Rozdział 2
Wcale nie wyglądał tak, jak Tem go sobie wyobrażała.
W jej wyobraźni nigdy nie miał twarzy. Bazyliszek, którego obraz dziewczyna malowała sobie w myślach, zawsze był tajemniczy - istota bez rysów, puste płótno, którego nie dało się powiązać z niczym ludzkim. Tymczasem rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Prawdziwy bazyliszek wyglądał jak najbardziej oszałamiająco atrakcyjny mężczyzna, jakiego Tem kiedykolwiek widziała. Był zlepkiem wszystkich cech, które uważała za piękne - do tego stopnia, że przez chwilę zastanawiała się, czy to nie celowe. Bazyliszki słynęły przecież z mocy uwodzenia. Czy dostosował swój wygląd, wiedząc, że właśnie taki trafi w jej gusta?
Był bardzo wysoki - znacznie wyższy od niej - o szerokich, dumnie wyprostowanych ramionach i prostej, nieugiętej postawie. Migotliwy blask ognia tańczący na jego twarzy podkreślał rysy, które przypominały rzeźbę z ostrych, bezlitosnych kątów, jakby został wykuty w kamieniu. Miał ciemne włosy, dłuższe, niż nakazywała obecna moda, lecz idealnie do niego pasujące. Włożył lekką lnianą koszulę i spodnie, które wcale nie ukrywały wyrazistych zarysów jego sylwetki. Ciepło. Tylko to czuła Tem.
Kiedy bazyliszek zrobił krok naprzód, jej umysł kompletnie się wyłączył.
- Jak masz na imię? - Z jego ust wydobył się głęboki, rozżarzony pomruk.
Głos Tem jakby przestał działać.
- Temperance - zdołała ledwie wyszeptać. - Ale mówią na mnie Tem.
W kamiennej ścianie płonął kominek, jego płomienie odbijały się w złotych oczach istoty. Oczach, które w prawdziwej postaci zabiłyby ją jednym spojrzeniem. Bazyliszek przekrzywił głowę, przyglądając się jej. Pod wpływem jego spojrzenia poczuła się obnażona.
- Ja nazywam się Caspenon. Ale mówią na mnie Caspen.
- Caspen - powtórzyła, a jego imię utknęło jej w gardle niczym ość.
Na długą chwilę zapadła cisza. W tym czasie wciąż uważnie ją obserwował. Nagle Tem ogarnął strach, że właśnie teraz zostanie odrzucona. Czy można zostać wyrzuconą ze szkolenia, jeszcze zanim w ogóle się je zaczęło? Nigdy o czymś takim nie słyszała, ale nie zdziwiłaby się, gdyby to spotkało akurat ją. Zanim zdążyła wpaść w panikę, odezwał się ponownie:
- Boisz się.
Przytaknęła, bo przecież to była prawda. Gdy zrobił krok ku niej, jej gardło zupełnie się zacisnęło.
- Nie musisz się mnie bać.
- Nie boję się ciebie.
Przechylił głowę w drugą stronę.
- Czego więc się boisz?
Nie potrafiła ubrać tego w słowa. Powiedziała więc tylko:
- Porażki.
Ściągnął brwi.
- W czym?
- W... - zaczęła, ale nie potrafiła się wyrazić.
- W seksie - dokończył za nią.
Tem nie była przyzwyczajona do tego słowa - jej matka nigdy nie wypowiadała go na głos, a Vera zawsze mówiła "kochanie się", co było w jej odczuciu odrażające. Sama Tem nigdy nie słyszała tego określenia w ustach mężczyzny. W szkole na ten temat uczyły ją wyłącznie kobiece głosy. To jednak było dawno, a teraz Tem żałowała, że wtedy nie uważała bardziej.
- Chyba tak - wyszeptała.
- Uważasz mnie za nieudolnego nauczyciela? - zapytał.
- Nic o tobie nie wiem.
Nieznacznie się uśmiechnął. Coś w niej się rozluźniło.
- Książęta wybierali moje uczennice od wielu pokoleń. Możesz być pewna, że nie pozwolę ci ponieść porażki.
Pod wpływem tego wyznania otworzyła usta ze zdziwienia. Jeśli mówił prawdę, oznaczało to, że był Wężowym Królem - legendarnym bazyliszkiem, którego moc przewyższała wszystkie inne. W wiosce miał nieskazitelną reputację; mówiono o nim jak o bogu. Tem otrzymała więc najbardziej pożądanego nauczyciela.
Zamiast ją uspokoić, informacja ta wywołała odwrotny efekt. Teraz dziewczyna czuła jeszcze większą presję niż wcześniej. Jeśli nie zdoła zdobyć księcia, mimo że uczył ją sam Wężowy Król, byłoby to gorzej niż upokarzające. Matka nigdy by jej tego nie wybaczyła.
Caspen wciąż ją obserwował.
- Nie wyglądasz, jakbyś rozpaczliwie chciała tu być - zauważył w końcu.
Dziwne sformułowanie. "Rozpaczliwie"?
Zmarszczyła czoło.
- A powinnam?
Wzruszył ramionami.
- Większość dziewcząt tak właśnie czuje. To zaszczyt zostać wybraną przez księcia. A jeszcze większy zaszczyt, gdy ostatecznie zostaje się królową. Nie pragniesz tego?
Tem zastanowiła się nad tym pytaniem. Jej matka z pewnością tego pragnęła. Było to zwieńczenie społecznego sukcesu i najpewniejsza droga do wyrwania się z prostego życia na wsi. Wiedziała, jak bardzo matka pragnie tego sukcesu - wręcz go potrzebowała. Ale prawda wyglądała tak, że nie było to pragnienie Tem. Nie miała żadnych szans u księcia. Prześladowcy ze szkolnego podwórka wbijali jej to do głowy każdego dnia, odkąd tylko zrozumiała, gdzie jest jej miejsce w wiejskiej hierarchii. Więc czy rzeczywiście rozpaczliwie pragnęła tu być?
