Po drugiej stronie strachu - Michał Śmiałek

-
Proszę czekać

Prolog

Wojtuś

Niedawno skończył osiem lat, ale mama i tak codziennie czytała mu bajkę przed snem. Nie miał swojej ulubionej. Po prostu lubił słuchać głosu mamy, kiedy wokół panował mrok.

Nie. Nie bał się ciemności. Był już dużym chłopcem. Odważnym.

A bajki nie miały znaczenia. Liczył się głos mamy.

Tym razem słuchał o robotach, które wylądowały na dziwnej planecie. Znał tę historię na pamięć, ale i tak pobudziła ona jego wyobraźnię.

To były nudne wakacje. Tylko domek, spacery po lesie i spacery w górach. No i restauracje. Tak więc stara opowieść o robotach okazała się nader ciekawa.

Mama skończyła czytać, a raczej recytować z pamięci. Tylko dla pozorów lub z przyzwyczajenia przewracała przy tym kartki aż w końcu zamknęła książeczkę.

Na czole Wojtusia niczym ciepły motylek wylądował całus.

- Dobranoc, skarbie.

- Dobranoc, mamusiu.

Przekręcił się na bok i zamknął oczy.

Rodzice położyli się do swojego łóżka i nastała cisza.

Leżał plecami do nich, ściskał powieki, a w głowie obracał obrazy z usłyszanej niedawno historyjki. Obrazy i słowa ewoluowały. Wojtuś lubił żonglować opowieściami i zmieniać to i owo. Ot, tak dla zabawy. Tamtej nocy działo się to w nim niemal bez jego woli. Ba nawet wbrew jego woli.

Chciał spać, był zmęczony, a jednocześnie musiał zmieniać losy robotów.

Im bardziej o nich myślał, tym bardziej był zmęczony i nie potrafił zasnąć. Fantazja poniosła go w miejsca, z których trudno samodzielnie uciec. Dał się zagrzebać w wyobraźni jak jeszcze nigdy wcześniej. Tonął w scenach z robotami przy akompaniamencie pochrapywania taty. I mimo tych sprzeczności, zasnął.

A potem się obudził...

Chyba.

Wszędzie wokół oblepiała go gęsta ciemność. Na skórze czuł chłód, który nieznośnie wkradał się pod piżamkę. Na bosych stópkach czuł wilgotne zimno leśnego poszycia i kłujące igły.

Bał się poruszyć.

- Mamo?

Las odpowiedział ponurą ciszą. Milczał wiatr, milczały nocne zwierzęta, milczało wszystko.

- Mamo?!

Wszędzie wokoło była tylko wilgotna noc i cisza, w którą wplatał się gwałtowny rytm małego serduszka.

- Ma! Mo!

Coś zaszemrało za nim. Odwrócił się gwałtownie, ale w czerni nie mógł niczego zobaczyć. Wstrzymał oddech. Znów coś zaszurało i otarło się o gałęzie. Znów za nim. Jakby bliżej.

Łzy popłynęły po policzkach.

- Mamo - wyszeptał żałośnie, bez cienia nadziei, że ktokolwiek go usłyszy.

Część pierwszaPlanowanie jest wszystkim. Plan jest niczym

Rozdział 1Patryk

Patryk Groblewski pierwotnie rozważał zrezygnowanie z autostrad i obranie dłuższej, ciekawszej trasy, ale ostatecznie uznał, że nie ma na to ani sił, ani ochoty.

Ten początek września przyniósł jeden z ostatnich tego roku ciepłych poranków. W powietrzu było czuć, że coś przemija. Dla wszystkich innych były to wspomnienia o lecie. Dla Patryka, jego dotychczasowe życie. Miał czterdzieści osiem lat i został z niczym. I to na własne życzenie.

Pieniądze z publikacji przypływały coraz cieńszym strumykiem, aż w końcu przestały. Tak samo drobne fuchy jako edytor i korektor cudzych prac. A to, co tylko frajer nazwałby oszczędnościami, wyschło szybciej niż nadzieja na cudowny ratunek. Wypowiedział więc umowę najmu mieszkania i spakował co miał.

