Po prostu się żyje. O Matysiakach i codzienności w PRL-u - Tomasz Potkaj

-
Proszę czekać

Przypisy

1 Pan Wicherek ma głos, "Życie Warszawy", 14 grudnia 1956 r.

2 Kołchoźnik to drewniana skrzynka z wmontowanym głośnikiem i pokrętłem do włączania i wyłączania. Wieszano go na ścianie, najczęściej nad drzwiami mieszkań, szkół, urzędów i zakładów pracy. Można było słuchać na nim tylko jednego programu.

3 Archiwum Polskiego Radia, archiwum audycji Matysiakowie, e-mail z 16 grudnia 2006 r.

4 Kilka tygodni po emisji pierwszego odcinka słuchowiska przeniesiono je na godzinę 19.30, która utrzymała się przez dekady. Równocześnie wprowadzono powtórki w Programie II w niedzielę o tej samej porze. Od lat stałą porą Matysiaków jest sobotnie wczesne popołudnie - 13.15.

5 Choinek najwięcej w Śródmieściu, "Życie Warszawy", 2-3 grudnia 1956 r.

6 Barbara Ubysz, Dzieciom..., "Stolica" 1956, nr 51-52.

7 Dwa pytania, "Przyjaciółka" 1959, nr 29.

8 Jerzy Janic­ki, O Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina, Warszawa 1955, s. 7.

9 Maria Kuncewiczowa, Dni powszednie państwa Kowalskich, Warszawa 1984, s. 77.

10 Maria i Jerzy Kuncewiczowie wrócili do Polski na początku lat sześćdziesiątych.

11 Zdzisław Nardelli, Z historii teatru wyobraźni, audycja Programu Drugiego Polskiego Radia z 12 lutego 2017 roku, przygotowała Iwona Malinowska (dostęp: 20 października 2025).

12 Latawcem nazywano nowe osiedle zlokalizowane w okolicach Alei Wyzwolenia na warszawskim Śródmieściu. Bez wątpienia był to w tamtym czasie prestiżowy adres w stolicy.

13 Marek Hłasko, Piękni dwudziestoletni, Warszawa 1988, s. 73.

14 Nie lubię umowności, z Jerzym Janic­kim rozmawia Alicja Kos, "Stolica" 1986, nr 51.

15 The Archers są nadawani do dziś pięć razy w tygodniu. To najdłużej istniejące nieprzerwanie słuchowisko w całej światowej radiofonii. 1 stycznia 2026 roku minęło siedemdziesiąt pięć lat od rozpoczęcia emisji.

16 Stanisław Stampf'l, Na marginesie pewnego jubileuszu, "Antena" 1958, nr 11.

17 Jerzy Janic­ki, Zapiski ze współczesności, audycja Programu Drugiego Polskiego Radia z 1 września 2003 roku.

18 Cytat pochodzi ze wstępu Melchiora Wańkowicza do czterotomowego wyboru scen powieści wraz z komentarzem narratora, wydanego w latach siedemdziesiątych przez Wydawnictwa Radia i Telewizji, Warszawa 1973, t. 1, s. 11

19 Maria Kuncewiczowa, dz. cyt., s. 157.

20 Kazimierz Karabasz, Z Powiśla, 1958, https://youtu.be/2kIjnbLXnYc (dostęp: 1 grudnia 2025).

Wstęp

Radiowe życie Matysiaków rozpoczęło się od liczenia pieniędzy.

Na stole wylądowała najpierw najcenniejsza pięćsetka z górnikiem w kasku na głowie i z przerzuconym przez ramię kilofem. Potem czerwone sto złotych z wizerunkiem robotnika. Pięćdziesiątka z rybakiem. Kolejna stówka. A na samym końcu dwudziestka z kobietą w chustce. Józef Matysiak, tokarz w Fabryce Wyrobów Precyzyjnych im. gen. Świerczewskiego, wcześniej wziął już czterysta pięćdziesiąt złotych zaliczki, oddał dług koledze i zapłacił składkę na związek zawodowy oraz pięćdziesiąt złotych na Węgrów. W zakładach pracy powszechnie zbierano pieniądze na pomoc mieszkańcom kraju spacyfikowanego przez sowiec­kie czołgi, których nawet w oficjalnych gazetach określano mianem powstańców.

Zarabiał około tysiąca trzystu złotych, jak trzydzieści procent zatrudnionych, ale do domu przynosił trochę mniej, co jego żona Helena nazywała "zaokrąglaniem", i o co miała pretensje. Czasem dochodziła do tego premia. Nie było to dużo. Ostatnio żywność podrożała ponad dwukrotnie, a artykuły przemysłowe o połowę. W tym papierosy. Dla Maty­siaka był to koszt w wysokości czterdziestu pięciu złotych miesięcznie. Palił również jego starszy syn Stach. Zawsze robotniczą markę bez filtra - Sporty. Gdyby Stach nie pracował w tej samej co ojciec fabryce, Helenie - która trzymała pieczę nad domowymi finansami, zapisując wydatki w zeszycie - pewnie nie starczyłoby do pierwszego. Zresztą też dokładała się do rodzinnego budżetu, biorąc pranie od zamożniejszych sąsiadów, Karpińskich. Upraną bieliznę nosiło się potem do magla, do którego zawsze ustawiała się kolejka. Helena miesięcznie dorabiała w ten sposób sto osiemdziesiąt złotych. Po odliczeniu wszystkich wydatków rodzinie zostawało na życie nieco ponad tysiąc złotych.