Doszła do wniosku, że tak.
Może nie w taki sposób jak inne dziewczęta - może nie marzyła o koronie tak jak Vera - ale na własny sposób pragnęła tu być. Niczego nie chciała bardziej, niż dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi - jak to jest dotknąć mężczyzny i pozwolić, by on dotknął jej, jak to jest pożądać i być pożądaną.
Jej rozmyślania przerwał głos bazyliszka.
- Możesz odejść w każdej chwili.
Tem parsknęła i natychmiast tego pożałowała.
Wyglądał na rozbawionego jej reakcją.
- Nie wierzysz mi?
- Nie mogę sobie tak po prostu stąd odejść.
Przekrzywił głowę.
- Nie da się skutecznie uczyć niechętnej uczennicy.
Musiała przyznać, że ma to sens.
- Czy ktoś kiedykolwiek opuścił szkolenie? - zapytała.
- Raz - odparł Caspen. Na ułamek sekundy się skrzywił, jakby to wspomnienie sprawiło mu ból. Ale jego twarz natychmiast się wygładziła. - Ale to nie ja ją uczyłem.
Tem się nad tym zastanowiła. Jeśli to prawda, było to coś niesłychanego. Zawsze przedstawiano szkolenie jako zaszczyt dla każdej dziewczyny urodzonej w tym samym roku co książę. Ciekawe, dlaczego akurat tę informację pominięto w szkolnym programie. Tem pomyślała o tej, która niedawno uciekła za mur, i zastanowiła się, czy kiedyś będzie tego żałować.
- Cóż - powiedziała, wydymając wargi. - Ja nie odejdę.
Kąciki ust Caspena znów drgnęły w rozbawieniu. Kiedy zrobił kolejny krok ku niej, każda komórka w jej ciele zapłonęła.
- Powiedz mi, Tem. Czy kiedykolwiek byłaś całowana?
Oblała się rumieńcem. Nigdy nawet nie była blisko pocałunku. Nagle sobie uświadomiła, że mogła poprosić o to Gabriela. Jako jej najlepszy przyjaciel na pewno by to zrobił, zwłaszcza gdyby wiedział, że to ukoi jej nerwy. Ale teraz było już zdecydowanie za późno. Stała przed Caspenem, Wężowym Królem, który oczekiwał od niej znacznie więcej, niż mogła mu dać.
- Nie - wyszeptała, a to słowo potoczyło się jak rzucony kamyk.
Caspen uśmiechnął się szeroko, odsłaniając zęby.
- To dobrze - powiedział. - To znaczy, że nie muszę oduczać cię złych nawyków.
Tem skinęła głową, choć nie do końca mu wierzyła. Nie potrafiła sobie wyobrazić, że brak doświadczenia jest lepszy niż jakiekolwiek doświadczenie. A jednak bazyliszki z natury nie potrafiły kłamać - tak przynajmniej głosiły wszystkie legendy. Skoro więc musiał mówić prawdę, to znaczyło, że Tem znalazła się w lepszej sytuacji niż Vera. Ta myśl dodała jej otuchy.
- Czy to właśnie mamy robić dzisiaj? - spytała, nabrawszy nagle odwagi. - Całować się?
- Nie. - Caspen pokręcił głową. - Dziś cię nie tknę.
- Och.
Chyba wyczuł jej zaskoczenie, bo dodał:
- Zanim cię dotknę, muszę cię zobaczyć.
Zmarszczyła czoło.
- Przecież mnie widzisz.
Uśmiechnął się.
- Nie całą.
Poczuła w żołądku ścisk oczekiwania. Przypomniała sobie sen, tę otaczającą ją ciepłą ciemność. Oddech muskający nagą skórę. Zastanowiła się, czy to przypadkiem nie był oddech Caspena, czy sen nie zapowiadał właśnie tego.
Cofnął się o krok i rozłożył ręce.
- Proszę. Kiedy tylko będziesz gotowa.
Serce podskoczyło jej w piersi. Wiedziała, że bazyliszki wyczuwają strach, a nie chciała, by Caspen pomyślał, że się boi. A jednak się wahała. Nigdy wcześniej przed nikim się nie rozbierała, a już na pewno nie przed mężczyzną. Naga bywała tylko w domu - kiedy się kąpała albo gdy dotykała samej siebie. A nawet wtedy unikała lustra. Nie czuła się z tym naturalnie - nie wiedziała, jak odsłonić się przed kimś innym. Nawet sen nie mógł jej na to przygotować.
Pod wpływem jej wahania Caspen złożył dłonie.
- Każda podróż zaczyna się od jednego kroku, Tem.
Nadal się nie poruszyła. W jej głowie dudnił głos matki: "Masz robić, co ci każe, i spróbować się czegoś nauczyć".
Ale Tem nie była przyzwyczajona do wykonywania rozkazów. To było wbrew wszystkim jej instynktom - przeczyło temu, kim była. Nie mogła ślepo mu się podporządkować. Została stworzona inaczej. Dlatego powiedziała:
- Ty pierwszy.
Uniósł brwi, po czym natychmiast je ściągnął. Na ten widok pierś Tem przeszyło ostrze lęku.
Nie obraź go, bo inaczej może nie pozwolić ci wrócić.