Przed nim było siedemset pięćdziesiąt kilometrów i prawie dziewięć godzin jazdy. Cały dobytek miał wciśnięty do bagażnika. Dwie torby. Niewiele tego, ale pocieszał się myślą, że więcej mu nie trzeba. Trochę ciuchów, laptop i przybory osobiste. Tyle mu zostało. Żałował, że nie kupił domu lub mieszkania piętnaście lat temu, kiedy jeszcze był na topie i mógł sobie na to pozwolić.

Krwiście czerwona Toyota, najcenniejsza rzecz jaką posiadał, była fajna może z dwadzieścia lat temu, ale przynajmniej nie zawodziła. Teraz potrzebowała ponad pół godziny, żeby wyjechać z Gdańska i dotrzeć do autostrady. Czas ten minął Patrykowi jak sen. Nie skupiał się ani na drodze jaką jechał, ani na porannym spotkaniu z Baśką, ani na szambie w jakie się wpakował, ani na wyciekającej z odtwarzacza muzyce.

Z głośników wokalista The Black Keys zapowiadał jaka to nie będzie jego następna dziewczyna, co powinno objawić się Groblewskiemu jako zabawna wróżba, ale to również przeoczył. Pobrał kartę przy bramkach i tylko obecność oraz ruch innych pojazdów przypomniały mu, że powinien przynajmniej zbliżyć się do stu czterdziestu. Dodał gazu, wyprzedził kilku maruderów i już leciał znacznie szybciej niż powinien. Bez grama entuzjazmu, za to z lepką, włochatą kulką o niekreślonym smaku w gardle.

Barbara Kelt.

Co za parszywa historia.

Pełna kilku jasnych plam i całych ton czerni upstrzonej lepką czerwienią.

A mimo to wciąż nie potrafił przestać o niej myśleć, kochać i ścigać jej serca. Trochę jak Don Kichot na swoim Rosynancie. Ślepy kretyn, który nie pojmuje, że walki nawet nie ma. I tak przez szesnaście lat. Z czego ostatnie siedem już nie jako jej mąż.

Kilometr za kilometrem było łatwiej, ale kleista włochata kulka w jego gardle nie malała i nie zmieniała położenia. Co najwyżej Groblewski nieco bardziej się do niej przyzwyczajał. Jak do uzupełnionego ubytku w ukruszonym przed laty zębie albo do nowych butów.

A więc jechał. Nie ku przygodzie, jak jeszcze rano zakładał. To przypominało bardziej przedśmiertną podróż. Jak słoń zmierzający na cmentarzysko w tajemniczym zakątku Afryki. Bo niby, co będzie dalej? Do czego miałby wracać? Spieprzył tak wiele, i przegapił tyle szans, żeby wyjść na prostą, że w zasadzie, poza tym krótkim pobytem w Bieszczadach, czeka go życie na ulicy. Albo w samochodzie. Albo powrót do Olsztyna, do matki, która od początku nie wierzyła w jego talent i dawała temu wyraz swoimi ironicznymi uwagami.

Nie. Ostatnia opcja nie wchodziła w grę, przynajmniej póki istniały jakiekolwiek alternatywy. Dlatego po raz kolejny spróbował z Baśką. Dlatego chciał zabrać ją i Anię na krótką wycieczkę w góry, gdzie mogliby spróbować zacząć od nowa. Wiedział, że się nie zgodzi, ale i tak zaryzykował. No i splunęła mu w twarz, oczywiście nie dosłownie. Pani adwokat nie zniżyłaby się to czegoś takiego. Ale zwyzywała go już na poważnie.

Co mu zostało?

Jedyne co potrafił to pisać. A w zasadzie tylko wymyślać historie. A nawet i to nie. Był świetny w marzeniu o byciu pisarzem i odwracaniu własnej uwagi od drogi jaką musiałby pokonać, żeby się nim stać.

Teraz nawet z fenomenalnym pomysłem w garści, potrzebowałby miesięcy, żeby go zapisać. Plus kolejnych kilku, żeby poprawić gotowy tekst. Do tego następne na znalezienie wydawcy dość zdesperowanego, żeby spojrzeć na Patrykowe wypociny. Potem czas na poprawki redakcyjne, czekanie na odpowiedni moment na premierę, a potem jeszcze trochę aż pojawią się pierwsze złotówki.

