDZIAŁ 21. DWORZEC GŁÓWNY
ROZDZIAŁ 22. DZIELNICA KRASNALI
ROZDZIAŁ 23. KAMIENNY DERWISZ
ROZDZIAŁ 24. SPRZYMIERZENIEC
ROZDZIAŁ 25. ŁAŹNIA
ROZDZIAŁ 26. CREATIX DWUNASTY
ROZDZIAŁ 27. MONSTRUM
ROZDZIAŁ 28. MINISMOK
ROZDZIAŁ 29. FALLOUT CITY
ROZDZIAŁ 30. RAJD
ROZDZIAŁ 31. TRUDNE PYTANIA, NIEŁATWE ODPOWIEDZI
ROZDZIAŁ 32. STARZY ZNAJOMI
ROZDZIAŁ 33. SLUMSY
ROZDZIAŁ 34. POWRÓT AGENTA
ROZDZIAŁ 35. NEGOCJACJE
ROZDZIAŁ 36. SKRZATOWISKO
ROZDZIAŁ 37. EMISARIUSZ
ROZDZIAŁ 38. RADA STARSZYCH
ROZDZIAŁ 39. SOJUSZ
ROZDZIAŁ 40. PIERWSZY DOTKLIWY CIOS
ROZDZIAŁ 41. BŁĘKITNY LAS
ROZDZIAŁ 42. BEHEMOT
ROZDZIAŁ 43. GENEZA
ROZDZIAŁ 44. NIEBO 2
ROZDZIAŁ 45. ZIEMIA 4
ROZDZIAŁ 46. W OKOWACH CHAOSU
ROZDZIAŁ 47. OSTATNI BASTION
ROZDZIAŁ 48. KRAJOBRAZ PO BITWIE
EPILOG
Rozdział 1LOLO
Peryskop zjechał w dół, skrzypiąc przeraźliwie. Posypała się rdza. Wszędzie czuło się zapach rdzy, smaru i pleśni. Lolo ujął uchwyt peryskopu i spojrzał w wizjer. Widok, który zobaczył, od kilkudziesięciu dni nie zmienił się nawet na jotę. Tuż nad powierzchnią ziemi unosiła się delikatna mgła, utworzona z toksycznych oparów i kurzu. Rozciągającą się wokoło monotonię pustynnego krajobrazu mąciły jedynie majaczące na horyzoncie zabudowania. Właściwie nie tyle zabudowania, co pozostałości po nich. Ruiny i gruzowiska, które kiedyś były drapaczami chmur, blokowiskami, siedzibami korporacyjnych molochów. Kiedyś dumnie wznoszące się na powierzchni ziemi, teraz swoim wyglądem odstraszały potencjalnych podróżników. To, co niegdyś stanowiło dumę i chlubę ludzkości, teraz było tylko stertą gruzu i jedną wielką ruiną. Lolo ustawił wizjer peryskopu pod innym kątem. Nadal nic nie dostrzegł. Wszędzie widział tylko pustynię i wirujący kurz. Ani śladu żywych istot. Lolo jeszcze raz skierował wizjer w miejsce, gdzie kiedyś dumnie wznosiło się miasto. Również i tam nie dostrzegł najmniejszych oznak życia. Lolo jednak wiedział, że pośród zniszczonych budowli i rozpadających się wieżowców istniało życie. Wróg czuwał. Gnieździł się tam i wciąż knuł. Podobnie jak u Lola i jemu podobnych pod powierzchnią ziemi, tak samo w ruinach miasta trwały gorączkowe przygotowania do kolejnej, tym razem może ostatecznej konfrontacji. Lolo dałby wiele, by móc przeniknąć na terytorium wroga i dowiedzieć się, co tym razem przygotowują okopani w gruzowisku ludzie.
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Jego promienie rozświetliły ruiny szklanego drapacza chmur. Odblask na ułamek sekundy oślepił Lola. Obserwator zmarszczył brwi, następnie złożył peryskop. Ponownie rozległ się metaliczny dźwięk, niemiłosiernie drażniący bębenki uszu. Lolo zaklął cicho, otrzepał się z rdzy i kurzu, które posypały się na niego w chwili, gdy składał peryskop.
– Coś nowego? – zapytał siedzący nieopodal Ping.
Podczas gdy Lolo patrzył przez peryskop, Ping monitorował teren przy pomocy detektorów ruchu, które były bardzo gęsto rozmieszczone, co zapewniało dobrą ochronę i natychmiastowy alarm w razie nagłego ataku ze strony przeciwnika.
– Nic – odparł krótko Lolo. – Zupełna cisza. To samo co wczoraj, przedwczoraj, tydzień temu i miesiąc temu.
– Założę się, że coś szykują – powiedział ponuro Ping, nie odrywając wzroku od monitorów. – Ta cisza trwa już zdecydowanie zbyt długo.
– Wywiad donosi, że wzmocnili system zabezpieczeń. Coraz trudniej przedrzeć się i dowiedzieć, co tak naprawdę knują.
– I jeszcze te koty – parsknął z niesmakiem Ping. – To prawda, że mnożą je na potęgę?
– Są najskuteczniejsze, więc zasadniczo nie ma się czemu dziwić – Lolo wzruszył ramionami.
Rozmowę w maszynowni przerwało wejście Buffa.
– Za pięć minut odprawa wszystkich oficerów w głównym sztabie dowodzenia. Obecność obowiązkowa. Nasz wywiad na coś wreszcie natrafił – powiedział, wykonał szybki w tył zwrot i wymaszerował z pomieszczenia.
Lolo i Ping wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
– Myślisz, że rzeczywiście na coś wpadli, czy tylko chcą nas poinformować, że ponownie wzrosła populacja kotów w ruinach miasta? – zapytał znudzonym głosem Ping, ziewając potężnie.
– Trudno powiedzieć – odparł niepewnie Lolo, siadając na metalowym taborecie. – Najpewniej zapoznają nas ze statystykami naszych strat, zestawionymi ze stratami przeciwnika. Może szukają nowych ochotników-samobójców, którzy zdecydują się na przedarcie na teren wroga.
– Dwa tygodnie temu wysłali gościa z mojego sektora – powiedział ponuro Ping, przeciągając się na fotelu. Oparł stopy na blacie biurka, a dłonie splótł na karku. – Od tej pory wszelki słuch po nim zaginął.
– Jak się nazywał? – zapytał Lolo, zapalając papierosa.
– Nie pamiętam. Znałem go tylko z widzenia. Pracował w sekcji saperów i był chyba majorem. Twardy typ. Nie chciałbym mieć z nim do czynienia. Był tutaj parę razy z wizytą. Chciał sprawdzić, czy naniesione przez niego współrzędne zainstalowanych ładunków wybuchowych pokrywają się z naszymi danymi.
– I wysłali sapera? – zdziwił się Lolo, wydmuchując dym z papierosa.
– Jak widać – westchnął Ping. – Nikt nie jest już bezpieczny. A może sam się zgłosił? Nie znałem go zbyt dobrze. Spotkaliśmy się zaledwie parę razy, a potem się dowiedziałem, że wysłali go z misją na terytorium wroga.
– I od tej pory wszelki słuch po nim zaginął – spuentował Lolo.
– Mniej więcej – Ping się uśmiechnął. – Poczęstujesz mnie papierosem?
Lolo rzucił mu paczkę Dziarskich. Ping zręcznie chwycił ją jedną ręką. Po chwili obaj palili w milczeniu. Gdy w dłoniach pozostały im jedynie niedopałki, Lolo i Ping zdusili je, następnie bez słowa opuścili pomieszczenie.
Droga do głównego sztabu dowodzenia była dość długa i kręta. Woleli pojawić się wcześniej, niż się spóźnić i narazić generałowi. Maszerowali szybko. Korytarz, którym szli, składał się w głównej mierze z metalowych, niemiłosiernie zardzewiałych rur, kątowników, płaskowników oraz niedziałających już instalacji wentylacyjnych. Podłogę stanowiła stalowa krata, która przy każdym kroku trzeszczała głośno. Korytarze były oświetlone niewielkimi żarówkami, ukrytymi za zakurzonymi kloszami. Żarówki dawały żółte, matowe światło.
Lolo miał już dosyć ukrywania się w podziemnym labiryncie, który pełnił funkcję głównej bazy. Marzył o usianych kwiatami łąkach, szemrzących strumieniach oraz gęstym, zielonym lesie. Jednak dopóki trwał konflikt z wrogiem, opuszczenie podziemnego schronienia nie wchodziło w rachubę. Jedynymi odważnymi, którzy wychodzili z podziemi, byli ci, którzy zostali zwerbowani do misji dywersyjnych na terytorium wroga. Wracali nieliczni. Mając to na uwadze, Lolo nie kwapił się do heroicznych czynów. Było wielu innych, którzy wykazywali się męstwem i odwagą na polu walki. Niestety z dnia na dzień ich liczba wyraźnie malała. Ostatnio Rada Starców osobiście wybierała ochotników, którzy mieli udać się na terytorium przeciwnika. Zdobyte tam informacje mogły zaważyć w kluczowy sposób na dalszym przebiegu konfliktu. Lolo jednak nie rwał się do działań dywersyjnych na nieprzyjaznej ziemi ludzi. Wolał codziennie monitorować pole walki z bezpiecznej odległości i w równie bezpieczny sposób składać raporty na temat sytuacji panującej w obozie przeciwnika, która zresztą już od kilku miesięcy nie zmieniła się nawet na jotę. Oba obozy okopały się na swoich pozycjach i nie przepuszczały przez swoje terytorium żywego ducha. Ostatnio ataki ze strony ludzi ustały, co Rada Starszych zinterpretowała jako moment przygotowywania się do ostatecznej ofensywy. Jednak wrogowi trudno było zaatakować podziemny labirynt, w którym mieszkał Lolo i tysiące jego pobratymców. Baza mieściła się głęboko pod ziemią i przeniknięcie do niej było praktycznie niemożliwe. Ale równie trudne było przedostanie się na terytorium ludzi. Miny, pułapki, detektory ruchu i dziesiątki kotów bezlitośnie rozprawiały się z licznie wysyłanymi śmiałkami, próbującymi przeniknąć na nieprzyjazną ziemię. Wszystko to sprawiało, że od kilku miesięcy działania wojenne tkwiły w martwym punkcie. Obie strony bezustannie, ale niestety bezskutecznie starały się dowiedzieć, co knuje przeciwnik. Otwarta konfrontacja nie wchodziła w grę. Trwała swoista wojna nerwów. Każdy z obozów za wszelką cenę starał się dotrzeć na drugą stronę i zdobyć jak najwięcej informacji o aktualnych planach strategicznych, liczbie wojsk i uzbrojeniu przeciwnika.
Lolo i Ping minęli kilkanaście sektorów i w końcu dotarli do głównego sztabu dowodzenia. To miejsce, w przeciwieństwie do reszty podziemnego kompleksu, lśniło czystością. Wyraźnie było widać, że zamieszkująca ten sektor starszyzna dbała o utrzymanie tego miejsca w należytym porządku. Nie było rdzy, tylko chromowane powierzchnie. Zazwyczaj niedrożne kanały wentylacyjne tutaj buczały cichą muzyką dostarczanego wciąż świeżego powietrza. Nawet wszechobecnego kurzu było tutaj jakby nieco mniej. Przed wejściem do głównej sali odpraw stał Buff i z wyższością spoglądał na przybywających na odprawę oficerów. Gdy mijał go Lolo, na twarzy Buffa pojawił się ironiczny uśmieszek. Ping to zauważył i natychmiast zareagował.
– I co się tak cieszysz, dupolizie?
– A co? – zapytał z wyższością Buff. – Nie wolno mi? Może mi zabronicie? Spróbujcie. Możliwe, że ty i twój koleżka jeszcze dzisiaj wylądujecie na terytorium wroga.
– A pewnie. Bo takie spasione dupolizy jak ty natychmiast po opuszczeniu podziemi padają na zawał. I to ze strachu. Możesz być spokojny, Buff, ciebie nigdy nie wyślą w teren.
– Wal się! – wycedził Buff bez cienia emocji w głosie, patrząc w zupełnie inną stronę. – Już nie mogę się doczekać, kiedy starszyzna wreszcie zadecyduje, żeby was wysłać w ruiny.
– Jeśli nas wyślą, to przynajmniej zginiemy jak bohaterowie, a nie jako karma dla kotów, jak zapewne byłoby w twoim przypadku – Lolo nie wytrzymał i włączył się do pyskówki.
– Wszyscy tak mówią – syknął Buff. – Ale i tak większość kończy jako Whiskas.
– Wiesz co, Ping, wydaje mi się, że Buffowi mogłoby się nawet udać. Bez problemu dostałby się na terytorium wroga – Ping i Buff spojrzeli na Lola zaskoczeni. – Po prostu tak śmierdzi, że nie ruszyłby go żaden kot i tym sposobem bezpiecznie dotarłby do obozu przeciwnika – Ping parsknął śmiechem, zaś Buff nabzdyczył się tylko, następnie ostentacyjnie odwrócił się do nich plecami.
– Nie rozmawiam z takimi prymitywami jak wy.
– Wielki intelektualista się znalazł – parsknął Ping. – Wiadomo nie od dziś, że adiutanci Grimma na wyścigi liżą mu tyłek. Tylko dlatego nie wylądowaliście jeszcze na froncie.
Buff skwitował wypowiedź Pinga wystawionym środkowym palcem, po czym niespiesznie wszedł do sali odpraw, gdzie zaraz miała rozpocząć się narada.
Ping i Lolo odprowadzili grubego adiutanta niechętnym wzrokiem, lecz po chwili ich miny wyraźnie się ożywiły. Z naprzeciwka nadchodził bowiem Duży Bubu.
– Cześć, Bubu! – zawołał wesoło Lolo.
– Mhm – odpowiedział Duży Bubu i uścisnął dłonie Lola i Pinga.
Bubu miał przydomek Duży, gdyż wszystkich przewyższał o głowę. Lolo nie znał nikogo większego od niego. Był on ponadto potężnie umięśniony i niezwykle silny. Plotka głosiła, że udało mu się gołymi rękami uśmiercić kota, choć Bubu nigdy tego nie potwierdził. Jednak Lolo widział na własne oczy, jak Duży Bubu zabił bez większego problemu szczura, tak więc z kotem również mogło mu się udać. Bubu posiadał wiele zalet, ale nie był zbyt rozmowny. Jedynym dźwiękiem, jaki wydawał wielki przyjaciel Lola, było "mhm", które ten stosował dosłownie w każdej sytuacji i w każdych okolicznościach, stosując tylko odpowiednią artykulację. Jedna z drastyczniejszych wersji dotyczących małomówności olbrzyma głosiła, że szczur odgryzł mu język. Ale czy była to prawda, czy zmyślona przez kogoś plotka, to wiedział jedynie Bubu.
– Wiesz może, co się wydarzyło? Nieczęsto wzywają wszystkich oficerów – zagadnął go Ping, przecierając okulary.
– Mhm – odparł z entuzjazmem Bubu i przecząco pokręcił głową.
– Tak też myślałem – powiedział z uśmiechem Lolo i poklepał kolegę po ogromnym ramieniu. – Chodźmy. Dowiedzmy się, co tym razem wymyśliła starszyzna i na jaki znowu genialny pomysł wpadł Grimm.
***
Główna sala obrad była jednym z największych pomieszczeń, jakie mieścił podziemny kompleks. Znajdował się w niej długi, polakierowany stół, u szczytu którego zazwyczaj siadał przewodniczący Rady Starszych. Tę zaszczytną funkcję pełnił obecnie Sędziwy Puk. Po jego prawicy zasiadał generał Grimm, odpowiedzialny za wszelkie zagadnienia związane z prowadzeniem działań wojennych na terytorium wroga. Po lewej stronie Puka siedział burmistrz Pat zajmujący się funkcjonowaniem i logistyką bazy. W dalszej kolejności zasiadali adiutanci i licznie zebrani oficerowie niżsi rangą. Lolo, Ping i Bubu zajęli miejsca daleko od tak zwanej elity, dzięki czemu w trakcie narady mogli bez większych problemów dzielić się własnymi spostrzeżeniami.
Gdy wszystkie miejsca zostały zajęte, Sędziwy Puk trzykrotnie uderzył drewnianym młotkiem w stół, dając znak do rozpoczęcia posiedzenia. Na sali zapadła cisza. Słychać było jedynie ciche buczenie wentylatora. Podobnie jak Lolo, również i inni zebrani tu oficerowie byli ciekawi, co spowodowało, że zwołano to niecodzienne zgromadzenie. Wszystkie spojrzenia skupiły się na Puku. Ten zaś wstał i nieco zachrypniętym głosem oznajmił:
– Panowie! – głośno odchrząknął. – Panowie! Zapewne zastanawiacie się, dlaczego wezwałem was tutaj. Dzisiejsza odprawa ma charakter nadzwyczajny i wszystko, co tutaj usłyszycie, ma pozostać w tym pomieszczeniu. To, co za chwilę przekaże wam generał Grimm, jest przeznaczone wyłącznie dla uszu oficerów. Z informacji, które za chwilę usłyszycie, do zwykłych żołnierzy nie może cokolwiek przecieknąć. Zapewne dziwią was środki ostrożności, jakie podjęliśmy, ale po usłyszeniu wiadomości z pewnością przestanie was to dziwić. Generale Grimm, proszę o zabranie głosu – powiedział Puk i usiadł ciężko.
Dał się słyszeć odgłos odsuwanego krzesła, po czym wstał generał. Ubrany był w galowy mundur i czapkę, którą teraz zdjął i położył na stole.
– Nadszedł długo oczekiwany przełom – rozpoczął Grimm. – Powrócił jeden z naszych najlepszych agentów. Udało mu się dotrzeć na terytorium przeciwnika i zdobyć informacje, które pozwolą nam przedsięwziąć odpowiednie kroki. Informacje, które mi przekazał, są równie zaskakujące, co groźne. Nie możemy ich lekceważyć, a wręcz przeciwnie, należy jak najszybciej przedsięwziąć odpowiednie środki zaradcze.
– Do rzeczy! Konkrety! – Padło kilka zniecierpliwionych głosów.
– Panowie! – kontynuował generał Grimm. – Zebrałem was tutaj, gdyż nasz podziemny kompleks znalazł się w niebezpieczeństwie. A jeżeli nasz bunkier jest zagrożony, to znaczy, że również i nam grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Jednak nie będę was dłużej trzymał w niepewności. Oto jeden z naszych najlepszych agentów, major Wass, który właśnie powrócił z misji dywersyjno-rozpoznawczej. Panie majorze, zapraszam!
Stalowe drzwi z boku sali uchyliły się z głośnym skrzypieniem. Ping natychmiast rozpoznał wchodzącego sapera. Jednak teraz znajomek wyglądał na o jakieś trzydzieści lat starszego. Twarz miał ogorzałą i poznaczoną siecią zmarszczek. Błękitne oczy były jednak nadal czujne i pełne inteligencji. W poprzek jego twarzy biegła długa, niezagojona jeszcze blizna. Najprawdopodobniej pamiątka po spotkaniu z kotem lub szczurem. Wass miał na sobie szary płaszcz bojowy. Widocznie nie miał czasu, by się przebrać. Oznaczało to, że wiadomości, które miał przekazać, były ogromnej wagi. Przy każdym ruchu majora z jego płaszcza sypał się kurz. Bezceremonialnie rzucił czapkę na stół tuż obok czapki generała. Buchnęła chmura pyłu, która szybko opadła na blat i obie czapki. Grimm nie zareagował. Przybrał natomiast wyczekujący wyraz twarzy. Oczy wszystkich zebranych na sali oficerów skupiły się na majorze. Ten bez wstępów rozpoczął swoją opowieść. Mówił długo i beznamiętnie.
Lolo zrozumiał, że patrzy na żywą legendę. Ktoś, kto powrócił z terytorium wroga i na dodatek przyniósł tak interesujące wieści, z pewnością przejdzie do historii jako bohater. Z jednej strony zazdrościł majorowi chwały, którą zapewne się okryje, z drugiej jednak trochę mu współczuł. To, co Wass przeżył w miejscu, które Lolo znał jedynie z obserwacji przez peryskop, mogło wpłynąć na psychikę. Chociaż jeśli tak było, major nie dał niczego po sobie poznać. To, co mówił, zawierało same konkrety. Bez upiększeń i zbędnych ozdobników. Gdy skończył, na sali zapadła głucha cisza. Na niejednej twarzy można było wyczytać strach.
Rozdział 2FRANK
Koc śmierdział kurzem, moczem i czymś przypominającym pastę do butów. Mimo to Frank się nim okrył. Noce były zimne, a jak mawiał jego przełożony, od smrodu jeszcze nikt nie umarł, a z zimna już niejeden. Leżał na czternastym piętrze czegoś, co kiedyś prawdopodobnie było wielkim biurowcem. W miejscu, gdzie niegdyś była ściana, teraz ziała wielka, poszarpana dziura, przez którą Frank mógł bez problemu obserwować okolicę. Uzbrojony w sztucer i lornetkę z noktowizorem monitorował każdy cal rozciągającej się w dole pustyni. Czarny kot położył się tuż przy twarzy mężczyzny i mruczał głośno. Frank na chwilę odłożył lornetkę i go pogłaskał. Ten w odpowiedzi na pieszczotę zamruczał jeszcze głośniej, następnie usnął. Frank ponownie podniósł noktowizor do oczu i zaczął wpatrywać się w mrok. Wiedział, że gdzieś w oddali, pod powierzchnią ziemi mieści się jedno z potężniejszych skrzatowisk, jakie jeszcze pozostały. Ludzkich siedlisk również nie było już zbyt wiele. Przyszła mu do głowy myśl, że ktokolwiek wygra tę wojnę, zostanie władcą niczego. Planeta poza pustynią, kurzem i toksycznymi odpadami nie oferowała niczego więcej. No, może tylko włóczące się bez celu bandy mutantów, którzy atakowali wszystko i wszystkich.
Frank często zastanawiał się nad sensem toczonej od wielu lat wojny. Zaczęła się gwałtownie i podczas pierwszego tygodnia jej trwania z powierzchni ziemi zniknęło osiemdziesiąt procent populacji ludzi. Kolejne kilka procent przestało istnieć w wyniku stoczonych pomniejszych bitew. Wróg był cholernie nieprzewidywalnym przeciwnikiem. Był wszędzie i nigdzie jednocześnie. Nie wiedzieli, gdzie i kiedy uderzy ponownie. Co gorsza, nawet najbardziej zaawansowana technologia wojskowa nie pozwalała wytropić miejsc, w których wróg się ukrywał. Było tylko wiadomo, że znajduje się gdzieś głęboko pod powierzchnią ziemi. Wydano ogromne sumy na projekty i budowę gigantycznych geoskanerów, dzięki którym zaczęto wreszcie wykrywać kolejne ukryte pod powierzchnią ziemi skrzatowiska. Od tej pory szanse na zwycięstwo nieco się wyrównały, jednak wciąż nikt nie potrafił dokładnie oszacować, jakie straty poniósł wróg. Geoskanery po kolei ujawniały nowe kompleksy, w których gnieździł się nieprzyjaciel. Zwycięstwo było już w zasięgu ręki, gdy wróg wpadł na pomysł, który ponownie przechylił szalę zwycięstwa na jego stronę. Mianowicie masowo wysyłano niewielkie grupy dywersyjne, które w samobójczych atakach zniszczyły wszystkie geoskanery. Brak odpowiednich surowców i sprzętu uniemożliwił naprawę uszkodzonych i budowę nowych urządzeń. Jak dotychczas przeciwnik był zawsze o krok przed nimi. Przewidywał niemal każdy kolejny ruch ludzi. Wróg był dosłownie wszędzie. Rozpoczęła się partyzantka, która z pewnością doprowadziłaby do końca erę człowieka, gdyby nie koty. Okazało się, że te niepozorne i mało doceniane dotychczas zwierzęta świetnie się nadają do tropienia i likwidowania wszędobylskich skrzatów. Ludzie zaczęli rozmnażać koty na niespotykaną dotąd skalę. Na każdego żyjącego człowieka przypadał jeden kot. Nigdzie się bez nich nie ruszano, a każdego chwilowo opuszczonego miejsca zawsze strzegła grupa przeszkolonych specjalnie do tego celu kotów.
