Wstęp
Taniec na głowach węży
Hanna Jankowska
w moim kraju trupy depczą trupyna wschodzie i zachodzie w oczach ludzi - trupywydarzenia pożerają wieści o wypadkachutonęły litery we krwia poezja stała się jak płacz
Abd al-Aziz al-Makalih, Skarga do Abu Nuwasa[1]
Jedno z pierwszych zdjęć ilustrujących książkę Claudie Fayein Al Hakima przedstawia kobietę ubraną w wąskie spodnie i obszerną białą szatę. Na głowie ma ciemny zawój, a twarz odsłoniętą. Towarzyszy jej chłopiec w turbanie z pasterską laską. Podpis: "Zamożna chłopka udaje się do Taizu na Święto Zwycięstwa".
Niemal sześćdziesiąt lat dzieli Święto Zwycięstwa opisane przez francuską lekarkę i etnolożkę, która na początku lat pięćdziesiątych XX wieku pracowała w Jemenie, od święta, do którego przygotowania są jednym z motywów przewodnich powieści Buszry al-Maktari. Oba wydarzenia łączy miejsce - Ta'izz, trzecie co do wielkości miasto Jemenu, oraz fakt, że nie upamiętniały one zwycięstw nad wrogiem zewnętrznym, lecz Jemeńczyków nad Jemeńczykami. W 1951 roku świętowano rocznicę odzyskania tronu przez księcia Ahmada, który przy wsparciu lojalnych plemion rozprawił się z mordercami swojego ojca, imama Jahji, i został kolejnym władcą kraju. W 2009 roku, kiedy rozgrywa się akcja powieści, obchodzono piętnastą rocznicę zwycięstwa Jemenu Północnego nad Południowym, które położyło kres istnieniu pierwszego i jedynego w świecie arabskim państwa socjalistycznego przyjmującego ideologię marksizmu-leninizmu. "Świąt zwycięstwa" w najnowszej historii Jemenu można by zapewne odnotować jeszcze więcej, bo wojen domowych, zamachów i mordów politycznych w niej nie brakowało. Przyjrzyjmy się jednak wydarzeniom stanowiącym tło historyczne powieści.
W okresie od 1967 do 1990 roku istniały dwa państwa jemeńskie. Opisana barwnie przez Claudie Fayein monarchia rządzona przez dynastię Kasimidów przestała istnieć 26 września 1962 roku, zniesiona przez rewolucję republikańską, którą przeprowadzili wojskowi wzorujący się na egipskim ruchu Wolnych Oficerów pod wodzą Gamala Abdel Nasera. Przełom lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych to szczyt popularności idei panarabizmu głoszonych przez prezydenta Egiptu i z różnym powodzeniem (czy raczej: bez większego powodzenia) wprowadzanych w życie. Nawet monarchistyczny Jemen był przez trzy lata (1958-1961) luźno skonfederowany z socjalizującą Zjednoczoną Republiką Arabską, unią Egiptu i Syrii. To jeden z paradoksów regionu, gdzie wcale nie tak rzadko zdarzają się sojusze, zdawałoby się, nie do pomyślenia. We współczesnej historii Jemenu bywało i tak, że Arabia Saudyjska wspomagała socjalistyczny Jemen Południowy na przekór republikanom z Północy, z którymi pozostawała w konflikcie granicznym.
W północnej części kraju, gdzie wojskowi proklamowali Arabską Republikę Jemenu, toczyły się walki z rojalistami, zwolennikami obalonego imama, pragnącymi przywrócić monarchię. Wspomagała ich Arabia Saudyjska. Republikanów wsparł zbrojnie naserowski Egipt. Kontyngent wojsk egipskich, liczący z początku kilkanaście tysięcy żolnierzy, rozrósł się do kilkudziesięciu tysięcy. Egipskie wojsko, szkolone do walk na pustyni, nie dawało sobie rady w jemeńskich górach zamieszkanych przez waleczne plemiona. Wojnę w Jemenie nazwano "Wietnamem Nasera". Według wielu ocen ugrzęźnięcie armii egipskiej w Jemenie było jednym z powodów klęski Egiptu w wojnie sześciodniowej z Izraelem w 1967 roku. Ta klęska, a następnie przedwczesna śmierć Nasera, oznaczały załamanie się świeckich idei panarabizmu i socjalizmu arabskiego, co otworzyło drogę islamskim ruchom fundamentalistycznym. Egipcjanie wyszli ostatecznie z Jemenu pod koniec 1967 roku, działania zbrojne zakończyły się dwa lata później. Republika przetrwała.
Tymczasem na Południu, będącym od 1839 roku brytyjskim protektoratem, trwało antykolonialne powstanie. W 1967 roku Brytyjczycy wycofali się z Jemenu Południowego, a władzę przejął Narodowy Front Wyzwolenia, w którym górę wzięło radykalne skrzydło lewicowe. Jego najwybitniejszymi przedstawicielami byli kolejni przywódcy partii i państwa: Salim Ruba'i Ali znany pod pseudonimem Salmin, Abd al-Fattah Ismail i Ali Nasir Muhammad. Mocna pozycja lewicy w Jemenie Południowym wynikała między innymi z tradycji walki antykolonialnej i z faktu, że jego główne miasto, Aden, jeden z najważniejszych portów Imperium Brytyjskiego, było kosmopolitycznym ośrodkiem otwartym na świat. Wśród robotników portowych działał silny ruch związkowy.
Nowo powstałe państwo, noszące z początku nazwę Ludowa Republika Jemenu Południowego, a od 1970 roku Ludowo-Demokratyczna Republika Jemenu, obrało drogę realnego socjalizmu i sprzymierzyło się z blokiem wschodnim. Związek Radziecki udzielał pomocy gospodarczej i wojskowej, Niemiecka Republika Demokratyczna szkoliła siły bezpieczeństwa, Kuba przysyłała instruktorów wojskowych i personel medyczny.