Sprzedaż Toyoty nie dałaby mu szans nawet na pierwszy etap.

Słowem: mogiła.

Warto było zatem jechać kolejne kilkaset kilometrów tylko po to, żeby zadręczać się w lesie przez dwa tygodnie i czekać na koniec?

A może przyspieszyć jeszcze bardziej, sprawdzić, ile ta babcia ma w sobie ognia, zamknąć oczy i puścić kierownicę?

Ta myśl nawet nie była kusząca.

Jeszcze nie teraz.

Rozdział 2Ania

Nie powinna była, ale nie mogła się powstrzymać. Kucnęła w połowie schodów, schowana za poręczą i podsłuchiwała.

Głos poznała niemal od razu, ale wydało jej się dziwne, że tata przyjechał z samego rana i to jeszcze w piątek. Długo rozważała, czy może to być ktoś inny, ale za każdym razem przed oczami stawał jej obraz ojca. Oczywiście ten, jaki zapamiętała. A ostatni raz widziała go bardzo bardzo dawno.

Mówił coś o wyjeździe. Wycieczce? Słowa docierały mocno zniekształcone. Zapragnęła podejść bliżej, ale bycie niezauważoną wydawało się być dużo ważniejsze niż sens słów. Ten dom był zdecydowanie za duży, pomyślała. Kiedy padło słowo "atak" wiedziała już, że to musi być on. Bo niby z kim innym matka miałaby rozmawiać o jej padaczce.

Tak bardzo chciała go zobaczyć. Przytulić się i porozmawiać. Był fajny. Był jej tatą. A nie widziała go od trzynastych urodzin. Prawie trzy lata. Do dziś pamięta jaka była wtedy afera. Przyjechał niezapowiedzianie, kiedy była sama w domu. Dał prezent, książki i takie śmieszne wahadełka z kuleczkami, co bujają się zadziwiająco długo oraz kwiatek. Kwiatek usechł, normalna rzecz. Wahadełko spadło przy sprzątaniu i nie działało jak wcześniej. Tylko książki ocalały. Ale może dlatego, że mama nie wiedziała, które z nich były od niego?

Dlaczego tak bardzo go nie lubiła? To dobry człowiek. Przystojny, przynajmniej w jej ocenie. Fajnie się ubiera i wciąż ma sentyment do swojego starego samochodu, jeździł nim chyba od zawsze, co Ania uważała za osobliwe i dość romantyczne.

Może mama nie lubi pisarzy? A może tata zrobił coś złego, o czym żadne z nich jej nie powiedziało?

Istniała jeszcze jedna możliwość, ale była zbyt straszna, by formułować ją na głos. Myśl, że może winna była ona, Ania. Czy mogli się pokłócić i rozstać przez nią? Wiedziała jak mocno mama ją kocha. Była dość dojrzała, żeby widzieć, iż w tym uczuciu nie ma nic toksycznego. Prawdziwa matczyna miłość. Tata też ją kochał, a przynajmniej tyle udało jej się zapamiętać z pierwszych lat życia i tych nielicznych wizyt.

Tak bardzo za nim tęskniła. Intrygował ją. Był jak tajemnica, która czasem przemyka tuż obok tylko po to, żeby podrażnić ciekawość. Jaki był na co dzień? Co jadał na śniadanie? Pił kawę z mlekiem czy czarną? Chrapał? Lubił oglądać mecze?

Drzwi trzasnęły tak mocno, że aż podskoczyła. Poczuła się jakby właśnie na jej ramieniu spoczęła dłoń, kogoś kto przyłapał ją na próbie kradzieży.

- Jesteś gotowa? - zawołała mama.

Ania słyszała jej kroki. Szła do kuchni.

Nie była gotowa. Ledwie umyła zęby, ale wciąż miała na sobie tylko piżamę i elastyczną bransoletkę w kolorze indygo informującą o jej chorobie. Mimo to zbiegła szybko na dół. Przegapiwszy jeden ze schodków o mało nie zleciała i nie poobijała tyłka. Tylko mocne chwycenie za poręcz uchroniło ją przed upadkiem.