Po chwili ze szkoły wrócił czternastoletni Gienek, a z fabryki - Stach. Pracę łączył z graniem na trąbce w zespole, co na dłuższą metę okazało się nie do pogodzenia. Z rodziną mieszkała także siostrzenica Heleny, Zosia Kotlarz. Miała siedemnaście lat, pochodziła z lubelskiej wioski i przyjechała do stolicy, by uczyć się w szkole krawiec­kiej. Pomagała ciotce w prowadzeniu domu. Krzątała się po pokoju i roz­kładała talerze na stole. Na obiad była kartoflanka, którą, jak zawsze, zagryzali chlebem. Potem Zosia pozmywała talerze w balii przy zlewie.

Mimo że był grudzień, Gienek wciąż chodził w pepegach - gumowo-płóciennych tenisówkach z białą podeszwą. W dodatku dziurawych. Helena przy stole zauważyła, że koniecznie trzeba kupić mu skórzane buty na zimę, na co Józef tylko kiwnął głową. Buty to wydatek co najmniej stu pięćdziesięciu złotych. To trochę więcej niż kwota, którą przez trzy miesiące wyda na papierosy. Jeśli najmłodszy Matysiak dostanie nowe buty, nie wystarczy już na spodnie dla Józefa. Te, które nosił, nie były zresztą najgorsze. Matysiak mówił, że "tyłka przez nie nie widać".

Takimi oto codziennymi sprawami rodzina Matysiaków po raz pierwszy zaprezentowała się słuchaczom. Był 15 grudnia 1956 roku. O godzinie 20.35 w Programie Drugim Polskiego Radia, tuż po Kronice Sportowej, Tadeusz Bocheński, legendarny spiker radiowy, zapowiedział pierwszy odcinek słuchowiska. Nosiło tytuł Matysiakowie. Ani twórcy, ani słuchacze nie przypuszczali wtedy, że oto rodzi się fenomen, który nie tylko przyciągnie miliony ludzi przed radioodbiorniki, ale także stanie się dla nich czymś równie realnym jak rodzina czy znajomi.

Od pierwszego odcinka Matysiakowie byli bliscy życiu. Helena Matysiakowa miała rację, martwiąc się o zbyt lekkie buty Gienka. W kraju panowała wprawdzie plucha, a pogoda była raczej jesienna, nawet do dziesięciu stopni Celsjusza, jednak Czesław Nowic­ki, zwany Wicherkiem, pierwszy telewizyjny prezenter pogody1, na najbliższe dni przewidywał ochłodzenie. I rzeczywiście tak było. Niedługo później prawdziwa zima ze śniegiem i mrozem sparaliżowała kraj.

"Miałem wtedy 11 lat" - wspominał wiele lat później jeden z licznych słuchaczy. "W domu nie było światła, a lekcje odrabiałem przy naftowej lampie w ciszy przerywanej chrobotaniem korników w futrynie drzwi. Mieszkaliśmy za miastem na tak zwanej kolonii i mimo że doprowadzenie elektryczności było niemożliwe, to radiowęzeł miejski podłączono nam niemal natychmiast po wprowadzeniu. Zamontowany kołchoźnik2, częściej nazywany chołchoźnikiem, grał teraz niemal bez przerwy (...). Kiedy przeczytałem w programie o nowej powieści Matysiakowie, postanowiłem wysłuchać wszystkich odcinków. I tak Matysiakowie towarzyszyli mi nieprzerwanie do matury"3.

Słuchaczy ujęła zwyczajność, a wręcz przyziemność spraw poruszanych w pierwszym odcinku. Wyróżniało go to na tle innych produkcji radiowych, wciąż pełnych propagandowych pustych frazesów, zwanych przez ludzi "mową-trawą". Zarazem były to sprawy żywo ich obchodzące, bo komu nie brakowało pieniędzy do pierwszego? Bohaterowie, tak jak miliony Polaków, posługiwali się przy tym językiem potocznym. Te dwa proste zabiegi twórców sprawiły, że słuchacze od razu utożsamili się z radiowymi bohaterami.

Matysiakowie nie byli idealni, mieli swoje przywary i prawdziwe problemy. Jednak kierowali się zasadami, które budziły sympatię i dawały poczucie bezpieczeństwa: byli prawi, uczynni, solidarni, wzajemnie sobie życzliwi.

- Rodzina to jest rodzina - powiedział kiedyś Józef Matysiak. - I jak ktoś z niej coś potrzebuje, pomocy czy czegoś, to inni na głowie staną, żeby mu pomóc.

- Po prostu się żyje - dodał w innym odcinku słuchowiska.

- Żyjemy sobie tak jak wszyscy - dopowiedziała Helena.

Matysiakowie istnieją do dzisiaj. To druga po Kronice sportowej najdłużej emitowana audycja w Polskim Radiu i drugie po brytyjskich The Archers najdłużej nadawane słuchowisko w całej światowej radiofonii. W latach największej popularności, zanim radia nie wyparła telewizja, co tydzień w sobotę o godzinie 19.30 gromadziło ono przy radioodbiornikach ponad dziesięć milionów Polaków4. Ulice pustoszały na wiele lat przed serialem Niewolnica Izaura.

Podróż śladami Matysiaków będzie wędrówką przez dziwaczną, pełną osobliwości krainę, jaką z dzisiejszego punktu widzenia była Polska Rzeczpospolita Ludowa. Matysiakowie dzielili ze słuchaczami problemy życia codziennego: mieszkaniowe, finansowe, zdrowotne. Słuchowisko odgrywało ­również rolę edukacyjną, zgodnie z duchem epoki. Nakłaniało ludzi do pożądanych działań: zbiórek, czynów społecznych, promowało także patriotyzm i uczciwość.