W 1978 roku Narodowy Front Wyzwolenia, po dookoptowaniu mniejszych lewicowych i panarabskich ugrupowań, przekształcił się w Jemeńską Partię Socjalistyczną (JPS) - jedyną legalną od tej pory. Jej ideologiem był Abd al-Fattah Ismail, podobno tylko on z południowojemeńskich działaczy posiadł rzetelną znajomość doktryny marksistowskiej. JPS wysyłała emisariuszy na Północ, by tworzyć tam struktury partyjne. Niektórzy jej przywódcy liczyli, że z czasem lewica przejmie władzę w Sanie, co ułatwiłoby zjednoczenie kraju. Na ile byłoby to realne w konserwatywnym społeczeństwie Jemenu Północnego, gdzie dominującą rolę odgrywały religia i układy plemienne, to już inne zagadnienie. Inicjatywy mające na celu zjednoczenie obu Jemenów pojawiały się jednak od początku lat siedemdziesiątych - na przemian ze starciami zbrojnymi na granicy obu państw.
W 1978 roku prezydentem Jemenu Północnego został podpułkownik Ali Abd Allah Salih. Jego dwaj poprzednicy zginęli z rąk zamachowców, jemu też nie wróżono długiego żywota. Sam Salih określił rządzenie Jemenem jako "taniec na głowach węży" (powiedzenie to przypisywano także imamowi Jahji i imamowi Ahmadowi). Sztuka ta udawała mu się nad podziw długo, sprawował urząd przez 33 lata, należał więc do przywódców arabskich najdłużej utrzymujących się przy władzy. To właśnie on jest idolem żołnierza Jahji, jednego z głównych bohaterów powieści. Salih, podobno świetny orator, obdarzony był niewątpliwą charyzmą. W odróżnieniu jednak od swojego poprzednika Ibrahima al-Hamdiego, który w ciągu zaledwie trzech lat, zanim został zamordowany, zdołał zapoczątkować gruntowne reformy, skupiał się przede wszystkim na zachowaniu władzy. Pieniądze, które mogłyby posłużyć reformowaniu kraju, przeznaczał na kupowanie lojalności elit plemiennych i politycznych oraz na wojsko.
Salih aktywnie dążył do zjednoczenia obu państw jemeńskich, licząc na przejęcie przywództwa i wzmocnienie pozycji Jemenu. Pod koniec lat osiemdziesiątych wykorzystał sprzyjającą sytuację geopolityczną. Jemen Południowy tracił sojusznika i sponsora, jakim był dlań Związek Radziecki, przeżywał kryzys gospodarczy i polityczny po krótkiej, ale krwawej wojnie domowej w 1986 roku, w której starły się dwie frakcje rządzącej partii. Z tych między innymi powodów jego kierownictwo też było zainteresowane zjednoczeniem z bogatszym i stabilniejszym północnym sąsiadem. Nastąpiło to 22 maja 1990 roku. Wkrótce jednak rząd nowo powstałej Republiki Jemeńskiej podjął decyzję, która miała drogo kosztować. Jemen, który był wówczas niestałym członkiem Rady Bezpieczeństwa, zagłosował przeciw rezolucji potępiającej inwazję Iraku na Kuwejt i sankcjonującej zbrojną interwencję. W odwecie Arabia Saudyjska i państwa Zatoki wydaliły prawie milion Jemeńczyków pracujących w tych krajach, co dla gospodarki i społeczeństwa Jemenu było dotkliwym ciosem, pozbawiło to bowiem kraj jednego z głównych źródeł dochodów, jakie stanowiły przekazy pieniężne od emigrantów (ponad jedna czwarta PKB) i pogłębiło bezrobocie. Ponadto Stany Zjednoczone całkiem wstrzymały pomoc finansową dla Jemenu, a państwa Zatoki znacznie ją ograniczyły. Kryzys gospodarczy, nieudana integracja aparatu państwowego, a szczególnie armii i służb bezpieczeństwa, rywalizacje personalne i odmienne wizje przyszłości państwa doprowadziły do próby secesji Południa, a w następstwie do wojny 1994 roku, wygranej przez Północ. Rozpoczęły się represje wobec działaczy Jemeńskiej Partii Socjalistycznej.
W opisywanym przez Buszrę al-Maktari okresie Ali Abd Allah Salih nie miał okazji, by świętować zwycięstwo nad rebeliantami z ruchu Huti w północnej prowincji Saada. Huti (sami nazywają siebie Ansar Allah, Stronnicy Boga) byli z początku ugrupowaniem polityczno-religijnym zajmującym się głównie działalnością edukacyjną. Dążyli do odrodzenia tradycji zajdyzmu, odłamu szyizmu, którego wyznawcy stanowią około jednej trzeciej ludności Jemenu i z którego wywodziła się dynastia władająca krajem do 1962 roku. Z czasem przekształcili się w ruch zbrojny, a w 2004 roku wystąpili otwarcie przeciw rządowi centralnemu. Kiedy rozgrywa się akcja powieści, walki w Saadzie trwają, w jednym z epizodów młody żołnierz wyrusza na front.
Salih przestał być prezydentem w następstwie wydarzeń arabskiej wiosny 2011 roku, ale nadal należał do głównych graczy na jemeńskiej arenie. Dokonał jednego z tych paradoksalnych zwrotów typowych dla tamtejszej polityki i sprzymierzył się z ruchem Huti. Dlatego w reportażu Buszry al-Maktari Co zostawiliście za sobą, opowiadającym o wojnie, która rozpoczęła się w 2014 roku, niczym ponury refren powracają frazy: "podczas ostrzału / od kuli snajpera / od pocisku milicji Hutich i Saliha zginęli...". Trudno powiedzieć, czy w swoim tańcu na głowach węży Salih zmylił krok, kiedy zawarł ten nieprawdopodobny sojusz, czy też kiedy się z niego wycofał. Zginął w grudniu 2017 roku zastrzelony przez niedawnych sprzymierzeńców. Ale to już inna opowieść.