Mało brakowało.

- Kto to był? - spytała, kiedy udało jej się dogonić mamę w hallu.

- Nikt ważny - odparła i obejrzała się za siebie. - Czemu jeszcze nie jesteś ubrana, skarbie? Spóźnimy się. - Podeszła do śmietnika i coś do niego wrzuciła. To były skrawki papieru. - No już-już - ponagliła.

Nie było sensu dyskutować. Nie z mamą. Zresztą czasu faktycznie było niewiele. Do szkoły nie miała daleko, ale mama upierała się, żeby osobiście ją zawozić. Czasem tylko odbierał ją tata Karoliny, jej przyjaciółki.

Wbiegła z powrotem na piętro tak szybko, że o mało znów nie straciła równowagi na śliskiej podłodze. Piorunem założyła bieliznę spodnie, bluzkę i skarpetki, złapała plecak i zbiegła na dół. Była szybka. Naprawdę szybka. Chyba pobiła rekord. Ale matka stała już przy drzwiach z neseserem i jej drugim śniadaniem. Nie dała Ani szans na zajrzenie do śmietnika. Tam musiało być coś ważnego. Coś od taty. Liczyła na to, że zdoła pochwycić tą maleńką pozostałość jego osoby. A teraz będzie musiała czekać do wieczora. I mieć nadzieję, że mama nie wyrzuci wcześniej śmieci. Ile miała dziś rozpraw? Ile czasu spędzi w kancelarii?

Ledwie powstrzymała się, by nie zerknąć w stronę kuchni. Włożyła kurtkę, buty i posłusznie poszła do samochodu.

Mercedes mamy był prawie nowy, elegancki i wygodny, wygodniejszy chyba niż cały ich wielki dom. Ale brakowało mu czegoś, co miał samochód ojca. Tyle że Ania nie umiała nazwać tego czegoś.

- Chyba byłaś zła na tego kogoś. - Podchody z mamą to nie najlepszy pomysł, ale jako jej córka miała super moc. Było poza podejrzeniami i matka nie traktowała jej jak wroga, co dawało szansę na sukces. - Coś się stało?

- Co? - spytała zdziwiona. Gorączkowo usiłowała włączyć się do ruchu na głównej ulicy. - Zła na kogo?

- Na tego pana, który przyszedł rano. - Udawała troskę i niewinność, a pani prawnik nie wywęszyła podstępu.

Mimo to, porażka.

- Skarbie, to naprawdę nic takiego. Nic, co by dotyczyło ciebie. A ja teraz nie mam czasu na rozmowy o błahostkach. - Dodała gazu, Mercedes wyrwał do przodu z gardłowym rykiem i już były za skrzyżowaniem. Po wszystkim machnęła za siebie ręką w podziękowaniu lub w ramach przeprosin, czego kierowca jadący za nimi oczywiście nie miał szans dostrzec przez tylną szybę. - Przede mną długi dzień. Nie gniewaj się, proszę, jeśli znów przyjedzie po ciebie pan Ignasz, OK? Powinnam się wyrobić, ale wiesz jak jest. Nie panuję nad całym światem.

Mama spojrzała na nią i uśmiechnęła się serdecznie. Zdanie o panowaniu nad światem powtarzała co rano. Rozmowa była zatem skończona.

Rozdział 3Patryk

Późnym popołudniem zjechał z autostrady. Z każdym śmigającym za burtą słupkiem hektometrowym, czuł się lepiej. Był dalej od trosk i wracały mu siły. Jakby zwiększał dystans do swojego osobistego kryptonitu. Jeden zakręt i kolejny, ułamek prostej i znów sekwencja trzech wiraży. Lewo, prawo i lewo. Na ostatnim koła zapiszczały w ramach protestu. Za szybko, oj, za szybko. Zwolnił.