Frank wyciągnął z kieszeni munduru pomiętą paczkę papierosów. Wyjął jednego i włożył do ust. Zapalił zapałkę o mur. Maleńki ognik rozbłysnął, by po chwili zamienić się w żarzącą się końcówkę papierosa. Frank zaciągnął się mocno. Skulony obok niego kot mruczał głośno. Był to wyraźny znak, że w pobliżu nie czają się żadne krasnale. Koty wyczuwały je natychmiast. Groźnie wtedy prężyły grzbiety i stroszyły futro, głośno przy tym prychając. Drapieżcy doskonali.
Frank powrócił do obserwacji terenu poza ruinami miasta. Patrząc na otuloną mrokiem pustkę, pogrążył się we wspomnieniach. Przypomniał sobie wybuch wojny, która zmieniła oblicze całej planety. Na początku skrzaty wysłały petycję do przywódców największych mocarstw. Rościły sobie prawo do połowy planety. Żyjąc głęboko pod ziemią, postanowiły w końcu opuścić podziemne kryjówki i przejąć kontrolę nad połową powierzchni Ziemi. Takie przynajmniej były ich pierwsze żądania. Nikt nie brał ich poważnie, chociaż zaskoczenie było bardzo duże. Dotychczas uważano, że rasa ludzka jest jedyną inteligentną formą życia w kosmosie, a co dopiero na Ziemi. A tu proszę, taka niespodzianka. Poszukiwaliśmy inteligentnych form w przestrzeni kosmicznej, a mieliśmy je tuż pod nosem, na naszej własnej planecie. Żaden z krajów nie miał zamiaru oddać części swojego terytorium skrzatom, które nagle wyszły z głębi ziemi i zaczęły rościć sobie prawo do pięćdziesięciu procent powierzchni kuli ziemskiej, wliczając w to również morza i oceany. Ludzkość, jak nigdy, w tym temacie była jednomyślna. Uznano, że powierzchnia planety należy do ludzi, zaś krasnale mają nadal żyć pod ziemią. W odpowiedzi jako pierwsze zostały zaatakowane Nowy Jork, Waszyngton, Pekin i Moskwa. Zostały one przez krasnale zaminowane i wysadzone w powietrze. Dopiero po tej demonstracji siły zaczęto traktować ich żądania poważnie i z większym respektem. Anihilacja kolejnych konglomeracji ludzi ruszyła pełną parą. Bomby atomowe, broń chemiczna i biologiczna nie mogły zaszkodzić przeciwnikowi, który tkwił ukryty gdzieś głęboko pod powierzchnią ziemi. Masowa zagłada rodzaju ludzkiego stawała się powoli faktem. Krasnale i skrzaty triumfowały. Dopiero wynalezienie i skonstruowanie gigantycznych geoskanerów wyrównało szanse ludzi w tej nierównej dotychczas batalii. Jednak nastąpiło to długo po tym, jak z powierzchni ziemi zniknęły największe skupiska ludzi.
W chwili wybuchu wojny Frank miał dziesięć lat. Był rok dwa tysiące dwudziesty drugi. Przebywał wtedy na obozie wędrownym w jakimś lesie czy puszczy. Sam już dokładnie nie pamiętał, gdzie to było. Fakt, że nie znajdował się w tym czasie w żadnym z większych miast, ocalił mu prawdopodobnie życie. Dokładnie pamiętał sensacyjne doniesienia dotyczące upadku kolejnych miast, krajów i na koniec kontynentów. Ludzkość została zepchnięta do defensywy. Rozpętała się wojna totalna. Geoskanery pozwoliły ludziom na pewien czas wyrównać szanse, jednak krasnalom udało się je zniszczyć. Od chwili wybuchu wojny minęło już ponad dwadzieścia lat. Frank był teraz mężczyzną. Jak sięgał pamięcią, w jego życiu poza nieustającą walką z nieprzyjacielem nie istniało nic innego. Bezustanne przemieszczanie się z miejsca na miejsce. Treningi i szkolenia. Nieprzespane noce. W chwili obecnej nie wiedział nawet, jakimi siłami dysponuje wróg ani ilu ludzi stawia jeszcze opór przeciwnikowi. Świat, dotychczas w miarę spokojny i zjednoczony, z dnia na dzień stał się polem bitwy. Globalną areną działań wojennych. Kto nie potrafił się przystosować, ten ginął. Kto przystosował się słabo, ten również ginął. Pozostali jedynie najsilniejsi i najwytrzymalsi, silni psychicznie. Ci, którzy prócz własnego życia nie mieli nic do stracenia. Ci, którzy mieli po co lub dla kogo żyć, umierali w cierpieniu.
Frank słabo pamiętał swoich rodziców. Od dziesiątego roku życia jego rodzinę stanowili przygodnie poznani rekruci, którzy podobnie jak on przechodzili przez niekończące się szkolenia i wciąż nowe misje dywersyjno-rozpoznawcze. Z czasem zahartował się i przywyknął do surowego reżymu, na który skazani byli wszyscy jemu podobni.
Końcówka wypalonego papierosa poparzyła Frankowi palce. Mężczyzna z cichym syknięciem odrzucił niedopałek i ponownie spojrzał w noktowizor. Daleko na horyzoncie dostrzegł sforę mutantów. Byli jednak tak daleko i wzbijali tyle kurzu, że nie był w stanie rozróżnić poszczególnych osobników. Kot wciąż spał i mruczał głośno. Frank usiadł. Wyjął z plecaka puszkę mielonki i otworzył ją nożem. Kot wiedziony jakimś szóstym zmysłem natychmiast się obudził. Zwierzak spojrzał na Franka z wyrzutem, przeciągnął się mocno i ziewnął. Frank odkroił kawałek mielonki i rzucił kotu. Ten natychmiast zaczął jeść. Frank bez namysłu poszedł w jego ślady. Przełykając mielonkę, która nie miała żadnego smaku, zastanawiał się, czy skonstruowana ostatnio przez ludzi maszyna pozwoli odzyskać planetę. Nie wiedział dokładnie, czym ona jest, ale na podstawie zasłyszanych plotek doszedł do wniosku, że jest to projekt, który może odmienić losy wojny. Na pewno nie był to następny geoskaner, bo w obecnych warunkach nie było ani tyle surowca, ani sprzętu, by skonstruować tak wielką i skomplikowaną maszynę. Żołnierze snuli fantastyczne domysły na temat tego, co mogła wymyślić ocalała garstka naukowców. Frank widział już w swoim życiu dość, by podchodzić do tego zagadnienia z dużą rezerwą. Uważał, że plotki krążące po obozie mogły być celowo spreparowane, by podnieść morale walczących ludzi. Każda tego typu wiadomość rozpalała w ludziach nadzieję, która była paliwem, dzięki któremu mieli siłę walczyć i w ogóle trwać. Podobno najnowszy wynalazek miał zmienić bieg wojny. Niestety, nikt tak naprawdę nie wiedział, co to było i na czym miałby polegać ten cud. Frank też nie wiedział, ale specjalnie nie zaprzątał tym sobie głowy. Od takich rzeczy byli inni. Jego zadaniem było monitorowanie terenu i informowanie przełożonych o jakichkolwiek anomaliach zachodzących w miejscu, gdzie, jak twierdzono, mieściło się skrzatowisko.
Skończył mielonkę i wyrzucił puszkę w mrok. Ta potoczyła się po ukrytych w ciemnościach schodach, robiąc sporo hałasu. Nagle brzęk spadającej puszki utonął w dzikim ryku, dochodzącym gdzieś z dołu. Frank błyskawicznie przypadł do ziemi. W mroku coś się czaiło. Ostrożnie przeładował sztucer i wycelował w miejsce, gdzie przed chwilą niefrasobliwie wyrzucił puszkę. Kątem oka zerknął na siedzącego obok kota. Zwierzak lizał się po łapie, nie zwracając uwagi na dziwaczne zachowanie swego pana. Frank odetchnął z ulgą. Koty bezbłędnie wyczuwały znajdujące się w pobliżu krasnale. Nie mogło to zatem być żadne komando, wysłane na przeszpiegi na teren wroga. Zatem co? Jego zmiennik miał pojawić się dopiero za pół godziny. Sen był tutaj na wagę złota i Frank nie wierzył, żeby ktoś nagle pogardził towarem tak deficytowym.
Nagle z mroku wyłoniła się gigantyczna postać. Facet miał grubo ponad dwa metry wzrostu. Ogromne zwały mięśni blado lśniły w świetle księżyca. Maleńka, tkwiąca pomiędzy linią barków główka przekrzywiła się w geście zaciekawienia. Stwór był nagi, gdyż ze względu na gabaryty nie zmieściłby się w żaden mundur czy uniform. Jego cały ubiór stanowiła podarta przepaska biodrowa, zrobiona z jakiegoś nadgniłego koca. Olbrzym dzierżył w dłoniach młot wielkości dorosłego człowieka. Frank wypuścił z płuc całe powietrze. Kot gdzieś zniknął. Zwierzaki te świetnie nadawały się do tropienia skrzatów, ale wykazywały chorobliwy lęk przed mutantami.
Mutant. Frank gorączkowo się zastanawiał, jakim cudem on tutaj dotarł. I to przez nikogo niezauważony. Obserwatorzy dwadzieścia cztery godziny na dobę monitorowali obszar otaczający to, co pozostało z miasta. Frank nie miał jednak czasu na zastanawianie się. Potwór zwęszył ludzkie mięso i ruszył do ataku. Z ogłuszającym rykiem pędził w stronę leżącego Franka. Mężczyzna spokojnie nacisnął spust i w tej samej chwili opuścił go cały spokój. Zamiast kopnięcia w bark i wystrzału Frank usłyszał jedynie ciche kliknięcie. Sztucer się zaciął. W tymże momencie gigantyczny obuch z impetem wbił się w podłoże kilka centymetrów od jego głowy. Mężczyzna błyskawicznie przetoczył się dwa metry w bok. Obuch ponownie wbił się w beton, tym razem kilka centymetrów od żeber leżącego żołnierza. Frank ponownie się przeturlał, tym razem w przeciwną stronę. Młot mutanta znowu chybił, jednak Frank zdawał sobie sprawę, że w końcu szczęście go opuści i olbrzymi obuch go dosięgnie. Czuł, że szybko opada z sił. Stojący nad nim mutant wściekle ryknął, poirytowany faktem, że już trzecia próba zmiażdżenia ofiary spełzła na niczym. Do pracy młotem dołączył pracę nóg. Nie mogąc trafić swej ofiary młotem, postanowił ją rozdeptać. Tupiąc silnie i wciąż uderzając młotem w betonowe podłoże, mutant wzniecił chmurę pyłu, który utrudnił Frankowi i tak już ograniczoną widoczność. Mógł on jedynie liczyć na łut szczęścia. Kolejny cios minął jego czaszkę dosłownie o centymetr. Następny dźwięk, jaki się rozległ, nie był uderzeniem młota wściekle atakującego go wielkoluda. Był to dobrze znany Frankowi odgłos wystrzału z karabinu AK-47. Pojedynczy i donośny. I zbawienny w skutkach. Maleńka główka napastnika eksplodowała gejzerem cuchnącej brei. Góra mięsa zachwiała się na nogach, po czym bezwładnie runęła tuż obok dyszącego ciężko mężczyzny. Z chmury pyłu wyłonił się człowiek. Frank rozpoznał kolegę z drużyny. Napięte do granic wytrzymałości mięśnie rozluźniły się i Frank miękko opadł tuż obok truchła mutanta.
– Widzę, że się nie nudzisz – usłyszał w mroku głos kolegi.
– Dzięki – zdołał wysapać Frank. Wciąż dyszał ciężko i nie miał siły mówić, chociaż kumpel miał ochotę trochę się z nim podrażnić.
– Nie dziękuj mi, tylko naczelnikowi, który mnie tu po ciebie przysłał. Twoja wachta kończy się dopiero za pół godziny. Przez ten czas twój nowy przyjaciel z pewnością zdążyłby przerobić cię na całkiem pożywny szaszłyk. Na pewno był głodny i zdążyłby cię do tego czasu pożreć.
– Masz mi jeszcze coś do powiedzenia? – wycedził Frank, gdyż nie cierpiał, gdy przyjaciel drwił z niego. Robił to zaś przy każdej nadarzającej się okazji. Podejrzewał, że Mikey będzie mu wypominał utarczkę z mutantem przez najbliższe dziesięć lat. O ile oczywiście im obu uda się tak długo pożyć.
– Naczelnik cię wzywa – oznajmił Mikey już bez ironii w głosie. – Zgłosiłem się na ochotnika, by cię zmienić.
Mikey był wrednym i złośliwym, ale porządnym facetem. Frank zawsze mógł na niego liczyć. Chociaż kumpel często zachowywał się jak typowy wariat, to już nieraz uratował Frankowi dupę z opresji. Zawsze był tam, gdzie powinien. Podobnie zresztą jak i teraz.
– Wiesz, o co chodzi? – zapytał Frank, wstając na nogi.
– Nie wiem, ale mam przeczucie.
– A co takiego mówią twoje przeczucia?
– Przypuszczam, że może to mieć coś wspólnego z najnowszym eksperymentem.
– O! – zdołał jedynie wydukać Frank. – A to ci nowina – teraz on miał szansę ponabijać się z kolegi.
– Mówię poważnie – odparł Mikey. – Jak chcesz, możemy się założyć. A dobrze wiesz, że przeczucia mnie nigdy nie mylą. Tu chodzi o coś, co ma ostatecznie zlikwidować pozostałe skrzatowiska.
– Wiesz coś może?
– Gówno wiem – odburknął Mikey. – Wiesz dobrze, że eksperyment jest tajny. To nie dla takich szaraczków jak ty czy ja. My mamy nadstawiać tyłka na polu bitwy, zaś mózgowcy pilnie strzegą swoich tajemnic.
– Ale...
– Ale w tym przypadku coś mi mówi, że chodzi właśnie o to. Chcesz się założyć?
– Spadaj! – warknął Frank, po czym ruszył schodami w dół. Obok niego z ciemności wyłonił się kot.
– Sugeruję, byś przy okazji oddał broń do rusznikarza. Następnym razem może mnie nie być w pobliżu.
– Oddam – rzucił Frank i szybko ruszył schodami w dół.
***
Podziemny, wielopoziomowy parking został przerobiony na główną bazę wojskową. Cywile chronili się w ruinach miasta, zaś wojsko rozlokowane było tuż pod powierzchnią ziemi. Niekiedy śmiano się z nich, że żyjąc pod ziemią, upodabniają się do krasnali, jednak nikt z żołnierzy nie brał tych docinków na poważnie. Po dotarciu na miejsce Frank najpierw pozostawił broń u rusznikarza. Potem złożył raport o mutancie, któremu jakimś cudem udało się przeniknąć do ruin i zaatakować go. Kiedy dopełnił już wszystkich formalności, udał się do sztabu. Zapukał w pancerne drzwi. Umieszczona nad nimi kamera skierowała się w jego stronę. Po chwili drzwi z cichym sykiem rozsunęły się na boki.
Sztab był urządzony bardzo skromnie. Niewielki stolik, łóżko dyżurującego aktualnie oficera, zniszczona komoda i stojące na niej popsute radio. Za stołem siedział pułkownik Hicks. Z wyrazu jego twarzy Frank wywnioskował, że starszy pan jest potwornie zmęczony, a wojnę chętnie zamieniłby na cichy domek z ogródkiem, gdzie mógłby w spokoju egzystować przez resztę swoich dni. Pasma siwych włosów na głowie oficera smętnie poruszały się w sztucznym powiewie umieszczonego pod sufitem wentylatora. Pułkownik czytał jakąś mocno sfatygowaną książkę. Frank nie mógł odczytać tytułu.
– Miałem się zgłosić – powiedział niepewnie Frank, patrząc w zaczerwienione oczy pułkownika.
Hicks spojrzał na niego znad zniszczonej okładki książki, odłożył ją, po czym powiedział zachrypniętym głosem:
– Dobrze, że jesteś.
Wstał z miejsca i ruszył w stronę drzwi, do których mieli dostęp tylko starsi oficerowie oraz personel naukowy. Trzykrotnie zapukał w stalowe wrota. Oko umieszczonej nad nimi kamery najpierw zlustrowało Hicksa, potem przez dłuższą chwilę zatrzymało się na Franku. Po chwili wrota stanęły przed nimi otworem.
– Śmiało, za mną – zakomenderował zmęczonym głosem Hicks.
Frank zdążył już poznać pułkownika i wiedział, że jest to człowiek małomówny, ale konkretny. Frank szanował starego frontowca i w gronie żołnierzy nigdy nie pozwolił powiedzieć złego słowa na pułkownika. Sam będąc w randze kapitana, niewielu ze starszych oficerów szanował tak jak Hicksa. Obaj mężczyźni znaleźli się w obszernej sali, która okazała się czymś na kształt utworzonego naprędce laboratorium. Znajdowało się tu sporo poustawianych w rzędy biurek, na których migały ekrany komputerów. Dookoła kręcili się ubrani w białe fartuchy technicy. Tu i ówdzie walały się na podłodze części budowanych tutaj urządzeń i prototypów. Frank wśród rupieci dostrzegł nawet puszkę coca-coli. W przeciwieństwie do innych pomieszczeń laboratorium było jasno oświetlone umieszczonymi pod sufitem jarzeniówkami. Panująca tu czystość świadczyła o potrzebie zachowania sterylnych warunków pracy.
– To, co za chwilę ujrzysz, prawdopodobnie zmieni resztę twojego życia – powiedział Hicks.
– Chodzi o ten supertajny eksperyment, o którym mówią chłopaki? – zapytał nieśmiało Frank, ciesząc się w duchu, że nie przyjął zakładu z Mikeyem.
– Nie wiem, o czym mówią chłopaki – ton pułkownika z obojętnego zrobił się lekko poirytowany. – I zasadniczo gówno mnie to obchodzi. A teraz popatrz.
Stali przed dziwną konstrukcją, przypominającą niewielką, wykonaną z drutów piramidę. Ponad nią umieszczony był wysięgnik, na którego końcu zamontowano urządzenie przypominające reflektor, emitujący delikatne, zielonkawe światło, które padało na szczyt drucianej piramidy.
– Widzisz? – powiedział Hicks, gdy stali tak naprzeciwko dziwacznej konstrukcji już ponad minutę.
– Widzę – odpowiedział nieśmiało Frank. – Ale nie wiem, na co patrzę.
– Dzięki temu wynalazkowi ludzkość zniszczy krasnale, a ty będziesz miał okazję zapisać się na kartach historii jako bohater.
– Tego zdążyłem się już domyślić. Ale co to jest i jak to funkcjonuje?
– Znam cię już bardzo długo i wiem, że można na ciebie liczyć. Najpierw jednak powiedz, czy jesteś gotów ruszyć na misję, która być może zmieni losy tej wojny.
– Zawsze jestem gotów – wypalił bez namysłu Frank.
Pułkownik wyjaśnił żołnierzowi, jak działa dziwaczne urządzenie i na czym będzie polegała jego misja. Frank w tym czasie zdążył przynajmniej z dziesięć razy pożałować, że tak entuzjastycznie zgodził się na wzięcie udziału w, co tu dużo gadać, samobójczym zadaniu.
Rozdział 3Drużyna
Lolo zerwał się gwałtownie. Był cały mokry od potu. Koszmar, który prześladował go od wielu lat, powrócił nagle. Zapalił nocną lampkę i rozejrzał się po skromnie urządzonym pokoiku. Na drugiej pryczy beztrosko chrapał Ping. Lolo sięgnął do stojącej przy łóżku szafki i wyjął z niej paczkę Dziarskich. Gdy zapalił papierosa, ponownie przykrył się kołdrą. W milczeniu palił i wpatrywał się w pokryty grzybem i rdzą sufit. Wydarzenia sprzed lat powróciły w wyśnionym właśnie koszmarze z niezwykłą ostrością. Znowu znajdował się na pustyni sam, w otoczeniu kilkunastu wściekle syczących kotów. Zwierzaki krążyły wokół niego, gdy on do najbliższego włazoschronu miał przynajmniej dwieście metrów. Nie było najmniejszych szans na ucieczkę. W oddali Lolo dostrzegł sylwetki idących w jego stronę uzbrojonych ludzi. Nie wiadomo, jak skończyłaby się ta przygoda, gdyby w tym samym czasie nie przechodziła tamtędy banda rozjuszonych mutantów. Koty uciekły jako pierwsze. Następnie mutanci zaatakowali ludzi. Wywiązała się strzelanina, która następnie zamieniła się w rzeź.
Lolo dzięki swoim małym rozmiarom nie został dostrzeżony przez żadną z walczących stron. Przypadł płasko do ziemi, a dla pewności zakopał się jeszcze w piasku. Ryzykował, że zostanie rozdeptany przez któregoś z mutantów lub walczących ludzi, jednak wolał to, niż zostać rozdartym na strzępy przez któregoś z włóczących się za ludźmi kotów. Masakra szybko dobiegła końca. Mutanci często pożerali ludzi razem z ubraniami, jednak tym razem Lolo miał szczęście. Bestie najpierw rozebrały swoje ofiary, a dopiero potem je zjadły. Kiedy mutanci oddalili się na w miarę bezpieczną odległość, Lolo wygrzebał się ze swej kryjówki i przeszukał pozostawione ubrania. Zebrał tyle fantów, ile tylko zdołał unieść. Później okazało się, że wśród zabranych rzeczy znajdowały się jakieś ważne dla wojska plany i mapy, dzięki którym starszyzna mogła zaplanować dalsze działania militarne na terytorium wroga. Lolo został nagrodzony awansem na kapitana, zaś w jego mózgu od tego czasu zagnieździł się koszmar w postaci otaczających go ze wszystkich stron kotów, których tym razem nie przepłoszy żadna wataha mutantów. Od długiego już czasu koszmar nie powracał, aż do dzisiejszego dnia.
Informacje przekazane przez majora Wassa na specjalnej odprawie były ponure i, co tu dużo gadać, mogły oznaczać bliski koniec wojny, niekoniecznie korzystny dla skrzatów i krasnali. Budzik na szafce zabrzęczał głośno. Lolo uderzeniem pięści uciszył zegar. Na sąsiednim łóżku przebudził się Ping. Usiadł i przetarł zaspane oczy. Sięgnął po okulary i automatycznym ruchem nasunął je na nos. Tępym wzrokiem obrzucił leżącego i palącego papierosa kolegę.
– Nie śpisz? – bardziej stwierdził niż zapytał Ping.
– Nie mogę zasnąć – odparł Lolo półgębkiem, wypuszczając dym z ust.
– Boisz się, że cię wyznaczą?
– Mam to w dupie! – warknął Lolo. – Kogo by nie wyznaczyli, to i tak wiadomo, że jest to bilet tylko w jedną stronę. Jeśli na mnie padnie, to trudno. Jeśli nie... Rozpaczać z tego powodu z pewnością nie będę – silił się na obojętny ton głosu, choć w rzeczywistości bał się okrutnie.
– Wassowi jakoś udało się powrócić – powiedział Ping, drepcząc w stronę toalety. Po chwili rozległ się odgłos sikania do metalowego sedesu.
– Jakoś – wycedził bez cienia entuzjazmu w głosie Lolo. – Poza tymWass to stary wyga. Doświadczony frontowiec. Ponadto byli z nim bracia Jakuza, którym powrócić się nie udało.
– Daj spokój. Ty też nie dostałeś kapitana za ładne oczy – stwierdził Ping, wychodząc z ubikacji.
– Dobrze wiesz, że ten awans dostałem tylko przez przypadek. Gdyby zamiast map w kieszeniach tych ludzi znajdowały się papierki po cukierkach, to gówno bym dostał, a nie awans. Po prostu miałem farta.
– Na tym właśnie polega wojna – zauważył filozoficznie Ping. – Kto nie ma farta, ten nie żyje.
– Przestań pieprzyć – rzucił rozdrażnionym głosem Lolo. Zgasił papierosa i zaczął się ubierać. – O której odprawa? – zapytał po chwili, chociaż dobrze znał odpowiedź.
– Mamy jeszcze pół godziny – odparł Ping. – Zdążymy zjeść śniadanie.
– A zatem wrzućmy coś na ruszt – myślenie o jedzeniu dziwnie go uspokajało. – W bazie siedzi jeszcze ponad pięćdziesięciu oficerów. Mała szansa, że wybiorą akurat nas. Musielibyśmy mieć naprawdę zajebistego pecha.
***
Zajebisty pech. Te dwa słowa niczym młot pneumatyczny wbijały się w umysł Lola. W chwili, gdy Grimm go wymienił jako dowodcę ekspedycji, myślał, że to tylko jakiś okrutny żart. Stojący nieopodal Buff uśmiechał się, zmrużywszy złośliwie oczy. Lolo zrozumiał, że to jego sprawka. Złośliwy tłuścioch z pewnością poparł jego kandydaturę. Lolo nie wiedział jeszcze jak, jednak był pewien, że w ten czy inny sposób zdąży zemścić się na grubasie. Spojrzał na twarze siedzących przy stole oficerów. Na większości z nich dostrzegł ulgę, a tylko na niektórych współczucie. Twarz Grimma jak zawsze nie zdradzała żadnych emocji.
– Nie wyglądasz na specjalnie zadowolonego – powiedział po chwili milczenia Grimm. – Dowodzenie ekspedycją to wyróżnienie, nie kara. Będziesz miał okazję się wykazać.
– "Wysrazać" – pomyślał Lolo, nie wypowiadając tego na szczęście na głos przy wszystkich oficerach.
– Musisz skompletować zespół – powiedział Sędziwy Puk. – Burmistrz Pat dostarczy ci wszystko, co uznasz za potrzebne, aby wykonać pomyślnie misję.
Pat przerwał na chwilę czyszczenie paznokci, spojrzał na posępne oblicze wybrańca i uśmiechnął się sztucznie.
– Ile osób może liczyć moja drużyna? – spytał drżącym głosem Lolo.
– Ile sam uznasz za stosowne – odparł generał Grimm. – Jednak im grupa będzie mniejsza, tym będziecie mieli większe szanse, że wróg was nie wykryje. Tym samym zwiększy się szansa na pomyślne zakończenie misji.
– Czyli byłoby najlepiej, gdybym poszedł sam? – Lolo nie zdołał ukryć sarkazmu w głosie. Grimm jednak chyba tego nie zauważył.
– To twoja decyzja – odparł.
Lolo najchętniej zabrałby ze sobą słynnych braci Jakuza, ale oni nie powrócili z ostatniej misji prowadzonej przez majora Wassa. Byli oni najlepiej przeszkolonymi zabójcami w kompleksie i dobrze byłoby mieć tę parę przy sobie w razie kłopotów. Jednak wszelki słuch po nich zaginął, a wieści o nich były objęte tajemnicą wojskową. Zwerbowanie majora Wassa, obecnie już pułkownika, również nie wchodziło w rachubę. Lolo ponownie przebiegł wzrokiem po siedzących przy stole oficerach. Musiał wybrać któregoś z nich. Zrozumieli to i wyraz ulgi na wielu twarzach zmienił się w maskę bądź to przerażenia, bądź błagania. Ciszę przerwał nagle zgrzyt odsuwanego krzesła. Siedzący obok Lola Ping podniósł się z miejsca.
– Panie generale, jeśli można... – generał milczał. – Chciałbym towarzyszyć Lolowi w tej misji. Myślę, że może potrzebować dobrego informatyka. A także kogoś, kto ma zmysł techniczny. Taki jak ja – dodał, dumnie wypinając pierś.
– Co pan na to, kapitanie? – Grimm spojrzał na zaskoczonego Lola. – Myśli pan, że kapitan Ping może się panu przydać?
– Natu... naturalnie – wydukał Lolo.
Nie chciał wciągać w to przyjaciela, ale skoro ten zgłosił się sam, poczuł coś pomiędzy wdzięcznością a ulgą. Na nikogo nie mógł liczyć bardziej niż na Pinga. Krasnala w za dużych okularach i z mnóstwem piegów na bladym nosie.
– W porządku – powiedział Grimm. – Kapitan Ping pójdzie z panem. Chociaż nie wiem, jak sobie poradzi na froncie. Kapitanie Ping! – zwrócił się do przestępującego z nogi na nogę informatyka. – Byliście już na jakiejś akcji w terenie? Wyglądacie raczej na sztabowca.
– Nie, panie generale, nie byłem jeszcze w terenie.
– To za co dostaliście awans na kapitana? – zdziwił się Grimm.
– Opracowałem algorytm pozwalający z dużym prawdopodobieństwem określić zasięg miotaczy przeciwnika zarówno w warunkach bojowych, jak i...
– Dobra, dobra, wystarczy – przerwał mu generał. – Dla mnie to i tak tylko naukowy bełkot, z którego nic nie rozumiem. Ale skoro zgłaszacie się, by towarzyszyć kapitanowi Lolowi w ekspedycji, nie mam nic przeciwko temu. Swoją drogą... – zwrócił się w stronę Lola – bardzo ciekawie kompletuje pan sobie skład drużyny.
– Dostałem wolną rękę – odparł Lolo, wzruszając ramionami.
– Oczywiście – zgodził się Grimm. – To pańska decyzja. Czy jeszcze kogoś pragnie pan zabrać ze sobą?
Wtedy ze swojego miejsca podniósł się Duży Bubu. Widząc, że osiłek również chce dołączyć do karkołomnej wyprawy, Lolo nie krył zadowolenia. Olbrzym będzie świetną przeciwwagą dla chudego i, co tu dużo mówić, słabego fizycznie Pinga.
– Bubu, naprawdę nie musisz... – zaczął Lolo, wzruszony lojalnością kolegi, jednak wielkolud zbył go machnięciem ręki.
– Porucznik Bubu? – zdziwił się Grimm.
– Mhm – potwierdził z zapałem osiłek.
– W porządku. Para silnych rąk zawsze może się przydać. Czy jeszcze kogoś chce pan zwerbować, kapitanie?
Lolo popatrzył na wystraszone twarze pozostałych siedzących przy stole oficerów. Miał zamiar powiedzieć, że trzyosobowy skład grupy dywersyjnej jest wystarczający, gdy nagle przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Niedawna niechęć i złość na Buffa powróciła i Lolo postanowił wykorzystać okazję, by zemścić się na grubym adiutancie Grimma. Buff, pewny swojej posadki, niespecjalnie interesował się tym, co się wokół niego działo. Siedział niedaleko generała i z zainteresowaniem przyglądał się temu, co wydłubał z nosa.
– Panie generale, przydałby mi się jeszcze jeden, już ostatni członek grupy.
Wszystkie oczy skierowały się na Lola. Nawet Buff zerknął przelotnie, na sekundę odrywając się od dłubania w nosie.
– Oczywiście. To twój wybór – odparł generał. – Kogo jeszcze potrzebujesz?
– Kogoś, kto świetnie orientuje się w procedurach bojowych. Zna się na taktyce i strategii. Jednym słowem, przydałby się jakiś dobry teoretyk działań wojennych.
– Ma pan kogoś konkretnego na myśli?
– Tak. Na ostatniego członka mojego zespołu chciałbym wyznaczyć porucznika Buffa.
Po tych słowach porucznik zrobił się blady jak ściana, zaś jego oczy powiększyły się do rozmiarów dużych spodków.
– Mojego adiutanta? – zdziwił się Grimm.
– Tak – wypalił bez zająknięcia Lolo. – Buff jest osobą kompetentną i inteligentną. Chciałbym go mieć w zespole.
– Mam nadwagę i artretyzm... – zaczął protestować Buff. – Bardziej będę przeszkadzał, niż pomagał.
– Z tego, co wiem, pan generał jest z ciebie bardzo zadowolony – Lolo natychmiast uciszył spoconego jak szczur Buffa. – Myślę, że będziesz idealnie pasował do mojej ekipy. Potrzebny nam teoretyk z dużym doświadczeniem – zmierzył pozieleniałego na twarzy Buffa spojrzeniem pełnym nieskrywanej satysfakcji, po czym zwrócił się do generała: – Panie generale, czy wyraża pan zgodę, by pański adiutant dołączył do drużyny?
Grimm spojrzał na drżącego na całym ciele Buffa, jakby patrzył na zepsuty kotlet, który kucharz właśnie zaserwował mu w kantynie. Buff, widząc to, wiedział, że jego los jest już przesądzony.
– Nie widzę przeciwwskazań – odparł miękko generał. – Mój adiutant jest do pańskiej dyspozycji, kapitanie Lolo. Znajdę sobie innego.
Po tych słowach siedzący nieopodal Buff nagle jakby zwiotczał i skurczył się, jakby uszło z niego całe powietrze. Tępym wzrokiem omiótł siedzących wokół oficerów, po czym wstał i chwiejnym krokiem opuścił salę obrad.
– Myślę, że porucznik Buff szybko dojdzie do siebie – powiedział wyluzowanym głosem Lolo. – Świadomość, że spotkał go tak wielki zaszczyt, chwilowo odebrała mu jasność logicznego myślenia. Musi oswoić się z myślą, że bez względu na wynik ekspedycji, zostanie bohaterem. To przecież wielka odpowiedzialność.
– W porządku – powiedział Grimm. – Czy jeszcze któryś z panów ma coś do dodania? – nastąpiła głucha cisza, którą zakłóciło jedynie szuranie krzeseł, na których na powrót zasiedli Lolo, Ping i Duży Bubu. – W takim razie naradę uważam za zakończoną. Członków ekspedycji zapraszam do mojej kwatery, gdzie omówimy szczegóły operacji.
Po tych słowach wszyscy szybko się rozeszli.
***
Kwatera generała Grimma mieściła się kilka poziomów poniżej kwater, które zajmowali oficerowie. W przeciwieństwie do poziomu, który zamieszkiwał Lolo, tutaj panowały czystość i porządek. Gołym okiem było widać, że w tym rewirze personel techniczny odpowiadający za utrzymanie czystości nie opieprza się. Kwatery VIP-ów lśniły czystością. Wszystkie żarówki paliły się jasno. Nigdzie nie uświadczyło się rdzy lub grzyba.
Kwatera Grimma urządzona była w stylu myśliwskim. Wyłożona była drewnem, którego zdobycie z pewnością nie było łatwe. Na ścianach tkwiły trofea w postaci zabalsamowanych kocich głów, które groźnie szczerzyły kły. W jednym kącie stał wypchany wielki szczur, z drugiego zaś szczerzyła zęby wypolerowana ludzka czaszka, wewnątrz której zainstalowano żarówki, dzięki czemu emanowała matowym, ciepłym światłem, które łagodnie oświetlało gabinet generała. Ta ekstrawagancja nieco zdziwiła Lola, ale pomyślał, że w wieku ponad trzystu lat można mieć tego typu fanaberie. Generał usiadł za biurkiem i gestem ręki zachęcił przybyłych gości, by również zajęli miejsca, co też uczynili. Tylko Buff usiadł dopiero wtedy, gdy generał ponownie skinął na niego ręką. Jedno z krzeseł nadal pozostało wolne.
– Czy jeszcze kogoś się spodziewamy? – spytał Lolo. Zauważył, że Grimm w swej prywatnej kwaterze jest bardziej rozluźniony.
– Tak – odparł generał swobodnym tonem. – Zjawi się lada chwila. Napijecie się czegoś, panowie? – generał wstał z miejsca i podszedł do niewielkiego przeszklonego barku, w którym w równych szeregach stały butelki z alkoholem. – Szum Lasu, Rwący Potok, a może coś mocniejszego? Mam również trochę Koszałkówki. Trzymam ją na specjalne okazje. Przeszmuglowana od znajomego ze wschodnich rubieży.
Sięgnął po drewniany gąsiorek sprytnie ukryty za szeregiem mniej ekskluzywnych trunków. Ponieważ nikt z obecnych nie miał na tyle odwagi, by zdecydować, czego chce się napić, Grimm wyjął gąsiorek i nalał alkohol do ustawionych na barku szklaneczek. Przed każdym postawił szklaneczkę z napitkiem, po czym wrócił na swoje miejsce. Przed pustym krzesłem również postawił szklankę legendarnej Koszałkówki. Tajemniczy gość jeszcze się nie pojawił.
– Na kogo czekamy, panie generale? – Lolo poczuł się w obowiązku przerwać krępującą ciszę.
Jego świeżo zwerbowana drużyna w milczeniu sączyła Koszałkówkę, delektując się jej aromatem i charakterystyczną goryczką. Generał w odpowiedzi zrobił tajemniczą minę, po czym uśmiechnął się do Lola przyjaźnie. Rozległo się ciche pukanie do drzwi.
– Wejść! – zagrzmiał Grimm. W drzwiach stanął pułkownik Wass. – Wreszcie jesteś. Nie mogliśmy bez ciebie zacząć.
Stalowoszare oczy pułkownika przebiegły po twarzach siedzących przy biurku krasnali.
– Ta czwórka ma nas ocalić? – zapytał zimno generała. Jego spojrzenie było również lodowate.
– Nic lepszego nie mamy – odparł miękko generał. – Siadaj.
Wass posłusznie usiadł na pustym krześle, ale nie tknął stojącego przed nim trunku.
– Czterech młodzików? – wycedził z niedowierzaniem w głosie. – Ile mają lat? Sto, sto dwadzieścia? To jeszcze smarkacze.
– Zaproponuj coś lepszego – zripostował Grimm.
– Sztabowiec, który pole walki zna jedynie z tego, co wyślepił w peryskopie – powoli zaczął wymieniać Wass. – Chorowity informatyk, który po wyjściu na zewnątrz dostanie pylicy, astmy, czy czegoś podobnego i umrze, zanim dotrze na terytorium przeciwnika. Góra mięśni, która zamiast mózgu ma żołędzia, a powiedzenie jednego prostego zdania przerasta jej możliwości intelektualne. I grubas, który poza świetnym lizaniem twojego dupska na niczym więcej się nie zna.
Gdy skończył, w gabinecie zapadła ciężka cisza. Nawet Grimm nie miał ochoty jej przerywać. W końcu ponownie odezwał się Wass.
– To chyba jakaś kpina.
– Dlaczego? – zapytał niecierpliwie generał. – Już ci mówiłem, że gramy tym, co mamy. Chcesz szwadronu komandosów, to ich najpierw przeszkol. Tylko powiedz mi, skąd wziąć na to czas i fundusze? O nadających się do tego skrzatach nawet nie wspomnę – głos Grimma stał się gniewny, więcWass zmienił taktykę.
– Po prostu próbuję ci uświadomić, że żaden z tych chłopaków nie wróci w jednym kawałku. A o wykonaniu zadania to już zupełnie zapomnij.
– Więcej wiary w młodych – powiedział z naganą w głosie generał.
– W porządku – odparł Wass. – Ujmę to więc nieco inaczej. Jestem doświadczonym żołnierzem. Walczyłem z ludźmi na wielu frontach. Powierzchnię ziemi znam nie tylko z tego, co widziałem przez peryskop lub co opowiedzieli koledzy. Ja tam byłem. I wierzcie mi, powierzchnia planety nie jest miejscem przyjaznym. Tam nie ma gdzie się ukryć. Nie ma miejsc zacisznych i spokojnych. Nocą panuje tam przeraźliwy chłód, za dnia zaś jest gorąco jak w wulkanie. Słońce spali wasze ciała na pył, chłód nocy zmrozi wasze członki na sopel. Wszędzie można natknąć się na koty. Zaś spotkanie z człowiekiem w najlepszym przypadku może skończyć się dla was rozdeptaniem. O bandach wałęsających się bez celu mutantów nawet nie wspomnę. Bo i nie ma sensu.
W gabinecie Grimma znowu zapanowała głucha cisza, którą tym razem przerwał Lolo.
– Raz byłem na powierzchni. Widziałem z bliska zarówno ludzi, jak i mutantów. Zostałem otoczony przez stado kotów, a jednak udało mi się wrócić.
– Bo miałeś szczęście – Wass uśmiechnął się smutno, niemal boleśnie. – Prawdopodobnie nie zauważył cię żaden z ludzi ani mutantów. W przeciwnym razie już by cię z nami nie było. Tkwiłbyś w słoju z formaliną u jakiegoś ekscentrycznego człowieka, który pokazywałby cię swoim dzieciakom i opowiadał o tobie jakieś niestworzone historie.
– Co to są dzieciaki? – zainteresował się Ping.
– To tacy nierozwinięci jeszcze w pełni ludzie – pospieszył z wyjaśnieniem Grimm, po czym dopił swego drinka.
– Mniejsza o to – odezwał się ponownie Wass. – Byłem tam w towarzystwie najlepiej przeszkolonych wojowników, jakich znam. Czarny Paluch, Lobo, Mały Ben, bracia Jakuza. Tylko mi udało się przeżyć. Nie chcecie mi chyba wmówić, że czterech łebków, znających powierzchnię ziemi tylko z opowieści, poradzi sobie na otwartej przestrzeni najeżonej detektorami ruchu, minami, kotami, mutantami i chuj wie, czym jeszcze. Chyba rzeczywiście będzie lepiej, jeśli pójdę tam sam i wykonam to zadanie.
– Idź z chłopakami – zaproponował szybko generał. – Będziesz ich przewodnikiem.
– Będę niańką, nie przewodnikiem – oświadczył ponuro Wass. – A do niańczenia nie nadaję się najlepiej. Słabo mi idzie ze zmienianiem pieluch i podcieraniem tyłków – te słowa poruszyły zazwyczaj spokojnego Bubu, gdyż wstał i zaciskając pięści, groźnie spojrzał na Wassa. – No dobrze, ty może przeżyjesz – powiedział, spoglądając na stojącego nad nim giganta. – Słyszałem, że gołymi rękami zabiłeś kota. W porządku. Ale reszta zaraz po wyjściu z włazoschronu zostanie szybko przerobiona na kocią karmę.
– Jest pan malkontentem – przerwał mu Lolo – który oprócz tego, że szczyci się tym, ile to już razy udało mu się bezpiecznie wrócić z powierzchni, nic więcej nie wnosi.
Wass obrzucił Lola lodowatym spojrzeniem, po czym wysyczał:
– Chłopcze, grałeś jeszcze z kolegami w pchełki, gdy ja zapuszczałem się do ludzkich siedzib i wykradałem ich wiedzę i technologię. Więc lepiej się nie odzywaj, jeśli o czymś nie masz pojęcia.
– Wass – przerwał im Grimm – wiesz, jak jest. Zwracam się do ciebie jako twój stary przyjaciel, a nie jako przełożony. Przeprowadzisz ich przez ziemię niczyją. Tylko o to cię proszę. Gdy już wejdą na teren zamieszkany przez ludzi, może bez twojej pomocy uda im się zniszczyć tę przeklętą maszynę. Będziesz ich przewodnikiem. Tylko o to proszę. Żadnego ryzyka na terytorium wroga. Zbyt wiele już zrobiłeś, bym po raz kolejny wysyłał cię na tak trudną misję. Doprowadź ich tylko na miejsce. Ten ostatni raz. Potem wrócisz.
Wass zmarszczył brwi i zamyślił się. W kwaterze Grimma na powrót zagościła cisza.
– Chuj z tym – powiedział w końcu pułkownik. – Pójdę, ale tylko po to, by przekonać się, czy bracia Jakuza rzeczywiście polegli, czy może jeszcze żyją i potrzebują pomocy. Robię to tylko dla nich – dodał z naciskiem. – Limit przysług dla ciebie skończył się już dawno.
– W porządku – odparł z ulgą generał. – Pobudki, jakimi się kierujesz w tej chwili, nie są najważniejsze. Lolo – zwrócił się do młodego kapitana – dowodzenie ekspedycją przekazuję pułkownikowi Wassowi. On bezpiecznie doprowadzi was do miejsca, gdzie znajduje się to cholerstwo. Dalej musicie radzić sobie sami. Czy to jasne?
– Jak słońce – odparł Lolo.
– Słońce – wycedził z sarkazmem w głosie Wass. Wychylił duszkiem szklankę Koszałkówki i dodał: – Już niedługo będziesz je przeklinał.
Rozdział 4EKSPEDYCJA
W kantynie panował tłok. Pora śniadania ściągnęła w to miejsce wszystkich żołnierzy, którzy nie mieli warty. Dziś w śniadaniowym menu były mokre tosty posmarowane jakąś dżemopodobną substancją smakującą po trosze jak banan, po trosze jak śledź. Mimo to żaden z obecnych tu żołnierzy nie narzekał. Pili mocną kawę i chętnie pałaszowali poranną dawkę kalorii. Stoliki zrobiono z tego, co nadawało się do tego celu. Były tu zatem skrzynki po owocach ułożone w równe sześciany, stosy cegieł z położonymi na wierzchu kawałkami dykty, biurka i komody, a nawet deska do prasowania ustawiona na prowizorycznym stelażu skonstruowanym z desek i cegieł. Przy jednym z tak zaimprowizowanych stołów siedział Frank. Czekał na przyjaciela, a gdy ten pojawił się ze swoją porcją porannych węglowodanów, nisko pochylił się nad stolikiem i szepnął:
– Wiem już, co tak skrupulatnie utrzymują przed nami w tajemnicy.
– Głęboko musiałeś wejść Hicksowi w tyłek, żeby ci to zdradził – bardziej stwierdził, niż zapytał Mikey. Usiadł naprzeciwko Franka i postawił tacę z posiłkiem na pilśniowym blacie.