***
Buszra al-Maktari urodziła się w 1979 roku w Ta'izzie. Dzieciństwo spędziła w Arabii Saudyjskiej, gdzie jej ojciec pracował w budownictwie. W 1990 roku rodzina podzieliła los setek tysięcy Jemeńczyków wygnanych z Arabii i państw Zatoki. Al-Maktari ukończyła historię na Uniwersytecie w Ta'izzie i zajęła się działalnością dziennikarską oraz polityczną i społeczną. Jest członkinią Komitetu Centralnego Jemeńskiej Partii Socjalistycznej oraz zarządów wielu organizacji społecznych i kulturalnych. Przez pewien czas pracowała w Sanańskim Ośrodku Studiów Strategicznych (Markaz Sana'a li-d-Dirasat al-Istratidżijja, Sana'a Center for Strategic Studies), niezależnym think tanku, który zajmuje się analizą wydarzeń dotyczących Jemenu i całego Bliskiego Wschodu. Al-Maktari to nie tylko wnikliwa obserwatorka i komentatorka sytuacji politycznej w swoim kraju, ale także aktywistka na rzecz praw człowieka i poprawy sytuacji kobiet. Brała czynny udział w wydarzeniach arabskiej wiosny 2011 roku, w Jemenie nazwanej Rewolucją Młodych. Polskim czytelnikom znana jest jej książka Co zostawiliście za sobą. Głosy z kraju zapomnianej wojny, w której zebrała wstrząsające relacje ofiar konfliktu toczącego się w Jemenie od 2014 roku. Za działalność w obronie praw człowieka, demokracji i wolności słowa została uhonorowana międzynarodowymi nagrodami: Nagrodą Françoise Giroud (2013), Leaders for Democracy Prize przyznawaną przez Project on Middle East Democracy (POMED) w Waszyngtonie (2013), niemiecką Johann Philipp Palm Award for Freedom of Expression and Press Freedom (2020) oraz Nagrodą im. Kurta Tucholsky'ego przyznawaną przez Szwedzki PEN Club (2024).
Jej aktywność spotkała się z gwałtowną reakcją zachowawczych kręgów religijnych, i w 2012 roku grupa ulemów wydała przeciwko niej fatwę, oskarżając pisarkę o apostazję. Pretekstem było kilka wyrwanych z kontekstu słów z jej artykułu o napaści na uczestników Marszu Życia z Ta'izzu do Sany w grudniu 2011 roku. Była to masowa demonstracja przeciw immunitetowi dla zdetronizowanego prezydenta Saliha. Uczestnicy i uczestniczki marszu pokonali pieszo dwieście kilkadziesiąt kilometrów dzielących oba miasta. Opisując napaść, autorka użyła słów: "Boga chyba przy tym nie było", co fanatycy muzułmańscy uznali za zaprzeczenie istnieniu Boga. Grożono jej śmiercią, rozpętano zniesławiającą kampanię. Mimo propozycji osiedlenia się za granicą Buszra al-Maktari pozostała w Sanie.
Książka Po drugiej stronie słońca, opublikowana w 2012 roku, to powieściowy debiut Buszry al-Maktari. Polski przekład powieści jest jej pierwszym obcojęzycznym wydaniem. Przekład angielski autorstwa Sawad Hussain zapowiadany jest na wiosnę 2027 roku.
Wybrana literatura:
Victoria Clark, Yemen. Dancing on the Heads of Snakes, Yale University Press, New Haven and London 2010.
Paul Dresch, A History of Modern Yemen, Cambridge University Press, Cambridge 2000.
Claudie Fayein, Al Hakima, przeł. Julia Matuszewska, Iskry, Warszawa 1957[2].
Claudie Fayein, Szczęśliwa Arabia, przeł. Julia Matuszewska, Iskry, Warszawa 1988.
Helen Lackner, Yemen: Poverty and Conflict, Routledge, London and New York 2023.
Abd al-Aziz al-Makalih, Skarga do Abu Nuwasa, przeł. Marek M. Dziekan, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 1994.
Buszra al-Maktari, Co zostawiliście za sobą. Głosy z kraju zapomnianiej wojny, przeł. Hanna Jankowska, ArtRage, Warszawa 2025.
Asher Orkaby, Yemen: What Everyone Needs to Know, Oxford University Press, New York 2021.
Khadija al-Salami, Łzy królowej Saby, przeł. Janina Szymańska-Kumaniecka, Muza SA, Warszawa 2005.
Mikhail N. Suvorov, The Tragedy of Yemeni Marxists in Bushra Al Maqtari's Novel "Behind the Sun", "Eurasian Arabic Studies" 2024; nr 7(1): s. 83-96. https://cyberleninka.ru/article/n/the-tragedy-of-yemeni-marxists-in-bushra-al-maqtari-s-novel-behind-the-sun/viewer, dostęp 17.07.2026.
[1] Abd al-Aziz al-Makalih, Skarga do Abu Nuwasa, przeł. Marek M. Dziekan, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 1994, s. 52. Abd al-Aziz al-Makalih (1937-2022) - poeta i pisarz, uważany za najwybitniejszego jemeńskiego poetę XX wieku.
[2] Polecam dwa pierwsze, pełne wydania z 1957 i 1959 r. Trzecie (1967), opublikowane w kieszonkowej serii, opatrzone okładką "z oczami" oraz nadanym przez polskiego wydawcę clickbaitowym, jakbyśmy dziś powiedzieli, podtytułem "Poznałam tajemnice haremu", jest znacznie skrócone.