*

Dwa miesiące przed akcją pierwszego odcinka rozegrał się polski Październik. Jak dowiadujemy się z kolejnych części słuchowiska, wydarzenia te nie ominęły Matysiaków. Trzech członków rodziny uczestniczyło w wiecach pod Politechniką. Był tam nawet nastoletni Gienek, którego starszy kolega wziął na barana, żeby mógł zobaczyć przemawiającego płomiennie robotnika z Żerania, Lechosława Goździka. W rezultacie wydarzeń do władzy doszedł Władysław Gomułka. Z ­miejsca odosobnienia do swojej rezydencji przy ulicy Miodowej wrócił prymas Stefan Wyszyński. Więźniowie polityczni wychodzili na wolność, a prowadzone wówczas procesy rehabilitacyjne wykazywały, że zostali skazani niesłusznie. Z ZSRR wracali Polacy, mieszkańcy dawnych województw wschodnich, nazywani repatriantami. W gazetach pisano o "wypaczeniach" stalinizmu. Trwała kampania przed wyborami do sejmu, które zaplanowano na koniec stycznia 1957 roku. Władysław Gomułka wezwał, by głosowano "bez skreśleń", co miało być dowodem zaufania do nowej polityki partii. W wigilijny wieczór o 20.10 Polskie Radio nadało przemówienie prymasa z życzeniami, a o północy oba programy transmitowały pasterkę z Kościoła św. Aleksandra na Placu Trzech Krzyży. Również to zdarzyło się po raz pierwszy po wojnie i powtórzy dopiero po powstaniu Solidarności.

Jednak w połowie grudnia 1956 roku Matysiakowie, tak jak niemal wszyscy Polacy, żyli przede wszystkim przygotowaniami do zbliżających się świąt Bożego Narodzenia. W radiu i w gazetach znów posługiwano się tym określeniem, zamiast ogólnego "święta" mającego zatrzeć ich religijny charakter. Tak, to był naprawdę wyjątkowy rok.

W stolicy pojawiły się pomarańcze i cytryny. Z ZSRR przyjechał wagon z kawiorem, a z Jugosławii - partia sardynek. Ale co tam sardynki! Na wigilijnym stole musiał być karp. Stołeczny Zarząd Handlu "rzucił" na rynek dziesiątki ton ryb. Czterdzieści sześć sklepów rybnych w stolicy zapełniło się ludźmi, choć zwykle były opustoszałe. Bo i nie było powodu, żeby do nich zachodzić, skoro w ofercie miały jedynie konserwy lub wędzone piklingi. Utrzymywanie sklepów, które niczym nie handlują, było jednym z wielu nonsensów, w jakie obfitowała Polska Ludowa. Jednak stworzenie stoisk rybnych w sklepach ogólnospożywczych przekraczało zdolności adaptacyjne gospodarki sterowanej centralnie choćby z tego powodu, że handel rybami posiadał osobną dyrekcję.

Na placach i ulicach miasta stanęło dwadzieścia siedem dużych, udekorowanych choinek. Stołeczny Zarząd Handlu zamówił też sto siedemdziesiąt pięć tysięcy sztuk drzewek normalnych rozmiarów. Ich sprzedaż odbywała się centralnie za pośrednictwem Stołecznego Przedsiębiorstwa Handlu Opałem i Materiałami Budowlanymi oraz Związku Spółdzielni Spożywców, przede wszystkim na terenie Śródmieścia. Jednak jakość choinek była wyraźnie gorsza niż w latach ubiegłych, a to dlatego, że sprzedawano drzewka "z przecinki", czyli mniejsze. Warszawiacy skarżyli się, że przypominały kije od szczotki. Dlatego niektórzy kupowali po dwie, a nawet trzy sztuki, żeby złożyć z nich coś, co będzie przypominało normalną choinkę. Nic dziwnego, że szybko zaczęło ich brakować.

Najładniejsze drzewka wykupywali spekulanci, by następnie sprzedać je drożej. W kwiaciarniach można było kupić też alternatywne "choinki" wiązane z gałązek jodłowych. "Wydaje nam się jednak, że kilkadziesiąt złotych za kilka gałązek, posrebrzonych i przybranych watą oraz paru świeczkami, to cena zbyt wysoka" - komentowało "Życie Warszawy"5.

W produkcji cukierków choinkowych specjalizowała się Syrena, fabryka usytuowana na Powiślu na rogu ulicy Topiel i Drewnianej, która przed tak zwanym "upaństwowieniem" w 1947 roku należała do rodziny Fuchsów i nazywała się "Fuchs i Synowie". Oprócz popularnych w ubiegłych latach cukierków owocowych fabryka wypuściła na rynek cukierki likworowe i grylażowe, pakowane nie tylko w kolorowy celofan, ale także w tak zwane srebro, czyli folię. Syrena była też monopolistką w produkcji "wyrobów wschodnich", przede wszystkim rachatłukum. Przed wojną oryginalne rachatłukum można było kupić w sklepach kolonialnych lub sklepikach żydowskich. Po wojnie stało się rzadkością, ale wciąż pamiętano jego smak, więc każdą ilość wykupywano w mgnieniu oka. Produkcja słodyczy odbywała się na trzy zmiany mimo protestów ze strony komitetów blokowych i mieszkańców okolicznych domów, którzy z powodu dymiących kominów nie mogli otwierać okien, żeby wywietrzyć mieszkania. Ten dym mógł docierać także do Matysiaków. W 1960 roku Wedel i Syrena zostały połączone.

Ludzie żyli biednie, więc prezenty pod choinkę były skromne. "Lalki produkowane w kraju mają ponure buzie i łatwo odrywające się nogi i ręce. Nie zachęcą więc dzieci do szycia lalkom ładnych sukienek" - ubolewała nad ofertą handlową stołecznych sklepów dziennikarka tygodnika "Stolica"6. Centralny Zarząd Hurtu Artykułów Gospodarstwa Domowego (Arged), czyli państwowa instytucja odpowiedzialna za zaopatrzenie sklepów w zabawki, sprowadziła więc estetyczne lalki z NRD. Niestety, Centralny Dom Dziec­ka, największa tego typu placówka handlowa w Warszawie, otrzymała ich tylko dwieście. To kropla w morzu potrzeb. Choć najdroższe, z zamykanymi oczami, kosztowały aż dwieście osiemdziesiąt złotych, rozeszły się w ciągu kilku godzin. Za swoją pensję Józef Matysiak mógłby więc kupić cztery i pół takiej lalki, pod warunkiem jednak że nie wpłacił­by składki na związek i repatriantów. Na szczęście jego córka Danuta była już dorosła.

Rodzice wciąż grozili nieposłusznym, że Święty Mikołaj przyniesie im rózgę. Mało kto kwestionował przekonanie, że kary fizyczne są niezbędnym elementem procesu wychowawczego, a rózga, obok skórzanego pasa, należała do podstawowych akcesoriów dyscyplinowania. Józef Matysiak lał Gienka, a w przeszłości także Stacha, pasem w tyłek i nikt nie robił z tego powodu problemów. Zdanie "Z tobą bez pasa to nie da rady" padło zresztą pod adresem młodszego już w pierwszym odcinku. Strach przed rózgą pod choinkę był zatem całkiem realny, choć nie znalazłem relacji kogoś, kto naprawdę by ją dostał. Jeśli już, to była malutką gałązką, owiniętą w folię i zawiniętą w święty obrazek.

Święty Mikołaj dyżurował codziennie po południu na pierwszym piętrze Cedetu, największego domu towarowego w mieście. Rozdawał dzieciom drobne upominki. Lansowany przez komunistów od kilku lat świec­ki odpowiednik świętego z Miry, wzięty z rosyjskiego folkloru Dziadek Mróz, zupełnie się w Polsce nie przyjął. Może dlatego, że prezenty rozdawał w Sylwestra. Noworoczną choinkę dla dzieci zorganizuje jednak, jak co roku, Zarząd Stołeczny Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radziec­kiej wraz z Dyrekcją Kin Pałacu Kultury i Nauki w terminie 29 grudnia - 6 stycznia.

Każdego dnia Cedet szturmowało nawet sto tysięcy klientów. Jednak aby kupić coś naprawdę atrakcyjnego, trzeba było mieć szczęście. A najlepiej kogoś zaufanego w sklepie. Jedna trzecia dostaw w ogóle nie trafiała na rynek - sprzedawcy wprost z magazynów upłynniali towary znajomym lub pośrednikom. To tak zwani "klienci łańcuszkowi", którzy całymi dniami koczowali przy kaloryferach, czekając na dostawę atrakcyjnych towarów. Kupowali wszystko jak leci - na handel.

Telewizja wciąż była nowinką techniczną, choć z miesiąca na miesiąc zyskiwała na popularności. Program obejmował dwadzieścia godzin w tygodniu. Od marca 1956 roku Irena Dziedzic prowadziła Tele-Echo, w październiku zadebiutował Miś z okienka. Programy zapowiadali Eugeniusz Pach i Jan Suzin, a prognozę pogody - znany nam już Wicherek. Pojawiła się także pierwsza reklama - płynu do prania Kokosal. Nazwa pochodziła od alkoholu kokosowego, który był jednym z jego składników. Plastikowe opakowanie ­posiadało kroplomierz, dzięki czemu płynu starczało na dłużej.

Kupno pierwszego telewizora było wydarzeniem, które pamiętało się przez lata.

"Niech się pani ze mnie nie śmieje, ale moim najpiękniejszym przeżyciem po wojnie był ten dzień, kiedyśmy zainstalowali sobie w domu własny telewizor" - wyznała trzydziestosześcioletnia robotnica z zakładów Kasprzaka w sondzie tygodnika "Przyjaciółka" w piętnastolecie ogłoszenia Manifestu PKWN, a więc w roku 19597.

Nowinką techniczną były również Szarotki, małe radia turystyczne na baterie, produkowane w Zakładach Radiowych im. Marcina Kasprzaka na licencji Siemensa. Model kosztował tysiąc sto złotych i miał dwa zakresy fal - średnie i długie. Na Szarotkach można było łapać rozgłośnię Radia Luxembourg, która nadawała najmodniejszą na Zachodzie muzykę młodzieżową - w tym Elvisa Presleya. Polskie radio takich "imperialistycznych" piosenek nie grało.

*

Matysiakowie są dziełem zbiorowym czterech osób. Każda z nich zajmowała się literaturą lub dziennikarstwem, wszystkie też mniej więcej w tym samym czasie trafiły do radia. Najważniejszy autor, Jerzy Janic­ki, z magią fal eteru zetknął się jeszcze przed wojną, we Lwowie. Jako nastoletni łowca autografów czatował z kajetem w garści przed gmachem Polskiego Radia na rogu Batorego i Placu Halic­kiego, łapiąc wychodzące gwiazdy: pisarza Kornela Makuszyńskiego, napastnika Pogoni Lwów Michała Matyasa, tenisistę Józefa Hebdę czy zapomnianego dziś barda Lwowa Henryka Zbierzchowskiego, który dla miasta nad Pełtwią był tym, kim dla Krakowa Piotr Skrzynec­ki, a dla Warszawy - Wiech.