Podłamała się. A jeśli właśnie go obraziła? A jeśli ją skrzywdzi? Albo jeszcze gorzej - jeśli przybierze swoją prawdziwą formę, spojrzy jej prosto w oczy i ją zabije? Przeprosi go. Padnie na kolana i zacznie błagać o wybaczenie. Rozbierze się i pozwoli mu patrzeć tak długo, jak zechce.
Zanim jednak zdążyła wcielić w życie którąkolwiek z tych myśli, Caspen powiedział:
- Jak sobie życzysz.
Teraz to Tem była zaskoczona. Nie miała pojęcia, czy ktokolwiek kiedykolwiek tego od niego zażądał. Ale nie mogła się już wycofać - i nawet nie chciała.
Caspen podszedł bliżej, zatrzymał się tylko dwa metry przed nią. Był o wiele wyższy niż ona; by spojrzeć mu w oczy, musiała zadrzeć głowę.
Przyglądał się jej ze spokojem, tak jakby cały ten proces nie miał dla niego żadnego znaczenia. I może rzeczywiście tak właśnie było. Widział dziesiątki dziewcząt przed nią i zobaczy setki po niej. To dla niego obowiązek - nic więcej.
A dla niej to było wszystko.
Caspen powoli zdjął koszulę, złapał ją za dół i ściągnął przez głowę jednym płynnym ruchem. Połowa jego ciała nadal pozostawała ubrana, ale Tem ledwo mogła znieść to, co już widziała. Miał niesamowicie wysportowane ciało, na jego tułowiu odznaczały się twarde mięśnie. Spodnie miał opuszczone na tyle, że widać było ostre kąty dolnej części brzucha, skierowane w dół niczym dwie strzały. Tem poczuła, jak jej twarz rumieni się pod wpływem tego widoku, a towarzyszyło temu dzikie pragnienie, by osobiście ściągnąć mu spodnie. Ale ręce Caspena już rozwiązywały sznurek i zanim Tem zdążyła nabrać powietrza po raz kolejny, spodnie spadły na ziemię.
Penis Caspena nie przypominał tych z marmurowych posągów prowadzących do kościoła.
Był niewyobrażalnie długi i prosty jak struna. Jeszcze nawet nie stwardniał, a Tem już zastanawiała się, jak, u diabła, on się w niej zmieści. Nigdy nie miała w sobie czegoś tak dużego. Nie wiedziała nawet, czy to w ogóle możliwe. Było to idealne przedłużenie jego samego - tak samo potężne i piękne jak on. Przyglądała mu się z podziwem.
Nagle zrozumiała, skąd wzięła się jego reputacja Wężowego Króla. Wszystko, co kiedykolwiek słyszała o Caspenie, nabrało sensu, gdy zobaczyła tę ostatnią część jego ciała. Sposób, w jaki mieszkańcy wsi o nim szeptali, to, że to jego uczennice były zawsze wybierane przez księcia... uzasadnienie tego wszystkiego znajdowało się między jego nogami. Dlaczego miałby podporządkowywać się komukolwiek, skoro był lepszy w tej najbardziej fundamentalnej kwestii? Dlaczego miałby oddawać swoją władzę, skoro była ona o wiele większa niż reszty?
Jego widok przytłoczył dziewczynę. Chciała go w sobie poczuć. Zastanowiła się, czy on też tego pragnie, natychmiast jednak odrzuciła tę myśl. Nie była pierwszą, którą miał w swojej jaskini. A jednak czuła, że w tej chwili istniał tylko dla niej.
Caspen pozwolił jej patrzeć, obserwując jej reakcję z ledwie widocznym cieniem arogancji na twarzy. W końcu szepnął:
- Teraz ty.
Słusznie.
Odkąd stał przed nią nagi, w jakiś sposób jej zdenerwowanie minęło. Widok bezbronnego Caspena dodał jej pewności siebie i wiedziała, że jest gotowa na to, co ma nadejść. Pewnymi ruchami rozsznurowała suknię i pozwoliła jej opaść na ziemię. Została w samej bieliźnie.
Oczy Caspena nie odrywały się od jej twarzy, kiedy powiedział:
- Reszta też.
Zdjęła bieliznę.
Ciepłe powietrze jaskini musnęło jej skórę, oplatając ją duszną falą. Nie potrafiła przestać myśleć o tym, że stoi tu naga. Zanim jednak zdążyła się na tym skupić, Caspen zaczął w milczeniu ją okrążać, nie spuszczając z niej wzroku. Ona też na niego patrzyła, obserwowała, jak się porusza z niezaprzeczalną kontrolą, jak płynne są jego kroki mimo chropowatego podłoża jaskini. Zauważyła też, że z chłodem i bez emocji analizuje jej wygląd. I nagle do niej dotarło, że chociaż dla niej to wszystko było nowe, on nie widział w tym niczego niezwykłego. Robił to już wiele razy. Nie była dla niego niczym więcej niż kolejną pozycją na liście - i teraz nie widział niczego, czego wcześniej by nie oglądał.
Wreszcie się przed nią zatrzymał. Przyglądał się jej oczom, policzkom, włosom. Potem jego wzrok zsunął się na szyję, obojczyki, przesunął po piersiach i zatrzymał na brzuchu. Wyciągnął rękę, niemal dotknął jej skóry opuszkami palców... I wtedy Tem poczuła nagłe ciepło poniżej pępka, a światło ognia przygasło.
- Co robisz? - zapytała.
- Sprawdzam, czy jesteś płodna - odparł, nie patrząc jej w oczy.
- I co? Jestem?
Zerknął w jej twarz.
- Cierpliwość jest cnotą, Tem - powiedział z naganą w głosie.
Westchnęła.
- Tak mi mówiono.