Czy wiecie, o czym rozmawiają moi bracia? Mówią, że to zły czas. Podły. Gówniany. Śmieję się z ich rodu. Co takiego wiecie, co mnie umknęło, pytam. Czy kiedyś mieliście swój czas? Co to za gadanie, Jusufie? Czy w dawnym życiu trafiła się wam namiętna miłość? Taka, która nie dawała zasnąć, więc czuwaliście, pilnując, żeby życie nie przeminęło i nie zostawiło was w tyle? Czy tak jak ja zostaliście teraz w tyle za własnym życiem? Kiedy zwracam się do braci, nie rozumieją, a kiedy męczy mnie ich głośna gadanina, co brzęczy mi w uszach jak pracująca pompa, mówią: "Pójdziemy już, stary". Wyciągam rękę do doktora Sa'ida i się uspokajam. Przeklinam ich wszystkich po kolei. Wstyd, Jusufie, odzywa się Sali, wszyscy jesteście braćmi. A ja na to: "Jak mogą być moimi braćmi, skoro nie mieliśmy jednej matki?". Nie odpowiada. Zatykam uszy i każę im odejść, lecz oni tłoczą się wokół mnie, a ja zaczynam się dusić i zacinam się w sobie.
Co zostałoby ze mnie, gdybym nie znalazł się w tej ciasnej celi, gdyby towarzysze mnie tu nie porzucili? Przestałbym poznawać siebie? Rozpraszam się w dźwiękach, które drobnymi falami rozchodzą się sponad mojej głowy - odpływ, przypływ, strzępy kartek, strzępy wspomnień, imion, twarzy. Chamis nie dał mi dziś spokoju. Napisałeś do nich?, zapytał. Przyznaj się, psie. Pobił mnie. Nie reagowałem. Bij, Chamisie, powiedziałem do niego. Wszyscy po mnie deptali. Wrócił ci rozum?, zapytał. Byłem pokorny, całkiem jak nie ja. Zapaliłem papierosa, a Chamis chodził po celi, przyprawiając mnie o gorączkę. Moja cierpliwość zawiera się w strzępach kartek. Mój obłęd nasila się i słabnie. Bicie serca narasta i spowalnia. Dawno temu, na demonstracji, rozgorączkowani uczestnicy podnieśli mnie wysoko, ale spadłem, o bracia. Chamis chodzi w kółko, a ja śledzę go wzrokiem. Wszędzie was pełno, mówi. Za kogo się uważacie? Pociągnął mnie za kołnierz, a ja się uśmiechnąłem. I jeszcze się śmiejesz, psie, powiedział. W celi gorąco, że można się udusić. Usiadłem na stołku jak posąg z soli, oblał mnie pot. Czego ode mnie chcecie, Jahjo? Co mam zrobić, kiedy sława przeminęła? Cień Chamisa przesuwał się o metr od moich oczu. Wpatrywałem się w niego w roztargnieniu, osuwam się, nie mam się o co oprzeć, wszystko jest gorące. Podskakuję, ale moje ciało znajduje się pod stopami Chamisa. Nie gniewam się. Jakże wspaniały jest pokój, który mi zapewniliście! Taki stan osiąga się w tym kraju pod koniec życia! Wiecie, jak nas wytresować, żebyśmy byli cierpliwi i nadstawiali drugi policzek. Od wielu lat nadstawiam go każdemu nocnemu przechodniowi. Proszę bardzo, bijcie, panowie, przechodnie, alfonsi, pielęgniarze, wojskowi, brodacze, uciekinierzy, uchodźcy, przyjaciele umarli i żyjący.
Chamis wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi, a ja na zawsze utraciłem wewnętrzną równowagę. Wróciłem na łóżko. Weszła Sali. Dziś Szef jest w złym humorze, powiedziała. Nie słyszałeś przemówienia prezydenta? Wszyscy się boją i czekają. Patrzyłem z czułością na tę biedną policjantkę. Otworzyła okienko wychodzące na dziedziniec. Chcesz wody? Spojrzałem na nią kątem oka i nie odpowiedziałem. Ona też się postarzała. Drobne ciało, które rozkwitło na śmietniku koszar i posterunków policji, wyszło ze swojego miodowego kokonu, by rozświetlić mrok ciasnych cel. Biedna policjantka pochyla się nade mną jak nieżyjąca matka, która mnie zostawiła i poślubiła sprzedawcę butli z gazem. Sali wyszła, zostawiając za sobą zapach tanich perfum. Odszukałem niedopałek papierosa i zapaliłem. Moi bracia dawno zasnęli, głos Sali też zgasł. To niedobry czas, bracia. Śpicie? Nikt nie odpowiada. Przypomniałem sobie, jak sunął za mną cień Chamisa, aż mnie tutaj doprowadził. Byłem sam, towarzysze rozeszli się do domów, wino ich oszołomiło, i nie znaleźli niczego, czym wytłumaczyliby swoje smutne pijaństwo, wstręt do świata doczesnego i zaświatów oraz do tego kraju. Musiało być późno, bo pamiętam, jak Nadżi zgasił światło w swoim sklepie. Słabe, dalekie światło niczym w wąskim niekończącym się tunelu. Z niesłychanym entuzjazmem kibicował jednemu z klubów. Przedtem nie wiedziałem, że jest miłośnikiem piłki nożnej. Kiedy mnie zobaczył, pomachał do mnie, żebym się przysiadł i wypił kawę. Niezdecydowany potrząsnąłem głową, Nadżi zignorował mnie i wrócił do oglądania meczu swojej drużyny. Gdyby bardziej nalegał, wypiłbym z nim kawę i przegnał swoje strachy. Pragnąłem tylko jednego - niechby ktoś namówił mnie na pozostanie wśród ludzi, z dala od grozy i okrucieństwa tamtych dni. Byłem złachany i czułem się zbyteczny na tych pustych ulicach. Ani domu, ani bliskich, ani żony, ani rodziny, ani żadnego szczęśliwego trafu, tylko alkohol. Podchmieleni koledzy odjechali ostatnim nocnym autobusem, zostałem sam ze sobą, i tak szedłem, śledząc cienie wślizgujące się w zaułki i na domy. Zadziwiały mnie. Szedłem, a one biegły przede mną. Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem je za sobą, a gdy minąłem sklep z używaną odzieżą, okazało się, że zastąpili mi drogę i na moment rozpoznałem scenę powtarzającą się na zakrętach wielu zaułków po partyjnym zebraniu lub wieczornicy, po demonstracji albo publikacji. Ale tamtego dnia przyjaciele mnie oszukali. Powiedzieli, że nad tym, co się dzieje, czuwa inne oko, dlatego udawałem, że w razie czego interweniuje po mojej stronie i nie dopuści do tego, co mogłoby mnie spotkać. Kiedy zauważyłem, że wszędzie podążają za mną cienie Chamisa, postanowiłem udawać, że mam w sobie nieco pewności siebie, ale tej, którą wpajają nam w szkołach: "Głowa do góry, chłopcze, nie łam się", pozbawiają nas na najbliższym zakręcie. "Trzymaj się, Jusufie - powiedziałem sobie. - Jesteś tylko przeklętą gębą, co za dużo gada". Rozejrzałem się wokół. Nie byłem w stanie uciec. Zmęczyła mnie sama myśl o ucieczce, ale kiedy znów zbierałem w sobie energię, jacyś inni mężczyźni otoczyli mnie i zaczęli bić. Nie reagowałem. Co by to dało? Zasługuję na bicie, bo co mnie skłoniło do wyjścia, kiedy wiadomo było, że łapią każdego, kto przechodzi koło ambasad, parków, bazarów i uczelni? Po co się włóczymy po nocy? Dlaczego nie zamkniemy brudnych gąb pełnych khatu i nie wrócimy do dziur swoich matek?