Jako pisarz miał pecha. Jego pierwsza powieść okazała się niemal bestsellerem. Ale to wystarczyło, żeby otworzyć drogę na rynek następnym tytułom. Pewna wytwórnia filmowa nawet kupiła prawa do jednego z nich, choć nigdy go nie zekranizowano. Każda kolejna książka odnosiła sukces. Sukces, o którym marzył. Sukces, który ustawił go finansowo na jakiś czas i zagwarantował blokadę na lata. Któraś z powieści musiała okazać się gorsza niż poprzednie, a to przeraziło go bardziej, niż możliwość, że pierwszy tytuł mógłby zostać spuszczony w kiblu przez wydawcę. Ostatnie lata, jeśli siadał do komputera, to tylko po to, żeby się zniechęcić do każdego kolejnego pomysłu.

Pragnął, żeby teraz było inaczej. Ale już wiedział, że nie będzie.

Parę minut po godzinie szesnastej zjeżdżał na stację benzynową przed wjazdem do Skrawkowic. Jechał od dobrych czterech godzin ciurkiem i tyłek zdążył mu ścierpnąć. Jesień "kwitła" w pełni, ale słońce jeszcze nie chowało się za horyzontem. Choć zachód stał w boksach, gotowy by w każdej chwili wystartować.

Tłuczeń na podjeździe zachrzęścił pod kołami w ramach skargi na naruszenie spokoju wtulonych w siebie kamyczków. Patryk zgasił silnik i sięgnął na tylne siedzenie po kurtkę. Za oknem zaskrzypiał rozkołysany wiatrem szyld, po czym zamilkł. Na placu przed budynkiem stacji Top Drop sterczały dwa dystrybutory, jeden z ropą, a drugi benzyną. Obok budynku zaparkowane stało stare granatowe Pajero o wielkich jak balony kołach i wyraźnymi odciskami rdzy na klapie i zderzaku. Groblewski zatankował, słuchając wycia pompy i popiskiwania szyldu, co było miłą odmianą po monotonnych odgłosach jazdy. Mimo powiewów chłodnego wiatru, powstrzymał się przed postawieniem kołnierza kurtki. Wiedział, że niewiele to zmieni. Obiecał sobie za to, że nagrodzi swój trud kolejnym fajkiem, jak tylko znów wsiądzie do auta.

W końcu pistolet pstryknął, a spust odbił.

Wnętrze budynku stacji było obszerniejsze niż można by się spodziewać. Parę regałów ze słodyczami, przekąskami i napojami, gdzieś w kącie oleje silnikowe i płyny do spryskiwaczy. Na ścianie za ladą trochę alkoholu i papierosy. Sklep spożywczy z funkcją stacji benzynowej. Oczywiście tylko jedna kasa, za którą stał niski i potwornie szeroki w barach sprzedawca. Mężczyzna miał może metr siedemdziesiąt wzrostu i nosił czerwony kombinezon z naszywką na lewej piersi głoszącą "Robert". Miał wyciosaną z kamienia twarz, dwudniowy zarost i niezbyt inteligentne, łagodne spojrzenie.

- Dzień dobry - zaczął Patryk. Jeszcze zanim podszedł bliżej włożył do ust ostatniego papierosa i wyrzucił puste opakowanie do kosza przy drzwiach.

- Dobry - odparł tamten. Prosto, ale grzecznie.

- Będzie paliwo i czerwone Viceroye, dwie paczki. Albo od razu trzy - dodał, zanim tamten zdążył zareagować.

Mężczyzna poruszył się, żeby sięgnąć do pułki z papierosami i wtedy Groblewski oniemiał. Kasjer wstał z taboretu. Urósł jak wypiętrzający się spod ziemi skalny masyw. Wcale nie miał metr sześćdziesiąt tylko dobrze ponad dwa metry wzrostu. Nawet dłonie miał niezwykle duże, papierosy w jego ręce wyglądały jak paczki zapałek. Goliat. Patryk z trudem powstrzymywał wypływającą ze zboczenia zawodowego pokusę, żeby się gapić.

- Dwieście siedemdziesiąt jeden i dwanaście groszy - beznamiętnym tonem oznajmił sprzedawca.

- Kartą - rzucił i wystraszył się, że jeśli na stacji nie ma terminala, a jemu zabraknie gotówki, to będzie miał niemałe kłopoty.