Jego spojrzenie wróciło na jej brzuch. Tem powstrzymała się przed nerwowym poruszaniem nogą i cierpliwie czekała na wynik badania. Powinna była się tego spodziewać. Bazyliszki miały wpływ na seks i płodność. Krążyły plotki, że czerpią z tego siłę - że ich zdolność do uwodzenia ludzi stanowi część ich natury. Dlatego właśnie powierzono im zadanie szkolenia przyszłej żony księcia: bo były jedynymi istotami, które z całą pewnością umożliwią przemianę dziewcząt w kobiety.
Wreszcie, po nieznośnie długim czasie, Caspen powiedział:
- Jesteś płodna.
Nie wiedziała, jak przyjąć tę informację. Część niej pragnęła bezpłodności - oznaczałoby to, że nie wejdzie w grę jako kandydatka dla księcia. Ale wtedy nie osiągnęłaby tego, po co tu przyszła. Nigdy nie zostałaby pocałowana, nigdy nie zostałaby przeleciana. A to wcale by jej nie odpowiadało.
Caspen odezwał się ponownie:
- Będziesz musiała przybrać na wadze. Książę zażyczył sobie dziewczyny o pełniejszych kształtach.
- Nie mogę - wyrwało się Tem.
Zmrużył oczy.
- Dlaczego?
Zwiesiła głowę.
- W domu... nie mamy dużo jedzenia. Nie mam jak więcej jeść. - Jajek im nie brakowało, ale innych pokarmów było mało, a ich status społeczny jako hodowczyń kur już dawno pozbawił je życzliwości sąsiadów.
- W takim razie będziesz jadła tutaj - odrzekł Caspen. - Począwszy od jutra, będę karmić cię po naszych sesjach.
Tem skinęła głową, wciąż wpatrując się w ziemię.
- I nie ścinaj włosów - dodał. - Książę lubi długie.
Włosy Tem sięgały obecnie tuż poniżej ramion, choć na mokro były dłuższe, zanim potem skręcały się w loki.
- Unieś podbródek - rozkazał Caspen.
Zrobiła to.
- Usiądź. - Wskazał na skalną półkę za nią. - I rozchyl nogi.
Zrobiła to.
Gdy tylko rozsunęła kolana, Caspen zacisnął szczękę. Do tej pory jego spojrzenie było obojętne, niemal pozbawione uczuć. Teraz w jego oczach pojawił się jasny, intensywny blask. Nagle przed nią uklęknął, pochylił się do przodu i zamknął oczy. Zgodnie ze swoją obietnicą nadal jej nie dotykał. Nabrał jednak głęboko powietrza, a ona dostrzegła, jak jego nozdrza się rozszerzają, podkreślając ostre rysy twarzy.
- Ylang-ylang - powiedział cicho - i drzewo sandałowe. - Otworzył oczy. - Kto ci kazał to zrobić?
- Matka - odparła, próbując skupić się na czymkolwiek innym niż na tym, że klęczy między jej nagimi udami. - Powiedziała, że to doda mi odwagi.
Wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę.
- I pomogło? - spytał szeptem.
Wzruszyła lekko ramionami.
- Nie wiem.
Wciąż klęczał, wciąż patrzył jej w oczy. Jednak po chwili jego wzrok powrócił do jej intymnego miejsca i Caspen wydał kolejne polecenie:
- Otwórz się.
Poczuła skurcz w żołądku.
- Nie rozumiem - wyszeptała.
- Użyj palców - wyjaśnił powoli. - I pozwól mi zajrzeć do środka.
Znajdował się zaledwie kilka centymetrów od niej. Tem nie pojmowała, jak mogłaby ujawnić tę część siebie, ale wiedziała, że tego chce. Rozchyliła się więc palcami, pokazując mu to, czego nigdy wcześniej nikomu nie pokazywała. Gdy tylko to zrobiła, źrenice Caspena rozszerzyły się w złotych tęczówkach, tak samo jak jej własne. Patrzył na nią przez długi czas, tak długo, że trudno jej było utrzymać się w tej pozycji, gdy pod wpływem jego spojrzenia powoli stawała się mokra. Co on tam robił? Zapamiętywał jej anatomię? Zastanawiał się, jak ją uczyć? Tak czy inaczej obnażanie się przed nim było podniecające. Pragnęła jego aprobaty i zastanawiała się, czy ją otrzyma.
Cała ta sytuacja działała nie tylko na nią.
Po raz pierwszy doświadczyła, jak to jest wpływać na mężczyznę. Podniecenie Caspena było niezaprzeczalne - im dłużej na nią patrzył, tym twardszy się stawał, a ona poczuła się dumna, że to wszystko dzięki niej. Pojawiła się też intensywna ciekawość, którą ledwo mogła powstrzymać. Pragnęła go dotknąć - poczuć wpływ, jaki wywiera na jego ciało. Chciała zrobić to, czym tak chwaliła się Vera - wziąć go w dłonie i pieścić, aż dojdzie. Ta myśl podnieciła ją tak bardzo, że palce wręcz wślizgnęły się w jej wilgotność. Ten ruch sprawił jej przyjemność i bez zastanowienia wykonała go ponownie, na oczach Caspena.
Myślała, że może ją zgani, ale tego nie uczynił. Zamiast tego usłyszała niski syk i zrozumiała, że to z jego ust. Odgłos odbił się echem po całej jaskini, rozszedł po ścianach i otoczył ich swoim drganiem. Tem nie wiedziała, czy powinna bać się tego dźwięku, czy nie.
- Aprobujesz mnie? - zapytała.
Syk natychmiast ustał. Oczy Caspena spoczęły na jej twarzy.