Otarłem krew, która pociekła mi z ust. Następnym razem się nie wywiniesz, powiedzieli. A więc to tylko ostrzeżenie. Za słabe, bym się ogarnął. Dla kogoś, komu się wydawało, że zdoła na tych ruinach coś zdziałać, smak porażki był bolesny. To tylko mrzonki, Jahjo. Balony, które wypuszczamy w powietrze, zanim zdołamy ich dotknąć, a w sercach pozostaje smutek. Swój smutek zostawiłem daleko stąd i stałem w miejscu, aż mnie wzięli. A kiedy mnie wzięli, nie znałem drogi powrotnej. Ale dlaczego milczysz, Jahjo, i tak na mnie patrzysz? Czy sprawiam wrażenie szaleńca? Salim, kiedy był zły, mówił: "Jesteś mężczyzną w ciele dziecka", a ja się z niego śmiałem. Chcesz wiedzieć, kim jest Salim? Nie chcesz. Czemu nie? Tacy jak ty wszystko wiedzą. Żyję teraz jakby w wielkiej trąbie. Chciałbym krzyknąć, ale przez was zapomniałem własnego głosu.
Bracia zasnęli, zostawili mnie samego, a ty, Jahjo, wykończyłeś mnie. Dlaczego mi nie odpowiadasz? Choćby w paru słowach. Tak, żebym poczuł rozczarowanie. Zapomniał. Dlaczego milczysz? Bo jesteś jedynym mężczyzną, który od wielu lat nie ruchał kobiety. A co to znaczy? Wejdź do internetu, a znajdziesz wszystko, co sobie wymarzyłeś. Powiadają, że kraj się zmienił. Zawsze po wiadomościach ktoś wygłasza mowę o rozwoju. Popatrzcie tylko na nowy Jemen. Jakiś ważny dostojnik ogłasza demokrację, otwiera uroczystości, szkoły, uczelnie, meczety, stragany z prawami człowieka, kluby dla kobiet w hidżabach i dla oficerów, siłownie dla szejków plemion, komitety obrony khatu, wody, kawy i jedności. To jest republika, otwórzcie oczy, zacofańcy, wnuki obalonych i wygnanych imamów. Nigdy im nie wierzyłem.
Imam[1] umarł, a nasz kraj się skurwił. Tak mawiał mój ojciec, który tęsknił za minioną epoką. Lecz nam przedstawiali imama jako potwora rządzącego za pomocą czarów, dlatego nie określałem swojego stanowiska wobec dawnego władcy. Właściwie dlaczego miałbym to robić? Uznałem imama za symbol błędów i wad naszego kraju, ale ojciec chciałby wrócić ze mną do czasów, które przeżył, i pogodzić mnie z imamem. On był dobry, mówił, nie wierz temu, co piszą w twoich głupich książkach. Odpowiadałem mu, że każda epoka ma swojego imama. Wtedy milkł. Ale powiedz mi, Jahjo, czy imam zadał ci cios w plecy, tak jak Chamis i jego kumple po tej przeklętej rewolucji? Pamiętasz imama? Ogromny turban, przenikliwe spojrzenie, charyzma wielkich postaci z naszych dawnych dziejów. Nie poznałem go tak, jak by należało, słyszałem o nim na lekcjach historii, mnie i kolegom śnił się ten człowiek, który w latach czterdziestych zasiadł na tronie Jemenu. Ale to jego opuścili uczniowie, których wysłał na studia, oszukali go, tak jak w innej epoce zawiedli nas. W każdym śnie zawsze jest ktoś, kto oszukuje. Strzelili mu w plecy, kiedy nie myślał o zdradzie, jak my wszyscy. Tchórze, nie myślimy o tym, co się dzieje. Dopiero później podnosimy krzyk. Ach, oby do tego nie doszło. Ach, gdybyśmy wyjrzeli przez okno i zobaczyli, co nam robi sąsiad. Ach, gdyby matka nie wyszła za sprzedawcę gazu. Gdybyśmy się nie zakochali i tak dalej. Oszukali go, wybuchła rewolucja, Gigant[2] ruszył na pałac. Lecz rewolucjoniści z naszego pokolenia porzucili swoje zajęcia, książki i partie i udali się do muzeum. Stał tam, a oni chcieli go obsikać. Było to w ostatni piątek, kiedy widziałem ich razem.