Po chwili jednak na ladzie znalazło się ciemnoszare urządzenie.

Ale wielkolud. Groblewski nie był w stanie nie patrzeć na niego i jego ruchy. Facet wrócił na swój taboret i znów siedział jak posąg. Jak robot, który wrócił w stan spoczynku. Taki ktoś zasługiwał na zapamiętanie i wykorzystanie. Gdzieś, kiedyś w jakiejś scenie. Ba, całej powieści!

Otrząsnął się i wyciągnął telefon. Ze zdziwieniem stwierdził, że ma tylko dwie kreski zasięgu. A z jeszcze większym żalem, że nie ma żadnych nieodebranych połączeń czy wiadomości. Od Basi oczywiście.

Zdziwiony?

Nie.

Wybrał z pamięci numer i, wciąż obejmując ustami niezapalony papieros, wsłuchiwał się w sygnał.

Buuu.

Buuu.

Buuu.

Już miał przerwać połączenie, by spróbować znów za jakiś czas, gdy w słuchawce usłyszał znajomy głos starszej kobiety.

- Witam, pani Marto. Tu Patryk Groblewski. Informuję, że jestem już blisko Zacisza. - Nasłuchiwał. - Tak? - Znów słuchał. - Tak, tak - I znów. - OK. Znajdę.

Schował komórkę do kieszeni spodni i miał się pożegnać ze sprzedawcą, kiedy ten odezwał się do niego zupełnie innym niż wcześniej głosem. Wciąż nieco beznamiętnym, ale teraz zdradzającym wkradającą się weń nerwowość.

- Jedzie pan do Zacisza?

- Tak. - Nie starał się nawet ukryć, że pytanie zbiło go z tropu. - Nie wie pan, gdzie jest sklep "Sezam"? Mam stamtąd odebrać klucze.

- To nienajlepszy pomysł, proszę pana.

W budynku stacji zawisła gęsta cisza. Wiatr przetoczył się na zewnątrz i poruszył szyldem, który jęknął dwukrotnie. Patryk patrzył sprzedawcy w oczy i czuł, że w jego piersi serce domaga się, żeby posłuchał wielkoluda.

- Dlaczego? - spytał, ale nie potrafił zignorować przeczucia, że prosi się tym samym o kłopoty.

- To złe miejsce, proszę pana. Niech pan tam nie jedzie. To zły pomysł.

W jednej chwili postać ekspedienta, wielkiego łagodnego przygłupa, którą zapisał w pamięci, zyskała nowych barw i wymiarów. A jednocześnie stała się odpychająca.

- To gdzie jest ten sklep? - ponowił pytanie w nadziei, że zwrócenie rozmowy na pierwotny tor oczyści gęstą atmosferę.

- Na drugim końcu Skrawkowic. Po lewej - olbrzym odparł wyraźnie niechętnie.

- Dzięki. Do widzenia - rzucił Patryk już w drzwiach, starając się ukryć wrażenie jakie wywarły na nim słowa sprzedawcy. Ale chyba słabo mu to wyszło.

Już w samochodzie, kiedy podpalał trzymany w ustach papieros, spostrzegł, że jego dłonie lekko drżą, ale wciągnięta zachłannie w płuca nikotyna szybko zrobiła swoje.

Rozdział 4Bobi

Największym atutem Roberta Somera był fakt, że nie wyglądał na bystrzachę. Jego rozmiary sugerowały, że w głowie musi mieć braki. Jeśli doliczyć do tego nędzną posadę kasjera na stacji benzynowej, stereotyp malował się samoistnie. W rzeczywistości Robert, nazywany przez pewne grono znajomych Bobim, mógł się poszczycić wnikliwością umysłu znacznie większego kalibru niż przeciętny Kowalski.

Po zatrzaśnięciu drzwi odczekał jeszcze chwilę, a kiedy silnik czerwonej Celici odezwał się i wszedł na obroty, wyciągnął telefon. Pomruk motoru szybko stracił na intensywności, aż w końcu ucichł zupełnie. Klient odjechał.

Dobrze.