- Moja aprobata nie ma tu znaczenia - odparł ostrym tonem. - To aprobaty księcia powinnaś szukać.
Nagle poczuła skrępowanie. Stłumiła falę pożądania, która wręcz sprawiła jej ból, i skarciła się w myślach za taką zuchwałość. Caspen był bazyliszkiem - a ona była idiotką, jeśli sądziła, że mogłaby w jakikolwiek sposób na niego wpłynąć.
Cofnęła rękę, zawstydzona swoją śmiałością.
- Nie powiedziałem ci, żebyś przestawała - rzucił.
Znowu na niego spojrzała. Jego źrenice się rozszerzyły; złote tęczówki niemalże stały się niewidoczne. To było jak patrzenie w samą otchłań; dziewczyna widziała jedynie bezkresną czerń. Instynktownie poczuła, że wkraczają na nieznany teren.
Niepewnie znów zaczęła się dotykać.
Na początku robiła to powoli, wsuwając i wysuwając dwa palce, obserwując Caspena, który się w nią wpatrywał. Potem przyspieszyła, pieszcząc części ciała, do których wkrótce on też miał zyskać dostęp, doprowadzając się do czegoś, czego nie potrafiła powstrzymać. Pokazała mu, jak lubi - robiąc to, co robiła, gdy była sama w swoim pokoju, po tym, jak jej matka szła spać, świat pogrążał się w mroku, a w domku zapadała cisza. Wtedy Tem zamykała oczy i udawała, że ktoś ją obserwuje. Pragnęła, by Caspen widział ją taką, jaką zawsze chciała być postrzegana: jako kogoś godnego męskiego dotyku.
W końcu syk powrócił.
Spojrzenie bazyliszka się nie zmieniło. Światło ognia odbijało się od jego lśniącej skóry i Tem mogłaby przysiąc, że widziała cień łusek na jego klatce piersiowej.
Już była mokra, ale jego widok sprawił, że wilgoci zrobiło się jeszcze więcej.
Był całkowicie twardy, jego penis stał wyprostowany jak żołnierz, którego natura została określona przez to, co znajdowało się między jego nogami. Dziewczyna pragnęła, żeby się temu poddał. Żeby ją złapał, wszedł w nią z niecierpliwym pchnięciem, żeby zapadł się w niej niczym umierająca gwiazda.
Ale wiedziała, że tej nocy się to nie wydarzy. Caspen tak powiedział, a ona to szanowała. Uczeń nie mógł prześcignąć nauczyciela. Nie oznaczało to jednak, że nie mogli dzielić tego razem, że nie mógł okazać zaangażowania w inny sposób, udowadniając swoją wartość aktem wzajemności. Miała nadzieję, że weźmie udział w jej doświadczeniu. I ku jej ogromnej radości tak właśnie zrobił.
Bez słowa sięgnął ręką między swe nogi.
Złapał się i zaczął pocierać, napinając ramiona przy każdym długim pociągnięciu, pokazując Tem, co wkrótce zrobi. Nie mogła oderwać wzroku od jego dłoni, która poruszała się w nieustępliwym rytmie, mocno u podstawy, a następnie płynnie po wierzchu, nieustannie pocierając penisa długimi, równomiernymi ruchami. Po każdym pociągnięciu bazyliszek oddychał odrobinę gwałtowniej.
Najpierw poruszał się powoli, potem coraz szybciej. W górę i w dół, tak jak powiedziała Vera. Z jego oczu zniknęło wszelkie wahanie, gdy kontrolę nad nim przejęły pierwotne instynkty, a jego pożądanie zniszczyły wszelkie bariery między nimi. Odchylił głowę do tyłu, odsłaniając gardło. Jego cichy syk rozbrzmiewał wokół nich, otaczając Tem swoją natarczywą częstotliwością.
Następnie wstał i patrzył na nią z góry, cały czas z oddaniem zwiększając szybkość ruchów.
Tem wiedziała, że nie jest pierwszą dziewczyną, która rozebrała się w tej jaskini. Wiedziała, że nie jest wyjątkowa, że nie może dać Caspenowi niczego, czego by już nie widział. A jednak odnosiła wrażenie, że właśnie przeżywają coś wyjątkowego, tak jakby on nigdy wcześniej nie patrzył w ten sposób na żadną dziewczynę, jakby była jedyną, dla której to robił. Zastanawiała się, czy to prawda. Miała ogromną nadzieję, że tak.
Nagle bazyliszek zrobił krok naprzód i oddech uwiązł jej w gardle.
Przez moment pomyślała, że może się złamie - że ulegnie i ją posiądzie. Zamiast tego pochylił się, drugą rękę oparł o skałę obok jej głowy i ustawił ciało dokładnie nad nią. Jego ręka nie przestawała się poruszać, Tem także ciągle się dotykała. Patrzenie, jak on to robi, było bardzo podniecające. A świadomość, że robi to z jej powodu, była bardziej niż euforyczna. Tem pragnęła przesunąć dłońmi po jego ciele. Chciała poczuć go pod palcami, zrozumieć, kim naprawdę jest, dotknąć wszystkiego, co przed nią odsłonił.
Ale on był nieprzystępny. Jedynym sposobem na połączenie się z Caspenem tej nocy było robienie właśnie tego, co robili teraz. Tem dopasowała się więc do jego rytmu, udowadniając, że ich kadencje są ze sobą zgodne, zsynchronizowane.
Drugą ręką dotknęła swoich piersi, zaczęła je ściskać i obejmować, dając mu do zrozumienia, co mógłby mieć, gdyby tylko zechciał. Znajdował się tak blisko, że czuła na twarzy jego rozpaczliwy, urywany oddech. Stał między jej nogami, a ich ciała dzieliły ledwie centymetry.
Tem się zastanawiała, czy pomyśli o niej następnym razem, gdy będzie to robił. Czy wyobrazi sobie ją - tak jak ona z pewnością wyobrazi sobie jego? Czy będzie pragnął, by to jej ręka go dotykała, zamiast jego własnej, dodając mu zachęty? A może wyobrazi ją sobie w innych sytuacjach, na przykład jak ona klęczy przed nim, bierze go do ust i konsumuje go tak, jak teraz pragnęła?
Tak bardzo chciała go posmakować. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek jej na to pozwoli.
Na razie jednak jego spojrzenie błądziło po jej ciele, śledziło każdy jej ruch, chłonęło nagą skórę, jakby była mu niezbędna do przetrwania. Zawsze jednak jego wzrok wracał do tego, co jej ręka robiła między nogami. Tem też go obserwowała. Miała plecy wygięte w łuk, odsłoniła przed nim każdy fragment siebie. Była kompletnie bezbronna, a jednak czuła się w pełni bezpieczna.
- Głębiej - powiedział chrapliwym głosem.
Przepełniała ją duma. Zaakceptował ją. I chciał więcej.
Ale ona też pragnęła więcej.
Zamiast wejść głębiej, wycofała rękę, położyła dłonie na udach i szeroko je rozchyliła, otwierając się tylko dla niego.
- Nie zrobisz tego? - szepnęła.
Pochylił się jeszcze bardziej, tak że jego twarz znalazła się bezpośrednio nad jej twarzą. Znajdował się tak blisko, że niemal jej dotykał, jego klatka piersiowa była zaledwie kilka centymetrów od niej.
Tem czuła zapach dymu na jego skórze.
- Ty to zrobisz - powiedział głosem przypominającym warkot.
Pod wpływem tego władczego tonu przez jej ciało przebiegł dreszcz. To on tu rządził - nie powinna była mu się stawiać. A jednak Tem wiedziała, że ma tu pewną władzę. Chciał, żeby weszła głębiej - sam to powiedział. Chętnie dałaby mu to, czego pragnął, o ile tylko zostanie to docenione.
- Wyprostuj się - odparła. Chciała, żeby patrzył.
Caspen zmarszczył czoło ze zdziwienia. Zaczęła się zastanawiać, czy kiedykolwiek wcześniej ktoś mu coś rozkazał. Przez chwilę myślała, że zostanie skarcona. Potem się wyprostował i już wiedziała, że go ma. Weszła więc głębiej, używając obu rąk. Doprowadziła się do krawędzi, nie próbowała już opóźniać nieuniknionego, drażniąc się tak, jak chciała, żeby on ją drażnił. Caspen wpatrywał się w jej dłonie między udami, obserwował, jak jej palce poruszają się w przód i w tył - równomiernie jak fale - patrzył, jak pociera swoją najbardziej wrażliwą część ciała, kreśląc małe, idealne kółka.
Doskonale widział, jak bardzo jest mokra. I wiedział, że to wszystko dla niego.
Tem była bliska zakończenia. Ale desperacko próbowała to wszystko przeciągnąć, robiąc to powoli, pragnąc, aby doświadczyli tego razem. Chciała, aby Caspen skończył w tym samym czasie, tak by mogli podzielić się tym przeżyciem, by połączyło ich coś więcej niż tylko relacja nauczyciel-uczennica. Pragnęła wiedzieć, że on oddycha dla niej, tak jak ona oddychała dla niego.
Caspen też był już blisko.
Widziała to po tym, jak zmieniał tempo w nieregularnych odstępach, jak zwalniał za każdym razem, gdy tylko zbyt długo na nią patrzył. Zamykał wtedy oczy, a kiedy je otwierał, było tak, jakby widział ją po raz pierwszy. Jego dłoń kontynuowała ruch, jakby nigdy się nie zatrzymywała. Oddech bazyliszka stał się przerywany, na jego szyi pojawiło się nieregularne pulsowanie. Razem zbliżali się do krawędzi, zmierzając ku nieuchronnemu zakończeniu.
Tem nie mogła już dłużej wytrzymać.
- Razem? - zdołała wykrztusić.
- Nie. - Caspen pokręcił głową, a jego głos był cichy jak szept. - Ty pierwsza.
Była tak blisko, że nie mogła już protestować. Skoro tego właśnie chciał, to ona chętnie mu to da. Spojrzała więc na niego, czując narastającą nieuchronność. Nie mogła już oprzeć się fali, która właśnie miała osiągnąć szczyt. Poddanie się Caspenowi, pokazanie się w swojej najbardziej wrażliwej postaci, zburzenie murów tylko dla niego, było najłatwiejszą rzeczą na świecie. Wyobrażała sobie, jak by się czuł, jak by smakował, jak by to było, gdyby odsunął jej ręce i pozwolił sobie ją posiąść. Sama myśl o tym wystarczyła, by doprowadzić ją do orgazmu.
Wreszcie skończyła.
Sekundę później Caspen również doszedł z jękiem. Oddychał ciężko, tak samo jak ona. Gdy pochylił głowę, w blasku ognia jego kark i ramiona lśniły od potu, a ścięgna pulsowały pod skórą, kiedy po wszystkim cicho dyszał.
Tem nie mogła złapać tchu. Poczuła niezaprzeczalny przypływ mocy od świadomości, że doprowadziła go do orgazmu, nawet go nie dotykając. Nie śmiała sobie wyobrażać, co by się stało, gdyby mogła go tknąć.
Caspen podniósł głowę i spojrzał na nią.
Zapragnęła go pocałować. Zamiast tego wytrzymała jego spojrzenie i spróbowała wyczytać coś z jego oczu. Co o niej myślał? Czy go zadowoliła? Czy to umocniło ich więź, czy też była dla niego tylko głupią dziewczynką, niczym nieróżniącą się od dziesiątek innych dziewcząt, które przychodziły do jego jaskini? Bo przecież z pewnością nie myślał tak samo jak ona - że nigdy nie czuła takiej więzi z nikim innym, że łączy ich coś wyjątkowego, coś znaczącego.
Chciała coś powiedzieć, ale wyrażenie słowami czegoś tak ogromnego wydało jej się niewłaściwe. Teraz, gdy wiedziała, co potrafił zrobić na jej oczach, musiała się dowiedzieć, co potrafi zrobić w niej. Jeśli nigdy nie dostanie szansy być z nim w pełni, to chyba umrze.
Caspen wyprostował się i rozluźnił ramiona.
Tem również się wyprostowała, patrząc z podziwem na substancję między jego palcami. Odbijało się od niej migoczące światło ognia i nagle dziewczyna wstała i bez zastanowienia wyciągnęła po nią rękę.
Caspen gwałtownie cofnął swoją.
- Och. Przepraszam... - wyjąkała, natychmiast bowiem poczuła się zawstydzona. - Po prostu jeszcze nigdy... tego nie widziałam.
Przekrzywił głowę i uważnie na nią popatrzył.
- Jest podobna do twojej substancji. - Powoli wyciągnął dłoń. - Jeśli chcesz, możesz się przyjrzeć.
Skinęła głową z wdzięcznością i pochyliła się do przodu.
Jego sperma była czymś pomiędzy płynem a ciałem stałym, gęsta i błyszcząca niczym garść płynnych pereł.
- Jest piękna - wyszeptała.
- W takim razie jest taka jak ty.
Powiedział to tak cicho, że ledwo dosłyszała te słowa. Ale on je wypowiedział, a Tem wiedziała, że już nigdy nie zapomni, kiedy po raz pierwszy mężczyzna nazwał ją piękną.
Poczuła ścisk w gardle. Czy to możliwe, że nie był tak ambiwalentny, jak jej się wydawało? Czy to możliwe, że pragnął jej tak samo, jak ona pragnęła jego? W ciepłym blasku tego, co właśnie przeżyli, wszystko wydawało się możliwe. Tem się zastanawiała, czy zrobiłby to samo z Verą. Czy ona nawiązała podobną więź ze swoim bazyliszkiem? A może po prostu ledwo się rozebrała i po prostu stała, tak jak pierwotnie miała to zrobić Tem?
Patrzyli na siebie jakby przez całą wieczność, a prawda tej chwili odcisnęła się w obojgu. I wtedy Caspen złożył ręce, trzymając w nich swoje perły. Z jakiegoś powodu Tem wiedziała, że powinna milczeć, gdy zamknął oczy, ściągnął brwi i pochylił głowę. Poczuła nagły podmuch powietrza i ogień całkowicie przygasł, rozległo się jedno szuuu. Chwilę później rozbłysnął ponownie. W jego świetle Tem zobaczyła, że w dłoniach Caspena pojawił się przedmiot. Bazyliszek wyciągnął go w jej stronę.
- Weź to - powiedział.
Spojrzała na jego ręce, w których spoczywało coś przypominającego pazur. Było gładkie i zakrzywione, grubsze na jednym końcu i zwężające się aż do rozmiaru palca na drugim. Wzięła to do rąk, poczuła twardość. Być może zostało wykonane z kamienia.
- Co to? - zapytała, unosząc przedmiot do światła.
Był ciepły i cięższy, niż mogłoby się wydawać. Zafascynowana gładkością, przyglądała się jego krzywiźnie.
- Nie ma nazwy - odparł Caspen. - Przynajmniej nie w twoim języku.
- A jaki ma cel?
- Połączy nas, gdy będziemy osobno.
- W jaki sposób?
Caspen podszedł bliżej.
- Będziesz to trzymać w sobie.
- W sobie?
- Tak. - Gdy jego wzrok powędrował w dół jej ciała i zatrzymał się między jej udami, Tem zrozumiała. I znów się zarumieniła. - Powinno idealnie pasować - dodał, a gdy na niego spojrzała, stwierdziła ze zdumieniem, że jest bardzo podekscytowany. - Nie mów nikomu, że to masz. I nikomu tego nie pokazuj. To jest dla ciebie i tylko dla ciebie.
Patrzył na nią z intensywnością, której nie rozumiała. Pod wpływem tego silnego spojrzenia mogła jedynie skinąć głową. Spojrzała na pazur.
- Jakie to będzie? - szepnęła.
- Ciepłe - odpowiedział. - Ma dokładnie taką samą temperaturę jak moja ludzka postać. - Gdy skinęła głową, kontynuował: - Będzie przyjemne. Zadbam o to.
- Jak?
- Jak powiedziałem: połączy nas. Mogę sprawić, że będzie... pulsować.
- Pulsować?
Na jego ustach pojawił się uśmiech, a ona stopniała pod jego wpływem.
- Kiedy zacznie pulsować, będziesz wiedziała, że o tobie myślę.
Tem wpatrywała się w ten niezwykły przedmiot. Obracała go w palcach, czując jego ciężar. Zauważyła, że lśni, jakby został stworzony ze światła gwiazd. Nie mogła uwierzyć, że powstał z istoty bazyliszka. Nigdy wcześniej nie widziała takiej magii.
- Spróbuj. - Głos Caspena wyrwał ją z zamyślenia.
Spojrzała na niego.
- Teraz?
- Tak.
Jeszcze tego ranka Tem nie pomyślałaby, że kiedykolwiek zrobi coś takiego. Ale po tym, co wydarzyło się w ciągu ostatniej godziny, poczuła nieznaną sobie dotąd odwagę i wiedziała, że jest w stanie wykonać jego polecenie. Usiadła więc z powrotem na skalnej półce i ponownie rozłożyła nogi przed Caspenem.
Spojrzała na niego, czekając na instrukcje.
- Włóż większym końcem - powiedział.
Zrobiła, jak jej kazał. Powoli włożyła grubszy koniec pazura, trzymając rękę nieruchomo. Nigdy nie miała w sobie czegoś tak dużego - był twardy i gładki, inny niż jej palce, kiedy się dotykała, i choć była mokra, wsunięcie go przyszło jej z trudem.
Kiedy skrzywiła się z bólu, Caspen rzekł:
- Rób to powoli. To nie powinno boleć.
Skinęła głową, nabrała powietrza i włożyła go tak głęboko, jak tylko zdołała. I nagle odkryła, że to dziwne uczucie jej się podoba. Ale skoro już ten przedmiot tak ciasno ją wypełniał, to jak miałby się w niej zmieścić penis bazyliszka?
Zatrzymała się, gdy zwężająca się końcówka była nadal widoczna, wygięta w górę w kierunku najbardziej wrażliwej części jej ciała. Delikatnie przycisnęła do niej palec, czując, jak ją otacza.
- Czy to przyjemne? - zapytał cicho Caspen.
Spojrzała na niego i nagle zdała sobie sprawę, że znów jest podniecony. Nie tak bardzo jak poprzednio, ale to wszystko dzięki niej.
- Tak - wyszeptała.
Patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę, Tem siedząc, a Caspen stojąc. Wydawało się, że to bardzo znaczący moment, i dziewczyna nie chciała go przerywać. Zastanawiała się, czy Caspen znów zacznie się dotykać, ale tego nie zrobił. Tak jakby samo patrzenie na nią sprawiało mu przyjemność - a ona się cieszyła, pozwalając mu na to.
Ogień dogasał, gdy Caspen w końcu wyszeptał:
- Na dziś koniec. Możesz się ubrać.
Tem nabrała odwagi i odpowiedziała:
- Ty też możesz.
Uśmiechnął się przewrotnie.
- Doceniam twoje pozwolenie.
- Chętnie ci je daję.
Uśmiechnął się jeszcze szerzej. Tem zauważyła, że obserwował ją nawet wtedy, gdy zakładała ubranie, wodził wzrokiem po jej ciele aż do ostatniej chwili. Ona również na niego patrzyła, widziała falujące mięśnie w jego ramionach, gdy zakładał koszulę, obserwowała wyraźne żyły na przedramionach, kiedy wiązał spodnie. Wyczuwała w jego ciele powściąganą energię i nie mogła się doczekać, aż da jej upust.
Kiedy oboje byli już ubrani, Caspen z gracją machnął ręką.
- Odprowadzę cię.
Tem skinęła głową i ruszyła za nim ku wyjściu z jaskini. Czuła w sobie pazur - i była pewna, że nigdy się do niego nie przyzwyczai. Samo normalne chodzenie wymagało od niej sporego wysiłku.
Wyjście z ciepłych objęć jaskini na zimne wieczorne powietrze było tak szokująco nieprzyjemne, że już na zewnątrz dziewczyna zaczęła drżeć. Poczuła pod stopami wilgotną trawę - gdy byli w środku, najwyraźniej się rozpadało. Na początku ścieżki Caspen na nią spojrzał. Jego twarz była uważna, oczy lśniły w ciemności.
- Jutro wieczorem tu wrócisz. Nie spóźnij się.
Potem bez słowa odwrócił się do odejścia.
- Poczekaj! - zawołała, choć nie wiedziała po co.
Zatrzymał się, ale nie zwrócił się w jej stronę.
- Czy będziesz o mnie myślał? - wyszeptała.
Nadal się nie odwrócił. Patrzyła na jego ramiona, szerokie i mocne w ciemności. Wciąż milczał; w tle własnego walącego serca słyszała tylko szelest lasu wokół. Bazyliszek stał tak długo, że zaczęła się zastanawiać, czy w ogóle ją usłyszał. Wreszcie powiedział:
- Przecież ci mówiłem, że będę.
- Wiem. Ja tylko... - Przerwała, skrzyżowała ręce na piersi i nabrała głęboko powietrza, zanim dokończyła: - Chciałam to usłyszeć jeszcze raz.
Nadal się nie odwrócił.
Zamiast tego nagle poczuła pulsujący wstrząs między nogami. Przeszył ją tak gwałtownie, że sapnęła i pochyliła się, zaskoczona, przytłoczona czystą intensywnością. Pod wpływem tak silnego doznania z jej ust wyrwał się krzyk. Nigdy nie czuła czegoś tak przyjemnego - przyćmiło to wszystkie wrażenia, jakie kiedykolwiek dała sobie sama; miała wrażenie, że całe jej wnętrze rozwinęło się niczym spiralny kielich płatków, tak jakby stała się jednością z księżycem i gwiazdami.
Ledwo zdołała utrzymać równowagę, gdy pulsowanie narastało, i wreszcie zmusiło ją do przyklęknięcia. Skuliła się, zaciskając palce na trawie. Nie mogła oddychać; nie mogła myśleć. Czuła jedynie największą rozkosz swojego życia. I w tej chwili nie miała ani cienia wątpliwości, że żyje.
A potem wszystko się skończyło.
Kiedy w końcu podniosła głowę, Caspena już nie było.