Mamy wrócić do czasów imama? Co ty na to? Sam nie wiem, co o tym myśleć. Wielu mówiło: "Co nas obchodzi ten człowiek, który od dawna nie żyje? Dlaczego nie rozmawialiśmy o nim, kiedy był znany całemu światu?". A ja na to: "Jakiemu znów światu?". Nie odpowiadają. Lecz mój ojciec przy każdym święcie narodowym przeklinał rewolucję i mówił, że awansowała ludzi nikczemnego pochodzenia. Kiedy pytałem, o jaki awans mu chodzi, odpowiadał, że imam był przynajmniej przyzwoitym człowiekiem. A my to co, dociekałem. Skurwysyny, odpowiadał. Wpadałem w złość, kojarzyłem to wyzwisko z moją matką. Z czasem uświadomiłem sobie, że wszyscy jesteśmy synami jednej kurwy.
Dlaczego, Jahjo, nie wyjdziemy dziś w nocy? Pospacerujemy razem, tylko ty i ja, pogadamy, zabijemy czas. Dlaczego uparcie milczysz, podczas gdy ja wciąż bredzę? Wiesz, co to bredzenie? Nie wiesz. Napij się wina, zapomnisz. Nie chcesz zapomnieć dlatego, że nie pamiętasz, czy dlatego, że prąd zgasił ci umysł? Doktor trzyma mnie za rękę, kolana mi się trzęsą, obrazy w głowie się mącą. Otwórz oczy, Jusufie. Ilu was jest? Dokąd uciekli pozostali? Kiedy nie jestem w stanie myśleć o tych, co się uratowali ze słonego potopu, zostawia mnie leżącego na podłodze w celi.
Nie wstawaj, psie, mówi Chamis. Obracaj się. Obracam się, aż poczuję zmęczenie. Wodzi za mną oczami, pałka w jego ręku rozkołysała powietrze, ujarzmiając mój strach. Kiedy nie podoba mu się, jak się obracam, zostawia mnie nagiego pod palącym słońcem i zaczyna krzyczeć: "Zostawili cię, psie! Jak się nazywają? Podaj mi jedno nazwisko, a oszczędzę ci tych ceremonii". Prąd przebiega mi przez głowę. Tracę czucie w ciele i się przewracam. Teraz bolą mnie stawy, jestem wykończony. Czy nie przyniosłeś krzesła, Jahjo? Oprę się tylko, mój tyłek odpocznie. Czemu się uśmiechasz? Jest w tym coś śmiesznego? Ja się nigdy do ciebie nie uśmiecham.
Strasznie gorąco. Dlaczego nie zamontują wam klimatyzatora zamiast tego wiatraka, który tylko miele gorące powietrze? Dlatego, że od klimatyzatora popsułby się khat, potrzebuje wysokiej temperatury, żeby rozwinąć się w ustach. Nie lubię khatu, zabraniałem moim studentom żucia jego liści. Mówiłem, że to widok niegodny ludzi cywilizowanych. Przezywali mnie "cywilizowany profesor". Skąd to upodobanie do khatu? Dlaczego nie papierosy? Od małego brałem je od kolegów i wsadzałem do pustych pudełek. Matka przestrzegała: "Nie pal, Jusufie, zabijasz się". Kiedy znikała mi z oczu, wydostawałem swoje papierosy, zaciągałem się głęboko, aż mi oczy łzawiły, wypuszczałem dym nosem, a kiedy matka słyszała, jak się krztuszę, krzyczała: "Niech sczeźnie ten, kto cię tego nauczył!". Nie wiedziała, kto mnie nauczył, co to ją obchodziło? Obchodzi ją tylko jej mąż Abdu, sprzedawca gazu. Nie lubię go, ale matka go kocha. Co ja na to poradzę? Lubię tylko towarzysza Salima. Nie znasz Salima, którego pojmaliście? Nie, to nie tak, chciałem powiedzieć, że zniknął. Nie macie nic wspólnego z jego zniknięciem, ale widziałem...
***
Kiedy uciekłem z frontu walk w Saadzie, błagałem Szefa, żeby nie kazano mi tam wracać. "Stawiasz warunki, żołnierzu? - zapytał. - Czy nie zwiałeś z frontu, odsłaniając tyły wrogom?". Nie zareagowałem na jego groźne słowa, od których serce mi stanęło. Włożył raport do teczki. "Masz czarną kartotekę, Jahjo". Kiedy sobie przypominam, co zawarł w raporcie na pięciuset gęsto zapisanych stronach, pod nagłówkami nakreślonymi czarnym atramentem i z uwagami nabazgranymi na marginesach, zamieram ze strachu. Moja żołnierska dola pełna zmagań, udział w walce, miłość do ojczyzny - wszystko to zniknęło sprzed oczu komisji. Gdy czytałem to, co napisano, zasychało mi w gardle. Negatywne świadectwo dowódcy obozu o moim zachowaniu i wojskowy kodeks karny jak miecz nad moją głową. "Nie zrobiłem tego!" - zawołałem z rozpaczą. Szef nie odpowiedział Jahji. Na posiedzeniu sądu wojskowego przy drzwiach zamkniętych kuliłem się w cieniu obrońcy jak dziecko, które coś przeskrobało. Pięć lat obozu. Wyrok pozostanie w aktach, dopóki go nie wymażą. Podpisz papiery, Jahjo. Jahja podpisał i wrócił do szpitala ze zszarganą kartoteką.