Swoje pierwsze kroki w zawodzie stawiał w tużpowojennym Krakowie w piśmie sportowym "Start". Stamtąd trafił do katowic­kiej "Trybuny Robotniczej". Pierwszy reportaż ze zniszczonej stolicy poświęcił Warszawie pracującej. Ktoś zaprowadził go do zrujnowanej fabryki Gerlacha i Pulsta na Woli, którą Niemcy wywieźli "do ostatniej maszyny", a hale wysadzili w powietrze. Kiedy przyszedł w południe, trzydziestu robotników siedziało na kamieniach i jadło zupę z garnków przyniesionych przez żony. Kilka dni wcześniej otrzymali zadanie uprzątnięcia gruzowiska, na którym miał powstać skwerek. Byli jednak ślusarzami precyzyjnymi, doświadczonymi fachowcami i potrzebowali nie zieleni, tylko fabryki. Tej zaś nie było w planie, dlatego dla ślusarzy nie przewidziano pensji. Przez miesiąc sprzątali gruzowisko za darmo, potem z kolei przysłano im dyrektora, bo ktoś zdecydował, że fabrykę jednak się odbuduje. Zakład otrzyma imię generała Świerczewskiego. Starsi pracownicy nadal będą mówić, że "robią u Waltera". Jednym z nich będzie stworzony przez Janic­kiego Józef Matysiak.

Po przeprowadzce do Warszawy Janic­ki dostał posadę w redakcji pisma dla młodzieży "Świat Przygód". Potem trafił do "Razem", organu "Służby Polsce", organizacji paramilitarnej zrzeszającej młodych chłopców umundurowanych w zielo­ne bluzy i furażerki. Wydawany był on w pięknej szacie graficznej i przy użyciu tej samej techniki rotograwiurowej co "Przekrój". Kiedy "Razem" połączono z "Pokoleniem", Janic­ki poznał Andrzeja Mularczyka, prywatnie młodszego brata pisarza Romana Bratnego. Zawodowe ścieżki i przyjaźń złączą ich już na zawsze. Jeździli po Polsce, by opisywać budowy socjalizmu i przodowników pracy, bo było to ciekawsze niż przesiadywanie w redakcji. Sam Janic­ki napisał też książeczkę, której po latach chyba trochę się wstydził. O Pałacu Kultury i Nauki imienia Józefa Stalina ukazało się w 1955 roku. "Rzecz taka mogła się wydarzyć jedynie w warunkach naszego ustroju, kiedy narody łączy nie tylko współpraca gospodarcza i wzajemna pomoc, lecz przede wszystkim wielka i nierozerwalna przyjaźń. Piękna i sławna jest tradycja tej przyjaźni" - napisał8.

Najważniejszy wspólny projekt Janic­ki z Mularczykiem zrealizują w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, a będzie nim scenariusz serialu Dom. Swój początek wziął zresztą z reportażu radiowego Mularczyka. Z wielu nagranych godzin opowieści w audycji pozostanie dwadzieścia minut. Tę historię obaj rozpiszą na dwadzieścia pięć godzinnych odcinków, które wyreżyseruje Jan Łomnic­ki.

Do redakcji literac­kiej Polskiego Radia pierwszy trafił Mularczyk. Był rok 1953, pamiętny ze względu na śmierć Stalina. Rok później dołączył Janic­ki.

Redakcja mieściła się przy ulicy Noakowskiego, naprzeciwko Politechniki, potem przy Myśliwiec­kiej. Janic­ki spotkał tam jednego z radiowych idoli swojej młodości, Kazimierza Wajdę, słynnego Szczepcia z Wesołej Lwowskiej Fali. Po wojnie wrócił z Zachodu do Polski, a w radiu zahaczył się w Redakcji Rozrywki, gdzie prowadził audycję dla ludu pracującego miast i wsi Przy sobocie po robocie. Zmarł w 1955 roku.

W radiu pracowała już Zofia Posmysz, od której Janic­ki z Mularczykiem uczyli się radiowego rzemiosła. Janic­ki wniósł z kolei do nowej pracy reporterskie doświadczenie. Był jednym z prekursorów rejestrowania dźwięków poza studiem: głosów żywych ludzi, hałasu ulicy, co miało uwiarygadniać radiową opowieść. Potrafił nagrać głosy pracowników radia - strażnika czy bufetowej - żeby zilustrować opowiadaną historię. Zdarzało się, że z tego powodu nie zdobywał głównej nagrody w konkursie, bo ktoś w jury się orientował i zarzucał autorowi brak autentyzmu. W gruncie rzeczy Janic­ki czuł się bardziej pisarzem niż reportażystą. Był prekursorem gatunku, który po latach nazwano reportażem kreowanym.

Drogi Janic­kiego i Mularczyka w Polskim Radiu wkrótce się rozeszły. Kiedy Janic­ki ze Stampf'lem i Żesławskim zaczęli wymyślać Matysiaków, Mularczyk trafił do działu wiejskiego. Wraz z Zofią Posmysz przez ćwierć wieku pisali odcinki "wiejskiej" powieści radiowej W Jezioranach.

Stanisław Stampf'l, kolejny współtwórca Matysiaków, radiowego fachu uczył się w ośrodku w Bydgoszczy, gdzie był kierownikiem literac­kim. Wcześniej służył w Ludowym Wojsku Polskim jako oficer polityczny, a jeszcze wcześniej był żołnierzem Armii Krajowej. Takie to polskie drogi... Pisał zaangażowane teksty do zaangażowanych audycji o Marcinie Kasprzaku czy o Bolesławie Bierucie. W wolnych chwilach zaadaptował z angielskiego książki Chata wuja Toma oraz Przypadki Robinsona Cruzoe, co na lata stało się jego znakiem rozpoznawczym. Władysław Żesławski, choć miał za sobą doświadczenie dziennikarskie, do radia trafił prosto z Fabryki Papieru w Mirkowie. Taką nazwę do początku lat pięćdziesiątych nosiły Warszawskie Zakłady Papiernicze w podwarszawskiej Jeziornie. Był tam zresztą nie byle kim, bo dyrektorem. Oraz autorem zapomnianej powieści produkcyjnej Mirków ruszył. Zasługi w zakresie jego transferu do Polskiego Radia przypisywała sobie później Dżennet Połtorzyc­ka, którą radiowy szef wysłał do tejże fabryki, żeby nagrała reportaż. Jest kolejną ważną postacią tej opowieści. Po pierwsze dlatego, że w 1960 roku została drugą żoną Stampf'la, po drugie z czasem również dołączyła do autorów Matysiaków jako jedyna w tym gronie kobieta. I jako jedyna Warszawianka, w dodatku z Powiśla, z ulicy Górnośląskiej (Stampf'l i Janic­ki urodzili się we Lwowie, Żesławski związany był z Częstochową).

Matysiakowie powstawali więc w pewnym kręgu towarzyskim, wśród ludzi, którzy doskonale się znali i lubili. Dla wszystkich słuchowisko będzie tylko częścią ich aktywności zawodowej.

Stampf'l, jako osoba na stanowisku kierowniczym w redakcji literac­kiej, jeszcze w 1955 roku uruchomił prace koncepcyjne nad powieścią radiową. Na początku zwrócił się do Heleny Boguszewskiej, nieco zapomnianej pisarki, autorki między innymi właśnie powieści radiowych - przedwojennej Anielci i życia oraz powojennej Żelaznej kurtyny. Choć Boguszewska wyraziła zainteresowanie pomysłem, z jakichś powodów nic z tego nie wyszło.

*

Matysiakowie mieli przedwojennych poprzedników. Nazywali się Kowalscy, a do życia powołała ich Maria Kuncewiczowa. Pomysł narodził się w Polskim Radiu. Miał to być dydaktyczny cykl pogadanek o życiu codziennym, który podsuwałby również młodym słuchaczkom praktyczne porady dotyczące na przykład opieki nad dziec­kiem albo sposoby urządzenia mieszkania przy niewielkim budżecie.

Stworzeni przez Kuncewiczową bohaterowie - byli nimi młodzi małżonkowie Irena i Paweł Kowalscy - oraz forma radiowej powieści obyczajowej różniły się od pierwotnego założenia. Irena pracowała jako modystka w jednym z eleganc­kich sklepów odzieżowych, Paweł był nauczycielem szkoły powszechnej. W trakcie powieści radiowej przyszedł na świat ich synek, Jerzyk. Mieszkali na Żoliborzu, a potem w Śródmieściu. W opiece nad dziec­kiem pomagała im mama Pawła. Relacje Ireny z teściową od początku były trudne.

Maria Kuncewiczowa pisała odcinki Dni powszednich państwa Kowalskich z tygodnia na tydzień. Radiowa emisja rozpoczęła się 3 listopada 1936 roku, przerwano ją w czerwcu 1937, ponieważ kierownictwo Polskiego Radia nie było przekonane do pomysłu. To nie rodzina Kowalskich podbiła bowiem serca słuchaczy, lecz Wesoła Lwowska Fala, która w niedzielne wieczory zbierała przed odbiornikami sześć milionów Polaków. Badanie ankietowe wypadło jednak na tyle pomyślnie, że od grudnia 1937 roku wyemitowano jeszcze pięć odcinków.

Pokrewieństwo Matysiaków i Kowalskich widać wyraźnie. W obu słuchowiskach wiele miejsca zajmowały problemy życia codziennego, pracy, finansów. Autorka tej "powieści mówionej" wprowadziła też postać Narratora, który komentował wydarzenia i rozmowy. Najpierw pojawiał się na początku i na końcu - podsumowując akcję - potem jego uwagi zaczęły przybierać formę ogólnych rozważań. Pełniły też ważną funkcję radiową: podtrzymywały iluzję, że mamy do czynienia z podsłuchanym życiem. Trudno nie uśmiechnąć się dziś, czytając komentarz Narratora po włamaniu do mieszkania Kowalskich podczas ich nieobecności: "Już się tu wdarli wrogowie. Kowalskie państwo po raz pierwszy splądrowane (...). Nieszczęśliwe ręce złodziejskie, których świat dobrem napełnić nie zdołał"9.

Nie sposób dziś stwierdzić, jak dokładnie radiowcy w 1956 roku znali przedwojenną powieść radiową Marii Kuncewiczowej (albo jej książkową wersję pod tym samym tytułem) i na ile się nią inspirowali. Proste ożywienie Kowalskich nie wchodziło w grę choćby dlatego, że pisarka, która po wojnie pozostała w Londynie, ponownie podjęła opowieść o ich losach, osadzając je w środowisku polskiej powojennej emigracji w stolicy Wielkiej Brytanii10.

Kiedy Maria Kuncewiczowa w roku 1958 po raz pierwszy po wojnie odwiedziła Polskę, zaproszono ją do studia radiowego przy ulicy Myśliwiec­kiej i mianowano "babką Matysiaków". "Obecni Matysiakowie i dawni Kowalscy to ciągle ta sama rodzina. Polacy, Warszawiacy, z licznymi powiązaniami prowincjonalnymi. Członkowie wielkiej rodziny człowieczej" - powiedziała autorka.