– Daj spokój – powiedział Frank, czujnie rozglądając się na boki. – Wynalazek, który pokazał mi Hicks, pozwoli wygrać nam tę pieprzoną wojnę.
– Jasne – odparł sceptycznie Mikey. – Wojnę o co? O piach, stosy gruzu i powietrze skażone gównem, od którego ludzie albo wariują, albo zmieniają się w mutantów.
– Daj spokój – obruszył się Frank. – Wiesz, o co mi chodzi.
– Dobrze, już dobrze – odpowiedział Mikey, wzruszając ramionami, i zabrał się za swojego tosta. – Tak tylko powiedziałem, bo po prostu mam już tego wszystkiego dość. Mów lepiej, co to za wynalazek, który ma przynieść nam wielkie zwycięstwo – w głosie mężczyzny pobrzmiewała ironia, lecz Frank specjalnie się tym nie przejmował.
– Hicks pokazał mi maszynę.
– Jaką maszynę? – zaciekawił się Mikey.
– Urządzenie, które może zmieniać rozmiary ludzi. Przy jej pomocy możemy osiągnąć wielkość skrzatów.
– I co z tego? – głos Mikeya był pozbawiony emocji. – Ma zamiar nas wszystkich zmniejszyć do rozmiarów krasnali i w ten sposób zaatakować skrzatowisko? Debilizm.
– Daj mi skończyć – zirytował się Frank.
– No już dobrze. Mów.
– Chodzi o to, by zminiaturyzować tylko parę osób, które dyskretnie przenikną na terytorium wroga. Zinfiltrują skrzatowisko i zdobędą potrzebne nam informacje.
– Jakie informacje? – zainteresował się nagle Mikey, przełykając kęs mokrego tosta.
– Lokalizację pozostałych skrzatowisk na Ziemi, a także informacje na temat liczebności i uzbrojenia przeciwnika.
– Nie mamy już geoskanerów, więc musimy posiłkować się zminiaturyzowanymi agentami – stwierdził ponuro Mikey. – Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Prócz tego, że jest to żałosne, to w dodatku niewykonalne.
– Niby dlaczego?
– Bez jaj. Hicks chce wysłać do skrzatowiska zminiaturyzowanych agentów, aby ci dowiedzieli się, gdzie są rozlokowane siedziby krasnali. A ponadto mają zdobyć informacje, jakim arsenałem i liczebnością wojsk dysponują skrzaty.
– Mniej więcej tak to wygląda.
– Ciekawe, gdzie znajdzie debila, który pójdzie na ten numer?
– Właśnie na niego patrzysz.
Mikey parsknął śmiechem, wskutek czego przeżuwana przez niego kanapka wylądowała na twarzy rozmówcy.
– Przepraszam – wycharczał Mikey, dławiąc się resztką tosta. – Po prostu nie spodziewałem się...
– Czego się nie spodziewałeś? – zapytał ponuro Frank, wycierając twarz rękawem.
– Że będziesz na tyle głupi i na to się zgodzisz. Przecież gołym okiem widać, że to misja samobójcza. Wbrew pozorom skrzaty wcale nie są takie głupie. Natychmiast rozpoznają, że nie jesteś jednym z nich.
– Niby jak? – obruszył się Frank. Upił nieco kawy z blaszanego kubka.
– Kurwa. One mają jakiś wewnętrzny zmysł, który im podpowiada, kto jest krasnalem, a kto nie.
– A skąd ty to możesz wiedzieć? Wielki ekspert od skrzatów się znalazł.
– Prawda – zreflektował się natychmiast Mikey. – Może i nie wiem tego na pewno, ale przecież oni mają jakieś swoje zwyczaje, zachowania i w ogóle. Natychmiast się połapią, że coś z tobą jest nie tak.
– Dlatego właśnie, oprócz mnie, na ekspedycję ma się udać profesor Konopnicki.
– Ten jajogłowy Polaczek? – powiedział z ironią w głosie Mikey. – Będzie bardziej przeszkadzał, niż pomagał. Zamiast skupić się na zadaniu, będziesz musiał niańczyć profesorka.
– To największy autorytet z zakresu nauki zajmującej się zwyczajami skrzatów i krasnali.
– To naukowiec. Zesra się w gacie, gdy tylko jakimś cudem uda wam się dotrzeć na miejsce. Więcej będzie z nim zachodu niż pożytku. Krasnale odstrzelą cię szybciej, niż się spodziewasz. Zobaczysz. Wspomnisz moje słowa w godzinie śmierci.
– Dlatego chcę, abyś udał się tam ze mną.
Tym razem ani jeden kawałeczek tosta nie wylądował na twarzy Franka. Mikey przestał żuć, a jego rozbawiona dotychczas twarz zamieniła się w maskę pozbawioną jakichkolwiek emocji. Wesołe zazwyczaj ogniki w jego brązowych oczach przygasły, zaś na czole pojawiła się długa, poprzeczna bruzda. Przeżuwał powoli, nie spuszczając wzroku z siedzącego naprzeciw Franka. Gdy w końcu przełknął, odezwał się niemal szeptem:
– No dobra. Wchodzę w to. Ktoś musi pilnować ci dupska.
***
Hicks spojrzał na stojących przed nim mężczyzn. Powoli przenosił spojrzenie z jednego na drugiego. W końcu zatrzymał wzrok na Franku.
– To jest ten człowiek? – zapytał zimnym, służbowym tonem.
– Uratował mi życie ze sto razy. Własnej matce tak nie ufałem jak jemu. Jeżeli to ja mam przeniknąć do skrzatowiska, to tylko w jego towarzystwie.
– W porządku. To da się załatwić – powiedział po chwili milczenia pułkownik. – W takim razie proponuję, abyście się zapoznali z trzecim członkiem ekspedycji. Profesorem Konopnickim.
Przeszli do laboratorium, gdzie trwały gorączkowe przygotowania do zminiaturyzowania członków wyprawy. Przy drucianej piramidzie panował taki ścisk, że Frank nie mógł dostrzec maszyny. Czuł się trochę nieswojo. W pamięci miał pożegnanie z Nadią. Kobieta była wściekła, że zdecydował się zostać tajnym agentem. Wymyślała na poczekaniu tysiące argumentów, które miały zniechęcić go do uczestniczenia w ekspedycji. Począwszy od zawodności maszyny, która miała go pomniejszyć, zakończywszy na omyłkowym pożarciu przez własnego kota. Franka rozczuliła jej troska o niego. Wzruszony przytulił Nadię i obiecał jej, że powróci bezpiecznie. Bał się, że dziewczyna obrazi się lub zacznie się dąsać, na szczęście jednak nic takiego nie miało miejsca. Nadia ze łzami w oczach tuliła się do niego i, szlochając, starała się odwieść go od podjętej już decyzji. Frankowi było jej żal. Odwzajemnił uścisk, po czym delikatnie wyswobodził się z objęć Nadii. Miał świadomość, że wszystko postawił na jedną kartę. Jeżeli jakimś szczęśliwym trafem uda mu się powrócić ze skrzatowiska, zostanie bohaterem, a wtedy bez problemu dostanie awans, a co za tym idzie, spokojną pracę w sztabie. Koniec z nocnymi wartami, wypatrywaniem przeciwnika i eskapadami na pustynię, gdzie od czasu do czasu napotykał komanda krasnali, a już zupełnie często mutantów. Wtedy, kto wie, może zdecydowałby się nawet na założenie rodziny. Nadia była jedyną kobietą w jego życiu, z którą potrafiłby zbudować trwały związek. Nie miała łatwego charakteru, ale on również go nie miał. Jednak teraz, gdy balansował na krawędzi przeżycia, ekspedycja, którą zaproponował mu Hicks, była dla niego niczym trampolina. Jeśli wróci, ułoży sobie z Nadią życie. Skończą się wypady poza miasto. Skończą się wachty i nocne czuwania. Praca w sztabie była spokojna i bezpieczna. A kto wie, może zdobyte przez niego informacje rzeczywiście wpłyną na zakończenie wojny. Jednak taka wizja wydawała się zbyt odległa i nierzeczywista, więc Frank szybko porzucił tę myśl i skoncentrował się na sprawach bieżących.
Nagle jak spod ziemi wyrósł przed Frankiem drobny, krągły jegomość w białym fartuchu, z rumianą, pucołowatą twarzą. Miał przystrzyżone na jeża włosy i wyraźną nadwagę. Człowieczek patrzył na Franka zza grubych szkieł okularów, które nadawały mu wygląd jakiejś egzotycznej ryby, którą Frank widział kiedyś w znalezionym na pustyni albumie przyrodniczym.
– Konopnicki – przedstawił się grubasek i wyciągnął dłoń do Franka. – Skrzaty i krasnale. Zwyczaje i zachowania. Zdaje się, że za chwilę obaj staniemy się częścią historii.
– Frank – przedstawił się również chłopak, ściskając pulchną dłoń profesora. – A to Mikey, mój osobisty ochroniarz.
– Bardzo mi przyjemnie – powiedział Konopnicki i uścisnął dłoń Mikeya. – Pan, zdaje się, nie jest Europejczykiem?
– Moja matka była Brytyjką, a ojciec Hindusem – Mikey zmusił się do uprzejmego tonu głosu, co Frank wyłapał natychmiast. – Stąd moja ciemna karnacja.
– No cóż. Módlmy się zatem, by i wśród krasnali zdarzały się tego typu mieszańce.
– Kurwa mać! – warknął Mikey. – Nie dam się obrażać jakiemuś...
– Spokojnie – powiedział Frank. – Pan profesor z pewnością nie miał zamiaru cię obrażać. Prawda, profesorze?
– W najmniejszym nawet stopniu – potwierdził Konopnicki. – Chodzi mi tylko o to, że pańska karnacja w pewnym stopniu może wpłynąć na powodzenie naszej misji. Jeżeli wśród krasnali nie ma osobników o podobnym kolorze skóry, to wtedy, mówiąc kolokwialnie, jesteśmy w dupie. Pan rozumie?
– Słyszałem, że to pan jest specem od krasnali. Lepiej szybko pan się doedukuj w tej materii – wycedził Mikey.
– Profesor może mieć trochę racji – włączył się do rozmowy stojący nieco z boku Hicks. – Kolor skóry porucznika może narazić całą ekspedycję na fiasko.
– Na co?! – warknął już mocno rozeźlony Mikey.
– Na niepowodzenie – odpowiedział szybko pułkownik. – Panie profesorze – zwrócił się do Konopnickiego – to pańska decyzja. Jeżeli uzna pan, że porucznik Mikey Kuraan nie nadaje się... przepraszam, nie spełnia wymogów, które...
– Nie ma o czym mówić – przerwał Hicksowi profesor i przymilnie uśmiechnął się do Mikeya. – Nadaje się i to świetnie.
– W takim razie myślę, że nie mamy nad czym deliberować. Chodźmy do minimalizatora.
Zarówno profesor, jak i obaj żołnierze posłusznie ruszyli za pułkownikiem. Zebrani przy piramidzie naukowcy rozstąpili się przed Hicksem i idącą za nim trójką. Druciana piramida wydała się teraz Frankowi dużo większa i bardziej majestatyczna niż w chwili, gdy zobaczył ją po raz pierwszy. Zielone światło, które padało na nią z wysięgnika, również było teraz bardziej intensywne. Nagle drogę zastąpił im chudy, szpakowaty jegomość w zielonym fartuchu.
– Doktor Morranis – przedstawił się jegomość, po czym natychmiast przeszedł do sedna sprawy. – Zanim panowie wejdą do minimalizatora, proszę załatwić wszelkie potrzeby fizjologiczne, a następnie proszę się rozebrać.
– Chwileczkę – nagle zza pleców Franka rozległ się nerwowy głos Mikeya. – A skąd niby mamy mieć gwarancję, że to cholerstwo w ogóle działa? Nie mam zamiaru włazić do tej klatki, nie mając pewności, że nie zostanę popieszczony prądem czy, dajmy na to, nie wybuchnę.
– Spokojnie – Morranis uśmiechnął się blado. – Nasza maszyna była już testowana. Jest w stu procentach bezpieczna i działa niezawodnie.
– Nie wejdę do niej, jeśli nie pokażecie mi, jak działa i czy jest bezpieczna. Nie mam zamiaru być królikiem doświadczalnym.
– Zgadzam się z kolegą – powiedział niespodziewanie Konopnicki. – Ja również proszę o małą prezentację.
Doktor Morranis wzruszył ramionami, następnie wszedł na podest, na którym umieszczona była piramida.
– Poproszę ochotnika! – Frank rozejrzał się po zebranych wokół ludziach, jednak nikt nie kwapił się do udowodnienia, iż maszyna jest w pełni bezpieczna. – W porządku – powiedział po chwili doktor i zszedł z podestu. Chwycił jednego z włóczących się po laboratorium kotów. Ponownie wszedł na podest i otworzył drzwiczki w jednej z drucianych ścian piramidy. Do środka włożył kota i zatrzasnął drzwiczki. – Teraz ustabilizuję promień gamma, który, przechodząc przez szczyt piramidy, osiągnie postać pryzmatu. Tak skoncentrowana wiązka, po zetknięciu się z obiektem...
– Panie! – warknął Mikey. – Przestań pan gadać, tylko bierz się pan do roboty. Wykład możesz pan sobie darować. Chcę tylko wiedzieć, czy to cholerstwo jest bezpieczne, a nie jak działa.
Po tej wypowiedzi przez salę przebiegł cichy szmerek, jednak nikt nie skomentował słów Mikeya. Odpowiedzią była zdegustowana mina Morranisa, która wywołała u obu żołnierzy uśmiech zadowolenia. Doktor tymczasem zaczął manipulować przy umieszczonym na wysięgniku reflektorze. Światło skupiło się w wąski strumień, który po chwili wyglądał jak laserowa wiązka. Wbijała się ona prosto w szczyt piramidy, jednak nie przenikała do jej wnętrza. Morranis zszedł z podium i podszedł do ustawionego nieopodal panelu sterowniczego.
– Uruchamiam impuls elektromagnetyczny – powiedział bardziej do siebie niż do innych.
Od strony wysięgnika dobiegło ciche buczenie. Wiązka światła z zielonej stała się biała. Również we wnętrzu piramidy zrobiło się bardzo jasno. Siedzący w środku kot nic sobie nie robił z przyglądających mu się ludzi i beztrosko wylizywał genitalia. Nagle niskie buczenie reflektora przeszło w głośny pisk i wnętrze piramidy rozbłysło jaskrawym światłem. Wszyscy zgromadzeni wokół ludzie odruchowo zmrużyli oczy. Frank zauważył, że niektórzy mieli na nosach okulary przeciwsłoneczne. Jaskrawe światło zniknęło równie gwałtownie, jak się pojawiło. Frank wytężył osłabiony błyskiem wzrok. Klatka była pusta. Dopiero po chwili dostrzegł we wnętrzu piramidy jakiś ruch. Nie wytrzymał i wbiegł na podest. To, co ujrzał, wywołało u niego skurcz żołądka. Dotychczas całą tę historię traktował tylko jako naukową ciekawostkę. Jednak gdy na własne oczy ujrzał, do czego zdolna była maszyna Morranisa, poczuł, jak żołądek zawiązuje mu się w ciasny supeł. Na dnie drucianej klatki siedział maleńki kotek. Nie większy od guzika polowego munduru. Siedział i w dalszym ciągu lizał się po jajkach.
– Ale czad! – Frank usłyszał głos kolegi. Był to jedyny komentarz do zademonstrowanego przed chwilą pokazu.
– Jak więc państwo widzą – powiedział z triumfem Morranis – maszyna jest w stu procentach bezpieczna.
– Dla kotów, owszem – powiedział Frank, wyciągając miniaturowego zwierzaka z wnętrza klatki i sadzając go sobie na otwartej dłoni. – Ale czy równie bezpieczna będzie dla nas?
– O tym przekonamy się już za chwilę – odparł oparty o ścianę Hicks.
Miniaturowy kociak tymczasem usiadł na dłoni Franka i podjął chwilowo przerwaną toaletę intymną.
***
Wnętrze piramidy nie było zbyt obszerne. Frank musiał kucnąć, aby się w niej zmieścić. Ramionami otoczył podudzia i skulił się, na ile to tylko było możliwe.
– Jeżeli jakimś cudem powrócę tu żywy, to czy będziecie mogli mnie powiększyć do naturalnych rozmiarów?
– Oczywiście – zapewnił doktor Morranis. – Bez najmniejszych problemów. Odwracam wtedy tylko polaryzację pola i, jak to się mówi, gra muzyka.
Niezbyt przekonany tymi argumentami Frank zacisnął powieki i wycedził przez zęby:
– No dobra. Jestem gotów. Wal, doktorku.
Usłyszał znajome buczenie zielonego reflektora. Zaraz po nim pojawił się głośny pisk. Frank poczuł silne mrowienie na całym ciele, jednak nic poza tym się nie wydarzyło.
– Gotowe – usłyszał po chwili głos Morranisa. – Może już pan otworzyć oczy.
Frank uchylił powieki. To, co zobaczył w pierwszym momencie, wywołało u niego skrajne przerażenie. Wciąż znajdował się wewnątrz drucianej piramidy. Po drugiej stronie dostrzegł gapiące się na niego gigantyczne głowy. Jedna z nich należała do Mikeya.
– O kurwa! Ale jazda! – wrzasnął olbrzym wyglądający jak Mikey. Frank musiał zatkać uszy.
– Proszę mówić trochę ciszej – gdzieś z tyłu dał się słyszeć głos Morranisa. – Nasz miniaturowy kapitan nie jest jeszcze w pełni gotowy na ilość decybeli, którą wytwarza ludzka krtań.
– Frank przecisnął się między drutami i opuścił piramidę. Pomachał do Mikeya ręką na znak, że wszystko w porządku i że czuje się dobrze. Któryś z techników położył przed nim ubranie. Kiedyś maleńkie i groteskowe, teraz pasowało na niego idealnie. Był to klasyczny mundur krasnoludzkiego szturmowca. Szaro-brązowe cętki, miniaturowy hełm, gogle, skórzane buty, pas, plecak z ekwipunkiem, mała menażka. Frank szybko się ubrał i zademonstrował stłoczonym nad nim gapiom. Następny do klatki wszedł Mikey. Cała procedura się powtórzyła i po chwili Frank miał przed sobą przyjaciela w takim samym jak on rozmiarze. Uścisnęli się serdecznie. Mikeyowi również podano miniaturowy uniform, w który ten szybko się ubrał. Na koniec pozostał profesor Konopnicki. Po zminiaturyzowaniu, jemu również podano ubranie cywilne, gdyż prawdopodobnie nie posiadano żadnego munduru w rozmiarze, który pasowałby na profesora. Frank domyślił się, że sprzęt i ubrania pochodzą od skrzatów, które nie miały szczęścia i zostały schwytane na terenie bazy. Poza jej obszarem likwidowano krasnale natychmiast, a wtedy z ich ubrań nie było już żadnego pożytku. Jego mundur pachniał ziemią, potem i czymś, co przypominało trochę zapach sfermentowanego piwa. Gdy i profesor się ubrał, cała trójka weszła na stalową płytkę, którą trzymał jeden z techników. Płytka z trzema śmiałkami szybko powędrowała w ręce pułkownika Hicksa. Ten ostrożnie ją uniósł, po czym odprowadzany wzrokiem zebranych naukowców wyszedł z laboratorium.
– Gdzie nas niesie? – zapytał Konopnicki, ubrany w płócienne spodnie i luźną marynarkę.
– Do punktu zrzutu – odparł spokojnie Frank, spoglądając w dół. Uświadomił sobie, że gdyby spadł z niesionej przez Hicksa płytki, to zostałaby z niego tylko kupka pogruchotanych kosteczek.
– Gdzie to jest? – zapytał ponownie profesor. Zadawanie pytań pozwalało mu odreagować stresującą sytuację, jaką było pomniejszenie do rozmiarów krasnala.
– Do toalety – odpowiedział profesorowi Mikey.
Zaskoczony tą informacją profesor spojrzał na Franka. W tym czasie Hicks położył płytkę z trzema śmiałkami na posadzce, tak by ich oczom ukazał się widniejący w podłodze odpływ ściekowy.
– To prawda – potwierdził Frank, stając nad krawędzią odpływu. – Pierwszy etap naszej podróży przebiegnie hydraulicznym szlakiem. Potem czeka nas pas ziemi niczyjej, który będziemy musieli obejść szerokim łukiem, o ile nie będziemy chcieli natknąć się na wymierzone w miasto rakiety krasnali.
– Wędrówka w tym rozmiarze przez pustynię to samobójstwo.
– W obecnych okolicznościach, w każdym rozmiarze – odpowiedział spokojnie Frank. Mikey zachichotał nerwowo.
– Nie starczy nam zapasów na podróż – zauważył rzeczowo Konopnicki.
– Dlatego też po drodze musimy zahaczyć o Miasto Mutantów. Tam uzupełnimy zapasy.
– Miasto Mutantów? – zapytał z obawą profesor. – Myślałem, że to tylko takie wymyślone miejsce, służące do straszenia krnąbrnych dzieci.
– Fakt. Do straszenia dzieci się nadaje, ale z całą pewnością nie jest wymyślone.
Rozdział 5POWIERZCHNIA
Szczeble drabiny były śliskie i wilgotne. Na domiar złego ciągnęły się w nieskończoność. Jeszcze nie postawili stopy na powierzchni ziemi, a Lolo już miał dosyć.
– Dlaczego nie pojechaliśmy windą? – usłyszał za plecami głos Buffa.
Okazało się, że zemsta na grubasie była mieczem obusiecznym. Buff od samego początku narzekał i marudził, nie poprawiając tym i tak słabego morale drużyny.
– Windy nie jeżdżą na powierzchnię – odparł chłodno Lolo. – Gdybyś chociaż raz na niej był, tobyś to wiedział.
Miał już dość użerania się z Buffem. Nawet słabego zdrowia Ping potrafił w milczeniu znosić niewygody podróży. Chociaż ta nawet na dobre jeszcze się nie rozpoczęła. Opuścili podziemia jedną ze śluz bojowych. Teraz, aby dotrzeć na powierzchnię, musieli pokonać długi odcinek po niekończącej się drabinie. Wspinaczka trwała już na tyle długo, że Lolo w pewnym momencie zupełnie stracił rachubę czasu. Skoncentrował się na szczeblach. Chwila nieuwagi i wypadek gotowy. Upadek z takiej wysokości, w wąskim, długim szybie, z pewnością nie skończyłby się dobrze. Wspinał się jako pierwszy. Za nim w milczeniu wdrapywał się Duży Bubu, Ping, głośno dyszący Buff i na końcu pułkownik Wass. Od czasu do czasu słyszał, jak Wass ironicznym śmiechem komentuje kolejne żale Buffa. Poza tym pułkownik prawie wcale się nie odzywał. Nagle głowa Lola uderzyła w stalową płytę. Nareszcie dotarli na miejsce. Jedną ręką trzymając się szczebla, drugą namacał dźwignię włazoschronu. Pociągnął mocno. Dźwignia nawet nie drgnęła. Szarpnął jeszcze raz. Efekt był podobny jak za pierwszym razem. Dotychczas Lolo był na powierzchni tylko raz i z tego, co pamiętał, dźwignia uchylała się bez większych problemów. Zarówno w jedną, jak i w drugą stronę. Naparł jeszcze raz, lecz i tym razem nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów.
– Dlaczego stoimy? – dobiegł z dołu zgryźliwy głos Buffa.
– Zapewne nasz kapitan nie może sobie poradzić z otwarciem włazoschronu – rozległ się podszyty sarkazmem głos Wassa.
– Chyba się zapiekła! – warknął Lolo, wciąż szarpiąc się z wajchą.
– Może by tak ją potraktować działkiem V? – zaproponował Ping. – Nie ma materii, która by się oparła porządnej dawce promieni elektromagnetycznych.
– Nie marnuj amunicji – wysapał, ciężko dysząc, Lolo. – Jeszcze nam się przyda.
– Czyżbyśmy jeszcze przed wyjściem na powierzchnię znaleźli się w dupie? – z ciemności w dole rozległ się ironiczny głos pułkownika. – Szybko się skończyło.
– Jeśli ma pan zamiar narzekać, pułkowniku, to proponuję zsynchronizować się z Buffem. Razem tworzylibyście całkiem zgrany duet.
Ostatnie zdanie Lola Wass pozostawił bez komentarza. Nagle Lolo poczuł, że w jego kierunku przepycha się Duży Bubu. Szybko zrozumiał, że to Bubu powinien iść na przodzie. Osiłek wspinał się bokiem drabiny. Lolo zrobił mu miejsce i zszedł kilka szczebli w dół. W ciemnościach widoczność była niemal zerowa, jednak Lolo dostrzegł, jak wielgachne łapsko Bubu chwyta za dźwignię. Mięśnie na karku olbrzyma napięły się mocno, zaś osiłek stęknął cicho. Rozległo się przeraźliwe skrzypienie i w jednej chwili wyjście stanęło przed nimi otworem. Jaskrawe światło wpadło do szybu i oślepiło całą drużynę.
– Na młot Jalisa! – wrzasnął Buff. – Co to jest?
– Słonko – powiedział niemal wesoło Wass. – Witaj na powierzchni, chłopie.
Bubu jako pierwszy opuścił włazoschron. Tuż po nim wyszli pozostali. Pułkownik, który wyszedł ostatni, kopniakiem zamknął szyb i niedbale przysypał go piaskiem.
– Co pan robi? Jak trafimy tu z powrotem? – W głosie Buffa zadrgała nuta paniki.
– Mamy kompasy i urządzenia nawigacyjne – powiedział spokojnie Ping. – Nie histeryzuj. Znajdziemy to miejsce.
– Jak nie to, to inne. Włazoschronów w tej okolicy jest sporo. Trzeba tylko znać ich położenie – potwierdził Lolo. – Mamy mapy. Nic się nie martwcie.
– Jeśli już się nagadaliście, to proponuję, aby włożyć płaszcze. I gogle – powiedział Wass. Przyklęknął i zaczął przeszukiwać swój plecak. Po chwili wyjął z niego ciasno zwinięty pakunek. Rozplątał go i już po chwili narzucił sobie na plecy brudnoszary płaszcz z szerokim kapturem. Wyjął również małe czarne gogle, które nasunął na oczy. Wszyscy w milczeniu przyglądali się poczynaniom pułkownika. – Na co się gapicie? Zakładać płaszcze. Nie mam zamiaru zostać zdemaskowany tylko dlatego, że któremuś z was, gamonie, nie chciało się założyć kamuflażu. Jeśli nie chcecie mieć pod wieczór oczu pełnych piachu, to sugeruję, byście założyli gogle.
Nikt nie skomentował rad dawanych przez pułkownika. Cała czwórka posłusznie ubrała się w maskujące peleryny. Każdy również nasunął na oczy ciemne gogle. Lolo stwierdził, że widzi w nich wszystko o wiele wyraźniej.
– Wyjąć broń – zakomenderował Wass. – Nie wzięliście jej po to, żeby targać ją w plecakach. Przypominam, że jesteśmy na terytorium wroga.
– Myślałem, że to jeszcze nasze terytorium – powiedział nieśmiało Ping, przeładowując działko V.
– Zapamiętaj sobie, że nic, co znajduje się na powierzchni ziemi, nie jest naszym terytorium. O to właśnie walczymy.
– Ale przecież mówi się na to ziemia niczyja – bronił się Ping, nakładając gogle.
– Tak się tylko mówi – odparł Wass nieco spokojniejszym tonem. – Ale musicie pamiętać, że na powierzchni ludzie mają nad nami o wiele większą przewagę.
– Ale my mamy lepszą broń – zaoponował natychmiast Lolo.
– Broń to nie wszystko – odparł Wass. – Oni mają odpowiedni rozmiar. Ich broń jest może nieco bardziej prymitywna, ale za to robi o wiele więcej szkód. Chodźmy już, kurwa, nie będziecie się tu chyba stroić cały dzień – mówiąc to, Wass ruszył przed siebie.
Czterech świeżo upieczonych komandosów truchcikiem ruszyło za pułkownikiem. Lolo podszedł do niego i zapytał:
– Co pan miał na myśli, mówiąc, że mamy lepszą broń, ale ludzka wyrządza większe zniszczenia? Nie rozumiem.
– Technologicznie nasza broń jest o wiele bardziej złożona. Posiadamy karabinki typu X, działka V, miotacze infra i ultradźwięków, bomby soniczne, pistolety plazmowe. Jednak cały nasz arsenał zda się psu na budę, jeżeli natrafimy na ludzkie komando w szczerym polu. Jedna seria z ich prymitywnej broni zrobi z nas paszteciki. Nasza cała siła ognia w najlepszym wypadku powali dwóch, góra trzech ludzi.
– Nie rozumiem.
– Chodzi o rozmiar – westchnął Wass, nie przestając dziarsko maszerować. – Mamy za małą siłę rażenia. Żeby stać się równorzędnym przeciwnikiem na polu walki, musielibyśmy targać całą armatę V albo czołg wielkości ludzkiego czołgu, który miotałby promienie X lub plazmę. Gdybyśmy dysponowali bronią w ludzkim rozmiarze, już dawno wygralibyśmy wojnę.
– Tylko kto by ją obsługiwał? – zapytał idący nieco z tyłu Ping.
– Otóż to – Wass wzruszył ramionami. – Na razie musimy bazować na tym, co mamy.
– Daleko jeszcze? – nagle dał się słyszeć głos idącego na końcu Buffa.
– Po jaką cholerę go brałeś? – zapytał Wass idącego obok Lola. – Odkąd opuściliśmy kompleks, zastanawiam się, w czym ma nam pomóc ten worek sadła.
– Teraz już wiem, że popełniłem błąd. To było coś w rodzaju małostkowej zemsty. Wkurzał mnie, i tyle. Poniekąd to właśnie przez niego Grimm wytypował mnie do tego zadania.
– Teraz przez jednego pajaca zagrożona jest cała drużyna. Zastanawiam się, czy nie lepiej odesłać go z powrotem.
– Pewnie ma pan rację, pułkowniku, ale chyba za daleko już odeszliśmy – Lolo skierował wzrok na rozciągający się przed nimi horyzont. Rozgrzane powietrze drgało tuż nad powierzchnią ziemi. Jak okiem sięgnąć, rozpościerała się pustynia. Daleko na północy majaczyły ruiny, które Lolo na co dzień oglądał przez peryskop. Teraz były zaledwie niewielkim punktem na horyzoncie.
– Nigdzie jeszcze nie doszliśmy! – warknął ponuro Wass. – Odległość do miasta ludzie są w stanie pokonać w jeden dzień. Nam zajmie to około tygodnia.
– Tygodnia? – zdziwił się Lolo. – Myślałem, że w góra trzy dni będziemy na miejscu.
– Obejdziemy miasto dookoła i przedostaniemy się do niego od drugiej strony. Przenikniemy do ruin w miejscu, gdzie wróg spodziewa się nas najmniej. Wejdziemy od północy.
– Ale na tak długą wędrówkę nie starczy nam wody i zapasów pożywienia.
– Spokojnie – odpowiedział Wass, uparcie idąc naprzód. – Znam kilka miejsc, gdzie uzupełnimy zapasy i zregenerujemy siły. Martwcie się lepiej o waszego grubego kolegę, żeby zbytnio nie spowalniał marszu. Po zmroku zrobi się tu nieprzyjemnie.
– To nie jest mój kolega – powiedział z naciskiem Ping.
– Ani mój – dodał szybko Lolo.
Duży Bubu również chciał dorzucić coś od siebie, jednak Wass go powstrzymał.
– Mam w dupie, czy to wasz kolega, czy nie. Zaznaczam, że jeżeli będzie spowalniał nasz pochód, to nie zawaham się zostawić go na żer ścierwojadom. Mamy do wykonania zadanie. To priorytet. Nie będę się bawił w niańczenie waszego grubaska.
Buff nie odezwał się ani słowem, ale zdecydowanie przyspieszył kroku. Widmo zostania pożartym przez ścierwojady wyzwoliło u niego nowe pokłady energii. Nikt z drużyny nie skomentował tego nagłego zrywu. Nastąpiła chwila ciszy, podczas której każdy oddał się własnym rozmyślaniom. Lolo co jakiś czas spoglądał na drżącą w gorącym powietrzu linię horyzontu. Stwierdził, że na otwartej przestrzeni nie czuje się bezpiecznie. Nie było tu ścian, korytarzy, zacisznych kątów. Świat na zewnątrz był gigantyczny i groźny. Już raz miał okazję się o tym przekonać. Wysłany do konserwacji kilku włazoschronów natknął się na komando ludzi z kotami. Prawdopodobnie nie przeżyłby tego spotkania, gdyby nie grupa mutantów, na którą natknęli się ludzie. Po krótkiej, krwawej walce z komanda ludzi nie pozostał nikt żywy. Mutanci na szczęście rzadko dostrzegali istoty mniejsze od kotów, dlatego też Lolo ukryty pod pryzmą piachu szczęśliwie uniknął nieprzyjemności z ich strony. Ważne było to, że dzięki tej przygodzie otrzymał awans na kapitana i bezpieczny przydział obowiązków. Każdego dnia monitorował przez peryskop odległe ruiny miasta. Palił papierosy i prowadził z Pingiem niekończące się rozmowy na temat ewentualnego zakończenia konfliktu pomiędzy ludźmi i skrzatami. Miał bezpieczny kąt do życia, spokojną pracę. Nie musiał wychodzić na powierzchnię, jak zmuszonych było to robić wielu innych żołnierzy. Ci, którzy wychodzili na zewnątrz, bardzo często nie wracali. Ci zaś, którym udało się dotrzeć aż do ruin miasta i wrócili, mogli uważać się za naprawdę wielkich szczęściarzy. Jednym z nich był właśnie pułkownik Wass. Lolo zaczął się ukradkiem przyglądać pułkownikowi. Z wyglądu ocenił go na około dwieście, dwieście pięćdziesiąt lat. Chociaż mógł być o wiele starszy. Poznaczona bruzdami, zahartowana w słońcu twarz skutecznie skrywała prawdziwy wiek pułkownika. Takich jak on, weteranów, było już niewielu. Wass dopiero co powrócił z jednej z bardziej karkołomnych misji i już został wyekspediowany ponownie. Słynni bracia Jakuza nie wrócili wcale. Lolo przypomniał sobie takie legendy jak Lobo, Czarny Paluch i Mały Ben. Byli doświadczonymi weteranami, a nawet im nie udało się powrócić z frontu. Lolo powoli zaczynał wątpić w powodzenie ich misji. Zrozumiał, iż pretensje Wassa co do składu ich załogi były w pełni uzasadnione. W pięcioosobowym teamie tylko pułkownik miał pojęcie, jak się zachować w sytuacjach bojowych. Postępować tak, by nie dać się zabić. Ponure myśli Lola przerwał nagle ruch ręki pułkownika. Wysoko uniesiona, zaciśnięta w pięść dłoń sygnalizowała przerwę w marszu. Pozostała czwórka czujnie przypadła do ziemi, przysypując się rozgrzanym piaskiem pustyni. Nawet opieszały w takich sytuacjach Buff natychmiast wykonał nieme polecenie i płasko przypadł do ziemi. Wass uklęknął na jedno kolano i przeładował swój karabinek typu V.
– Co się dzieje? – zapytał, nie podnosząc głowy, Ping.
Nikt z pozostałej czwórki nie udzielił mu odpowiedzi. Wass tymczasem wymierzył broń w górę i rozległ się dźwięk krótkiej serii. W przestworzach rozległ się głośny skrzek. Po chwili, dosłownie parę metrów od żołnierzy, spadło na ziemię coś dużego i pierzastego. Stworzenie w momencie zetknięcia się z ziemią wzbiło w powietrze chmurę pyłu. Tak więc dopiero po pewnym czasie oczom wszystkich członków drużyny ukazał się leżący na ziemi przedziwny stwór. Długa, łysa szyja z głową zakończoną haczykowato zakrzywionym dziobem, w którym sterczały rzędy nierównych, żółtych kłów. Kilka par maleńkich, czarnych oczu wpatrywało się tępo w stojących nad stworem żołnierzy. Reszta ciała, z wyjątkiem uzbrojonych w szpony łap, pokryta była czarnymi piórami. Z truchła stworzenia sączył się czarny, oleisty płyn, który Lolo uznał za krew. Istota zadrgała konwulsyjnie, mrugając przy tym paciorkowatymi oczami, jakby nie bardzo wiedziała, co tak naprawdę się jej przydarzyło. Nagle kilka par czarnych oczu zgasło, zaś stwór znieruchomiał, ostatecznie oddając ducha.
– Panowie! – przerwał milczenie Wass. – Przedstawiam wam ścierwojada. Wredne i bardzo niebezpieczne bydlę. Atakuje z powietrza, natomiast my znajdujemy się na czele jego menu. Uczulam was, byście prócz bezmyślnego wpatrywania się pod nogi, od czasu do czasu zerkali również w niebo.
Po tych słowach pozostała czwórka jak na komendę zadarła w górę głowy. Na niebie jednak, prócz kilku niemrawych obłoków i niemiłosiernie jasnej tarczy słońca, nie było widać nic więcej.
– Spokojnie – powiedział pułkownik, niemal czytając w myślach wystraszonych krasnali. – Nie ma obawy. Ścierwojady z natury są samotnikami. Nie polują w grupach. Zaznaczam jednak, byście mieli na uwadze te wałęsające się po niebie paskudy. O ile oczywiście nie chcecie posłużyć takiemu za przekąskę – dla podkreślenia słów, pułkownik mocno kopnął leżące stworzenie w opierzony zad. – Zostawcie go. Jest toksyczny i trujący. Idziemy dalej.
Po chwili grupa ponownie podjęła wędrówkę. Tym razem nikt nie miał ochoty wysforowywać się przed Wassa. Każdy też, prócz linii horyzontu, obserwował niebo. Lolo odczuwał wewnętrzny dyskomfort. Nie czuł się dobrze, mając przed sobą taki bezmiar pustej, totalnie niezagospodarowanej przestrzeni. Był przyzwyczajony do widoku nieba i pustyni jedynie przez peryskop. Jednak zupełnie czym innym było spoglądanie na świat z bezpiecznego miejsca pod ziemią, a czym innym przechadzanie się po tym bezkresie, ze świadomością, że lada chwila z przestworzy może zaatakować potwór w postaci ścierwojada.
Marsz trwał. Zrobiono krótką przerwę na skromny posiłek i łyk wody, po czym podjęto wędrówkę. Lolo zauważył, że kierunek marszu nie biegnie prosto na majaczące w oddali ruiny miasta. Wass prowadził ich na zachód. Lolo zrozumiał, że chodziło o obejście miasta w bezpiecznej odległości i dostanie się doń od strony północnej. Z tego kierunku wróg podobno nie spodziewał się prób infiltracji. Podróż do miasta to jedna rzecz, jednak to, co mieli zrobić po dostaniu się do jego wnętrza, to już zupełnie inna sprawa.
– Panie pułkowniku – zaczął niepewnie Lolo, wiedziony niejasną obawą o przyszłość swoją i kolegów, a przynajmniej Pinga i Bubu.
– Co tam znowu? – burknął niezadowolony Wass.
– Widział pan tę maszynę?
– Jaką maszynę?
– No tę, co to niby potrafi zmienić człowieka do naszych rozmiarów.
– Osobiście nie widziałem – odpowiedział Wass, a w jego głosie Lolo wyczuł mieszankę irytacji i zmęczenia. – Ale bracia Jakuza widzieli. Ja w tym czasie stałem na czatach. Dokładnie mi ją opisali i powiedzieli, jak działa.
– Wciąż nie rozumiem, dlaczego ludziom tak bardzo zależy, żeby osiągnąć nasz rozmiar – włączył się nagle do rozmowy Buff.
– Gdy do tego dojdzie, przenikną do naszych bunkrów i będziemy musieli podjąć walkę na ich warunkach – odpowiedział niechętnie Wass. – Byłeś przecież na odprawie. Zaczną wysyłać szpiegów, agentów, żołnierzy. O ile już nie wysłali. Wojna wejdzie w zupełnie inną fazę. Nie możemy do tego dopuścić.
– Dlaczego po prostu nie wysadzimy całego miasta w cholerę? – włączył się do rozmowy Ping. – Wysadziliśmy większość ludzkich miast w powietrze, to dlaczego z tym się cackamy? Bawimy się tylko w jakieś podchody i ciuciubabkę.
– A kto je zaminuje? – zapytał z przekąsem Wass. – Ty? Ludzie są czujni. W czasach, gdy wysadzaliśmy ludzkie siedziby w powietrze, nie spodziewali się po nas takiego sprytu i determinacji. Teraz trudno jest przeniknąć w obręb miasta, a co dopiero wysłać tam grupę złożoną z setki saperów, którzy by je zaminowali i zdetonowali ładunki. I jeszcze te cholerne koty – dodał po chwili milczenia Wass. – Na razie przeciwnik wyprzedza nas o krok. Uśpił naszą czujność i skonstruował maszynę, która może przechylić szalę wojny na jego korzyść. Zaspaliśmy. A teraz musimy to odkręcić. Jeżeli do kompleksu zaczną napływać komanda zminiaturyzowanych ludzi, to wierzcie mi, nasze dni są już policzone.
– Jak wygląda ta maszyna? – zaciekawił się Ping.
– Z wyglądu przypomina trójkąt. A w zasadzie piramidę. Nie wiem dokładnie, na czym polega jej działanie, ale Jakuza przysięgali, że włożony do środka szczur po wyjęciu był wielkości pchły.
– A czy ten proces jest odwracalny? – dopytywał się Ping.
– Po to właśnie z nami idziesz. Żeby się przekonać. Nie jestem mózgowcem, tylko żołnierzem. Jakuza też byli żołnierzami. Dobrymi żołnierzami.
– Słyszałem, że idziemy po to, by zniszczyć tę piekielną maszynę, a nie po to, by zapoznawać się z jej działaniem – powiedział Lolo.
– Zanim ją zniszczymy, nasz młody inteligent zapozna się z jej konstrukcją. Dzięki czemu będziemy mogli zbudować własną. Jeżeli to ustrojstwo zmniejsza ludzi, to z pewnością może też ich powiększać. Jeżeli powiększa ich, to również może powiększyć nas. Natomiast my w rozmiarze wroga i z naszą technologią będziemy stanowić poważne zagrożenie dla resztek kryjących się w ruinach ludzi. Rozumiecie, do czego się to wszystko sprowadza? – Ponieważ nikt nie pospieszył z odpowiedzią na to pytanie, Wass poczuł się w obowiązku udzielenia dodatkowych wyjaśnień: – Jeśli zniszczymy ich maszynę i zdobędziemy plan skonstruowania bliźniaczej, dzięki której powiększymy naszych żołnierzy, to wojna długo już nie potrwa. I my ją zwyciężymy. – Nikt z pozostałej czwórki nie skomentował świetlanej wizji, z entuzjazmem nakreślonej przez pułkownika. Ten prawdopodobnie wyczuł ich sceptycyzm, bo szybko dodał: – O ile oczywiście nam się uda. – Na tym rozmowa się skończyła.
Wędrówka trwała, gdy słońce powoli zaczęło chylić się ku zachodowi. Zmieniło kolor z jaskrawego na krwistoczerwony. Wędrowcy szli teraz prosto w jego kierunku. Monotonię marszu przerwał nagle Wass, zatrzymując się i sięgając po swoją lornetkę.
– Co pan zobaczył, pułkowniku? – zainteresował się Lolo, nie mając ani sił, ani ochoty sięgać po swoją lornetkę.
– To dziwne – powiedział po chwili Wass, nie odrywając lornetki od oczu. Poza tym nie odezwał się już ani słowem. Jego myśli odzwierciedlała jedynie pogłębiająca się bruzda na czole. Nikt nie zadawał więcej pytań. Po chwili cała piątka tkwiła nieruchomo, wpatrując się we wskazany na horyzoncie punkt. Lolo również dostroił szkła swojej lornetki i w skupieniu obserwował niezwykłe zjawisko.
– Stado ścierwojadów – przerwał ciszę Buff. – Kołują nad czymś. Nie widzę w tym nic nadzwyczajnego. Ubiliśmy dziś jednego.
– Jak mówiłem, ścierwojady to samotniki. Za tą wydmą dzieje się coś niezwykłego, skoro bestie latają taką chmarą.
– Chyba nie ma pan zamiaru tam iść? – zapytał z niedowierzaniem w głosie Buff.
– To jedyna droga – oznajmił beznamiętnieWass. – Biegiem! Za mną!
Rozdział 6HOMO MINIMALIS
Tunel ciągnął się niemiłosiernie. Ciemność, wilgoć i echo kroków bezustannie towarzyszyły trójce wędrowców. Nastrój był na tyle ponury, że nikt z członków ekspedycji nie miał ochoty na pogawędkę. Umieszczone na hełmach czołówki bladym światłem rozjaśniały gęsty mrok. Konopnicki, zamiast umieszczonej na głowie lampki, niósł ją w ręku. Brudna woda, w której brodzili po kostki, cuchnęła glonami, uryną i mokrą sierścią szczurów. Po kilkugodzinnym marszu Frank zdecydował się przerwać panujące w grupie milczenie.
– Zatem jest pan profesorem? – zagadnął nieśmiało Konopnickiego. – Ekspertem od skrzatów i krasnali?
Profesor cicho chrząknął, co mogło oznaczać potwierdzenie.
– Można tak powiedzieć. Jednak pragnę zwrócić panu uwagę, że skrzaty i krasnale to jeden i ten sam gatunek. W niektórych kulturach zwane są również krasnoludkami, elfami, a nawet trollami. Ja wolę łacińskie określenie tego jakże fascynującego i niezwykłego gatunku.
– Co to za określenie? – włączył się do rozmowy idący nieco z tyłu Mikey.
– Homo minimalis – odparł z namaszczeniem profesor.
– Też coś – prychnął pogardliwie Mikey. – To mają już nawet łacińskie nazwy?
– My również – powiedział z naciskiem Konopnicki. – Homo sapiens to przecież nic innego, jak...
– Wiemy, wiemy – odpowiedział Frank. – My też chodziliśmy do szkoły. Jednak nasza edukacja nie obejmowała zwyczajów, zachowań i niczego, co jest związane z tymi... Jak to pan je nazwał?
– Homo minimalis.
– Właśnie – podchwycił Frank. – Jest pan profesorem w tej dziedzinie. Myślę, że mógłby nas pan troszeczkę wyedukować w tej materii. W sumie i tak nie mamy nic innego do roboty. Dotychczas nasze kontakty z krasnalami ograniczały się jedynie do brania ich na muszkę karabinu lub ewentualnego stawiania min. Nasza wiedza na ich temat jest raczej mocno ograniczona. Wiemy naturalnie, jak je likwidować, niestety nie mamy pojęcia, czym tak naprawdę są.
– Z przyjemnością panom o nich opowiem. A przynajmniej nieco z grubsza zarysuję ogólną istotę homo minimalis jako gatunku. – Ponieważ ani Frank, ani Mikey nie przerywali mu, ochoczo mówił dalej: – Skrzaty, czy jak też wolicie ich nazywać, krasnale, są rasą inteligentną. W tej materii praktycznie się niczym od nas nie różnią. Mają świadomość, potrafią logicznie myśleć. Posiadają nawet swój kodeks etyczny. Gdyby powiększyć przedstawiciela ich gatunku do naszych rozmiarów, z pewnością nie zauważylibyśmy jakiejkolwiek różnicy. Kilkakrotnie przeprowadzałem sekcję zwłok minimalisa i nie stwierdziłem żadnych różnic pomiędzy krasnalem a człowiekiem. – Na wspomnienie o sekcji skrzata Frank poczuł się nieswojo, jednak nie przerywał wykładu Konopnickiego. – Poza tym, że różnimy się rozmiarem, jakichś większych różnic w budowie biologicznej pomiędzy naszymi gatunkami nie odkryłem. Krasnale, podobnie jak my, posiadają płuca, serce i wszystkie inne narządy wewnętrzne, które ma człowiek. Nawet ich mózg niczym się nie różni. Potrafią konstruktywnie myśleć, wyrażać emocje. Potrafią się śmiać i wzruszać. Ich zmysły nie różnią się od zmysłów człowieka. Węch, smak, wzrok, słuch i dotyk. Tutaj w niczym się od nas nie różnią.
– W czym zatem się różnią? – zapytał Frank. – Poza rozmiarem oczywiście.
– Otóż to – powiedział niemal entuzjastycznie Konopnicki. – W ciągu lat spędzonych na badaniach nad minimalisem odkryłem u nich niezwykłą wręcz odporność i niesamowitą umiejętność przystosowawczą do warunków, w których żyją. Są bardzo odporne na wszelkie wirusy i bakterie. Ich układ immunologiczny jest kilkakrotnie silniejszy od ludzkiego. Podobnie rzecz się ma z ich metabolizmem. Spowolniony i prawie zupełnie niepodatny na jakiekolwiek czynniki zewnętrzne.
– Prawie? – podchwycił Frank.
– Tak. Jedynym czynnikiem, który może mieć wpływ na immunologię i metabolizm krasnali, jest promieniowanie radioaktywne. Uważam jednak, iż powstałe w ten sposób mutacje wcale nie muszą mieć tendencji do degeneracji. Homo minimalis ze swoimi przystosowawczymi umiejętnościami jest skłonny do wyhodowania nowej hybrydy, tudzież mutacji, która oprócz tego, że będzie odporna na promieniowanie, to jeszcze może wykazywać jakieś dodatkowe zdolności.
– Jakie zdolności? – zaciekawił się Mikey.
– Zarówno psychiczne, jak i fizyczne. Z psychicznych może nagle pojawić się umiejętność telepatii lub telekinezy. Co do fizycznych... Niezwykła wręcz siła lub natychmiastowa regeneracja uszkodzonych tkanek. Zaznaczam jednak, że są to jedynie moje spekulacje, niepoparte żadnymi badaniami. Jedno jest pewne. O ile promieniowanie radioaktywne u nas, ludzi, z reguły powoduje degenerację tkanek, co w rezultacie doprowadza do upośledzenia całego organizmu, u krasnali może wywołać odwrotny wręcz skutek. Jednak ta teza wciąż nie jest poparta mocnymi, naukowymi dowodami.
– Sugeruje pan, że pod wpływem promieniowania krasnale mogą zmutować i stać się jakąś superrasą? – zapytał z zainteresowaniem Frank.
– Nic nie sugeruję. Po prostu nie wykluczam takiej możliwości. Z przystosowawczymi umiejętnościami minimalisa możliwe jest wszystko. Jego metabolizm jest bardzo powolny, co daje mu dużo czasu na niespieszne przystosowanie się do warunków otoczenia, w jakim aktualnie się znajduje.
– Nic nie rozumiem – stwierdził Mikey.
– Dam panu przykład – Konopnicki wyraźnie wciągnął się w dyskusję na temat metabolizmu skrzatów. – Człowiek żyje średnio siedemdziesiąt, osiemdziesiąt lat. Dla krasnala to zaledwie młodość. Pięć lat przeżytych przez człowieka to dla krasnala jeden rok. Na przestrzeni stu lat człowiek albo umrze, albo o ile w ogóle dożyje tak sędziwego wieku, będzie już tylko niedołężnym starcem. Wymagającym ciągłej opieki. Na przestrzeni tych samych stu lat krasnal osiągnie biologiczny wiek dwudziestoletniego oseska. Idąc dalej, dwieście lat to dla krasnali wiek dojrzały. Człowiek w porównywalnym wieku oscyluje w okolicach czterdziestki. Trzysta lat krasnala to odpowiednik sześćdziesiątki u człowieka. Czterysta lat krasnala odpowiada ludzkiej osiemdziesiątce i tak dalej, i tak dalej.
– Długowieczne są kutasy – stwierdził Mikey.
– Długowieczne i odporne – potaknął profesor. – Tym samym czyni to z nich wroga nieprzewidywalnego i trudnego do zlikwidowania.
– Sto lat człowieka to dla nich zaledwie dwadzieścia – wymruczał Frank bardziej sam do siebie niż do towarzyszy.
– Tak to wygląda – wzruszył ramionami Konopnicki. – Jednego, czego nie można odmówić homo minimalisowi, to długowieczności.
– A skąd się w ogóle biorą? – zaciekawił się Mikey. – Z tego, co wiem, nie udało się jeszcze schwytać kobiety skrzata. Rozmnażają się tak jak ludzie czy mają jakiś inny system?
– Dotychczas nie udało nam się ani schwytać, ani nawet potwierdzić istnienia samic homo minimalis, jednak nie wykluczamy, że takie istnieją. Narządy rozrodcze ujętych osobników płci męskiej nie różnią się niczym od naszych.
– No, chyba że rozmiarem – zaśmiał się Mikey. Żart najwyraźniej nie zrobił wrażenia na Konopnickim, gdyż w odpowiedzi tylko westchnął ciężko, przyzwyczajony zapewne do tego typu niewybrednych żartów na temat homo minimalisa.
– Jeśli istnieją, to ciekawe, ile trwa u nich ciąża? – włączył się Frank, którego zainteresowały informacje profesora.
– Pomnóż dziewięć miesięcy przez pięć i otrzymasz wynik. Przy założeniu, że są żyworodne. Nie możemy wykluczyć, że samice skrzatów znoszą jaja. Wtedy należy zadać pytanie, jak długo trwa okres inkubacji i wylęgu młodych.
– Nigdy nie spytaliście przesłuchiwanego krasnala, jak to u nich wygląda? – zdziwił się Frank.
– Nie wiem dlaczego, ale jest to u nich temat tabu – wzruszył ramionami profesor. – Można go topić, razić prądem, ciąć skalpelem na plasterki, a i tak nie wyjawi tajemnicy swego pochodzenia.
– Może sami nie wiedzą – stwierdził Mikey.
– Tak też może być – zgodził się Konopnicki. – To niedawno odkryty gatunek. Wiemy o nim bardzo niewiele. A to, co wiemy, w głównej mierze opieramy na badaniach i obserwacji osobników, które wpadły w nasze ręce. Trochę to nieładnie brzmi, ale tak jest. Dotychczas nigdy nie przyszło nam badać istot myślących. A to już zupełnie inna bajka. Świadomie myślące istoty wcale nie muszą ujawniać wszystkich swoich atutów. Ponadto, nie znajdując się w swoim naturalnym środowisku, celowo mogą zafałszowywać wyniki badań. Tym sposobem my, naukowcy, wciąż nie posiadamy wiarygodnych danych dotyczących homo minimalis.
– No dobra – przerwał Frank. – Od strony biologicznej już mniej więcej wiemy, z czym mamy do czynienia...
– Biorąc pod uwagę ich inteligencję i umiejętność abstrakcyjnego myślenia, sugerowałbym określenie "z kim", nie "z czym". To nie są zwierzęta, lecz istoty myślące, podobnie jak my. Rozmiar i to, że żyli tysiące lat głęboko pod powierzchnią naszej planety, wcale nie umniejsza ich wartości jako gatunku rozumnego.
– Może faktycznie źle się wyraziłem – zreflektował się szybko Frank. – Chodzi mi o to, że skoro są istotami rozumnymi, jak my, a są nimi z całą pewnością... Inaczej nie byłoby całej tej pieprzonej wojny. To w jaki sposób organizują sobie życie społeczne? Czy mają jakąś kulturę, religię? Czy też może ich jedynym sensem życia jest zdominowanie naszej planety?
– Zaznaczam, iż nie są to przybysze z kosmosu. Powiem teraz coś zapewne mało popularnego w kręgach ludzi, ale Ziemia to tak samo ich dom, jak i nasz. Pierwotnym zamysłem homo minimalis wcale nie było zdominowanie całej planety, ale roszczenie sobie praw do połowy jej powierzchni. Jest to tak samo myślący gatunek jak my. Technologicznie nawet nas wyprzedzający, o czym zapewne panowie nieraz zdążyli się już przekonać. Jestem w stanie nawet zrozumieć ich frustrację i żal, że nie dostali swojego kawałka tortu, jakim jest nasz świat. Człowiek w swej pysze nie pozostawił im innej alternatywy, jak jedynie zbrojna walka. Walka, która, zaznaczam, toczy się jedynie o to, co im się słusznie należy.
– Słusznie należy – parsknął Mikey. – Tylko ich zdaniem.
– Niech pan spojrzy na to zagadnienie z nieco szerszej perspektywy – niezrażony nagłym wybuchem komandosa perorował Konopnicki. – Niech pan sobie wyobrazi, że całe pańskie życie i życie całego pana gatunku to wieczna egzystencja gdzieś głęboko pod powierzchnią ziemi. Na powierzchni żyją istoty, które z niewiadomych przyczyn roszczą sobie do niej absolutne prawo i nie mają zamiaru się dzielić z panem i panu podobnymi. Czy nie wywołałoby to u pana frustracji?
– Chyba tak – zgodził się zbity nieco z tropu Mikey.
– No właśnie – podjął Konopnicki. – W takiej sytuacji znalazł się cały gatunek homo minimalis. A pragnę zwrócić uwagę, iż jest to gatunek myślący, czujący i wrażliwy, tak samo jak my. Na początku ich ujawnienia nie żądali przejęcia kontroli nad całą planetą, a jedynie nad pięćdziesięcioma procentami jej powierzchni. Nie chcieli nas eksterminować, do czego w rezultacie niemal doszło. To jedynie nasza duma i pewność, że człowiek jest jedynym panem i władcą tej planety, doprowadziły nas do upadku. A przecież, gdybyśmy poszli na jakiekolwiek ustępstwa, to wspólnie moglibyśmy zbudować całkiem nową, kto wie, czy nie lepszą, cywilizację, w której dwa inteligentne gatunki mogłyby żyć obok siebie. Otworzyłoby to całkiem nowe perspektywy na przyszłość. Nie od dziś znany jest frazes, że zgoda buduje...
– A niezgoda rujnuje – dokończył Frank.
W duchu podzielał opinię Konopnickiego, jednak wśród towarzyszy broni wolał się z nią nie obnosić. W końcu to nikt inny, jak tylko krasnale doprowadziły do eksterminacji osiemdziesięciu procent rodzaju ludzkiego. Były wrogiem numer jeden. Nawet jeśli zrobiły to w imię słusznych z ich punktu widzenia pobudek.
– Kto wie. Może przy współpracy z krasnalami udałoby się skolonizować kosmos – dodał rozmarzonym tonem Konopnicki. – Są od nas o wiele mądrzejsze, a technologia, którą dysponują, jeszcze długo będzie poza naszym zasięgiem. W rezultacie mamy planetę na skraju zagłady, o którą walczą niedobitki obu gatunków. Smutne, ale prawdziwe.
– Niech pan nie histeryzuje – pocieszył go Mikey. – Jak tylko zlikwidujemy pozostałe skrzatowiska, ludzkość odrodzi się na nowo. W dodatku bogatsza o zdobycze techniki tego minimundusa, czy jak mu tam.
– Minimalisa – poprawił posępnie profesor.
Nastała chwila ciszy, zakłócana jedynie chlupotem wody pod nogami wędrujących kanałem kompanów. Frank, chcąc oderwać towarzyszy od zbyt przygnębiających myśli, zmienił temat.
– Jakie mają wierzenia? Religię czy coś w ten deseń. Muszą chyba w coś wierzyć?
– Tak – powiedział z niechęcią w głosie profesor. – Czczą kilku bohaterów, którzy na przestrzeni czasu urośli do rangi bóstw. Tak więc ich cała wiara sprowadza się do dwóch bogów. Jalisa, boga wojny. Krasnoludzkiego herosa, który poprowadził skrzaty do zwycięstwa nad zamieszkującymi wnętrze ziemi demonami. Nie udało mi się konkretnie ustalić, czym były owe demony, jednak z całą pewnością król Jalis istniał i miał duży wkład w ukształtowanie się zarówno religii, jak i całego światopoglądu krasnali. Posiadał kryształowy młot, który po pokonaniu władcy demonów stał się jednym z najpotężniejszych artefaktów. Skrzaty wierzą, iż posiada on magiczną moc. Cokolwiek miałoby to oznaczać. Po wojnie z demonami kryształowy młot podobno zaginął i spoczywa gdzieś w czeluściach naszej planety. Legenda głosi, że krasnal, który go odnajdzie, zapanuje nad całą Ziemią. Zaznaczam, że jest to tylko legenda.
– Podobno w każdej legendzie jest ziarno prawdy – zauważył nieśmiało Mikey, który pomimo swego sceptycyzmu mocno wciągnął się w opowiadaną przez profesora historię.
– Podobno – westchnął Konopnicki. Po czym po krótkiej pauzie podjął przerwany wątek: – Drugim bóstwem jest Balin. Jest to bóg wszystkich rzemieślników, handlarzy, rolników i krasnali trudzących się wydobyciem surowców.
– Górników – podpowiedział szybko Frank.
– Dokładnie – potwierdził Konopnicki. – O ile Jalis odpowiada za toczone przez krasnale konflikty zbrojne, o tyle Balin czczony jest głównie w czasach pokoju. Jest bóstwem, które sprawuje pieczę nad rozwojem całego gatunku. Skrzaty modlą się do niego o bogate plony, obfitość surowców, udane transakcje, a nawet o natchnienie dla artystów i naukowców. Bo i tacy wśród krasnali też się zdarzają – przerwał na chwilę i mocniej ściągnął szelki swojego plecaka. Po chwili kontynuował: – Istnieją jeszcze inne, pomniejsze bóstwa czczone przez krasnale żyjące na powierzchni, jednak moja wiedza na ich temat jest niewielka, jak i na temat samych Powierzchniowców.
– To istnieją krasnale żyjące na powierzchni? – zdziwił się Frank.
– Naturalnie. Skąd inaczej wzięłyby się rozmaite baśnie i legendy na ich temat?
– Ale to wszystko są bzdury wyssane z palca – zaperzył się Frank.
– Pański kolega dopiero co stwierdził, że w każdej baśni czy legendzie znajduje się ziarno prawdy. – Na ten argument Frank nie potrafił znaleźć odpowiedniej riposty. – Żyły i miały się dobrze. Dzikie, prymitywne szczepy, które podobno nawet współpracowały z ludźmi. Informacje o nich są jednak tak mgliste i niepewne, że wolałbym nie wypowiadać się na ich temat. Jak już wspomniałem, jedyne informacje o ich życiu pochodzą z bajek dla dzieci, a to, jak sam pan rozumie, raczej mało wiarygodne źródło. Jedynym pewnikiem jest to, że skrzaty zamieszkujące wnętrze naszej planety żywią silną pogardę dla, jak ich nazywają, Powierzchniowców. Mają ich za swego rodzaju zdrajców i sprzedawczyków. Na pytanie, co skłoniło Powierzchniowców do wyjścia z ich podziemnych domów na światło dzienne, nie umiem odpowiedzieć. Spekuluję, że mogło chodzić o poszukiwanie kryształowego młota króla Jalisa, lecz równie dobrze mogły być to klany, które czymś podpadły ówczesnej władzy i po prostu zostały wypędzone z podziemi. Jednak nie chcę zasypywać panów hipotezami, na poparcie których nie mam żadnych racjonalnych argumentów.
– A jaki panuje u nich ustrój? – zapytał Frank. – Mają tam demokrację, czy też może rządy autorytarne? – Na to pytanie nie otrzymał odpowiedzi, gdyż nagle z głębi korytarza dobiegł głośny szelest.
– Słyszeliście to? – zapytał Mikey.
Frank i Konopnicki skinęli głowami na znak, że oni również usłyszeli podejrzany dźwięk. Odgłos, który narastał z każdą chwilą. Początkowy szelest stopniowo zmienił się w głośny szum.
– Co to może być? – zapytał zaniepokojony Konopnicki.
– Nie mam pojęcia – odparł sucho Frank, przyklękając na jedno kolano.
Był uzbrojony w długą dzidę, którą teraz zdjął z pleców i skierował na sztorc w stronę dochodzących z głębi korytarza odgłosów. Był wściekły, że nie dysponuje bronią krasnali. Była ona jednak wyposażona w system autodestrukcji, który w chwili, gdy jej prawowity właściciel zdecydował, żeby ją zniszczyć, natychmiast się uaktywniał. Było to zabezpieczenie przed przechwyceniem technologii, która z całą pewnością przewyższała umiejętności ludzi. Jeszcze ani jedna sztuka broni skrzatów nie wpadła w ręce ludzkich naukowców. Frank nieraz już wściekał się na spryt i przezorność krasnali. Tak było i tym razem. Jego złość ustąpiła jednak szybko na rzecz koncentracji przed czymś nieznanym, co czaiło się w głębi tunelu. Dobiegające z ciemności odgłosy były coraz głośniejsze. Teraz prócz szmerów słyszeli chlupotanie wody, a także cienkie popiskiwania.
– Szczury – stwierdził ponuro Mikey, który z wycelowaną przed siebie włócznią przyklęknął obok Franka. – Zdaje się, że walą prosto na nas.
– Czy nie rozsądniej będzie usunąć się im z drogi? – zaproponował nieśmiało Konopnicki. – Ubijecie po jednej sztuce, a reszta nas stratuje.
Frank w duchu przyznał profesorowi rację. Czasy, kiedy szczury nie stanowiły żadnego zagrożenia, minęły. Teraz szarżujące stado gryzoni stanowiło śmiertelne niebezpieczeństwo. Faktycznie, nabicie na włócznię po jednej sztuce nie rozwiązywało problemu. Frank szybko zerwał się z miejsca i plecami przylgnął do ściany tunelu. Profesor szybko poszedł w jego ślady. Po chwili wahania również i Mikey stwierdził, że jest to najlepsze rozwiązanie. Nie minęło pół minuty, gdy korytarz został dosłownie zalany falą mokrych, niemiłosiernie cuchnących szczurów. Lawina mokrego futra, łysych łap i ogonów przemknęła tuż obok przylegających do ścian wędrowców. Gryzonie popiskiwały głośno i gryzły się nawzajem, jak gdyby chciały zachęcić się do szybszego biegu. Po chwili stado zniknęło.
– Coś musiało je spłoszyć – powiedział niepewnie Frank, odklejając się od ściany. Jego uniform cuchnął mokrym futrem.
– Co w takim kanale mogło wypłoszyć stado szczurów? – zapytał Mikey, świecąc swoją czołówką w głąb korytarza.
– Nie dowiemy się, jeśli tam nie pójdziemy – odparł Frank, wyciągając włócznię przed siebie. – Cokolwiek by to nie było, musimy być przygotowani na najgorsze. Za mną.
Chwilę potem dotarli do rozwidlenia korytarza. Znaleźli się na niewielkim placyku, z którego oprócz korytarza, którym tu dotarli, odchodziły jeszcze trzy inne. Każdy z nich prowadził w innym kierunku.
– Musimy iść na południe – powiedział Frank, wyjmując z kieszeni munduru mapę. Rozłożył ją i uważnie prześledził trasę ich wędrówki. – Według tego planu nie powinniśmy nigdzie zbaczać. Cały czas musimy podążać na południe.
– Kierunkiem raczej bym się nie przejmował – usłyszał za sobą głos Mikeya. – Bardziej mnie martwi nasze nowe towarzystwo.
Frank natychmiast oderwał wzrok od rozpostartej mapy i rozejrzał się dookoła. Stali pośrodku krzyżujących się korytarzy, natomiast w każdej z odnóg majaczyły niewyraźne sylwetki intruzów. Nagle zapłonęły pochodnie. Każda nie większa od zapałki, jednak dające dużo światła. Dopiero teraz Frank mógł dokładnie przyjrzeć się obcym. Nie wiedział, czy się cieszyć z ich obecności, czy wręcz przeciwnie. W każdej z odnóg czaił się olbrzymi skorpion. Były wielkości dużego szczura, jeśli nie większe. Jednak to nie skorpiony zrobiły na Franku największe wrażenie. Na każdym z nich, na misternie wykonanym siodle, zasiadał krasnal. Skrzaty jedną ręką trzymały uprząż, za pomocą której kierowały swymi nietypowymi wierzchowcami. W drugiej dłoni każdy z nich dzierżył pokaźnych rozmiarów dwururkę. Broń na pierwszy rzut oka przypominała prymitywne obrzyny, jednak Frank wiedział, że technologia skrzatów w tej dziedzinie o wiele przewyższa ludzką. Te zwyczajnie wyglądające obrzyny mogły wywołać o wiele większe szkody niż ich odpowiedniki wykonane ręką człowieka. Frank szybko skalkulował, że z dwoma dzidami przeciwko trzem obrzynom mają raczej niewielkie szanse. Nie wiedział, na co stać nerwowo przebierające odnóżami skorpiony. Postanowił więc zachowywać się przyjaźnie.
– Cześć – wydukał nieśmiało. – Ale nas wystraszyliście. Już myślałem, że to jacyś ludzie.
Próba zagajenia wyszła dość nienaturalnie i spełzła na niczym. Dosiadające skorpionów krasnale w odpowiedzi jedynie popatrzyły po sobie z zaciekawieniem. Żaden z jeźdźców nie odezwał się ani słowem. Trójka skrzatów w milczeniu przyglądała się stojącym na środku skrzyżowania przybyszom. Coraz więcej krasnali wyłaniało się z bocznych tuneli. Trzymały w dłoniach pochodnie i najróżniejszą broń. Od karabinów począwszy, na zwykłych nożach i maczetach kończąc. Nowo przybyli nie posiadali jednak rumaków w postaci groźnie wyglądających skorpionów.
– Chyba nie są zbyt przyjaźnie nastawieni – powiedział szeptem Mikey.
– Dlaczego nie? – zapytał powątpiewająco Frank. – Przecież jesteśmy tacy jak oni.
– Oni chyba przeczuwają, że coś jest nie tak.
Rozmowę przyjaciół przerwał donośny gwizd jednego z jeźdźców. Pajęczaki niespokojnie się poruszyły i groźnie uniosły w górę odwłoki.
– Brać ich! – zakomenderował jeden z jeźdźców.
Chmara tłoczących się w korytarzach skrzatów z dzikim wrzaskiem rzuciła się na trójkę nieszczęśników.
– Nie stawiajcie oporu, to może nas nie zabiją – zdążył jeszcze powiedzieć Frank, po czym otrzymał silne uderzenie w tył głowy. Otaczający go świat w jednej chwili zasnuł się mgłą, poprzez którą usłyszał pełne przerażenia krzyki Konopnickiego.
Rozdział 7Ghultown
Piątka wędrowców płasko przywarła do szczytu wydmy. Każdy trzymał w dłoniach lornetkę i w napięciu obserwował rozgrywającą się w dole scenę. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, gdy u podnóża wydmy rozgrywał się krwawy spektakl. Grupa krasnali dosiadająca objuczonych pustynnych skarabeuszy walczyła na śmierć i życie z atakującą ich z powietrza chmarą ścierwojadów. Krasnale miały broń, którą co jakiś czas udawało im się zestrzelić którąś z latających nad nimi kreatur. Lolo dostrzegł dwa karabinki typu V, jeden miotacz X, a nawet niewielką wyrzutnię rakiet Alfa. Atakujące z powietrza potwory były jednak zbyt liczne, by zaatakowana karawana mogła zwycięsko wyjść z opresji. Ścierwojady szybowały wysoko, dzięki czemu znajdowały się poza zasięgiem broni skrzatów. Co jakiś czas, jakby na umówiony sygnał, kilka z nich pikowało w dół i porywało pojedynczych członków karawany. Spłoszone skarabeusze kręciły się w kółko, gubiąc sprzęt i towary, którymi były objuczone. Co jakiś czas rozlegał się przeraźliwy wrzask nieszczęśnika, którego porwał któryś ze ścierwojadów. Kilka bestii leżało martwych na ziemi, jednak wciąż przeważająca ich liczba kołowała wysoko ponad głowami krasnali. Obrońcy dzielnie stawiali opór, jednak ich liczba z każdą minutą topniała. Na jednego zabitego ścierwojada przypadały przynajmniej dwa porwane krasnale. Zbyt mała ilość broni, jaką dysponowali członkowie karawany, nie pozwalała skutecznie odeprzeć wciąż wściekle atakujących ptaków.
Lolo ze zgrozą obserwował rozgrywającą się w dole scenę. Z jednej strony pragnął pomóc nieszczęśnikom, z drugiej jednak nie chciał narażać misji na niebezpieczeństwo. Priorytetem było bezpieczne dotarcie do Miasta Ludzi i zniszczenie maszyny. Nie wiadomo, jak długo jeszcze zastanawiałby się nad tym dylematem, gdyby nie zdecydowany głos Wassa, który wytrącił go z zamyślenia.
– Panowie! – wycedził przez zęby pułkownik. – Czas oddzielić chłopców od mężczyzn. Który z was ma jaja, zapraszam za mną.
Chwycił swój karabin i biegiem ruszył w dół. Pozostałe na wydmie skrzaty spojrzały po sobie niepewnie. Prawdopodobnie nie tylko Lolo miał wątpliwości co do narażenia misji w przypadkowej utarczce na pustyni. Jednak, jako że nikt nie chciał wyjść na tchórza, każdy sięgnął po broń i biegiem popędził za pułkownikiem. Dobiegłszy do miotającej się karawany, otoczyli ją luźnym pierścieniem, po czym rozpoczęli ostrzał wciąż atakujących ścierwojadów. Szanse nieco się wyrównały. Zaskoczone bestie na moment odpuściły, zaś obrońcy spostrzegłszy, że pojawiła się nieoczekiwana pomoc, jeszcze zacieklej zaczęli pruć do kołujących w górze potworów. Lolo wycelował do pikującego właśnie ścierwojada i wystrzelił wiązkę promieni V. Laser zamienił ptaka w kulę ognia, która runęła pomiędzy wierzgające dziko skarabeusze. Również pozostali członkowie drużyny nie szczędzili amunicji, starając się odeprzeć przeciwnika. Coraz więcej płonących potworów spadało na ziemię, gdzie członkowie karawany szybko dobijali je maczetami lub szerokimi, zakrzywionymi szablami. Wirujące w górze ptaszyska zrozumiały, że dzieje się coś nieoczekiwanego i należy przypuścić jeden, potężny, zmasowany atak. Utworzyły klucz złożony z kilkunastu osobników i niczym czarny tajfun zaczęły szykować się do ostatecznego natarcia. Widząc to, członkowie karawany rzucili się do ucieczki, pozostawiając swój dobytek i skarabeusze ich własnemu losowi. Buff również zerwał się do ucieczki, jednak powstrzymał go donośny krzyk Wassa. Poprzez jazgot ścierwojadów, dzikie brzęczenie przerażonych skarabeuszy i wrzaski innych skrzatów, Lolo nie mógł dosłyszeć, co krzyczał Wass. Dopiero gdy zobaczył, co szykuje pułkownik, szybko zrozumiał jego plan i również sięgnął do plecaka i wyszarpnął z niego miotacz płomieni. Poprzez dym palących się szczątków zobaczył, że Duży Bubu ze swoim miotaczem wdrapuje się na jednego ze skarabeuszy i z kamienną twarzą czeka na moment, aż pikujące w dół ptaszyska znajdą się w polu rażenia. Ping, Lolo i Buff poszli za przykładem pułkownika i Dużego Bubu. Stanęli na chitynowych pancerzach skarabeuszy, ściskając w dłoniach gotowy do użycia miotacz.
Dystans pomiędzy ścierwojadami a drużyną zmniejszał się błyskawicznie. Czekano na znak najbardziej doświadczonego Wassa. Dopiero gdy potwory były zaledwie dwa metry od swoich potencjalnych ofiar, pułkownik krzyknął coś głośno, co Lolo zinterpretował jako sygnał do ataku. Wymierzył w paszczę najbliżej nadlatującej bestii. Miotacz zasyczał głośno, po czym z jego lufy wystrzelił gejzer płynnego ognia. Również z broni jego kompanów wystrzeliły podobne wulkany płomieni. Spadające potwory w jednej chwili zamieniły się w grad płonących meteorytów. Ogień błyskawicznie przenosił się z jednych stworów na drugie, zaś pęd powietrza jeszcze bardziej rozniecał płomienie. Po chwili chmara ścierwojadów zamieniła się w kule ognia. Obrońcy karawany strzelali w tym czasie do tych potworów, którym udało się uniknąć płomieni. Zaskoczone i zdezorientowane ptaszyska w panice zaczęły wzbijać się w powietrze. Jednak było już za późno. Ogień momentalnie pożerał ich pióra, co powodowało, iż na ziemię spadały jedynie nagie i dymiące szczątki.
Gryzący dym otulił szarą kurtyną całą karawanę. Lolo szybko tracił widoczność. W pewnym momencie widział już tylko kłęby dymu i błyski ognia. Spłoszony skarabeusz, na którym stał, nagle zerwał się do galopu, rozrzucając dookoła przytroczony do niego ekwipunek i towary. Lolo zręcznie zeskoczył z żuka i miękko wylądował na piasku, tuż obok dopalających się szczątków ścierwojada. Stracił orientację w terenie. Poprzez zasłonę z dymu i płomieni nie mógł dostrzec ani swoich towarzyszy, ani atakujących z powietrza napastników. Z dobiegających go odgłosów wywnioskował, że bitwa się skończyła, a oni byli stroną, która odniosła zwycięstwo. Stres, zmęczenie, a także swąd palonych piór ścierwojadów oszołomiły Lola i stracił przytomność. Odpłynął w miękki niebyt.
***
Obudził go chłód. Okazało się, że rzeczywiście o ile dni na pustyni były piekielnie gorące, to noce zabójczo chłodne. Drżał na całym ciele, pomimo termicznej otuliny, którą ktoś go przykrył. Lolo usiadł i jeszcze nieco zamglonym wzrokiem rozejrzał się dookoła. Księżyc był już wysoko. Srebrzysta tarcza tkwiła na czarnym niebie, obserwując wszystko z obojętnością. Drugim źródłem światła było żarzące się ognisko, w którym Lolo rozpoznał zebrane na kupę i tlące się jeszcze szczątki ścierwojadów. Dookoła krzątały się nieznane mu skrzaty. Część z nich karmiła wystraszone skarabeusze, część zbierała porozrzucany wszędzie sprzęt i ekwipunek. Ze swoich towarzyszy Lolo dostrzegł jedynie leżącego obok Dużego Bubu, którego lewa noga tkwiła w prymitywnym stelażu, wykonanym z drutu i kilku kawałków drewna. Widząc, że Lolo się przebudził, olbrzym uśmiechnął się do niego porozumiewawczo, po czym skierował wzrok gdzieś w okolice ogniska. Lolo podążył za spojrzeniem kolegi i dostrzegł stojącego nieopodal Wassa rozmawiającego z jednym z członków karawany.
– Gdzie są Ping i Buff? – spytał nieco zachrypniętym głosem.
Duży Bubu wskazał kciukiem na drugi koniec rozbitego naprędce obozowiska. Okazało się, że Ping i Buff uczą się dosiadać skarabeuszy. Te, gdy tylko któremuś z krasnali udało się na nich usadowić, natychmiast ich z siebie zrzucały. Wokół zebrała się niewielka grupka skrzatów z karawany, którzy dawali stosowne rady, jak utrzymać się na grzbiecie niesfornego chrząszcza, zaś w chwili, gdy któryś z członków drużyny lądował na ziemi, grupka wybuchała gromkim śmiechem.
Dopiero teraz Lolo dostrzegł, że skrzaty z karawany nie mają na sobie klasycznych ubrań, a jedynie długie, zwiewne opończe. Wszystkie białe. Głowy mieli owinięte jasnymi chustami, zaś na stopach zamiast klasycznego obuwia nosili skórzane sandały. Lolo nie potrzebował światła dziennego, by stwierdzić, że skóra skrzatów jest ciemniejsza niż jego i jego towarzyszy. Mieli długie, czarne i połyskujące w świetle księżyca brody, które zaplatali w fantazyjne kompozycje. Od warkoczy począwszy, na dredach skończywszy. Jeden z nich, widząc, że Lolo doszedł już do siebie i się przebudził, podszedł do niego i wręczył mu dziwnie wyglądający zielony owoc. Miał twardą skórę pokrytą małymi włoskami. Obcy uśmiechnął się szeroko i na migi pokazał, że śmiało można spożyć ten, zdaniem Lola dość niezwykły, posiłek. Lolo obracał w dłoniach dziwaczną kulę, nie bardzo wiedząc, jak się do niej zabrać. Przyszedł mu z pomocą Duży Bubu. Wziął owoc i odgryzł spory kawałek.
– Nie boisz się, że może być trujący albo toksyczny?
– Mhm – odparł swoim zwyczajem Bubu, ocierając rękawem usta z soku, który obficie ściekał mu po brodzie. Oddał nadgryziony owoc Lolowi, który również go spróbował. Okazało się, że smakuje wyśmienicie. Miał co prawda sporo pestek, lecz słodycz, która eksplodowała mu w ustach, z nadwyżką nagradzała tę drobną niedogodność.
– Smakuje ci? – Lolo rozpoznał głos pułkownika. – To pustynny agrest. Powierzchniowcy go hodują. Owoce rosną na krzewach, które prawie wcale nie mają liści, za to aż w nadmiarze uzbrojone są w długie, trujące kolce. Zbieranie tych owoców to nie lada sztuka, ale jak widzisz, warto.
– To... – zaczął Lolo, przełykając kolejny kęs agrestu. – To są Powierzchniowcy?
– Tak – wzruszył ramionami Wass, siadając obok kapitana. – Gildia kupców. Zwróć uwagę, że każdy z nich ma wytatuowany przy prawym oku symbol określający jego przynależność kastową. Pionowa linia przekreślająca literę "S". Im więcej wytatuowanych linii na tle eski, tym członek gildii zajmuje wyższą pozycję w jej hierarchii. Przywódca ma aż dwie kreski, co stawia go dość wysoko w ich hierarchii.
– Co oznacza to "S"?
– Nie mam pojęcia, ale z tego, co się orientuję, to chyba jakiś dawny symbol określający środki płatnicze, którymi posługują się ludzie.
– To oni mają konszachty z ludźmi? – Ta wiadomość zaskoczyła Lola.
– To Powierzchniowcy – odparł lekceważąco Wass. – Czego się spodziewałeś? W dodatku handlarze. Żeby żyć, muszą coś sprzedać lub kupić. Nie wybrzydzają w klientach. Ważne, żeby zarobić. Podejrzewam, że jeśli mutanci byliby zdolni do wymiany handlowej, to gildia kupców nawet z nimi nawiązałaby szybką współpracę.
– Sprzymierzyli się z ludźmi – powiedział z obrzydzeniem Lolo. – Są zdrajcami.
– Po prostu taką mają pracę i sposób na przetrwanie. Nie są niczyimi sprzymierzeńcami.
– Ale jak można...
– Uspokój się –przerwał chłodno pułkownik. – Przebywając poza bunkrem, dowiesz się jeszcze wielu rzeczy na temat nas i ludzi. Wiele z nich może ci się nie spodobać, ale tak czy inaczej i tak w końcu będziesz musiał je zaakceptować. Wojna to nie tylko codzienne gapienie się w peryskop i raporty na temat tego, co się zobaczyło. Sam się wkrótce o tym przekonasz.
– Nie podoba mi się ta gildia –wycedził ponuro Lolo, wodząc wzrokiem za krzątającymi się po obozie Powierzchniowcami. Nie podobało mu się również to, że Ping i Buff tak szybko zaprzyjaźnili się z członkami gildii kupców.
– Wcale nie muszą ci się podobać – wzruszył ramionami Wass. – Ciesz się, że nie trafiliśmy na gildię łowców albo, co gorsza, okultystów.
– To takie też są? – spytał z niedowierzaniem w głosie Lolo.
– Są. I jeszcze wiele innych. Nie będę ci ich wymieniał, bo nie ma to teraz najmniejszego sensu. Najważniejsze jest to, że udało mi się dogadać z ich naczelnikiem. Za naszą pomoc i eskortowanie ich do Ghultown każdemu z nas da po jednym pustynnym skarabeuszu. Jak widzisz, to dobry środek transportu i dzięki nim będziemy mogli zabrać ze sobą więcej zapasów na drogę. To z kolei spowoduje, że nie będziemy musieli często się zatrzymywać, aby uzupełnić prowiant lub amunicję, o ile zaszłaby taka potrzeba. Ponadto jeden z twoich kolegów doznał poważnej kontuzji nogi i nie wiem, czy da radę iść dalej o własnych siłach. Skarabeusz bez problemu doniesie go do Ghultown. Jest szansa, że w mieście znajdzie się ktoś, kto będzie potrafił go wyleczyć. – Lolo zerknął na tkwiącą w prymitywnych łubkach nogę Dużego Bubu. – Jeden z gildii kupców opatrzył mu ją z grubsza. Potrzebna będzie jednak interwencja medyka z krwi i kości. W najgorszym wypadku udamy się do jakiegoś okultysty.
Lolo słuchał Wassa z mieszanymi uczuciami. Zewnętrzny świat, czyli powierzchnia planety, okazała się miejscem zamieszkanym i niezwykle interesującym. Powierzchniowcy, rozmaite gildie, handel, który kwitł w najlepsze, i to z ludźmi. Przebywając nadal w bunkrze, nigdy nie miałby okazji spotkać tych dziwacznych skrzatów, które przystosowały się do życia na powierzchni i nie robiło im najmniejszej różnicy, czy prowadzą interesy z krasnalami, czy z ludźmi. Wojna była jak gdyby obok nich.
– Daleko jest to Ghultown? Domyślam się, że to jakieś miasto Powierzchniowców?
– Miasto to za dużo powiedziane – odparł pułkownik. – Raczej osada. Ale zawsze mają coś na handel. Śmiało będziemy mogli uzupełnić zapasy żywności, amunicji i wody. Znajduje się dzień drogi stąd. Dzień nadłożymy, ale zyskamy wierzchowce i uzupełnimy prowiant i amunicję.
– No i wyleczymy nogę Dużego – Lolo spojrzał na wielkiego skrzata, który z wdzięcznością odwzajemnił spojrzenie.
– Miejmy nadzieję, że będzie tam jakiś medyk – powiedział Wass. – Aha, tak przy okazji. Zawczasu chcę cię uprzedzić, że mieszkańcy Ghultown nie są typowymi skrzatami, z jakimi miałeś dotychczas do czynienia.
– Nie są? – niemal krzyknął Lolo. – Ci tutaj nie są. Niech pan tylko popatrzy na te ich śmieszne wdzianka albo kolor skóry. A te ich brody...
– Ucisz się! – warknął groźnie Wass. – Będziesz musiał jeszcze wiele się nauczyć o Powierzchniowcach. Powiem tak, ci tutaj przy mieszkańcach Ghultown to są normalnie zbudowani i myślący krasnale. Mówię ci to po to, byś po przekroczeniu granic Ghultown nie zaczął świrować i strzelać do wszystkiego, co się rusza. Pamiętaj, że istoty, które tam spotkamy, są takie same jak my, tyle tylko, że od dłuższego czasu były narażone na promieniowanie. To właśnie radioaktywne promienie zrobiły z nimi to... – Wass na sekundę zawiesił głos, chcąc znaleźć odpowiednie słowo określające mieszkańców Ghultown. Ponieważ jednak mu się to nie udało, zrezygnował i zakończył: – Zresztą sam wkrótce zobaczysz. W każdym bądź razie, łapy precz od karabinku. Jasne? Ostatnie, czego nam potrzeba, to masakra w Ghultown. Obiecujesz, że się powstrzymasz?
– Spokojnie – odparł nieco obruszonym głosem Lolo. – Nie jestem dzieckiem.
– To się jeszcze okaże – odparł z rezerwą w głosie Wass, po czym wstał z miejsca i ruszył w stronę ogniska.
***
Nad ranem kupcy zaczęli przygotowywać się do dalszej drogi. Tlące się jeszcze ognisko przysypano piaskiem. Sprawnie oporządzono skarabeusze. Naczelnik karawany wydał kilka poleceń, po czym wszyscy ruszyli naprzód. Początkowo Lolo obawiał się, że podróżowanie na grzbiecie wielkiego żuka będzie trudne i przy tym niebezpieczne, jednak okazało się, że handlarze mają sposób na używanie tego środka lokomocji. Do grzbietu każdego skarabeusza przymocowano lekki stelaż, na którym rozpięto coś w postaci hamaka. Dzięki temu dosiadający żuka podróżnik nie był skazany na bezustanne zsuwanie się ze śliskiego chitynowego pancerza. Mógł natomiast wygodnie umościć się wewnątrz zawieszonego na stelażu hamaka. Podczas wędrówki hamakiem nieco kołysało, jednak Lolo szybko przyzwyczaił się do tego nietypowego środka transportu.
Kupcy rozmawiali na tematy związane z ich profesją. Mówili znanym wszystkim skrzatom językiem, chociaż Lolo zauważył w nim dziwny, śpiewny akcent. Lolo był nieco znużony, więc większość mozolnej wędrówki na skarabeuszu przespał. Ping ciągle zadawał pytania jednemu z członków karawany. Buff nie odzywał się wcale. Od strony hamaka, w którym leżał Duży Bubu, prawie przez cały czas dochodziło głośne chrapanie. Wass jechał na grzbiecie skarabeusza i podobnie jak naczelnik karawany nie korzystał z rozpostartego na stelażu hamaka.
Słońce minęło już swój najwyższy punkt, gdy karawana zatrzymała się nagle. Lolo wybudził się z drzemki. Przetarł oczy i rozejrzał się dookoła. Stali na wysokiej wydmie, zaś w dole, pod nimi, rozpościerał się olbrzymi kanion. Droga łagodnie prowadziła prosto na dno rozpadliny. W miejscu, gdzie powstał kanion, tysiące lat temu skorupa ziemska musiała pęknąć i rozdzielić się na dwie części, co w rezultacie utworzyło ten niezwykły twór tektoniczny. Ściany rozpadliny były rudawo-złociste i poznaczone licznymi szczelinami, dziurami i wnękami, które, jak domyślał się Lolo, zamieszkiwali mieszkańcy Ghultown. Po chwili karawana ruszyła naprzód. Kiedy już wszystkie skarabeusze znalazły się na dnie kanionu, nie wiadomo skąd pojawiły się dwie postacie, które zagrodziły drogę najstarszemu z gildii kupców. Skrzaty były smukłe i wysokie, owinięte w brudne szmaty i bandaże, przez co Lolo nie mógł dostrzec ich twarzy. Dodatkowo było to utrudnione przez okrągłe okulary przeciwsłoneczne z owiewkami, chroniącymi oczy przed niesionym przez wiatr piaskiem. Każdy ze strażników uzbrojony był w długi karabinek snajperski typu V, z celownikiem optycznym tak dużym, że śmiało mógłby konkurować z peryskopem, którym na co dzień posługiwał się Lolo. Kapitan szybko wysunął się z hamaka i podszedł do rozmawiających ze strażnikami naczelnika i pułkownika Wassa. Ping poszedł w ślady kolegi. Zgodnie z wcześniejszymi zaleceniami pułkownika broń miał schowaną w plecaku. Wass nie życzył sobie, aby wyglądali podejrzanie albo wręcz groźnie.
– Jaki jest cel waszej wizyty w Ghultown? – zapytał jeden z zamaskowanych strażników stłumionym przez bandaże głosem.
– Tradycyjnie – uśmiechnął się naczelnik karawany. – Przyjechaliśmy do was, aby trochę pohandlować. Zasięgnąć informacji z frontu i jak zwykle uzupełnić nieco zapasy.
Spojrzenie strażnika przeniosło się z naczelnika na Wassa.
– A ten, to co za jeden? – zapytał, wskazując końcem karabinu pułkownika. – Nie wygląda na członka gildii kupieckiej. Nie ma tatuaży ani nie nosi galabii.
– To żołnierz – rzucił jakby od niechcenia naczelnik karawany. – Udzielił nam pomocy i eskorty.
– Nazywam się Wass – przerwał mu pułkownik. – Jestem żołnierzem z pobliskiego bunkra. Obecnie jesteśmy w trakcie rutynowego obchodu terenu. Mamy rannego. Czy macie w mieście medyka?
– Obchodu terenu? – w głosie strażnika dało się wyczuć powątpiewanie. – Wy, z bunkra, nieczęsto zapuszczacie się aż tutaj.
– Zgadza się – odparł miękko pułkownik. – Zgodziliśmy się pomóc w eskorcie karawany. Zostali zaatakowani przez stado ścierwojadów. Szlak do Ghultown stał się niebezpieczny. Jeśli mi nie wierzysz, zapytaj naczelnika.
– Tak, tak – potwierdził z zapałem naczelnik karawany. – Pomogli nam w walce z tymi potworami i obiecali pomóc w dotarciu do Ghultown.
Po tych słowach obaj strażnicy odeszli na bok i przez krótką chwilę rozmawiali podniesionymi głosami. Lolo na wszelki wypadek zsunął plecak i powoli sięgnął do przegrody, gdzie miał ukrytą broń. Wass dostrzegł to kątem oka i natychmiast dał mu znać, by nie robił nic na własną rękę. Tymczasem narada strażników dobiegła końca. Znowu niespiesznie podeszli do naczelnika i jeden z nich zapytał:
– Macie broń?
– Tylko do ochrony karawany w czasie podróży – oznajmił naczelnik, szeroko rozkładając ręce.
– A ci tutaj? – strażnik wskazał karabinem Wassa, Lola i Pinga.
– To żołnierze – wzruszył ramionami naczelnik. – Naturalnie, że posiadają broń.
Po tych słowach jeden z zamaskowanych wartowników podszedł do skarabeusza, na którym siedział Wass.
– Możesz zejść? – zapytał niskim głosem.
Ku zdziwieniu Lola pułkownik bez słowa sprzeciwu wykonał polecenie Powierzchniowca. Szybko zsunął się z grzbietu żuka, po czym wyprostował się przed stojącym strażnikiem. Lolowi zdawało się, że Wass stara się przewiercić wzrokiem ciemne okulary wartownika. Oba skrzaty wpatrywały się w siebie przez jakiś czas. Pułkownik nawet na sekundę nie spuścił wzroku, choć prawdopodobnie nawet nie miał pewności, czy stojący naprzeciwko niego wartownik wpatruje się właśnie w niego, czy jego wzrok wędruje gdzieś obok.
– Nie będziecie robili żadnych problemów, prawda? – zapytał w końcu strażnik.
– Jesteśmy tu gośćmi i mamy zamiar uszanować wasze zwyczaje. Kłopoty to ostatnia rzecz, jakiej możecie spodziewać się po mnie i moich chłopakach.
– W takim razie witamy w Ghultown – powiedział jednym tchem wartownik, po czym obaj strażnicy rozstąpili się na boki, dając tym samym znak, by karawana ruszyła dalej.
Skarabeusz naczelnika niespiesznie ruszył z miejsca, a w ślad za nim podążyły kolejne. Lolo szedł za Wassem. Za nim podążał Ping. W miejscu takim jak to wolał być blisko pułkownika. Po chwili karawana znalazła się na dnie kanionu. Niebo ponad nimi stało się teraz jedynie wąskim niebieskim paskiem. Wysokie na kilkadziesiąt metrów ściany kanionu nawet w tak upalny dzień dawały zbawienny cień i pożądany chłód.
Lolo ciekawie rozglądał się na wszystkie strony. Po raz pierwszy miał okazję zobaczyć na własne oczy, jak wyglądają i mieszkają skrzaty, które nie żyją ukryte głęboko pod ziemią. Na dnie kanionu powbijano cienkie tyczki, na których rozciągnięto wielkie płachty brezentu. Tworzyły prymitywne zadaszenie, chroniące przed słońcem, które w czasie swej wędrówki po nieboskłonie zapewne zaglądało nawet tutaj. Pod tym zadaszeniem Lolo zobaczył najróżniejsze kramy, sklepy i punkty usługowe. Powyżej tego wszystkiego, w ścianach kanionu, Lolo dostrzegł liczne jamy, nory i tunele. Zagadką pozostawało, czy są to zagłębienia wykonane przez naturę, czy też zostały wykute przez mieszkańców Ghultown. Z wielu z nich zwisały sznurowe drabinki, inne były zamocowane ponad dnem kanionu, tworząc chybotliwe mosty pomiędzy ścianami. O ile architektura Ghultown zrobiła na Lolu dość duże wrażenie, to mieszkańcy – wręcz piorunujące. Wass ostrzegał, że są to skrzaty, które uległy promieniowaniu radioaktywnemu. Lolo był przygotowany na rozmaite możliwości, jednak nie na to, co zobaczył. Mieszkańcy Ghultown w niczym nie przypominali klasycznych krasnali. Tym, co przede wszystkim różniło ich od mieszkańców bunkra, był brunatno-zielonkawy kolor skóry. Większość nie nosiła ubrań. W przeciwieństwie do w całości zakutanych strażników, mieszkańcy Ghultown nosili jedynie skąpe przepaski biodrowe, które były tak podarte i brudne, że równie dobrze mogliby chodzić nago. Jednak to nie strój i kolor skóry zrobił na Lolu największe wrażenie. Szokujący był ich wygląd. Czyli to, co uczyniło z nimi promieniowanie. Wielu posiadało dodatkowe kończyny albo nie posiadało ich wcale. Zdarzali się tacy, którzy mieli dodatkowe pary oczu bądź nie mieli ich wcale, a w miejscach oczodołów ziały jedynie czarne dziury. Zdarzali się osobnicy z wielkimi lub też z groteskowo maleńkimi głowami. Szpiczaste uszy, długie kły, brak owłosienia, nienaturalnie długie bądź krótkie kończyny były tutaj normą. Mieszkańcy Ghultown przedstawiali widok tyleż smutny, co groteskowy. Dopiero tutaj Lolo dostrzegł prawdziwe okrucieństwo, jakie spowodowała toczona z ludźmi wojna. Mieszkając bezpiecznie głęboko pod powierzchnią ziemi, nie zdawał sobie dotychczas sprawy, że mogą żyć na powierzchni jemu podobni, w tak okrutny sposób doświadczeni krasnale.
Lolo szedł oszołomiony, nie bardzo wiedząc, co myśleć zarówno o mieszkańcach Ghultown, jak i o całej wojnie w ogóle. Gdy karawana niespiesznie sunęła dnem wąwozu, mieszkańcy Ghultown zaprzestawali swych codziennych czynności i z zaciekawieniem przyglądali się przyjezdnym. Trwało to jednak tylko chwilę. Obejrzawszy przybyszów, szybko powracali do przerwanych czynności: uprawy miniaturowych ogródków, handlu przy prymitywnych straganach, czy choćby sprzeczki i bójki, których Lolo dostrzegł kilka, idąc głównym traktem Ghultown.
– Tutaj nasze drogi się rozchodzą, przyjaciele – powiedział naczelnik karawany. – Gildia kupców jest wam dozgonnie wdzięczna za okazanie bezinteresownej pomocy. Jako wyraz wdzięczności przyjmijcie od nas pięć skarabeuszy oraz glejt polecający. Gdziekolwiek się znajdziecie, zwróćcie się z nim do naczelnika lokalnej gildii kupieckiej, a z pewnością udzieli wam pomocy lub schronienia, jeśli takowego będziecie akurat potrzebowali – to mówiąc, wręczył Wassowi zwój pergaminu, ostemplowany wielką, grubą pieczęcią.
– A wy, gdzie teraz się udajecie? – zainteresował się Lolo.
– Jesteśmy kupcami – uśmiechnął się naczelnik. – Idziemy na najbliższy bazar. Handel to nasze powołanie. Życzę powodzenia. Bądźcie zdrowi – machnięciem ręki pożegnał się z Wassem i stojącymi z boku Lolem i Pingiem.
Karawana niespiesznie skręciła w jeden z zaułków, które przecinały ścianę kanionu, po czym po chwili zniknęła im z oczu. Na środku pozostało tylko pięć podarowanych skarabeuszy. Na jednym z nich wciąż w najlepsze spał Buff, na drugim ciekawie rozglądał się dookoła Duży Bubu.
– Co teraz, panie pułkowniku? – zapytał niepewnie Ping, patrząc na twarze mijających ich przechodniów.
– Znajdziemy jakiś kąt, gdzie się pożywimy, prześpimy, a jutro z samego rana ruszamy w dalszą drogę.
Wass chwycił za lejce najbliższego skarabeusza i ruszył w dół kanionu. Nie przeszli jeszcze pięciu metrów, gdy jak spod ziemi wyłonił się niezwykle ruchliwy tubylec, który ochoczo zaczął zagajać Wassa i idących obok Lola z Pingiem. Ghultownczyk miał nieprawdopodobnie długie uszy i wielką czaszkę. Również jego kończyny były nieproporcjonalnie długie w stosunku do reszty ciała.
– Witam przyjezdnych – zagaił świszczącym głosem.
Lolo miał ochotę na nawiązanie kontaktu z miejscowym, ponieważ jednak pułkownik nie odpowiadał na zaczepki, on również milczał.
– Widzę, że idziecie z daleka. Piękne skarabeusze. Może są na sprzedaż? Znam kogoś, kto chętnie je od was odkupi, po bardzo dobrej cenie.
– Nie są na sprzedaż – odpowiedział krótko Wass, nie zaszczycając autochtona nawet spojrzeniem.
– W takim razie, może sami chcecie coś kupić? – kontynuował niezrażony tubylec. – Mamy tu wszystko. Alkohol, halucynogeny, a nawet coś ekstra z przemytu.
"Coś ekstra z przemytu" Lolo zinterpretował jako broń. Na razie wolał jednak w towarzystwie natręta nie zadawać żadnych pytań pułkownikowi.
– Dlaczego to miejsce nazywa się Ghultown? – zapytał Ping.
Wass obrzucił informatyka wściekłym spojrzeniem, jednak ten go zignorował.
– Rozejrzyj się dookoła – rozpromienił się tubylec, szczęśliwy, że ktoś wreszcie postanowił do niego zagadać. – Jak okiem sięgnąć, same ghule. Chociaż tak między nami... – tubylec ściszył głos do konspiracyjnego szeptu. – ...bardzo nie lubimy tego określenia. Paradoksalnie tak właśnie nazywa się nasza osada. Ghultown. Z której to nazwy wszyscy mieszkańcy są dumni jak cholera. Dziwne, co?
– A ty, jak się nazywasz? – włączył się do rozmowy Lolo.
– Mówcie mi Dex – przedstawił się tubylec, po czym pokłonił się nisko.
– Panie kapitanie! – nagle dał się słyszeć surowy głos pułkownika. – Proszę nie wdawać się w konszachty z miejscową ludnością. Jak sam pan usłyszał, to są tylko ghule, po których nigdy nie wiadomo, czego można się spodziewać.
– Ja jestem Lolo, a to Ping – przedstawił się Lolo. – Ten naburmuszony z przodu to pułkownik Wass. Zaś na żukach jadą Buff i Duży Bubu.
Na dźwięk swojego imienia Bubu nieznacznie wychylił się ze swojego hamaka i pomachał ręką do skaczącego obok ghula. Wass tymczasem zatrzymał się i groźnym wzrokiem zmierzył Lola.
– Panie kapitanie! Przypominam, że nie jest pan na wycieczce krajoznawczej, lecz na froncie. Natychmiast proszę zaprzestać...
– Wiem już, czego wam trzeba – wszedł mu w słowo Dex. – Kąpiel, dobra kolacja i kufel zimnego piwa. Znam odpowiednie miejsce. Dodatkowo mają tam jeszcze wygodne łóżka i zagrodę, gdzie zaopiekują się waszymi wierzchowcami.
Wass już miał rzucić jakąś złośliwą uwagę pod adresem naprzykrzającego się ghula, usłyszawszy jednak o miejscu, za którym właśnie się rozglądał, postanowił odpuścić i już bardziej łagodnym tonem powiedział, wzdychając z rezygnacją:
– No dobra. Gdzie to jest?
– Chętnie zaprowadzę – rozpromienił się Dex, odsłaniając rzędy żółtych, nierównych kłów. – Za mną.
Karczma rzeczywiście znajdowała się niedaleko. Po niecałym kwadransie znaleźli się pod baldachimem, do którego przyczepiony był przerdzewiały, blaszany szyld. "U Toniego" – głosiły wyblakłe litery, zaś nierówno wymalowana strzałka kierowała do wykutego w skale mrocznego wejścia. Obok niego mieściła się niewielka zagroda, w której stał już jeden skarabeusz i dwie ogromne pustynne mrówki. Wszystkie zwierzęta były uwiązane i przy każdym z nich stał paśnik i pełne wody korytko.
– Poczekajcie tu na mnie – powiedział Wass, wręczając Lolowi lejce swojego skarabeusza. Następnie pewnym krokiem przekroczył próg gospody.
– Nerwowy ten wasz pułkowniczek – zauważył Dex, gdy tylko Wass zniknął w mroku karczmy. – Zawsze taki jest, czy tylko dzisiaj?
– Jesteśmy żołnierzami – powiedział Ping. – Musimy być nieufni.
Tymczasem obudził się Buff. Rozejrzawszy się dookoła i stwierdziwszy, że otaczają go dość niezwykłe kreatury, szybko wyskoczył z hamaka i podbiegł do stojącej przed karczmą trójki.
– Co my tu robimy? Gdzie jesteśmy? Dlaczego zadajecie się z ghulami?
– Jakbyś tyle nie spał, tobyś wiedział – Lolo nie miał ochoty tłumaczyć Buffowi ich obecnego położenia.
– Gdzie pułkownik? – coraz bardziej zaniepokojonym głosem domagał się odpowiedzi Buff.
– A ten to co? Przydupas pana pułkownika? – zapytał Dex.
– Można tak to ująć – odparł Lolo, powstrzymując się od parsknięcia śmiechem. Ping i leżący w hamaku Duży Bubu zarechotali głośno. – Widzisz? – zwrócił się do Buffa. – Facet widzi cię pierwszy raz na oczy i już wie, z kim ma do czynienia.
– Wielki mi facet – obruszył się Buff. – Zwykły ghul. Nic więcej – dodał z nieukrywaną pogardą w głosie. Na szczęście Dex ostatnią uwagę grubasa puścił mimo uszu i ponownie zwrócił się do Lola:
– Co jest z waszym towarzyszem? Tym na skarabeuszu? Jest chory?
– Ma złamaną nogę – odparł Lolo. – Szukamy medyka. Znasz może jakiegoś?
– Medyka nie, ale znam za to jednego gościa z gildii okultystów. Myślę, że mógłby się nim zająć. Za odpowiednią opłatą, naturalnie.
Dialog przerwało pojawienie się pułkownika. Zaraz za nim wyskoczył drobny, szary ghul, który zaczął uwijać się przy skarabeuszach.
– W porządku – oznajmił Wass. – Myślę, że to odpowiednie miejsce na spędzenie nocy. Ten mały – tu wskazał na drobnego ghula, który wprowadzał skarabeusze do zagrody – zajmie się żukami. Właściciel tego przybytku wygląda na dość porządnego. Wchodźcie do środka i zamówcie coś na kolację. Ja do was dołączę, jak tylko uda mi się znaleźć jakiś bazar, gdzie uzupełnię zapasy amunicji. Podczas walki ze ścierwojadami nasze zasoby trochę się uszczupliły. Gdy tylko uzupełnię zapasy, dołączę do was. Na razie wchodźcie i rozgośćcie się. Aha. Ograniczcie kontakty z tubylcami do minimum. – Już miał odejść, ale zatrzymał się jeszcze na chwilę i rzucił: – Dobrze byłoby znaleźć jakiegoś medyka dla waszego przyjaciela. Przecież nie będzie wiecznie jeździł na skarabeuszu.
– Już się tym zająłem – oznajmił z dumą w głosie Lolo.
– To dobrze – odparł z nutą zadowolenia Wass. – Spotkamy się zatem wieczorem, przy kolacji.
Po tych słowach oddalił się szybkim krokiem. Podczas gdy Lolo odprowadzał go wzrokiem, Ping z Dexem pomogli Dużemu Bubu zejść z hamaka. Wkrótce wszystkie skarabeusze ochoczo degustowały podaną im paszę, zaś Lolo w towarzystwie kolegów i podążającego za nimi niczym cień Dexa przekroczyli próg karczmy.
W środku panował półmrok. Karczma wykuta była w litym kamieniu. Dwa maleńkie okienka wpuszczały znikomą ilość światła, które ledwie rozjaśniało wnętrze gospody. Znajdowało się tu kilka wykutych w piaskowcu stolików i kilka zrobionych z drewna ław. Prócz pary pomarszczonych ghuli, siedzących pod ścianą, Lolo nie dostrzegł tu więcej klientów. Obok szynkwasu znajdowały się wykute w skale schodki, które prowadziły na piętro, gdzie mieściły się sypialnie dla podróżnych. Za barem stał tłusty, łysy ghul, który nieufnie przyglądał się nowo przybyłym. Na głowie ghula kwitł osobliwy, przypominający tulipan kwiat, który od czasu do czasu się otwierał, ukazując w swoim wnętrzu trzecie oko, które ciekawie lustrowało nowo przybyłych.
– To wy jesteście tymi z bunkra? – zapytał nieuprzejmie ghul.
– To ty jesteś Toni? – zripostował szybko Dex, który najprawdopodobniej wiedział, jak należy rozmawiać z właścicielem karczmy.
– Pokoje dwa, trzy i cztery. Schodami w górę. Kolacja będzie za godzinę.
– Płatne z góry? – zapytał Lolo, siląc się na w miarę uprzejmy ton głosu.
– Wasz szef już uregulował rachunek – parsknął opryskliwie Toni.
– Daj spokój, Toni – włączył się Dex. – Naraiłem ci klientów, a ty jesteś niezadowolony, jakby ci wąż wlazł do dupy. Zachowuj się kulturalnie.
– Moje trzecie oko podpowiada mi, że z nimi jest coś nie tak – odparł Toni, wskazując palcem kołyszący się na czubku głowy kwiatek.
– Od kiedy to zrobiło się z ciebie takie medium? – syknął Dex, spoglądając za idącymi po schodach skrzatami. Ping i Lolo podtrzymywali utykającego Dużego Bubu. Buff targał wszystkie plecaki, idąc na końcu.
Pokoiki były skromne, ale czyste. W każdym znajdowały się dwie wykute w skale półki, które służyły za łóżka. Światła dostarczała podwieszona pod niskim stropem naftowa lampka. Okien nie było. Na półkach-łóżkach leżały złożone w kostkę koce i poduszki, które miały stanowić, jak twierdził właściciel przybytku, niezwykle komfortowe posłanie. Łazienka była wspólna dla wszystkich pokoi. Było to wypełnione wodą wgłębienie w podłodze, do którego po prostu się wchodziło jak do małego basenu. W jego dnie Lolo odkrył wąską szczelinę, z której sączyła się bieżąca woda. Z drugiej strony baseniku znajdował się odpływ. Woda była chłodna, jednak świetnie odświeżała po przebytych trudach podróży. Gdy już wszyscy się wykąpali, zeszli na dół, by się posilić. Dużemu Bubu ponownie pomogli zejść Lolo i Ping. Dex już na nich czekał. Za oknem panował już mrok. Toni wyszedł zza kontuaru i postawił na stole miskę pełną czegoś, co mogło uchodzić za gulasz. Po chwili przyniósł jeszcze po kuflu dobrze schłodzonego piwa, po czym zniknął na zapleczu. Dex siedział nieopodal i z uśmiechem przyglądał się zajadającej kolację czwórce krasnali. Poza nimi w karczmie nie było nikogo.
– Chodź, Dex – powiedział Lolo, zajadając dziwną potrawę. – Zjedz z nami. Starczy i dla ciebie. Pułkownika jeszcze nie ma, więc nie będzie suszył nam głowy, że się z tobą zadajemy.
– Wolę nie – powiedział nieśmiało Dex. – Może wrócić lada chwila.
– Chodź, nie bój się – zachęcił Ping. – Nawet jak wróci, to co? Odgryzie ci głowę? – Żart ten jakoś nie rozśmieszył dotychczas pogodnie usposobionego ghula. Lolo zauważył, że Dex stał się trochę nerwowy. Od czasu do czasu rzucał ukradkowe spojrzenia to na jedzących kolację kompanów, to na drzwi tawerny.
– Wszystko w porządku? – zapytał po chwili milczenia Lolo.
– Tak, tak – odparł trochę nerwowo Dex, w dalszym ciągu nie ruszając się ze swojego miejsca.
– Czy jak zjemy, to będziesz mógł sprowadzić medyka? – zapytał Ping. – Nasz kolega potrzebuje pomocy. Oczywiście zapłacimy.
– Nie znam żadnego, ale mogę rozejrzeć się po mieście i może coś uda mi się załatwić. Tylko nie oddalajcie się stąd – po tych słowach podniósł się z miejsca i wymknął na zewnątrz.
– Świetnie – ucieszył się Lolo i powrócił do miski z gulaszem. Gdy była już pusta, a kufle opróżnione, czwórka wędrowców w milczeniu czekała na powrót pułkownika. Pomimo późnej pory Wass jednak się nie pojawiał.
– Może coś mu się stało? – powiedział nieśmiało milczący dotychczas Buff.
– Takiemu staremu wydze jak on miałoby się coś przydarzyć? – powiedział z powątpiewaniem Ping. – Nie sądzę.
– Ani ja – odparł Lolo i poczuł, jak zaczyna go gwałtownie ogarniać sen. Nie pamiętał nawet, kiedy przeszedł do pokoju i zasnął.
***
Budził się powoli, zaś otaczający go świat wirował boleśnie. Nagle poczuł silne uderzenie w twarz. Ocuciło go to natychmiast. Stał nad nim nagi Ping i coś szybko mówił.
– Powtórz wolniej – powiedział, ziewając, Lolo. – A tak w ogóle, to czemu stoisz nade mną na golasa? Jakaś nowa moda z Ghultown?
– Jesteśmy w dupie – parsknął mu w ucho Ping.
– W Ghultown – odparł nie do końca przytomny Lolo. – Ale porównanie jest faktycznie dość trafne.
– Kurwa, Lolo, oprzytomnij! – krzyknął wyraźnie rozeźlony Ping. – Okradli nas. Nie mamy ubrań, sprzętu, skarabeuszy. Co najgorsze, zwinęli nam również broń. Ten pieprzony ghul musiał dosypać nam czegoś do posiłku.
– Spokojnie – mózg Lola zaczynał pracować na przyspieszonych obrotach. – Jak to okradli? Gdzie jest Wass? Dex już wrócił? Przecież musi istnieć jakieś logiczne wytłumaczenie.
– Ghul wyparował. Właściciela knajpy też nie ma. Pułkownik nie wrócił. Nasz cały sprzęt, ze skarabeuszami włącznie, diabli wzięli. Co jeszcze chcesz wiedzieć? – niemal histerycznym głosem zapiał Ping.
– Cholera – zdołał jedynie wydusić z siebie Lolo. – Ale jak? Jakim cudem? – Nagle do pokoju wpadł zdyszany Buff. Również i on nie miał na sobie ubrania, zaś jego mina świadczyła o tym, że jest nieźle wystraszony.
– Obudził się? – grubas spojrzał na Lola. – O, świetnie. Znalazłem Toniego. Tego ghula z kwiatkiem na głowie.
– To dobrze – odparł Lolo, wstając i przeciągając się. – W takim razie przejdźmy się do niego i zapytajmy, czy wie coś na temat naszego sprzętu i skarabeuszy.
– Możesz się go pytać – odparł Buff. – Ale obawiam się, że nie udzieli ci żadnej odpowiedzi. Leży na dnie baseniku. Zaś z tego, co się orientuję, topielcy nie są zbyt rozmowni.