Jak mam się oczyścić i wykreślić z życiorysu lata walk w Saadzie? Robiłem wszystko, czego ode mnie wymagali, zaraz będziemy obchodzić Święto Zwycięstwa, a ja muszę się bronić. Obserwują mnie, Jahja ma nadstawić uszu i słuchać. Szef wyszedł, zostawił mnie na pastwę moich szatanów. Wypchałem usta khatem, uspokoiłem oddech. Kiedy zacznie się zmiana naszego kolegi Abbasa, a ja odetchnę? Ale od jakiegoś czasu nie ma prądu, a ja boję się wracać nocą do naszej dzielnicy, bo stała się polem bitwy między krzewicielami wiary a miejscowymi chłopakami. Odkąd tu zamieszkałem, staram się unikać tych kaznodziei. Pozdrawiają mnie, ja ich także, jeszcze grzeczniej, nawiązują rozmowę o sytuacji, mając na myśli moją sytuację, zapewniam ich, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, bracia. Pytają, jak się nazywamy i do których meczetów chodzimy. Czy żujemy khat przed modlitwą, czy po niej. Odpowiadam cierpliwie, tak, żujemy khat razem z naszymi żonami, a czasami w pracy, żeby nie czuć się samotnie. Uaktywniają się w nocy, wygrażają chłopakom przesiadującym na placu, którzy oglądają telewizję i dzielą się między sobą papierosami z haszyszem. Dlaczego siedzicie na ulicy, dlaczego nie w domach? Tamci z nich szydzą i zaczyna się bójka. Kilka tygodni temu zjawili się, w tych swoich białych strojach ze spodniami nad kostkę[3], z gęstymi brodami, poprzedzani przez buldożery. Mój sąsiad Muhammad zawołał z okna: "Idą! Mamy wyjść czy pogasić światła?". "Zgaś światło - powiedziałem - co nam do nich", ale moja żona zawsze chce mnie wplątać w jakieś nieszczęście. "Wyjdź, Jahjo, jesteś żołnierzem" - powiedziała. "I co zrobię? Posterunek policji jest otwarty, nie widzisz, że światło się pali, patrol stoi po drugiej stronie ulicy, jest z nimi naczelnik dzielnicy". Nasz sąsiad nagle zamilkł, usłyszałem na zewnątrz kroki i krzyk kobiet przeplatający się z okrzykami Allahu akbar. Patrzyłem, jak buldożery rozwalają dom Muhsina al-Lauziego. Połamane meble na ulicy, płacz dzieci, zawodzenie kobiet stojących na schodach. Widziałem oczy ludzi obserwujących z okien, co się dzieje, ja też się przyglądałem, ważne, że mnie to nie spotkało. Potem kaznodzieje zniknęli w zaułku razem z Muhsinem. Pochłonęła go cisza, tak jak wiele innych ludzi i rzeczy.
Wróciłem do łóżka. Chodź no, kobieto, połóż się przy mnie, powiedziałem do żony. Obrzuciła mnie niechętnym spojrzeniem i nie zareagowała. Jahja nie ma w domu nic do gadania. Jakże jej nie znoszę. Od jak dawna oplata mnie swoją nienawiścią? Śpię z pistoletem pod poduszką. W tych czasach żołnierz musi być czujny, nie wiemy, jakie niespodzianki kryje przed nami każdy dzień. Pozwól, niech cię zdobędę, tak jak tamci wuja Muhsina, mówię do niej, ale nie odpowiada, jakby mnie nie było. Zbiłem ją. Chciała uciec z domu. Zamknąłem drzwi na klucz i zabrałem go ze sobą. Za parę dni zapomni, pomyślałem, ale ona nie zapomina. Czy wiesz, że jesteś moją własnością i mogę cię brać, kiedy zechcę?, powiedziałem. Do diabła z tobą i tą rodziną, która mnie tobą obarczyła. Co mnie obchodzi twoje życie? Ważne, że przyszła do mnie jako dziewica. Tamtego dnia zebrali się mężczyźni z mojego plemienia, a jak strzelali na wiwat, niosło się po całej dzielnicy. Wyszedłem, śpiewając pieśń Ajjuba Weselny orszak[4]. Zawsze kiedy ją słyszałem na cudzych weselach, poruszała mnie do głębi. Śpiewałem ją, wychodząc z naszego starego mieszkania. Teraz już nie jest nasze i życie też nie jest nasze. Gdy śpiewam, wyobrażam sobie tamtą odległą noc. Zagharidy[5] i błysk oczu moich współplemieńców wpatrujących się w swoje karabiny. I ja, pan młody, rozpromieniony na myśl o nocy poślubnej. Ona śmiała się ze mnie i ja też się śmiałem. Po raz ostatni razem. Potem się znienawidziliśmy. Nieszczęsny mąż i uparta żona, wciąż wylewała na mnie swoją złość. Dlaczego ta kobieta jest taka obca, zastanawiałem się. Cierpliwości, Jahjo, z czasem wszystko się ułoży. Ale ty coraz bardziej się oddalałaś, a kiedy myślałem, jak bardzo mnie nie znosisz, ciemniało mi w oczach. Wracam późno z pracy, a ty czytasz. Skąd masz tę książkę? Dlaczego nie odpowiadasz? Ale ja dla ciebie nie istnieję. Ściska mnie w gardle, kiedy patrzę na kobietę mieszkającą w moim domu. Z którą obojętnie spółkuję. Dlaczego ani razu sama nie przyjdziesz, a potem byśmy się przeprosili? Wszyscy zmieniają poglądy, jak powiadał Jusuf. Czyżby wszyscy byli martwi, i tylko ja żyję? Nie, to nie jest życie. Wszystko we mnie umarło, jeszcze zanim przyszłaś ze swoimi walizkami do tego domu. Gdy kładę rękę na sercu, czuję chłód śmierci, jak u widzianych niegdyś trupów, ciał ludzi, których zabiłem, zwłok ukrytych pod moją skórą.