Bobi nie lubił smartfonów. Jego duże dłonie o grubych, mięsistych palcach nie radziły sobie z ekranem dotykowym. Trafienie w pożądany przycisk było loterią, korzystanie z rysików zbędną komplikacją. Jego telefon miał klawisze, a i to niewiele pomagało.

Odblokował go. Wszedł w książkę kontaktów i zjechał w dół listy do literki "D". Odnalazł kogo trzeba i wybrał połączenie do osoby wpisanej jako "Dok".

W słuchawce zabrzmiał nieco brzęczący sygnał oczekiwania na połączenie.

Sygnał nagle się urwał, na znak, że ktoś odebrał telefon. Ten ktoś się nie odezwał, ale też nie musiał.

- Mamy problem - zaczął Bobi.

- Poważny? - Głos po drugiej stronie był spokojny. Póki co.

- Możliwe, że tak - odpowiedział, a obudowa komórki zatrzeszczała w jego dłoni. Rozluźnił uścisk.

- Mów - polecił rozmówca.

Zrelacjonowanie zajścia zajęło dwie minuty, po których nastała cisza.

Sekunda.

Dwie.

Pięć.

- Musimy się spotkać. O osiemnastej u mnie. Wezwę Szeryfa.

I się rozłączył.

Bobi popatrzył chwilę na telefon, a potem na drzwi wyjściowe, za którymi nie było już nikogo.

O piątej skończy zmianę. Pojedzie do domu i sprawdzi, czy z matką wszystko w porządku. Podgrzeje jej obiad i nakarmi. A potem pojedzie na spotkanie, bo problem może okazać się poważny. Bobi był dość bystry, by zrozumieć już w pierwszej chwili, gdy padła nazwa "Zacisze", że jego życie właśnie znów się komplikuje.

Ale Doktorek coś wymyśli. W końcu to on był szefem.

Rozdział 5Patryk

Dojazd do sklepu nie zajął długo. Jednocześnie Patryk mógł przekonać się na własnej skórze, czemu Skrawkowice nie są słynną na cały kraj miejscowością turystyczną. Choć nie należały do najmniejszych miasteczek, to nie bardzo miały się też czym szczycić. Nieliczne pensjonaty i jakaś maleńka, zamknięta już knajpka. Zadupie Bieszczad. Aż zrobiło mu się wstyd, że chciał tu zaciągnąć Baśkę i Anię. No cóż. Na więcej nie mógł sobie pozwolić. Nawet droga wiodła niemal poziomo, bez wyraźnych wzniesień i zupełnie nie dawała odczuć, że wiedzie przez góry. Musiał to być najbardziej płaski teren w tej części kraju.

Sklep "Sezam" przypominał tramwaj. Nie z zewnątrz oczywiście, ale w środku. Przy wejściu znajdowały się dwie kasy, słupek koszyków i lodówki z napojami. A jak okiem sięgnąć na prawo ciągnęły się regały, zamrażarki, półki z produktami oraz stoisko z warzywami i owocami. Wszystko upchane w nienaturalnie długim pomieszczeniu, tak by utworzyło dwa wąskie korytarze.

Przywitał się z młodą szatynką stojącą za ladą i wziął jeden z koszyków. Ruszył w stronę najbliższych półek, ale obejrzał się jeszcze na dziewczynę. Jej uroda na pierwszy rzut oka nie powalała, ale dziewczyna nie była też brzydka. Patrykowi spodobały się za to jej bardzo delikatnie pofalowane włosy. Było w nich coś słowiańskiego i bardzo naturalnego. Jakby cały zakres ich pielęgnacji polegał na czesaniu i myciu. Żadnej zbędnej chemii, farb czy sztucznych odżywek. Wydało mu się to urocze.

Koszyk zapełnił się sam, czym popadnie. Mrożonkami, pieczywem, kilkoma rodzajami paczkowanych wędlin i homeopatyczną ilością warzyw. Do tego zgrzewka wody mineralnej i słoiczek chrzanu. Dieta kawalerska, ale brakowało jeszcze jednego produktu.

- Jest miodowy Jack Daniels? - spytał, kiedy zaczął wykładać produkty na ladę.

Kasjerka patrzyła na niego trochę jakby zobaczyła ducha zmarłego przodka, a trochę jakby stał przed nią Brad Pitt.

- Niestety, nie mamy w tej chwili - wreszcie udało jej się wyartykułować odpowiedź.

Miała obcy akcent, rosyjski lub ukraiński i lekko ochrypły głos, nie na tyle by drażnić, ale dość, by w ciele Groblewskiego wprawić w drżenie jedną ze strun. Zanieczyszczenie w głosie dziewczyny było równie subtelne, co fale jej włosów.

Ogarnęła go złość na samego siebie, że znów to robi. Znów szuka kobiety, która będzie tabletką na wszystkie jego bóle. Doskonale wiedział, że zawsze okazywały się one jedynie środkiem przeciw objawowym i to w dodatku bardzo krótkotrwałym.

- W takim razie poproszę Żołądkową. - Wskazał na prężących się na półce za dziewczyną szklanych żołnierzy i szybkim krokiem pognał po dwie butelki coli.

- Zero pięć czy zero siedem? - krzyknęła za nim.

- Litr - odparł krótko.

Dziewczyna nie skomentowała.

- To wszystko? - zapytała tylko.

Kiwnął głową. Wbiła produkty na kasę, zapakował do siatki i podała cenę. Patryk machnął kartą, na znak, że płaci zbliżeniowo.

- Ktoś miał tu coś dla mnie zostawić - powiedział i potwierdził PIN. - Klucz.

Dziewczyna znów zamarła w bezruchu, ale tylko na ułamek sekundy, po czym wyciągnęła telefon i odwróciła się, jakby tylko to wystarczyło do zapewnienia jej prywatności. Rozmawiała z kimś, kto po sposobie, w jaki do niego mówiła mógł być szefową lub starszą koleżanką. Groblewski mógł tymczasem uważniej przyjrzeć się jej włosom. Tak, były ładne i z pewnością miały naturalny kolor. Ale dziewczyna sama w sobie była zbyt szczupła jak na jego gust. A przynajmniej tym argumentem próbował siebie zniechęcić.

- Pańska godność? - wypaliła nagle w jego stronę, kiedy przyglądał się jej biodrom tak, że ledwo ukrył zakłopotanie.

- Groblewski Patryk.

Przez moment wydawało mu się, że kasjerka była zdziwiona tym, co słyszy. Niemniej powtórzyła nazwisko do słuchawki, po czym wysłuchała, co druga osoba ma jej do powiedzenia.

- Okej. Dzięki. Na razie. - Rozłączyła się.

Podeszła do drugiej kasy, otworzyła szufladkę z pieniędzmi i wyjęła z niej pojedynczy klucz z kółeczkiem, ale bez zawieszki.

- Proszę. Pani Marta zostawiła go przed moją zmianą. - Wschodni akcent wzmógł się nieco, pewnie przez zdenerwowanie.

Kiedy Patryk odbierał klucz z rąk dziewczyny, niechcący musnął jej palce. Ta jakby się wzdrygnęła, co wydało mu się osobliwe.

- Dziękuję - powiedział grzecznie i uśmiechnął się do niej. Kasjerka natychmiast się rozluźniła.

- Jedzie pan do Zacisza? - spytała, a Patryk tylko kiwnął głową. - Spoko.

- Dzięki raz jeszcze. - Zabrał reklamówki. - Do zobaczenia - rzucił przez ramię wychodząc.

Na zewnątrz zrobiło się nieco chłodniej i bardziej wietrznie, choć niebo wciąż pozostawało nieskazitelnie czyste. Nabrało tylko ciemniejszej barwy na znak, że zbliża się wieczór.

Zostało mu sporo czasu do zmroku, ale nie miał ochoty pałętać się po okolicy. Chciał iść spać. Droga go wymęczyła, ale i tak obawiał się, że bez lekarstwa w szklanej ampułce, sen może okazać się kapryśną kochanką. Głód wyprzedził zmęczenie i chwilowo wysunął się na prowadzenie. No i jeszcze uczucie brudu, ale z tym mógł żyć.