*

Do współpracy Stampf'l zaprosił najpierw Stanisława Ziembic­kiego i reżysera Szymona Kobryńskiego. Pierwszy miał na koncie nagrodę za słuchowisko Komunardzi o Komunie Paryskiej. Należał do partii, jednak krążyły plotki o jego niejasnej przeszłości w czasie niemiec­kiej okupacji. W 1958 roku wyrzucono go i z PZPR, i ze Związku Literatów Polskich pod zarzutem kolaboracji z niemiec­kim okupantem. Wina polegała na publikacji kilku tekstów w ilustrowanym "gadzinowym" tygodniku "7 dni", i to pod własnym nazwiskiem. W procesach dziennikarzy i współpracowników pism gadzinowych pod koniec lat czterdziestych zapadały wysokie wyroki - współpracujący z "Nowym Kurierem Warszawskim" Alfred Szklarski, późniejszy autor poczytnych książek dla młodzieży, został skazany na osiem lat więzienia, z których odsiedział pięć. Najwyraźniej wina Ziembic­kiego nie była tak wielka, bo do więzienia nie trafił. Stracił jednak posadę w Polskim Radiu. Przez lata pracował jako redaktor w różnych wydawnictwach, lecz nie opublikował już niczego więcej.

Po nich dołączyli Jerzy Janic­ki i Władysław Żesławski, a Kobryńskiego szybko zastąpił Zdzisław Nardelli, wówczas kierownik realizacji małych form w Polskim Radiu, a w przyszłości dyrektor Teatru Polskiego Radia, związany z instytucją od 1945 roku. Dzielił pokój z Jerzym Wasowskim, który był jego nieoficjalnym zastępcą. Sekretarką zespołu była Olga Lipińska, późniejsza reżyserka telewizyjna. "Należy nie tylko słyszeć uchem, ale posiąść muzyczną umiejętność kojarzenia dźwięków i treści tak, aby u odbiorcy uruchomić równocześnie intelekt i wyobraźnię" - przekonywał po latach Nardelli11. Wyreżyserował około dwóch tysięcy odcinków Matysiaków.

Najważniejszym zadaniem było wymyślenie rodziny, która będzie dla słuchaczy wiarygodna, i nadanie całej opowieści odpowiedniego tonu. Pierwsza, robocza wersja, która nigdy nie trafiła na antenę, nosiła tytuł Dom na Latawcu12 lub Rodzina Bardzodobrych.

Jerzy Janic­ki powtarzał, że Matysiakowie mogli pojawić się na antenie Polskiego Radia po Październiku, ponieważ zluzowano wtedy gorset cenzury i osłabł nadzór ideologiczny nad programami. Najbardziej jaskrawym przejawem tego procesu było zniknięcie z fal eteru najważniejszej komentatorki politycznej, Wandy Odolskiej. Była następczynią niesławnej pamięci Stefana Martyki, zastrzelonego przez członków podziemnej organizacji Kraj we wrześniu 1951 roku (czterech bezpośrednich sprawców osądzono i stracono). Audycja nosiła tytuł Fala 49. "Bydlę to włączało się przeważnie w trakcie muzyki tanecznej, mówiąc: "Tu Fala 49, tu Fala 49. Włączamy się". Po czym zaczynał opluwanie krajów imperialistycznych; przeważnie jednak wsadzał szpilki w pupę Amerykanom, mówiąc o ich kretynizmie, bestialstwie, idiotyzmie i tego rodzaju rzeczach - następnie kończył swoją tyradę słowami: "Wyłączamy się"" - pisał Marek Hłasko w Pięknych dwudziestoletnich13.

Twórcy słuchowiska prowadzili rekonesans wśród dziesiątek rodzin robotniczych. Najważniejsze okazały się trzy - dwie z Solca i jedna z Woli - z których "skleili" Matysiaków. Samo nazwisko pojawi się nieco później. "Bohaterem powieści, która - zakładaliśmy - stanie się powieścią popularną, uczyniliśmy typ oświeconego robotnika lat trzydziestych, tuż przed emeryturą, który wie, że jego ambicją powinno być wykształcenie dzieci" - powie po latach Janic­ki14. Najważniejsza zasada, przyjęta na samym początku i realizowana przez lata z żelazną konsekwencją, polegała na zbieżności czasu fikcyjnego z rzeczywistym. Akcja miała rozgrywać się w czterech ścianach mieszkania zawsze o tej samej godzinie. Twórcy słuchowiska na własny użytek nazwali to "konwencją stojącego mikrofonu". Nawet nagrania kolejnych odcinków słuchowiska odbywały się wieczorem, żeby wprowadzić odpowiedni klimat.

Stampf'l i Janic­ki wiedzieli, że największe doświadczenie w powieści radiowej mają Brytyjczycy. Od 1951 roku BBC nadawało dwie takie powieści: o rodzinie Archerów oraz Lyonsów.

The Archers to wielka saga o farmerskiej społeczności z fikcyjnej wsi Ambridge koncentrująca się na życiu rodziny oraz jej sąsiadów. Odcinki emitowano wówczas trzy razy w tygodniu, w poniedziałki, środy i piątki15. Żeby przypatrzyć się kuchni produkcji oraz dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat, Jerzy Janic­ki w roku 1956 wybrał się do BBC do Londynu.

O tym wyjeździe wspominał w wywiadach mimochodem, tak jakby to było oczywiste. Ale przypomnijmy: jest rok 1956. Turystycznie i służbowo wyjeżdża z odwilżowego PRL-u najwyżej kilkadziesiąt tysięcy osób. Ktoś, kto znalazł się w tym gronie, był po prostu szczęściarzem.

Nagrania odbywały się w studiach BBC w Birmingham i Londynie. Słuchowisko przez dziesięciolecia reżyserował Tony Shryane, odcinki pisali Geoffrey Webb i Edward J. Mason. Ten ostatni po latach podzielił się pewną refleksją: "Przedmiotem zdziwienia dla wielu, nie wyłączając i mnie, było stwierdzenie faktu, że zwykli ludzie są zadowoleni, gdy mogą codziennie o tej samej godzinie przekręcić gałkę odbiornika, aby posłuchać opowieści o codziennych wypadkach w życiu ludzi takich samych jak oni"16. Webb i Mason przeprowadzili nawet eksperyment społeczny: w mieszkaniu pary inteligentów na trzy dni zainstalowali mikrofony, żeby stać się niemymi świadkami prowadzonych rozmów. Większość z nich dotyczyła nie wielkich idei, lecz codziennych, szarych ludzkich spraw.

Z Wielkiej Brytanii oprócz wrażeń Janic­ki przywiózł dwie taśmy z odcinkami powieści, powyżej osiemsetnego. Twórcy na tę numerację patrzyli z dystansem, w najśmielszych snach bowiem nie zakładali, że ich powieść radiowa przetrwa dłużej niż trzy lata. Zastanawiali się też, czy brytyj­ski pomysł w ogóle uda się przenieść nad Wisłę. "Brytyjczy­cy mają w swoim charakterze łatwość wiary w fikcję, którą uważają za rzeczywistość. Przykładem choćby Sherloc­k ­Holmes Conan Doyle'a, bohater, który przecież nigdy nie istniał" - opowiadał dokumentalista. "Zastanawialiśmy się, czy polski odbiorca też będzie wykazywał te cechy"17.

Uzbrojeni w wiedzę na temat doświadczeń brytyjskich oraz własne przemyślenia i intuicję Janic­ki, Żesławski, Stampf'l i Ziembic­ki przystąpili do pracy. Nazwisko Matysiaków wzięli z książki telefonicznej. Szybko zdecydowali też, że bohaterowie powinni mieszkać na Powiślu, które wydało im się lepsze niż inteligenc­kie Śródmieście, robotnicza Wola czy ciągle jeszcze owiany złą sławą Czerniaków. Pragi nikt nawet nie wziął pod uwagę. Ulica Dobra też pojawiła się sama z siebie - mieszkał tam Jerzy Janic­ki, poza tym niosła ze sobą "dobre" skojarzenia. Jest zresztą na tyle długa, że można było swobodnie umiejscowić tam akcję. Kamienica z numerem 21, w której znajdowało się zajmowane przez Matysiaków mieszkanie numer 6, nigdy zresztą nie istniała. Twórcy słuchowiska unikali podawania dokładnej lokalizacji, wiadomo było tylko, że znajduje się blisko skrzyżowania z Tamką. Przez lata słuchacze będą przekonani, że słuchowisko nagrywane jest właśnie w mieszkaniu, a nie w studiu radiowym.

Dziennikarz Aleksander Małachowski wspominał, że kiedy pewnego razu taksówkarz wiózł go na Myśliwiec­ką i dowiedział się, że jest pracownikiem Polskiego Radia, zadał mu pytanie: "A czy ci Matysiakowie to sami przychodzą odgrywać do radia te historie, czy to u nich w mieszkaniu się odbywa?". "Mówię mu: Panie, to przecież aktorzy. Gdy to powiedziałem, widziałem, że wyrządziłem mu krzywdę. Pozbawiłem go mitu, z którym było mu dobrze"18.

Wybór Powiśla nawiązywał do Kowalskich Marii Kuncewiczowej, choć nie mam pewności, czy w sposób świadomy. W jednym z odcinków Paweł Kowalski wypowiedział bowiem taką oto opinię: "Co do mnie, to najlepiej czuję się na Powiślu. Kiedy schodzić Tamką w dół, im niżej, tym ludzie wydają się zrozumialsi i powietrze nareszcie coś mówi o rzece, o wieczorze, dymem drzewnym pachnie, bułkami, nie benzyną. Widzi się, że to naprawdę świat ludzi, a nie teatr"19.

Spójrzmy na Powiśle roku 1958 oczami dokumentalisty Kazimierza Karabasza. W jego etiudzie filmowej zobaczymy podwórka-studnie z wietrzoną pościelą. Starszego kataryniarza wykręcającego na swym instrumencie melodie z czasów młodości, które bezpowrotnie minęły, jednak ich ślady wciąż można odnaleźć w tym miejscu. Pralnię i farbiarnię tuż pod wiaduktem kolejowym. Krążące stada gołębi. Parę staruszków ciągnących węgiel na wózku. Stragany z warzywami. Chłopców kopiących szmacianą piłkę pomiędzy martwymi ruinami kamienic.

Rytm dnia wybijały przejeżdżające pociągi. "Życie na Powiślu ma swe własne tempo - mówi lektor, Tadeusz Łomnic­ki. - Miasto zatrzymało się tam, na górze, jakby bało się zejść niżej. A tu, na dole, lata nie zmieniły ludzkich zamiłowań. Może znajdziesz tu jeszcze coś, co ci przypomni dawną Warszawę"20.

Właśnie takie było Powiśle Matysiaków w pierwszych latach audycji.

Zima roku 1957. Chłopcy zjeżdżają na sankach ze skarpy przy ulicy Oboźnej, tuż przy Dobrej. Może jest wśród nich Gienek Matysiak?Tadeusz Rolke / Agencja Wyborcza

Dalsza część w wersji pełnej