Dlaczego się do mnie nie zbliżysz? Chcę zasnąć, zapomnieć o swoim hełmie, piechocie, kartotece, latach służby. Zapomnieć o szpitalu i o Jusufie. Już od dawna nie notujemy tego, co mówi. Kiedyś codziennie pisaliśmy raporty o tym, gdzie się przemieszcza, kto go odwiedza, co powiedział. Czasami miałem dość tej pisaniny, ale Szef stwierdził, że Jusuf stoi na czele komórki. Jakiej komórki, Szefie? Grupy marksistów, która zagraża państwu. Pytałem go, co w naszych plemiennych układach znaczy marksista. Ateista, ty idioto. Śledziłem Jusufa jak cień, już mnie to zmęczyło, Szefie. Głupi jesteś, odpowiedział, chcesz zostać oficerem? Mieć gwiazdki na pagonach, samochód, i żeby ci salutowali? Tak, chcę, szanowny panie dowódco. Od dawna czekam na tę chwilę, na pagony, i żeby mi klaskali. Więc pisz, Jahjo, i nie skarż się na zmęczenie. Pisz i nie pytaj. Przez wiele dni spisywałem wszystko, co mówił i czego nie powiedział. Czy czuje się już lepiej? Czy może pisać? Dali mu pióro? Nie dali pióra, kartki, czy coś szykuje? Pisz, Jahjo: dziś opowiadał o jakichś ludziach, twierdził, że należą do jego pokolenia. Na drugi dzień nic się nie zdarzyło, tylko te same opowieści, nazwiska i tytuły książek. Potem się nim zmęczyłem, wszyscy się zmęczyli i dali mu spokój.
Od kilku tygodni krzewiciele wiary prowadzą nową batalię o to, by zalegalizować wydawanie za mąż nieletnich dziewczynek. Zebrali swoje Korany, zmobilizowali się, otoczyli parlament. Na zdjęciach i filmach pokazywanych na kanałach informacyjnych wyglądali straszliwie - gromada obdartusów w łachmanach, od których aż oko boli. Ale czy religia nie jest jedynym, co nam pozostało? Co wolisz, żono, wrócić do swojej wiary, czy jak? Przedstawią ci tylko jedną możliwość, może obleją ci twarz kwasem, ale dlaczego ją wystawiasz na widok, by każdy przechodzień mógł ją zobaczyć? Twoja twarz stała się dla mnie przekleństwem na ulicy i w pracy, gadali, że Jahja nie panuje nad swoim bazarem, a ja z trudem tłumiłem gniew. Gniew, którego sobie nawet nie wyobrażasz.
Jesteś tylko żołnierzem, askari, Jahjo. Jakże nie znoszę tego słowa, kiedy je wypowiadasz. Dopiero wtedy wiem, jak bardzo mnie nienawidzisz. Albo "wojaku", jak zwraca się do mnie nasz sąsiad Muhammad, żeby mnie poniżyć. Czasami drażnią mnie te określenia, ale nie wiem, jaki właściwie mam do nich stosunek, bo innym razem, gdy jestem pijany, wyobrażam sobie siebie jako żołnierza, którym byłem, niekiedy zaś mam ochotę zeskrobać je z siebie nożem, ale przywarły do mojej skóry. Spróbuj wyjść jej naprzeciw, Jahjo, powiedziałem sobie, żeby się dowiedzieć, co się roi w jej głowie. Lecz twoje myśli są czarne, żono, wiem o tym, bo gardzisz wszystkimi, którzy są do mnie podobni. Nie znoszę wojskowych, mówisz, a ja się boję, że pewnego dnia po przebudzeniu nie znajdę obok siebie twojej znienawidzonej głowy.
Wstałem, żeby zobaczyć, co z Jusufem. Opierał się o ścianę. Zapaliłem mu świecę, przyniosłem krzesło. "Usiądź, Jusufie, zmęczysz się od tego chodzenia w kółko" - powiedziałem. Mruknął coś niewyraźnie i odwrócił się do okna. Przyniosłem mu wody, zapytałem, czy wziął lekarstwo. Klął, a ja słuchałem. Zebrał krzesła i ustawił w koło. Usiadł w połowie tego kręgu, podnosząc ręce do góry, spojrzał na mnie, ja na niego też, po czym się uśmiechnął. "Dlaczego się do mnie uśmiechasz - zapytał. - Ja tego nie robię". Trochę się wzburzyłem i znów sięgnąłem po torbę z khatem.
Khat nie dodał mi dziś energii ani nie zapewnił koncentracji. Wstałem wcześnie rano, obudził mnie gwar rozmów pielęgniarzy w korytarzach szpitala. Szef chodził po dziedzińcu. Na jego widok przełykam ślinę i przypomina mi się moja czarna kartoteka. Doktor Sa'id zapowiedział sesję elektrowstrząsów. Wymówiłem się. Unikałem, jak mogłem, tego oszklonego pomieszczenia. Kilka lat temu widziałem taki zabieg. Był marzec, od samego rana padało. Błotnista woda zalewała sale i place, niebo było zasnute chmurami. Doktor poprosił, żebym przyprowadził jednego z chorych. To był jeszcze dzieciak, długo potem o nim rozmyślałem. Co cię doprowadziło do szaleństwa, mój mały? Czy ktoś rzucił na ciebie urok - macocha, któryś z kolegów? Czy postradałeś zmysły na widok dzieci, które wracają stamtąd w kawałkach, bez twarzy, rodziny płaczą, a oficer mówi z zimną krwią: "Polegli, wypełniając obowiązek"? Odzywam się do niego, a on kieruje na mnie chmurne spojrzenie, puste jak nasze kroki podczas nocy nad Saadą. Głupkowaty uśmiech chłopaka mnie przeraził. Doktor zobaczył moje zmieszanie i powiedział: "Przywiąż go, Jahjo". Złapałem chłopaka za ręce i posadziłem na krześle. Doktor nacisnął guzik, chłopaka przebiegł dreszcz. Ach, mój mały, wytrzymaj, ze względu na swoją matkę, która płacze za szklaną ścianą. Marzy jej się, żebyś był taki jak inni młodzi chłopcy. Mówiłem coś do niego, wydawało się, że otwiera oczy, po czym jego ciało gwałtownie się zatrzęsło. Był silniejszy od nas. W momencie kiedy się odwrócił, jakby widząc szczelinę w otwartych drzwiach, uśmiechnął się do matki, po czym znieruchomiał na zawsze.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji